Kilka słów o kanonie literatury

Bombla_KanonJakiś czas temu, całkiem niedawno, przeczytałam, że z opowieściami należącymi do tak zwanego kanonu jest problem. Co prawda sama takiego problemu nie mam i nigdy nie doświadczyłam, ale problem jest. Nie tylko u nas, w Polsce, ale także na świecie. Od czasu do czasu wybucha internetowo-medialna bitwa, w której każdy z uczestników czuje potrzebę zmiany i pragnie narzucić swoje zdanie innym, za wszelką cenę. A kilka dni później burza cichnie, a walczący wycofują się za swoje mury i marudzą pod nosem, bo po raz kolejny nie rozwiązano żadnych znaczących kwestii. Pozostaje napisać kolejny esej, mądrą rozprawę, a resztę zakopać pod dywan.

Z kanonem walczą wszyscy (uczniowie i ich rodzice, nauczyciele, studenci, wykładowcy, a na końcu politycy) i zapierają się, że kanon jest „fe”, w ogóle „fuj” i trzeba go zmienić, dopasować i uwspółcześnić. Tylko wtedy kanon nie byłby już kanonem. Po prostu byłaby to nowa lista lektur, również obowiązkowych. Super nowoczesna, a może nawet postmodernistyczna. A jak wszyscy wiemy, postmodernizm jest bardzo w modzie i trwa w historii literatury niezmiennie od lat dwudziestych XX wieku aż do dzisiaj i pewnie wybitni krytycy literatury przedłużą mu życie o kolejne lat sto. Wszyscy będziemy postmodernistami i tylko czytanie postmodernistów będzie godne uwagi.

A teraz bez żartów. Mark Twain powiedział kiedyś, że „Klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać”. Minęły lata i doszło do tego, że już samo poznanie tych historii stanowi dla ludzi barierę nie do pokonania (a sam Mark Twain bywa uznawany za nudnego)! To właśnie dlatego, gdy pojawia się na horyzoncie temat kanonu zaczynam nerwowo podrygiwać. Troszkę miotać się w sobie. Oburzam się. Stąd poruszenie tematu na Buku. I zastanawiam się… Czy wszyscy nagle postanowili zapomnieć skąd pochodzi ta cała postmodernistyczna gorączka? Że bez znienawidzonego i od lat traktowanemu po macoszemu kanonu w ogóle nie miałaby racji bytu? Bez klasyki literatury (bo kanon jest klasyką i podstawą) współczesność byłaby niczym wyciągnięta z pustej nicości i znaczyłaby tyle co nic? Każda historia, każdy jej najmniejszy element byłby zawieszony w pustce, jakby nic nie znaczący? Symbolika płaska i nieodgadnięta? Problematyka jednowymiarowa i po prostu bezosobowa? A może zdają sobie z tego sprawę, tylko już im nie zależy? Znudzeni są jednostajnym, od lat nic nowego nie wnoszącym dyskursem literackim, a zmiana kanonu wydaje się być jedyną drogą do odświeżenia zastałych postaw?

W takim razie czym dla czytelnika jest kanon? Z czego składa się ta cała klasyka literatury? I w końcu, dlaczego sprawia tyle boleści i cierpienia?

Według mnie, kanon literacki jest podstawą tradycyjną i kulturową, którą powinien poznać każdy uczeń i student w trakcie swojej wieloletniej edukacji. W jego skład wchodzą wszystkie te nielubiane pozycje, od „Bogurodzicy” i „Beowulfa” zaczynając, przez „Boską Komedię i Shakespeary idąc i kończąc na „Przedwiośniu” czy „Sklepach Cynamonowych”. A zahaczając po drodze o wszystko inne. O poezję, prozę i dramaty. Tak naprawdę nie powinno być tutaj miejsca na „nie lubię”, czy „nie podoba mi się”, bo kanon jest ważny z innych względów niż tylko subiektywny odbiór czytelnika. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze: dlaczego kilkuletnie, czy kilkunastoletnie dziecko miałoby oceniać i wybierać pozycje z kanonu?

Gdy mowa o klasyce należy obalić kilka mitów. Te mity powstawały od lat, spiętrzały się i stanowią argumentację dla wszystkich cierpiących od nadmiaru nauki i czytania klasyki literatury.

Po pierwsze, książki należące do kanonu są przestarzałe i nijak mają się do współczesności. Nieprawda. Spójrzmy na dzisiejsze bestsellery i przemyślmy sytuację. Bez „Beowulfa” nie byłoby „Wiedźmina” Sapkowskiego. Bez romantyzmu nie miałby sensu zaistnieć bladolicy Edward ze „Zmierzchu”. Bez tzw. powieści kobiecej XVIII wieku typu „Roxana” Daniela Defoe, czy „Księżnej de Clèves” Madame de la Fayette (niestety), szarooki Grey z  „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” E.L.James nigdy by nie powstał. Nie wspominając o Shakespearze, bez którego wiele dzieł literackich nie miałoby sensu albo po prostu by się nie pojawiło. Literaturą kierują bowiem takie same zasady i mechanizmy, jak wszystkim innym. Jest przyczyna i jest skutek.

Po drugie, książki z kanonu napisane są archaicznym, niezrozumiałym już językiem. No tak. Może lepiej byłoby, gdyby Charles Dickens ograniczyłby się do kilku prostych zdań, podparł je obrazkami i dodał emotikonki, a nie wypacał te kilkaset niepotrzebnych stron? Problem nie leży w długości dzieła i trudności języka, ale w samym odbiorcy. Zauważmy, że z pokolenia na pokolenie skupienie uwagi jest coraz krótsze. Dzieciaki (i dorośli coraz częściej również) nie są wstanie zawiesić wzroku na tekście dłużej niż półtorej minuty. Jak nie są bombardowani hasłami i obrazkami, to po chwili nie wiedzą gdzie są i co się wydarzyło. Tekst do czytania, klasyczny, taki wymagający myślenia i włączenia procesu zwanego wyobraźnią może tylko pomóc, a z pewnością nie zaszkodzić.

Po trzecie, obowiązkowość kanonu jest nudna i w szkole dobrze byłoby omawiać książki nieobowiązkowe. Tu następuje paradoks, bo wszystko co narzucone z góry staje się obowiązkowym z założenia i nie da się tego przeskoczyć. Pozostaje nie buntować się, ale skupić i zrozumieć, że nawet życie codzienne wiąże się z przestrzeganiem praw i wykonywaniem pewnych czynności regularnie. Więc czemu nie dostosować się także do czytania?

A nad tym wszystkim góruje instytucja oświaty i można się załamać i płakać nad jej „nowatorskim” podejściem. W nowym spisie lektur szkolnych na ten rok dodano komentarz Sławomira Jacka Żurka, w którym wytłumaczył, dlaczego tak naprawdę lektury wcale nie są kanonem i wszystko zależy od pozycji nauczyciela:

„Otóż spis ten bywa przez opinię publiczną postrzegany jako kanon, co nadaje mu charakter ideologiczny i polityczny oraz wzbudza niepotrzebne emocje. Wielu przypuszcza, że wyznacza on hierarchię wartości nie tylko literackich, lecz także moralnych, światopoglądowych i społecznych. Tak jest jednak tylko w pewnym stopniu. Owszem, spis lektur stanowi dla młodego człowieka punkt odniesienia w jego poznawaniu kultury, nie można jednak zapominać, że w obecnej epoce funkcjonują różne źródła informacji, a szkoła – co należy podkreślić z przykrością – nie jest wśród nich autorytetem. (…)Dlatego szkolny spis lektur to bardziej propozycja hierarchizacji niż gotowa hierarchia i dlatego też w swej istocie nie jest kanonem. (…)należy w jak największym stopniu dopuścić możliwość wyboru poszczególnych pozycji przez nauczyciela lub (…) przez nauczyciela wespół z uczniami.”*

