BEZSENNE ŚRODY: „Karabin” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneKARABIN

 

„I wtedy już wiedziała.
Spojrzała mu w oczy i zobaczyła, czym był naprawdę.
Wiedziała, kim mógł się stać.”

Z prozą Jacka Ketchuma tak już bywa, że potrafi porazić lepiej niż niejeden klasyczny horror. Kierując się bolesnym, ale jakże prawdziwym stwierdzeniem Jean-Paul Sartre’a, że „piekło to drugi człowiek”, Ketchum powraca wciąż do tej tezy i udowadnia ją w każdej swojej opowieści. Pokazuje, że transgresja zła jest ciągle możliwa, a zdeprawowana wyobraźnia ludzka nie zna granic okrucieństwa i wciąż pędzi naprzód. Od lat zastanawiam się nad tym, czy zło jako takie, pierwotne i nieubłagane, może być cechą wrodzoną, czy może jednak jedynie nabytą, poprzez cały bagaż doświadczeń zdobywany z wiekiem. Ta odwieczna filozoficzna polemika zawsze uderza we mnie, gdy zabieram się za teksty tego amerykańskiego autora, zmusza mnie do myślenia o korzeniach gwałtu, przemocy i nienawiści. Chciałabym wierzyć w wersję, że rodzi się z czasem. Chciałabym móc mieć nadzieję, że zła da się oduczyć poprzez odpowiednią terapię, jakieś alternatywne leczenie. Ale chyba jednak nie umiem już w to wierzyć, bo historia raz za razem udowadnia, że dzieje się zupełnie odwrotnie i nic nie można na to poradzić. 

Polemikę zła nabytego i wrodzonego otwiera jedno z opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowane „Karabin”. Już pierwsza scena wzbudza w czytelniku niepokój. Mama dziesięcioletniego Danny’ego, sprzątając, natrafia w szafie syna na karabin. Naładowany. Karabin kradziony, dawną broń jej ojca. Niezwykłe, niebezpieczne znalezisko prowokuje kobietę do rozmyślań o ostatnich, chuligańskich wyczynach syna i kłamstwach z jakimi musiała się zmagać od miesięcy. Analizuje każde nietypowe zachowanie Danny’ego, każdy problem i orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Z chłopcem stało się coś nieodwracalnego, co rozrasta się i nie pozwala mu być takim, jak inni. Danny ma tylko dziesięć lat, powinien być wesołym ciekawym świata, wkraczającym w życie rozrabiaką, a nie złodziejem, podpalaczem i oszustem. Coś w nim przekształciło się… A może od zawsze tam było i tylko czekało, wychylając łeb z ciemności? Matka decyduje się na szybką reakcję, zabiera karabin i rusza leśną ścieżką do kryjówki syna, by spotkać przeznaczenie.

Miłość matki do dziecka ma to do siebie, że potrafi wybaczyć wiele. Często zbyt wiele. Rzadko bywa obiektywna, raczej bezwarunkowa. Każdy morderca, gwałciciel, czy pedofil ma przecież matkę. Nie powstał z próżni. Niestety, często matczyna miłość potrafi być po prostu ślepa. Nie pozwala dojrzeć najbardziej oczywistej z rzeczy. Najgorszej ze zmian. Bo jak w takim wypadku nie obwiniać siebie? Nie czuć wyrzutów sumienia, że gdzieś po drodze wydarzyło się coś znaczącego, a rodzic nic nie zauważył? Nie zwrócić uwagi, że ktoś kto przysłonił kiedyś cały świat nie jest wcale tym, kim nam się wydaje? Ponieważ najtrudniej zrozumieć, że czasami tak już jest – rodzi się człowiek z gruntu zły. Po prostu. Nic dodać, nic ująć. Kontrowersyjny „Karabin” Jacka Ketchuma dotyka tej czarnej strony rodzicielstwa, a w zasadzie macierzyństwa. Pokazuje to, czego nikt nie chciałby zobaczyć – czarną stronę ludzkiej natury. Mroczną stronę dziecka, które już dzieckiem nie jest.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że nie każdy miałby odwagę podjąć ostateczną decyzję.

O.

*”Karabin” znajdziecie w tomie opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowanym „Królestwo Spokoju” (org. ” Peaceable Kingdom”), w Polsce wydanym przez Replikę.

BEZSENNE ŚRODY: „The Lottery” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneTheLottery

„There’s always been a lottery.”

