Site icon Wielki Buk

„Czas zabijania” John Grisham

Bombla_CzasZabijania

 

„That Mississippi Magic, is Mississippi madness now.
Whites don’t like black people.
Blacks don’t like white nohow.”

The Klan, Patsy Sims, str.44

„A band of faithful Klansmen
Knights of the K.K.K.
We all will stand together
Forever and for aye.”

Ku Klux Klan: America’s First Terrorists Exposed, ed. P. O’Donnell, str. 236

Mississippi. Uznany za jeden z najbardziej rasistowskich stanów USA. W niechlubnej czołówce wraz z Alabamą, Teksasem i Tennessee. Jedno z tych miejsc, w których, nieważne w jakiej epoce, nieistotne w jakim wieku, bezpieczniej jest urodzić się białym, lepiej być stamtąd, być „czystej krwi” Amerykaninem niż należeć do społecznej mniejszości. To właśnie w tych stanach, pomimo wszelkich światowych zmian i pomimo, wydawałoby się, pełnej integracji i tolerancji, znaleźć można miasteczka, w których wciąż władzę ma pewne stowarzyszenie. Społeczno-polityczne ugrupowanie, które przeszło do najmroczniejszych rozdziałów historii Stanów Zjednoczonych wraz ze swoimi linczami, płonącymi krzyżami i białymi kostiumami. Ugrupowanie zwane Niewidzialnym Imperium, czyli Ku Klux Klan. Jeśli myślicie, że jest to jedynie relikt przeszłości, smutne wspomnienie z czasów Wojny Secesyjnej, to z pewnością zaskoczy Was wiadomość, że KKK ma się całkiem dobrze. Istnieje, rozwija się i trwa, a ich ideologia „rasowej czystości” i „stuprocentowego amerykanizmu” zbiera swoje żniwo w XXI wieku, podobnie jak zbierała w wieku XX. I nic nie można na to poradzić.

Przepełnioną okrucieństwem, terrorem KKK i rasową nienawiścią historię opowiada John Grisham w pierwszej w dorobku powieści z 1989 roku zatytułowanej „Czas zabijania” („A Time to Kill”). Na początek kilka faktów z życia autora. Grisham, z zawodu prawnik, zanim jeszcze został bestsellerowym pisarzem, swoje pierwsze kroki w fachu stawiał właśnie w sądach stanu Mississippi. Prawo zna od podszewki, nieobce są mu sądowe konflikty o podłożu rasistowskim. W końcu to jego rodzinny stan przoduje w rasowej nienawiści. Do napisania jednego ze swoich najlepszych sądowych thrillerów, w których triumfuje do dziś, zainspirowały go prawdziwe wydarzenia, których świadkiem był w połowie lat osiemdziesiątych. Była to jedna ze spraw tak potwornych, tak niezwykle brutalnych, że nikt o zdrowym rozumie nie powinien mieć wątpliwości co do wymiaru kary.

„Czas zabijania” zaczyna się prawdziwym ciosem w czytelnika. Mimowolnie stajemy się świadkiem zbrodni. John Grisham doskonale dobrał sposób narracji, byśmy czuli się jak bierni obserwatorzy, postawieni przed wydarzeniami, na które nie mamy żadnego wpływu, a które od pierwszych chwil chcemy zatrzymać. Na polance, do pojedynczego drzewa, przywiązana jest sznurem dziesięcioletnia, czarnoskóra dziewczynka, Tonya Hailey. Tuż obok stoją jej porywacze, para doskonałych reprezentantów tego,  co nazywa się białą chołotą, czyli James Louis „Pete” Willard i Billy Ray Cobb. Piją piwo i obserwują zniszczenia, jakich udało im się dokonać na prawie bezwładnym już ciele dziewczynki. Brutalnie ją zgwałcili, wielokrotnie, na różne sposoby. Pobili w taki sposób, że jej twarz ledwo przypomina dziecięce rysy. Jej nagie ciało pokrywają serie siniaków, krwiaków i nacięć. Dwaj mężczyźni naśmiewają się, wydają z siebie serię rasistowskich okrzyków, oddają na dziecko mocz, po czym dochodzą do wniosku, że najlepiej pozbyć się jej dobijając ją i wrzucając ciało po drodze do rzeki. A mała Tonya jedyne o czym myśli, to jej tata, który nigdy nie przyszedł jej na ratunek.

