„Witch Water” Edward Lee

WitchWater

Czas wybrać się na nocne łowy i upolować coś wyjątkowo mrocznego, coś co chociaż na chwilę zaburzy nasz wewnętrzny spokój i rozstroi nerwy, dodając przy tym dreszczyk emocji do naszej codzienności.

Nie przez przypadek jako pierwszą z tej kategorii wybrałam powieść „Witch Water” Edwarda Lee. Niestety nie jestem pewna, czy książka ta została już przetłumaczona na język polski. Jeśli nie, to z pewnością niedługo doczeka się przekładu i wydania przez Wydawnictwo Replika, jak niektóre z powieści tego autora.

Edward Lee to jedno z ciekawszych nazwisk wśród twórców powieści grozy. Jest mistrzem gatunku nazywanego horrorem ekstremalnym. Jego historie są pełne elementów makabry i tego co po angielsku nazywamy „gore”, czyli lejącej się strumieniami posoki i wnętrzności. W każdej opowieści stara się przekroczyć tabu, wyjść poza ustalony porządek i z wyjątkowym wyrafinowaniem pokonać kolejną granicę tego, co uznajemy za ludzkie. W tych powieściach wątek paranormalny jest raczej niewinnym dodatkiem do tego co jeden człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi, czerpiąc z jego cierpienia rozkosz. Lee miesza wątki okultystyczne z seksualnymi dewiacjami i muszę powiedzieć, że wychodzi mu to wyjątkowo dobrze. Z pewnością nie są to powieści dla wszystkich 😉 Jeśli jednak nie wzdrygacie sie na widok krwi i nie oburzają Was opisy okrucieństwa, udziwnionych praktyk seksualnych czy wymyślnych tortur, to Edward Lee jest na pewno tym kogo warto poznać i poczytać.

„Witch Water” zaskoczyła mnie ciekawym podejściem do tematu wielokrotnie już wykorzystywanego w literaturze grozy, a często nawet nadużywanego, jakim jest historia miasteczka stylizowanego na Salem, gdzie w przeszłości odbywały się procesy o czary, a czarownice palono lub zabijano w wymyślny sposób. Może byłaby to kolejna podobna powieść, gdyby nie jej główny bohater i osobiste demony, z którymi się zmaga.

Stew Fanshawe nie jest człowiekiem, z którym łatwo się utożsamiać. Mężczyzna, w średnim wieku, któremu wyjątkowo dobrze się powodzi. Miliarder, który zdobył fortunę na giełdzie. Pojawia się w Haver-Towne niejako incognito. Nie chce zostać rozpoznany (bywał niejednokrotnie na okładkach Forbes’a) i woli pozostać w szarym tłumie. Bo to co musicie wiedzieć o naszym bohaterze, to to, że cierpi on na pewną manię. Manię perwersyjną, zboczoną nawet (tak myśli sam o sobie), przed którą zmuszony był uciec z miasta i po roku terapii odpocząć na prowincji. Ta perwersyjna mania to voyeuryzm, czyli podglądactwo.

Uważam, że by poznać drugą stronę „Witch Water” jako powieści, konieczna jest konkretna wiedza na temat tego zaburzenia. Voyeuryzm to rodzaj fetyszu, parafilii, czyli zaburzenia seksualnych preferencji, polegająca (tutaj posłużę się definicją profesora Lwa Starowicza) „na powtarzającej się lub utrwalonej skłonności do oglądania ludzi uczestniczących w zachowaniach seksualnych lub intymnych, takich jak rozbieranie się, związana z pobudzeniem seksualnym i masturbacją. Nie towarzyszy temu ani zamiar ujawnienia swej obecności ani zamiar kontaktu seksualnego z obserwowaną osobą”.

Stew walczy ze swoim uzależnieniem, jednak jak to z silnymi, impulsywnymi uzależnieniami bywa, w nieodpowiednim środowisku, przy odpowiednich warunkach, takie uzależnienie może powrócić w jeszcze silniejszym stopniu niż dotychczas.

