Site icon Wielki Buk

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña

Bombla_WszystkoSięSpieprzyło

 

„To znak czasów. Ferment. Brak zdecydowania. Czekanie Na Coś, Co Musi Się Wydarzyć.”

Koniec lat pięćdziesiątych XX wieku zarówno w Stanach Zjednoczonych, Europie, jak i na całym świecie był okresem rodzących się społecznych buntów, upadku ostatnich kolonii i wykrzykiwanych haseł wolnościowo-niepodległościowych. W powietrzu czuć już było nadchodzące zmiany kolejnego dziesięciolecia. Z pozornego spokoju i jako takiej stabilizacji, która zrodziła się wraz z zakończeniem II Wojny Światowej, poprzez narastający konflikt zimnej wojny między USA i Rosją, aż do upadku reżimu na Kubie, wyrosło pokolenie, które przestało się godzić na ustalone odgórnie zasady. Przestało przyjmować powtarzane tępo regułki, które nijak miały się do rzeczywistości. Dostrzegło morze niesprawiedliwości, prześladowań i dyskryminacji skrywanych pod płaszczykiem sztucznie skrojonej doskonałości. Perfekcyjne, bliźniaczo podobne do siebie rodziny przestały już wystarczać. Wartości, które od lat zionęły jedynie pustką wymagały wypełnienia na miarę nowej epoki. Nowe pokolenie zapragnęło czynów i lepszego świata. Przez środowiska robotnicze, inteligenckie i studenckie zaczęła przetaczać się fala pragnień, podjudzana wiarą w swoje nieskończone możliwości. Na uniwersytetach wrzało – pikiety, strajki i zamieszki stały się studencką codziennością, bo przecież ktoś musiał działać. Nawet jeśli jedynie na pokaz.

Na jeden z takich amerykańskich uniwersytetów w okresie przełomu, powraca z dzikich ostępów szalony i doskonały w swoim szaleństwie bohater kultowej już powieści Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (org. „Been Down So Long It Looks Like Up to Me”), jedyny w swoim rodzaju, nietuzinkowy Gnossos Pappadopoulis. Lekko rzuca się dzisiaj przymiotnikiem „kultowy”, gdy większość popkulturowych tworów przenika do rzeczywistości i tylko na chwilę porywa serca młodych, by zaraz powrócić w niebyt. Jednak w stosunku do powieści Fariñy określenie kultowy pasuje jak ulał, a książka wybija się na kontrkulturowym tle. Krótkie życie samego autora obrosło niejako w legendy o nim samym, a jedyna w dorobku książka nawiązuje idealnie do jego życia i środowiska, w którym ostatecznie kształtował swoje poglądy. Szwagier Boba Dylana, przyjaciel Thomasa Pynchona, mąż siostry Joan Baez – Fariña był bardem, wyrastającym z tłumu muzykiem i jeszcze bardziej obiecującym pisarzem. Zginął tragicznie i może dlatego dziesiątki opowieści stworzyły z niego po części postać, jaką był jego fikcyjny Pappadopoulis.

Król Meksyku, Pogromca Wilka, Cień i Drakula – jedyny prawdziwie Wolny, szalony Grek. Gargantua i Pantagruel w jednej osobie. Pożerający i pochłaniający. Ten, który zaćmiewa wszystko i wszystkich swoim powrotem na jedną z prestiżowych amerykańskich uczelni, by wzniecić iskry i rozpalić ogniska zasiedziałych studentów. Z założenia wykorzeniony, bo nie przynależy nigdzie. Bez rodziny, bez wspomnień. On po prostu jest i żyje. Legendarny. Krążą o nim plotki, niesamowite opowieści, naznaczone obłędem. Ktoś mówi, że zginął na szlakach północy, ktoś inny, że dołączył do meksykańskiego kartelu narkotykowego. Z wyglądu i z zachowania zdaje się być pierwotny, dziki i nieokrzesany na otaczającym go uniwersyteckim tle. Jak rozszalały jaskiniowiec przybywa, by obżerać się, opijać i pieprzyć, co wpadnie mu w ręce. Podlega popędom, jest męski, jakiś taki zwierzęcy. Patrzy, obserwuje, a czytelnik razem z nim widzi to wszystko jak przez szkło powiększające. Z perspektywy, jak na haju, gdzie przed oczami kotłują się mieniące obrazy. Jawi się jako zdeprawowany, bo jest szczery aż do bólu, aż do przesady. A jednak zdaje się jak najbardziej prawdziwy.

