Majówka 2014

Bombla_Majówka2014Wiem, wiem – do majówki jeszcze prawie tydzień, a ja już przeżywam i planuję 😉 Sami wiecie – rozplanowywanie kolejnych lektur to jedno z moich ulubionych zajęć, a jeśli do tego dorzucić wybieranie najciekawszych pozycji tematycznych specjalnie dla Was, to już w ogóle jest wielka radość na bukowym ryjku. No a poza tym, to znając umiłowanie naszych rodaków do dni wolnych, urlopowania i łączenia sobie świąt różnorakich w jeden wolny od pracy ciąg, to pewnie dla niektórych majówka rozpoczyna się już dzisiaj i będzie trwać jeszcze trochę.

No właśnie. Majówka. Słonko (zazwyczaj, chociaż bywa i deszcz), leżakowanie, grillowanie, spacerowanie i różnorakie cuda urlopowe, z relaksem na czele. A dla mnie najpiękniejszym sposobem spędzania wolnego czasu jest jak zwykle czytanie. W zeszłym roku majówka była totalnie o tematyce wyjazdowej, skupiona przede wszystkim na opowieściach drogi, na idei podróży – kto nie pamięta, ten może zerknąć tutaj klik! klik!.

A  w tym roku, specjalnie dla Was, obmyśliłam pięć buków doskonałych na spędzanie czasu w domu, mieście, czy podróży różnorakiej. Podróże raczej symboliczne, oparte na fikcyjnych wspomnieniach, legendach, czy zasłyszanych historiach. Pięknej lektury!

Wendigo1. „Wendigo” Algernon Blackwood

Coś dla biwakowiczów, wielbicieli leśnej głuszy i namiotów.

Początek XX wieku. Październikowa dzicz kanadyjskich lasów. Mroczne, niepoznane szlaki i ciemne ostępy. Indiańska puszcza, pełna legend. I czterech myśliwych, którzy poszukują miejsca na idealne     polowanie. A wśród drzew słychać tajemnicze krzyki i nawoływania. Na ziemi widać tropy, które nie należą do żadnego znanego zwierzęcia. I pierwszy śnieg. Pustka, zimno, samotność w ciemności. Odpowiedź natury. Nadchodzi Wendigo. Więcej do poczytania TUTAJ.

Flamethrowers2. „The Flamethrowers” Rachel Kushner

Coś dla mieszczuchów, wielbicieli miast, które nigdy nie śpią.

Lata 70-te XX wieku. Nowy Jork. Stany Zjednoczone. I Reno – młoda dziewczyna u progu życia, która swoje uwielbienie do prędkości, motocykli i wyścigów przekłada na dekadencką sztukę i życie wśród artystycznej śmietanki Wielkiego Jabłka z przystojnym Włochem Sandro Valerą na czele. Jest miłość, jest poszukiwanie siebie, jest kobiecy bunt. A gdzieś w tle europejskie strajki, włoskie bogactwo i polityczne przemiany. O kobiecości. O dziewczęcości. O dorastaniu.

Joyride3. „Joyride” Jack Ketchum

Coś dla miłośników podróżowania samochodem i łapania stopa.

Carole ma dość swojego brutalnego, maltretującego ją męża. Nie potrafi się od niego uwolnić. Razem ze swoim kochankiem Lee planują morderstwo doskonałe. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie pewien świadek. Wayne. Ale Wayne wcale nie chce na nich donieść. Nie chce iść na policję. W morderczej parze widzi doskonałych przyszłych przyjaciół. Ludzi, którzy pozwolą mu eksplorować swoją głęboko skrywaną sadystyczną naturę. Wystarczy mały szantaż i cała trójka wyrusza na morderczą przejażdżkę, pozostawiając za sobą ciąg trupów. Dobre i mocne. Oparte na faktach. Ketchum.

imiona-kwiatow-i-dziewczat-b-iext33510324. „Imiona kwiatów i dziewcząt” Elizabeth Gilbert („Pilgrims and other stories”)

Coś dla wielbicieli krótkiej formy i podglądaczy życia.

12 opowiadań. 12 życiowych historii. 12 oderwanych momentów. Migawki. Przelotne spojrzenia. Uchwycone chwile. O poszukiwaniu własnej życiowej drogi. O ratowaniu miłości. O  przeszłości. Zwyczajni ludzie. Zwyczajne problemy. Wspomnienia. Myśli. Okruszki. Bez konkretnego czasu. Bez jednolitej przestrzeni. Bez początku i bez końca. Klimatyczne i intrygujące. Pozostawiające pozytywny niedosyt. Na małe chapsy.

Opactwo5. „Opactwo Northanger” Jane Austen („Northanger Abbey”)

Coś dla leniuchów i spragnionych dreszczyku przeżyć rozmarzonych domatorów.

Stare, mroczne zamczysko. Rodzinne tajemnice. I duchy w opuszczonych komnatach. Wielbicielka klasyki powieści gotyckiej Catherine Morland, zupełnie przypadkiem poznaje rodzeństwo Tilney i zostaje zaproszona do ich domu, tytułowego Opactwa Northanger. Tam, podążając tropem swoich ulubionych bohaterek, doszukuje się potworności, strzeżonych sekretów i popada w gotycką obsesję. Trochę parodia straszności. Trochę klasyczna Jane. I jak zawsze prześwietna.

A Wy macie jakieś sprawdzone, godne majówkowe czytadła? Dzielcie się koniecznie 😀

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Koty Ultharu” H.P. Lovecraft

Bombla_BEZSENNEKotyUltharu

 

„Rozmawiano o starym wieśniaku i jego żonie, o taborze dziwnych wędrowców, małym Menesie i o wyglądzie nieba podczas jego modlitwy, o tym, co robiły koty w noc, kiedy tabor odjechał, i o tym, co później znaleziono w starej chacie, pośród mrocznych drzew, przy zaniedbanym, zarośniętym chwastami, odrażającym poletku.”

Dla wielu z nas psy, koty i inni przydomowi pupile to, jak powiedział kiedyś Św. Franciszek z Asyżu, „nasi bracia mniejsi”, włochaci (lub niewłochaci) członkowie naszej rodziny, może mniej uprzywilejowani, ale nie znaczy to wcale, że mniej ważni. Gdy mowa o znęcaniu się nad zwierzętami, biciu ich i umęczaniu, każdy normalny człowiek wzdrygnie się na samą myśl. Właściciel, który szanuje i traktuje swoje zwierzę jak wiernego towarzysza wzdrygnie się prawdopodobnie z podwójną mocą, a przed oczami przelecą mu potworności, o których wcale nie chciałby myśleć. Wierzy, że byłby w stanie ochronić swojego zwierzęcego przyjaciela i za nic na świecie nie pozwoliłby go skrzywdzić. Ale opowieści, szczególnie te straszne, kierują się swoimi prawami, a czasami ich elementy możemy odnaleźć w naszej rzeczywistości. Jakkolwiek próbowalibyśmy udawać czy oszukiwać, że to się wcale nie dzieje, że świat się zmienia, a natura człowieka ewoluuje, to wciąż można usłyszeć o ludziach pokroju pewnej pary, np. takiej z jednego ze Snów Terroru i Śmierci.

„Koty Ultharu” to jedna z pierwszych opowieści legendarnego już Samotnika z Providence, ojca mitologii Cthulhu, czyli H.P. Lovecrafta. Jest to historia niezwykła na tle całej twórczości pisarza, bo dotykająca jedynie kawałka tego co niedopowiedziane, tajemnicze, a czego mistrzem był Lovecraft. W mieście Ulthar nie wolno zabijać kotów. Niby prosta sprawa, prawda? A jednak kiedyś, zanim przydarzyło się to, o czym opowiada ta historia, nie było to znowu takie oczywiste. W tym spokojnym mieście przepadano za kotami. Prawie w każdym domu był jeden i każdy z nich był ulubieńcem swoich właścicieli.  Ale nie wszystkim podobał się taki układ rzeczy, a raczej nie wszystkich dotyczyło to uwielbienie. Bo zawsze są jakieś wyjątki. Czasami okrutnie skrajne. Na przedmieściach, w ruderze wśród chaszczy, mieszkała dwójka złośliwych i zapijaczonych staruszków. Ta odrażająca para każdej nocy, w ramach zabawy, wyłapywała jednego kota i katowała go w sobie tylko znany, zwyrodniały sposób. Mieszkańcy wiedzieli o tym, ale milczeli ze strachu. Dlaczego? Nie wiem. I pewnego dnia przyjechała do miasta tajemnicza karawana z Południa, a wraz z nią mały chłopiec i jego ukochany koci pupil. A reszta to już legenda Ultharu. Ku przestrodze.

