Site icon Wielki Buk

Wywiad z Magdaleną Parys

Moi Drodzy,

W ramach nowego Wielkobukowego cyklu wywiadów zapraszam Was na rozmowę ze wspaniałą pisarką i wyjątkową kobietą – przed Wami:

MAGDALENA PARYS

(c) Wojtek Rudzki

Polska pisarka, tłumaczka i poetka, która duszą i sercem należy zarówno do Polski, jak i Niemiec. Nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus, zdobywczyni Nagrody Literackiej Unii Europejskiej za powieść „Magik”. Na co dzień mieszka z rodziną w Berlinie.

Olga Kowalska: Rozglądając się po rynku literackim zdawać by się mogło, że mamy dzisiaj wysyp pisarzy, którzy powieściopisarstwo wybrali jako swój zawód i realizują się w nim rzemieślniczo. A jaki był Twój pierwszy impuls, który popchnął cię w kierunku pisania?

Magdalena Parys: To nie było tak, że usiadłam i postanowiłam zostać pisarką. Ja właściwie pisałam od zawsze. Najpierw wierszyki, potem krótkie opowiadania, odkąd pamiętam pamiętniki, które symbolicznie spaliłam przed wyjazdem do Berlina w starym poniemieckim piecu. Najwyraźniej już jako dziecko miałam tendencje do afektacji. Opisałam to później w Białej Rice, Sylwia Chutnik po jej przeczytaniu zasugerowała, że musiałam się spalić, aby potem w Berlinie niczym feniks z popiołów powstać. Podoba mi się przedstawienie tego w taki sposób, to tak jak gdyby nasze istnienie definiował sam akt pisania. Wracając jednak do twego pytania, nie mam pojęcia czy był taki impuls. To był raczej długotrwały proces. Swoje opowiadania czytałam mamie, która uważała że są straszne. Płakałam, złościłam się i pisałam dalej. Jak taka wańka wstańka. Za to doskonale pamiętam moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie napisać książkę. Miałam dwadzieścia kilka lat i pisałam książkę o rozpadającym się związku. Opowiadałam trudną historię z perspektywy mężczyzny. Gdzieś na 70 może 100 stronie wiedziałam już, że jestem na dobrej drodze, na krok przed poważnym pisaniem. Jednak wciąż nie myślałam, że kiedyś coś wydam. To wszystko były ćwiczenia.

Mieszkasz w Berlinie, co pozwala Ci na szerszą perspektywę. Czy niemiecki rynek wydawniczy mocno różni się od naszego? Czy inaczej traktuje się w Niemczech pisarzy? Same książki?

Książki w Niemczech to stały byt, ktoś, kto nie czyta nie jest cool. Co do samych książek i rynku wydawniczego wygląda to tak, że w Niemczech mamy stałą cenę książek, która obowiązuje przez rok potem ta sama książka wydawana jest w formie kieszonkowej, to znaczy w miękkiej okładce i można ją kupić już za 9,99 Euro albo nawet jeszcze taniej. Wszystko od lat jest przewidywalne, uporządkowane, dzięki temu wydawnictwa mogą dalekowzrocznie planować. Nikogo nie dziwi, że trzeba za książkę zapłacić tak samo jak za wstęp do kina czy do teatru. Spotkania z pisarzami są płatne i to też nikogo nie dziwi. Pisarzom podobnie jak innym artystom często płaci się za występ w radiu czy w telewizji niemałe pieniądze. W Polsce zresztą też już się to zmienia, żadna szanująca się placówka nie oczekuje, że przyjedziesz gdzieś za darmo. Pomijając jednak pieniądze, jest jeszcze jedna zasadnicza różnica między Polską a Niemcami. W Niemczech książka i pisarz to dobra narodowe i tak się do nich podchodzi. Nikt nie śmieje się ze stawiania sprawy w ten sposób i nie będzie widział w dobru narodowym patosu. Zawsze znajdzie się miejsce na kulturę w gazecie i w telewizji. Prezydent i reszta polityków publicznie pokazują się z książkami, uczęszczają na spotkania z pisarzami. Ja osobiście poza byłą minister profesor Omilanowską jeszcze nigdy nie widziałam w Polsce polityka z książką. Chyba że z propagandową książką swojego lidera partyjnego albo z książkami Sienkiewicza bo wpisuje się to w patriotyczny ruch. Wiesz co mam na myśli? Książkę jako stały element życia publicznego.

