Najlepsze książki 2020 (do tej pory)

Moi Drodzy,

Ten rok pędzi na złamanie karku, pędzi na łeb na szyję i przyznam Wam, że sama jestem zaskoczona tempem mijających dni, odlatujących miesięcy.

Nic jednak na to poradzić nie sposób, czerwiec zmierza ku końcowi, więc tradycyjnie już nadszedł czas, byście poznali NAJLEPSZE I NAJULUBIEŃSZE KSIĄŻKI 2020 DO TEJ PORY wg Wielkiego Buka!

Czytaj dalej

Zapowiedzi książkowe: MAJ 2020

Moi Drodzy,

Pandemia zmusiła wydawców, by zwolnili tempo, ale maj i tak rozkwita wyborem przepysznych premier w literaturze.

Wybrałam dla Was 10 wyjątkowych tytułów, na które warto polować i na które warto zwrócić uwagę!

Czytaj dalej

WARTO CZYTAĆ #8: JOHN GRISHAM | mini-przewodnik & KONKURS!

bombla_wartoczytac8

Moi Drodzy,

Nie wiem jak Wy, ale ja już stęskniłam się za kolejną odsłoną cyklu WARTO CZYTAĆ. Niebawem mija rok od powstania tej serii, w której przybliżam Wam wyjątkowych pisarzy, różnorodne literackie gatunki i wszystko to, co najlepsze w literaturze.

Czytaj dalej

„Sycamore Row” John Grisham

Bombla_SycamoreRow

 

„Everything is about race in Mississippi, Jake. Don’t ever forget that.”

Gdy umiera ktoś bliski, ktoś kochany i szanowany, rzadko kiedy wśród żałobników jako pierwsza pojawia się myśl o jego ostatniej woli, spadku, który pozostawił po sobie członkom rodziny, czy przyjaciołom. Trochę inaczej ma się ta kwestia w przypadku osób zamożnych, takich, których majątek liczony jest co najmniej w setkach tysięcy, bardziej w milionach. Kiedy kwestia spadku to nie tylko smutny obowiązek, ale dreszcz wyczekiwania i wstydliwych (przynajmniej dla poniektórych) emocji. W takich chwilach, po lub jeszcze przed pogrzebem, nagle wychodzi na jaw kogo nieboszczyk kochał najbardziej, kogo lubił i chciał szczodrze nagrodzić, a kogo nie znosił.  Tym ostatnim brak nazwiska w rozporządzeniu przyniesie upokorzenie i najprawdopodobniej wzbudzi cały zestaw negatywnych uczuć. Jednak testamenty ludzi bogatych potrafią także zmieniać życie innych na lepsze. Kto miał dobre serce, był szczodry i potrafił dostrzegać cierpienie bliźnich, ten potrafi zapisać mnóstwo pieniędzy fundacjom charytatywnym i podobnym organizacjom lub oddać wiele na rzecz kogoś, kto tego majątku potrzebował. Niewielu jest takich ludzi, chociaż istnieją, istnieli i sprawili, że ktoś nawet przez moment poczuł się po prostu szczęśliwy.

Opowieść o wielkim spadku i jego niechcianych konsekwencjach snuje John Grisham w jednej ze swoich najnowszych powieści zatytułowanej „Sycamore Row” i zarazem luźnej kontynuacji debiutanckiego „Czasu Zabijania”. Znów wracamy do hrabstwa Ford, fikcyjnego miasteczka Clanton w stanie Mississippi, w którym w trzy lata po legendarnym procesie Carla Lee Hailey w sumie niewiele się zmieniło. Życie toczy się swoim torem, dla jednych lepiej, dla innych trochę gorzej. Jake Brigance, obrońca Carla Lee, który w procesie życia stracił dom, ale liczył chociaż na jako taką sławę, nie zyskał zbyt wiele. Pracuje, trzyma się i rodzinnie wspiera z żoną Carlą, jednak nie jest to właśnie to, czego oczekiwał po wydarzeniach sprzed lat. Miało być tak pięknie, po prostu lepiej, a jest jak jest. Przynajmniej są cali i zdrowi i nawet Ku Klux Klan odpuścił po czasie. I nic by się nie zmieniło, gdyby nie list, który pewnego dnia trafia do rąk Jake’a. To niezwykły list. Skrupulatnie zaplanowany, wysłany na ostatnią chwilę, tuż przed śmiercią – testament wisielca.