Wszystko pięknie. Ręce umyte. A odpowiedzialność w delikatny biurokratyczny sposób przeniesiona na nauczycieli. I nic się nie zmienia. Tylko niektóre książki znikają po cichutku ze szkolnych ław, a na lekcjach część z nich nigdy nie jest wybierana. Bo za trudne, za nudne, za długie, za „stare” i takie nie na czasie… Lepiej film obejrzeć. Albo zrobić lekcję wychowawczą i omówić PRAWDZIWE problemy. Jak napisał Michał Rusinek:

” Szkoła uczy czytać po to, by coś wykazać, na przykład, że Słowacki wielkim poetą był. Nie uczy nas czytać po to, byśmy w tym czytaniu coś dla siebie znaleźli. Coś, co nie będzie może tłumaczyło idei, nie będzie świadectwem epoki, ani wielkości Gombrowiczowskiego Słowackiego – ale będzie jakimś przekazem dla nas. Tu i teraz.”**

W tym względzie zgadzam się z panem Rusinkiem całkowicie. Tylko do nas samych należy czytanie klasyki. Otrząśnięcie się z przestarzałych terminów i odrzucenie negatywnego odbioru. Nie trzeba skazywać książek na banicję. Na margines. Zostawmy to szkołom, uniwersytetom, i innym instytucjom. Bo kiedy się zastanowimy, to zauważymy, że kanon jest nie tylko dla stałych czytelników, ale istnieje po to, by ludzie, którzy nigdy nie sięgnęli po książki i którzy już NIGDY po książki, jakiekolwiek, nie sięgną ( bo nie mają nawyku czytania, więc nie szukają tego rodzaju rozrywki) liznęli i poznali chociaż odrobinkę naszą kulturę i literacką przeszłość. Żeby mieli minimalną świadomość tego kim są, skąd się wzięli i dokąd zmierzają. Tak na zapas. Tak na przyszłość. Bo przecież już nikt nigdy ich nie uświadomi i w tej kwestii nie ma już kogo oszukiwać.

O.

*Cytat pochodzi z wykazu lektur szkolnych na rok 2012/2013 do zapoznania się pod tym adresem: http://gwo.pl/wykaz-lektur-obowiazujacych-w-roku-szkolnym-m302

**Cytat pochodzi z artykułu Michała Rusinka „Kłopoty z kanonem” dla portalu Xiegarnia.pl, który znajdziecie pod adresem: http://xiegarnia.pl/artykuly/klopoty-z-kanonem/

O tłumaczeniach tekstów literackich

Bombla_Tłumaczenie

WAŻNE: Drodzy, ten tekst powstał w 2013 roku. Mamy koniec roku 2019. Dzisiaj sama ze sobą mogłabym polemizować w wielu poruszonych poniżej kwestiach. Mogłabym się nie zgadzać i dyskutować. Wiele w tym czasie się zmieniło. Niemniej – wpis na blogu powstał i na blogu zostanie. Zaznaczam jednak dla wszystkich, którzy tu zaglądają po latach.

Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Bombla_HungerGamesKiedy pierwszy raz usłyszałam o trylogii „Hunger Games” Suzanne Collins nie byłam do końca pewna co mam o niej naprawdę sądzić. Z różnych stron nadchodziły sprzeczne komunikaty. Amerykańskie media zachwycały się fabułą, bohaterami, niesamowitą historią i odkrywczością. Natomiast polscy recenzenci porównywali powieści do cyklu „Zmierzch” i stawiali na półkach pomiędzy innymi „dziełami” literatury młodzieżowej. Pisano o miłosnym trójkącie, o głodzie i o „igrzyskach śmierci”, które rozdzielają zakochanych. Nie brzmiało zbyt zachęcająco. Minęły miesiące. Po nieudanej promocji filmu i szybkim wydaniu w formie dvd skusiłam się i pomyślałam: „A niech tam. Jakby pachniało Stefą to wyłączę.” Nie pachniało. Ekranizacja okazała się być piękną opowieścią o dziewczynie, która za wszelką cenę pragnie przeżyć, by pozwolić przeżyć innym. Tym, których kocha najbardziej. I wcale nie jest to bladolicy młodzieniec rodem z wampirycznej sagi.

Sięgnęłam po książki (użyczone przez Cornuncję, której bardzo dziękuję) i pochłonęłam wszystkie części w przeciągu niecałego tygodnia. Zachwyciłam się. Napisane wartkim językiem, w pierwszoosobowej narracji trzy tomy „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay” pozwalają zanurzyć się w dystopijną, przerażającą czarną wizję świata przyszłości stworzoną przez Suzanne Collins. I dają do myślenia. A co najważniejsze, w żaden sposób nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Państwo Panem. Dawne terytoria kraju stylizowanego na Stany Zjednoczone. Post apokaliptyczna kraina po niewyjaśnionej katastrofie i następujących po niej wojnach domowych. Terror, totalitaryzm, propaganda… Głód, obozy pracy nazwane „dystryktami”, miasteczka robotników bez szans na normalne życie. Ogrodzone liniami wysokiego napięcia. Wieczny stan wojenny. Łapanki, porwania i godziny policyjne. A nad tym wszystkim bogata stolica, czyli Capitol. Całkowicie oderwana od otaczającej ją rzeczywistości. Z mieszkańcami, którzy nie zdają sobie w ogóle sprawy, że wokół nich panuje nędza i nieszczęście. Przerysowani do cna, ogłupieni wykreowanymi wiadomościami, reklamą i prowadzeni egoistycznym pragnieniem spełnienia własnego szczęścia na co dzień żywią się jedynie dzięki pracy ludzi z dystryktów. To królestwo jedynego i niepodważalnego autorytetu, prezydenta Snow. Pełna kontrola. Nic nie może wyjść poza ustalony porządek. A raz do roku uwielbiane przez tłumy Capitolu tytułowe Hunger Games, czyli Igrzyska Głodu.

W ten zrujnowany i zaburzony świat wkraczamy dzięki głównej bohaterce, szesnastoletniej mieszkance dystryktu 12-go, Katniss Everdeen właśnie w dzień losowania uczestników igrzysk. Czym są Igrzyska Głodu? To wielkie, organizowane z niesamowitym rozmachem od siedemdziesięciu czterech lat reality show. Tak moi drodzy. Reality show. Dwudziestu czterech uczestników wchodzi na wykreowaną wirtualnie i skopiowaną do rzeczywistości arenę. Wychodzi tylko jeden. Żeby było pikantniej w „grze” biorą udział chłopcy i dziewczęta w wieku od dwunastego do osiemnastego roku życia. Losowani przypadkowo. Wyrywani z dnia na dzień z życia, by najpewniej nigdy już nie powrócić. Igrzyska te traktowane są jako rodzaj historycznej tradycji. Forma ukarania dystryktów i przypomnienia im o rebelii, jakiej podjęły się wiele lat wcześniej. Są także podkreśleniem nieograniczonej władzy i siły Capitolu.

Wracając do Katniss… Dziewczyna niezwykła. Codziennie walczy o byt i przetrwanie jej małej rodziny: mamy i młodszej siostry Prim. Po śmierci ojca w wybuchu szybu kopalni (Dystrykt 12 to dystrykt kopalniany) została chcąc nie chcąc jedyną żywicielką rodziny. Jej matka pogrążona w głębokiej depresji na ponad rok straciła kontakt ze światem. Każdego dnia Katniss naraża własne życie wychodząc poza granice dystryktu i poluje przy pomocy łuku, tak jak wcześniej nauczył ją ojciec. Dzięki niej ani jej siostra ani matka nie chodzą głodne, a to właśnie głód jest główną przyczyną zgonów w dystryktach.