Haver-Towne na pierwszy rzut oka wydaje się być uroczym, turystycznym miasteczkiem. Jego mroczna przeszłość jest wykorzystywana jedynie w nazwach szlaków, hoteli i restauracji i innych przygotowanych dla odwiedzających atrakcjach.

My, czytelnicy, spoglądamy na to miasto oczami Stew. Dlatego, z początku, nasze postrzeganie jest mocno ograniczone. Bohater odwraca często wzrok, karci sam siebie za zbytnią ciekawość i tłumi w sobie naturalne instynkty obserwatora. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy zaczyna interesować się i poznawać, krok po kroku, historię miasteczka i jego mieszkańców. Czarownik, wiedźmy, tortury… Traktat z diabłem, Compendium Maleficarum i tytułowa „witch water”, czyli woda czarownic, antyteza wody święconej (nie chcę zdradzać szczegółów). I luneta. Nie byle jaka, bo magiczna.

To właśnie ten przedmiot na nowo rozbudza uśpioną percepcję Fanshaw’a. Nagle na nowo rozkwita w nim rządza patrzenia. Jego oczy stają się z chwili na chwilę wszystkowidzące, spragnione penetracji. Widzi więcej i bardziej. W ogóle dziwna rzecz z tymi oczami…

Georges Bataille widział w oczach lustra. Oko było symbolem, służyło transgresji, czyli przekraczaniu. Nasz bohater dzięki oczom przeżywa podróż w głąb samego siebie, bo to właśnie oko wychodzi poza granice, obraca się, by ostatecznie skierować się do wnętrza Stew, jego „czarnego serca”, jego wewnętrznej ciemności, czarnej strony, którą było dane mu poznać tylko dzięki własnej perwersji. To poznanie ostatecznie doprowadziłoby do obłędu, szaleństwa (jak w prozie Lovecrafta, gdzie bohaterowie widzą i nie potrafią pojąć, więc umierają ze strachu), ale w tym wypadku jest inaczej. Penetrujące oko, wzmocnione magicznymi właściwościami lunety i zboczonym umysłem, pozwala mu pójść dalej, poza to co określone i znane. Spenetrować niepenetrowalne. Zobaczyć pulsującą ciemność, czarniejszą niż najczarniejsze otchłanie. Poznać własne serce.

Woda czarownic otwiera granice, przełamuje tabu, załamuje czas i miejsca. W ten sposób opowieść o czarowniku i zaklętym miasteczku otrzymuje całkowicie nowy wymiar. My również, jako czytelnicy, przekraczamy nieprzekraczalne, wstępujemy w ciemność, a dalej są tylko czary.

O.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James

Bombel_Padlina1

Padlina. Brzmi obrzydliwie, ale właśnie o brzydkiej stronie czytelnictwa (szeroko rozumianego)  będzie ten wpis.

Wyobraźcie sobie, że spacerujecie po lesie. Jest uroczy wiosenny dzień. Ptaki śpiewają, cała przyroda zielenieje w rozkwicie. Nagle, coś przyciąga Wasz wzrok. I bynajmniej nie jest to urocza sarenka, czy piękny kwiat. Podchodzicie bliżej. Wzdrygacie sie z obrzydzeniem. Przed Wami leżą zwierzęce zwłoki w początkowym stadium rozkładu. Odchodzicie w pośpiechu.

Gdybyście jednak powstrzymali odruch ucieczki i w przyrodniczej fascynacji zaczaili się za pobliskim krzakiem, niczym legendarny David Attenbourough, zauważylibyście coś dziwnego. Otóż do padliny, z każdej strony, zaczęły by ściągać miriady zwierzątek, robaków i innych leśnych mieszkańców, a samo truchło zniknęłoby w przeciągu dwóch, trzech dni. Największy ruch byłby zapewne w nocy, bo padlinożercy (nazwijmy ich po imieniu), to zazwyczaj dość skryte istoty w naszej strefie klimatycznej. Co więcej, spoglądając na nie w innych okolicznościach, nikt z nas nie pomyślałby o nich w takich kategoriach. Czając się dalej w krzakach, dostrzeglibyśmy od czasu do czasu jakieś dumne zwierzę. Może koneser padliny (trochę jak to jedzenie chińskich starych jaj, wykopanych z ziemi). Może wygłodniały drapieżnik.