Pamiętam, że nazwałaś się niegdyś osobą „transkulturową”, odnosząc się do swoich polsko-niemieckich doświadczeń. Zastanawiam się jednak, czy aby przypadkiem w dzisiejszych czasach, w których większość przeżywanej przez nas kultury jest kulturą transatlantycką, nie jesteśmy wszyscy w jakiś sposób, w jakimś stopniu transkulturowi?

W dużym stopniu tak, dzięki książkom i podróżom poznajemy inne światy. Ale czy poznawanie jest równoznaczne ze znaniem? Mówiąc transkulturowa miałam na myśli coś więcej, myślałam o posiadaniu kilku tożsamości, kilku żyć. Widzisz, ja rozumiem Niemców, rozumiem tak jak bym była jedną z nich, wiem co ich boli, co ich wkurza, bo myślę jak oni i czuję jak oni, bo chodziłam z nimi do szkoły, bo z nimi studiowałam i żyję z nimi na co dzień, lecz rozumiem tak samo Polaków, czuję ich bo jestem Polką. Mam dwa życia, dwa języki, dwie kultury. Nie jestem w stanie zrozumieć do końca Amerykanów czy Włochów tylko dlatego, że czytam ich książki i jeżdżę do nich na wakacje, to za mało żeby móc powiedzieć o sobie jestem jedną z nich a tak rozumiem transkulturowość.

Berlin to miasto z wyjątkowo bogatą historią, tak nowoczesną, jak i dawniejszą. Kryje on w sobie wielkie tragedie, przemiany, pomyłki, ale i w naszych latach dążenie do wolności. Pozwól więc, że zapytam Ciebie jako takiej mojej korespondentki: czy Berlin wciąż tą historią żyje? Czy ta historia gdzieś jeszcze się tam kryje? Czy mur wciąż dzieli?

Berlin jest inny od wszystkich miast w Niemczech, podobnie jak Londyn nie jest taki jak cała Anglia. Od lat próbuję Berlin zdefiniować, piszę o nim, opowiadam najróżniejsze historie, ale Berlin jest chyba nie do opowiedzenia. Owszem żyje swoją historią, jest wiele miejsc, które przypominają jak było ale chyba jeszcze więcej miejsc, które zabetonowano, bo nikt, uwierz mi absolutnie nikt, nie chce chodzić po szerokiej Wilhelmsstrasse, która była miejscem hitlerowskich defilad. Berlin jest olbrzymi w związku z tym ma wiele centr, ratuszy, kościołów, galerii, cudowną Wyspę Muzeów, ale i wiele tajemnic, jak choćby tych skrytych pod ziemią, tajemniczy Berlin podziemny. Ma też bogatą i biedną twarz, zaułki tak piękne i tak brzydkie jak tylko może mieć miasto zlepione z tysiąca narodowości. Najbardziej lubię w nim jednak to, że niczego nie udaje. Jest jaki jest, bez szpanerstwa i napinania. Trochę jak stary i doświadczony człowiek. Mieszkałam w Berlinie w różnych dzielnicach, ale najbardziej znam i czuję jego centrum i chyba najlepiej je lubię. Wiem jak wyglądało po jednej i po drugiej stronie przed upadkiem muru, obserwowałam jak się zmieniało po jego upadku.