Postać Katniss jest wyjątkowa. Nie jest to typowa nastolatka. Odpowiedzialna, silna, zdeterminowana nie pozwala nikomu się pokonać. Nikomu kierować. Jej cele są proste i nie daje nikomu decydować za siebie. Gdy w dzień losowania pada imię jej siostry nie waha się, by zająć jej miejsce w igrzyskach. Jako ochotniczka. Jedyna ze wszystkich dystryktów. Każdy jej ruch jest spontaniczny, kierowany bardziej sercem niż rozumem. Katniss nie jest wyrachowana. To przetrwanie jest dla niej najważniejsze, bo na każdym kroku zdaje sobie sprawę, że to od jej życia zależy życie jej rodziny. Jednak dla Capitolu, jak i dla wszystkich mieszkańców dystryktów uciskanych przez tyle lat, wszystkie jej gesty, wszystkie słowa jakie padną z jej ust natychmiast stają się formą wołania o rewolucję. Próbą wzniecenia buntu. Wzniecenia ognia. W dniu losowania uczestników Igrzysk Katniss staje się, zupełnie nieświadomie, symbolem nadchodzących zmian, rebelii i powstania ludu.

Igrzyska Głodu są wykalkulowane od A do Z. Areny przygotowywane cały rok, przez rzeszę programistów pod okiem Mistrza Gry, tak by nigdy się nie powtarzały. Może to być np. wrząca pustynia bez kropli wody, podziemny labirynt, „zwykły” las albo mała wysepka na środku oceanu. W tej zabawie nie ma miejsca na przypadek. Nie ma miejsca na improwizację. Ma być krwawo, widowiskowo i z jak największą dawką emocji. Uczestnicy przygotowywani są przez miesiąc. Każda para ma swojego opiekuna, trenera, projektanta i ekipę kosmetyczną. A tłum Capitolu ma się cieszyć. Aż chce się wrzeszczeć „Panem et circenses!”, „Chleba i igrzysk Prezydencie Snow!”.

I ludzie wrzeszczą. Przez cały okres trwania Igrzysk wszyscy mieszkańcy Panem (także dystrykty) oglądają jak dzieciaki zabijają się na oczach wszystkich. W Capitolu trwają zakłady, niekończące się uczty, imprezy, show ma trwać jak najdłużej się da i zwabić jak najwięcej widzów. A dystrykty obserwują i pozostaje im tylko opłakiwać swoje dzieci. Wtedy pojawia się Katniss i cała ta idealna machina zaczyna się walić.

Jak widzicie z powieścią młodzieżową nie ma ta historia zbyt wiele wspólnego. Nie za wiele również odnaleźć w niej można romansu. Bo niby jest tu wątek miłosny, o ile to dziwne uczucie miłością można nazwać, niby jest ten „trójkąt”, czyli Katniss-Peeta-Gale, ale to tylko stanowi  dramatyczne wewnętrzne  tło dla zewnętrznych społecznych konfliktów i nieuniknionej wojny. Tylko dorzuca drew do ognia. I nieubłaganie przybliża ten świat do wielkiego wybuchu. Do ostatniego powstania o wolność człowieka.

O.

Bukowe Zapowiedzi

Bombla_WiosenneZapowiedziPowoli widać już nadchodzącą wiosnę. Słońce przygrzewa coraz mocniej i zachodzi coraz później. Co prawda nie do końca jeszcze czuć ciepły powiew świeżości, ale moje bukowe półki już zdecydowanie są odświeżone. I wybrałam nawet kilka obowiązkowych pozycji na nadchodzące miesiące.

Na Nocnych Łowach możecie być pewni, że upoluję Edward’a Lee, moje niekończące się źródło uciechy, zawsze niezawodnie pełne krwi i przemocy. Kilka strasznych historii czai się już na półkach. Sądzę, że pojawi się także nowa kategoria specjalnie dla Edgar’a Allan’a Poe, który stanowi przecież bazę czytelniczą dla każdego miłośnika opowieści grozy. Powrócę także do Algernon’a Blackwood’a, którego uważam za wielkie tegoroczne książkowe odkrycie. Uwielbiam takie niespodzianki!

Wiosenne weekendy ze Stephenem Kingiem, zanim oczywiście pojawią się tak długo oczekiwane premiery (ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo to przecież dopiero latem i jesienią), spędzimy w towarzystwie wampirów (umknęły tej zimy), podziemnych demonów i szalonych psów 🙂

Podzielę się także kolejnymi opowieściami kosmicznej pustki Pradawnych uśpionych w mieście R’lyeh i znów pogrążymy się w odmętach Lovecraftiańskiego szaleństwa i przerażenia.

Dla uśmierzenia osaczonego strachem umysłu pospaceruję po Poziomkowej Dolinie, bo dawno tam nie zaglądałam, a w Dolinie wiosna jest przecież wieczna.

Ponadto gruba zwierzyna powróci na wiosenne szlaki. Powstaną atlasy, spłoną biblioteki, upadną smoki, a na arenie walczyć będą wygłodniali ludzie. Podsłuchamy rozmowę o przyszłości książek i o bibliotekach. Wspólnie wybierzemy się do Japonii, krainy smutku, melancholii  i kwitnących wiśni. Potem do Barcelony, pospacerować książkowym szlakiem… I w końcu do osiemnastowiecznej Francji, by odwiedzić pewne buduary, alkowy, lochy i poznać władcę tego całego przybytku rozpustnej ułudy.

Mam nadzieję, że tym razem ominę padlinę. Ale nigdy nic nie wiadomo. Takich wypadków nigdy nie można być przecież pewnym, a padliny mnóstwo czai się za każdym zakrętem.

Tak. Stanowczo czuję się przygotowana. Pozostaje mi jedynie wyruszyć w drogę 🙂

A że Wielkanoc już tuż tuż, to wszystkim bukowym czytelnikom  życzę:

Pięknych i radosnych Świąt, smacznego jajka, bogatego zająca i mokrego dyngusa, bo dyngus być musi na szczęście. I radosnej, spokojnej atmosfery, kulinarnych doznań i mnóstwa czytelniczych uciech!

ROBIN

Do zobaczenia!

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum, Lucky McKee

Bombla_ImNotSamObiecałam w zeszłym tygodniu i dzisiaj tej obietnicy dotrzymałam. Już jest upolowana bukowa świeżynka: „I’m Not Sam”. Opowiadanie, nowela (a raczej nowele dwie) literacki owoc  współpracy Jack’a Ketchum’a i Lucky’ego McKee. Jack’a Ketchum’a przedstawiać nie muszę, ale przyda się kilka słów o drugim twórcy. Lucky McKee jest reżyserem i scenarzystą wielokrotnie współpracującym przy adaptacjach filmowych powieści Ketchum’a (np. „Kobieta”czy „Red”). „I’m not Sam” pierwotnie miała być tylko filmem. W zamyśle powstawała jedynie jako scenariusz.

Jednak jak to czasami bywa, opowieść zaczęła żyć własnym życiem. Pojawiły się komplikacje i utrudnienia fabularne, które mogło rozwiązać jedynie odpowiednie poszerzenie historii bohaterów i dodanie epilogu zamykającego wątki. Epilog ten zatytułowany jest „Who’s Lily?” i stanowi bezpośrednią krótką kontynuację poprzedniej opowieści. Jest dodatkiem, jednak nie obowiązkowym. „I’m not Sam” broni się samo jako historia, a epilog odpowiada na dręczące czytelników pytania i zostawia nas jeszcze bardziej zagubionych. I tak jak radzi sam Ketchum w przedmowie proponuję pomiędzy jedną i drugą zrobić sobie małą przerwę.

Mam mały problem jeśli chodzi o tę historię. Wywołała ona dość burzliwą dyskusję u mnie w domu, pozostawiła wiele pytań i jeszcze więcej nieodnalezionych odpowiedzi. Ketchum’owi udało się po raz kolejny mocno zadrapać ludzką moralność. Udało się wzniecić pragnienie poznania i wiedzy. Ta opowieść jest jak silne uderzenie i sprawia, że trudno jest o niej zapomnieć. Trudno wyzwolić się z nachodzących myśli i pojawiających się w głowie teorii.