Zawsze odczuwałam swoisty lęk i dystans wobec małych, ograniczonych od lat społeczności. Wizja wniknięcia w struktury takich niewielkich wiosek, odizolowanych od reszty świata miasteczek wydaje mi się przedsięwzięciem wielce ryzykownym, prowokującym do skomplikowanych sytuacji i niekontrolowanych wydarzeń. Obcy wśród samych swoich. Gość na kolejne kilka pokoleń, zanim w pełni zostanie się zaakceptowanym. Odwieczne struktury, układy i zasady panujące w wśród takich społeczności maja w sobie coś bardzo pierwotnego, coś co pozwala powrócić myślami do czasów, zanim to wszystko tak naprawdę na dobre się rozpoczęło. W końcu cywilizacja została zbudowana na wyborze człowieka. Na ustanowieniu reguł, którymi grupa ludzi ma się między sobą kierować. Na braterstwie, miłości, ale także na umiejętności pozbywania się tego, kto ze struktur się wyłamuje, kto nie pasuje do jedynej, dobrej, ustanowionej formy. Łatwo w takich grupach stać się Innym. Wyrzutkiem, niechcianym i nienawidzonym. Wystarczyło wyłamać się tylko trochę, tylko odrobinkę, przez moment stać się wyjątkowym, by juz na zawsze przybrać formę heretyka, dziwaka, czy czarownicy. A takich trzeba się pozbyć. Szybko i łatwo. Na przykład za pomocą corocznej loterii.

W losowaniu i ostatecznym ukształtowaniu przeznaczenia jednego z nich biorą udział bohaterowie krótkiego opowiadania Shirley Jackson zatytułowanego „The Lottery” („Loteria”). W małym miasteczku, w zasadzie wiosce zamieszkałej przez trzysta osób znających się na wylot, każdego roku w pewien czerwcowy dzień od zawsze odbywa się loteria. Wszyscy mieszkańcy, co do jednego, muszą stawić się na placu i wziąć udział w losowaniu. Nikt nie zna początków tej tradycji i nie potrafi wyjaśnić jej istoty czy celu – loteria w wiosce odbywa się od zawsze i tak ma być. Zasady losowania są bardzo proste. Z czarnego pudełka (które po latach już w ogóle nie jest czarne), każdy z mieszkańców wyciąga po jednym głosie. Na jednym ze świstków papieru narysowana jest czarna kropka. Nic więcej. Nikt nie chce wylosować czarnej kropki, bo każdy, nawet najmniejsze dziecko wie, czym kończy się czarna kropka i co dla takiej osoby oznacza. I tylko tyle. Lub aż tyle. W powietrzu czuć rosnące podniecenie – na kogo tym razem padnie los?

„The Lottery” to historia społeczności ślepo trwającej w tradycji, podążającej tropami swoich przodków, nie zważając wcale na zmiany obyczajowe, czy cywilizacyjne. Zakorzenieni w okrutnej przeszłości kontynuują ustanowione przed wiekami losowanie, korzystając z reliktów śmierci z danych lat. Przeraża powszechność tego losowania, pośpiech w kolejnych, mechanicznie odgrywanych czynnościach. Bo każdy chce wrócić do swoich zadań, do domu, mieć to już za sobą. Wielkie spotkanie miejscowych, na którym każdy się śmieje, a jednocześnie śledzi nawet najmniejszy swój ruch. Groza wypływa z oczekiwania na werdykt i z jego beznamiętnej egzekucji. Nie liczą się wtedy już więzy rodzinne. Nie liczą się przyjaźnie czy miłości. Każdy jest sobie równy. Każdy może w chwilę moment stać swoim największym wrogiem. A wybór może paść na każdego. Jest zupełnie przypadkowy, niewymierzony w niczyją słabość. Przynajmniej tak się wydaje. Przynajmniej w to chcemy wierzyć. W końcu tak miało być. Tak jest co roku. Tak jest od zawsze. Bo loteria nie ma początku i nie widać jej końca. Trwa, nawet poza upalnym czerwcowym dniem, poza placem zgromadzeń, wryta w podświadomość mieszkańców, ich umysły i serca.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że pewnego dnia wybór padnie na mnie.

O.

*Pełny tekst tego króciutkiego opowiadania Shirley Jackson znajdziecie całkiem za darmo, w oryginale TUTAJ (klik! klik!)

BEZSENNE ŚRODY: „Dzieci Kukurydzy” Stephen King

Bombla_BezsenneDzieciKukurydzy

 

„The wind rustled softly through the growing man-high corn, making weird sound like respiration.”

