„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman

Bombla_DziewczynaZeSniegiem

Szwecja. To dziwne miejsce. Już kiedyś napisałam to zdanie, przy okazji „[geim]” Andersa de la Motte i szwedzkiego umiłowania zbrodni. Wciąż uważam je za jak najbardziej aktualne i świetnie określające atmosferę tego północnego kraju. O ile powieść „[geim]”, podobnie jak trylogia Millenium Stiega Larssona opowiadały przede wszystkim o zbrodniach typowo miejskich, których akcja działa się w szwedzkich metropoliach, o tyle powieść „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman za miejsce fabuły obrała sobie Hadfors – małe miasteczko na północy kraju. Oczywiście niezupełnie przypadkowo. Autorka oparła swoją historię, przynajmniej po części, na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce właśnie tam, w 2001 roku.

Sami wiecie jak to bywa z małymi miasteczkami. Tym bardziej takimi odizolowanymi. Na uboczu. Gdzieś w środku lasu. Na pierwszy rzut oka wydają się być enklawami spokoju. Panująca wokół cisza, z dala od zgiełku miejskiego życia i uśmiechnięte twarze mieszkańców stwarzają pozory małego raju na ziemi. Każdy wydaje się być pomocny, otwarty i taki… dobroduszny. Ale jak każda odosobniona miejscowość, której społeczność od lat żyje sama ze sobą, wśród tych samych twarzy, i w której każdy zna innych na wylot, kryje w sobie sekrety, znane wyłącznie miejscowym. A ci gotowi są bronić i chronić ich do ostatniej kropli krwi. Bywa, że te tajemnice są niewinne, nawet błahe, przynajmniej z perspektywy obcego przybysza nic nieznaczące. Jednak bywa, że są to mroczne i smutne sekrety, ukrywane od lat przed oczami ciekawskich. Często zaskakujące i straszne. Takie, które doprowadziły do krzywdy wielu niewinnych osób.

Właśnie taką historię opowiada w „Dziewczynie ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman. Wszystko zaczyna się morderstwem. My, czytelnicy, jesteśmy świadkami okrutnej zbrodni wyrządzonej na młodej dziewczynie. Mężczyźnie udaje się ukryć ciało i bezpiecznie uciec, nie zwracając niczyjej uwagi. Jest środek typowej szwedzkiej zimy, prawie dwadzieścia stopni mrozu. Na dodatek trwa sylwestrowy wieczór i większość mieszkańców spędza ten czas w domach ze znajomymi i rodziną. Nie trzeba martwić się o niewygodnych świadków. Tak wstępnie zarysowuje się fabuła powieści, której główna bohaterka Magdalena Hansson, dziennikarka, która po latach wraca w rodzinne strony, próbuje zrozumieć i rozwikłać tajemnice dręczące Hadfors.

Nie przez przypadek bohaterka jest mieszkańcem powracającym, kobietą od dziecka znaną i lubianą w społeczności.  W ten sposób jest „swoja” od zawsze i nie musi wkupywać się od nowa w łaski miejscowych. Jej powrót nikogo nie dziwi, tym bardziej w jej życiowej sytuacji. Nie musi niczego nikomu udowadniać, wszystko jest dokładnie tak jak dawniej, a przynajmniej tak się jej z początku wydaje. Gdy na własną rękę rozpoczyna dziennikarskie śledztwo zaczyna odkrywać, że nie wszystko w Hadfors jest takie idealne i spokojne, jak myślała z początku i prawdopodobnie nigdy do końca takie nie było. Jednocześnie, Magdalena czuje się silnie związana z tym małym światkiem i po części rozumie motywacje swoich współmieszkańców.

Ninni Schulman dotknęła w powieści tematu, który pisarze szwedzkich kryminałów bardzo często wspominają w swoich książkach. A mianowicie: nielegalnego handlu ludźmi, a dokładnie kobietami z krajów Europy wschodniej. Co za tym idzie prostytucji, przemocy wobec kobiet i wielkiej skali tego zjawiska, traktowanego jako intratny biznes i dodatkowa, prowadzona na boku działalność. Autorka była świadkiem procesu, jaki miał miejsce właśnie w Hadfors, a który dotyczył zmuszania nastolatek z Mołdawii do prostytuowania się przez jednego z miejscowych. I chociaż fabuła „Dziewczyny…” jest jedynie luźno oparta na tej sprawie, to przeraża sama świadomość zbrodni „prawie doskonałych”, tej gry pozorów i podwójnego życia sielankowego miasteczka.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny portret miasteczka i jego mieszkańców, którzy szczelnie ukrywają się za perfekcyjnie zbudowanymi fasadami. Panuje między nimi zmowa milczenia. Odwracają wzrok od tego co mogłoby zwrócić uwagę obcych, więc wypierają to za wszelką cenę i udają, że nie istnieje. Byle nie skompromitować siebie, swojej rodziny i przyjaciół w oczach reszty świata. Niepotrzebny jest rozgłos, a ciekawość może jedynie prowadzić do ujawnienia prawdziwego stanu rzeczy. Dla nich to codzienność. Normalność i nie widzą w tym nic złego. W końcu robią to, by chronić najbliższych. Ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

Wymiar społeczny ukazany przez Schulman w powieści jest najważniejszym jej aspektem. Realia szwedzkiej prowincji ukazane strona po stronie rysują prawdę na temat mieszkańców Hadfors. Miejsca, w którym przemoc wobec kobiet jest na porządku dziennym. I to nie tylko ta związana ze handlem ludźmi, czy prostytucją. Gdzie zastraszanie lub „delikatna” perswazja dają lepsze rezultaty niż zwykła, szczera rozmowa. Gdzie kryzys dotarł tak samo, jak do reszty kraju. Miasteczka na wskroś szwedzkiego, w którym króluje ukryta depresja i pragnienie ucieczki jak najdalej od czujnych oczu sąsiadów, od lat powielanych schematów i zastoju kulturowego.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny szwedzki kryminał. Ninni Schulman zadbała o realia i perfekcyjne dopracowanie swoich bohaterów. Jak to w Szwecji bywa, nie ma tu niczego na wyrost. Atmosfera jest mroźna, surowa i prosta. Nikt niepotrzebnie się nie wypowiada. Każda akcja podejmowana jest metodycznie i bardzo konkretnie.  Najważniejszy jednak jest realizm tej opowieści. Przeraża, że została oparta na faktach i to nadaje jej dodatkowego elementu, który sprawia, że nie można się od niej oderwać. I w końcu ostrzega nas, by zawsze być ostrożnym i nie dać zwieść się pozorom, bo prawda może nas w każdej chwili nieprzyjemnie zaskoczyć.

O.

„The Complete Stories” Flannery O’Connor

Bombla_Flannery

Już od dłuższego czasu myślałam o tym, w jaki sposób opisać Wam moje pierwsze spotkanie z twórczością Flannery O’Connor. Jak zmieścić wszystko co chciałabym napisać, gdy w grę wchodzi ponad trzydzieści opowiadań i nowel – prawie cały literacki dorobek twórczy tej wyjątkowej pisarki amerykańskiego Południa? Z pewnością zauważyliście już, że jeszcze nigdy nie pisałam na Buku o opowiadaniach. Różne ich tomy pojawiały się w rekomendacjach i poszczególnych zestawieniach, ale wpis jako taki o żadnych z nich jeszcze nie powstał. Jednak Flannery O’Connor jest na tyle istotna dla współczesnej kultury Stanów Zjednoczonych, a jej dorobek tak ciekawy, że postanowiłam zaryzykować i wprowadzić mały wyjątek na bukowe strony.

Flannery O’Connor to tajemnicza i nietuzinkowa postać w amerykańskiej kulturze. Urodzona w Georgii pisarka wychowana była na nowoczesną dziewczynę z Południa  – dumną, wyniosłą i głęboko wierzącą, ale jednocześnie porządnie wykształconą młodą myślicielkę. Uczęszczała do najlepszej szkoły, zdobyła wyższe wykształcenie i swoim talentem podbiła serca wykładowców prestiżowej uczelni. Z łatwością wślizgnęła się w śmietankę towarzyską Nowego Yorku, pozostając ekscentrycznym odludkiem pisarskiego światka, ciągle rozwijającym warsztat i stawiającym sobie coraz wyższą poprzeczkę. Gdy okazało się, że podobnie jak jej ojciec cierpi na dziedziczną chorobę układu odpornościowego, z czasem, Flannery wróciła na Południe i tam zamieszkała na farmie, hodując pawie i inne ozdobne ptactwo. Zmarła mając trzydzieści dziewięć lat, pozostawiając po sobie eseje, dwie powieści i najbardziej znane – opowiadania.