Bo widzicie, „I’m Not Sam” stawia duży problem nie tylko natury moralnej, ale może przede wszystkim natury filozoficznej. Zadaje pytanie o tożsamość człowieka. O to co stanowi o naszej tożsamości. Czy jest to ciało? Charakter? Wiek? Wspomnienia?

Trudno jest pisać o tej opowieści nie zdradzając najważniejszych szczegółów, a jednocześnie wiem, że zdradzenie ich zrujnowałoby dla wielu jej lekturę. Postaram się ograniczyć do ogólnego zarysowania problemu i tym samym zmusić samą siebie i Was do zastanowienia się nad pewnymi zagadnieniami.

„I’m Not Sam” zaczyna się małżeńską sielanką. Patrick i Samantha (w skrócie Sam) są parą idealną. Żyją razem ponad osiem lat. Znają siebie na wylot. Swoje charaktery. Swoje ciała.  Każdą swoją zachciankę. Każde marzenie. Każdy kaprys. Ich miłość jest wyjątkowa, tak jak wyjątkowe jest to czym zajmują się na co dzień. On jest rysownikiem komiksów, a dokładnie znanej krwawej serii o niejakiej Samancie. Ona jest patologiem. Pracuje w kostnicy nad najgorszymi przypadkami: brutalne morderstwa, gwałty, samobójstwa, ofiary strzelanin itp. Rozumieją się bez słów. Są szczęśliwi.

Pewnej nocy dzieje się coś dziwnego. W najciemniejszą godzinę, godzinę wilka, Patrick’a budzi rozdzierający szloch. Znajduje swoją żonę skuloną w kącie pokoju, z podkurczonymi nogami, nagą (tak jak zasnęła), która zupełnie nie swoim, dziecięcym głosikiem oznajmia mu, że nie chce, by on ją już dłużej krzywdził. Co więcej, ten sam głosik stanowczo zaprzecza, że ma  na imię Sam wykrzykując „Nie jestem Sam!” („I’m not Sam”) i przedstawia się jako Lilly. Konsternacja i strach Patrick’a są niewyobrażalne. Obawia się, że jego żona nagle, znikąd, zaczęła cierpieć na rozdwojenie jaźni, albo co gorsze, na syndrom tożsamości mnogiej.

Jego reakcje są zadziwiające. Od razu ubiera kobietę/dziewczynkę, by nie była naga, zmienia się jego ton i zachowanie. Zaczyna opiekować się żoną i traktować ją dokładnie tak, jak oczekuje jej nagła przemiana. Nagle Sam staje się dziewczynką o imieniu Lilly, około pięcioletnią, która pamięta prawie wszystko, tylko nie pamięta samego Patrick’a. Lekarze nie widzą żadnych zmian w mózgu, nic fizycznie jej nie dolega. Po prostu, z dnia na dzień dorosła Sam zamieniła się w kilkuletnią Lilly. Sytuacja staje się dramatyczna i nic nie jest w stanie „wybudzić” Sam z tego transu. Mijają dni…

Resztę pozostawię Wam do poznania. Streszczając tę opowieść nie udało mi się ominąć takich zwrotów jak „Sam staje się”, „Sam zamienia się”. No właśnie. Ale nie chodzi tu tylko o czasowniki, ale  o sam proces. Czy jest możliwe, by nagle dorosła kobieta „stała się” dzieckiem? Gdy jej ciało nie potrafi kłamać, a jej mózg jednocześnie działa na falach pełnej kobiecości (reakcje ciała i procesy fizjologiczne) i totalnej dziecinności(charakter, tożsamość). Kim w tym momencie jest żona Patrick’a? Czy jest Sam, czy może Lilly? Jest kobietą czy dziewczynką? W jaki sposób dorosły mężczyzna ma traktować taką dorosłą i bliską mu  kobietę? Jak córkę, czy może jak żonę? Jak daleko można się posunąć, by uratować ukochaną osobę?

Czytając „I’m Not Sam” nie przeżyłam zaskoczenia. Przeczuwałam to co nadchodzi i nie zszokowało mnie kiedy w końcu się wydarzyło. Czytałam opinie i recenzje innych czytelników. Zdziwiła mnie ich żywiołowa reakcja na rozwiązanie Ketchum’a i McKee. Tak jakby nikt się tego w ogóle nie spodziewał… Ta reakcja w konfrontacji z moją, ostatecznie przygotowaną, dała mi dużo do myślenia.

Czym jest w takim razie ludzka tożsamość? O tożsamości mówimy właśnie w stosunku do innych osób. Tożsamość jest tym co nas wyodrębnia z tłumu. Jednak przede wszystkim, tożsamość to własna wizja samego siebie , na co zawiera się nasz wygląd, psychika i zachowanie. Do tego dochodzi także poczucie, czyli jak my sami czujemy się ze sobą. Według tej definicji jestem tym kim chcę być, w ramach własnego ciała. Czyli np. nie mogę być koniem, ale mogę być inną kobietą. Czy to oznacza, że mogłabym być małą dziewczynką, gdybym chciała? Gdybym miała poczucie bycia dzieckiem? Jeśli zgadzałyby się zachowanie i psychika, ale trzecia stała nie, to czy pomimo to, stałabym się dziewczynką?

„I’m Not Sam” zaskakuje i szokuje. Z chwili na chwilę opowieść staje się coraz bardziej kontrowersyjna. Ketchum i McKee nie moralizują, nie pokazują jednolitej ścieżki, nie dają konkretnych odpowiedzi. W zamian zostawiają nas moralnie zagubionych, czasami wzburzonych, a czasami po prostu zamyślonych. Ale na pewno nie pozostawiają nas obojętnymi. Ta opowieść to majstersztyk horroru psychologicznego. Wizja potwornego koszmaru, z którego nie dobrej drogi ucieczki. Pozostaje tylko wybór i czytelnik na rozstajach, a w głowie jedno pytanie: kim jest człowiek?

O.

Wiosenna lekkość bytu

Bombla_WiosenneBukiPodobno już jutro pierwszy dzień wiosny. Podobno, bo za oknem raczej śnieżnie i zimno i jakoś tak nie zapowiada się na zmiany. Ale wiosna nadchodzi i sądzę, że to dobry moment, by się na tą okazję  bukowo przygotować i odpowiedni uposażyć.  Odświeżyć półki z książkami i uporządkować pliki z e-bookami.

Z wyborem lektur na wiosnę nie jest zbyt łatwo. W odróżnieniu od zimowych muszą być lekkie i rześkie jak wiosenny poranek. Nie za puchate, nie za ciężkie. Powinny zawierać w treści dużo substancji odżywczych i witamin, które pozwolą zmęczonym czytelnikom ożywić się i nabrać sił na nowa porę roku. Mogą traktować o tematach poważnych, melancholijnych nawet, jednak w milszej dla umysłu formie. Wiosna to czas świeżości i odrodzenia, więc dobrze byłoby gdyby czytane historie równie odświeżająco działały na duszę czytelnika.  Tak, by móc przeżyć katharsis i narodzić się na nowo.  A im dalej w wiosenną porę tym opowieści mogą być lżejsze . Wiosną wszystko zielenieje i pachnie. Chrupią nowalijki pod zębami. Dlatego zachęcam do takiej przyjemnej lektury. Do podgryzania. Do wąchania i wyczekiwania na pierwsze słoneczne promienie.

A ja specjalnie dla Was, już wcześniej wyruszyłam na wiosenny szlak i upolowałam dziesięć opowieści idealnych na wiosnę. Z każdej kategorii.  Do podgryzania i wąchania. I do poczytania 🙂 Miłej lektury!