Każdy  z nas miewa jakieś fobie. Jedne są mniejsze, inne większe. Niektóre nie pozwalają normalnie egzystować, utrudniają codzienne życie na różne sposoby, a inne bywają męczące jedynie w pewnych określonych sytuacjach. Ja mam fobie dwie, wywołujące we mnie irracjonalne lęki i wielkie poczucie zagrożenia. Pierwsza to strach przed głębinami (może stąd moja obsesja Cthulhu), ciemnością tam panującą i nieodkrytymi hektolitrami osaczającej wody. Na szczęście nie przeszkadza mi ona pływać i wielbić morza i oceany, ale gdy tylko pomyślę o łodziach podwodnych kurczy mi się żołądek. A druga? A druga to strach przed… kukurydzą. Oczywiście nie panika na widok kolby, tylko wielkich połaci kołyszących się kukurydzianych łanów na polu. Bo w kukurydzy łatwo stracić kierunek. Bo jest jak labirynt i można zagubić się w niej i nigdy nie znaleźć wyjścia. Bo jest wielka i szumi złowrogo, jak tylko się do niej podejdzie. Bo „Jeepers Creepers”. Bo „Znaki”. Bo… „Dzieci Kukurydzy”.

No właśnie. „Dzieci Kukurydzy”. Moje pokolenie pamięta pewnie nieskończony cykl filmów pod tym samym tytułem, których (szczególnie pierwsze części) dziko przerażały. To właśnie w czasach mojego beztroskiego dzieciństwa nabawiłam się tej kukurydzianej fobii. A kto jest za to odpowiedzialny? Oczywiście nie kto inny, jak pisarz, który odpowiada także za dziesiątki innych fobii wywoływanych latami u tysięcy innych szczęśliwych jak ja dzieci, czyli niedościgły mistrz – Stephen King. Bo widzicie moi Drodzy, „Dzieci Kukurydzy”to wymysł właśnie tego genialnego pisarskiego umysłu. A niby takie zwyczajne opowiadanie…

Małżeństwo Burta i Vicky ostatkami sił trzyma się na włosku. Niemniej, próbują je ocalić wspólną podróżą do Kalifornii. Niestety, gdzieś na mijanych, bliźniaczo do siebie podobnych polach Nebraski, pomylili zakręty i wjechali nie w tę drogę co trzeba. Wokół nich i wiele mil przed nimi i za nimi nie ma nic oprócz kukurydzianych, zieleniejących pól. Żadnego samochodu. Żadnej stacji benzynowej. Gdy tak jadą, dogryzając sobie nawzajem, w chwili nieuwagi, coś wpada im pod koła. A raczej ktoś. Kilkunastoletni chłopiec, który wybiegł na drogę prosto z kukurydzy. Tyle tylko, że to pierwsze, ulotne złudzenie. Bo kiedy Burt i Vicky przyglądają się ciału w oczy od razu rzuca im się poderżnięte gardło. Ktoś zabił chłopaka i wyrzucił, by zatrzymać samochód. Ktoś, kto teraz ich obserwuje i czeka na jeden błędny krok. Kierują się do najbliższego miasteczka przy wtórze religijnej, dziwnej transmisji w radio, wzywającej do pokuty i składania ofiar. Żadne z nich nie wie, że zakręt w drogę 117 był największym błędem w ich życiu. W górze świeci rozżarzone letnie słońca, a wokół nich kukurydza szepcze swe złowrogie tajemnice.

„Dzieci Kukurydzy” Stephena Kinga to klasyka opowieści, które ja nazywam „historiami złego zakrętu”, a w których błąd lokalizacji sprowadza zagubionych podróżnych do tajemniczych, zapomnianych miejsc i zazwyczaj dla nikogo nie kończy się taki błąd dobrze. W opowiadaniu, początkujący z prozą Mistrza czytelnicy będą mogli zapoznać się z jedną z najbardziej kultowych historii, jak również przyzwyczaić się do jego stylu i przy okazji załapać kukurydzianą fobię. A kto z twórczością Kinga jest już obeznany, z pewnością będzie potrafił wynaleźć symboliczne odniesienia i zapowiedzi innych, późniejszych już dzieł tego amerykańskiego pisarza. Bo to dopiero początek kukurydzianych odniesień. Początek wielkiego zła, jakie stąpa wśród jej łanów.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę snujący się cień wśród nieskończonych zielonych połaci.

