10 najczęściej czytanych książek na świecie

Bombla_NajczseciejCzytaneCzy zastanawialiście się kiedyś jakie książki są najczęściej czytane na świecie? Najczęściej kupowane? Te najpopularniejsze z całej literatury? Ja rozmyślałam o tym dość często. W końcu książkowo ciekawska jestem z natury.  I wyruszyłam na poszukiwania. Całkiem przypadkiem natrafiłam na genialną grafikę Jared’a Fanning’a, potem na artykuł przygotowany przez James’a Chapman’a* i od razu wiedziałam, że pewnego dnia przyjdzie czas na ten wpis. Trochę odczekałam na odpowiedni moment. Ten dzień nadszedł dzisiaj 🙂

Top_10_books

TOP 10 brzmi trochę jak lista przebojów. I może faktycznie tak jest. Literacka lista najpopularniejszych książek. Książek wydrukowanych i sprzedanych w ostatnich pięćdziesięciu latach. Czy są to te najlepsze? Te bez których ludzkość nie mogłaby się obejść? Niestety, jak to z listami przebojów bywa można tu znaleźć pozycje nad wyraz godne, te przyzwoite i te, których nie powinno być wcale, ale niestety sprzedaż, druk jak i konieczność ich posiadania mówią same za siebie i nie było wyboru.

Przed Wami literackie TOP 10. Tym razem zacznijmy od końca:

Anne10. „Dziennik Anne Frank” Anne Frank

Uznany za jedno z największych dzieł literatury światowej, pamiętnik Anne Frank to dokładna, nad wyraz dojrzała relacja z ponad dwuletniego ukrywania się Anne i całej jej rodziny podczas nazistowskiej okupacji Holandii. Trudno nie czytać „Dziennika…” ze smutkiem i swego rodzaju poczuciem straty, gdy wiemy już, że kryjówkę zdradzono, a bohaterka zmarła w obozie kilka miesięcy później… Lektura trudna przez poczucie nadchodzącej zagłady, a jednocześnie przyjemna, bo Anne w błyskotliwy sposób udało się opisać te ostatnie lata swojego życia.

Hill9. „Myśl! i bogać się” Napoleon Hill („Think and grow rich”)

Ten napisany w 1937 roku poradnik wciąż bije na świecie rekordy popularności. Chociaż może „poradnik” to trochę zbyt uproszczone słowo na opisanie tej książki. Jest to raczej zachęcenie do pracy i przyjęcie pewnej filozofii sukcesu, dzięki której, w przyszłości, dzięki ciężkiej pracy, wysiłkowi i odpowiedniemu nastawieniu, każdy jest w stanie stać się dobrze prosperującym człowiekiem. W każdej dziedzinie życia. Coś dla samorozwoju, budowania motywacji i pewności siebie. Napisane w czasach Wielkiej Depresji, dzisiaj w czasie kryzysu sprawdza się jak nigdy dotąd.

przeminelo8. „Przeminęło z Wiatrem” Margaret Mitchell („Gone With the Wind”)

Tej powieści pewnie nikomu nie muszę przedstawiać, tym bardziej, że już wcześniej do niej zachęcałam. Dla przypomnienia to pełna namiętności, miłości i zdrady historia pięknej belle z amerykańskiego Południa: Scarlett O’Hary. A w tle wojna secesyjna, krwawy upadek Południa, obalenie niewolnictwa i wielkie zmiany, nie tylko dla całych Stanów Zjednoczonych, ale przed wszystkim dla głównej bohaterki. I jej niezapomniane, kultowe motto: „Bo jutro też jest dzień”.

zmierzch7.  Saga „Zmierzch” Stephenie Meyer („Twilight Saga”)

Bardzo chciałabym nie pisać o tej pozycji, a raczej pozycjach kilku, bo to przecież cztery porządne tomiszcza. Ale najwidoczniej nie mam wyboru 😉 Hit wśród młodzieży. Kultowe powieści nastolatków. Wampiry kontra wilkołaki. Odwieczny konflikt. A w tym wszystkim zagubiona, stłamszona i ciamajdowata Bella, która nie może zdecydować się kogo wybrać, czy bladolicego Edwarda, czy śniadego Jacoba. I cierpi. A potem w końcu wybiera. I jeszcze więcej wampirów i wilkołaków.

Kod6. „Kod Leonarda da Vinci” Dan Brown („The Da Vinci Code”)

Jedna z najbardziej popularnych powieści ostatnich lat, wciąż na pierwszym miejscu wśród czytelników Wielkiej Brytanii. Pełen wartkiej akcji, tajemnic i morderstw thriller, którego głównym bohaterem jest Robert Langdon. Ten historyk, profesor, specjalista od symboli zostaje wplątany w odwieczny religijny spisek i niczym współczesny rycerz okrągłego stołu wyrusza na poszukiwanie Świętego Graala. A w tle Paryż i oczywiście obrazy Leonardo da Vinci. Typowy przykład literatury pop, dla każdego kto nie wymaga zbyt wiele.

alchemik5. „Alchemik” Paolo Coelho („The Alchemist”)

Jedna z książek, których rewelacyjnego odbioru zupełnie nie rozumiem. Przez wielu uznawana za niesamowitą, pełną odwiecznej mądrości, ekstremalnie przeładowaną filozofią powieść.  W gruncie rzeczy jest wyjątkowo tanim chwytem na zbolałe życiem serca naiwnych czytelników, zapełnioną pustymi „rozważaniami” w stylu: „W życiu bo­wiem is­tnieją rzeczy, o które war­to wal­czyć do sa­mego końca”, czy „To oczywiste, że ludzkość zdoła zachować moc.” Po przeanalizowaniu „filozofii” Coelho, wycięciu nic nieznaczących frazesów zostaje może dziesięć stron słabej prozy. Najlepsza dla wciąż „szukających swojej drogi ” zagubionych gimnazjalistów, prawdziwa filozofia light, bez kalorii i żadnych wartości odżywczych.

Tolkien4. „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkien („Lord of the Rings”)

Pozycja obowiązkowa. Kultowa powieść, która jest podstawą całego współczesnego fantasy, a sam Tolkien został mianowany „ojcem” gatunku. To on sklasyfikował elfy, krasnoludy, orków i gobliny. To dzięki niemu po Śródziemu biegają hobbity. Można się kłócić skąd czerpał inspiracje. Można próbować ubliżyć jego umiejętnościom kreowania światów. Ale bez Tolkiena popkultura, w tym filmy, literatura, gry komputerowe, byłaby o wiele uboższa… Nawet jeśli dzisiaj staje się modne bycie anty-Tolkienem.