Turyści tego nie odczuwają ale my mieszkańcy wiemy, że Berlin wciąż jeszcze nie jest jednym miastem. Znam berlińczyków którzy do dzisiejszego dnia nie zapuścili się do Berlina wschodniego i takich którzy nie znają dzielnic zachodnich. Nie tak dawno temu taksówkarz nie chciał zawieźć mnie do domu, bo to nie jego rejony, tak się wyraził, on woli jeździć po centrum i po wschodzie. Jeden z kolegów mojego syna powiedział ostatnio że nie pojedzie z nim na jakoś imprezę, bo to jest na wschodzie i o n tam nie jeździ. Pozornie wszystko się zatarło, ale często na jakiś spotkaniach towarzyskich w kuchni pada wreszcie owo pytanie: jesteś ossi czy wessi? Szybko zresztą można to rozpoznać po akcencie, czasem po doborze słów albo kiedy usłyszysz u nas wtedy to Trochę jak u starszych Polaków, którzy z sentymentem wspominają czasy PRL-u, że wtedy to były żłobki, służba zdrowia za darmo i różne inne takie..

Wiem, że nie lubisz mówić o książkach, które już napisałaś, dlatego może zdradzisz swoje inspiracje do nowej powieści, która teraz powstaje? Czy będzie to kolejna rodzinna opowieść, czy może wracasz do powieści kryminalnej?

Nie, dlaczego, lubię. Ja tylko po prostu często nie pamiętam szczegółów z tych książek. Napisałam, zamknęłam ten etap i koniec. Leczę się jakiś czas z napisanej książki i przechodzę do następnej. Trochę inaczej było w przypadku Magika, który aktualnie tłumaczony jest coś na około 20 języków i co chwila jakiś tłumacz zwraca się do mnie z jakimś pytaniem. Oszaleć można, bo jestem aktualnie w innej powieści. Z drugiej strony to całkiem dobrze, bo za chwilę zabieram się za kolejną część Magika i w ten sposób mogę odświeżyć to co było w pierwszej. Co do drugiego pytania, odpowiem ogólnikowo, obiecałam w wydawnictwie, że nie będę zdradzać zbyt wiele, ale myślę że nadal obowiązuje termin jakiego użyła w stosunku do mnie i tego co piszę jedna z moich wydawczyń: polityczne zwierzę. Po prostu chyba nie potrafię i nie mogę inaczej pisać. Pomimo to wydaje mi się, że książka, która ukaże się w przyszłym roku będzie zaskoczeniem.

George Orwell powiedział kiedyś, że pisanie powieści to agonia, a jak to wygląda u Ciebie? Czy czerpiesz z tego przyjemność, czy może raczej przypomina to wyrywanie włosów i zębów?

Do 100 tysięcznego znaku jest to rzeczywiście agonia, potem zaczyna się wszystko rozkręcać i wchodzę w to, jestem totalnie w książce. Ostatnio wracałam z demonstracji, przejeżdżam koło policji, widzę tam światła i myślę sobie, o! Kowalski (bohater Magika) jeszcze pracuje. Nie wiem kiedy to się stało, ale uwierzyłam w to że Dagmara i Kowalski są tutaj obok mnie w mieście, pracują, kochają się i nienawidzą. Co do tej książki, którą teraz piszę, jest podobnie, cała akcja rozgrywa się w 1944 roku więc przejeżdżając koło miejsc, gdzie akcja się rozgrywa, czuję dreszcze, na szczęście akcja toczy się też we Francji i Warszawie w Waszyngtonie i w Nowym Jorku więc dreszcze mam tylko sporadycznie.. HA! No i widzisz, zdradziłam jednak parę szczegółów

Joanna Bator ostatnio w Gdyni podzieliła się zabawną historią wyjazdu do Ameryki Południowej na SPA dla twórców, gdzie jako jedyna nie posiadała ze sobą pomocy naukowych i technicznych, czy wielostronicowych planów swojej przyszłej powieści. Czy swoje książki planujesz, rozpisując pieczołowicie na rozdziały, sceny i wątki, czy raczej lecisz z wiatrem i piszesz jak Ci w duszy gra?