O.

* Opowiadanie „Dzieci Kukurydzy” (org. „Children of The Corn”) pochodzi z tomu z 1978 roku „Nocna Zmiana” (org.”Night Shift”) – cały tom polecam bardzo 🙂

**A kto lubi opowieści właśnie z gatunku „złego zakrętu” to polecam filmowe: „Jeepers Creepers” (polski tytuł „Smakosz”), „Droga bez powrotu” („The Wrong Turn”) i „Wzgórza mają oczy” („The Hills Have Eyes”) – wszystkie trzy zawsze mnie cieszą, pomimo że nie należą do najambitniejszych 😉

 

BEZSENNE ŚRODY: „The Mask” Robert W. Chambers

Bombla_BezsenneTheMask

 

CAMILLA: You, sir, should unmask.
STRANGER: Indeed?
CASSILDA: Indeed it’s time. We all have laid aside disguise but you.
STRANGER: I wear no mask.
CAMILLA: (Terrified, aside to Cassilda.) No mask? No mask!

The King in Yellow: Act 1-Scene 2d.”*

The King in Yellow. Król w Żółci. Tom opowiadań. Zapomniana sztuka. Postać. Jeden z Pradawnych. By móc wkroczyć w świat opowiadań Roberta W. Chambersa i nie zatracić siebie gdzieś po drodze, warto najpierw poznać kilka niesamowitych faktów, które pozwolą lepiej zrozumieć czym tak naprawdę jest The King in Yellow. To sztuka. Zupełnie fikcyjna. Taka, która nigdy nie powstała. Zakazana. A jednak to właśnie jej treść jest wiodącym motywem poszczególnych historii Chambersa. Nawiedza ich bohaterów, by sprowadzić w otchłanie szaleństwa, do królestwa wiecznej żółci, gdzie dwa słońca podziwiają swoje oblicza w toni jeziora królestwa Carcossy. Nikt nie jest pewny z ilu aktów sztuka tak naprawdę się składała. Nikt do końca nie wie, co takiego kryła w sobie, że każdy kto zaczynał ją czytać pogrążał się w obłędzie i nigdy nie wracał do normalności. Jedno jest pewne – nam pozostały jedynie fragmenty, wycięte sceny i kilka symboli: tytułowy Król, władca tego szaleńczego królestwa, troje bohaterów, mieszkańców Carcosy i The Yellow Sign, czyli Żółty Znak, który przedostaje się do rzeczywistości opowiadań Chambersa, a który prowadzi bohaterów do zakazanego świata tej historii.

Along the shore the cloud waves break,
The twin suns sink behind the lake,
The shadows lengthen
In Carcosa.

„The Mask”, czyli Maska to drugie opowiadanie z tomu opowiadań Chambersa „The King in Yellow”. W dekadenckim środowisku wyzwolonych artystów, niejaki Boris Yvain wynajduje nową, wyjątkową metodę, która pozwala wszystko (WSZYSTKO) przekształcać  w marmurową rzeźbę. Boris, który inspirację do swoich alchemicznych eksperymentów odnalazł nie gdzieś indziej, a właśnie w zakazanych tomie The King in Yellow z czasem popada w obsesję, a wraz z postępującą chorobą jego twarz powoli zamienia się w bladą maskę śmierci. Jego najlepszy przyjaciel, Alec, który jest także narratorem tej historii, nie potrafi mu pomóc, jedynie biernie obserwuje przemianę Borisa i próbuje wspierać jego żonę Geneviève. Pewnego dnia, w akcie rozpaczy, będąc pod wpływem narkotyków, młoda kobieta wpada do „marmurowego” płynu i zamienia się w doskonałą, ludzką rzeźbę. Życia Borisa i Aleca staje się koszmarem. A do tego nic tutaj nie jest wcale takie jak się wydaje i wszelkie dramatyczne akty mogą mieć niesamowite rozwiązanie.

Opowiadanie Chambersa to pełna ukrytych symboli, odniesień i szalonych elementów historia, której wielowymiarowość jest jedną z jej najbardziej kluczowych cech. Obłąkana sztuka przewija się po kartach „Maski”, osacza jej bohaterów i hipnotyzuje ich umysły, przedostając się do naszego świata i wprowadzając szaleńcze motywy do naszego realnego życia. Im dalej pogrążamy się w świecie stworzonym przez autora, tym więcej rozmyślamy o Królu w Żółci, tym więcej pragniemy poznać dzieje mieszkańców upadłej Carsossy, tym bardziej marzymy o tym, by przeniknąć do tamtego świata, zobaczyć chociaż jego cień. Lub tylko zerknąć na kolejne strony tej zakazanej sztuki. Podejrzeć jej wizjonerskie oblicze zza zasłony opowieści. Tylko jeszcze jedna scena. Tylko jeszcze jeden akt.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo czuję gdzieś głęboko ukryte we mnie bliźniacze słońca Carcossy.

