Site icon Wielki Buk

„Blackbirds” Chuck Wendig

Bombla_BlackbirdsWyobraźcie sobie, że gdy po raz pierwszy kogoś dotykacie możecie zobaczyć moment jego śmierci. Przeżyć go w kolejnych sekundach. Dokładnie. Ze wszystkimi szczegółami. Być niemym świadkiem ostatnich chwil tej osoby na ziemi. Czasami już zaraz, za moment. A czasami wiele, wiele lat naprzód. Ta śmierć, tak jak samo życie, raz bywa spokojna, a raz brutalna i okrutna. Widzicie to wszystko w pierwszych chwilach znajomości. Znacie jego najintymniejszy moment przyszłości. Teraz wyobraźcie sobie, że nic z tą informacją nie możecie zrobić. Tak w skrócie wygląda życie Miriam Black, głównej bohaterki powieści Chucka Wendiga zatytułowanej „Blackbirds”. Wysłanniczki śmierci .

Chuck Wendig to wyjątkowa postać literatury amerykańskiej. To otwarty, szczery aż do bólu i bardzo kontaktowy pisarz, scenarzysta i autor wielu krótkich i dłuższych tekstów publicystyczno-literackich. Jego powieści przepełnione są przemocą, ostrym, czarnym humorem i postaciami wyciągniętymi niczym z filmów Davida Lyncha, czy Tarantino. Jego znakiem szczególnym są osadzone w realiach white trash protagonistki – silne, młode i bezkompromisowe, o mrocznej, nie do końca wyjaśnionej przeszłości, próbujące przetrwać w brutalnym, zmaskulinizowanym świecie za wszelką cenę. Nie inaczej jest z postacią Miriam Black, kobietą której niezwykły dar stał się jej największym przekleństwem i swego rodzaju karą za zło dokonane w czasach wczesnej, szkolnej młodości.

Miriam dopiero stoi u progu dorosłości, a jednak historia jej życia mogłaby zapełnić nie jeden, a kilka dość intensywnych życiorysów. Nie tylko kobiecych. Spotykamy ją po raz pierwszy w typowych, jak dla niej, okolicznościach. Cztery ściany taniego, brudnego motelu, których pełno na przydrożnych trasach dla amerykańskich ciężarówek. Łazienka, zaraz po chwilach obleśnego, naznaczonego stygmatem prostytucji seksu z jednym z przejezdnych kierowców zwanym Del Amico. Miriam doprowadza się do porządku, dokładnie przeglądając w lustrze: farbowane blond włosy z silnymi czarnymi odrostami, sprana biała koszulka i brudne, podarte dżinsy. White trash beautiful w pigułce. Spogląda na siebie zniesmaczona i czeka.

To właśnie te momenty oczekiwania w napięciu od lat są jednymi z istotniejszych chwil jej życia. Del Amico spotkała przypadkiem, gdzieś między jednym a drugim motelem, w zajezdnym barze. Zauważyła, że nie jest biedny, a Miriam musi z czegoś żyć. Nawiązała „kontakt” i bum! Del Amico zginie niebawem, już niedługo, w tanim, śmierdzącym pokoju. To nieważne, że mężczyzna jest brutalny, bardzo w typie macho i gardzi kobietami. W końcu, czego nie robi się dla pieniędzy? Miriam udaje się zarobić pięścią w twarz, ale jej „wysiłki” ostatecznie zostają nagrodzone – mężczyzna umiera w kilka minut później, tak jak przewidziała. Dziewczyna szybko pakuje swoje rzeczy, okrada trupa i zbiera się w drogę. Nic dodać, nic ująć. Ot, kolejny dzień z życia „wysłanniczki śmierci”.

W ten nomadyczny sposób Miriam od kilku lat przemieszcza się po głównych drogach Stanów Zjednoczonych i próbuje trochę na siłę powiązać swoje życie z życiem innych ludzi. Bo, to trzeba sobie powiedzieć już na początku, Miriam jest niezrównoważona. Zagubiona. Gdzieś po drodze straciła wiarę w ludzkość i właśnie w życie, które nie ma dla niej już takiej wartości jak niegdyś. To złamana postać, która sama sobie wybrała brudną przyszłość, bez konkretnego celu, z dala od normalnego społeczeństwa. Miriam żyje na obrzeżach, tam gdzie najgorszy element i gdzie nawet dobrzy ludzie zmieniają się z czasem w zatwardziałe bestie, bez sumienia. Ona chce być jedną z takich bestii, wyzwolić się ze szponów wyrzutów sumienia i ulec ogarniającej ją ciemności.