Wiem, troszkę zboczyłam z literackiej ścieżki, ale ta leśna metafora to jedyny sposób żeby zobrazować  to co w ostatnich miesiącach dzieje się na światowym rynku wydawniczo-czytelniczym.

Bo widzicie, jako nieustraszona łowczyni opowieści trafiłam właśnie na taka padlinę. I postanowiłam dziabnąć kąsek. Okazało się, że to nie byle jaka padlina, tylko ta z gatunku najgorszych. Taka, która umarła w męczarniach w wyniku zarażenia jakimś bliżej niezidentyfikowanym wirusem (niczym opos w opowiadaniu „Listy z Dżungli”Jack’a Ketchuma i Edward’a Lee). Taka, która powinna być omijana, a nawet objęta [literacką] kwarantanną i ostatecznie spalona miotaczem ognia. A jest zupełnie odwrotnie.

To „Fifty Shades of Grey”, czyli „Pięćdziesiąt Twarzy Greya”. Nie umiem ukryć mojego zdziwienia, a raczej szoku, po przeczytaniu pierwszych rozdziałów. Nie dałam rady przełknąć całości. Ciężko mi nawet o tym pisać, bo całość zakończyła się moją histerią i utratą wiary w ludzkość.

„Pięćdziesiąt Twarzy Greya” E.L. James to najgorsza, zarówno pod względem fabuły (pustej i sztucznej), jak i języka (E.L. James to absolutna GRAFOMANKA) książka, jaką kiedykolwiek było mi dane przeczytać.

To, że z tą książką jest coś nie tak zauważyłam już po dedykacji (pozwólcie, że nie będę cytować, szkoda miejsca). Dalej, z każdą kolejną stroną, kartką, było tylko gorzej:

– regularne powtarzanie wyrazów aż do 4 (!) razy na stronę: nie wyolbrzymiam. Przeraża mnie tylko myśl, że to „coś” musiało przejść przez ręce edytora (wstyd);

– używanie słów niezgodnie z ich znaczeniem: E.L. James nie rozumie co znaczą pojęcia „psyche” lub „podświadomość”, ale po co sobie zawracać głowę takimi głupotami?;

– wykreowanie najgłupszej bohaterki w historii literatury, chociaż będę obstawać przy tym, że to w ogóle nie powinno być nazywane literaturą, ale piśmienniczą mutacją.

To tylko trzy z listy kilkudziesięciu elementów, składających się na smutną całość. Brzmi to jak kiepski żart? Tak, ale żartem nie jest.

Miliony sprzedanych egzemplarzy „żywej” książki.

Miliony sprzedanych e-booków.

Miliony sprzedanych audiobooków.

NA CAŁYM ŚWIECIE.

Patrzę i nie mogę uwierzyć. I wtedy wykluwa się mojej głowie straszne pytanie: jaki jest poziom [intelektualny] tych milionów czytelników? Kim są ludzie, którzy wygenerowali takie liczby?

Nie mi to oceniać, przynajmniej nie publicznie. W zamian postawię inne pytanie: po co w ogóle nam opowieści , bo niestety do opowieści „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” wciąż się zalicza?

Dawniej celem dobrej historii była właśnie historia sama w sobie i ciekawi bohaterowie, z którymi można się było identyfikować. Miała uczyć i bawić. Czasami przestrzegać. Miała uzupełniać życie, wychodzić poza najniższe potrzeby człowieka. Miała karmić nasze umysły, nasze super ego (posługując się terminologią Freuda). Nawet do dziś postrzegane za perwersyjne „Opowieści Kanterberyjskie” Chaucera, „Dekameron” Bocaccia, czyli dzieła Markiza de Sade, uderzały w prostych odbiorców filozoficzną prawdą o człowieku, o tym co cielesne i nieuchronne.