Harry3. „Harry Potter” J.K. Rowling

Siedem tomów opowiadających dzieje młodego czarodzieja, który walczy ze swoim odwiecznym wrogiem Voldemortem zmieniły życie całego pokolenia. Przez lata czekaliśmy na kolejne tomy, obawiając się o ukochanych bohaterów, razem z nimi przeżywając rozterki i wykłócając się o przynależność do domów Hogwartu. Potem równie długo czekaliśmy na kolejne części ekranizacji. Rowling udało się odświeżyć literaturę dziecięcą i młodzieżową. Wprowadzić element zapomnianej magii we współczesność. Odrealnić trochę rzeczywistość. Baśń, legenda, thriller i dobrze opowiedziana historia dla małych jak i dla dużych czytelników.

mao2. „Wyjątki z dzieł przewodniczącego Mao Tse-Tunga” (Czerwona Książeczka) Mao Tse-Tung

Co by tu dużo pisać… Obowiązkowa pozycja dla WSZYSTKICH obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. NIE do odrzucenia. NIE do podważenia. Prawie czterdzieści lat po śmierci Mao wciąż na szczycie.

biblia1. „Pismo Święte”

Czy ktoś jest mocno wierzący, wierzący tylko trochę, prawie wcale, czy w ogóle niewierzący, obojętnie, Biblia jest świetną, pełną niezapomnianych historii lekturą. Są tu przypowieści, legendy, baśnie, piękna poezja. Mieszają się wszystkie gatunku: horror, thriller, sensacja, melodramat i powieść obyczajowa, a nawet elementy erotyki. I tony symbolicznych odniesień i odwiecznych archetypów. Stary Testament, Nowy Testament, tysiące stron zapisanych maczkiem dla wytrwałego czytelnika może starczyć naprawdę na długo.

Nie każda z tych książek jest idealna (o nie), ale dobrze zobaczyć, że ludzie czytają, lubią czytać i z pewnością zawsze czytać będą 🙂

O.

*Cały artykuł do poczytania na stronie:  http://www.squidoo.com/mostreadbooks

** Grafiki Jared’a Fanning’a do pooglądania na jego stronie: http://www.jaredfanning.com/

„Nie myśl, że książki znikną” Umberto Eco, Jean-Claude Carrière

Bombla_EcoCarriere copy

Według tegorocznych badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa w Polsce prawie 61% Polaków nie dotknęło żadnej, nawet najmniejszej książki, ani nie miało kontaktu ze słowem pisanym. W ogóle. Tak, to bardzo bolesne badania. Potworne statystyki. We wrażliwych miłośnikach literatury mogą wywołać nocne koszmary. Po przeczytaniu tego sprawozdania mi również chodziły po głowie chore myśli i przerażające historie o końcu ery czytania. Przypomniały wizje palenia książek. Po prostu wielka czytelnicza tragedia. 

Jednak całkiem niedawno, po dwóch latach od zakupu, sięgnęłam na półkę i wyciągnęłam „Nie myśl, że książki znikną”. Ta książka jest bardzo nietypowa. To nawet nie konkretna książka (pozostaje nią tylko w formie), ale zapis rozmowy dwóch wielkich intelektualistów, a zarazem zapalonych bibliofili: Umberto Eco i Jean-Claude Carrière. Na wszelki wypadek przedstawię pokrótce obydwu panów, gdyby ktoś miał problemy ze skojarzeniem nazwisk 🙂

Umberto Eco to włoski językoznawca, filozof, mediewista, pisarz, eseista i krytyk literacki. Natomiast Jean-Claude Carrière to francuski pisarz, scenarzysta i… aktor, który przez lata współpracował w tworzeniu legendy kina razem z Luisem Buñuelem. Mianownikiem wspólnym wydaje się być tutaj pisarstwo. Ale nie dajmy się zwieść pozorom. Bo to czym fascynują się obaj panowie, tym co ich łączy w wyjątkowy sposób to wielka, nieskończona miłość do książek. Każdy z nich przez całe swoje życie zbiera rzadkie wydania do swoich imponujących prywatnych bibliotek. Imponujących, bo zawierających kilkaset tysięcy egzemplarzy, z których olbrzymia większość to białe kruki. Pierwsze wydania, wydania ograniczone, książki zakazane, ostatnie egzemplarze… Cuda literatury światowej. Kolekcja, o której marzy niejeden czytelnik. Dlatego jeśli komuś zaufać w kwestii czytania, to z pewnością właśnie im.

Jak już wspomniałam wyżej „Nie myśl, że książki znikną” to zapis dyskusji. Tytuł mówi już sam za siebie. I stanowi zarazem bardzo optymistyczną odpowiedź na nurtujące pytanie: czy w dobie postępującej cyfryzacji i ogólnie pojętej technizacji codzienności stara, dobra książka ma szansę przetrwać? Zarówno dla Eco, jak i dla Carrière odpowiedź jest oczywista. Książki nie znikną nigdy. Dlaczego? Bo są nośnikiem perfekcyjnym. Doskonałym wynalazkiem, którego nic jeszcze nie było w stanie pokonać. Mogą zmieniać się technologie. Mogą powstawać nowe nośniki, ale oczywistym jest, że żaden z nich nie pokona tradycji, bo w odróżnieniu od tych „cudów” książki są trwałe i są w stanie przetrwać najdłuższy okres czasu jednocześnie nie tracąc swojej ważności. A technologia może tylko ułatwić do nich dostęp i rozpowszechnić jeszcze bardziej.

Powodów jest oczywiście o wiele więcej, ale nie chciałabym tutaj analizować każdego z nich, ani nawet całej tej rozmowy. Ale jest ona z pewnością wyjątkowa. Dyskutuje ze sobą dwóch znawców tematu. Erudytów. Prawdziwych intelektualistów znających się na rzeczy, którzy potrafią rozprawiać z prawdziwą pasją o tym co kochają najbardziej. I czyta się to z wielką przyjemnością. Co więcej ma się wrażenie, że raczej przysłuchuje się rozmowie dwóch przyjaciół, gdzieś w jakimś klubie (mówiąc klub mam na myśli miejsce spotkań). Zachwyciły mnie anegdotki, historyjki i przemyślenia.

I właśnie dzięki tym przemyśleniom sama doszłam do pewnych wniosków, które skonfrontowałam z  wnioskami przygotowanymi przez Bibliotekę Narodową*. Rozmowa Eco i Carrière dała mi pretekst do poruszenia związanych z czytaniem tematów. Nasunęły mi się również przy okazji kolejne pytania, a odpowiedzi na nie nagle przestały być takie pesymistyczne. I stwierdziłam, że te wszystkie statystyki są chyba lekko  wyssane z palca (raczej wyobrażone i dopowiedziane), a na pewno nie tak dokładne jakby się wydawało, z masą luk, które samemu trzeba sobie wypełnić.

