„Kroniki Jaaru. Księga Luster” Adam Faber ♥ MAGICZNY PATRONAT

Mija dwadzieścia lat od chwili wydania pierwszego tomu serii o ukochanym czarodzieju świata literatury, czyli Harrym Potterze, co nastraja nie lada magicznie także starszych czytelników fantastyki. J.K. Rowling obudziła w sercach magiczne ciągoty, przywróciła niejako fascynację klasycznym światem baśni, legend i czarodziejstwem wszelakim. Za jej przykładem ruszył tłum twórców popkultury zaoferowany możliwością korzystania z okazji, zahipnotyzowany dzikim niemalże sukcesem, nierealnym już do powtórzenia w tak globalnej skali. I chociaż historia Harry’ego wciąż swoiście trwa, a jego uniwersum poszerza się i rozpęcznia, to potrzeba magii także w tej nieco odmiennej, bardziej klasycznej i tradycyjnej odsłonie istnieje niezmiennie i przyciąga rzesze kolejnych spragnionych czarów czytelników.

Taki magiczny czar rzuca wyjątkowa powieść, która może olśnić młodszych, polskich czytelników, a która rozpoczyna magiczny cykl „Kroniki Jaaru” Adama Fabera, czyli „Księga Luster”.

Czytaj dalej

Afgańskie Kobiety: „Kiedy księżyc jest nisko” Nadia Hashimi – recenzja

Dzisiaj ich życie i przyszłość to temat niczym ogień. Zapalnik bojowych dyskusji na tle kulturowym i religijnym, rasowych nienawiści, odruchów ludzkich i nieludzkich. Emocjonalny koktajl Mołotowa na arenie politycznej, wrzask podniesiony na ulicach miast Unii Europejskiej. To protesty i ruchy poparcia, to setki tysięcy zaangażowanych osób, to rzeka pieniędzy, która nie zna dna. Ale ich życie i przyszłość to także zwyczajny strach, dramat jednostek i całych rodzin, zbiorowa żałoba po krajach, które utracili, którym pozwolili wyślizgnąć się z rąk.  To nie tylko kaprys współczesności, chwila w skomplikowanych czasach, bo ten exodus trwa od wieków i trwać będzie pewnie jeszcze długo po naszym odejściu. Wiecie o kim mówię, prawda? O milionach uchodźców, którzy od lat przemierzają wschodnie ziemie, by siłą przeprawiać się przez Morze Śródziemne, do Europy. Koszt nie ma znaczenia, bo na szali postawili już wszystko, co mieli najdroższego. Pozostała desperacka wiara i obietnica jakiegoś lepszego jutra.

Dzisiaj to mieszkańcy krajów Maghrebu, subsaharyjskiej Afryki i przede wszystkim Syrii zmierzają korowodem do naszych granic, ale jeszcze nie tak dawno temu to mieszkańcy Afganistanu szukali nowego domu, uciekając przed śmiercią i opresją władzy talibanu. Nadia Hashimi wyobraziła sobie taką ucieczkę i opisała jedną z setek tysięcy podobnych historii, która mogła wydarzyć się naprawdę – „Kiedy księżyc jest nisko”.

Czytaj dalej

„Pakistańska córka” Maria Toorpakai ♥ PATRONAT

W Pakistanie, pośród starych plemiennych rodów, z dziewczynkami sprawa jest prosta – mają opiekować się najmłodszym rodzeństwem i naśladować starsze członkinie swojej rodziny. Z kobietami natomiast, jeszcze prostsza. Ich zadaniem jest siedzieć w czterech ścianach domów, zamknięte, odizolowane, zostawione samym sobie i swoim rodzinom, a opuszczać te ściany wyłącznie u boku bliskiego im mężczyzny, nawet małego chłopca, zakryte od stóp do głów. Nikt nie może ich zobaczyć, nikt nie może na nie spojrzeć. Konserwatywna kultura Bliskiego Wschodu i skrajnego odłamu Islamu zamyka kobiety niczym w klatkach, z których nigdy nie mogą się wyrwać. Za bunt, za sprzeniewierzenie się odwiecznym zasadom, grozi im śmierć. Grozi im ukamienowanie.