To krótkie opowiadanie Lovecrafta zawiera w sobie wszystko to, z czym, niestety możemy spotkać się i dzisiaj wszędzie tam, gdzie panuje ciemnota i niezrozumienie dla poszanowania zwierząt. Bo skoro wielu ludzi wciąż nie potrafi poprawnie zidentyfikować podstawowych praw człowieka, to tym bardziej nie będą potrafili ogarnąć swoim ograniczonym rozumem praw do życia wszystkich innych istot. Ale najważniejsze to nie pozostawać obojętnym. Nie zamykać oczu. Nie udawać, że nic się dzieje, gdy ktoś kogo znamy, lub którego mamy świadomość, maltretuje słabszych od siebie. Bo tego nie robi się kotu. Ani żadnej innej żyjącej istocie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę tęskne zawodzenie za oknem i już wiem, że to człowiek jest największym z największych potworów.

*Pełny tekst, w oryginale (Lovecraft pięknie pisał – kto zna angielski niech koniecznie spróbuje!) znajdziecie tutaj (klik! klik!).

**A w ramach uzupełnienia, kto chętny i kto natrafi, polecam prześwietny esej Lovecrafta zatytułowany Koty i Psy, w którym skrupulatnie udowadnia wyższość tych pierwszych nad drugimi, a który znajdziecie w „Koszmarach i fantazjach”. Co prawda jestem wielką psiarą, ale nie umiem nie cieszyć się z tego zabawnego tekstu i również Wam polecam.

„The Thief of Always” Clive Barker

Bombla_ThiefOfAlways

 

„The great grey beast February had eaten Harvey Swick alive.”

Poczucie wszechogarniającej, obezwładniającej nudy od zawsze kojarzy mi się z beztroskim okresem dzieciństwa. Co prawda wychowywana byłam w przeświadczeniu, że tylko głupi człowiek nudzi się sam ze sobą, więc wynajdowałam masę prześwietnych rzeczy jakimi można było zająć sobie mijający czas (origami, rysowanie, czytanie, różne plastyczne cuda). Tamte dziecięce lata to był niezwykły, krótki czas, kiedy można było robić cokolwiek się chciało, oczywiście w granicach rozsądku.  Jednak bywały momenty, szczególnie gdy za oknem panowała zimowo-wiosenna szaruga, a wszystkie koleżanki wydawały się nieadekwatne do moich pomysłów, że chciało się czegoś więcej. Tak jakby nie starczało przestrzeni dla mnie, gdy książki to było zbyt mało, zabawki były jakoś tak wybawione już i marzyłam o wielkich przygodach. Tak niezwykłych, tak niesamowitych, że równocześnie totalnie nierealnych, ale co to znaczyło dla mnie? Dziewczynki, którą ponosiła wyobraźnia?

Pewnego lutowego, bardzo deszczowego i szarego dnia, w zwyczajnym domu na przedmieściach, wynudza się śmiertelnie dziesięcioletni Harvey Swick – bohater niezwykłej powieści Clive’a Barkera „The Thief of Always” (w Polsce przetłumaczono jedynie powieść graficzną pod tym samym tytułem, pt. „Złodziej wszystkich czasów”). Harvey jest potwornie znudzony dosłownie wszystkim – kolegami, szkołą, nauczycielami, no po prostu wszystkim. Pogoda za oknem nie pomaga mu w jego chłopięcym cierpieniu. Nie pomagają mu również rodzice, którzy zmartwieni apatią syna próbują wynajdować mu ambitne zadania w postaci prac domowych. Harvey po prostu chce uciec, wyrwać się z tego nudnego miejsca i przeżyć przygodę swojego życia. I niefortunnie wymawia to życzenie na głos. Takich właśnie życzeń wymęczonych przez życie dzieciaków wysłuchuje niejaki Rictus, który ni stąd ni zowąd pojawia się w oknie pokoju Harveya i proponuje mu pobyt w wyjątkowym domu zwanym Holiday House (Dom Wakacji), całkiem niedaleko, zupełnie blisko. Ale Harvey musi wyjść już teraz i podążyć za Rictusem.

Jak się pewnie domyślacie chłopak przystaje na propozycję nieznajomego i wyrusza do Holiday House. Według jego wyjątkowych mieszkańców to prawdziwy raj na ziemi dla wszystkich znudzonych dzieci. Bo widzicie, każdy dzień jest tam najpiękniejszym dniem. W ciągu doby mija wiosna, lato, jesień i zima, wraz ze swymi najlepszymi momentami. Każdego dnia o poranku cała przyroda budzi się do życia i rozkwita szaleństwem kolorów. W południe, letni skwar można przesiedzieć w domku na drzewie popijając lemoniadę, a zaraz po obiedzie przebrać się w halloweenowy kostium i zbierać słodycze. A wieczorem? Delikatne płatki śniegu wirują w powietrzu, wszystko pachnie piernikiem, cynamonem, a przy kominku czekają wymarzone, idealne prezenty. I tak codziennie. W kółko. Harvey jest oczarowany. Tak bardzo, że z początku nie zauważa, że coś w tej sielankowej atmosferze nie gra. Chociażby ospała dziewczynka imieniem Lulu, która z każdym dniem ich znajomości coraz bardziej snuje się bez celu. Albo jego nowy przyjaciel Wendell, dla którego wszystko w tym domu jest najwspanialsze i bez skazy. Harvey spędza w Holiday House trzydzieści jeden dni, w trakcie których próbuje rozwiązać zagadkę domu i jego ekscentrycznego, wiecznie nieobecnego właściciela, jakim jest niejaki Mr. Hood.

„The Thief of Always” ma w sobie coś zarówno z baśni, przypowieści, jak i typowej historii grozy. Świat wykreowany przez Clive’a Barkera jawi się jako piernikowy domek czarownicy – czarujący, hipnotycznie pyszny z zewnątrz, a w środku zgniły i pełny czołgającego się robactwa. Wszystko jest tutaj na pokaz. Otoczenie ma kusić i przyciągać potencjalnych bywalców. Oferuje w końcu to, czego pragną wszystkie dzieci na świecie – spokój, zabawę i wieczne wakacje. Zawsze słoneczny, ciepły, pachnący… Co więcej, zmienia się jak w kalejdoskopie – pory roku to godziny dosłownie, wszystko przekształca się tak szybko, że nikt nie jest w stanie się nudzić. A nawet jak najdzie kogoś na zadawanie trudnych pytań lub na myślenie w ogóle, to zawsze czeka na niego kubek ciepłego kakao i łóżko, w którym mija ochota na wszelkie bunty, czy niepotrzebne rozważania. Cel dla przybyszów jest jeden – cieszyć się i bawić, korzystać z wyjątkowych chwil, póki trwają.