Badania te są przeprowadzane co dwa lata, na trzech tysiącach osób, z różnych warstw społecznych i intelektualnych. Trzech tysiącach. To zaskakująco mało, biorąc pod uwagę, że zasięg wiekowy ma rozpiętość od piętnastego roku życia wzwyż. Do tego, gdy spojrzymy na to zróżnicowanie, to przestaję się dziwić, że ostateczne dane są co najmniej martwiące. Przy takiej liczbie ankietowanych nie ma możliwości na prawdziwe, konkretne dane, bo zbyt wielka jest ich rozległość. Co więcej, zbyt duże są różnice między grupami przepytywanych ludzi i każda z tych grup jest ujednolicona, co pozwala jednocześnie niezwykle łatwo ją zaszufladkować.

Bo czy naprawdę jest aż tak mało współczesnych czytelników w Polsce? Obserwując ludzi wokół mnie, rozmawiając z rodziną i znajomymi, gdybym sama miała przygotować takie statystyki, to wychodzi na to, że czytelników jest więcej niż mniej! W różnych grupach wiekowych. W różnych środowiskach. Uogólnienia są zazwyczaj bolesne, krzywdzące i te statystyki tylko potwierdzają regułę.

Ale zacznijmy od tradycyjnych książek. Co rusz, w miejskich środkach transportu można zobaczyć osobę, która trzyma książkę w ręku. I to nie jedną taką osobę, ale co najmniej kilka. Jak nie kilkanaście w ciągu dnia. W naturze mam książkowe podglądactwo i jak mam okazję to uwielbiam patrzeć na okładki, by dowiedzieć się co kto czyta. Patrzę też na objętość. I powiem Wam szczerze, że ludzie potrafią czytać wszystko: od najprostszej para-literatury po kanoniczne klasyki. Od cieniutkich kilkudziesięciu stronicowych książeczek po grubaśne tomiszcza. I nie tylko w czasie podróży. Ludzie czytają w pracy, w przerwie na lunch, w kawiarniach przy kawie czy między zajęciami lub lekcjami. Nie ma dnia, nie ma miejsca, żeby nie minąć kogoś z książką.

Nie mówiąc o technologicznych nowinkach, jak czytniki, tablety, których jest coraz więcej. I księgarniach internetowych, w których książki kupować można za cenę zazwyczaj o kilka procent mniejszą niż w tradycyjnej księgarni. Ludzie częściej niż zwykle korzystają z bibliotek tych publicznych, szkolnych i akademickich, które w końcu uwspółcześniły się po latach i same wychodzą czytelnikowi na przeciw (przynajmniej w większości). Ponadto rozkwitają na nowo antykwariaty które wyszły do klientów i coraz częściej oferują swoje usługi przez internet, z ekspresową wysyłką do domu. Powstają kluby literackie, kółka czytelnicze, ludzie tworzą blogi i zakładają własne czasopisma. Kto przesiaduje w internecie, albo spędza czas pracy przy komputerze jest bombardowany słowem pisanym! W ogóle, zauważcie jak wiele czyta się na co dzień zwyczajnych niusów i informacji. Przecież można stracić całe godziny na zaczytywaniu się w nowinkach, mini artykułach, blogowych wpisach, samemu komentując i angażując się aktywnie w ten nowy typ czytelnictwa. Bo to jest właśnie jego nowa idea. Zupełnie nowa era. Odświeżony czytelnik. Tego niestety nikt za bardzo nie bierze pod uwagę przy takich badaniach.

Oczywiście można wszystko ograniczyć. Można zapomnieć o tym, że świat idzie naprzód zmieniając się w błyskawicznym tempie. Można wykluczyć część osób czytających w ten nowy sposób, bo tak, z założenia. Konstruując pytania tak, żeby zawsze ukazać tendencję spadkową. Patrząc w tym kierunku, to historycznie proces czytania nigdy nie był przeznaczony dla każdego. Przecież przygoda ze słowem pisanym była z początku tylko przywilejem. Zabawą dla nielicznych. Wyjątkowych. Z czasem dawała władzę nad rzeszami analfabetów, dla których literki nic nie znaczyły, ale którzy zdawali sobie sprawę z ich niezwyciężonej mocy. I nagle słowo pisane stało się res populi.

Dzisiaj książka (tym razem nie tylko w znaczeniu tradycyjnym, ale także zawierająca w definicji WSZYSTKIE dodatkowe nośniki , style i elementy) może należeć do każdego. Jej wybór jest ogromny. Praktycznie nieograniczony. Nowe technologie tylko jeszcze bardziej ułatwiły do niej dostęp. Z pewnością książka przetrwa. Tak jak Umberto Eco i Jean-Claude Carrière nie mam ku temu żadnych wątpliwości. Pod swoją tradycyjną postacią i tą unowocześnioną. Co więcej, jeszcze ze sto razy się przekształci i zmieni. Ewoluuje i dopasuje się do nowego świata. A razem z nią, albo tuż za nią potruchta uradowany czytelnik. Bo czytelnik tak jak książka nie zniknie nigdy.

O.

*Jeśli chcielibyście zapoznać się bliżej z wynikami badań Biblioteki Narodowej to konkretne liczby i wnioski znajdziecie pod tym adresem:

Kliknij, aby uzyskać dostęp 1362741578.pdf

Do poczytania na majówkę

Bombla_Majówka

Wielka MAJÓWKA już rozkręciła się na dobre! A jeśli wolne dni, jeśli wypady i mini podróże, relaks, czas wolny i ogólnie pojęta rekreacja, to dlaczego nie zabrać ze sobą czegoś do poczytania? Jeśli tak ja nawet na czas oczekiwania w kolejce w banku zabieracie ze sobą książkę, to specjalnie dla Was na te chwile wypoczynku przygotowałam kilka propozycji o tematyce wyjazdowo-podróżniczej. Chociaż lepiej nazwać je opowieściami drogi, albo historiami ze szlaku.

Ale żeby Was nie zmylić, nie są to w żadnym wypadku opowieści przygodowe. Zachowała się w nich raczej sama idea podróży. Pewien zamysł, wspomnienie, element wspólny. Bywa, że podróż jest symboliczna. Staje się punktem wyjścia dla fabuły. Albo jej kluczowym elementem, dzięki któremu bohaterowie mogą trafić do miejsca przeznaczenia. Czasami sama wyprawa jest już przeznaczeniem, od którego nie ma ucieczki. Czasami jest echem przeszłości i wraca, by o sobie przypomnieć. Na nowo wywołać dawne wrażenia…

Wybrałam pięć historii, które w jakiś sposób odpowiadają różnym charakterom podróżniczym. Coś dla każdego. Albo prawie dla każdego.