Jednak coś się zmieniło. „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” jest tego dowodem. Trafia TYLKO do najniższych instynktów, do id, pomijając całkowicie zdrowy rozsądek, wyobraźnię i rozum w ogóle.Opiera się bezrefleksyjnie na tym co w nas najniższe, bardziej zwierzęce niż ludzkie: na seksie, zdefiniowanym przez pruderyjną onanistkę, a nie osobę nadającą seksualności jakąkolwiek myśl, czy znaczenie. I na niczym więcej. Myślałam, że odnajdę tam pozytywną, życiową bohaterkę rodem z książek kategorii „chick lit”, czyli a la „Dziennik Bridget Jones”, czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Albo może bohatera, brutalnego i mrocznego niczym Heathcliff z „Wichrowych Wzgórz”. Nie. W zamian znalazłam ciamajdowatą idiotkę i sztucznego, wykreowanego przez hormonalnie zwichrowany umysł, bohatera opartego na podstawie sagi „Zmierzch”. Aż dziwię się, że Christian Grey też nie mieni sie w słońcu. W końcu bohaterka co drugie zdanie rozpływa się nad pięknem jego ciała, szarymi (a jakże) oczami i długimi palcami (o_O). I do tego jest milionerem! I ma tylko dwadzieścia siedem lat! No ale jest potworem, bo przecież lubi miziać się pejczem w zaciszu pluszowego pokoju. A bohaterka potrafi skwitować to tylko wyrażeniami typu: „ojejku”, „rany julek”, „o boże”. Bardzo wyrafinowana literatura.

Po lekturze nasuwa mi się tylko jeden wniosek: „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” to opowieść do samo zaspokajania się, do masturbacji i karmienia niezdrowych, bo nieprawdziwych fantazji. I są to fantazje sapiących w kierunku Justina Biebera czy Zaca Efrona podstarzałych kobiet, które jedyne czego pragną, to cofnąć się w czasie i znowu poczuć się dziewiczymi nastolatkami.  I tego potrzebują miliony.

Szkoda. Trudno. Poczekam, może nadejdą jeszcze kiedyś lepsze dni dla dobrej literatury. Może miliony czytelników opamiętają się. Przejrzą na oczy, że „król jest nagi” i nareszcie ogarnie ich wielki wstyd, że obniżyli poprzeczkę do minimum. I wiecie co? Muszę w to wierzyć, bo przeraża mnie myśl, że mogłoby stać się inaczej.

O.

Smaczek literacki: spotkanie ze Stephenem Kingiem

Dzięki kanałowi University of Massachusetts znalazłam cudny literacki smaczek z wczorajszej konferencji literackiej 🙂

Stephen King dzieli się i odpowiada na pytania słuchaczy i studentów z wydziału literatury angielskiej i pisarstwa kreatywnego swoimi przemyśleniami na temat pisania, inspiracji, pisarskiego fachu. Również opowiada o swojej technice pisarskiej, o strachu i istocie zła.

Co więcej, zapowiada swoje dwie nadchodzące powieści i komentuje popularność „Pięćdziesięciu Twarzy Greya” i tym podobnych tworów pół-literackich.

Osobisty wniosek: Stephen King jest najlepszy.

Kilka uroczych cytatów:

„Spoilers are for wussies!” (Stephen King)

„Everything scares me.” (Stephen King)

„See better, see more clearly.” (Stephen King) – porada dla piszących i pragnących pisać;

Polecam.

O.

„Misery” Stephen King

Bombel_Misery

Stephen King to zdecydowanie i niepodważalnie król horroru i powieści grozy. Jak dotąd jako jednemu z nielicznych pisarzy udaje się mu stworzyć Dużego Buka za każdym razem gdy zasiada do pisania.
A to rzecz unikatowa – wielki dar i wielka umiejętność, podparta ciężką, systematyczną pracą. Nikt tak jak Stephen King nie potrafi opowiadać strasznych historii, budować napięcia czy tworzyć niezapomnianie przeklętych bohaterów. Nikt tak jak Stephen King nie potrafi czerpać ponurej inspiracji z kultury i mitologii, by na swój jedyny i niesamowity sposób wykreować potworną opowieść wyrastającą z rzeczy codziennych bądź ich całkowitego przeciwieństwa.