Urodzona 22 listopada 1990, dziewczynka o trzech imionach – Maria Gulgatai Toorpakai – mogła być ukamienowana. Córka wyklętych rodziców, wychowana na Terytoriach Plemiennych Pakistanu (dzisiaj terytorium działań talibów i największych terrorystów świata), której udało się wyzwolić. Została symbolem, inspiracją, najlepszą zawodniczką squasha w swoim kraju i jedną z najlepszych na świecie, a „Pakistańska córka” to historia jej życia opowiedziana jej własnymi słowami.

Czytaj dalej

„Punkt” Florence Hinckel – recenzja

Wszystko jest najlepsze w tym najlepszym z możebnych światów.

Wyobraź sobie utopię. Wyobraź sobie wieczną szczęśliwość. Krainę, w której nie można się smucić, martwić, czy przejmować. A nawet jeśli najdzie cię chandra, to pojawi się ktoś, kto w chwilę moment wszystko naprawi. Jedna tabletka, jeden łyk, jeden zastrzyk i po bólu! Teraz można spokojnie zalogować się do sieci, ustawić radosną emotikonkę i popatrzeć na równie radosne emotikonki innych. W końcu ludziom, którym szczęśliwość wmawia się odgórnie, których faszeruje się szczęściem i wypełnia po brzegi jak gęsi na foix gras – łatwiej i skuteczniej manipulować. Nie mają na co narzekać, nie muszę myśleć o sprawach poważnych, nie muszę zwracać uwagi na to, co ukryte za kotarą dezinformacji. Po co się martwić?

Dążenie do utopii odebrało miliony żyć w XX wieku, a jednocześnie istnieje w człowieku coś tak nielogicznego, że wciąż potrzebujemy podążać za tą ideą i wymyślamy kolejne nieosiągalne krainy szczęśliwości zarówno w fikcji, jak i w życiu. Terror wiecznego zadowolenia i pokolenie nienawykłe do smutku opisuje francuska pisarka Florence Hincel w młodzieżowej, zaskakującej antyutopii „Punkt”.

Czytaj dalej

„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” Nathanael Johnson – recenzja

Bywa tak, że w natłoku pracy, przy nawale obowiązków nie doceniamy tego, co dzieje się wokół nas. Wzrok zwrócony w ziemię, ekran telefonu przy oczach, słuchawki w uszach i pęd w nogach – do samochodu, do autobusu, do pracy i tylko marzenie o wydumanych wakacjach w głowie, chociaż tak naprawdę nawet te wakacje niczego nie są w stanie zmienić. A wokół nas prawdziwa dżungla! Nie wierzycie? Pewnie, ciężko w to uwierzyć, kiedy prowadzi się życie na czas, kiedy nawet w wolnych chwilach przyzwyczajeni jesteśmy patrzeć, ogarniać kolorowy, chaotyczny harmider, wirtualne rzeczywistości, ale nie dostrzegać szczegółów, które mijamy w takim pośpiechu. A wystarczy przystanąć na chwilę, spojrzeć w niebo, rozejrzeć się i dostrzec, przyjrzeć się z bliska mijanym po drodze drzewom. Żeby dostrzec piękno, swoisty cud nie potrzeba wiele, bo natura jest blisko, tuż tuż, za progiem. Nawet w centrum metropolii.

Gdyby nie malutka córka Josephine, pewnie Nathanael Johnson również nie spojrzałby nigdy w niebo. Pisałby całkiem udane artykuły o jedzeniu, śmigałby od restauracji do restauracji recenzując kolejne potrawy, a dni mijałyby swoim zwyczajnym torem. To milion pytań dorastającej dziewczynki zmusiły go, by przyjrzał się wszystkiemu bliżej. I z zaskoczeniem stwierdził, że wokół niego, w środku wielkiego miasta, toczy się niby oddzielne, a tak bliskie i związane z człowiekiem drugie życie – życie jedynie pozornie betonowej dżungli.