PodróżSentymentalna1. „Podróż Sentymentalna” Laurence Sterne („A Sentimental Journey Through France and Italy”)

Coś dla marzycieli o romantycznych duszach, którzy potrafią dostrzec piękno w rzeczach najbardziej błahych. Dla których istotą podróży jest zanurzyć się w nowy, poznawany dopiero świat i odkrywać go małymi kroczkami, z dala od utartych turystycznych szlaków. Bohaterem tej XVIII-wiecznej powieści jest Yorick, który opisuje swoje doznania i przeżyte przygody z podróży do  Francji i Włoch. Przelotne miłostki, elementy krajobrazu, piesze wycieczki, napotkani po drodze ludzie i poetyckie wyobrażenia, to główni bohaterowie jego wspomnień.  Wszystko napisane pięknym językiem wyjątkowo intensywnie oddziałującym na zmysły czytelnika.

WDrodze2. „W Drodze” Jack Kerouac („On the Road”)

Na całym świecie ta amerykańska powieść uznawana jest za kultową historię pokolenia bitników. Uwielbiana przez współczesnych buntowników, cytowana przez awangardowych pisarzy i wszystkich innych nonkonformistów stającym na przeciw konsumpcyjnego społeczeństwa. Historia kilku młodych spontanicznych przyjaciół z początku lat pięćdziesiątych, jest idealną powieścią dla tych, dla których sama podróż jest  już przygodą i celem samym w sobie. Dla tych czytelników, którzy wyjeżdżając nie mają konkretnego celu, ale póki się przemieszczają i nie mają konkretnych planów staje się to idealną formą podróży i wielką przygodą.

PozaSezonem3. „Poza Sezonem” Jack Ketchum („Off Season”)

Idealna lektura dla spędzających czas na leśnych odludziach, morskich ostępach i małych miejscowościach jeszcze poza sezonem. Dla tych co lubią się bać, bo przecież nigdy nie wiadomo co może zaczaić się w ciemnych zaroślach za domem. Powieść Ketchum’a to pierwsza część trylogii, pełna krwi, pierwotnego zła i ludzi, w których nie ostało się zbyt wiele cech człowieczeństwa. To historia żywej legendy, która jest jeszcze gorsza niż krążące po okolicach opowieści. Przypomina, że ludzie w każdym miejscu na ziemi są inni, odróżniają ich motywacje i tradycje, a przyjazd grupki turystów nigdy tego nie zmieni.

Droga4. „Droga” Cormac McCarthy („The Road”)

Coś dla alternatywnych, dla których podróż to nie przyjemność i przygoda, ale raczej walka o przetrwanie i niekończąca się męka. Dla tych co nigdy do końca nie mogą się dopakować, a potem włóczą za sobą wielkie nieporęczne walizki i torby i czekają niecierpliwie na powrót do domu. Ta przejmująca opowieść to smutna post apokaliptyczna wizja świata, w którym droga nie daje celu, a podróż nigdy się nie kończy. Gdzie bycie nomadem, ciągle w drodze to jedyna możliwość przeżycia i dotrwania do końca. Aż do śmierci.

Desperacja5. „Desperacja” Stephen King („Desperation”)

Kolejna rewelacyjna powieść króla grozy dla wszystkich tych naiwnych podróżników, którzy wierzą, że w drodze powrotnej nic złego już nie może się wydarzyć. Owszem może. King udowadnia, że czasami nawet zwykła kontrola policji na drodze może zamienić się w prawdziwy horror. I że lepiej trzymać się wytyczonej trasy, a nie na siłę wybierać nieznane skróty. Bo można przypadkiem natrafić na takie małe miasteczko jak Desperacja i na jego wyjątkowych mieszkańców.

Wszystkim moim Czytelnikom i Czytelniczkom życzę miłego i udanego odpoczynku, bez niepotrzebnych przygód 🙂

O.

Kilka słów o kanonie literatury

Bombla_KanonJakiś czas temu, całkiem niedawno, przeczytałam, że z opowieściami należącymi do tak zwanego kanonu jest problem. Co prawda sama takiego problemu nie mam i nigdy nie doświadczyłam, ale problem jest. Nie tylko u nas, w Polsce, ale także na świecie. Od czasu do czasu wybucha internetowo-medialna bitwa, w której każdy z uczestników czuje potrzebę zmiany i pragnie narzucić swoje zdanie innym, za wszelką cenę. A kilka dni później burza cichnie, a walczący wycofują się za swoje mury i marudzą pod nosem, bo po raz kolejny nie rozwiązano żadnych znaczących kwestii. Pozostaje napisać kolejny esej, mądrą rozprawę, a resztę zakopać pod dywan.

Z kanonem walczą wszyscy (uczniowie i ich rodzice, nauczyciele, studenci, wykładowcy, a na końcu politycy) i zapierają się, że kanon jest „fe”, w ogóle „fuj” i trzeba go zmienić, dopasować i uwspółcześnić. Tylko wtedy kanon nie byłby już kanonem. Po prostu byłaby to nowa lista lektur, również obowiązkowych. Super nowoczesna, a może nawet postmodernistyczna. A jak wszyscy wiemy, postmodernizm jest bardzo w modzie i trwa w historii literatury niezmiennie od lat dwudziestych XX wieku aż do dzisiaj i pewnie wybitni krytycy literatury przedłużą mu życie o kolejne lat sto. Wszyscy będziemy postmodernistami i tylko czytanie postmodernistów będzie godne uwagi.

A teraz bez żartów. Mark Twain powiedział kiedyś, że „Klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać”. Minęły lata i doszło do tego, że już samo poznanie tych historii stanowi dla ludzi barierę nie do pokonania (a sam Mark Twain bywa uznawany za nudnego)! To właśnie dlatego, gdy pojawia się na horyzoncie temat kanonu zaczynam nerwowo podrygiwać. Troszkę miotać się w sobie. Oburzam się. Stąd poruszenie tematu na Buku. I zastanawiam się… Czy wszyscy nagle postanowili zapomnieć skąd pochodzi ta cała postmodernistyczna gorączka? Że bez znienawidzonego i od lat traktowanemu po macoszemu kanonu w ogóle nie miałaby racji bytu? Bez klasyki literatury (bo kanon jest klasyką i podstawą) współczesność byłaby niczym wyciągnięta z pustej nicości i znaczyłaby tyle co nic? Każda historia, każdy jej najmniejszy element byłby zawieszony w pustce, jakby nic nie znaczący? Symbolika płaska i nieodgadnięta? Problematyka jednowymiarowa i po prostu bezosobowa? A może zdają sobie z tego sprawę, tylko już im nie zależy? Znudzeni są jednostajnym, od lat nic nowego nie wnoszącym dyskursem literackim, a zmiana kanonu wydaje się być jedyną drogą do odświeżenia zastałych postaw?

W takim razie czym dla czytelnika jest kanon? Z czego składa się ta cała klasyka literatury? I w końcu, dlaczego sprawia tyle boleści i cierpienia?