Powieść Barkera mami czytelnika iluzjami i wyprowadza na manowce. Z jednej strony można od razu spojrzeć na sytuację zdroworozsądkowo, oczami dorosłego – wtedy wszystko jest jasne już w chwili, gdy na oknie ląduje podejrzany nieznajomy. W końcu dla dorosłych wszystko jest podejrzane. Wszystko ma drugie dno i lepiej się go doszukiwać nawet na siłę, niż później żałować swoich decyzji. Z drugiej strony, gdy spojrzymy na Holiday House oczami Harveya, oczami znudzonego dziecka, to od razu zrozumiemy jego naiwność. Nagle wszystko staje się jasne, a ta „bezmyślna” decyzja, jaką podejmuje wychodząc z domu, zyskuje jakieś wytłumaczenie. Bo marzył o przygodzie. Marzył o doskonałej zabawie. Chciał przestać się nudzić. A w takich chwilach wszelkie piernikowe domki, „wakacyjne rezydencje”, ciężarówki z lodami, bywają dla dziecka pokusą nie do odepchnięcia. No chyba, że ktoś dorosły nie pozwoli mu popadać w taką apatię. Zainteresuje czymś. Wyciągnie z marazmu marnowania czasu. I ostrzeże, że nie wszystko co wydaje się być piękne z zewnątrz jest tak samo piękne w środku.

„The Thief of Always” jest horrorem zupełnie nietypowym. Bo nie ma tu konkretnej ciemności. Z początku nie ma bezpośredniego zła. Nie ma mroku. Jest za to buzujące słońce. Są tęcze, drzewa w rozkwicie i anielski zapach świeżo skoszonej trawy. I same piękne chwile, te najlepsze z najlepszych. Clive’owi Barkerowi udało się napisać opowieść, której jasność i kolorowość przytłacza bardziej niż cienie, a to natomiast prowadzi czytelnika do swoistej klaustrofobii. Nagle odechciewa się tych wszystkich łakoci, odechciewa się przygód i tęskni do zwykłej codzienności. Nieważne jak szarej. Nieważne jak nudnej. Po prostu własnego życia, rodziny i domu, niekoniecznie uchwyconego w tym jednym doskonałym momencie.

O.

„Śpiewaj Ogrody” Paweł Huelle

Bombla_ŚpiewajOgrody

 

„Pamiętam, że tamtej nocy śniłem Szczurołapa: stał w naszym dolnym parku i grał swoją nieskończoną melodię na flecie. Z lasu – przez górny park – nadchodziły zwierzęta: sarny, daniele, lisy, borsuki, zające; nadlatywały sowy, sójki, kawki, dzięcioły, a cały ten pochód zamykał wilk. Jego ślepia były dziwne: raz świeciły mocnym niebieskim światłem, to znów zamieniały się w jasne jak szkło kryształy, z których błyskała księżycowa poświata. Szczurołap, nie przestając grać, ruszył aleją w dół […].”

Śpiewaj Ogrody str. 214-215

Wspomnienia mają to do siebie, że wraz z mijającymi latami zacierają się, rozrzedzają, by w końcu zniknąć gdzieś za wyobrażeniami czy sennymi wizjami sprzed lat. Powroty do czasów beztroskiego dzieciństwa i wczesnej młodości mają tę właściwość, że z łatwością mogą nabierać kształtów baśniowych, legendarnych, onirycznych, gdzieś z pogranicza jawy i marzeń. Coś było prawdziwe, coś zmyślone, a coś okazało się być jedynie wytworem wyobraźni. Takim wspomnieniom z łatwością można dać się ponieść. Podążyć za nimi ciemnym szlakiem, za jedną nutką, za jednym okrzykiem, za jednym obrazem i zagubić się w odmętach własnych historii.

Ta hipnotyzująca siła wspomnień napędza bohaterów magicznej, wielowątkowej i bardzo trójmiejskiej powieści Pawła Huelle „Śpiewaj Ogrody”. Ten nietypowy tytuł zaczerpnięty został z XXI Sonetu do Orfeusza Rainera Marii Rilkego i niejako stał się mottem i tłem dla wszystkich wątków opowieści. To właśnie w sonetach tego austriackiego poety znaleźć można dyskretny trop (Orfeusz oczarowujący leśne zwierzęta w pierwszych strofach), który prowadzi czytelnika do głównej osi powieści, jaką jest zupełnie przypadkowe odnalezienie przez jednego z bohaterów niedokończonego manuskryptu wagnerowskiej opery opartej na baśni Braci Grimm – Szczurołap z Hameln. Według legendy, (bo według faktów historycznych coś na pewno zabrało dzieci z miasteczka), gdy plaga szczurów nawiedziła miasteczko Hameln, jego mieszkańcy wynajęli szczurołapa. Ten za pomocą cudownego fletu wywabił gryzonie z miasta prosto w rzeczne odmęty. Ale chciwi mieszkańcy nie chcieli zapłacić szczurołapowi, a on w ramach zemsty, grając swoją tajemniczą melodię wyprowadził z Hameln wszystkie dzieci i słuch po nich zaginął. Podobno, na potwierdzenie grimmowskiej opowieści, odnaleziono w okolicach niemieckiego miasteczka masowy grób pełen szczątków i malutkich szkieletów.

Motywy obezwładniającej siły muzyki, masowej ucieczki, czy wyprowadzenia szczurów i dzieci powracają w „Śpiewaj ogrody” raz po raz, przyjmując tu zarówno formę dosłowną jak i  symboliczną, gdzie szczurami są nazistowscy żołnierze, dziećmi – Żydzi i Polacy, natomiast  pieśnią jest tu retoryka Hitlera. Sama powieść zbudowana jest na zasadzie operowego libretta – dramatycznej, wielogłosowej akcji, pojedynczych scen i partii kolejnych bohaterów. Przeszłość dalsza i bliższa łączą się z teraźniejszością, a czas płynnie przechodzi między kolejnymi wątkami. Klamrą spinającą całość, niczym głos cudownego fletu Szczurołapa, jest wspomnienie lat młodzieńczych narratora spędzonych w domu przy ulicy Polanki w Gdańsku. Domu, a dawniej dworku, który po wojnie i przymusowym podziale, stał się ostoją dla kilku rodzin, w tym dla rodziny anonimowego chłopca, który (co pozostaje w sferze domysłów) jest alter ego samego autora. Tam, chłopiec poznaje panią Gretę, przyjaciółkę ojca, Niemkę, która opowiada o przedwojennych losach swojego domu.

To dzięki opowieści pani Grety narrator, a czytelnicy wraz z nim, odkrywają sekrety, które skrywa dworek na ulicy Polanki. Oba sekrety mają w sobie coś sensacyjnego i niezwykle tajemniczego. Budują trudną historię tego miejsca, wpływają na losy jego mieszkańców, ale przede wszystkim nadają rezydencji pani Grety namiastkę legendy. Sekrety są dwa i oba przyjęły formy rękopisów. Pierwszy z nich to wspomniana już zaginiona opera Richarda Wagnera, odnaleziona w antykwarycznych stosach przez męża pani Grety, kompozytora Ernesta Teodora. Drugim jest osiemnastowieczny pamiętnik szalonego libertyna François de Venancourta, pierwotnego właściciela posesji, w którym spisywał on swoje makabryczne i wyjątkowo sadystyczne dokonania. Miejsce zamieszkania narratora „Śpiewaj ogrody” naznaczone jest  zatem niewidzialną krwawą łuną, która być może w jakiś sposób wpłynęła na dalsze losy najbliższych pani Grety i jej samej.

Całości dopełniają wspomnienia wojenne bohaterów z czasów, gdy Wolne Miasto Gdańsk utraciło swoją wolność, a jego wielonarodowi mieszkańcy stali się ofiarami wysiedleń, masowych mordów i niesprawiedliwych egzekucji. Widmo II wojny światowej prześladuje Ernesta Teodora, który całe lata poświęcał rekonstrukcji wagnerowskiego utworu, częściowo wbrew własnym przekonaniom, by stać się kolejną ofiarą nazistów i naiwnie dać się ponieść wierze w uniwersalną wartość muzyki. Narratorowi o wojennych przygodach opowiadają także od najwcześniejszych lat jego ojciec i przyjaciel ojca, rodowity Kaszub – pan Bieszk, „choć może nazywał się Bieszke, na pewno nie Bieszczański”, by z czasem, im starszy jest chłopiec, ich opowieści nabierały okrutnych detali. Wnikamy w świat kaszubskich przypowieści, legend, rodzinnych wspomnień i obrazów z przeszłości. Przyjaźń chłopca, a później dorosłego już mężczyzny i wdowy Grety spaja wszystko, przetykając wątki i nadając powieści cel, jakim jest zrekonstruowanie dziejów mieszkańców dworku przy ulicy Polanki.