 

tiffany1. „Śniadanie u Tiffany’ego” Truman Capote („Breakfast at Tiffany’s”)

Kto nie zna Holly Golightly? Dzięki niezapomnianej kreacji Audrey Hepburn prawie wszyscy zapomnieli, że Holly zaistniała najpierw na kartach powieści. I że tak naprawdę jej historia potoczyła się troszkę inaczej niż w filmie. Co więcej, że sama książkowa Holly wcale nie jest tą „kultową” postacią z filmu. Więcej przemyśleń, więcej smutku i życiowej prawdy. Holly jakiej nie spodziewa się nikt.

marina2. „Marina” Carlos Ruiz Zafón

Niezwykła, magiczna historia piętnastoletniego Oscara i fascynującej Mariny. Łączy w sobie thriller, horror, powieść przygodową i opowieść gotycką. I romans. A wszystko na tle Barcelony, która dzięki Zafonowi stała się jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie. Miasto żyje sekretnym życiem na kartach książki, oddycha i nawet jeśli początkowym zamysłem autora „Marina” miała być książką dla młodzieży, to im dalej w lekturę, tym bardziej oddala się od tej koncepcji. Tajemnice, śledztwa, namiętność, pierwsza miłość i śmierć. O marzeniu z młodości.

Hobbit13. „Hobbit” J.R.R.Tolkien

Hobbity nie lubią przygód, ale czasami pewien czarodziej może stanąć na ich drodze i zmienić przeznaczenie. Tak Bilbo Baggins z Shire wyrusza z bandą krasnoludów przeciw Smaugowi. By wyzwolić królestwo Thorina Oakenshield’a i zapisać się na kartach historii Śródziemia. A my wyruszamy razem z nim. Nie zapominając tym razem chusteczki do nosa 🙂

 

wielkienadzieje4. „Wielkie Nadzieje” Charles Dickens („Great Expectations”)

Ta opowieść to Duży Buk. Jedna z piękniejszych historii o miłości, poświęceniu i dojrzewaniu, jaką czytałam w ogóle. Gdyby nie powieść Balzac’a sądzę, że nosiłaby tytuł „Stracone Złudzenia”. O błędach młodości. O marzeniach, które nie mogą się spełnić. O zemście, która trwa pokolenia. O miłości bez szansy na wzajemność. O zdradzie i samotności. O życiu przeżytym dla kogoś innego. I o nadziei, która umiera ostatnia.

drozd5. „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill a Mockinbird”)

Jedyna książka autorki. Kanon literatury amerykańskiej. Dotyka najbardziej delikatnego tematu w historii Stanów Zjednoczonych, jakim jest rasizm. Wszystko na tle południowego stanu Alabama, z czasów Wielkiej Depresji. Historia widziana oczami dziewczynki, której ojciec podejmuje się obrony czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Opowieść o nienawiści i uprzedzeniach. Ale także o nadziei i wierze w dobro ukryte w drugim człowieku.

hunger6. Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Największe zaskoczenie tego roku. „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay”  (nie używam polskich tytułów, bo tłumaczom coś się pomyliło). Panem et circenses. Smutna wizja dystopii, w której ludzie walcząc każdego dnia o przetrwanie raz do roku wystawiają swoje dzieci, by walczyły w Igrzyskach Głodu. Na śmierć i życie. Wszystko zmienia się, gdy wyzwanie podejmuje Katniss Everdeen i staje się symbolem nowej rewolucji. Totalitarna wizja przyszłości, w której słowa „May the odds be ever in your favor” brzmią jak mroczny żart.

it7. „To” Stephen King („It”)

Na wiosnę nie mogło zabraknąć „Króla” horroru. Jedna z najstraszniejszych powieści, w której w niezwykły sposób ożywają wszystkie strachy z dzieciństwa. Wszystkie pod postacią clowna Pennywise, który potrafi przekształcać się w to, czego jego ofiara boi się najbardziej. Walka z koszmarami z dzieciństwa staje się jednak dla bohaterów powieści czymś więcej niż walką ze strachem. Stają się przypadkowymi świadkami odwiecznej walki pomiędzy siłami dobra i zła. Siłami kosmosu, które niełatwo pokonać.

iris8. „Morze, Morze” Iris Murdoch („The Sea, The Sea”)

Idealnym miejscem na czytanie tej powieści, to miejsce blisko morza, gdzieś na wybrzeżu, gdzie często wieje wiatr, a w powietrzu unosi się zapach soli. To historia obsesji bohatera i próby powrotu do czasów młodości. Walka z czasem, ze starzeniem się i własnymi słabościami. To opowieść o egoizmie w kryzysie wieku średniego.  I o wyobrażeniu samego siebie.

 

emma9. „Emma” Jane Austen

O tej uroczej powieści pisałam już wcześniej, w związku z Ucztą Miłości. Lekka, wiosenna i zabawna komedia pomyłek pełna perypetii i powiedzonek o związkach i stosunkach damsko-męskich w ogóle. Romans idealny. Jak dla mnie najlepsza wśród wszystkich opowieści napisanych przez angielską pisarkę.

 

Plath10. „Szklany Klosz” Sylvia Plath („The Bell Jar”)

Zmagania młodej dziewczyny Esther Greenwood z dojrzewaniem i dorastaniem. Historia nieudanej próby pogodzenia marzeń o wolności i niezależności z oczekiwaniami i rolą jaką narzuciło jej społeczeństwo, rodzina i epoka, w której żyje. O walce wrażliwego umysłu z samozagładą i depresją. O poddaniu się szaleństwie i odrodzeniu z popiołów. Trochę autobiograficznie Sylvia Plath o samej sobie.

Od koloru do wyboru. Na wiosnę do czytania.

O.

„Minotauress” Edward Lee

Bombla_MinotauressTen tekst z pewnością ucieszy wszystkich tych, których zafascynował „Bighead” Edward’a Lee. „Minotauress” (dosłownie Minotaurzyca, ale nie tłumaczmy tego tytułu nigdy więcej) jest kontynuacją, a raczej luźnym prequelem do wyżej wymienionej książki. Ponownie wracamy do zwyrodniałego miasteczka gdzieś w sercu Appalachów. Do końca nie wiadomo, czy to dokładnie to samo miasteczko co w poprzedniej historii, czy może sąsiednie, ale spotykamy kilka wspólnych, znanych już postaci. Mamy szansę zobaczyć jak mordercza para, czyli Dicky i Balls, zaczynała życie zbrodni i okrucieństwa. Natomiast głównym narratorem pierwszej z dwóch pojawiających się w tomie opowieści jest Pisarz, postać przez lata powracająca i wielokrotnie obecna, chociażby epizodycznie, w opowiadaniach Edward’a Lee. Bighead również ma swoje momenty, ale jak na razie pozostaje jedynie legendą, jeszcze ukrytą głęboko w lasach, która dopiero uczy się korzystania ze swoich „wyjątkowych” przymiotów.

„Minotauress”, jak wspomniałam powyżej, to dwie osobne opowieści. Jedna zatytułowana jest, co oczywiste, „Minotauress”, a druga to „Horncranker” (dosłownie „Łamacz rogów”)zwieńczenie całej historii. Oczywiście obie napisane są w taki sposób, że niekoniecznie możemy traktować je poważnie. I znowu zamiast strachu wywołują bardziej dziki śmiech i szaleństwo. Ale już w lepszym gatunku niż „Bighead”. Odrobinę bardziej wyrafinowane. Tym razem to horror typu B, którego czytanie sprawia obłąkaną przyjemność. Jeśli znamy już niektóre historie Lee (szczególnie opowiadania) znajdziemy bardzo dużo odniesień i znajomych fragmentów np. legendy, wspomnienia, piosenki… Trzeba również dodać, że Lee to pisarz, który uwielbia zabawę archetypami i symbolami. Zamienia je,  wymienia, tasuje, miesza i wygina. Powstaje trochę taki potwór Frankensteina, którego dokładne mikroskopijne oglądanie z każdej strony cieszy czytelnika. Co prawda nigdy nie jesteśmy do końca przygotowani na to, co tam dojrzymy, ale chodzi właśnie o ten element zaskoczenia.