Według mnie, kanon literacki jest podstawą tradycyjną i kulturową, którą powinien poznać każdy uczeń i student w trakcie swojej wieloletniej edukacji. W jego skład wchodzą wszystkie te nielubiane pozycje, od „Bogurodzicy” i „Beowulfa” zaczynając, przez „Boską Komedię i Shakespeary idąc i kończąc na „Przedwiośniu” czy „Sklepach Cynamonowych”. A zahaczając po drodze o wszystko inne. O poezję, prozę i dramaty. Tak naprawdę nie powinno być tutaj miejsca na „nie lubię”, czy „nie podoba mi się”, bo kanon jest ważny z innych względów niż tylko subiektywny odbiór czytelnika. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze: dlaczego kilkuletnie, czy kilkunastoletnie dziecko miałoby oceniać i wybierać pozycje z kanonu?

Gdy mowa o klasyce należy obalić kilka mitów. Te mity powstawały od lat, spiętrzały się i stanowią argumentację dla wszystkich cierpiących od nadmiaru nauki i czytania klasyki literatury.

Po pierwsze, książki należące do kanonu są przestarzałe i nijak mają się do współczesności. Nieprawda. Spójrzmy na dzisiejsze bestsellery i przemyślmy sytuację. Bez „Beowulfa” nie byłoby „Wiedźmina” Sapkowskiego. Bez romantyzmu nie miałby sensu zaistnieć bladolicy Edward ze „Zmierzchu”. Bez tzw. powieści kobiecej XVIII wieku typu „Roxana” Daniela Defoe, czy „Księżnej de Clèves” Madame de la Fayette (niestety), szarooki Grey z  „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” E.L.James nigdy by nie powstał. Nie wspominając o Shakespearze, bez którego wiele dzieł literackich nie miałoby sensu albo po prostu by się nie pojawiło. Literaturą kierują bowiem takie same zasady i mechanizmy, jak wszystkim innym. Jest przyczyna i jest skutek.

Po drugie, książki z kanonu napisane są archaicznym, niezrozumiałym już językiem. No tak. Może lepiej byłoby, gdyby Charles Dickens ograniczyłby się do kilku prostych zdań, podparł je obrazkami i dodał emotikonki, a nie wypacał te kilkaset niepotrzebnych stron? Problem nie leży w długości dzieła i trudności języka, ale w samym odbiorcy. Zauważmy, że z pokolenia na pokolenie skupienie uwagi jest coraz krótsze. Dzieciaki (i dorośli coraz częściej również) nie są wstanie zawiesić wzroku na tekście dłużej niż półtorej minuty. Jak nie są bombardowani hasłami i obrazkami, to po chwili nie wiedzą gdzie są i co się wydarzyło. Tekst do czytania, klasyczny, taki wymagający myślenia i włączenia procesu zwanego wyobraźnią może tylko pomóc, a z pewnością nie zaszkodzić.

Po trzecie, obowiązkowość kanonu jest nudna i w szkole dobrze byłoby omawiać książki nieobowiązkowe. Tu następuje paradoks, bo wszystko co narzucone z góry staje się obowiązkowym z założenia i nie da się tego przeskoczyć. Pozostaje nie buntować się, ale skupić i zrozumieć, że nawet życie codzienne wiąże się z przestrzeganiem praw i wykonywaniem pewnych czynności regularnie. Więc czemu nie dostosować się także do czytania?

A nad tym wszystkim góruje instytucja oświaty i można się załamać i płakać nad jej „nowatorskim” podejściem. W nowym spisie lektur szkolnych na ten rok dodano komentarz Sławomira Jacka Żurka, w którym wytłumaczył, dlaczego tak naprawdę lektury wcale nie są kanonem i wszystko zależy od pozycji nauczyciela:

„Otóż spis ten bywa przez opinię publiczną postrzegany jako kanon, co nadaje mu charakter ideologiczny i polityczny oraz wzbudza niepotrzebne emocje. Wielu przypuszcza, że wyznacza on hierarchię wartości nie tylko literackich, lecz także moralnych, światopoglądowych i społecznych. Tak jest jednak tylko w pewnym stopniu. Owszem, spis lektur stanowi dla młodego człowieka punkt odniesienia w jego poznawaniu kultury, nie można jednak zapominać, że w obecnej epoce funkcjonują różne źródła informacji, a szkoła – co należy podkreślić z przykrością – nie jest wśród nich autorytetem. (…)Dlatego szkolny spis lektur to bardziej propozycja hierarchizacji niż gotowa hierarchia i dlatego też w swej istocie nie jest kanonem. (…)należy w jak największym stopniu dopuścić możliwość wyboru poszczególnych pozycji przez nauczyciela lub (…) przez nauczyciela wespół z uczniami.”*

Wszystko pięknie. Ręce umyte. A odpowiedzialność w delikatny biurokratyczny sposób przeniesiona na nauczycieli. I nic się nie zmienia. Tylko niektóre książki znikają po cichutku ze szkolnych ław, a na lekcjach część z nich nigdy nie jest wybierana. Bo za trudne, za nudne, za długie, za „stare” i takie nie na czasie… Lepiej film obejrzeć. Albo zrobić lekcję wychowawczą i omówić PRAWDZIWE problemy. Jak napisał Michał Rusinek:

” Szkoła uczy czytać po to, by coś wykazać, na przykład, że Słowacki wielkim poetą był. Nie uczy nas czytać po to, byśmy w tym czytaniu coś dla siebie znaleźli. Coś, co nie będzie może tłumaczyło idei, nie będzie świadectwem epoki, ani wielkości Gombrowiczowskiego Słowackiego – ale będzie jakimś przekazem dla nas. Tu i teraz.”**

W tym względzie zgadzam się z panem Rusinkiem całkowicie. Tylko do nas samych należy czytanie klasyki. Otrząśnięcie się z przestarzałych terminów i odrzucenie negatywnego odbioru. Nie trzeba skazywać książek na banicję. Na margines. Zostawmy to szkołom, uniwersytetom, i innym instytucjom. Bo kiedy się zastanowimy, to zauważymy, że kanon jest nie tylko dla stałych czytelników, ale istnieje po to, by ludzie, którzy nigdy nie sięgnęli po książki i którzy już NIGDY po książki, jakiekolwiek, nie sięgną ( bo nie mają nawyku czytania, więc nie szukają tego rodzaju rozrywki) liznęli i poznali chociaż odrobinkę naszą kulturę i literacką przeszłość. Żeby mieli minimalną świadomość tego kim są, skąd się wzięli i dokąd zmierzają. Tak na zapas. Tak na przyszłość. Bo przecież już nikt nigdy ich nie uświadomi i w tej kwestii nie ma już kogo oszukiwać.

O.