Zbiór „The Complete Stories” wydany w 1971 roku mieści wszystkie trzydzieści jeden opowiadań i noweli napisanych przez autorkę między rokiem 1947 a 1965, a które osobno pojawiały się przez lata w różnych czasopismach i mniejszych zestawieniach. Zbiór zdobył Narodową Nagrodę Literacką przyznawaną za wybitne osiągnięcia i wkład w literaturę amerykańską obywatelom Stanów Zjednoczonych. O każdym z nich z osobna można by napisać esej i w każdym z nich można by pewnie wciąż odkrywać coś nowego. Niemniej jest kilka głównych tematów, które stanowią podstawę twórczości Flannery O’Connor, na których opierała i budowała swoje poszczególne historie.

Po pierwsze, dychotomia dobra i zła. Może zabrzmi to banalnie, ale u Flannery O’Connor nawet „poczciwa” walka dobra ze złem nie jest wcale tak oczywista, jak z pozoru mogłaby się wydawać. W jej opowiadaniach zło kamufluje się i przybiera formy tych najbardziej niewinnych osób, których nikt o zdrowym rozsądku nie posądziłby o niecne intencje.  Zło przywdziewa nieprawdopodobne maski i operuje najbardziej wyrafinowanym językiem, byle nie wyjawić swojej obecności. Jest tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. Bywa, że chowa się w niewinnej, małej dziewczynce, której prawdziwa natura objawia się tuż przed śmiercią. W młodym, sympatycznym i szczerym komiwojażerze sprzedającym Biblie po okolicznych farmach. A nawet w eleganckiej kobiecie z wyższych sfer, która życie poświęca na działalność charytatywną i pomoc biedniejszym od siebie. Zło zaskakuje na każdym kroku i „napada” na bohaterów, którzy nijak tego ataku się nie spodziewali. Jednocześnie, uważny obserwator jest w stanie wychwycić te „tiki” zła, przebłyski okrucieństwa i czekać na ich wybuch, który O’Connor potrafi przedłużać się aż do ostatniego zdania.

Najbardziej przeraża podatność na wszechobecną niegodziwość. Naiwne postacie, które zagubione podejmują zawsze złe decyzje wpadają w sprytnie zastawione sidła i płynnie zmierzają ku niechybnej zagładzie. Napięcie budowane w opowiadaniach bywa miejscami bolesne i pozostawia czytelnika, jak i wielu bohaterów, z poczuciem niemocy, a nawet pustki w sercu. Szok i zawód są tak wielkie, że nie można sobie nawet wyobrazić co odczuwają ludzie na kartach książki.

Drugim aspektem wszechobecnym w prozie amerykańskiej pisarki jest rasizm. Problem naturalnie wpisany w świadomość Południa i przekazywany „we krwi”  z pokolenia na pokolenia. Flannery O’Connor w zupełnie pozbawiony świadomości wyrządzanej krzywdy, jedyny sobie znany sposób, posługuje się przez te wszystkie lata słowem „nigger” (dosłownie, bardzo obraźliwie „czarnuch”) w stosunku do wszystkich swoich czarnoskórych bohaterów. Zaskakuje ten dziwny brak ogłady, tym bardziej że sama pisarka uważana była za ekscentryczną, ale dobrze wychowaną młodą kobietę, obytą w świecie. A jednak, O’Connor nawet w prywatnej korespondencji opisywała w ten sposób współmieszkańców okolic i znajomych o odmiennym kolorze skóry. Wielu przypisuje to właśnie tej wyrazistej „południowości” z jaką całe życie miała styczność pisarka, a od której nigdy tak naprawdę się nie odżegnała.  Przysłużyły się ku temu również zmiany obyczajowe, jakie zachodziły w społeczeństwie i kulturze okresu powojennego i walki o wolność rasową. Były one zupełnie niezrozumiałe i nie do przyjęcia przez zatwardziałych Południowców z jej otoczenia. Za pewnik możemy przyjąć, że w pewnych miejscach nic się nigdy nie zmienia i już nigdy nie zmieni.

A to z kolei prowadzi do trzeciej, ważnej kwestii poruszanej u O’Connor, czyli konfrontacji nowego i starego porządku. Wpisują się w to zarówno zderzenie Północy i Południa, które w tamtych latach były bardzo intensywnie widoczne, różnice światopoglądu starego i nowego pokolenia i te pomiędzy farmerską wsią, a mentalnością miejską. Te trzy elementy kumulują się tworząc smutne opowieści o wykorzenionych starcach, wtłoczonych w nowojorską, porażającą rzeczywistość, gdzie wszystkie tak widoczne na Południu różnice zacierają się na ulicach wielkiej metropolii. Kobiety równe mężczyznom. Brak szacunku do tradycji. Mieszkanka kulturowo-rasowa nie do pomyślenia za starych, „lepszych” czasów. Bohaterowie pojawiają się niczym uchwyceni między przenikaniem przeszłości z przyszłością, nierozumiejący istoty zmian i konieczności przystosowania się. Z tego rodzi się ignorancja, poczucie niemocy, a w końcu alienacja i pozostawienie samemu sobie na śmierć, z dala od wyimaginowanego „domu”, gdzieś na polach kukurydzy, wśród „swoich”.

Wszystko to w duchu głęboko zakorzenionej w mentalności Południa wiary i religijnego poświęcenia mieszkańców tzw. pasa biblijnego, czyli Bible Belt. Wydarzenia są tu opisywane niczym przez krzywe zwierciadło, które wyolbrzymia każde złe przyzwyczajenie, każdy zły nawyk i w ogóle każdy aspekt zła drzemiącego w człowieku. Bo człowiek, według Flannery O’Connor, to zlepek wielu wad, zdeformowany przez własne złe instynkty. Ta deformacja nie jest tu fizyczną ułomnością (fizycznie zdeformowane postacie są zazwyczaj dobre i na swój sposób czyste i nieskalane), ale ułomnością ducha, która wychodzi z nas na każdym kroku. Fizyczne piękno często idzie w parze z „gnijącym” wnętrzem. Doskonałość zewnętrzną równoważy zdeprawowany charakter. Wszystko ma swój cel, idealnie zazębia się, tworząc doskonały portret ludzkości jako ogółu, który pisarka podsumowała kiedyś słowami: „We’re all grotesque” („Wszyscy jesteśmy groteskowi”).

W swojej twórczości pisarka ukazuje nam zwykłych ludzi w niecodziennych sytuacjach, wystawionych na dziwne próby i doświadczenia, trudne do zrozumienia i odbiegające od normalności. Odstają od niej, a jednocześnie mieszczą się w tym co realne i prawdziwe. Chodzi tu o realizm zachowania i reakcji bohaterów na to co nieoczekiwane, często zagadkowe. O’Connor konfrontuje ze sobą światopogląd każdego ze swoich bohaterów ze światopoglądem innych, czyli jedną prawdę z drugą, ukazując dystans pomimo pozornej, zarysowanej poprzednio bliskości.

Gdybym miała zaryzykować pewną teorię powiedziałabym, że groteska Południa to bardziej udramatyzowana i stąpająca twardo po ziemi amerykańska wizja realizmu magicznego. Swojskie zjawisko, które nie mogło zajść nigdzie indziej poza waśnie tradycyjnym Południem Stanów Zjednoczonych, gdzie zwyczajność co krok napotyka inność i wchłania ją, przystosowując do własnych potrzeb.

Jak pisała sama Flannery O’Connor, czytelnicy wkraczający w ten groteskowy świat nie za bardzo są przygotowani na to co tu napotkają. Każdy chciałby być albo skazany na pozorne potępienie („mock damnation”) albo na pozorną niewinność („mock innocence”), a jej wizjonerskie opowiadania zostawiają nas raczej w stanie swoistego zawieszenia. Osaczonych przez własne, wielokrotnie powielane, wyostrzone odbicia, które uzmysławiają nam naszą prawdziwą naturę. I wiecie co, coś w tym jest… Łatwiej nam pogodzić się z ostatecznością, napotkać wyczekiwany kres, niż zostać sam na sam z samym sobą, będąc zmuszonym do wiecznego poszukiwania własnej autentyczności.

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum Lucky McKee

Bombla_NotSam2

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tożsamością człowieka? Nad tym, kim człowiek jest, tam  głęboko w środku? Co świadczy o byciu tą, a nie inną osobą? Czy kieruje nami ciało, czy może umysł? Gdzie leży ta cienka granica pomiędzy naszą osobowością a tożsamością? Czy jest pomiędzy nimi jakaś konkretna różnica? Te i wiele innych filozoficznych pytań może zadać sobie czytelnik po lekturze najnowszej noweli Jacka Ketchuma napisanej wspólnie z Luckym McKee, zatytułowanej „I’m Not Sam” (tak naprawdę noweli „I’m Not Sam” i epilogu „Who’s Lilly?” wydanych pod jednym wspólnym tytułem).