O.

*Tom opowiadań „The King in Yellow” inspirował największych z największych gatunku weird fiction. Król w Żółci, jako postać, trafił do mitologii Cthulhu Lovecrafta, stając się elementem kanonu, a jako zakazana sztuka, sprowadzająca ludzi w obłęd, zainspirował samego Edgara Allana Poe. Zachęcam do eksplorowania tego mythosu na własną rękę (i własną odpowiedzialność), zerkając chociażby na tę stronę: TUTAJ (klik! klik!)

**Pełny tom opowiadań Roberta W. Chambersa „The King in Yellow” znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik!klik!)

***A kto chciałby przeczytać tylko „The Mask”, to cały tekst opowiadania znajdzie TUTAJ (klik!klik!)

***A Tommyknocker z Samotni podrzucił link do polskiej edycji wydanej niedawno, do kupienia TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Koty Ultharu” H.P. Lovecraft

Bombla_BEZSENNEKotyUltharu

 

„Rozmawiano o starym wieśniaku i jego żonie, o taborze dziwnych wędrowców, małym Menesie i o wyglądzie nieba podczas jego modlitwy, o tym, co robiły koty w noc, kiedy tabor odjechał, i o tym, co później znaleziono w starej chacie, pośród mrocznych drzew, przy zaniedbanym, zarośniętym chwastami, odrażającym poletku.”

Dla wielu z nas psy, koty i inni przydomowi pupile to, jak powiedział kiedyś Św. Franciszek z Asyżu, „nasi bracia mniejsi”, włochaci (lub niewłochaci) członkowie naszej rodziny, może mniej uprzywilejowani, ale nie znaczy to wcale, że mniej ważni. Gdy mowa o znęcaniu się nad zwierzętami, biciu ich i umęczaniu, każdy normalny człowiek wzdrygnie się na samą myśl. Właściciel, który szanuje i traktuje swoje zwierzę jak wiernego towarzysza wzdrygnie się prawdopodobnie z podwójną mocą, a przed oczami przelecą mu potworności, o których wcale nie chciałby myśleć. Wierzy, że byłby w stanie ochronić swojego zwierzęcego przyjaciela i za nic na świecie nie pozwoliłby go skrzywdzić. Ale opowieści, szczególnie te straszne, kierują się swoimi prawami, a czasami ich elementy możemy odnaleźć w naszej rzeczywistości. Jakkolwiek próbowalibyśmy udawać czy oszukiwać, że to się wcale nie dzieje, że świat się zmienia, a natura człowieka ewoluuje, to wciąż można usłyszeć o ludziach pokroju pewnej pary, np. takiej z jednego ze Snów Terroru i Śmierci.

„Koty Ultharu” to jedna z pierwszych opowieści legendarnego już Samotnika z Providence, ojca mitologii Cthulhu, czyli H.P. Lovecrafta. Jest to historia niezwykła na tle całej twórczości pisarza, bo dotykająca jedynie kawałka tego co niedopowiedziane, tajemnicze, a czego mistrzem był Lovecraft. W mieście Ulthar nie wolno zabijać kotów. Niby prosta sprawa, prawda? A jednak kiedyś, zanim przydarzyło się to, o czym opowiada ta historia, nie było to znowu takie oczywiste. W tym spokojnym mieście przepadano za kotami. Prawie w każdym domu był jeden i każdy z nich był ulubieńcem swoich właścicieli.  Ale nie wszystkim podobał się taki układ rzeczy, a raczej nie wszystkich dotyczyło to uwielbienie. Bo zawsze są jakieś wyjątki. Czasami okrutnie skrajne. Na przedmieściach, w ruderze wśród chaszczy, mieszkała dwójka złośliwych i zapijaczonych staruszków. Ta odrażająca para każdej nocy, w ramach zabawy, wyłapywała jednego kota i katowała go w sobie tylko znany, zwyrodniały sposób. Mieszkańcy wiedzieli o tym, ale milczeli ze strachu. Dlaczego? Nie wiem. I pewnego dnia przyjechała do miasta tajemnicza karawana z Południa, a wraz z nią mały chłopiec i jego ukochany koci pupil. A reszta to już legenda Ultharu. Ku przestrodze.