*Cytat pochodzi z wykazu lektur szkolnych na rok 2012/2013 do zapoznania się pod tym adresem: http://gwo.pl/wykaz-lektur-obowiazujacych-w-roku-szkolnym-m302

**Cytat pochodzi z artykułu Michała Rusinka „Kłopoty z kanonem” dla portalu Xiegarnia.pl, który znajdziecie pod adresem: http://xiegarnia.pl/artykuly/klopoty-z-kanonem/

O tłumaczeniach tekstów literackich

Bombla_Tłumaczenie

WAŻNE: Drodzy, ten tekst powstał w 2013 roku. Mamy koniec roku 2019. Dzisiaj sama ze sobą mogłabym polemizować w wielu poruszonych poniżej kwestiach. Mogłabym się nie zgadzać i dyskutować. Wiele w tym czasie się zmieniło. Niemniej – wpis na blogu powstał i na blogu zostanie. Zaznaczam jednak dla wszystkich, którzy tu zaglądają po latach.

Bukowe Zapowiedzi

Bombla_WiosenneZapowiedziPowoli widać już nadchodzącą wiosnę. Słońce przygrzewa coraz mocniej i zachodzi coraz później. Co prawda nie do końca jeszcze czuć ciepły powiew świeżości, ale moje bukowe półki już zdecydowanie są odświeżone. I wybrałam nawet kilka obowiązkowych pozycji na nadchodzące miesiące.

Na Nocnych Łowach możecie być pewni, że upoluję Edward’a Lee, moje niekończące się źródło uciechy, zawsze niezawodnie pełne krwi i przemocy. Kilka strasznych historii czai się już na półkach. Sądzę, że pojawi się także nowa kategoria specjalnie dla Edgar’a Allan’a Poe, który stanowi przecież bazę czytelniczą dla każdego miłośnika opowieści grozy. Powrócę także do Algernon’a Blackwood’a, którego uważam za wielkie tegoroczne książkowe odkrycie. Uwielbiam takie niespodzianki!

Wiosenne weekendy ze Stephenem Kingiem, zanim oczywiście pojawią się tak długo oczekiwane premiery (ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo to przecież dopiero latem i jesienią), spędzimy w towarzystwie wampirów (umknęły tej zimy), podziemnych demonów i szalonych psów 🙂

Podzielę się także kolejnymi opowieściami kosmicznej pustki Pradawnych uśpionych w mieście R’lyeh i znów pogrążymy się w odmętach Lovecraftiańskiego szaleństwa i przerażenia.

Dla uśmierzenia osaczonego strachem umysłu pospaceruję po Poziomkowej Dolinie, bo dawno tam nie zaglądałam, a w Dolinie wiosna jest przecież wieczna.

Ponadto gruba zwierzyna powróci na wiosenne szlaki. Powstaną atlasy, spłoną biblioteki, upadną smoki, a na arenie walczyć będą wygłodniali ludzie. Podsłuchamy rozmowę o przyszłości książek i o bibliotekach. Wspólnie wybierzemy się do Japonii, krainy smutku, melancholii  i kwitnących wiśni. Potem do Barcelony, pospacerować książkowym szlakiem… I w końcu do osiemnastowiecznej Francji, by odwiedzić pewne buduary, alkowy, lochy i poznać władcę tego całego przybytku rozpustnej ułudy.

Mam nadzieję, że tym razem ominę padlinę. Ale nigdy nic nie wiadomo. Takich wypadków nigdy nie można być przecież pewnym, a padliny mnóstwo czai się za każdym zakrętem.

Tak. Stanowczo czuję się przygotowana. Pozostaje mi jedynie wyruszyć w drogę 🙂

A że Wielkanoc już tuż tuż, to wszystkim bukowym czytelnikom  życzę:

Pięknych i radosnych Świąt, smacznego jajka, bogatego zająca i mokrego dyngusa, bo dyngus być musi na szczęście. I radosnej, spokojnej atmosfery, kulinarnych doznań i mnóstwa czytelniczych uciech!

ROBIN

Do zobaczenia!

O.

Wiosenna lekkość bytu

Bombla_WiosenneBukiPodobno już jutro pierwszy dzień wiosny. Podobno, bo za oknem raczej śnieżnie i zimno i jakoś tak nie zapowiada się na zmiany. Ale wiosna nadchodzi i sądzę, że to dobry moment, by się na tą okazję  bukowo przygotować i odpowiedni uposażyć.  Odświeżyć półki z książkami i uporządkować pliki z e-bookami.

Z wyborem lektur na wiosnę nie jest zbyt łatwo. W odróżnieniu od zimowych muszą być lekkie i rześkie jak wiosenny poranek. Nie za puchate, nie za ciężkie. Powinny zawierać w treści dużo substancji odżywczych i witamin, które pozwolą zmęczonym czytelnikom ożywić się i nabrać sił na nowa porę roku. Mogą traktować o tematach poważnych, melancholijnych nawet, jednak w milszej dla umysłu formie. Wiosna to czas świeżości i odrodzenia, więc dobrze byłoby gdyby czytane historie równie odświeżająco działały na duszę czytelnika.  Tak, by móc przeżyć katharsis i narodzić się na nowo.  A im dalej w wiosenną porę tym opowieści mogą być lżejsze . Wiosną wszystko zielenieje i pachnie. Chrupią nowalijki pod zębami. Dlatego zachęcam do takiej przyjemnej lektury. Do podgryzania. Do wąchania i wyczekiwania na pierwsze słoneczne promienie.

A ja specjalnie dla Was, już wcześniej wyruszyłam na wiosenny szlak i upolowałam dziesięć opowieści idealnych na wiosnę. Z każdej kategorii.  Do podgryzania i wąchania. I do poczytania 🙂 Miłej lektury!

 

tiffany1. „Śniadanie u Tiffany’ego” Truman Capote („Breakfast at Tiffany’s”)

Kto nie zna Holly Golightly? Dzięki niezapomnianej kreacji Audrey Hepburn prawie wszyscy zapomnieli, że Holly zaistniała najpierw na kartach powieści. I że tak naprawdę jej historia potoczyła się troszkę inaczej niż w filmie. Co więcej, że sama książkowa Holly wcale nie jest tą „kultową” postacią z filmu. Więcej przemyśleń, więcej smutku i życiowej prawdy. Holly jakiej nie spodziewa się nikt.

marina2. „Marina” Carlos Ruiz Zafón

Niezwykła, magiczna historia piętnastoletniego Oscara i fascynującej Mariny. Łączy w sobie thriller, horror, powieść przygodową i opowieść gotycką. I romans. A wszystko na tle Barcelony, która dzięki Zafonowi stała się jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie. Miasto żyje sekretnym życiem na kartach książki, oddycha i nawet jeśli początkowym zamysłem autora „Marina” miała być książką dla młodzieży, to im dalej w lekturę, tym bardziej oddala się od tej koncepcji. Tajemnice, śledztwa, namiętność, pierwsza miłość i śmierć. O marzeniu z młodości.