Jack Ketchum to pisarz wyjątkowy. Zawsze kontrowersyjny. Przywołuje na papierze najniższe ludzkie instynkty. Opisuje nasze najgorsze lęki. Zbrodnie, o których boimy się nawet mówić na głos, a co dopiero o nich czytać. Ten pisarz bawi się naszym strachem i jest w tym przerażająco dobry. A kim jest Lucky McKee? McKee to reżyser, scenarzysta i dobry przyjaciel Ketchuma, z którym wielokrotnie współpracował przy filmowych adaptacjach powieści takich jak „Kobieta” (trzecia pozycja cyklu „Poza Sezonem”) czy „Red”, często współtworząc także ich fabułę. „I’m not Sam” z początku miała być jedynie scenariuszem, jednak podobnie jak w poprzednich przypadkach historia rozwinęła się na tyle, by ostatecznie stać się pełną książką.

„I’m Not Sam”, czyli „Nie jestem Sam” (nowela nieprzetłumaczona jeszcze na język polski), wydana została pod koniec 2012 roku, z miejsca podbijając serca fanów i jednocześnie wywołując liczne dyskusje na temat moralności. Bo widzicie, „I’m Not Sam” to historia wyjątkowo kontrowersyjna, poruszająca temat etycznie i filozoficzne trudny. Taki, który nie do końca można nawet wytłumaczyć, bo dotyczący tego, co w człowieku najbardziej tajemnicze. Najtrudniejsze do prostego opisania i sklasyfikowania. A mowa tu o ludzkiej tożsamości.

„I’m Not Sam” to prosta opowieść napisana przystępnym, łatwym do zrozumienia językiem. Nie ma tu zagmatwanych metafor, nie ma niezrozumiałej symboliki. A jednak Ketchum i McKee potrafili sprawić, że aż strach powrócić do tej historii. I jednocześnie ciężko o niej zapomnieć.

Czytelnik ma przed sobą małżeńską sielankę. Samantha (zdrobniale Sam) i jej mąż Patrick żyją ze sobą już od ośmiu lat. Są parą doskonałą. Oboje znają siebie na wylot. Znają wszystkie swoje sekrety. Swoje najskrytsze pragnienia. Swoje ciała i charaktery. Nie mają przed sobą żadnych tajemnic, bo nigdy nie było potrzeby ukrywania czegokolwiek. Każde z nich ma wyjątkową pracę: Sam jest patologiem, której specjalizacją są najgorsze kryminalne przypadki, czyli gwałty, samobójstwa czy brutalne morderstwa; natomiast Patrick to twórca serii krwawych komiksów. Mieszkają w dużym domu na przedmieściach i tam wspólnie dzielą swoje szczęście.

Idylla kończy się jednak pewnej nocy, po pełnym namiętnej miłości wieczorze. Patricka budzi ciche pochlipywanie. Całkowicie zaspany, nie potrafi rozpoznać głosu. Szloch pochodzi od dziecka, nie dorosłej osoby. Jego szok jest tym większy, kiedy w rogu sypialni dostrzega swoją żonę, całkowicie nagą, z wyrazem zagubienia na zapłakanej twarzy. Gdy próbuje dowiedzieć się, co takiego przydarzyło się Sam, spokojnym głosem powtarzając jej imię, ni stąd ni zowąd kobieta wykrzykuje I’m Not Sam! i podaje swoje „prawdziwe” imię, czyli Lilly. Z początku Patricka nachodzi konsternacja i niedowierzanie… A chwilę potem atakuje go wielki strach.

W ciągu kilku chwil Sam staje się Lilly – małą, wystraszoną, pięcioletnią dziewczynką uwięzioną w ciele dorosłej kobiety. Jej zachowanie zmienia się diametralnie. Sepleni, nie umie prawidłowo budować zdań złożonych, jedyne, czego pragnie, to zabawki i słodycze, podobnie jak prawie każda dziewczynka w tym wieku. Lekarze nie potrafią znaleźć racjonalnej przyczyny problemu. Nie ma żadnych konkretnych fizycznych objawów poza zmianą samego zachowania. Podejrzewają rozdwojenie jaźni albo, ku przerażeniu Patricka, syndrom osobowości mnogiej.

W tym czasie Patrick z kochającego, namiętnego męża musi zamienić się w kogoś na kształt ojca. Im dłużej Sam trwa w tym dziwnym, dziecięcym stanie, tym bardziej krępująca staje się sytuacja w domu. Bo przecież jej ciało nie potrafi kłamać. Jest dorosłą kobietą, której umysł „uprowadził” jej prawdziwe „ja”. Jej wizja samej siebie (czym wyraża się ludzka tożsamość) jest zaburzona i zablokowana – Sam nie umie walczyć o jej odzyskanie. Zwyczajnie „stała się” Lilly i nic nie można na to poradzić. Tylko w jaki sposób ma ją traktować jej własny mąż? Czy zachowanie Sam sprawiło, że faktycznie zmieniła się w jego oczach (i w oczach czytelnika) w małą dziewczynkę? By się przekonać, trzeba zrobić to, co najpotworniejsze. Trzeba poświęcić moralność.

„I’m Not Sam” to opowieść, o której nie łatwo zapomnieć. Ketchumowi i McKee udało się naruszyć tabu. Zachwiać pewną granicą. Wzburzyć czytelnikami. Wzniecić pytania i niezdrową ciekawość o to, jak daleko sięga nasza moralność, jak bardzo gotowi jesteśmy nagiąć nasze systemy etyczne. Nie znajdziemy w tej historii konkretnych odpowiedzi. Nie przeżyjemy wewnętrznego oświecenia. Zostaniemy sami ze swoimi myślami. Jedni po lekturze będą zszokowani, inni zagubieni, a jeszcze kolejni zawstydzeni akceptacją tego, co się wydarzyło. Jedno jest pewne: ta historia żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 25 maja, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Moby Dick” Herman Melville

Bombla_MobyDick

 

„Oh, the rare old Whale, mid storm and gale In his ocean home will be A giant in might, where might is right, And King of the boundless sea.”

                                                   /Whale Song/

Mówią, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tworzy najlepsze opowieści. Kreuje największe legendy. Te dobre, pełne bohaterskich czynów i poświęcenia, ale także te najmroczniejsze, które czyhają w ciemnościach i głębinach, czekając by je odkryć. Jedną z takich historii jest mit lewiatana. Potwora morskiego, olbrzymiej istoty, która zamieszkuje oceany ziemi i tam poluje, od czasu do czasu napotykając na swej drodze człowieka. O lewiatanie krążą legendy od początku istnienia rybołówstwa. Zatopione łodzie rybackie. Zaginione załogi. Zmiażdżone olbrzymie okręty. Tysiące podobnych opowieści, w które aż trudno uwierzyć, a które w literaturze powracają od wieków. Lewiatan zawładnął wyobraźnią marynarzy i ludzi związanych z morzem. Nie ma przed nim ucieczki i nie ma odwrotu. Lewiatan jest niepodzielnym władcą swojej morskiej krainy.

Dzisiaj już wiemy, że lewiatan to jedynie legenda. Nie istnieje, a może istnieje, ale z pewnością nie jest potworem. Nie jest zabójcą, krwiożerczą bestią, która poluje wśród fal. Legendarny lewiatan to po prostu wieloryb, kaszalot – największy ze swojego gatunku, od lat zagrożony wyginięciem. Współcześnie jedno z najspokojniejszych i pokojowo nastawionych istot na ziemi. Takich, które trzeba chronić, bo w każdym momencie, w chwili nieuwagi, mogą zniknąć na zawsze i nigdy się nie odrodzić. Jednak jak to z legendami bywa, każda niesie w sobie cząstkę prawdy i oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.

W pierwszej połowie XIX wieku,  opowieści o statkach staranowanych przez gigantyczne wieloryby nie schodziły z pierwszych stron gazet. Niektóre przeszły do historii, jak na przykład zatonięcie wielorybniczej jednostki Essex w 1820 roku. Cudem ocalała załoga przez kilka miesięcy dryfowała na małych łodziach, cierpiąc głód i choroby, ostatecznie zmuszona dokonywać aktów kanibalizmu na swoich współtowarzyszach. Z jej kilkudziesięciu członków przeżyło zaledwie kilku. Historię ataku na Essex spisał jej pierwszy oficer – Owen Chase, którego relacja zainspirowała jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy – Hermana Melville’a.