Tym wisielcem jest Seth Hubbard. Za życia był on jednym z najbogatszych, o ile nie najbogatszym człowiekiem w hrabstwie. Wielomilionowy majątek zdobył tworząc swoje małe imperium, zupełnie od zera, zaczynając dosłownie z niczym, no może kilkoma akrami ziemi. Dorobił się wielkich pieniędzy, ale niekoniecznie rodzinnego szczęścia. W ostatnich latach mieszkał już zupełnie sam, opuszczony przez trzy poprzednie żony i chciwe dzieci, których nienawidził. Umierał na raka, a opiekowała się nim jego gosposia, czarnoskóra Lettie Lang. Gdy wiedział, że śmierć w męczarniach jest naprawdę blisko, a nie chciał tak umierać zamroczony lekami, spisał po raz kolejny swój testament. Tym razem odręcznie, bez świadków i wysłał go do Jake’a, tak, by dotarł w dwa dni po jego śmierci.

Seth Hubbard powiesił się pewnego ranka na jednym z jaworów rosnących przy tytułowej Sycamore Row (Alei Jaworów). Jego ostatnia wola wstrząsnęła okolicą, bo 90% majątku, bez słowa wyjaśnienia zostawił… Lettie. Pominął całą rodzinę, poza zaginionym od dekad bratem, dokładnie zaznaczając w dokumencie, że nic im się nie należy. Wyśmiał ich chciwość i zaznaczył, by testament odczytać dopiero po wszystkich uroczystościach związanych z pogrzebem, by prawdziwa natura i intencje jego fałszywej rodziny wyszły na jaw. Nie był to jednak jego jedyny testament, więc na swojego pośmiertnego obrońcę wyznaczył właśnie Jake’a Brigance’a. Wkrótce rozpoczyna się kolejny głośny proces, którego główną osią raz jeszcze stają się konflikty rasowe i rodzinne sekrety z przeszłości, o których wszyscy chcieli zapomnieć.

Tym razem Grisham nie skupił się na trudnych moralnych wyborach, ale w zamian poruszył temat ludzkiej pazerności, która potrafi połączyć ludzi bez względu na pozycję społeczną, wiek, płeć, czy rasę. Wielkie pieniądze to zawsze dziesiątki rąk, które koniecznie chcą się do nich dorwać, zagarnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. W kolejce po miliony stają dzieci Hubbarda wraz z  armią prawników, a po drugiej stronie zagubiona Lettie, która w tej opowieści wydaje się być jedyną osobą, której na tych pieniądzach nie zależy i która dostrzega w tym hojnym geście więcej problemów niż przyszłego szczęścia. Ona wie, że stając się najbogatszą kobietą w takim hrabstwie jak Ford, do tego czarnoskórą, może oznaczać falę miejscowej nienawiści do końca życia. Bez względu na jej prawdziwe pobudki, bez względu na intencje darczyńcy. Bo przecież nikt nie wie dlaczego Lettie przypadło w udziale wszystko i dopiero przypadkowe wydarzenia i śledztwo odkryje zupełnie inną stronę całego procesu. I od tego momentu jedynie od ławy przysięgłych będzie zależało, jak zakończy się cała sprawa.

John Grisham nie byłby sobą, gdyby w „Sycamore Row” nie poruszył także odwiecznego konfliktu rasowego amerykańskiego Południa. Znowu mamy poczucie, że w Clanton nic się nie zmieniło i wcale zmienić nie zamierza, a takie sprawy jak Carla Lee, czy Lettie są jedynie kroplą w morzu tysięcy podobnych. Miało być lepiej, a lepiej wcale nie jest. Pomimo, że proces wcale nie toczy się w imieniu czy przeciw Lettie – chodzi tutaj o dowód na prawdziwość i pełnoprawność ostatniego testamentu Hubbarda – na każdym kroku Jake musi przypominać o co tak naprawdę rozgrywa się cała sprawa, nie tylko osobom trzecim, ale nawet prokuratorowi i sędziemu. Tak jakby wszyscy zapomnieli na czyje zlecenie się tam spotykają, bo w zupełnie naturalny sposób wychodzi z tego kolejny proces biali vs. czarni i nie ma od tego odwrotu, jak to w Mississippi.

W porównaniu z „Czasem zabijania”, „Sycamore Row” brakuje tego „czegoś”. Brakuje napięcia i wyczekiwania na rozwiązanie sprawy. Brakuje wątków pobocznych, które dodałyby tej opowieści tak potrzebnej pikanterii. I nie zrozumcie mnie źle – to doskonały thriller sądowniczy, ale… nic poza tym. Rozwiązanie tajemnicy Alei Jaworów nie zaskakuje. Przeraża, ale było łatwe do przewidzenia i kto potrafi wiązać poszczególne wątki nie będzie już wstrzymywał oddechu na zakończenie. Bo to znowu przecież Mississippi. Jeden z najbardziej rasistowskich stanów w USA. Miejsce z przeszłością, tragiczną i wciąż wstydliwą dla wielu Amerykanów, w której zawarły się lata prześladowań, linczów i rasowych potyczek. Zapisała się historia okrutnych wspomnień, o których strach rozmyślać. We krwi mieszkańców płyną uprzedzenia, których pokonanie zajmie jeszcze doświadczenia wielu pokoleń.  I żadne pieniądze tego nie naprawią.