Nie lubię rozpisywania, nie tworzę żadnych tabelek ani drabinek. W głębi duszy czuję nawet jakąś pogardę dla takiego warsztatowego skrupulatnego konspektu, choć przyznaję że jest pomocny. Z drugiej strony nigdy nie siadam do biurka bez pomysłu. Najpierw jest pomysł. Pomysł czyli historia, która mnie zainspirowała. Przy Magiku rozpis poszczególnych rozdziałów powstał w połowie książki ale wstecz! Zrobiłam to, aby nie pogubić wątków i jechać dalej panując nad tekstem, chociaż potem chyba ani razu do niego nie zajrzałam. Wisiał sobie dla spokoju sumienia, jednak sam fakt że go zrobiłam, jakoś mnie uporządkował. W Tunelu w ogóle tego nie robiłam, każdy rozdział kończył się tak, że mógł być początkiem nowej książki. Rika napisała się sama zabijając mnie na pół roku. Teraz w tej książce, gdzie kulisami są wydarzenia historyczne, które muszę doskonale znać, zrobiłam krótki konspekt po niemiecku.

Wydawcy lubią jednak mieć konspekty, dlatego siedzę ostatnio nad czymś takim i powiem ci szczerze, że czuję się przez to ograniczona. Wiem że to dziwnie zabrzmi, ale ja mam wszystko w głowie, całą książkę zawsze mam w głowie, może dlatego zapominam w realu o podstawowych sprawach, nie pamiętam nazwisk, imion, nazw. Poza tym nade wszystko cenię sobie wolność myśli i w ogóle wolność jako taką, wszelakie plany jakoś źle mi się kojarzą, ograniczają mnie.

Bardzo długo przygotowuję research, to znaczy czytam i jeszcze raz czytam, oglądam filmy, dokumenty, zapoznaję się z kulisami mojej historii. Nie pracuję w terenie, nie odwiedzam miejsc gdzie akcja tego co opisuję się dzieje, nie rozmawiam ze świadkami wydarzeń, to wszystko wdziera mi się za bardzo w świat przez mnie wymyślony i osłabia historię, cała moja siła energia jest w mojej fantazji, real ją osłabia, dlatego wszystko zamawiam do domu, albo kseruję gdzieś, zamawiam. Niektóre rzeczy są niedostępne w znanym mi języku więc zlecam tego przetłumaczenie. Póki nie czuję się jak ryba w wodzie w danym temacie, nie zacznę pisać. Potem okazuje się że i tak wiem za mało więc czytam materiały źródłowe równolegle w czasie powstawania książki. Tak właśnie jest teraz gdy pracuję nad aktualną książką.

Michael Crichton rozpoczynał zawsze swój dzień pracy od papierosa i kawy A Ty? Masz jakiś taki rytuał?

Zawsze muszę mieć kawę i być po długim prysznicu i lepiej żebym nie była głodna. To wszystko. Kiedy piszę wyglądam strasznie, jestem blada, mam podrapaną twarz, piszę w koszulach mojego męża, najwygodniejszych spodniach dresowych najlepiej mojego męża, wszystko musi być wielkie i wygodne. Nie chcę wiedzieć co myśli o mnie listonosz, który przynosi mi paczki do domu.

W wywiadzie dla portalu Bookeriada.pl* udzieliłaś odpowiedzi, która chodziła mi po głowie przez ostatnie dni: „Kocham kobiety, ale wolę pisać z perspektywy męskiej.” Skąd ta preferencja? I skąd bierze się ta różnica?

Nie mam pojęcia. Trochę mnie to martwi, bo chciałabym z perspektyw kobiet, ale nic z tego nie wychodzi. Chociaż raz to zrobiłam, w Białej Rice, tam weszłam w postać dziecka dziewczynki, więc to też nie to samo. Oczywiście piszę też o kobietach, ale w literaturze bardziej czuję mężczyzn, natomiast, żeby to było jasne w życiu bardziej czuję kobiety. Kocham kobiety, uwielbiam, respektuję, szanuję. Lubię na nie patrzeć, dyskutować z nimi i zawsze obejrzę się prędzej na ulicy za kobietą niż mężczyzną. Noszę w sobie jakiś kult dla kobiety. Jednak gdy zaczynam pisać, wchodzę w facetów, to nie jesteś jakaś zgrywa, zresztą czytałaś moje książki więc wiesz jak jest. Lubię myśleć co myśli ten mężczyzna, ten szpieg, ten żołnierz, ten policjant, ten polityk, przychodzi mi to łatwiej. To chyba funkcjonuje na zasadzie odbicia lustrzanego, że przez tego kogoś naprzeciw lepiej odbija mi się to co chcę napisać, potrzebny mi ten dystans, potrafię się wtedy lepiej wyrazić, przefiltrować zdania, myśli. Poza tym piszę przeważnie o czymś, co przez wieki było domeną mężczyzn, czyli o przemocy, polityce, szpiegach, wojnach.