„Moby Dick, albo Wieloryb” (w oryginale „Moby-Dick or the Whale”) to literackie arcydzieło należące do kanonu światowej literatury, a którego wydanie w 1851 wcale nie zwiastowało jej późniejszego sukcesu. Powieść  bardzo nietypowa, fikcyjna relacja tragedii, której autor spóźnił się z tematem o kilka lat. Jednocześnie opus magnum Hermana Melville’a, któremu poświęcił lata swojego życia, i dla którego sam zaciągnął się na statek wielorybników. Pełna symboli, biblijnych odniesień i metafor to historia obsesji tak wielkiej, że niosącej zagładę wszystkim, którzy podejmą się iść jej tropem.

Narratorem opowieści jest Ishmael, zagubiony młody marynarz, który nie do końca potrafi odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Symbolicznie oderwany od świata, wyrzutek, postanawia zaciągnąć się jako harpunnik i nadać swojemu życiu nowy sens. To jego oczami poznajemy społeczność wielorybników i ich własną, odosobnioną od ogółu świata kulturę. Zaskakuje ich otwartość i tolerancja. Wielorybnicy do wszystkiego odnoszą się z niewymuszoną prostotą i ironicznym dystansem do życia. Nie oceniają pochopnie. Na nikogo nie patrzą z góry. Każdy może zaciągnąć się na statek i dołączyć do ich grona, byleby był szczery i potrafił poświęcić się ciężkiej pracy na wielkich wodach.

Ishmael dołącza do nietuzinkowej załogi statku Pequod, której kolejny rejs planowany jest na trzy następne lata. Jednostki obytej w wodnych bojach, znanej ze swoich połowów i zysków jakie przynosi swoim właścicielom. Poza miejscowymi i pochodzącymi z nowego kontynentu, doświadczonymi oficerami, w jej skład wchodzą również trzej czarnoskórzy „kanibale”, jak ich nazywa narrator, harpunnicy równie obyci w morskich bojach i doświadczeni w wielu wielorybniczych przygodach. Bez uprzedzeń. Bez swady. Załoga, której przyświeca jeden wspólny cel. Przynajmniej tak się z początku wydaje.

Na czele wyprawy stoi kapitan Pequoda – postać, o której krążą legendy, budzący strach i respekt, przez wielu uważany za szalonego – kapitan Ahab. „Moby Dick” to tak naprawdę jego historia. Pragnienia zemsty i jego wielkiej, nieogarniętej obsesji, by upolować monumentalne zwierzę. Dla niego Moby Dick symbolizuje największe zło istniejące na ziemi. Biały wieloryb, mutacja matki natury, przemierzający fale Pacyfiku, który zatopił kilkadziesiąt statków, stoczył walkę z setkami marynarzy, a samemu Ahabowi odgryzł nogę w ostatnim pojedynku. Nieposkromiony i niebezpieczny, jest zmorą wszystkich przemierzających oceany statków i to właśnie kapitan z Nantucket jest tym jedynym, który go pokona.

Ishmael dzieli się z nami wszystkimi spostrzeżeniami początkującego wielorybnika. Każdy rozdział powieści to kopalnia wiedzy na temat tych morskich ssaków i chociaż narrator nie nazywa ich ssakami, ale rybami, wszystkie fakty, historie i opowiastki są precyzyjnie opisane, tworząc mini-encyklopedię wielorybnictwa. Czytelnik ma szansę bezwiednie zanurzyć się w ten świat, stanąć na pokładzie Pequoda i czekać na wielki połów. Ale niebezpieczna monomania Ahaba jest zaraźliwa. Z czasem słowa Ishmaela zostają skażone wizją białego wieloryba. Od tego momentu cała załoga ma obowiązek wypatrywać poharatanego harpunami grzbietu Moby Dicka, stawiając jego pokonanie za główny cel wyprawy. W oczach Ahaba wszystko inne jest drugorzędne i nie ma większego znaczenia, bo takie jest jego przeznaczenie.

A sam Moby Dick? Wieloryb-albinos stworzony został przez Melville’a na podobieństwo istniejącego naprawdę zwierzęcia, któremu kres przyniosło spotkanie jednego z polujących statków w 1838 roku. Wielki ssak, o imieniu Mocha Dick (od wybrzeży Mocha) podobno przeżył spotkanie ponad stu wielorybniczych statków, zatapiając kilkanaście z nich na przestrzeniu trzydziestu lat. Tak jak jego rzeczywisty pierwowzór, Moby Dick był jednym z większych okazów swojego gatunku, o wyjątkowym, mleczno-białym kolorze skóry, porośnięty skorupiakami i ciągnący ze sobą kilkanaście wbitych w ciało harpunów, pamiątek z poprzednich spotkań. O ile Mocha Dick zginął, to Moby Dick w powieści Melville’a zawrócił w morskie odmęty. Prawdopodobnie Pequod i jego załoga byli jedynie kolejnym statkiem na jego drodze.

Opowieść Melville’a jest doskonale uniwersalna w swoim przesłaniu i dzięki temu zrozumiała dla czytelników w każdym wieku. Co więcej, stanowi także idealną zagadkę dla wszystkich o interpretatorskim zacięciu i tych, którzy uwielbiają doszukiwać się ukrytych głęboko sensów i przesłań. Z jednej strony mamy tu rozbudowaną powieść przygodową. Marynarską historię morskiej pogoni za legendarnym potworem, wielkiej zemście i przeznaczeniu, w której marynarze z pokładu Pequod jawią się niczym grupa rycerzy na swojej ostatniej wielkiej wyprawie ku nieznanemu. A wszystko to okraszone encyklopedyczną wiedzą przemycaną między rozdziałami książki. Z drugiej zaś strony, to legenda, która jest metaforą życia i pogoni za tym co tak naprawdę od zawsze nieuniknione i do czego wszyscy zmierzamy. O mrocznej stronie ludzkości i jej wydumanych pragnieniach dążenia do celu bez względu na konsekwencje i straty. Ku zagładzie i ciemności. W końcu „Moby Dick” to po prostu opowieść o zderzeniu człowieka z naturą. O odwiecznej wojnie o panowanie na ziemi i dominację tego, który wygra ostateczny pojedynek, a którą prowokujemy my, ludzie, pragnąc spenetrować nieodgadnione. I często zapominamy, że to nie Moby Dick poszukuje nas, ale to my obsesyjnie poszukujemy jego.

O.

„Panika” Graham Masterton

Bombla_Panika

Brytyjski filozof, Francis Bacon, napisał przed laty, że „Niektóre książki należy próbować, inne połykać, a jeszcze inne trzeba żuć i trawić.” Do tego podziału dodałabym, już od siebie, jeszcze jeden rodzaj, a mianowicie takie, które powodują silną niestrawność, przewracając się godzinami w żołądku. Nikt nie lubi trafiać na fatalne historie, ale niestety czasami można wpaść w pułapkę i nie zauważyć co kryje się za dobrze napisaną zapowiedzią, czy marketingowo ustawioną reklamą. Taką niestrawną, złą powieścią, typową bukową padliną jest najnowsze „dzieło” Grahama Mastertona zatytułowane „Panika”. A zapowiadało się naprawdę ciekawie…

„Panika”, której oryginalnego tytułu nie jestem pewna, gdyż na stronach zagranicznych brzmi „Forest Ghost”, a na okładce polskiego wydania dosłownie „The Panic”, była dostępna w naszych księgarniach zanim jeszcze pojawiła się na światowym rynku. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę polskich wielbicieli autora – fabuła opiera się niemal w całości na chicagowskiej Polonii i Polsce – ale ostatecznie wygląda to tak, jakby nasze wydawnictwa dostały wersję roboczą tekstu, na szybko do przetłumaczenia i puszczenia w obieg, przeznaczoną do promocji. Sam Graham Masterton w wywiadach dotyczących „Paniki” próbował zaintrygować opowiadając, jak to Polacy mają taką fascynującą historię, mitologię i piękne tereny, że nic tylko czerpać z tego garściami. Ucieszyłam się. Zabrzmiało to trochę, jak „swego nie znacie, cudze chwalicie”, ale faktycznie, tyle w naszym polskim folklorze jest ciekawostek, że niejednego twórcę horrorów można by tym wykarmić. I na tym skończyła się radość. Coś co miało olbrzymi potencjał i pierwotnie zapowiadało się na świetną historię o demonach, okazało się być bardzo słabą opowiastką bez ładu i składu. Do tego trochę dla Polaków obraźliwą.