To krótkie opowiadanie Lovecrafta zawiera w sobie wszystko to, z czym, niestety możemy spotkać się i dzisiaj wszędzie tam, gdzie panuje ciemnota i niezrozumienie dla poszanowania zwierząt. Bo skoro wielu ludzi wciąż nie potrafi poprawnie zidentyfikować podstawowych praw człowieka, to tym bardziej nie będą potrafili ogarnąć swoim ograniczonym rozumem praw do życia wszystkich innych istot. Ale najważniejsze to nie pozostawać obojętnym. Nie zamykać oczu. Nie udawać, że nic się dzieje, gdy ktoś kogo znamy, lub którego mamy świadomość, maltretuje słabszych od siebie. Bo tego nie robi się kotu. Ani żadnej innej żyjącej istocie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę tęskne zawodzenie za oknem i już wiem, że to człowiek jest największym z największych potworów.

*Pełny tekst, w oryginale (Lovecraft pięknie pisał – kto zna angielski niech koniecznie spróbuje!) znajdziecie tutaj (klik! klik!).

**A w ramach uzupełnienia, kto chętny i kto natrafi, polecam prześwietny esej Lovecrafta zatytułowany Koty i Psy, w którym skrupulatnie udowadnia wyższość tych pierwszych nad drugimi, a który znajdziecie w „Koszmarach i fantazjach”. Co prawda jestem wielką psiarą, ale nie umiem nie cieszyć się z tego zabawnego tekstu i również Wam polecam.

BEZSENNE ŚRODY: „Berenice” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneBERENICE

 

„Berenice! Wymawiam jej imię – Berenice! – i ze zmurszałych ruin mej pamięci na skinienie tego dźwięku wynika tysiąc burzliwych wspomnień! Ach, postać jej żywcem stoi mi w oczach, jak w pierwszych dniach naszych uniesień i naszego wesela! O, wspaniałe, a jednak fantastyczne piękno, o, sylfida z gajów Arnheimskich! O, najada pośród kaskad! A potem – a potem wszystko staje się tajemnicą i zgrozą, powieścią, która nie chce się wypowieścić.”

Miłość. Niezwykłe uczucie. Intrygujące, bo tak bardzo wielowymiarowe. Zawierające w sobie zarówno pierwiastki dobra, jak i zła. Bo przecież kryje się w niej tyle podległych odcieni i innych emocji. W miłości zawierają się porażające siłą doznania, które potrafią zwalić z nóg i nawet najbardziej rozsądnego człowieka znieść na ścieżki szaleństwa. W miłości, chociaż wydaje się, że tam tylko miłość jest (a to złudne wrażenie i bardzo mylące), dostrzec można razem, w konfiguracjach szalonych lub całkiem osobno, a czasami w ogóle: namiętność, poświęcenie, zazdrość, obsesję, przyjaźń, nienawiść, uległość, czy szczęście, które z biegiem dni przeradza się w mękę.

O miłości szalonej, obsesyjnej, która prowadzi do tragedii i pomieszania zmysłów opowiada Edgar Allan Poe w pierwszej historii z cyklu Śmiertelny uścisk miłości, zatytułowanej „Berenice”. Jej dzieje poznajemy z ust Egeusza, który wspomina swoją ukochaną – młodą dziewczynę imieniem Berenice. Wychowywali się razem w jego rodzinnej posiadłości, para całkowitych przeciwieństw, pokochali się trochę na przekór. Ona pełna życia, urocza i zwinna. On chorowity, pogrążony w marzeniach i zawsze zamknięty w murach domowej biblioteki. I gdy sny o małżeństwie mają się ziścić, ona zapada na tajemniczą chorobę. Niknie w oczach, traci samą siebie, ból odbiera jej tożsamość, a Egeusz nie poznaje już jej, załamuje się i popada w dziwny rodzaj depresji. Depresji, która wywołuje manię, obsesję na punkcie szczegółów. Godzinami wpatruje się w jeden punkt, w jedno zdanie w księdze, powtarza jedno słowo. Wraz z chorobą Berenice sen o miłości rozmywa się i rozpada na kawałki.