Ta „potworność” wykorzystywana jest w twórczości Kinga na wiele sposobów: potworne są dosłowne potwory i potworni są ludzie. Potworne są miejsca i potworne przedmioty. Potworne są siły, których nie da się pojąć ludzkim umysłem. Ta potworność to niepohamowane zło. Zło, które w powieściach i opowiadaniach tego amerykańskiego genialnego twórcy panoszy się i opanowuje kolejne karty jego książek, a w nas, czytelnikach, wywołuje paniczny i nieogarnięty strach. Zło, którego rodzajami Stephen King żongluje jak nikt dotąd i które potrafi przyjąć różne oblicza, czasami nawet „najzagorzalszej wielbicielki” pewnego pisarza.

Przypatrując się wybranym powieściom i opowiadaniom wyodrębniłam najważniejsze rodzaje zła nękającego bohaterów opowieści Kinga – bowiem zło złu zawsze u niego nierówne. Różni się swą praprzyczyną, sposobem i miejscem występowania, siłą, umiejętnościami wpływania na ludzkie losy i – a jakże – swym ostatecznym celem, często równie pokręconym, co niezdefiniowanym.

Po pierwsze istnieje tu ZŁO ABSOLUTNE lub inaczej METAFIZYCZNE. Przede wszystkim chodzi tutaj o postać szatana, diabła, Mefistofelesa, ukrywającego się często pod ludzką postacią i zabawiającego się kosztem ludzkiego istnienia. Diabeł jest tutaj absolutem, zgodnie z wiarą chrześcijańską ostatecznym złem, którego głównym celem jest powiększanie kolekcji dusz potępionych. Jego działania opierają się na kuszeniu i spełnianiu obietnic pod pozorem pomocy, a w rzeczywistości na podpisywaniu paktów i zawieraniu umów na wieczność. Takiego zła nie można pokonać, raczej tylko wycofać lub wyciszyć, od czasu do czasu wygnać. Za przykład posłużyć tutaj mogą „Sklepik z marzeniami” lub „Coś”.

Drugi rodzaj zła, to ZŁO MITOLOGICZNE, jak demony lub duchy różnych wierzeń i religii, które wykorzystują ludzi dla swojej zemsty. Wstępują w człowieka, całkowicie go dehumanizując, wykorzystując jedynie ciało, a zabijając istotę. Takie demony są często terytorialne, związane z klątwą i mają swój słaby punkt związany z konkretnym kultem lub religią. Przykładem tutaj może być zło z „Desperacji”, czy „Cmętaża Zwieżąt”.

Kolejny rodzaj zła to ZŁO KOSMICZNE, czyli związane z tym co OBCE, pochodzące zza chmur i gwiazd, często nierozumiejące nas tak, jak my nie rozumiemy jego. W tym przypadku głównym elementem opowieści jest inwazja i zagrożenie gatunku ludzkiego, co znajdziemy w m.in. „Pod Kopułą”, czy „Łapaczu Snów”.

Podążając naszym mrocznym szlakiem natrafimy też na ZŁO ODWIECZNE, czyli WAMPIRYCZNE, istniejące od powstania czasu, jednak z nie do końca jasną genezą. Temat wampirów poruszę jeszcze przy okazji „Miasteczka Salem” i opowiadania „Dola Jerusalem”, choć ostrzec muszę wszystkich fanów „Zmierzchu”, że nie ma tu pseudo-przystojnych, lśniących w słońcu wampiro-laleczek.

Innym rodzajem zła, które wyróżnić możemy w twórczości Kinga jest ZŁO NABYTE, które jest wynikiem zakażenia albo traumy prowadzącej do chorobliwej reakcji na otoczenie lub przedstawione wydarzenia. Jest to zło wyuczone, na które nie ma lekarstwa, atakujące ludzki – i nie tylko – umysł niczym wirus nihilistycznej, gnijącej grypy. Np. „Cujo” lub „Carrie”.