Czytaj dalej

„Czas burzy” Adrian Grzegorzewski – recenzja

To może być wspomnienie naszych babć i dziadków. To może być powrót do prawdziwych rodzinnych tragedii. To może być cudzy koniec świata, dramat drugiego człowieka. To przecież mogło się wydarzyć, bo ci ludzie, o innych twarzach, innych sercach, istnieli naprawdę. Mniej melodramatyczni, to z pewnością, mniej tragiczni, bo rzeczywistość nawet najbardziej rozpaczliwa naznaczona jest swoistym milczeniem. Mniej rzucający się w oczy. Ale istnieli. Druga Wojna Światowa jak na wielki konflikt międzynarodowy przystało, zostawiła po sobie potrzebę równie wielkich opowieści. Pełnych bohaterskich czynów, niemożebnych wyborów, potwornych czynów i niefortunnych poświęceń. Te prawdziwe kryją się wciąż w skromności tych, którzy byli ich świadkami. Nie iskrzą się, ale jak widmo snują za tymi, którzy wciąż pamiętają. Jedni o nich opowiedzą, inni zabiorą do grobu… Ale od czego mamy literacką fikcję?

Adrian Grzegorzewski zatraca się w polskiej historii tamtego okresu, snując swoją przejmującą opowieść o miłości, o poświęceniu i walce o wolność w kontynuacji losów trójki bohaterów znanych z „Czasu tęsknoty” – nadszedł „Czas burzy”.

Czytaj dalej

„Ostrze zdrajcy” Sebastien de Castell – recenzja

Współczesna fantastyka, szczególnie skierowana do młodzieży, lubi traktować siebie śmiertelnie poważnie. Tak poważnie, że nie zdaje sobie pewnie nawet sprawy z tego, że kopiuje samą siebie w nieskończoność, męcząc wciąż od nowa te same koncepty, te same motywy, tych samych, powielających się bohaterów, którzy na końcu okazują się nie mieć większych właściwości ponad kilka schematycznych cech, nic niewnoszących do literatury. Ot, kolejna taka sama opowieść – wybraniec losu, romans w przededniu rewolucji, bunt uciśnionych tłumów i pozorne wyzwolenie, bo jakoś tak zapominamy w tym wszystkim, że rewolucja lubi pożerać własne dzieci. Dlatego kiedy na horyzoncie pojawia się fantasy, którego bohaterowie nie pławią się we własnym nieszczęściu, nie należą do jednej z ekstremistycznych frakcji charakterologicznych, a do tego wyróżniają się dystansem do samych siebie, to owa powieść przyciąga od razu uwagę czytelniczego świata.

Sebastien de Castell postawił z jednej strony na fantasy z elementem mroku, ale przede wszystkim zdecydował się powrócić do znanej i tak dobrze cenionej klasyki, tworząc serię spod znaku zakurzonych już płaszcza i szpady, składając współczesny hołd uwielbianym bohaterom Alexandra Dumas. Jego cykl Wielkie Płaszcze, rozpoczęty przez „Ostrze zdrajcy” to prawdziwy ukłon w stronę „Trzech Muszkieterów” i odświeżający odwrót od zastanych wyznaczników fantastycznego gatunku.

Czytaj dalej

„Wyścig śmierci” Maggie Stiefvater – recenzja

Dojrzeć można go nad brzegiem rzeki, przy ujściu strumienia, czasami nad jeziorem, czasami na brzegu morza, gdy wychodzi z pieni wzburzonych fal. Majestatyczny, potężny w kłębie, o powiewającej gęstej grzywie i kopytach, które tną jak stal. Jego umaszczenie, podobnie jak imię, zmienia się w zależności od miejsca, z którego pochodzi. W folklorze skandynawskim nazywany był Bäckahästen, na Szetlandach Shoopiltee, a w folklorze celtyckim – Each uisce, inaczej Kelpie. Nadnaturalny, gigantyczny koń wodny, który przyciąga swoim demonicznym urokiem. Lepiej nie podchodzić zbyt blisko, ominąć kuszące z oddali zwierzę, bo mówią, że kto dosiądzie tajemniczego rumaka, tego poniesie w najgłębsze wodne otchłanie, zatopi i pożre.