„Śpiewaj ogrody” to misternie skonstruowana powieściowa kompozycja, której wątki mijają się, uzupełniają i przepływają tuż obok siebie, tworząc niezwykłą opowieść o miłości, wojnie i wszechogarniającej sile muzyki. Niczym w wielowarstwowej szkatułce jedna historia tworzy drugą i kolejną, legendy przechodzą w baśnie, wspomnienia codzienności w pełną pasji historię życia kompozytora i jego ukochanej żony. A wszystko to połączone niewidzialną, bo przecież zupełnie fikcyjną linią melodyczną wagnerowskiej opery, która nigdy nie powstała, a która jest i żyje w tym magicznym, chociaż brutalnym i naznaczonym wojną świecie powieści Pawła Huelle. Nie pozostaje nic innego jak dać się ponieść dźwiękom fletu i podążyć w piękną opowieść za Szczurołapem z Hameln.

O.

*Recenzja napisana dla księgarni internetowej Dybook, a którą możecie przeczytać również TUTAJ.

A na zakończenie życzenia dla Was 😀

WielkanocŻyczenia

BEZSENNE ŚRODY: „Berenice” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneBERENICE

 

„Berenice! Wymawiam jej imię – Berenice! – i ze zmurszałych ruin mej pamięci na skinienie tego dźwięku wynika tysiąc burzliwych wspomnień! Ach, postać jej żywcem stoi mi w oczach, jak w pierwszych dniach naszych uniesień i naszego wesela! O, wspaniałe, a jednak fantastyczne piękno, o, sylfida z gajów Arnheimskich! O, najada pośród kaskad! A potem – a potem wszystko staje się tajemnicą i zgrozą, powieścią, która nie chce się wypowieścić.”

Miłość. Niezwykłe uczucie. Intrygujące, bo tak bardzo wielowymiarowe. Zawierające w sobie zarówno pierwiastki dobra, jak i zła. Bo przecież kryje się w niej tyle podległych odcieni i innych emocji. W miłości zawierają się porażające siłą doznania, które potrafią zwalić z nóg i nawet najbardziej rozsądnego człowieka znieść na ścieżki szaleństwa. W miłości, chociaż wydaje się, że tam tylko miłość jest (a to złudne wrażenie i bardzo mylące), dostrzec można razem, w konfiguracjach szalonych lub całkiem osobno, a czasami w ogóle: namiętność, poświęcenie, zazdrość, obsesję, przyjaźń, nienawiść, uległość, czy szczęście, które z biegiem dni przeradza się w mękę.

O miłości szalonej, obsesyjnej, która prowadzi do tragedii i pomieszania zmysłów opowiada Edgar Allan Poe w pierwszej historii z cyklu Śmiertelny uścisk miłości, zatytułowanej „Berenice”. Jej dzieje poznajemy z ust Egeusza, który wspomina swoją ukochaną – młodą dziewczynę imieniem Berenice. Wychowywali się razem w jego rodzinnej posiadłości, para całkowitych przeciwieństw, pokochali się trochę na przekór. Ona pełna życia, urocza i zwinna. On chorowity, pogrążony w marzeniach i zawsze zamknięty w murach domowej biblioteki. I gdy sny o małżeństwie mają się ziścić, ona zapada na tajemniczą chorobę. Niknie w oczach, traci samą siebie, ból odbiera jej tożsamość, a Egeusz nie poznaje już jej, załamuje się i popada w dziwny rodzaj depresji. Depresji, która wywołuje manię, obsesję na punkcie szczegółów. Godzinami wpatruje się w jeden punkt, w jedno zdanie w księdze, powtarza jedno słowo. Wraz z chorobą Berenice sen o miłości rozmywa się i rozpada na kawałki.

Okrutna choroba ukochanej wyzwala w Egeuszu pokłady manii na punkcie samego siebie. Snuje rozważania natury osobistej, wspomina Berenice, a tak naprawdę, w jakiś perwersyjny sposób zachwyca się jej zanikaniem, „widmowością” chorobowej aury, jej przekształcaniem się w ducha, z maską zamiast twarzy.  Z jednej strony dopiero wtedy uświadamia sobie, że ją kocha, a z drugiej czuje do jej nowego ciała odrazę, boi się jej. Przeraża go  jej widok – wychudzenie, wyniszczenie i wyssanie przez chorobę. Ale to co poraziło go doszczętnie, to co odebrało Egeuszowi resztki samokontroli i zepchnęło w otchłań obłędu, to widok jej wielkich, białych, nieskalanych zepsuciem zębów. To zęby wprawiły go w opętańczy zachwyt i podniecenie. Zbudziły w nim potwora, dziwoląga, owładniętego jedną, jedyną makabryczną myślą:

„– Zęby! – Zęby! – Były tu, były tam – były wszędzie.”

Opowieść Edgara Allana Poe to historia miłości, która w chwili największej próby przekształciła się w potworną obsesję. Tak silną, że rozum nie miał w tym przypadku już nic do powiedzenia. Tylko czas pozwala Egeuszowi spojrzeć na Berenice z dystansu. Pozwala mu spróbować nadać sens temu, co się wydarzyło. Historia okrutna i niezwykła, tchnąca klaustrofobią dusznej komnaty gotyckiego zamczyska, gdzie nie ma słońca, nie ma orzeźwiającego wiatru, nie ma życia. Tylko śmierć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo przed oczami mam makabryczną maskę śmierci o zapadniętych wargach.

O.

* Wszystkie opowieści Edgara Allan Poe, całkiem za darmo i w pełni legalnie, do ściągnięcia w oryginale, znajdziecie na stronie Project Gutenberg (klik! klik!) – „Berenice” jest w tomie 2. 🙂

A Lolanta z LolaCzyta odnalazła „Berenice” po polsku, w różnych formatach do wyboru,  na Wolnych Lekturach (klik! klik!), również za darmo i w pełni legalnie  – dziękuję! 🙂

„The Bird Eater” Ania Ahlborn

Bombla_BirdEater

 

“We all go a little mad a little, we all go a little mad…”

Nie ma to jak porządna opowieść o nawiedzonym domu. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że boję się podwójnie. Kilka razy sprawdzam, czy nic nie czai się za firanką, czy drzwi są zamknięte, czy cień w rogu pokoju to tylko cień, czy już shutter, czy jakiś inny splicer podwiesił mi się pod sufitem. Bo przecież nigdy do końca nie można być pewnym. Tym bardziej, gdy całkiem na poważnie wierzy się w słowa H.P.Lovecrafta, że istnieją miejsca, które mają duszę, a bywa, że ta dusza może być naprawdę zła. Czasami jest to wina jego mieszkańców. Czasami przyczyna tkwi w dalekiej przeszłości. Czasami pochodzi prosto z miejsca, na którym stoi taki dom. A czasami, po prostu, duszą takiego domu jest ktoś lub coś, jakaś obecność, pozostałość po kimś sprzed lat.

Opowieść o nawiedzonym domu snuje w swojej najnowszej książce zatytułowanej „The Bird Eater” amerykańska pisarka polskiego pochodzenia – Ania Ahlborn. „The Bird Eater”, dosłownie pożeracz ptaków, czerpie swoje inspiracje z literackich klasyków takich jak chociażby „Nawiedzony” Shirley Jackson – horrorów nietypowych, które za swój cel obierają nie samo zło, nie jego genezę, ale przede wszystkim jego wpływ na psychikę głównych bohaterów i to w jaki sposób poszczególne postacie reagują, gdy nic nie jest takie jak powinno być. Ania Ahlborn stworzyła niezwykłą opowieść grozy o bólu, wyrzutach sumienia i nieuchronnie nadchodzącym szaleństwie, przed którym nie ma ucieczki.