Jednak przede wszystkim to na co musimy się przygotować czytając „Minotauress” to nowe zjawisko jakim jest White Trash Gothic. Uwielbiam tą nazwę. Dla mnie to w końcu odkrycie całkowicie unikalnego gatunku literackiego. Dzięki tej nazwie w końcu mogę stworzyć osobną kategorię dla niektórych historii, które poznałam. Dodam, że nazwa ta jest całkowicie fikcyjna, stworzona przez Pisarza, jako tytuł pisanej w hipnotycznym transie książki. Jednak Edward Lee wiedział dokładnie, co wymyśla i pewnie również w jakiś sposób bawiło go, że jego tworów nie można jednolicie zakwalifikować do jednego albo drugiego odłamu z zakładki horror. Ale teraz już można, bo White Trash Gothic jest idealnym miejscem dla „Bighead’a” i dla „Minotauress” (nie wliczając wielu jego opowiadań).

Czym jest White Trash Gothic? Dla ułatwienia w zrozumieniu rozłożę to sformułowanie na części. White Trash, to dosłownie „białe śmiecie” a po polsku tzw. „biała hołota”. Wyrażenie bardzo rzadko spotykane w Europie, tym bardziej w Polsce (nie wiem dlaczego, bo nadzwyczaj często mogłoby być adekwatnym określeniem co do niektórych… )Określa, co oczywiste, w sposób pejoratywny, ludzi rasy białej, którzy znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, o najniższych dochodach, niewykształconych, bardzo często bezrobotnych, żyjących z czynności nielegalnych, np. pędzenie bimbru, prostytucja czy kłusownictwo lub na rachunek państwa. Błędnie utożsamiani z „redneckami”, którzy są po prostu normalnymi mieszkańcami głębokiej prowincji, a przede wszystkim stanów dawnego Południa.

Zachowanie „white trashów” odbiega od normalności. Jest wyjątkowo patologiczne i dysfunkcyjne. Na porządku dziennym spotyka się przemoc mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci, przemoc w ogóle, gwałty, kazirodztwo, zoofilię, głęboki alkoholizm i inne zjawiska rzadko penetrowane przez zwykłych ludzi. Z chorych związków rodzą się kalekie dzieci, dotknięte często kretynizmem, debilizmem, zniekształcone i zdeprawowane już od najmłodszych lat. „Biała hołota” nie ma konkretnych hamulców moralnych. Kierują się zasadą, że „wszystko zostaje w rodzinie” i to sprawia, że pozwalają sobie na więcej od innych. Tortury, uprowadzenia, morderstwa uchodzą w tym dziwnym świecie na sucho i nie ma kto za nie odpowiadać. Ot, taka sobie codzienność. Lepiej omijać z daleka, a najlepiej unikać kontaktu w ogóle.

„Gothic” jest łatwiejszy do rozgryzienia, gdyż odnosi się po prostu do powieści gotyckiej, albo do tworu wystylizowanego na takową, która jest o wiele lepiej znana w kręgach literackich. Jej główne założenia to atmosfera grozy, strachu, nawiedzone budowle, duchy i widziadła, legendarne zbrodnie piętnujące całą fabułę. W formie bardziej nowoczesnej można odnaleźć okultyzm, składanie ofiar i morderstwa.

Połączenie White Trash i Gothic może z początku wydawać się nierealne, jednak kiedy przeczytacie „Minotauress” zrozumiecie, jak idealnie pasuje i jak wiele wyjaśnia. Edward Lee udowodnił, że taka fuzja jest jak najbardziej możliwa i doprawdy nie rozumiem, jak można było wcześniej jej nie wykorzystać 🙂

Za podstawę pod powieść posłużył mit o Pazyfae. Kto nie pamięta tego fragmentu mitologii greckiej już pędzę z przypomnieniem. Otóż, Pazyfae, żona Minosa, królowa Krety, bardzo niefortunnie zakochała się w świętym byku podarowanym przez Posejdona Minosowi. Oczywiście nie przez przypadek, ale w ramach klątwy. Niezaspokojona w żądzy postanowiła oddać się zwierzęciu. Pomógł jej w tym Dedal, który zbudował drewnianą krowę, w której Pazyfae ukryła się i podsunęła bykowi. Została ukarana wydając na świat potwora o imieniu Minotaur, czyli postrach Krety. Tu mit się kończy, a wkracza Edward Lee. Pazyfae po śmierci trafiła w otchłanie piekielne i stała się odrażającym demonem.

Nie zdradzę Wam fabuły, ale powiem jedno: Pazyfae powraca. Wciąż niezaspokojona. Stęskniona za swoim zmutowanym synem. Okoliczne lasy otwierają dla niej zupełnie nowe możliwości działania. A nieświadomi i głupkowaci mieszkańcy stanowią doskonałe ofiary. Pradawne mity, okultyzm, magiczne rytuały i ofiary z ludzi. Trochę filozofii, dużo krwi, dużo seksu, bardzo dużo przemocy. White Trash Gothic w najczystszej postaci. Dla wielbicieli tego nowego gatunku.  I jak poprzednio ostrzegłam teraz również nie omieszkam zapomnieć: najlepiej nie jeść i nie pić w czasie lektury. Co prawda to nie jest „Bighead”, ale jak cała proza Lee również ta książka kryje w sobie zaskakujące smaczki.  Tak na wszelki wypadek.

O.

Bram Stoker Awards 2013

Bombla_BramStokerAwardsWszyscy fani Jack’a Ketchum’a mogą zacząć trzymać kciuki i zastygnąć w oczekiwaniu!

Nowa powieść zatytułowana „I’m not Sam”, napisana wspólnie z reżyserem i scenarzystą Lucky’m McKee, niedawno pojawiła się na rynku i już zdążyła podbić serca czytelników i krytyków. A wczoraj została nominowana do Bram Stoker Awards* w kategorii „Best Long Fiction” („Najlepsza dłuższa forma literacka”).

„I’m not Sam” opowiada historię kobiety, która w ciągu jednej nocy w dziwny sposób zmienia się w trakcie snu i nie jest już tym kim była, gdy zasnęła. To historia o poszukiwaniu tożsamości i o tym, czy naprawdę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka.

Poniżej do podziwiania okładka:

notSam

Na Wielkim Buku powieść już upolowana i niedługo podzielę się z Wami moim łupem 🙂

O.

*Bram Stoker Awards, nagrody przyznawane przez Horror Writers Association (Stowarzyszenie Pisarzy Horrorów)przyznawane corocznie od 1987 roku.

„Dziecię Boże” Cormac McCarthy

Bombla_DziecieBoze

Cormac McCarthy potrafi przerazić. Zazwyczaj lepiej niż niejeden pisarz thrillerów czy horrorów. Jest coś takiego w twórczości tego amerykańskiego pisarza, co sprawia, że po przeczytaniu chociażby jednej z jego opowieści nie ma się już ochoty wychodzić z domu. Traci się wiarę w dobro drugiego człowieka. A czasami po prostu traci się wiarę w ludzkość w ogóle.  

Świat jego powieści to świat smutny. Bardzo surowy. To wieczna wizja pewnego rodzaju apokalipsy, w której to nie ludzie zginęli, ale ich pozytywne uczucia i emocje. Umarła nadzieja. A dobro musiało zaszyć się w niedostępnych ciemnościach. Świat Cormac’a McCarthy’ego to świat zły. Przesiąknięty nieszczęściem do szpiku swoich fabularnych kości. Jego bohaterowie zmagają się życiem, nie by swój byt polepszyć w jakikolwiek sposób, ale by po prostu przetrwać. Przeżyć kolejny nadchodzący dzień. By dotrwać do kolejnego brzasku.