Typowym dla niektórych z tych opowieści jest również ZŁO ZALEGAJĄCE, czyli zło wywodzące się z miejsca lub istoty przedmiotu. Nie ma tu demonów, czy duchów, żadnej personifikacji, istnieje jedynie niezdefiniowana zła energia , jakaś okrutna cząstka lub aura. Przykładem tego typu zła może być hotel z „Lśnienia” czy tytułowa „Małpa”, mechaniczna zabawka o nadnaturalnych zdolnościach.

Ostatnie dwa rodzaje kingowskiego zła to ZŁO Z WYBORU i ZŁO WRODZONE, najbardziej „codzienne”, ludzkie, związane z perwersyjnymi skłonnościami, chorobami psychicznymi, uwielbieniem okrucieństwa i… zła właśnie. Idealnymi przykładami są tutaj„Worek Kości” czy „Blaze”.

Zastanawiacie się dlaczego do przedstawienia i zobrazowania tego tematu – pierwszego z cyklu „Weekend ze Stephenem Kingiem” – wybrałam akurat „Misery”, powieść z 1987 roku, o której od dawna przecież nie jest już głośno? Otóż, to właśnie zło obecne w„najzagorzalszej wielbicielce” Paula Sheldona, Annie Wilkes, jest najbardziej wielowymiarowe i trudne do skatalogowania spośród wszystkich potworów zrodzonych w opowieściach Kinga. Najbardziej myląca, więc ostatecznie najbardziej przerażająca, jest bowiem w Annie jej ludzka postać, tak nie pasująca do jej bytu, do tego kim Annie rzeczywiście jest. To trochę tak jak „garnitur z Edgara”: (fani „Men in Black” od razu zrozumieją co mam na myśli) ciało Annie jest tylko niepasującą, sztuczną powłoką kryjącą obrzydliwą abominację.

Sam bohater powieści, pisarz Paul Sheldon przyrównuje Annie do afrykańskich bożków, jawi mu się ona jako „kamienny monolit i nieuchronność losu”. To element ZŁA ABSOLUTNEGO, gdzie Annie decyduje o życiu i śmierci Sheldona, o jego „być albo nie być”, zabawia się jego kosztem i obserwuje cierpienie, raz po raz zawierając z nim umowy, od których zależy jego przetrwanie, a których nie może on uniknąć. Annie posiada władzę absolutną.

Co więcej, Sheldon ma wrażenie, że Annie często jakby nie jest sobą. To właśnie ten „garnitur”, w tym wypadku z Annie, maska, skorupa kobiety, pusta i gnijąca w środku (zauważyć warto chociażby opis nieludzkiego smrodu dobiegającego z jej ust), kiedy zło chwilowo się wycisza. To element ZŁA MITOLOGICZNEGO, podobnego do demonicznego nawiedzenia: „Pomyślał, że gdyby wyciągnął rękę w kierunku tego uśmiechu, nie natrafiłby na nic prócz jednolitego nieprzeniknionego mroku.”

Co więcej, postać Annie Wilkes zawiera w sobie elementy wampiryczne. „Wysysa” energię życiową z Sheldona, osłabia go na różne sposoby i nie pozwala wrócić mu do zdrowia: „Tak jak posąg pochłaniała wszystko inne.”

Biorąc pod uwagę całą historię opisaną w „Misery” możemy też założyć, że w Annie króluje jeszcze jeden rodzaj zła… Że jest to albo ZŁO NABYTE, od traumy lub choroby, które wywołały niebezpieczne zaburzenia, albo że jest to zło ciągnące się za Annie od momentu poczęcia – że jest ona zła już od przyjścia na ten świat. Jest to o tyle potworne, że musielibyśmy wówczas wziąć pod uwagę, że ludzie nie rodzą się jako tabula rasa, ale z góry skazani są na wewnętrzny rozkład, zaczynając życie z zalążkiem wielkiego zła. Taka właśnie może być Annie Wilkes, najpotworniejsza „najzagorzalsza wielbicielka” w literaturze grozy – fanka ostateczna, reprezentująca totalne ludzkie zło.

O.

„Hobbit, czyli tam i z powrotem”

Bombla_CytatyHobbit_Blog
 

„Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zaburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad.”