Przejdźmy może teraz do szerszego tematu literatury Jacy się Twoi ulubieni pisarze wszech czasów?

Nie mam. Poważnie! Chyba zbyt dużo czytam 😀 Lubię bardzo różnych pisarzy. Kocham ponad życie Iwaszkiewicza, często do niego wracam, a potem przez kilka lat nie mogę go czytać, lubię Krause, Tucholskiego, Gombrowicza, Bölla, ale bardzo lubię też poezję Iłłakowiczówny, lubię książki Magdy Grzebałkowskiej i nie dlatego że się z nią przyjaźnię, po prostu cenię jej książki. Lubię jak pisze Brygida Helbig, Dorota Masłowska, Sylwia Chutnik, ale nie mam jednej ulubionej pisarki czy pisarza. Przez wiele lat czytałam tylko biografie i dzienniki, nie byłam w stanie czytać żadnych powieści i nie czytałam, wciąż czytałam biografie, pamiętam że najbardziej ze wszystkich wstrząsnęła mną wtedy biografia Meine Mutter Marlene, książka napisana przez jej córkę Marleny Dietrich, Marię Riva, 900 stron wielkiej literatury i to napisanej wcale nie przez pisarkę. Świetnie opowiedziana, mnóstwo mądrych przemyśleń i ten język! Po czymś tak genialnym trudno było czytać powieści. Ostatnio bardzo chętnie słucham książek Roberta Harrisa audiobooków. Słucham ich po niemiecku, to jest coś niesamowitego jak niemieccy lektorzy potrafią czytać książki. W Niemczech to odrębna dziedzina sztuki z olbrzymią tradycją, z listami bestsellerów, nagrodami, milionami słuchaczy, spotkaniami nie tylko autorów, ale także interpretatorów.

Choć może to nie największa literatura świata, to „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert pomogła mi w podjęciu bardzo ważnej decyzji w moim życiu o ucieczce z toksycznego związku. Czy jest taka książka, która najwięcej zmieniła w Twoim życiu i zaważyła na Twojej przyszłości?

Tak. Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell, ale nie film, lecz trzytomowa powieść. Film obejrzałam dopiero po wielu latach. Książkę przeczytałam w wieku 11 lat i przez dwa lata czytałam praktycznie non stop z małymi przerwami na Słoneczniki i Paladynów Haliny Snopkiewicz. Kończyłam i zaczynałam od początku. Po bardzo wielu latach wróciłam do tych książek i ze zdumieniem stwierdziłam, że nadal mi się podobają. Najwyraźniej nie za bardzo się rozwinęłam przez ten czas 😀 Przeminęło z wiatrem – najlepsze Czytadło pod słońcem, jak powiedział mi kiedyś Ludwik Janion, otóż tak lecz czytadło przez duże C. Jednak książka która naprawdę mnie odmieniła to była Ziemia obiecana i Wojna i pokój. Byłam porażona, że można pisać aż tak. Rodzina Połanieckich też była sporym wstrząsem dla trzynastolatki. Zatem widzisz znów jesteśmy w książkach. Jakoś w tym samym czasie przeczytałam Sprawę Pułkownika Miasojedowa Mackiewicza i Dzienniki Gombrowicz, wszystkie książki Hansa Fallady i Heinricha Bolla no i oczywiście Łuk Triumfalny. Byłam porażona talentem tych pisarzy. Nie ma jednej książki która by mnie uformowała, to niemożliwe, każda miała wpływ, zostawiła ślad i odmieniała mnie. Jednak wiesz jakoś zawsze w każdej z tych książek była wojna.

