Site icon Wielki Buk

Trylogia pogranicza: „Rącze konie” Cormac McCarthy

Bombla_KonieW prozie Cormaca McCarthy’ego zdecydowanie jest coś hipnotycznego. Każda jego opowieść poczynając od „W ciemność” i „Dziecię Boże”, aż po kultową „Drogę” jest na swój sposób niesamowita i pozwala czytelnikowi przenieść się na prerię, dzikie ostępy  i tajemniczy interior Stanów Zjednoczonych.  Nie znajdziemy tu buchającej intensywnością akcji. Nie doświadczymy przepełnionej rozmachem opowieści, w której bohaterowie mieszają się i zmieniają niczym układy w kalejdoskopie. Historie Cormaca McCarthy’ego są przypowieściami o ludzkiej sile charakteru. Przenoszą nas w zapomniany świat Dzikiego Zachodu i wydają się pasować idealnie do słuchania ich przy pustynnym ognisku. 

Trylogia Pogranicza, na którą składają się „Rącze Konie”, „Przeprawa” i „Sodoma i Gomora”, jest w twórczości tego amerykańskiego pisarza  wyjątkowym punktem zaczepienia. Odgradza nas zarówno od pełnych ciemnych instynktów, mrocznych powieści z początku kariery McCarthy’ego, jak i od tych późniejszych, pełnych zagubienia i ludzkiej niegodziwości. W Trylogii świat i jego bohaterowie są zawieszeni w czasie. Z początku nie do końca wiadomo, kiedy przedstawione wydarzenia mają miejsce, dopiero wraz z postępem fabuły wyszukujemy odpowiednie znaki i symboliczne wskazówki pozostawione nam przez autora. Wszystkie trzy części są na swój sposób autonomiczne, pomimo iż ostatnia łączy bohaterów pierwszej i drugiej.

„Rącze Konie”, których oryginalny tytuł brzmi „All the Pretty Horses” i  jest zaczerpnięty z dziecięcej kołysanki, jest pierwszą w cyklu i zarazem najbardziej pozytywną (pomimo swej melancholii) powieścią w całej twórczości Cormaca McCarthy’ego. Kto czytał inne jego dzieła wie co mam na myśli. Są one bardzo smutne i bolesne, a bohaterowie – poddawani największym próbom – często muszą poświęcić siebie i swoje człowieczeństwo, by przetrwać. W „Rączych Koniach” ta wizja ostatecznego nieszczęścia jest bardzo rozmazana. Nie czujemy nadchodzącej zagłady. Co więcej główny dramat rozgrywa się tutaj na innej płaszczyźnie, a zło, które dotyka bohatera nie jest narzucone z góry, tylko dzieje się z jego winy, będąc wynikową jego niefortunnych decyzji i błędów młodości.

Głównym bohaterem „Rączych Koni” jest John Grady Cole, szesnastoletni cowboy z Teksasu. Całe swoje życie spędził na rodzinnym ranczu. Konie to wszystko na czym się zna i co kocha. Jest świetnym ujeżdżaczem, intuicyjnie rozumie koński umysł, zna się na swoim fachu i pomimo młodego wieku potrafi ciężko pracować, poświęcając cały swój czas koniom. Fabuła powieści rozpoczyna się, gdy dowiadujemy się wraz z naszym bohaterem, że rodzinne ranczo idzie na sprzedaż. Razem z nim znikają marzenia Johna i jego wizja przyszłości. Ranczo to wszystko co miał i na czym mu zależało. Teraz, gdy wszystko przepadło nie pozostaje mu nic innego, jak odejść i szukać lepszego życia po drugiej stronie granicy.

Sposób prowadzenia głównego bohatera, jak i sama narracja, pozwalają nam wierzyć, że świat wokół niego jest otwarty, relatywnie przyjazny i pełen nowych możliwości dla młodego, pewnego siebie i swoich umiejętności człowieka. Razem z Johnem i jego przyjacielem wyruszamy w podróż niczym dawni eksploratorzy dzikich ostępów prerii. Podobnie jak John czujemy się cowboyami z krwi i kości. Idealizujemy podróż na końskim grzbiecie, podczas której jedynym bagażem są ubrania i przewieszona przez ramię strzelbę.

Kiedy tylko mężczyźni mijają granicę, krajobraz pozostaje taki sam, ale zmieniają się realia, a piękny sen o beztroskim przemierzaniu meksykańskiej krainy zmienia się ni stąd ni zowąd w koszmar. Ludzie mieszkający w tym zapomnianym zakątku świata nie są do końca dobrzy. Wywalczyli swój kawałek ziemi i pamiętają tych, którzy próbowali im go odebrać. Częściowo żyją wciąż w poczuciu niższości, a jednocześnie z góry traktują wszystkich, którzy nie próbują się w żaden sposób wywyższać. Dla Cole’a i jego przyjaciela Meksyk okazuje się być miejscem koślawej biurokracji, przekupstwa i taniego łapówkarstwa. Krajem ludzi, którzy każdego dnia walczą o byt, próbując wybić się ponad innych. Nieważne czyim kosztem. W tym dzikim światku człowiek może zniknąć i nikt nigdy nie dowie się, co takiego mu się przytrafiło. To miejsce, gdzie kobiety nie mają praw, a ich cnota jest jedynym, co należy choć odrobinę do nich. Dlatego nawet młodzieńcza miłość ma tu swoją cenę i smutne konsekwencje, a związane z nią pierwsze uniesienia i magiczne chwile pękają jak bańki mydlane. To co wydaje się być tak podobne, przy bliższym poznaniu okazuje się być całkowicie inne. Ta namiastka dawnego porządku wciąż na nowo przyciąga kolejnych romantyków pogrążonych w pragnieniu odnalezienia lepszego życia.

W tekście o „Dziecięciu Bożym” napisałam, że czas w powieściach McCarthy’ego jest względny. Nie można być go nigdy do końca pewnym. Poszczególne epoki nakładają się na siebie,  upodabniają się i w końcu czytelnikowi trudno jest odróżnić wiek XIX od XX. Razem z naszymi bohaterami dryfujemy pomiędzy czasem a historią. Największy dramat następuje nagle, gdy spadamy na ziemię i zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje coś takiego jak bezczas, a nasz bohater bezkarnie marzył o świecie, który już nie istnieje i zniknął w innej epoce, albo – co gorsza – był tylko wytworem zagubionego umysłu.

Tak właśnie dzieje się w przypadku Johna Grady’ego Cole’a. Z czasem zauważamy, że to tylko szesnastoletni marzyciel, o silnej woli i pragnieniu nowego życia, ale jednocześnie niedojrzały, kierujący się niemądrymi uczuciami. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z jego nieszczęścia i zagubienia. Uświadamiamy sobie czas i epokę, w której obserwujemy wydarzenia i już wiemy, że bohater nigdy nie zazna spokoju. Cole jest wykorzeniony. Wyrwany z czasu i przestrzeni. Jego idealistyczny punkt widzenia okazuje się być jedynie pustą mrzonką, a sam bohater utracił przynależność i pozostały mu tylko stracone złudzenia.

Czas cowboyów już dawno przeminął. Nie ma miejsca na beztroskie przemierzanie prerii. Nie ma już miejsca dla tych, którzy utknęli między światami.

O.

P.S. By zrozumieć za czym tęskni John Grady Cole specjalnie dla Was nostalgiczna piosenka Deana Martina z filmu „Rio Bravo”, zatytułowana „My rifle, my pony and me”:

Exit mobile version