Hobbit13. „Hobbit” J.R.R.Tolkien

Hobbity nie lubią przygód, ale czasami pewien czarodziej może stanąć na ich drodze i zmienić przeznaczenie. Tak Bilbo Baggins z Shire wyrusza z bandą krasnoludów przeciw Smaugowi. By wyzwolić królestwo Thorina Oakenshield’a i zapisać się na kartach historii Śródziemia. A my wyruszamy razem z nim. Nie zapominając tym razem chusteczki do nosa 🙂

 

wielkienadzieje4. „Wielkie Nadzieje” Charles Dickens („Great Expectations”)

Ta opowieść to Duży Buk. Jedna z piękniejszych historii o miłości, poświęceniu i dojrzewaniu, jaką czytałam w ogóle. Gdyby nie powieść Balzac’a sądzę, że nosiłaby tytuł „Stracone Złudzenia”. O błędach młodości. O marzeniach, które nie mogą się spełnić. O zemście, która trwa pokolenia. O miłości bez szansy na wzajemność. O zdradzie i samotności. O życiu przeżytym dla kogoś innego. I o nadziei, która umiera ostatnia.

drozd5. „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill a Mockinbird”)

Jedyna książka autorki. Kanon literatury amerykańskiej. Dotyka najbardziej delikatnego tematu w historii Stanów Zjednoczonych, jakim jest rasizm. Wszystko na tle południowego stanu Alabama, z czasów Wielkiej Depresji. Historia widziana oczami dziewczynki, której ojciec podejmuje się obrony czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Opowieść o nienawiści i uprzedzeniach. Ale także o nadziei i wierze w dobro ukryte w drugim człowieku.

hunger6. Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Największe zaskoczenie tego roku. „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay”  (nie używam polskich tytułów, bo tłumaczom coś się pomyliło). Panem et circenses. Smutna wizja dystopii, w której ludzie walcząc każdego dnia o przetrwanie raz do roku wystawiają swoje dzieci, by walczyły w Igrzyskach Głodu. Na śmierć i życie. Wszystko zmienia się, gdy wyzwanie podejmuje Katniss Everdeen i staje się symbolem nowej rewolucji. Totalitarna wizja przyszłości, w której słowa „May the odds be ever in your favor” brzmią jak mroczny żart.

it7. „To” Stephen King („It”)

Na wiosnę nie mogło zabraknąć „Króla” horroru. Jedna z najstraszniejszych powieści, w której w niezwykły sposób ożywają wszystkie strachy z dzieciństwa. Wszystkie pod postacią clowna Pennywise, który potrafi przekształcać się w to, czego jego ofiara boi się najbardziej. Walka z koszmarami z dzieciństwa staje się jednak dla bohaterów powieści czymś więcej niż walką ze strachem. Stają się przypadkowymi świadkami odwiecznej walki pomiędzy siłami dobra i zła. Siłami kosmosu, które niełatwo pokonać.

iris8. „Morze, Morze” Iris Murdoch („The Sea, The Sea”)

Idealnym miejscem na czytanie tej powieści, to miejsce blisko morza, gdzieś na wybrzeżu, gdzie często wieje wiatr, a w powietrzu unosi się zapach soli. To historia obsesji bohatera i próby powrotu do czasów młodości. Walka z czasem, ze starzeniem się i własnymi słabościami. To opowieść o egoizmie w kryzysie wieku średniego.  I o wyobrażeniu samego siebie.

 

emma9. „Emma” Jane Austen

O tej uroczej powieści pisałam już wcześniej, w związku z Ucztą Miłości. Lekka, wiosenna i zabawna komedia pomyłek pełna perypetii i powiedzonek o związkach i stosunkach damsko-męskich w ogóle. Romans idealny. Jak dla mnie najlepsza wśród wszystkich opowieści napisanych przez angielską pisarkę.

 

Plath10. „Szklany Klosz” Sylvia Plath („The Bell Jar”)

Zmagania młodej dziewczyny Esther Greenwood z dojrzewaniem i dorastaniem. Historia nieudanej próby pogodzenia marzeń o wolności i niezależności z oczekiwaniami i rolą jaką narzuciło jej społeczeństwo, rodzina i epoka, w której żyje. O walce wrażliwego umysłu z samozagładą i depresją. O poddaniu się szaleństwie i odrodzeniu z popiołów. Trochę autobiograficznie Sylvia Plath o samej sobie.

Od koloru do wyboru. Na wiosnę do czytania.

O.

Bram Stoker Awards 2013

Bombla_BramStokerAwardsWszyscy fani Jack’a Ketchum’a mogą zacząć trzymać kciuki i zastygnąć w oczekiwaniu!

Nowa powieść zatytułowana „I’m not Sam”, napisana wspólnie z reżyserem i scenarzystą Lucky’m McKee, niedawno pojawiła się na rynku i już zdążyła podbić serca czytelników i krytyków. A wczoraj została nominowana do Bram Stoker Awards* w kategorii „Best Long Fiction” („Najlepsza dłuższa forma literacka”).

„I’m not Sam” opowiada historię kobiety, która w ciągu jednej nocy w dziwny sposób zmienia się w trakcie snu i nie jest już tym kim była, gdy zasnęła. To historia o poszukiwaniu tożsamości i o tym, czy naprawdę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka.

Poniżej do podziwiania okładka:

notSam

Na Wielkim Buku powieść już upolowana i niedługo podzielę się z Wami moim łupem 🙂

O.

*Bram Stoker Awards, nagrody przyznawane przez Horror Writers Association (Stowarzyszenie Pisarzy Horrorów)przyznawane corocznie od 1987 roku.

„Wendigo” Algernon Blackwood

Bombla_WendigoPierwszy raz usłyszałam o Wendigo kilka lat temu przy okazji powieści „Cmętarz Zwieżąt” Stephen’a King’a. Nie wnikałam w temat aż do momentu mojego powrotu do tej powieści przed kilkoma tygodniami. Tym razem historia Wendigo zaintrygowała mnie. Zaczęłam szperać i węszyć. Wpadłam na trop. Duch Wendigo zawładnął moim umysłem i rozpoczęłam polowanie. 

W powieści King’a Wendigo to demon lasu, uśpiony na pozostałościach cmentarzyska należącego do plemienia Mi’kmaq’ów. Demon żarłoczny i okrutny. Taki, który wstępuje w ciała pogrzebanych i zamienia ich w krwiożerczych kanibali. I tak sobie pomyślałam: skoro plemię Mi’kmaq’ów istnieje naprawdę i wciąż zamieszkuje północne regiony Stanów Zjednoczonych i Kanady, to w legendzie o Wendigo musi być chociaż element prawdy.