Okrutna choroba ukochanej wyzwala w Egeuszu pokłady manii na punkcie samego siebie. Snuje rozważania natury osobistej, wspomina Berenice, a tak naprawdę, w jakiś perwersyjny sposób zachwyca się jej zanikaniem, „widmowością” chorobowej aury, jej przekształcaniem się w ducha, z maską zamiast twarzy.  Z jednej strony dopiero wtedy uświadamia sobie, że ją kocha, a z drugiej czuje do jej nowego ciała odrazę, boi się jej. Przeraża go  jej widok – wychudzenie, wyniszczenie i wyssanie przez chorobę. Ale to co poraziło go doszczętnie, to co odebrało Egeuszowi resztki samokontroli i zepchnęło w otchłań obłędu, to widok jej wielkich, białych, nieskalanych zepsuciem zębów. To zęby wprawiły go w opętańczy zachwyt i podniecenie. Zbudziły w nim potwora, dziwoląga, owładniętego jedną, jedyną makabryczną myślą:

„– Zęby! – Zęby! – Były tu, były tam – były wszędzie.”

Opowieść Edgara Allana Poe to historia miłości, która w chwili największej próby przekształciła się w potworną obsesję. Tak silną, że rozum nie miał w tym przypadku już nic do powiedzenia. Tylko czas pozwala Egeuszowi spojrzeć na Berenice z dystansu. Pozwala mu spróbować nadać sens temu, co się wydarzyło. Historia okrutna i niezwykła, tchnąca klaustrofobią dusznej komnaty gotyckiego zamczyska, gdzie nie ma słońca, nie ma orzeźwiającego wiatru, nie ma życia. Tylko śmierć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo przed oczami mam makabryczną maskę śmierci o zapadniętych wargach.

O.

* Wszystkie opowieści Edgara Allan Poe, całkiem za darmo i w pełni legalnie, do ściągnięcia w oryginale, znajdziecie na stronie Project Gutenberg (klik! klik!) – „Berenice” jest w tomie 2. 🙂

A Lolanta z LolaCzyta odnalazła „Berenice” po polsku, w różnych formatach do wyboru,  na Wolnych Lekturach (klik! klik!), również za darmo i w pełni legalnie  – dziękuję! 🙂

„To” Stephen King

Bombla_To

„Come on back and we’ll see if you remember the simplest thing of all: how it is to be children, secure in belief and thus afraid of the dark.”

Czasami odnoszę wrażenie, że Stephen King odpowiada za większość irracjonalnych fobii u osobników płci obojga dorosłej populacji. Jego fabularne pomysły bywają tak potworne i niepojęte, że podświadomie wchodzą nam w umysł, penetrują go i znajdują przytulne miejsce, by ni stąd ni zowąd wyskoczyć w najmniej spodziewanym momencie. Czasami pogrążając nas i ośmieszając, gdy my nic nie możemy na to poradzić. Strach istnieje poza nami i zostaje nam jedynie bezwiednie mu się poddać. Oczywiście twórczości Kinga nie można obwiniać za wszystkie najgorsze nękające nas lęki, ale z pewnością istnieje pewna fobia, którą u wielu czytelników wywołała jedna z jego najsłynniejszych powieści. Mianowicie koulrofobia, czyli irracjonalny strach przed klaunami. Zapytacie: strach przed klaunami? Głupie. Czego tu się bać? No właśnie, czego? Jednak ten kto miał szansę przeczytać powieść „To” Stephena Kinga będzie wiedział co mam na myśli. 

„To” (tytuł oryginału „It”) to opowieść o siedmiorgu przyjaciół, którzy próbują stawić czoła tajemniczej, złowieszczej istocie spoza czasu i przestrzeni, której ofiarami padają dzieci z miasteczka i okolic Derry. Szczególnie te małe i bezbronne, o otwartym sercu i wyobraźni, niezdeprawowanych jeszcze przez ograniczenia i sztywne idee dorosłości. Istota ta poluje w przebraniu klauna, jako że to właśnie klauny przez wielu uznawane są za symbol dzieciństwa, beztroski i zabawy. Przybierając oswojoną formę, chowając prawdziwą twarz za przerysowaną maską sztuczności i uśmiechu na pokaz, istota ta z łatwością może zwabiać nic niepodejrzewające dzieci i karmić się ich strachem. Potem zabierać to co zostało do swojego królestwa ciemności i trzymać tam po wieczność. Ich zmasakrowane ciała od lat znajdowane są w odizolowanych miejscach, związanych z wodą: ciemnych studzienkach ściekowych, bagnach, nabrzeżu rzeki czy rurach kanalizacyjnych. Miasteczko Derry zmaga się ze swoją tajemniczą plagą zabójstw, która zbiera żniwo co trzydzieści lat i pochłania kolejne dziecięce ofiary. Ale jak się okazuje jest ktoś, a raczej kilka osób, które mogą pokonać odwieczną siłę czającą się w tunelach miasta i zwalczyć zło, które je pożera.