Cudem dziewczynce udaje się przeżyć. Trafia do szpitala zmasakrowana, z poważnymi obrażeniami szczęki, nie mówiąc o obrażeniach wewnętrznych, przez które Tonya już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Para jej zidiociałych oprawców zostaje wkrótce złapana, gdy po pijaku w barze chwalili się, że „udało im się znaleźć jedyną czarnoskórą dziewicę w całym stanie”. Dziesięcioletnie dziecko. Przerażenie dotyka wyłącznie nielicznych. Jest rok 1984, prawie dekada po zniesieniu ostatnich oznak segregacji rasowej w USA, jednak w mentalności mieszkańców Clanton wszystko jest tak jak dawniej. Matki Pitta i Billego wypłakują oczy nad swoimi „biednymi synami, którzy przecież nie zrobili nic złego”, biała społeczność nie potrafi reagować poprawnie, bo to przecież „czarna dziewczynka”, więc zapowiada się proces, który wcale nie musi skończyć się tak jak powinien.  I wtedy wkracza ojciec Tonyi, Carl Lee, wraz ze swoim automatycznym karabinkiem. W sądzie, za jednym zamachem, zabija obu mężczyzn. Robi to z pełną świadomością czynu. W zemście. Całkiem otwarcie. I daje się aresztować. Jego obrony podejmuje się młody prawnik, nasz główny bohater, Jack Brigance, dla którego proces zrozpaczonego ojca stanie się najgłośniejszym procesem życia.

„Czas zabijania” na każdej stronie stawia tak swoim bohaterom, jak i czytelnikom jedno podstawowe pytanie: „A co ty byś zrobił?”. Łatwo, czysto teoretycznie, postawić się na miejscu Carla Lee. Gdy nie ma odpowiedzialności, gdy pozostają jedynie idee, łatwo jest określić swoją stronę. Ale gdy w grę wchodzi moralność czynu, kwestia osądzenia za podwójne morderstwo z premedytacją, sprawa nabiera odcieni szarości i już nic nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. John Grisham nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Tutaj nie można nie podjąć wyboru. Dostajemy pełny obraz wszystkich stron konfliktu. Rodziny Pitta i Billego. Rodzinę Tonyi i Jacka Brigance’a. Członków KKK, którzy zjeżdżają się z całego kraju, siejąc grozę i nienawiść. Sędziów i ławę przysięgłych. Gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce przez moment staje się najgłośniejszą sprawą w stanie Mississippi i wkrótce w całym kraju, bo wstrząsa opinią publiczną, a do tego generuje dyskusje na temat rasowych konfliktów. Znowu płoną krzyże. Klan ustanawia lincze. Wybuchają bomby. Giną kolejni ludzie. Nie ma końca przemocy. Nie ma końca nienawiści.

Historia zemsty kochającego ojca za gwałt na swojej córeczce to wyidealizowana wizja smutnej rzeczywistości, w której zazwyczaj brakuje happy endów. Wymiar sprawiedliwości często operuje niedoskonałymi paragrafami, które łatwo podważyć. Tym bardziej w systemie amerykańskim, w którym gra na emocjach ławy przysięgłych jest znanym chwytem stosowanym przez prawników. Takich przypadków, jak ten małej Tonyi, było w trudnej historii konfliktów Stanów Zjednoczonych najprawdopodobniej dziesiątki, jeśli nie setki. Te dziewczynki, bez względu na swoją przynależność rasową, rzadko doczekiwały się jasnej sprawiedliwości. Często musiały stawać ze swoim oprawcą twarzą w twarz, krótko po zapadnięciu niefortunnego wyroku. Córka Carla Lee miała szczęście pod postacią ojca, który w przypływie największej rozpaczy nie wahał się sam wymierzyć należnej kary. My byliśmy świadkami całej sceny, on nie. My mieliśmy dostęp do myśli Tonyi, gdy bezbronna wisiała na drzewie, on nie. My obserwowaliśmy czyny jej oprawców i słyszeliśmy ich chore motywacje.  My, poprzez słowa, czuliśmy jej ból, a jej ojciec mógł sobie go jedynie wyobrazić. I zrobił to, co wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. A ja nie muszę zadawać sobie pytania co bym zrobiła na jego miejscu – ja już to wiem i wiedziałam od początku.

O.

Exit mobile version