„Aby coś znaleźć, trzeba poszukać. Istotnie, zazwyczaj kiedy się szuka, w końcu się coś znajduje, nie zawsze jednak dokładnie to, o co chodziło.”

„Tak oto śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca.”

„Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien

Bombla_Hobbit


Mojej WIELKIEJ przygody z Bukowym blogiem nie mogłam rozpocząć inaczej jak właśnie od powieści o wielkiej wyprawie „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena.
Jest to dla mnie wielki klasyk, książka, którą powinien wziąć w rekę każdy, kto choć odrobinę lubi baśnie i opowieści fantasy. Dla wszystkich znawców i wielbicieli dobrej literatury jest to Gruby Zwierz, na którego warto zapolować tym bardziej, że już na dniach będzie można obejrzeć ekranizację pierwszej części (nie mogę się doczekać!), a ponadto nadchodzi zima, a kiedy indziej zaczytywać sie w pięknych przygodowych opowieściach, jak nie zimą właśnie?

„Hobbit, czyli tam i z powrotem”, to powieść ponadczasowa i z pewnością „ponadwiekowa”. Docenić mogą ją zarówno dzieciaki, jak i dorośli, a nawet wyrafinowani specjaliści od językoznawstwa. Muszę koniecznie tutaj przypomnieć, że świat stworzony przez oksfordzkiego profesora języka i literatury angielskiej jakim był Tolkien, jest nie byle jakim światem. Nie wiem, czy kogokolwiek tym zaskoczę, ale dla mnie samej była to nie lada ciekawostka, że jest to pierwszy świat fantastyczny jaki w ogóle powstał, i który dał podstawy pod całą dzisiejszą literaturę jak i film kategorii fanstasy. To właśnie świat zaprezentowany nam w „Hobbicie”w 1936 roku! To dzięki Tolkienowi zaistniały krasnoludy, elfy, gobliny, orki i hobbity. Swoje inspiracje czerpał z mitologii, szczególnie germańskiej jak i literatury staroangielskiej z „Beowulfem” na czele (jeden z najpiękniejszych, epickich poematów w historii literatury).  Na końcu zebrał wszystko, uporządkował i skategoryzował stając się oficjalnym „ojcem” światów fantastycznych.

„Hobbit” porusza wiele interesujących wątków i można interpretować je na wiele sposobów. Według mnie trzy z nich wyróżniają się na tle innych.

Po pierwsze, na opowieść można spojrzeć oczami dziecka. Tym samym „Hobbit” to ciekawa, baśniowa historyjka o stworach, które wyruszają na poszukiwanie skradzionego skarbu. Jak widać jest to najbardziej uproszczona i spłycona możliwość odczytania fabuły, nie pozbawiona jednak swojego uroku. Sama jako dziecko widziałam w tolkienowskiej książce wspaniałą baśń o smoku (jako wielka fanka dinozaurów kochałam smoki od zawsze i sama pragnęłam wyruszyć na wielką wyprawę 🙂 ). W końcu w dobrych historiach nie trzeba koniecznie się niczego doszukiwać, chociaż warto czasami wyjść ponad to co tylko „widać gołym okiem”.

Kiedy juz zdecydujemy się poznać „Hobbita” od nieco innej strony, zauważymy, że to również historia o dorastaniu i poznawaniu samego siebie. O ile Bilbo Baggins młodzieniaszkiem już nie jest, o tyle sama jego przygoda staje sie właśnie metaforą młodości i ostatecznego stania sie dorosłym. Przy pierwszym spotkaniu hobbit wydaje się być poważny i stateczny, ale jednocześnie, przy rozmowie z Gandalfem, zaczyna wychodzić jego niedojrzałość i infantylność. Ciekawe jest również to, że Bilbo sam sobie wydaje się być ułożonym, pogodzonym z życiem samotnikiem, którego jedynym zmartwieniem jest pilnowanie pory posiłków (zawsze fascynowała mnie ich ilość i nazewnictwo 🙂 ), wydmuchiwanie równych kółek z dymu fajki, czy ilość zapasów w spiżarni.  Dużym zaskoczeniem staje się dla niego udział w wyprawie, bo przecież hobbity za przygodami nie przepadają…