Głównym bohaterem „Paniki” jest Jack Wallace – właściciel świetnie prosperującej polskiej restauracji, w polskiej dzielnicy na przedmieściach Chicago. Jack ma polskie korzenie, jego dziadkowie byli Polakami i uciekli do Stanów na początku drugiej wojny światowej. Jest wdowcem i sam wychowuje dwunastoletniego syna, chłopca cierpiącego na zespół Aspergera, Sparky’ego.  Jak każde stereotypowe dziecko cierpiące na ten specyficzny rodzaj autyzmu Sparky ma „niezwykłe” umiejętności  – potrafi przewidzieć przyszłość tworząc mapy nieba i czytając z gwiazd. Jak by tego było mało, chłopiec jest dziwny, nadzwyczaj inteligentny i niezwykle dojrzały. Gdy jego przyjaciel Malcolm popełnia samobójstwo wraz ze wszystkimi uczestnikami skautowskiego obozu, Sparky wie o tym, zanim jego ojciec przekazuje mu nowiny. Co więcej przekonany jest, że potrafi, z pomocą swoich kart nieba, rozwiązać tego makabrycznego wydarzenia.

W takiej sytuacji kolejnym „logicznym” krokiem jest sprawienie, by ten „specyficzny” chłopiec znalazł się na miejscu masowego samobójstwa i zbadał sprawę naocznie. Przynajmniej według Mastertona. Aż szkoda opowiadać dalszy ciąg, ale w końcu, dzięki równie sensownie powiązanym wątkom, bohaterowie trafiają do Polski i Puszczy Kampinoskiej. Tam również miały miejsce podobne wydarzenia, podczas wojny, gdy osaczeni lasem żołnierze podrzynali sobie gardła i nadziewali się sami na swoje bagnety. Atmosfera zagęszcza się i gmatwa, a ostateczne rozwiązanie zagadki, które miało być najpewniej niesamowitym twistem. jest jedynie kolejnym absurdem nie trzymającym się kupy.

Fabuła „Paniki” to kilka bezsensownie posklejanych wątków, które dla każdego często sięgającego do książek czytelnika od razu wydadzą sie nielogiczne, sztuczne i wymuszone. Bohaterowie nie pasują w ogóle do tej opowieści, bo nijak mieliby łączyć się z tą historią. Do tego są po prostu całkowicie nierealistyczni i trudno się z nimi w jakikolwiek sposób utożsamić, czy brać ich motywacji na poważnie. Widać, ze autor chciał zrobić przyjemność Polakom, niestety wyszła mu z tego parodia i pełen zestaw polskich stereotypów. Dla przykładu, jeśli Polonia w Chicago, to oczywistym jest, że zarówno kobiety jak mężczyźni pożywiają się jedynie gołąbkami, bigosem i pierogami. Wolne chwile spędzają pijąc piwo przed telewizorem (wersja męska) lub chodząc do wróżki (wersja damska), a na starość ich główną rozrywką jest ogólnie pojęta integracja typu uczęszczanie na pokazy tańców ludowych z ich rodzinnych stron lub, dla starszych dam o hrabiowskich korzeniach, śledzenie dziejów i drzewa genealogicznego swoich przodków. Natomiast w Polsce zawsze do wszystkiego pijemy wódkę (lub wyjątkowo prostego drinka – mieszankę wódki z tonikiem jeśli jesteśmy płci żeńskiej), nasi policjanci śmierdzą alkoholem i papierosami,  a do tego jesteśmy wyjątkowo prości w obejściu.

Na początku wspomniałam o dziwnym stylu tej książki, tak jakby powieść wciąż była w wersji roboczej i taka trafiła do tłumaczenia, o którym za chwilę. Zdania są proste. Bardzo proste. Często się powtarzają i brzmią nienaturalnie, biorąc pod uwagę kontekst i wydarzenia. Składnia miejscami bywa dziwna, pocięta i również sztuczna. Ale to może być już wina samego tłumacza, którego wykonaną tu pracę oceniam na mocno średnią. Rozumiem pośpiech, dużą liczbę zleceń i ogólne znudzenie formą, ale są pewne podstawowe zasady, których dobry tłumacz, szczególnie ten od przekładów, powinien się trzymać i pilnować. Chociażby nazwy własne i tytuły, które w popkulturze istnieją od dawna i są po prostu powszechnie znane i nie do podmienienia. GTA, to nie „Wielki złodziej samochodów”, ale seria Grand Theft Auto, której nazwa zaczerpnięta jest z policyjnego żargonu, dosłownie oznacza „kradzież pojazdu zmotoryzowanego”, a w tym przypadku jest nieprzetłumaczalna! Two and a Half Men, to po polsku Dwóch i Pół, a nie – „Dwóch i pół mężczyzny”! Nie wspominając nawet o  nowym, równie dosłownym tytule Niekończącej się opowieści (Neverending Story), który brzmi „Niekończąca się historia”… Takich językowych smaczków w „Panice” jest mnóstwo i można się nadziać co kilka stron.

Podsumowując, nowa powieść Grahama Mastertona to niewypał, zarówno pod względem historii, jak i jej formy. Jest słabo napisana i słabo przetłumaczona, jakby na kolanie, na szybko, bo trzeba zdążyć przed premierą angielską i amerykańską. Wielka szkoda, bo były i dobre chęci i ciekawy pomysł na nowatorską fabułę. Z góry uprzedzę wszystkich, którzy będą próbowali tłumaczyć to wszystko „pulpowością” twórczości Mastertona, bo z pulp horrorem nie ma to nic wspólnego. Nie polecam. A nawet odradzam.

O.

„Zgliszcza” Gregg Olsen

Bombla_Zgliszcza

Półki współczesnych księgarni, zarówno tych tradycyjnych jak i wirtualnych, uginają się pod ciężarami thrillerów. Gatunek ten rządzi od lat listami światowych bestsellerów bez względu na obecnie panującą modę i ustrój polityczny. Thrillery zdominowały księgarski rynek i jak na razie nic nie wskazuje na to, że coś może się w tym względzie zmienić. Co w takim razie przyciąga do nich wciąż nowych czytelników? Przede wszystkim dreszczyk, iskra wywołująca zarówno strach, jak i ekscytację spowodowaną wrażeniem uczestniczenia w czymś niezwykłym. Z zapartym tchem śledzimy losy detektywów, agentów specjalnych, policjantów i wraz z nimi zanurzamy się w intrygę próbując rozwikłać zagadki i znaleźć winnych.

By odróżnić thriller dobry od słabego nie potrzeba zdolności detektywistycznych. Wystarczy przyjrzeć się, czy autor przestrzegał kilku podstawowych zasad. Główni bohaterowie dreszczowca muszą być wykreowani tak, by łatwo można było się z nimi utożsamić: otwarci, ludzcy, z konkretnym charakterem i zarysowaną przeszłością. Równie ważny jest inteligentnie skonstruowany wątek zbrodni. Trudno teraz o nowe koncepty i nowatorskie pomysły, ale pomimo nieuniknionej przewidywalności fabuła thrillera powinna zaciekawić, trzymać w napięciu aż do ostatniej strony i zaskoczyć czymś niespodziewanym. Idealnie byłoby, gdyby thriller wciągnął czytelnika tak, że po zakończeniu lektury z chęcią zgłębiłby on dalsze losy bohaterów – stąd tak popularne dzisiaj serie „z dreszczykiem”.

Powieść „Zgliszcza” (tytuł oryginału „A Cold Dark Place”) Gregga Olsena doskonale wpisuje się w powyższą konwencję. Sama w sobie może i nie wnosi do gatunku niczego nowego, nie przekazuje żadnej wyrafinowanej treści, a jednak spełnia swoją rolę i sprawia frajdę sięgającemu po nią czytelnikowi. Jest tu wszystko, czego potrzeba dobrze skrojonemu thrillerowi – dziwna zbrodnia, rodzinne tajemnice, sekrety z przeszłości i mroczny morderca.

Główną bohaterką powieści jest Emily Kenyon – policjantka i samotna matka, która wychowuje nastoletnią córkę Jennę. Akcja rozgrywa się w miasteczku Cherrystone w stanie Waszyngton, gdzie nigdy nie dzieje się nic ważnego, po ulicach nie grasują przestępcy i wszyscy znają się przynajmniej z widzenia. Jest początek tygodnia po ciężkim weekendzie, w trakcie którego przez miejscowość przewinęło się silne tornado. Mieszkańcy liczą straty, policja i inne służby porządkowe pomagają w usuwaniu szkód i odwiedzają okoliczne farmy. Okazuje się jednak, że nie wszystko jest tak, jak być powinno.

Jedną z farm, dom rodziny Martinów, dosłownie zmiotło z powierzchni ziemi. Pozostały jedynie walające się deski i rozszarpane przez żywioł przedmioty. A wśród tego wszystkiego trzy ciała – kilkuletniego Donny’ego i jego rodziców, Marka i Peg Martinów. Wszystko to można by uznać za nieszczęśliwy wypadek, gdyby nie jeden mały szczegół – rany postrzałowe. Cała trójka została zamordowana. W tej układance brakuje tylko jednego świadka – Nicholasa, starszego syna państwa Martinów. Nie odnaleziono jego ciała, ślady wskazują na ucieczkę i nikt nie wie, gdzie nastolatek obecnie przebywa. Może poza jedną osobą w mieście… Gdy okazuje się, że w wieczór rozpoczęcia śledztwa znika także Jenna, Emily musi zmierzyć się ze świadomością, że jej córka popełniła nieodwracalny błąd i wplątała się w coś, co może zagrozić jej życiu.