Paps, jak nazywają go przyjaciele, okazuje się wciąż poszukiwać własnej duszy. A szuka jej dosłownie wszędzie. Dzięki temu udaje mu się wyciągać ze społecznych trzewi absurdy codzienności. Groteskę wykreowanego sztucznie życia uniwersyteckiego kampusu, na którym nikt do końca nie jest pewny o co tak naprawdę chodzi. Rodzi się jakaś pseudo-seksualna rewolucja, jakaś taka pseudo-walka o prawa kobiet, która donikąd nie prowadzi. Przewijają się nazwy, imiona kwiatów, ptaków i dziewcząt, idee równości i braterstwa, jak to w każdej rewolucji. Ma być feminizm, a wychodzi bokami szowinizm. Ma być bunt, a pozostaje jedynie idea. Chłopaki w obcisłych golfach i modnych fryzurach chcą burzyć konserwatywny porządek, ale za pieniądze rodziców.  Tak radykalnie. Tak rewolucyjnie. Dzieciaki, zblazowane, szukające akceptacji wydają się bawić w dorosłych, ustanawiając nowe prawa wszechświata, wciągając halucynogeny i inne psychodeliki, byle zapomnieć, że za chwilę moment, gdy opuszczą mury prestiżowej uczelni, zajmą miejsca w korporacjach swoich ojców. Dziewczyny bez staników, które w weekendy i święta układają włosy, zakrywają piersi i pędzą do mamuś i tatusiów udawać świętoszki. To taki bunt, ale w karbach tradycji. Zdystansowany wobec problemów reszty świata. Rodząca się rewolucja na Kubie kusi, ale lepiej trzymać się od niej z dala, bo pięknymi słowami nie cofnie się kuli karabinów.

I w tym wszystkim siedzi Gnossos, który swoją wolność i prawdziwość musi schować do kieszeni i podróżować samotnie. Jak jakiś mityczny Odyseusz po przejściach. Ktoś, kto widział już wiele i raczej nie chce widzieć więcej. Szuka siebie, szuka Jedynej, Absolutnej miłości i jest uroczo naiwny w tych poszukiwaniach. W samotności, gdy umysł ma jako tako trzeźwy, rozmyśla o samobójstwie, szepcze w ciemnościach pieśni do Tanatosa. Tęskni za szczerymi uczuciami i za rodziną. Jest anarchistą wobec systemu nieistotnych wartości, o które chcą walczyć studenci uniwersytetu. On jako jedyny wie, że nie każdą walkę można wygrać transparentami i okrzykami. Jest bojownikiem, ale melancholijnym, pragnącym tego co osiągalne i konkretne, a czego nikt nagle nie potrafi docenić. W powieści Fariñy dużo jest śmiechu, sporo absurdów i wypaczeń, ale spomiędzy narkotycznych wizji, incydentów obżarstwa i seksualnych zabaw wyziera smutek. Potok niespełnionych marzeń i straconych złudzeń. Oczekiwań, których nie da się osiągnąć w takiej rzeczywistości.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richarda Fariñy to hymn pochwalny na cześć wolności. Tej prawdziwej, jedynej Wolności przez wielkie „W”, do której od samego początku dążył Paps, a która umykała mu i oddalała się w oczach po powrocie do cywilizacji. On szukał Prawdy, a odnalazł fałsz zakamuflowany pod maskami nic nieznaczących haseł, ślepo powtarzanych frazesów, z których ziała jedynie pustka. Bunt Papsa to bunt przeciw życiu, przeciw światu, który jedynie udaje, że jest czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Przeciw światu obłudy, w którym bunt staje się częścią chwilowej mody i kończy się tam, gdzie nie spełniają oczekiwania zbuntowanych. Tymczasem sprawiedliwość, równość, braterstwo oraz wszelkie prawa, o które walczą wciąż pozostają jedynie fikcją i przejdą na kolejne pokolenia, które podążą tym samym co ich poprzednicy tropem, by ostatecznie również nie zmienić zbyt wiele. Każda rewolucja pożre w końcu własne dzieci i ich wyolbrzymione idee. I wychodzi na to, że w tym „najwspanialszych kraju na świecie”, miejscu nieograniczonych możliwości, gdzie wolność jest najistotniejszą wartością, tylko jeden człowiek był naprawdę wolny. Wizjoner. Buntownik z wyboru. Poszukiwacz Prawdy. Gnossos Pappadopoulis.

O.

*Za tą wyjątkową powieść dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

Exit mobile version