Od pierwszej chwili wyprawa po skarb ukryty w Samotnej Górze ma największy wpływ właśnie na Bilba. Na każdym kroku musi podejmować wyzwania, jakich nie podejmował w całym swoim życiu.  Każdy krok to nowa odpowiedzialność, nie tylko za siebie, ale także wobec innych.  Udowadnia czytelnikom i samemu sobie, że przy odrobinie wewnętrznego skupienia i siły (jak również wielkiej ilości hobbickiego szczęścia) można pokonać własne słabości, nabierając jednocześnie odpowiedniej perspektywy wobec siebie samego. Ten drugi wymiar wyprawy, w głąb siebie, staje się wybawieniem dla Bilbo Bagginsa, ale jednocześnie staje się jego największym przekleństwem.

I tutaj przechodzę do interpretacji według mnie najpełniejszej, stworzonej na podstawie obecności tego o czym sam Bilbo wspomina najczęściej: TĘSKNOTY. Tęsknota jest obecna w „Hobbicie” dosłownie w każdym rozdziale! Tęsknią wszyscy, których Bilbo napotka na swojej drodze i to właśnie to uczucie staje się motorem działań wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych. To tęsknota pozwala iść wyprawie naprzód i to tęsknota pozwala bezpiecznie powrócić. Bilbo tęskni za swoim domem, „bezpieczną, ciepłą norą” przy każdej okazji: kiedy jest za zimno, kiedy robi się głodny (a hobbity głodne bywają praktycznie cały czas), kiedy napotyka niebezpieczeństwo, albo gdy udaje mu się to niebezpieczeństwo pokonać. Co więcej krasnoludy z Thorinem na czele zmierzają pokonać Smauga z tęsknoty za krasnoludzkim przepychem i wielkością, by na nowo odzyskać Górę i stać się panem swojej krainy. Gandalf, z drugiej strony, tęskni, na swój sposób, za prostszymi, bezpieczniejszymi czasami, kiedy świat miał określone prawa i nie tak łatwo można było je łamać. Niedźwiedziowaty groźny Beorn, pan miodowej krainy, tak naprawdę co wieczór siada i z tęsknotą spogląda w góry, które dawniej były jego prawdziwym domem i śpiewa pieśni o powrocie. Nawet Gollum oddaje się wspomnieniu z młodości, tak przecież już oddalonej w czasie. Tęskni również coś, co Gollum pokochał… Tajemniczy pierścień, którego przypadkiem właścicielem staje się Bilbo, również tęsknił… Za nowym panem i za złem, które może odrodzić się na nowo.

Zaskoczyła mnie ta tęsknota zawarta w tolkienowskiej powieści. Ni stąd ni zowąd można zauważyć, że w tym duchu przygody nie ma zbyt wiele radości. Inne siły rządzą w „Hobbicie”, bardziej tajemnicze i skomplikowane. Czasami nie można ich dojrzeć za pierwszym razem, ale trzeba zanurzyć się w tej magicznej przygodzie na nowo. Wystarczy wygodnie usadowić się w fotelu i otworzyć pierwszą stronę. A kto wie? Może i do nas zapuka pewnego dnia wielki Szary Czarodziej, by wyruszyć razem „Ponad gór omglony szczyt?”.

O.

Polowanie czas zacząć!

Pytasz czym jest Wielki Buk? To legenda. To mit. Wielki Buk to symbol i moje marzenie o wspaniałej, idealnej opowieści. Tak uniwersalnej, ponadczasowej i poruszającej, że nie będę mogła przestać o niej myśleć. Takiej, która poruszy serce, umysł i ciało. Opowieści jedynej w swoim rodzaju.

Na taką książkę poluję. Takiej książki poszukuję i nie ustanę póki jej nie odnajdę. Jestem łowczynią opowieści, pożeraczką historii i chciwą czytelniczką. Wyrusz ze mną na łowy po tajemnych ścieżkach literatury!

Polowanie czas zacząć! Wielki Buk czeka!