Czasem zwracam uwagę na to, że literackie hity ze Stanów czy Europy nie zawsze się u nas odnajdują czasem wydawane są one po czasie, spóźniając się nieco ze swoją tematyką, kiedy indziej dotyczą wydarzeń i tematów, które po prostu nie mają u nas odniesienia. Czy istnieje jakaś książka, lub autor, która według Ciebie nie jest u nas wystarczająco popularna, a która powinna znaleźć nieco więcej widowni i posłuchu?

Co rusz mam wrażenie, że są takie książki ale pozwól że przytoczę taki najświeższy przypadek. To książka Tschick [po polsku Czik], Wolfganga Herrndorfa. Wielki międzynarodowy sukces, książka niesamowita i wstrząsająco piękna, sfilmowana, przetłumaczona chyba na 30 języków, w samych Niemczech sprzedała się w 2 milionach egzemplarzy a w Polsce przeszła niemal niezauważona – niestety. I wreszcie wielka naprawdę wspaniała literatura migrantów, ludzi którzy uciekli przed biedą wojną. Literatura, która zdobywa świat, fenomen literacki – w Polsce kompletnie nieznany, literatura niedoceniona. Nawet jeśli coś się z tych autorów przetłumaczy to jakoś na rynku przemknie niezauważone. Czasem mam wrażenie, że my w Polsce w ogóle nie wiemy co się wokół nas dzieje. Jesteśmy odizolowani, hermetyczni, przykro mi, ale tak to widzę. Bo wielka międzynarodowa literatura to nie tylko kryminały (choćby najlepsze) ze Skandynawii albo przebojowa kontrowersyjna powieść z Ameryki. Strasznie się wymądrzam, co?

Bret Easton Ellis zaproponował niegdyś publicznie E.L. James, autorce Pięćdziesięciu Twarzy Graya, że byłby zainteresowany stworzeniem filmowej adaptacji jej dzieła, z założeniem, że mógłby w dowolny sposób je interpretować w domyśle: zmieniać, przekształcać, budować na jej bazie. Czułaś kiedyś taką chęć względem jakiejkolwiek książki? Chęć, nawet jeśli niewyznaną i niepubliczną, że mogłabyś wziąć coś napisanego przez kogoś innego i zmienić, czyniąc to swoim?

Nie. Nigdy. Z pisaniem jest jednak trochę inaczej niż z muzyką czy z filmem. Książki to nie są piosenki, gdzie można jakiś genialny utwór rozpisać na fortepian i smyczki tworząc własną interpretację i w efekcie zrobić świetny cover. Pisanie jest czymś indywidualnym, bliskim duszy, wypływa z czegoś spoza nas, dopisywanie jakiś dalszych części czy zmienianie przez kogoś innego czegoś co już zostało napisane jest zafałszowywaniem i jakimś świętokradztwem. Oczywiście nie dotyczy to teatru i nowych wcieleń Hamleta czy interpretacji Wesela, to co innego. Ja mam na myśli sam akt pisania. To jest bardzo osobne.

Czy możesz zdradzić co też czeka Twoich fanów w najbliższej przyszłości? Nad czym pracujesz w tym miesiącu, albo w następnym?

Aktualnie pracuję nad książką, o której nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ale wydaje mi się że i tak już sporo zdradziłam. Powiem więc tak: w planach są trzy książki. Każda jest inna. Na pewno wśród nich jest kolejna część Magika.

Czy masz swojego Wielkiego lub Dużego Buka książkę, którą uwielbiasz i polecasz z całego serca?

Tak jak mówiłam już wcześniej, mam ich kilkadziesiąt. Nie potrafiłabym wskazać jednej. Jednak gdybym naprawdę musiała już się zdecydować to taką uniwersalną książką na każdy czas będzie i pozostanie dla mnie Książka moich wspomnień Jarosława Iwaszkiewicza. Dużą konkurencją dla niej będą jednak Dzienniki Gombrowicza a jak nie przerwiemy tej rozmowy, to podam jeszcze wszystkie książki Heinricha Bölla

Dziękuję ślicznie za rozmowę! <3

A Wy Kochani sięgajcie po wspaniałe powieści spod pióra Magdaleny Parys:

O.

Exit mobile version