Site icon Wielki Buk

„Wracam do domu” Karin Smirnoff | Saga Rodu Kippów

"Wracam do domu" Karin Smirnoff (Saga Rodu Kippów) - recenzja książki

To zbyt wiele jak na moje stare serducho – Saga Rodu Kippów dobiegła końca, a Karin Smirnoff zadała cios prosto w szczękę! O całej sadze bez spoilerów!

O KSIĄŻCE:

Bez owijania w bawełnę – życie Jany i Bröra Kippo było od najmłodszych lat przegrane. Ojciec znęcał się nad nimi w najgorszy możliwy sposób. Matka zamykała oczy, zresztą sama była ofiarą. Para dziwnych bliźniąt w wiosce na dalekiej północy. Kiedy ojciec znika z horyzontu, ich drogi też zaczynają się rozchodzić. Teraz jednak Jana musi wrócić do domu. A tam czeka na nią brat, czeka matka, czekają uśpione traumy, konsekwencje podjętych wyborów. Znajomi i rodzina. Kochanek. Dziecko. Czeka na nią wszystko to, co zostawiła daleko w tyle. I z czym musi zmierzyć od nowa.

Saga Rodu Kippów to opowieść o całej tej drodze, jaką musi przejść nasza bohaterka, by odrodzić się od nowa, ze zgliszczy wspomnień, z przeszłości. To oczywiście metafora, którą wizualnie w prosty sposób ukazują okładki książek. Jana wraca, a to, co ją spotyka to jak ten przygniatający z całą mocą śnieg. Ciężar, który próbuje z bratem jakoś przerzucić, posegregować, poskładać. Ale przeszłość przeszłością, bo jest jeszcze zwykłe życie. Tu i teraz. Starzejący się bliscy, brat w rozsypce, dawna drapieżna miłość, która poraża nową namiętnością… Są też niespodzianki, te dobre i te tragiczne w skutkach. Jest rodzina, małe społeczności, nowe znajomości. Jest zwykłe życie: starzenie się, śmierć, choroba, śluby, narodziny, miłość, radość, codzienność. Zaskakujące, jak Karin Smirnoff potrafiła uderzyć w nas wszystkich jak strzała.

To naturalistyczna opowieść. Co to znaczy? Bardzo cielesna, bardzo bliska życia. Tutaj są fałdy na skórze, są plamy na dłoniach, są zmarszczki. Jest ślina i inne cielesne wydzieliny. Wszystkie zmysły w pełnej gotowości. Robi się zimno lub gorąco. Bywa lepko od potu. Ciało człowieka pachnie lub śmierdzi. Smirnoff nie oszczędza opisów, tym bardziej, że w tej opowieści wszystkim jest: JĘZYK.

Wspominam o tym za każdym razem, ale to klucz w tej opowieści i za każdym razem zostawia po sobie ślad. Tym bardziej w tak pasjonującym tłumaczeniu Agaty Teperek. W jedyny sobie znany sposób oddała całą intymność przekazu. Potraktowała język jako narzędzie do obnażania naszych bohaterów, do przenikania ich historii, wiwisekcji ich wspomnień. Karin Smirnoff w oryginale unika interpunkcji, dzieli słowa lub je łączy, rozkłada zdania na części pierwsze, dodaje własne elementy. Agata Teperek podąża jej śladem. Język Sagi to język bardzo osobisty, prywatny, pełen czułości, bo w języku ukrywa się natura całej opowieści, w języku też odnajduje się poszatkowana rodzina i ich doświadczenia. Język jest również tym, co może zatrzymać na chwilę samego czytelnika, ale warto oddać się jego rytmowi. Tu nic nie jest przypadkowe, żadna mała literka, żadne zlepione słowa. Oddają to czym nasi bohaterowie naprawdę są.

To moja ukochana saga skandynawska. I nie, nie pogłaszcze po głowie jak Muminki. Mam złamane serce. Wiedziałam, że po pierwszym tomie to wszystko może się zdarzyć. Ale żeby aż tak bardzo? Drugi tom zakończony jest zawieszeniem akcji, trzeci uderza ciosem w brzuch, a potem poprawia i ciągnie nas półprzytomnych do samego końca. I nawet ostatnie słowa nie są tym, czego oczekiwałam. Te emocje to kwintesencja Sagi Rodu Kippów. Zostawiła mnie w całkowitym szoku. Pozwólcie sobie na ten szok.

O.

*We współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Exit mobile version