W tym swoim pragnieniu wytrwania są niezwykle obojętni. Obojętni na życie i na śmierć. Obojętni na przebłyski dobra, ale przede wszystkim obojętni na zło. Na panującą wszechobecną zbrodnię. Na cierpienie. Jego bohaterowie to wieczni podróżnicy. Tułacze brnący  po przygranicznej pustyni, po stepie, po surowych górach. Otaczający ich krajobraz jest pozbawiony intensywnych kolorów, pozbawiony konkretnych kształtów i punktów zaczepienia.  Wydaje się być wyszlifowany. Obojętny, jak sam człowiek.  Słońce w nim nie grzeje, ale skwierczy. Mróz nie ochładza, ale pożera ciało. Wszystko jest wybielone. Człowiek jawi się jako dziwna istota błąkająca się i wyblakła.

Nawet czasu nie można być do końca pewnym. Kolejne epoki wydają się być do siebie zaskakująco podobne. Trudno oddzielić koniec  wieku dziewiętnastego od połowy dwudziestego i na odwrót. W pewnych miejscach na ziemi nic się nie zmienia. I pewnie nigdy się nie zmieni.

W tej dziwnej monotonnej krainie przebłysk dobra jest wyrafinowanym wyjątkiem. Czymś niesamowitym. Co więcej, wydaje się być czymś bardziej niepokojącym niż zło panoszące się po świecie. Zła możemy być tutaj zawsze pewni. Dobra nigdy nie oczekujemy. Kiedy w końcu pojawia się znikąd, razem z bohaterami stajemy się wobec niego nieufni. Wolimy uciec na utarte rozmyte moralnie ścieżki niż poddać się czemuś tak niezrozumiałemu.

Ten świat, który wykreował Cormac McCarthy, ma swoich stałych bohaterów. Wyzuci z chęci życia po prostu trwają. Przenoszą się z miejsca na miejsce. Niosą ze sobą albo ukrytą misję schowaną pod pozorem szarej obojętności albo, to zdecydowanie częściej, zło w najczystszej postaci. Raz mogą być ofiarami, ale częściej ciemiężycielami.  Mordercami o zimnej krwi. Bez sumienia. Bez uczuć. Takimi, którzy nie stawiają zbędnych pytań, ale niczym kameleony dopasowują się do świata wokół nich.

Tak właśnie dzieje się w trzeciej powieści McCarthy’ego, zatytułowanej niezwykle złowieszczo, w porównaniu do treści, „Dziecię Boże”. Jej bohaterem jest Lester Ballard, młody mieszkaniec miasteczka Sevierville w stanie Tennessee. To właśnie przez jednego z mieszkańców, zaraz na samym początku, zostaje on opisany jako „dziecię boże, prawdopodobnie takie jak ty”. Jeśli jakiekolwiek „dziecię boże”  podobne jest  do Lester’a Ballard’a, to tylko podkreśla potworność rzeczywistości w tej powieści i rzeczywistości w ogóle.

Lester Ballard faktycznie jest nijaki. Mógłby być każdym z nas. Człowiek-celofan. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie ma żadnej wyjątkowej cechy. Mógłby wydawać się całkiem normalny. Mógłby mijać nas każdego dnia. Codziennie nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Mógłby… Ale Lester Ballard z pewnością nie jest normalny. Co więcej, Lester Ballard jest przeciwieństwem normalności.

Jego historia podzielona jest na trzy części. Każda z nich odzwierciedla, zarówno stylem, jak i charakterem dokładnie to, co dzieje się z głównym bohaterem. McCarthy przeciwstawia w nich mieszkańców miasteczka z perwersją i przemocą Lestera. Ten kontrast jest dziwny i trochę niewyraźny. To w sumie nie jest nawet kontrast. Lester koegzystuje z nimi. Wypełnia luki. Wpisuje się w otaczający go świat.

Pierwsza część jest niczym reportaż. Poznajemy Lester’a tak, jak widziany jest w oczach znających go ludzi.  Opowiadają jego historię jakby opowiadali o życiu zwykłego chłopaka. Jednego spośród nich, który niefortunnie zszedł na złą drogę. Dowiadujemy się niektórych szczegółów z jego dzieciństwa i młodości. Elementów życia rodzinnego. Jednocześnie, obserwujemy codzienność Lester’a. Widzimy jak nieuchronnie zaczyna oddalać się od normalności. To co widzi jest jakby rozmyte. Nie zgadza się z obrazem zwykłego człowieka. Lester Ballard dziwaczeje. Zaczyna podglądać, podpatrywać, wdzierać się swoim wzrokiem w życie innych. Ofiarami jego dziwnego voyeuryzmu stają się młode dziewczęta, kochające się pary, ale też wypaczone, chore związki kazirodcze i gwałty. Lester widzi i przyswaja. Widzi, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a normalność nie zawsze jest „normalna”.

Druga część to powolne odejście od cywilizacji. Lester Ballard popełnia pierwsze morderstwo. Podwójne. Jak lawina włączają się w nim kolejne zboczone instynkty. Bawi się trupami. Przebiera je. Uprawia nekrofilię. Próbuje znaleźć bliskość w martwych ciałach. Znowu zabija. Nie ma konkretnych powodów. Przynajmniej nigdy ich nie podaje. Jest zimny w swoich czynach. Robi tak, bo może. Oddala się i w strachu przez oskarżeniem postanawia odizolować się od miasteczka. Pomaga mu w tym otaczający go krajobraz, góry pełne jaskiń. Zaszywa się w jednej z nich. Tam tworzy swoje schronienie.  I właśnie tam zaczyna zbierać kolejne eksponaty swojej makabrycznej „kolekcji”.

Ostatnia część, to historia życia w sieci górskich jaskiń. To próba ucieczki przed tym co nieuchronne. Mieszkańcy okolicznych miasteczek wiedzą już, że to właśnie Lester jest mordercą. Poszukują go. Próbują odnaleźć ostateczne dowody. Natomiast Lester staje się jeszcze bardziej maniakalny. Mówi sam do siebie. Przemieszcza się między swoimi kryjówkami. Pojawia się przebrany w damskie ubrania, a na głowie nosi kobiece skalpy. Popełnia coraz więcej błędów. A błędy to jedna z tych rzeczy, na która seryjny morderca nie powinien sobie pozwalać.

Życie Lester’a Ballard’a to historia wzlotu i upadku. Początku i końca. Triumfu i przegranej. Narodzin i śmierci. Tak jak dla każdego z nas. Poraża swoją zwykłością. W tym świecie, realnym i fikcyjnym, nie ma niesamowitych zakończeń. Tak samo jak nie ma wyjątkowych początków. Dla każdego los ma taki sam tor. Tylko czasami, w międzyczasie, życie wypełnia się inaczej. Odbiega od tego co ustalone i idealne. Przebiega troszkę w inny sposób niż życie zwykłych śmiertelników. Pod tym względem Lester Ballard jest wybrańcem. Mesjaszem zła. Wyjątkiem, który nigdy nie powinien móc potwierdzać reguły. Ale pozory mogą zwieść niejedną osobę. I niech każdy ma się na baczności przed tym idealnym dzieckiem Boga.

O.

„Wendigo” Algernon Blackwood

Bombla_WendigoPierwszy raz usłyszałam o Wendigo kilka lat temu przy okazji powieści „Cmętarz Zwieżąt” Stephen’a King’a. Nie wnikałam w temat aż do momentu mojego powrotu do tej powieści przed kilkoma tygodniami. Tym razem historia Wendigo zaintrygowała mnie. Zaczęłam szperać i węszyć. Wpadłam na trop. Duch Wendigo zawładnął moim umysłem i rozpoczęłam polowanie. 

W powieści King’a Wendigo to demon lasu, uśpiony na pozostałościach cmentarzyska należącego do plemienia Mi’kmaq’ów. Demon żarłoczny i okrutny. Taki, który wstępuje w ciała pogrzebanych i zamienia ich w krwiożerczych kanibali. I tak sobie pomyślałam: skoro plemię Mi’kmaq’ów istnieje naprawdę i wciąż zamieszkuje północne regiony Stanów Zjednoczonych i Kanady, to w legendzie o Wendigo musi być chociaż element prawdy.