Zaczyna się wyścig z czasem, giną kolejne osoby, a nasi bohaterowie muszą stanąć twarzą w twarz się nie tylko z makabryczną zbrodnią, ale także z własną przeszłością, która ni stąd ni zowąd zaczyna ich prześladować. Skrzętnie poukrywane sekrety wychodzą na jaw, powracają wspomnienia i starzy, „dobrzy” znajomi. Nic nie jest już takie jak się wydawało i nawet najbliżsi okazują się prowadzić podwójne życie. Dla Emily sprawa morderstwa staje się osobistym rozliczeniem z dramatycznymi przeżyciami sprzed lat i śledztwem, po którym trauma zmusiła ją do przeprowadzki do „spokojnego” Cherrystone.

Greggowi Olsenowi udało się w „Zgliszczach” zbudować olbrzymie napięcie pomiędzy tym, co dzieje się „tu i teraz”, a wydarzeniami z przeszłości. Skonfrontował swoich bohaterów z wydarzeniami, które w ich mniemaniu już dawno odeszły w zapomnienie. Nierozwiązane konflikty, sekrety, o których nikt nie chciał pamiętać, złe decyzje, których konsekwencje ciągną się za ludźmi przez całe ich życie. Pokazał, że zła nigdy do końca nie da się pokonać – może zostać uśpione, częściowo wyciszone, czekając w mroku na moment przebudzenia. Wtedy już nie da się o nim zapomnieć. Nie da się go ominąć. Konfrontacja jest nieunikniona i pozostaje jedynie stawić jej czoła. Zacząć od nowa, poświęcając wszystko, na czym nam najbardziej zależy.

„Zgliszcza” to idealna opowieść na wieczór, tak wiosenno-letni jak i jesienno-zimowy. Niby na końcu nie ma specjalnego zaskoczenia. Niby kolejne kroki bohaterów miejscami są zbyt przewidywalne. Ale muszę przyznać, że świetnie się tę historię poznaje, odkrywa kolejne sekrety, a do samej postaci Emily Kenyon z chęcią powrócę w kontynuacjach.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 16 sierpnia, a którą można przeczytać także TUTAJ.

Wielki Buk poleca: KONKURS LITERACKI

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki,

Lubię wspierać dobre i oryginalne pomysły, a taką właśnie świetną inicjatywą jest konkurs literacki organizowany przez blog literacki prozaicy.blogspot.com . Zasady są miłe, proste i każdy z Was może wziąć w nim udział 🙂

KONKURS LITERACKI
Ballada o muzie

KonkursProzaicy

Piosenka jest dobra na wszystko, jak śpiewał kiedyś Jeremi Przybora. Piosenka jest dobra na łączenie obyczajów, na poprawę humoru, na opowiedzenie historii albo na wywołanie tysiąca różnych emocji.

Muzyka jest dobra na wszystko. Jest częścią życia. I jest też inspiracją.

Niech więc melodia i Ciebie zainspiruje do stworzenia własnego, literackiego utworu.

Napisz opowiadanie, w akcję którego wpleć swoją ulubioną piosenkę – nieważne, czy słuchasz jazzu, hard rocka czy rapu – i wygrywaj nagrody książkowe. Puść wodze fantazji, a w tle niech rozbrzmiewa dźwięk gitary, pianina albo saksofonu.

Więcej szczegółów na stronie: “BALLADA O MUZIE” na PROZAICY.BLOGSPOT.COM

Zapraszam i polecam wszystkim 🙂

O.

„Poza sezonem” Jack Ketchum

Bombla_PozaSezonem

Czy mieliście kiedyś szansę odwiedzić małe, turystyczne miasteczko już po wakacjach, gdy lato się skończyło i magia urlopowych chwil minęła? Takie odizolowane miejsce, uwielbiane przez przyjezdnych w sezonie, do którego na raz zjeżdżają się dzikie tłumy, by równie szybko wyjechać wraz z ostatnimi promieniami słońca? Trochę odizolowane, na uboczu, ukryte przed wzrokiem ciekawskich, które po zakończeniu letniej gorączki zamyka swoje podwoje i czeka rok na tłumy nowych i powracających gości? A jeśli tak, to czy Wy również zauważyliście, że nic tam nie jest już tak bajeczne i kolorowe, jak w te urocze, beztroskie chwile lata, tylko pełne cieni i niedomówień? Uśmiech miejscowych bardziej sztuczny, wymuszony. Nikt nie oferuje sam pomocy, nie podaje ręki. Zewsząd padają podejrzliwe spojrzenia, a okiennice domów pozostają zamknięte. Mroczna wizja miasteczka, poza sezonem…

Urok takich miejsc polega na tym, że dla ich rdzennych mieszkańców cykl roku jest zawsze stały, zawsze ten sam – przed sezonem, początek sezonu, wakacje, koniec sezonu, zwyczajne życie, przygotowanie do lata itd., rok w rok. Przyzwyczajeni do napięcia i ciężkiej pracy, gdy mija lato rozluźniają się i powracają do swoich „zwyczajnych” zajęć i obowiązków. Nagłe przybycie posezonowych turystów zaburza ten porządek i wprowadza niepokój. Tym bardziej jeśli miasteczko i jego mieszkańcy mają swoje głęboko skrywane tajemnice przeszłości.  Natomiast wyludniona okolica przyciąga na nowo z ukrycia swoich potwornych rezydentów.

„Poza sezonem” („Off Season„) Jacka Ketchuma to opowieść o jednej z takich turystycznych enklaw, dokładnie Dead River w stanie Maine, które przywołuje spóźnionych „letników” nawet po okresie wakacyjnym. Tych bardziej szalonych, dekadenckich i otwartych na nowe doznania.  Grupy przyjaciół z dużych miast, dla których magia „wiejskich” okolic zaczyna się wtedy, gdy wyjadą hordy stałych bywalców z dziećmi. W powieści taka właśnie nowojorska „paczka” wynajmuje domek w środku lasu, niedaleko dzikiej plaży, mając w planach oderwanie się od wielkomiejskiej rzeczywistości i tygodniowy, spokojny wypoczynek. Nie spodziewają się, że między drzewami ktoś ich obserwuje, czyha ukrywając się w cieniu i  tylko czeka na odpowiednią chwilę, by zaatakować.

Ketchum po raz kolejny, a raczej po raz pierwszy, bo „Poza sezonem” jest debiutancką powieścią tego amerykańskiego autora i zarazem częścią literackiej trylogii, udowadnia, że by wywołać w czytelniku obłąkańczy strach i przerażenie nie potrzeba wcale potworów, istot pozaziemskich, czy duchów, ale wystarczy to, co najbardziej znamy i z czym najłatwiej jest nam się utożsamić, czyli… drugi człowiek. Ktoś kto niby wcale nie powinien zagrażać nam w ten sposób, a jednak okazuje się okrutniejszy i o wiele bardziej wyrafinowany niż mogliśmy sobie wyobrazić. Tylko jaki człowiek wywoła w nas takie ostateczne poczucie strachu, nadchodzącej nieuniknionej śmierci i sprawi, że będziemy potrafili zniżyć się do naszych najniższych instynktów, by przetrwać? Taki, który nigdy nie miał szansy poznać rządzących ucywilizowanym światem reguł, nie miał styczności ze współczesnością, a ziemia i natura są jego jedynymi sprzymierzeńcami… Człowiek pierwotny. Przynajmniej wtórnie.

Podobno tworząc tę historię pisarz zainspirował się pewną szkocką legendą z przełomu XV i XVI wieku, według której kanibalistyczny klan Sawneya Beana dokonał masakry ponad tysiąca osób w przeciągu kilkudziesięciu lat swojego istnienia. Blisko spokrewnieni, zdziczeli członkowie jednej rodziny, pochodzili od wykluczonej pary – Beana i jego wyjętej spod prawa towarzyszki, którzy osiedlili się w odizolowanej od świata, nadmorskiej jaskini i tam przez lata mnożyli, prowadząc życie na marginesie, jak z czasów kamienia łupanego. Polowali grupowo, a raczej stadnie, by swoje ofiary torturować, więzić i na końcu pożerać, kawałek po kawałku.