Fabuła powieści rozgrywa się w dwóch przedziałach czasowych: latem w 1957 i w 1987 roku. Wszystko zaczyna się wielką rodzinną tragedią. Sześcioletni chłopiec, George, goniąc papierową łódeczkę, w deszczowy dzień zostaje porwany do ścieku przez przyjaźnie wyglądającego klauna o imieniu Pennywise. Ten kusi chłopca balonikiem i George pozwala wciągnąć się w śmiertelną pułapkę. Kilka miesięcy później, w upalne lato, przeznaczenie łączy siedmioro młodych nastolatków, w tym starszego brata George’a, którzy zostają przyjaciółmi na dobre i na złe i zakładają The Losers’ Club („Klub Nieudaczników”), składając przysięgę wzajemnej pomocy i wiecznej przyjaźni. Te wakacje odmienią ich życie, a spotkanie z Pennywisem scali na zawsze i zmusi do powrotu w trzydzieści lat później, gdy morderczy klaun na nowo przebudzi się ze snu, rozpoczynając polowanie.

Tym razem bohaterowie będą zmuszeni postawić wszystko na jedną kartę, być gotowym na ostateczne poświęcenie i przypomnieć sobie czasy, gdy siła czystej, dziecięcej wyobraźni była największą mocą z możliwych. Największym problemem jest właśnie dorosłość i utrata szczerego podejścia do zjawisk tajemniczych i niewyjaśnionych. Przyjaciele z dzieciństwa muszą powrócić i od nowa uwierzyć w klauna Pennywise, bo tylko wtedy zyskają nad nim przewagę i zdołają go pokonać. Ten powrót to nic innego jak przypomnienie sobie i zrekonstruowanie wydarzeń własnej młodości. 

W 1957 roku całą grupę połączyły nie tylko niezwykła przyjaźń, wzajemna pomoc i wsparcie, ale także smutne doświadczenia, których w tak wczesnym okresie nie oszczędziło im życie. Uciążliwe jąkanie, utrata młodszego brata i miesiące żałoby w przypadku Billa. Znęcanie się psychiczne i molestowanie seksualne w rodzinie Beverly. Wieloletnia walka z otyłością i z niskim poczuciem własnej wartości u Bena. Hipochondria i obsesyjna matka cierpiąca na zastępczy zespół Münchhausena w przypadku Eddiego. Problem z tolerancją i poszukiwaniem swojej tożsamości z jaką zmagali się czarnoskóry Mike i wywodzący się z żydowskiej rodziny Stan. W końcu Richie, który pomimo usposobienia żartownisia i wiecznego wesołka nigdy nie zdołał osiągnąć popularności na jaką liczył.

W Derry wyparte traumy i nieszczęśliwe wypadki tamtego lata powracają do nich falami, powoli przypominając kim naprawdę jest Pennywise i jak mogą z nim walczyć. Zaczynają rozumieć, że jest on symbolem wszelkiego nieszczęścia i zła na świecie. To także żywe uosobienie koszmarów, od których przez tyle lat uciekali, i o których próbowali zapomnieć. To brutalna i nieograniczona w czynach istota, dla której życie nie ma żadnej specjalnej wartości, śmierć tym bardziej. Liczy się efekt. Im bardziej makabryczny i krwawy, tym lepiej.

Jak to z prozą Stephena Kinga bywa jego książki zawsze mają drugie, ukryte dno. Z jednej strony „To” jest po prostu opowieścią o odwiecznym demonie, który poszukuje swych ofiar wśród najbardziej podatnych istot na świecie. A z drugiej strony, jest historią ucieczki i wielkiego powrotu, wbrew własnej woli, do czasów, które wcale nie były tak sielankowe, jak mogłoby się wydawać. To przypowieść o życiu i śmierci, traumach dzieciństwa i sile pamięci człowieka, od której nikt nigdy nie będzie potrafił się w pełni wyzwolić, na zawsze pozostając więźniem przeszłości. I wesołego klauna Pennywise.

O.