Jeśli chodzi o folklor rdzennych plemion indiańskich to faktycznie, w Europie, dostęp do wiarygodnych źródeł jest nieco utrudniony. Problematyczna wydaje się również indiańska tradycja przekazywania legend i historii metodą werbalną. Te historie często nie są w ogóle uwiecznione w żadnej formie, ale jedynie przekazywane innym członkom plemienia, z ust do ust. Większość legend została spisana dopiero po latach, przez antropologów, etnografów i badaczy konkretnych regionów. Podobnie było z legendą Wendigo.

Ponieważ raz już wpadłam na trop, to nie mogłam odpuścić. I trafiłam na bardzo interesujący artykuł, fragment szerszej dysertacji, zatytułowany „Reviving Witiko (Windigo): An Ethnohistory of “Cannibal Monsters” in the Athabasca District”. („Ożywiając Witiko (Windigo): Historia i pochodzenie Ludożerczych Potworów w rejonie Athabasca”). Lektura bardzo zaskakująca i pełna opisów autentycznych, udokumentowanych przypadków nawiedzenia Wendigo.

Zapytacie się skąd moje tak obszerne zainteresowanie tematem? Bo również przy okazji powyższego artykułu i „Zewu Cthulhu” H.P. Lovecraft’a natrafiłam, zupełnie przypadkowo, na opowiadanie Algernon’a Blackwood’a zatytułowane po prostu „Wendigo”. Napisane w 1910 roku, opowiada historię czterech myśliwych, którzy polując na łosie w leśnych ostępach Kanady, postanawiają rozdzielić się, by lepiej poznać teren i ocenić zasięg zwierzyny. Dają sobie trzy dni na rekonesans. Po tym czasie cała czwórka ma powrócić do obozu głównego i zaplanować konkretne łowy i plan działania. Jednym z myśliwych jest Joseph Défago, tropiciel indiańskiego pochodzenia. Postać wyjątkowa. Przedstawiony jako typ melancholijny. Cichy myśliciel o wielkiej wyobraźni.

Wrażliwa wyobraźnia w październikowej, odległej i zapomnianej krainie dziczy, z dala od cywilizacji, może niestety być dużą wadą. Tym bardziej, gdy razem z drugim członkiem rozdzielonej grupy trafia na puszczę po drugiej stronie rzeki, która według wierzeń jego przodków zamieszkała jest przez „złego ducha”. Razem z nastaniem nocy zaczyna się koszmar dwójki myśliwych. Défago najpierw doznaje dziwnych omamów słuchowych i węchowych. Potem nawiedza go gorączka i dziwne podniecenie. W nocy płacze przez sen, by ni stąd ni zowąd wybiec w zimną, jesienną noc. Słychać tylko jego krzyki. Przez jakiś czas widać trop na śniegu, z czasem coraz dłuższy w odległości. Podobny raczej do tropu dziwnego zwierzęcia niż do zwykłego człowieka. I nagle urywa się. Poszukiwania nie dają rezultatów i gdy po kilku dniach zrezygnowani współtowarzysze postanawiają wrócić do obozu głównego znajdują w nim wrak człowieka. Odmrożonego, majaczącego Défago, który cierpi na silną amnezję i wyczerpanie. Nie pamięta kim jest, kim są otaczający go ludzie, nie wie nic. Zatracił siebie. Pozostaje tylko wspomnienie o Wendigo.

O Wendigo przetrwały przede wszystkim legendy. Nazywany również Witiko, Weendigo, Windigo, czy po prostu „pożeraczem ludzi”, jest człekopodobną istotą (często przedstawianą z porożem i pyskiem jelenia lub oczami sowy) lub duchem o naturze kanibala, który żywi się ludzkim mięsem i jest nienasycony w swoim pragnieniu polowania na ludzi. Tak bardzo złakniony, że według niektórych podań pożarł własne usta i straszy groteskowym obliczem. Jest drapieżnikiem o potężnej sile, który zawsze głoduje i zawsze szuka kolejnej ofiary.

Jednocześnie, w medycynie, istnieje kompulsywno-obsesyjna przypadłość nazwana Syndromem Wendigo lub Psychozą Wendigo. Jest ona typowa tylko dla indiańskich mieszkańców północnych terenów Stanów i Kanady, szczególnie dla plemienia Algonkinów. Jej głównym objawem jest właśnie… kanibalizm. Wyjątkowo częste przypadki tej nietypowej choroby zostały szczegółowo udokumentowane przez różnych badaczy, którzy wyróżnili jej podstawowe symptomy. Są to: nagły wzrost agresji i instynktów morderczych, omamy słuchowe, halucynacje, omamy węchowe, gorączka, wizje, nagły wzrost nienaturalnej siły i wydawanie zwierzęcych dźwięków. W wyniku choroby, nawiedzenia, ofiara Wendigo napada często swoich bliskich i członków rodziny, zabija ich i pożera. Szczególnie często ofiarami padają dzieci. Według wierzeń jedyną możliwością pokonania demona jest zabicie jego ofiary (najlepiej ciosem toporem w głowę), zakopanie głęboko w ziemi i przygniecenie miejsca pochówku dużym drzewem lub gałęziami, by duch nie wyleciał i nie wstąpił w kolejną osobę.

Czym jednak jest Wendigo w opowiadaniu Blackwood’a? Co tak naprawdę symbolizuje? Z jednej strony może być ucieleśnieniem strachu przed wielkim głodem i mrozem, który napotyka myśliwych w lesie. Ziszczeniem najgorszych myśli. Najokrutniejszych wyobrażeń. Kiedy „pochłonięci” przez złowrogie ostępy mogą na zawsze zgubić się i nigdy już nie trafić do świata żywych. Z drugiej strony u Blackwood’a Wendigo nie ma związku z kanibalizmem. Nazywany jest „moss-eater”, czyli „pożeraczem mchu”. W tym wypadku Wendigo to raczej symbol ucieczki. Chęci ponownego oddalenia się od cywilizacji. Powrotu do natury. To ucieleśnienie zewu dziczy. Szaleńczy bieg przez tajemnicze ścieżki jest biegiem ku wolności. Ku pojednaniu z dziką przyrodą. Pierwotnie, w indiańskich wierzeniach, pokutowała wiara w silną więź człowieka ze światem zwierząt i roślin, gdzie człowiek był częścią tego świata, nie jego zaprzeczeniem. Z czasem ten silny związek utracił częściowo znaczenie, a plemiona zmuszone były „ucywilizować” się, nawet na siłę i poddać nastaniu nowej ery.

Może Wendigo nie jest wcale prawdziwym demonem… Może wspomnieniem czegoś od dawna już zapomnianego? Wspomnieniem wolności pierwszych istot? Czymś co wciąż poszukuje uwrażliwionych, pamiętających stare plemienne opowieści, by odnawiać swoje siły? W końcu Défago jest właśnie dlatego taki wyjątkowy. Bo uwierzył. I udało mu się odpowiedzieć na wezwanie. Przeżył niezapomniane momenty i doświadczył czegoś wyjątkowo pierwotnego w swojej naturze.  Ale powroty zawsze są najtrudniejsze. I nikt nie może być tym samym człowiekiem, gdy raz napotka Wendigo. Gdy powróci z krainy zapomnianych przesądów i  prehistorycznych legend. Świata

„niesamowitych mocy, które wciąż czają się w duszach ludzi i które może same w sobie nie są złe, jednak instynktownie wrogie temu co najbardziej ludzkie.”*

O.

*” (…)formidable Potencies lurking behind the souls of men, not evil perhaps in themselves, yet instinctively hostile to humanity as it exists.” /Algernon Blacwood „Wendigo”/