Głównym bohaterem „The Bird Eater” jest Aaron Holbrook, który spędził całe swoje dzieciństwo w miasteczku Ironwood w stanie Arkansas. W dużym domu, na odludnej ulicy, wychowywany przez ukochane wujostwo, które przejęło nad nim opiekę po samobójstwie matki. Życie dla młodego Aarona, jak to dziecięce lata, jest beztroskie – ma świetnych przyjaciół, spędzają razem czas szwendając się po okolicach, bawiąc się i poznając świat. Do czasu. Najpierw w wyniku niefortunnego upadku z drabiny ginie jego wuj, a kilka lat później, po powrocie ze szkoły, chłopak znajduje zmasakrowane równie „niefortunnym” upadkiem ze schodów zwłoki swojej ciotki. Nim Aaron zdąży cokolwiek powiedzieć zostaje wywieziony do dalekich krewnych i tam dorasta, by w końcu sam założyć własną rodzinę. Mija dwadzieścia lat. I po raz kolejny jego wydawałoby się ułożone życie lgnie w gruzach, gdy podczas wypadku samochodowego (w którym to on był kierowcą) ginie jego kilkuletni syn Ryder. Przygnieciony wyrzutami sumienia, otępiony cierpieniem, alkoholem i lekami, w żaden sposób nie potrafi sobie poradzić ze śmiercią syna, ani z samym sobą. I postanawia wrócić do Ironwood.

Miasteczko dzieciństwa i rodzinny dom Holbrook House mają mu pomóc podnieść się z wyniszczającej żałoby i odzyskać utracone nagle życie. Tylko o czym Aaron nie wie i nigdy nie wiedział to fakt, że jego dom od zawsze był tematem lokalnych plotek. Przez lata wujostwo ukrywało przed nim przeszłość i śmierć jego matki. To o czym szeptali wszyscy, pozostawało w sferze totalnej niewiedzy (a może wyparcia?) przez głównego bohatera. Teraz, po latach, nie ma już nikogo, kto mógłby go przed tym wszystkim bronić.  Więc przeszłość napiera. I pojawia się dziwny, natarczywy chłopiec, który kręci się wokół domu Aarona. Śledzi go i bacznie obserwuje. Chłopiec, zwany Birdiem, powraca raz za razem, jego zachowanie przestaje być jakkolwiek naturalne i prześladuje go tak na jawie, jak i w makabrycznych snach. W tych sennych wizjach Birdie pożera żywe ptaki, krzywiąc się i czając jak gargulec pośród drzew.

A okolica zieje dziwną pustką. Tak jakby z Ironwood  wyssano całą życiową energię. Opuszczone ruiny spalonej szkoły, stojący latami pusty dom,  leśne ostępy i omijane szerokim łukiem szlaki – to wszystko podkreśla uczucie osamotnienia i poddania się Aarona. Złamany, zrozpaczony i całkowicie pozostawiony samemu sobie w domu, który tylko czekał na nowego lokatora. A tak naprawdę czekał właśnie na Aarona i jego nieszczęście. Co więcej, ta niepokojąca pustka otoczona jest czujnymi obserwatorami, którzy nigdy nie odpuszczają, nigdy nie uciekają, ale patrzą, spoglądają z zainteresowaniem podziwiając przebieg tragicznych wydarzeń. Mowa tu o ptakach, które w jakiś sposób prowadzą do niezwykłej obsesji, zarówno Aarona, jego syna Rydera i samego Birdie’go, którego człowieczeństwo lub też jego brak, pozostaje niewyjaśnioną zagadką.

Świat wykreowany przez Anię Ahlborn jest po części światem iluzji. Małe, senne Ironwood, w którym nic się nie dzieje, z którego ludzie uciekają, a ci co zostają, powielają życie swoich rodziców, wydaje się być tylko prowincjonalnym miasteczkiem w czasach kryzysu. Pozornie spokojne, w miarę przyjazne, po prostu zwyczajne, wywołuje jednak poczucie niepokoju detalami. Przypomina to nagłe znalezienie odwróconego krzyża w domu uroczej starszej dewotki, która częstuje nas ciasteczkami i lemoniadą – otwiera oczy i uzbraja wszystkie zmysły. Bo coś tu się nie zgadza. Co nie gra tak jak powinno. W „Bird Eaterze” panuje miejscami właśnie taki odwrócony porządek rzeczy. Dom, który powinien był być zrównany z ziemią i omijany szerokim łukiem wciąż na nowo znajduje nowych mieszkańców. Fakty, które przecież powinny być znane wszystkim są niepotrzebnie ukrywane i szczelnie pilnowane, by tylko nie wyszły na jaw. Przedwcześnie umierają dzieci, ludzie popełniają samobójstwa, co burzy naturalny cykl i przeraża, a jednak nikt nie próbuje odnaleźć konkretnej przyczyny. Ironwood odbiera potrzebę poszukiwania, tworzy umysłową bańkę wokół swoich mieszkańców, a tajemnica Holbrook House na zawsze pozostaje niewyjaśniona.

„The Bird Eater” miejscami pozostawia niedosyt, ale jest to niedosyt całkowicie wytłumaczalny, wykreowany z pustki, samotności i wyrzutów sumienia głównego bohatera. Ironwood jest jego prawdziwym domem, jego miejscem na ziemi, a skoro samo miasteczko jest jak wydrążone ze zdrowego rozsądku, pozbawione elementarnych reakcji, to w jaki sposób Aaron miałby na nowo stanąć na nogi? Jak miałby wyleczyć rany, czym wypełnić psychiczną dziurę, jak przeżyć żałobę? U Ani Ahlborn nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania, tak jak bohaterowie nie potrafią na nie odpowiedzieć. Coś się dzieje, coś tak niepokojącego, że łatwiej jest odwrócić wzrok i przyjąć rzeczy takimi jakie są. Nie zastanawiać się nad przyczynami. Nie myśleć o konsekwencjach.  Bo na ucieczkę nie ma już siły. A Birdie siedzi przyczajony wśród drzew, przekrzywia zabawnie głowę i szczerzy swój krwawy uśmiech, gdy tylko wypatrzysz go wśród gałęzi.

O.

Niespodzianka: nowy cykl na Wielkim Buku

Bombla_Podstawa_BezsenneZAPOWIEDŹ

Moi Drodzy!

Dzisiaj mam dla Was niespodziankę 😀

Nigdy nie kryłam się z moim uwielbieniem do horrorów, opowieści grozy i wszelkiej makabry. Straszydła, duchy, potwory, a także krew i wszechobecny gore to zdecydowanie jest to co uwielbiam i pewnie gdyby nie zdrowy rozsądek i potrzeba umiaru, to zaczytywałabym się tylko w takich lekturach. W okopaniu się w ciemnościach i poświęceniu mojego czytelniczego życia wyłącznie na zgłębianie tajemniczych otchłani hamuje mnie przede wszystkim mój wielki i nieokiełznany strach, który często prowadzi do sytuacji absurdalnych, bo podobno nie wypada dorosłym bać się mroku, czy samotnego przebywania w pokoju, gdy nadchodzi noc. Ale co tam – uwielbiam to, nawet kosztem mojego psychicznego zdrowia, które pożera straszne opowieści, przetwarza je i mutuje, tylko na swój własny użytek.

Tak sobie pomyślałam, że trochę już tych horrorowych historii poznałam. Opowieści z dreszczykiem, raz lepszych, raz gorszych, ale zawsze nieuchronnie prowadzących do paniki w oczach, szybszego bicia serca i halucynacji, gdy tylko zgaśnie światło. I wymyśliłam, specjalnie dla Was, zupełnie nowiutki, cieplutki i pachnący świeżością cykl, który nazwałam: BEZSENNE ŚRODY. 

Co spotkacie na Wielkim Buku w każdą środę, już od przyszłego (przedświątecznego) tygodnia zaczynając? Opowiadania, nowele, czy inne krótkie historie (powieści zostawiam na klasyczne Nocne Łowy), a wszystkie potworne, makabryczne i niesamowite. Klasyki literatury i te współczesne. Takie, które zazwyczaj nie pojawiają się samodzielnie, ale wychodzą w tomach, tomiszczach lub antologiach, a które zdecydowanie warto poznać.