O.

„Czas zabijania” John Grisham

Bombla_CzasZabijania

 

„That Mississippi Magic, is Mississippi madness now.
Whites don’t like black people.
Blacks don’t like white nohow.”

The Klan, Patsy Sims, str.44

„A band of faithful Klansmen
Knights of the K.K.K.
We all will stand together
Forever and for aye.”

Ku Klux Klan: America’s First Terrorists Exposed, ed. P. O’Donnell, str. 236

Mississippi. Uznany za jeden z najbardziej rasistowskich stanów USA. W niechlubnej czołówce wraz z Alabamą, Teksasem i Tennessee. Jedno z tych miejsc, w których, nieważne w jakiej epoce, nieistotne w jakim wieku, bezpieczniej jest urodzić się białym, lepiej być stamtąd, być „czystej krwi” Amerykaninem niż należeć do społecznej mniejszości. To właśnie w tych stanach, pomimo wszelkich światowych zmian i pomimo, wydawałoby się, pełnej integracji i tolerancji, znaleźć można miasteczka, w których wciąż władzę ma pewne stowarzyszenie. Społeczno-polityczne ugrupowanie, które przeszło do najmroczniejszych rozdziałów historii Stanów Zjednoczonych wraz ze swoimi linczami, płonącymi krzyżami i białymi kostiumami. Ugrupowanie zwane Niewidzialnym Imperium, czyli Ku Klux Klan. Jeśli myślicie, że jest to jedynie relikt przeszłości, smutne wspomnienie z czasów Wojny Secesyjnej, to z pewnością zaskoczy Was wiadomość, że KKK ma się całkiem dobrze. Istnieje, rozwija się i trwa, a ich ideologia „rasowej czystości” i „stuprocentowego amerykanizmu” zbiera swoje żniwo w XXI wieku, podobnie jak zbierała w wieku XX. I nic nie można na to poradzić.

Przepełnioną okrucieństwem, terrorem KKK i rasową nienawiścią historię opowiada John Grisham w pierwszej w dorobku powieści z 1989 roku zatytułowanej „Czas zabijania” („A Time to Kill”). Na początek kilka faktów z życia autora. Grisham, z zawodu prawnik, zanim jeszcze został bestsellerowym pisarzem, swoje pierwsze kroki w fachu stawiał właśnie w sądach stanu Mississippi. Prawo zna od podszewki, nieobce są mu sądowe konflikty o podłożu rasistowskim. W końcu to jego rodzinny stan przoduje w rasowej nienawiści. Do napisania jednego ze swoich najlepszych sądowych thrillerów, w których triumfuje do dziś, zainspirowały go prawdziwe wydarzenia, których świadkiem był w połowie lat osiemdziesiątych. Była to jedna ze spraw tak potwornych, tak niezwykle brutalnych, że nikt o zdrowym rozumie nie powinien mieć wątpliwości co do wymiaru kary.

„Czas zabijania” zaczyna się prawdziwym ciosem w czytelnika. Mimowolnie stajemy się świadkiem zbrodni. John Grisham doskonale dobrał sposób narracji, byśmy czuli się jak bierni obserwatorzy, postawieni przed wydarzeniami, na które nie mamy żadnego wpływu, a które od pierwszych chwil chcemy zatrzymać. Na polance, do pojedynczego drzewa, przywiązana jest sznurem dziesięcioletnia, czarnoskóra dziewczynka, Tonya Hailey. Tuż obok stoją jej porywacze, para doskonałych reprezentantów tego,  co nazywa się białą chołotą, czyli James Louis „Pete” Willard i Billy Ray Cobb. Piją piwo i obserwują zniszczenia, jakich udało im się dokonać na prawie bezwładnym już ciele dziewczynki. Brutalnie ją zgwałcili, wielokrotnie, na różne sposoby. Pobili w taki sposób, że jej twarz ledwo przypomina dziecięce rysy. Jej nagie ciało pokrywają serie siniaków, krwiaków i nacięć. Dwaj mężczyźni naśmiewają się, wydają z siebie serię rasistowskich okrzyków, oddają na dziecko mocz, po czym dochodzą do wniosku, że najlepiej pozbyć się jej dobijając ją i wrzucając ciało po drodze do rzeki. A mała Tonya jedyne o czym myśli, to jej tata, który nigdy nie przyszedł jej na ratunek.