I o ile w przypadku Beana można mówić o swoistym wybraniu kanibalistycznej ścieżki i próbie sprzeciwienia się społeczeństwu, które nie rozumiało jego chorych potrzeb i niejako wymusiło wykluczenie, o tyle w „Poza sezonem” najbardziej zaskakuje to, jak teoretycznie zdrowe, młode rodzeństwo opuszczone przez rodziców, z biegiem lat przekształciło się w dowódców zdegenerowanego klanu o zezwierzęconych, wykoślawionych instynktach. Mentalne mutanty, które z wyglądu przypominają ludzi, a atakując zachowują się jak wytrenowana, bezwzględna sfora istot gotowych by zabijać, bez względu na konsekwencje. Ich jedynym celem jest upolować, nasycić swoje nienaturalne potrzeby i najeść się.

W swoich działaniach są niezwykle metodyczni. Obserwują i uczą się, w jaki sposób zmylić swoje przyszłe ofiary. Zastawiają skomplikowane pułapki, a jednocześnie zaznaczają teren w najprymitywniejszy sposób z możliwych. To właśnie ze względu na swoje szczątkowe „człowieczeństwo” kanibale Ketchuma zdolni są dokonać najbrutalniejszych i najbardziej zakazanych aktów. Kanibalizm w zachodniej kulturze to w końcu jedno z największych tabu, bez szansy na usprawiedliwienie. W bohaterach wychodzi ta „ciemna strona” ludzkiej natury, na którą składają się sadyzm, rozkosz dominacji i potrzeba pokazania swojej siły, a także potrzeba zabawy jedzeniem.

Podobnie dzieje się z ich ofiarami. Nowojorska gromadka w zastraszającym tempie zrzuca ostatnie pęta cywilizacji, by ostatecznie poniżyć się do poziomu swoich ciemiężycieli. Upaść jak najniżej, by resztką najsilniejszego instynktu człowieka, czyli instynktem przetrwania, wyrwać się ze szponów swoich oprawców. Tempo upadku istoty rozumnej przeraża. Zostają obnażone wszelkie słabości człowieka jako gatunku, a cienka granica pomiędzy tym co ludzkie a zwierzęce zostaje niebezpiecznie zachwiana.

Czytając opowieść Jacka Ketchuma nie sposób nie postawić sobie pytania o podstawę człowieczeństwa i o to, co tak naprawdę czyni nas ludźmi. „Poza sezonem” w brutalny i bezkompromisowy sposób rzuca nam w twarz odpowiedzi, na które z pewnością nie jesteśmy przygotowani i których wolelibyśmy raczej nigdy nie usłyszeć. Zostawia nas wyprutych i umęczonych, utaplanych w tej całej posoce, moralnie zagubionych i roztrzęsionych. A przede wszystkim świadomych swoich wewnętrznych ciemności.

O.

„W ciemność” Cormac McCarthy

Bombla_WCiemnosc

 

Mt 25,30: „A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.”

Twórczością Cormaca McCarthy’ego zachwycałam się już niejednokrotnie. Niejednokrotnie również polecałam Wam jego niesamowite powieści. I tym razem nie obejdzie się bez krótkiej chwili podziwu dla tej mocnej, klasycznej prozy Południa Stanów Zjednoczonych, czerpiącej inspiracje z najlepszych tradycji amerykańskiego gotyku. Bo jak pisałam już wcześniej, powieści McCarthy’ego potrafią dać do myślenia i wystraszyć. Często lepiej niż niejeden horror. Porażają realizmem i dosadnością treści. Zabierają nas w smutny, surowy świat, pozbawiony kolorów i esencji, w którym życie, czyli dobro, jedynie tli się w ukrytych głęboko zakamarkach, a wokół niego króluje śmierć i zło. To krajobraz swoistej apokalipsy, w której to nie ludzie zginęli, ale ich pozytywne uczucia i emocje. Nadzieja umarła, a świat pogrążył się w nieszczęściu. I ciemności.

Wydana w 1968 roku „W Ciemność” („Outer Dark”) to druga w kolejności  powieść McCarthy’ego, która jest jednocześnie jedną z jego najmocniejszych i najokrutniejszych, wpasowującą się idealnie w mroczny literacki nurt zapoczątkowany w twórczości Williama Faulknera, czy Flannery O’Connor. Czas jest tutaj rozmyty, epoka niepewna, wszystko jest płynne i zaskakująco do siebie podobne. Można się jedynie domyślać, że opisane wydarzenia mają miejsce gdzieś na przełomie wieku XIX i XX,  a dzieją się w lasach i na drogach rejonu Appalachów.

„W Ciemność” to historia wielkiego grzechu i pokuty, która nigdy się nie kończy, a wybaczenia próżno szukać, czy oczekiwać. Grzechu, który zaczyna się we wnętrzu głównych bohaterów z pokusy i zagubienia, a który jednocześnie nadaje ich życiu cel i motywację, gdy tylko przychodzi na świat.  To również opowieść o iskierce nadziei tam, gdzie Bóg jest jedynie wielkim obserwatorem, obecnym paradoksalnie przez swoją nieobecność. O wyborze, którego skutki są zawsze takie same i niezmienne od wieków.

Historia rozpoczyna się narodzinami chłopca. W środku lasu młoda kobieta – Rinthy rodzi dziecko swojemu bratu imieniem Culla. Kazirodcza para od lat żyje w odizolowanym od reszty świata domku, pozostawieni samym sobie, moralnie zagubieni. Jednak mężczyzna czuje, że to co się wydarzyło między nimi nie jest naturalne i gdy rodzi się ich syn, Culla wynosi go do lasu, zostawia na pastwę losu, okłamując siostrę, że wątłe dziecko umarło z osłabienia. Porzucone i poranione niemowlę odnajduje wędrowny druciarz, który przygarnia je i zabiera ze sobą, w drogę. Rinthy czuje, że została okłamana i gdy mija czas połogu potajemnie rusza w podróż, by odnaleźć swojego synka. W kilka dni później rusza za nią Culla, osamotniony i nękany wyrzutami sumienia.

To jedynie zarys głównej fabuły, której ciąg dalszy rozgrywa się, jak to u Cormaca McCathy’ego bywa, na Drodze. Droga, nie przez przypadek pisana przez duże „D”, jest najważniejszym elementem powieści. Osią, po której idą bohaterowie, napotykając na ścieżce innych, tak jak oni podróżnych i jej mieszkańców. Większość z nich zmaga się z  życiem, tak jak Rinthy i Culla, próbując przetrwać i jakoś przeżyć kolejny nadchodzący dzień i dotrwać do następnego poranka. Wieczni podróżnicy. Tułacze brnący po kamieniach, po pustyni, po stepie, po surowych górach. Otaczający ich krajobraz jest pozbawiony intensywnych kolorów i kształtów. Wydaje się być wyszlifowany i obojętny, jak sam człowiek.  Obojętny na życie i na śmierć. Obojętny na przebłyski dobra, ale przede wszystkim obojętny na zło. Na panującą wszechobecną zbrodnię. Na cierpienie. Słońce w nim nie grzeje, ale skwierczy. Mróz nie ochładza, ale pożera ciało. Wszystko jest wybielone. Jak w sennym koszmarze. Za białą, jaskrawą mgłą. Człowiek jawi się jako dziwna istota błąkająca się i wyblakła.

W tym porzuconym przez Boga monotonnym świecie, na Drodze, jakakolwiek forma dobra staje się czymś niesamowitym, nienaturalnym, a czasami nawet czymś bardziej niepokojącym niż zło panoszące się po świecie. Zła możemy być tutaj zawsze pewni. Dobra nigdy nie oczekujemy. Jest zaskakujące i pozostawia bohaterów nieufnymi i jeszcze bardziej zagubionymi. Wtedy lepiej uciec na utarte rozmyte moralnie ścieżki niż poddać się czemuś tak niezrozumiałemu. O ile Rinthy, jako matka-tułaczka dość często spotyka się z pewnym rodzajem życzliwości i biernie mu się poddaje, o tyle za Cullą kroczy jedynie zbrodnia i cierpienie.

Na tej samej Drodze, za para bohaterów, podróżuje trzech tajemniczych wędrowców. Ucieleśnienie zła i ręki sprawiedliwości. Popełniają makabryczne zbrodnie: pożerają ludzi, torturują ich, wieszają, czy dźgają. Są w tym bardzo metodyczni i obojętni. Bez sumienia. Podążają śladem grzesznego rodzeństwa i „oczyszczają” wszystkich, którzy się na nich natknęli. Wiedzą o dziecku i to właśnie ono jest ich głównym celem. To wieczni wędrowcy, którzy sprowadzają równowagę tam, gdzie została ona zachwiana. W tej krainie nie ma miejsca na dobro, dlatego tłumią je złem i skazują na śmierć tych, co udzielają Culli schronienia. Rinthy jawi się im jako żałosna, smutna istota, która przecież znajdzie się sama, ślepo podążając śladem druciarza.