Kogo spotkacie? Między innymi moich największych ulubieńców z możliwych, czyli Stephena Kinga, H.P. Lovecrafta, Edgara Allana Poe, Shirley Jackson, Jacka Ketchuma, Roberta Chambersa, Edwarda Lee, Algernona Blackwooda, Clive’a Barkera. I jeszcze pewnie wielu innych, jak na nich wpadnę na mrocznych ścieżkach 🙂 Oczywiście, jeśli ktoś chciałby o kimś poczytać albo polecić – piszcie koniecznie!

Znając moją obsesję planowania i postowania zawsze w konkretne dni, to BEZSENNE ŚRODY, krótsze, mniejsze, do pożarcia na jeden chaps, będą co tydzień w każdą środę (totalnie nowatorsko), a wpisy klasyczne, z wtorku i piątku przeniosą się na poniedziałek i piątek 😀

W ten sposób będzie jeszcze więcej czytania dla Was 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Jej wszystkie życia” Kate Atkinson

Bombla_JejWszystkieŻycia

 

„A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy? Czy to nie byłoby wspaniałe?”

Déjà vu. Poczucie, że obecna chwila wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości i teraz przeżywamy ją od nowa. Dotyczy całych sytuacji, wyciętych z życia momentów, które jakoby miałyby się powtarzać i nieść za sobą wspomnienia. Podobno, według przeprowadzonych w skali światowej badań, uczucie „już widzianego” przydarza się od 30-96% zdrowej populacji i towarzyszy mu zawsze pewność, że to przecież niemożliwe. Nie można przeżywać od nowa czegoś, co dopiero się dzieje. Bo nie ma przecież alternatywnych rzeczywistości, nie ma innych światów tuż obok naszego, czas płynie, a nie zawraca raz po raz. A co jeśli déjà vu to faktycznie krótkie „zwarcie” w czasoprzestrzeni? Kilkusekundowe okno do innego świata? Innego życia, które gdzieś tam trwa, albo trwało w przeszłości i jego wyrwane z kontekstu fragmenty, nacechowane intensywnymi emocjami, potrafią pokonywać bariery, przedostając się do naszego życia tu i teraz?

Déjà vu jest najprawdziwszą rzeczywistością dla bohaterki powieści „Jej wszystkie życia„, czyli najnowszej, dziewiątej już książki wielokrotnie nagradzanej brytyjskiej pisarki Kate Atkinson. Autorka wykorzystuje znaną koncepcję, wtłaczając ją w przestrzeń historyczną Europy pierwszej połowy dwudziestego wieku. Czytelnik ma szansę z zapartym tchem śledzić losy Ursuli Todd, od czasów narodzin aż do śmierci, na różnych etapach, w kolejnych osiach czasowych, zawsze jednak u progu światowych zmian, które doprowadzą do wielkich tragedii i potwornych wydarzeń na całym świecie. Ukazując kolejne życia Ursuli, od ich najwcześniejszych momentów, Kate Atkinson poprzez subtelne mikro-zmiany, pozornie nieistotne przekształcenia zdań i znaczeń, buduje napięcie i kreuje dzieje swojej bohaterki wciąż od nowa, dając jej nowe możliwości, tworząc szanse zaprzepaszczone w innym życiu. Ursula rodzi się, żyje i umiera wciąż od nowa, zawsze na innych etapach i w innych konfiguracjach,

Powieść rozpoczyna się w listopadzie 1930 roku, gdy młoda kobieta wkracza do zatłoczonej niemieckiej kawiarni. Dosiada się do stolika pewnej pary – on wyjątkowo pewny siebie „niemęski mężczyzna” i ona – wyzywająca blondynka. Po chwili niezobowiązującej konwersacji kobieta wyciąga pistolet i strzela prosto między oczy mężczyzny. Właśnie ginie niedoszły Führer, Adolf Hitler. Piękna wizja, prawda? Jeden celny strzał, jeden moment i znika on, a wraz z nim znika idea tysiącletniej Rzeszy, obozy zagłady i prysznice, które wcale nie były prysznicami.  Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości nie będzie II wojny światowej, nie wydarzą się czystki etniczne, bombardowania, czy anihilacja milionów niewinnych ludzi. Idylla, piękna wizja, która pryska jak bańka mydlana w chwilę później, gdy młoda zamachowiec ginie przeszyta kulami ochrony Hitlera i… rodzi się na nowo w 1910 roku podczas śnieżnej zawiei, by umrzeć raz jeszcze, zanim złapie pierwszy oddech. I rodzi się ponownie.

Cykle narodzin i śmierci Ursuli wydają się wydłużać z każdym kolejnym przeżytym przez nią dniem. Nawet godziny mają tutaj znaczenie, małe gesty, nieodbyte rozmowy domowników, czy kłótnie między rodzeństwem. Wszystko się liczy – każdy podjęty wybór ma znaczenie i realnie wpływa na dalszy ciąg historii. W ten sposób mamy szansę wiele razy przeżywać narodziny dziewczynki i jej kolejne śmierci. Ursula raz umiera zaraz po przyjściu na świat, przyduszona pępowiną, raz na hiszpankę, raz przez utonięcie, raz podczas bombardowania i tak dalej, w kółko, jednak zawsze wydłużając swój czas przeżyty na świecie przez „wspomnienia” z innego życia. Déjà vu, które pozwala jej niejako kształtować nadchodzące wydarzenia. Tak naprawdę w „Jej wszystkich życiach” obserwujemy jedynie ułamek możliwości bohaterki. Liczba zmiennych, a co za tym idzie skutki tych zmian, są tak naprawdę nieskończone i mogą powielać się całą wieczność. Powieść nie kończy się, ale wraca do początku, do lutowej śnieżycy 1910 roku, kolejnych narodzin (w tym wypadku oryginalny tytuł Life After Life z ang. życie po życiu wydaje się być o wiele bardziej adekwatny).

W jakimś momencie podczas lektury tej powieści, czytelnik może zapytać, jaki jest w takim razie cel Ursuli? Czy w ogóle istnieje jakiś, czy po prostu żyje i metodą prób i błędów stara się naprawić nieodwracalne szkody? Odmienić swój los i tym samym wpłynąć na dzieje świata? Oszukać przeznaczenie, wykorzystać swoją wiedzę i chociaż raz nie dopuścić do tego, co i tak musi wydarzyć się gdzieś w innym świecie, naszym świecie? Cel wydaje się być jeden – jest nim niedopuszczenie Adolfa Hitlera do władzy. Co za tym idzie uratowanie milionów istnień, w tym jej ukochanego młodszego brata Teddy’ego, a może nawet całej rodziny? Jedno jest pewne – czas nie pędzi tu ciągle naprzód, ale stanowi wartość płynną, niepewną, powielającą się w nieskończoność, w której można brodzić i zawracać, jeśli tylko da się pamiętać.

W „Jej wszystkich życiach” Kate Atkinson podjęła dość ryzykowny, niemniej niezwykle intrygujący motyw fabularny. Takie przeżywanie swojego życia wciąż od nowa, umieranie i powracanie do punktu wyjścia, by zacząć wszystko od początku, wydaje się o wiele bardziej pasować do tematyki science fiction, światów i opowieści wyobrażonych, gdzie historia nie powiela prawdziwej rzeczywistości, nie biegnie alternatywnie, ale wręcz przeciwnie, tworzy się w zupełnie nowym świecie wyobraźni. Niestety to, cojuż się wydarzyło nigdy się nie zmieni, a bolesne dzieje świata na zawsze już takimi pozostaną.