Cudem dziewczynce udaje się przeżyć. Trafia do szpitala zmasakrowana, z poważnymi obrażeniami szczęki, nie mówiąc o obrażeniach wewnętrznych, przez które Tonya już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Para jej zidiociałych oprawców zostaje wkrótce złapana, gdy po pijaku w barze chwalili się, że „udało im się znaleźć jedyną czarnoskórą dziewicę w całym stanie”. Dziesięcioletnie dziecko. Przerażenie dotyka wyłącznie nielicznych. Jest rok 1984, prawie dekada po zniesieniu ostatnich oznak segregacji rasowej w USA, jednak w mentalności mieszkańców Clanton wszystko jest tak jak dawniej. Matki Pitta i Billego wypłakują oczy nad swoimi „biednymi synami, którzy przecież nie zrobili nic złego”, biała społeczność nie potrafi reagować poprawnie, bo to przecież „czarna dziewczynka”, więc zapowiada się proces, który wcale nie musi skończyć się tak jak powinien.  I wtedy wkracza ojciec Tonyi, Carl Lee, wraz ze swoim automatycznym karabinkiem. W sądzie, za jednym zamachem, zabija obu mężczyzn. Robi to z pełną świadomością czynu. W zemście. Całkiem otwarcie. I daje się aresztować. Jego obrony podejmuje się młody prawnik, nasz główny bohater, Jack Brigance, dla którego proces zrozpaczonego ojca stanie się najgłośniejszym procesem życia.

„Czas zabijania” na każdej stronie stawia tak swoim bohaterom, jak i czytelnikom jedno podstawowe pytanie: „A co ty byś zrobił?”. Łatwo, czysto teoretycznie, postawić się na miejscu Carla Lee. Gdy nie ma odpowiedzialności, gdy pozostają jedynie idee, łatwo jest określić swoją stronę. Ale gdy w grę wchodzi moralność czynu, kwestia osądzenia za podwójne morderstwo z premedytacją, sprawa nabiera odcieni szarości i już nic nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. John Grisham nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Tutaj nie można nie podjąć wyboru. Dostajemy pełny obraz wszystkich stron konfliktu. Rodziny Pitta i Billego. Rodzinę Tonyi i Jacka Brigance’a. Członków KKK, którzy zjeżdżają się z całego kraju, siejąc grozę i nienawiść. Sędziów i ławę przysięgłych. Gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce przez moment staje się najgłośniejszą sprawą w stanie Mississippi i wkrótce w całym kraju, bo wstrząsa opinią publiczną, a do tego generuje dyskusje na temat rasowych konfliktów. Znowu płoną krzyże. Klan ustanawia lincze. Wybuchają bomby. Giną kolejni ludzie. Nie ma końca przemocy. Nie ma końca nienawiści.

Historia zemsty kochającego ojca za gwałt na swojej córeczce to wyidealizowana wizja smutnej rzeczywistości, w której zazwyczaj brakuje happy endów. Wymiar sprawiedliwości często operuje niedoskonałymi paragrafami, które łatwo podważyć. Tym bardziej w systemie amerykańskim, w którym gra na emocjach ławy przysięgłych jest znanym chwytem stosowanym przez prawników. Takich przypadków, jak ten małej Tonyi, było w trudnej historii konfliktów Stanów Zjednoczonych najprawdopodobniej dziesiątki, jeśli nie setki. Te dziewczynki, bez względu na swoją przynależność rasową, rzadko doczekiwały się jasnej sprawiedliwości. Często musiały stawać ze swoim oprawcą twarzą w twarz, krótko po zapadnięciu niefortunnego wyroku. Córka Carla Lee miała szczęście pod postacią ojca, który w przypływie największej rozpaczy nie wahał się sam wymierzyć należnej kary. My byliśmy świadkami całej sceny, on nie. My mieliśmy dostęp do myśli Tonyi, gdy bezbronna wisiała na drzewie, on nie. My obserwowaliśmy czyny jej oprawców i słyszeliśmy ich chore motywacje.  My, poprzez słowa, czuliśmy jej ból, a jej ojciec mógł sobie go jedynie wyobrazić. I zrobił to, co wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. A ja nie muszę zadawać sobie pytania co bym zrobiła na jego miejscu – ja już to wiem i wiedziałam od początku.

O.