Ale gdzieś Droga się kończy. Prowadzi do tego co nieuniknione i wyczekiwane od samego początku. Dla druciarza, dziecka i Rinthy będzie już za późno. Zgaśnie ostatnia iskierka nadziei. A Culla? Dla niego to dopiero początek włóczęgi i próby ostatecznego odkupienia. Trzej wędrowcy poszli dalej, a raczej zawrócili, by podążyć tam gdzie potrzebuje ich przeznaczenie.

Powieść McCarthy’ego to przepełniona symbolami i metafizycznymi odniesieniami przypowieść o życiu. O wygnaniu z raju za ostateczny grzech i tułaniu się po ścieżce, która ma tylko jeden cel. Miejscami wydaje się, że człowiek jest tu narzędziem Boga, jego zabawką, ale to nie jest prawda. W momencie wyboru grzechu bohaterowie po raz pierwszy wykazują się własną, nieprzymuszoną wolą. Podobno świat rozpoczął się od upadku ludzkości, od wyjścia z wewnętrznego mroku w wielką, przepełnioną cierpieniem ciemność.

O.

„Idealne matki” Doris Lessing

Bombla_IdealneMatki

Niewielu jest pisarzy na świecie, którzy za pomocą prostych zabiegów stylistycznych, nieskomplikowanej składni i niewyrafinowanego słownictwa potrafią w tak dogłębny sposób zobrazować rodzinny dramat, jak robi to, raz po raz, Doris Lessing. Wznowione z okazji filmowej ekranizacji opowiadanie noblistki zatytułowane „Idealne matki” – którego pierwotnym polskim tytułem były „Dwie kobiety”, a oryginalny brzmi „Grandmothers” („Babcie”) – to druga opowieść Doris Lessing, po którą miałam przyjemność sięgnąć. I po raz kolejny przekonałam się, że to niekwestionowana mistrzyni ukazywania cichych konfliktów między najbliższymi, ukrytych pod maską pozornego szczęścia, ideału wyłącznie na pokaz. W jej prozie nie ma rodzin doskonałych, podobnie jak w prawdziwym życiu trudno o takie. Dominują tu przede wszystkim smutek i tajemnice. Sekrety przez lata skrywane nawet przed najbliższym otoczeniem. Gra, w której uczestnikami są matki, ojcowie, żony, mężowie i ich dzieci.

W takiej grze uczestniczyła sama pisarka. Jak powiedziała po latach: nieszczęśliwe dzieciństwa tworzą idealnych pisarzy. Wspomina o ciągłej potrzebie ucieczki i wyzwolenia się spod czujnych oczu matki, Brytyjki, która obsesyjnie próbowała wychować „córkę idealną”, na modłę edwardiańskiego społeczeństwa. Tyle tylko, że Doris Lessing nie dorastała w Wielkiej Brytanii, ale w Persji (dzisiejszym Iranie), a później w Południowej Rodezji (dzisiejszym Zimbabwe), na terenie ówczesnych kolonii. W wieku trzynastu lat została wydalona ze szkoły i od tamtego czasu edukowała się sama, by w kilka lat później odejść z domu od neurotycznej matki, podjąć pracę pielęgniarki i zacząć życie na własną rękę. Wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci, ale w życiu rodzinnym nie potrafiła odnaleźć sielanki, tylko niewolnicze więzy, od których nie było ucieczki. Niemniej, Lessing znowu odeszła, rozpoczynając pisarską karierę i łącząc się z różnymi politycznymi ruchami.

Dzięki swoim przykrym wspomnieniom pisarka w tak bolesny sposób potrafi ukazać rodzinne dramaty, bliskie wielu kobietom tego i tamtego pokolenia. Bo to właśnie silne postacie kobiece są wyznacznikiem jej historii. To przez ich charakterystyczne cechy często uznawana była nawet za pisarkę anty-kobiecą, gdyż jej bohaterki potrafią okazywać olbrzymią frustrację, złość i agresję, przez wielu wciąż przypisane jedynie płci męskiej.

Nie inaczej jest w „Idealnych matkach”. Bohaterkami noweli są Roz i Lil, dwie przyjaciółki, które od dzieciństwa są w zasadzie nierozłączne. Poznały się jako dziewczynki w szkole, dorastały razem, razem uczyły się, by wspólnie przenosić się z kolejnego szczebla na następny i wszelkie przeszkody pokonywać razem. Ich przyjaźń jest tak wielka i głęboka, że od lat mieszkają w domach naprzeciw siebie, wzięły ślub wspólnie, w jednym dniu i razem nawet zaszły w ciąże, by urodzić jedna po drugiej dwóch chłopców. Oni, ze względu na swoje matki, zmuszeni byli zostać najlepszymi przyjaciółmi, upodabniali się do siebie wizualnie i tak jak ich rodzicielki w towarzystwie uważani byli za braci. Zarówno związek Roz, jak i Lil rozpadł się w tym samym czasie i obie kobiety zostały same, wciąż naprzeciw siebie, z dwoma nastoletnimi chłopakami.

Wszystko to ma miejsce w modnej, nadmorskiej miejscowości. Dni płyną wolno, niespiesznie, w otoczeniu szumu morza, słonego wiatru i skrzeku mew. Roz i Lil zauroczenie swoimi synami zauważają, kiedy obie są po trzydziestce, obie zabezpieczone finansowo i obie wolne. Podziwiają ich i oglądają, leżąc na plaży i komentując ich wygląd „młodych Adonisów”. Same sobie zazdroszczą i gratulują takich męskich aniołów, jakie udało im się stworzyć. Trzeba także dodać, iż obie panie wychowują synów wspólnie, pomagając jedna drugiej, tak więc w tej czwórce nikt nie ma przed sobą żadnych tajemnic.

A chłopcy? Tom i Ian są w wieku, gdy nie ma zbyt wielu konkretnych barier. Tym bardziej, jeśli jest się zamożnym, zadowolonym z siebie synkiem mamusi, a raczej dwóch mamuś, które robią wszystko, byle byli piękni i szczęśliwi. Gdy ich ojcowie ich opuszczają (jeden zakłada drugą rodzinę na przeciwległym końcu kraju, drugi ginie w wypadku), tylko na Lil i Roz mogą liczyć. Tak było od zawsze. Czytając opowiadanie, czujemy, że to była tylko kwestia czasu, gdy zacznie wyzwalać się między całą czwórką swoista „chora” chemia. Pewnej nocy całkiem „naturalnie” rodzi się między nimi romans, który przeradza się w zaborczą, podszytą kazirodczymi uczuciami miłość.

Bo to, co rzuca się w oczy w opowiadaniu i o czym Doris Lessing wspomina, niby mimochodem, co kilka stron, to fakt, że Tom i Ian są do siebie wizualnie bardzo podobni. Prawie identyczni. Uczucie niesmaku u czytelnika wywołuje także scena, w której jeden z chłopców rzuca się na swoją matkę, niby w ramach zabawy, niby tak dla swady, ale wykonując taki gest, że cała scenka kończy się policzkowaniem chłopaka raz po raz i krzyczeniem Ani mi się waż o tym myśleć! I wtedy widzimy najgorszą, najbardziej ukrytą i złowieszczą prawdę „Idealnych matek”. Pragnienie niemożliwej miłości i sztuczne przerzucenie uczuć na „podobny” obiekt, jako namiastkę i zastępstwo. Niby sytuacja jest perfekcyjna, niby wszystko układa się idealnie, ale czuć sączącą się między stronami truciznę, która powoli niszczy wszystkich bohaterów. I prowadzi do nieuchronnego końca, który jest zarazem początkiem tej noweli.

Twórczość Doris Lessing pozostawia głęboki niepokój w czytelniku. Wciąga, fascynuje i nie daje o sobie zapomnieć. Stawia trudne pytania, zanurza się w odmęty ludzkiej natury i nie przedstawia oczywistych rozwiązań. Zostawia zarówno bohaterów, jak i czytelników w zawieszeniu. Trochę jak w bańce mydlanej, leniwie płynącej po niebie, która lada moment pęknie i zamieni się w krople brudnej wody. Czar pryśnie, pozostanie gorycz i rozczarowanie. Ale życie trwa dalej. Tak jak dla bohaterów „Idealnych matek”, zagubionych, zaskoczonych przemijaniem czasu, niemogących pogodzić się z następstwem swoich decyzji. To opowieść o samotności w pigułce, marzeniach, które napędzają autodestrukcję i ich utracie. Smutne, ale jak bardzo fascynujące, bo tak bardzo ludzkie. Polecam wszystkim.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się  3 sierpnia, a którą można przeczytać także TUTAJ.