„Jej wszystkie życia” to świetnie napisana powieść dla wszystkich czytelników, którym niestraszne są powielane motywy, wyszukiwanie niuansów i zmian w każdej kolejnej odsłonie życia bohaterów, czy usilne próby naprawiania świata przez główną bohaterkę powieści przeżywającą raz za razem déjà vu.  Ciekawie poprowadzona fabuła, świeża odsłona klasycznej rodzinnej sagi oraz próba odpowiedzi na nurtujące pytania o egzystencję człowieka i sens wszystkiego sprawiają, że powieść Kate Atkinson robi wrażenie i nie daje o sobie zapomnieć.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Sourland” Joyce Carol Oates

Bombla_Sourland

Żałoba nie należy do najłatwiejszych tematów w literaturze. Podobnie jak śmierć i lęk przed stratą. Niełatwo się czyta. Trudno się sprzedaje. Z pewnością jeszcze trudniej się ją opisuje, tym bardziej gdy za podstawę fabularną opowieści służą prawdziwe doznania i wewnętrzne przemyślenia twórcy. Utrata bliskiej osoby, ta nagła, nieprzewidziana, potrafi złamać człowieka, doprowadzić na skraj rozpaczy i wykończyć emocjonalnie. A jednak śmierć jest jak najbardziej uniwersalna. Dotyka tak samo wszystkich, nie wybiera i nie czeka. Po prostu nadchodzi. Nieważne, czy ktoś jest na nią przygotowany. Bo czy w ogóle można przygotować się na śmierć? Tak swoją, jak czyjąś? Raczej nie. Prawie nigdy nie jest to możliwe.  Potwierdza to i udowadnia jedna z najbardziej cenionych współczesnych amerykańskich pisarek, twórczyni intensywnych w doznania i zmuszających do myślenia historii, mistrzyni krótkiej formy, czyli Joyce Carol Oates.

W swoim najnowszym wydanym w Polsce tomie zatytułowanym „Sourland” ta amerykańska pisarka zebrała szesnaście opowiadań napisanych i opublikowanych w różnych czasopismach w trakcie dwóch lat żałoby po nagłej śmierci ukochanego męża w 2008 roku. Czytelnik nie znajdzie tu jednak wzruszających historii, anegdot, czy wspomnień z życia kochającego się małżeństwa, tylko brutalne i bardzo dogłębne opowieści z życia po śmierci bliskich lub tych, którzy stoją u progu straty. Walczące wdowy, które muszą ostatnimi siłami trzymać się życia, by nie dać się pokonać i zniszczyć tym, którzy tylko czekają na ich moment słabości. Kobiety, których ostatnimi deskami ratunku przed zapadnięciem w otchłań cierpienia jest godzenie się na fizyczną przemoc, często w jej najbardziej seksualnym kontekście.

Z niemocy i smutku rodzi się przepełniona perwersją namiętność. Osamotniona kobieta w opowiadaniach Joyce Carol Oates musi na nowo otworzyć się na przepełniony gwałtownością i siłą świat mężczyzn. Po raz kolejny przeniknąć do niego i pogrążyć się w pożądaniu, męsko-damskich zagrywkach. Odłożyć ból na bok lub, co częściej ukazuje pisarka, zastąpić jeden ból innym. Jej kobiece bohaterki, delikatne i wrażliwe, same z siebie, z własnego wyboru budują swoje przeznaczenie i stają się ofiarami nie-ofiarami. By wrócić na nowo do życia przechodzą pewien etap i dzięki niemu nie pozwalają się osłabić. Dają się posiąść, by siłą przywołać się do rzeczywistości, byle nie stracić poczucia realności. Nie pozwalają od nowa utopić się we własnej rozpaczy. Gwałty, okaleczenie, praktyki sadomasochistyczne są ich krzykiem o pragnienie życia. O przypomnienie samym sobie, że one same jeszcze nie umarły.

Z drugiej strony, poza osamotnionymi wdowami, w „Sourland” mamy innych bohaterów, przede wszystkim dzieci i młodzież, synów i córki, którzy z dystansu obserwują rozpad rodziny i tym samym przeżywają swoistą dezintegrację własnej tożsamości. Poza samym obliczem śmierci Oates pokazuje nagłość choroby bliskich osób i to, co robi z ludźmi wokół nich. Godziny wydłużają się w nieskończoność. Dotychczas uporządkowane i usystematyzowane życie domowe wali się w gruzy. Zrozpaczone przyszłe wdowy przestają kontrolować otoczenie. Dzieci zostają odstawione w tryb zawieszenia. Pozostawione samym sobie, by kręcić się samotnie po szpitalnych korytarzach, na swój sposób radząc sobie z poczuciem straty, nawet jeśli ta strata jeszcze nie do końca nastąpiła. W „Sourland” te osamotnione dzieci narażone są na najgorsze ataki. Są bezbronne, bo nagle pozbawione wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ich perfekcyjne światy chylą się ku upadkowi, a one mogą tylko patrzeć, stając się idealnie wyeksponowanym kąskiem dla tych, co szukają sposobu jak je wykorzystać.

Świat opowiadań Joyce Carol Oates zamyka się w dosłownie trzech przestrzeniach. Przede wszystkim w pustym domu, który z oazy spokoju i ogniska domowego zamienia się w pusty budynek, ogołocony z murów obronnych. Nagle jest za duży, zbyt obszerny dla samotnej kobiety, pozostawionej samej sobie. Po pokojach kręcą się obcy, w zapuszczonych krzakach w ogrodzie czają się drapieżcy, a własne łóżko nie daje już ukojenia. W okresie choroby to szpitalne korytarze, sterylne pomieszczenia i zimne poczekalnie zastępują domy. Nie ma w nich nic pozytywnego, nic ciepłego. W „Sourland” pokazane są jak miejsca przejścia z jednego świata do drugiego. Bezosobowe, puste, dosłownie nieludzkie – nieme na wszelkie nieszczęścia. Podobnie jest z sądami, które tuż po śmierci dają żałobnikom namiastkę ich dalszego życia naszpikowanego problemami. W sądach panuje bezlitosna biurokracja, kierowana przez ludzi bez serca, niczym roboty ślepo podążające za paragrafami i kodeksami. Czynnik ludzki jest zupełnie nieistotny w obliczu pieczątek, podpisów i testamentów.

„Sourland” to niezwykle prawdziwe, brutalne i przejmujące studium żałoby. Każde kolejne opowiadanie jest pełne rozpaczy i smutku, przepełnione dojmującym poczuciem straty. Czytając opowieści Joyce Carol Oates ma się wrażenie, że wstępuje się do świata za mgłą, pogrążonego w niespokojnych snach, zdeformowanego przez wyciągnięte z koszmaru wizje przypadkowo ze sobą połączone, zawieszone między tym co rzeczywiste a wyobrażone. Miejscami groteskowe, absurdalne, ale zawsze przenikliwe do szpiku czytelniczych kości. Nie jest to lektura łatwa. Nie jest to lektura lekka. Co prawda każdy z tekstów czyta się z zapartych tchem, mocno bijącym sercem, ale opowieści niosą za sobą taki ładunek emocjonalny, że trudno jest czytać kilka pod rząd, nie mówiąc o zaczytywaniu się w całym zbiorze naraz.

Joyce Carol Oates wyciąga najgłębsze lęki, najbrutalniejsze emocje i dokonuje na nich swoistej wiwisekcji, nie dając odetchnąć tak sobie, jak i swoim czytelnikom. I robi to z perfekcyjną precyzją kobiety, która doskonale wie, o czym pisze i jakie uczucia chciałaby wywołać w odbiorcy. Z rozmachem i przemocą przenika emocje, dogłębnie penetruje je i analizuje w jedynie sobie znanym poetyckim, nieustraszonym stylu. Tym samym „Sourland” staje się klasyką pięknie napisanej prozy obyczajowej, która demaskuje prawdziwą naturę człowieka.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Terror” Dan Simmons

Bombla_Terror

 

„(…)yet for all these accumulated associations, with whatever is sweet, and honorable, and sublime, there yet lurks an elusive something in the innermost idea of this hue, which strikes more of panic to the soul than that redness which affrights in blood.”