Miriam nigdy nie była niewinna. W pewnym momencie podjęła bardzo złe decyzje, zniszczyła czyjeś życie (przy okazji swoje), a całość zakończyła się uzyskaniem tej dziwnej, dotykowej zdolności. Swoją niekończącą się wędrówkę traktuje jak pokutę, próbując wymazać przeszłość, albo chociaż zostawić ją daleko w tyle. Dawniej próbowała walczyć, stawać na drodze przeznaczeniu, ale jak dotąd nigdy nie potrafiła pokonać tego co nadchodzi. Nieuniknionej ręki losu. Dlatego właśnie dziewczyna idzie przez życie, nie żyjąc, ale egzystując. Z dnia na dzień. Z miesiąca na miesiąc. Z roku na rok. Twarze się mieszają, ale widzianych chwil śmierci nigdy nie zapomina. Napadają na nią. Wychodzą z zakamarków podświadomości w postaci najgorszych koszmarów.

Pewnego dnia Miriam natrafia na wyjątkowego mężczyznę. Innego od wszystkich. Dobrego. Pełnego dobrych chęci. Szukającego odkupienia za coś, za co do końca nie powinien nawet siebie obwiniać. Z początku bohaterka nie chce go dotknąć, bo boi się tego co zobaczy. Nachodzi ją rodzaj przeczucia. Nie myli się. Kiedy w końcu podaje mu dłoń okazuje się, że zostały mu tylko cztery tygodnie życia. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że do jego brutalnej śmierci przyczyni się sama Miriam. Staje przed wyborem i wybiera ucieczkę, jak najdalej od niego, żeby nie pozwolić umrzeć jedynemu mężczyźnie, który coś dla niej znaczy.

Jednocześnie już z góry wie, że w tym wyścigu przegrała, a wszystkie jej starania i tak spotka nieuchronna klęska. W starciu ze śmiercią Miriam jest bez szans. Wiele ją kosztuje, by przekonać samą siebie, że potrafi stanąć przeznaczeniu na drodze. Być może ten jedyny raz w życiu uda jej się zrobić to co koniecznie, nawet kosztem samej siebie, tego w co wierzy i… swojego życia.

W „Blackbirds” nie ma skomplikowanej filozofii. Nie ma zawiłych, niezrozumiałych przemyśleń, z których nic nie wynika. Nie ma dziewczęcych problemów rodem z ostatnich klas liceum. Nie ma kobiecych rozterek. Za to mamy brutalnie szczerą opowieść o kimś, kto stara się zrozumieć cel swojego życia, odnaleźć zgubiony kierunek i naprawić wyrządzone po drodze szkody. Kogoś, kto jest na tyle silny, by stanąć naprzeciw śmierci i dzielnie stawić jej czoła. Poświęcić się dla dobra innych, nie żądając nic w zamian. Tak dla odmiany. Mamy Miriam Black, która wie kiedy umrzesz, ale może tym razem pokona Twoje przeznaczenie.

O.

P.S. Rzadko zdarza mi się odnosić do cudzych recenzji, czy komentarzy, ale spotkałam po drodze wiele takich, które oceniają „Blackbirds” i samego Chucka Wendiga z perspektywy bardzo intensywnie i na siłę feministycznej. Otóż, w oczach niektórych Miriam jest strudzoną, biedną kobietą, która jedyne z czym jest konfrontowana, to męski, zwyrodniały świat, w którym nie ma nawet szansy poznać „dobrej, porządnej” kobiety. Przyjaciółki. Co więcej, całe jej życie kręci się wokół mężczyzn i mężczyznami jest naznaczone.

Moi Drodzy, powiem tak: czy możliwe jest, by mężczyzna, albo kobieta (w tym wypadku Chuck Wendig) mogli wejść w umysł osoby przeciwnej płci oddając wiernie jej odczucia na papier? Odpowiedź jest jedna i brzmi NIE. Nie jest to możliwe. Dlatego w „Blackbirds” nie występują „przyjaciółki”, czy nawet inne „zwyczajne” dziewczyny wykrzykujące feministyczne peany na rzecz kobiecości, bo sama ich obecność zniszczyłaby główne założenie postaci. Moim zdaniem Miriam jest jedną z silniejszych postaci kobiecych w literaturze współczesnej właśnie dlatego, że udaje jej się wyjść poza stereotypowe założenia płci i wyzbyć się tego co uznajemy za słabe i zbyt „dziewczynkowate”. To jest historia o white trash dziewczynie, w white trash realiach, urban fantasy jakby nie było, i tyle. Albo aż tyle.

Exit mobile version