To właśnie te kreatury towarzyszą bohaterom fascynującej, ociekającej morską wodą i krwią opowieści dla młodzieży pióra Maggie Stiefvater – „Wyścig śmierci”.

Czytaj dalej

„Buntowniczka z pustyni” Alwyn Hamilton ♥ PATRONAT

Powszechnie wiadomo, jak działa na czytelnika wzmianka o „Baśniach tysiąca i jednej nocy”. Przed oczami, niczym miraż przed wędrującym beduinem, wysnuwa się obraz migoczących piasków pustyni, skąpanych w jarzącym się słońcu. Krzyki poganiaczy i ryki ich niestrudzonych wielbłądów, a wokół złocisty horyzont, drgające powietrze, sen o oazie w sercu bezkresnej pustki. Nocną porą wyrastają z nicości wielkie namioty pełne bogato zdobionych poduszek, a w nich tancerki wijące się w falach ognia do hipnotyzującej muzyki, ich ciała niczym węże. Błyskają skrywane za pasem sztylety, muskają lekkie jedwabie, mrugają kuszące oczy znikające za cieniutkim materiałem… Wszystko otoczone złotem, przepychem, magią, bo każdy dobrze wie, że pośród ogni i pustynnych wirów krążą spragnione opowieści ifrity…

A gdyby zburzyć nieco ten baśniowy obraz? Obrócić go co z jednej, z drugiej strony, zostawić nieśmiertelną magię, legendy pośród pustyni, a dodać krew, krzyki i strzelaniny niczym z Dzikiego Zachodu? Szczyptę kuszącej przygody to tu, to tam? Odrobinę pierwszej miłości, cienia wielkich wojen i niebezpieczeństwa? To może się udać! Między fantasy a opowieścią ze Wschodu, między rzeczywistością a najdalszymi krańcami wyobraźni snuje się historia „Buntowniczki z pustyni” Alwyn Hamilton.

Czytaj dalej

„Mala vita” Claudio Michele Mancini – recenzja & PATRONAT

Kiedy w 1969 roku pisarz Mario Puzo opublikował „Ojca Chrzestnego” świat popkultury oszalał na punkcie włoskiej Mafii. Losy fikcyjnej rodziny Corleone zawładnęły zbiorową wyobraźnią, a po kultowej ekranizacji w reżyserii Francisa Forda Coppoli nawet prawdziwi członkowie gangsterskiego półświatka zaczęli dopasowywać filmowy wizerunek do swojej  rzeczywistości, stylizując się na ulubionych bohaterów fikcyjnej Rodziny. Od tamtego czasu, kiedy pojawia się jakakolwiek wzmianka o Mafii, to od razu rysuje się przed oczami obraz statecznego Vito, Capo di Tuttu Capi, w eleganckim garniturze, jego wystudiowane ruchy, pierścień na palcu i apatyczny sposób bycia. Nagle Mafia z cienia trafiła na piedestał, a do języka codziennego trafiły wyrażenia do tej pory zarezerwowane jedynie dla wtajemniczonych członków, jak Cosa Nostra, sekretny kodeks zwany omertà, czy consigliere.

Fascynacja włoską Mafią nie ustaje, trwa niezmiennie, a jej ciemne interesy, zarówno te jawne, jak i skrzętnie ukrywane, inspirują twórców do kreowania nowych opowieści, tak jak włoskiego pisarza Claudio Michele Mancini i jego powieść „Mala vita”.

Czytaj dalej