Moby Dick Herman Melville

Jest coś hipnotyzującego w opowieściach, które zaczynają się sformułowaniami typu „oparte na faktach”, „zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami”, czy „ta historia wydarzyła się naprawdę”. Nieistotne czy to opowieść książkowa, czy też filmowa – dodając ten jeden element na samym jej początku nadaje się dalszej historii zupełnie nowy ton, przyciąga uwagę i podwójnie angażuje emocjonalnie czytelnika/widza. Wykazując prawdziwość i rzeczywistość danej opowieści włączają się zupełnie nowe zmysły, tryb poszukiwacza, który kalkuluje prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń i sprawdza krok po kroku wszelkie możliwości. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. I wcale to nieważne czy ta historia jest jak najbardziej krwawym thrillerem, dramatem obyczajowym, czy pocieszną powieścią przygodową –  sam fakt, że chociaż niektóre momenty fabuły mogły być prawdziwe, mogły być fragmentem czyjegoś jak najbardziej realnego życia, wprawiają mnie w chorobliwą ciekawość, uruchamiają głębokie pokłady wyobraźni i przerażenia. Tym bardziej gdy opowieść ta jest horrorem. 

Tak stało się ostatnio w przypadku niezwykle wciągającej, skutej lodem i spowitej w arktycznych zawiejach niesamowitej powieści Dana Simmonsa zatytułowanej „Terror” (tytuł oryginału „The Terror”). Ten potężny kawał mrocznego buka rozpoczyna się kilkoma faktami właśnie, a w zasadzie szczegółowymi mapkami, uzbrojonymi w konkretne przypisy i fakty historyczne, a dotyczące ostatniej polarnej ekspedycji Sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył na poszukiwanie przesmyku na północnych morzach. Szlaku, który umożliwiłby przepłynięcie między  Morzem  Baffina a Morzem Beringa. Sir Franklin, wraz z doświadczoną załogą liczącą sobie 129 ludzi, wypłynęli na dwóch statkach ochrzczonych imionami Erebus (któremu dowodził Franklin) i Terror (którego kapitanem został Francis Crozier). Wyprawa, która według wstępnych oszacowań miała trwać około roku, najwyżej dwóch przy niesprzyjającej pogodzie i trudnych prądach wód okręgu polarnego, zaginęła na ponad trzy lata, by nigdy już stamtąd nie wrócić. Po latach poszukiwań i kolejnych nieudanych wyprawach ekip poszukiwawczych i ratunkowych, okazało się, że Erebus i Terror na ponad dwa lata utknęły w lodzie. Nikt nie przeżył. Tak przynajmniej mówiono. Co działo się na pokładach obu okrętów? To pozostaje już jedynie legendą, gdzieś w sferze domysłów i wielkich tajemnic historii. I to właśnie ten etap pomiędzy, niedopowiedziana historia zagubionej załogi, zainspirowała Dana Simmonsa do wysnucia niesamowitej i porażającej opowieści o zaginionej ekspedycji sir Johna Franklina.

Opowieść zaczyna się tam, gdzie kończą się konkretne fakty. Gdzie zaczyna się cień i trwająca w nieskończoność noc polarna. Erebus i Terror stanęły w lodzie, w odległości około mili, przytrzymane ni stąd ni zowąd przez szpony napierającej, czarnej morskiej masy. Po niebie przetacza się zorza polarna, temperatura sięga ok. -45 st. Celsjusza, a po pokładzie Terroru snuje się mrożąca i pochłaniająca wszystko mgła. Życie na obu statkach płynie prawie zwyczajnym trybem. Prawie, bo żaden ze statków nie porusza się. Wciąż jednak trwają wachty, rotacje i zmiany. Co tydzień kapitan Franklin organizuje nabożeństwo dla marynarzy. Każdego dnia czterech chirurgów walczy z coraz częstszymi odmrożeniami, a z każdym mijającym miesiącem wykwita na horyzoncie widmo plagi szkorbutu. Pojawia się również problem racji żywnościowych, które zebrane w magazynach w najniższych pokładach statków zaczynają gnić, a puszki z gotowymi daniami (zupełnie nowatorska i wciąż niedoskonała metoda pakowania żywności) korodują, wydzielając gazy i zatruwając jedzenie. A lód wcale nie zamierza pękać.

Wyczekiwane lato wcale nie nadeszło. Lodowe pokrywy zamiast rozpuścić się, utwardziły się tylko i zgromadziły, tworząc przeszkodę nie do pokonania. Nie powróciły morskie stworzenia, nie ma wielorybów, nie ma fok, nie ma nic. Tylko zimno. A do tego coś dziwnego czyha na załogę obu statków w zimowej ciemności. Coś co pojawiło się nagle, wraz z przybyciem tajemniczej Inuitki zwanej przez załogę Lady Silence (Pani Cisza). Młoda dziewczyna ma wycięty język i w ogóle nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Lady Silence z wyboru staje się gościem kapitana Croziera, mieszka na pokładzie Terroru, co nie przeszkadza jej od czasu do czasu oddalać się i znikać w lodowej zawiei. Jednak tajemnicza przybyszka, która wydawała się zupełnie bezbronna, przyciągnęła za sobą coś monstrualnego. Coś co porywa ludzi Erebusa i Terroru, pożerając ich żywcem, rozrywając ciała i czasami pozostawiając ich szczątki w dziwnych aranżacjach na umazanym krwią i wnętrznościami lodzie.  Potwór poluje, a ludzie zaczynają się niecierpliwić. Nadchodzi bunt. Nadchodzi czas wyborów. Nadchodzi czas białego szaleństwa.

Nie przez przypadek powieść Dana Simmonsa prowadzi od początku cytat zaczerpnięty z klasycznego, równie niezwykłego dzieła Hermana Melville’a „Moby Dick”, udowadniający horror jaki niesie za sobą niekończące się widmo bieli. Nieskończona pustka, której nie można pojąć ludzkim rozumem. Jasność, która w niezbadanym nadmiarze przenika myśli, wżera się w nie i prowadzi nieuchronnie ku granicom szaleństwa. Wielka, biała istota powstała  z lodu, która prześladuje załogi Terroru i Erebusa wywodzi się właśnie z tej białej obsesji. Istnieje zarówno na poziomie realnym, jak i symbolicznym. Jest elementem mitologicznym, zakorzenionym w najgłębszych inuickich legendach i wierzeniach, a jednocześnie jak najbardziej prawdziwym. Innym, który rozrywa na strzępy marynarzy, doprowadza ich na krawędź normalności i w końcu odwraca od siebie, wymuszając niejako poddanie się lodowym przestrzeniom.

„Terror” to opowieść, która może pochłonąć czytelnika w całości. Simmons udowadnia jak szerokim pojęciem jest strach i jak wielowarstwowym gatunkiem potrafi bywać horror. W powieści w przejmujący sposób odtworzył codzienność załogi, ich walkę o zdrowie i życie tam, gdzie wszystko wokół zdaje się czaić na człowieka, pragnąć złamać go i rozszarpać wśród obłąkanych wrzasków. A przede wszystkim, Simmons w perfekcyjny sposób odmalował śnieżne, nieskończone lodowe otchłanie oraz labirynty Arktyki i kręgu polarnego, których nigdy do końca nie można być pewnym. Którym lepiej nie ufać, bo nie wypuszczą podróżnika ze swoich szponów. To także opowieść o końcu pewnej epoki. Czasie, który zwiastuje upadek i zdobycze przyszłości.

Jedno jest pewne – kto raz wszedł na pokład „Terroru” będzie miał sporo trudności, by zejść z niego w pełni władz umysłowych. By znowu z polarnych otchłani  i wszechogarniającego zimna wyjść w światło i pełne ciepła słońce. O tej historii nie da się zapomnieć. Nie da się nie myśleć. Ja chyba tam trochę zostałam. Wśród gór lodowych, świszczącego wiatru i skrzypienia niszczonego czarnymi falami kadłuba. Nasłuchując wycia z ciemności. I wcale nie mam zamiaru wracać.

O.