Jeśli chodzi o folklor rdzennych plemion indiańskich to faktycznie, w Europie, dostęp do wiarygodnych źródeł jest nieco utrudniony. Problematyczna wydaje się również indiańska tradycja przekazywania legend i historii metodą werbalną. Te historie często nie są w ogóle uwiecznione w żadnej formie, ale jedynie przekazywane innym członkom plemienia, z ust do ust. Większość legend została spisana dopiero po latach, przez antropologów, etnografów i badaczy konkretnych regionów. Podobnie było z legendą Wendigo.

Ponieważ raz już wpadłam na trop, to nie mogłam odpuścić. I trafiłam na bardzo interesujący artykuł, fragment szerszej dysertacji, zatytułowany „Reviving Witiko (Windigo): An Ethnohistory of “Cannibal Monsters” in the Athabasca District”. („Ożywiając Witiko (Windigo): Historia i pochodzenie Ludożerczych Potworów w rejonie Athabasca”). Lektura bardzo zaskakująca i pełna opisów autentycznych, udokumentowanych przypadków nawiedzenia Wendigo.

Zapytacie się skąd moje tak obszerne zainteresowanie tematem? Bo również przy okazji powyższego artykułu i „Zewu Cthulhu” H.P. Lovecraft’a natrafiłam, zupełnie przypadkowo, na opowiadanie Algernon’a Blackwood’a zatytułowane po prostu „Wendigo”. Napisane w 1910 roku, opowiada historię czterech myśliwych, którzy polując na łosie w leśnych ostępach Kanady, postanawiają rozdzielić się, by lepiej poznać teren i ocenić zasięg zwierzyny. Dają sobie trzy dni na rekonesans. Po tym czasie cała czwórka ma powrócić do obozu głównego i zaplanować konkretne łowy i plan działania. Jednym z myśliwych jest Joseph Défago, tropiciel indiańskiego pochodzenia. Postać wyjątkowa. Przedstawiony jako typ melancholijny. Cichy myśliciel o wielkiej wyobraźni.

Wrażliwa wyobraźnia w październikowej, odległej i zapomnianej krainie dziczy, z dala od cywilizacji, może niestety być dużą wadą. Tym bardziej, gdy razem z drugim członkiem rozdzielonej grupy trafia na puszczę po drugiej stronie rzeki, która według wierzeń jego przodków zamieszkała jest przez „złego ducha”. Razem z nastaniem nocy zaczyna się koszmar dwójki myśliwych. Défago najpierw doznaje dziwnych omamów słuchowych i węchowych. Potem nawiedza go gorączka i dziwne podniecenie. W nocy płacze przez sen, by ni stąd ni zowąd wybiec w zimną, jesienną noc. Słychać tylko jego krzyki. Przez jakiś czas widać trop na śniegu, z czasem coraz dłuższy w odległości. Podobny raczej do tropu dziwnego zwierzęcia niż do zwykłego człowieka. I nagle urywa się. Poszukiwania nie dają rezultatów i gdy po kilku dniach zrezygnowani współtowarzysze postanawiają wrócić do obozu głównego znajdują w nim wrak człowieka. Odmrożonego, majaczącego Défago, który cierpi na silną amnezję i wyczerpanie. Nie pamięta kim jest, kim są otaczający go ludzie, nie wie nic. Zatracił siebie. Pozostaje tylko wspomnienie o Wendigo.

O Wendigo przetrwały przede wszystkim legendy. Nazywany również Witiko, Weendigo, Windigo, czy po prostu „pożeraczem ludzi”, jest człekopodobną istotą (często przedstawianą z porożem i pyskiem jelenia lub oczami sowy) lub duchem o naturze kanibala, który żywi się ludzkim mięsem i jest nienasycony w swoim pragnieniu polowania na ludzi. Tak bardzo złakniony, że według niektórych podań pożarł własne usta i straszy groteskowym obliczem. Jest drapieżnikiem o potężnej sile, który zawsze głoduje i zawsze szuka kolejnej ofiary.

Jednocześnie, w medycynie, istnieje kompulsywno-obsesyjna przypadłość nazwana Syndromem Wendigo lub Psychozą Wendigo. Jest ona typowa tylko dla indiańskich mieszkańców północnych terenów Stanów i Kanady, szczególnie dla plemienia Algonkinów. Jej głównym objawem jest właśnie… kanibalizm. Wyjątkowo częste przypadki tej nietypowej choroby zostały szczegółowo udokumentowane przez różnych badaczy, którzy wyróżnili jej podstawowe symptomy. Są to: nagły wzrost agresji i instynktów morderczych, omamy słuchowe, halucynacje, omamy węchowe, gorączka, wizje, nagły wzrost nienaturalnej siły i wydawanie zwierzęcych dźwięków. W wyniku choroby, nawiedzenia, ofiara Wendigo napada często swoich bliskich i członków rodziny, zabija ich i pożera. Szczególnie często ofiarami padają dzieci. Według wierzeń jedyną możliwością pokonania demona jest zabicie jego ofiary (najlepiej ciosem toporem w głowę), zakopanie głęboko w ziemi i przygniecenie miejsca pochówku dużym drzewem lub gałęziami, by duch nie wyleciał i nie wstąpił w kolejną osobę.

Czym jednak jest Wendigo w opowiadaniu Blackwood’a? Co tak naprawdę symbolizuje? Z jednej strony może być ucieleśnieniem strachu przed wielkim głodem i mrozem, który napotyka myśliwych w lesie. Ziszczeniem najgorszych myśli. Najokrutniejszych wyobrażeń. Kiedy „pochłonięci” przez złowrogie ostępy mogą na zawsze zgubić się i nigdy już nie trafić do świata żywych. Z drugiej strony u Blackwood’a Wendigo nie ma związku z kanibalizmem. Nazywany jest „moss-eater”, czyli „pożeraczem mchu”. W tym wypadku Wendigo to raczej symbol ucieczki. Chęci ponownego oddalenia się od cywilizacji. Powrotu do natury. To ucieleśnienie zewu dziczy. Szaleńczy bieg przez tajemnicze ścieżki jest biegiem ku wolności. Ku pojednaniu z dziką przyrodą. Pierwotnie, w indiańskich wierzeniach, pokutowała wiara w silną więź człowieka ze światem zwierząt i roślin, gdzie człowiek był częścią tego świata, nie jego zaprzeczeniem. Z czasem ten silny związek utracił częściowo znaczenie, a plemiona zmuszone były „ucywilizować” się, nawet na siłę i poddać nastaniu nowej ery.

Może Wendigo nie jest wcale prawdziwym demonem… Może wspomnieniem czegoś od dawna już zapomnianego? Wspomnieniem wolności pierwszych istot? Czymś co wciąż poszukuje uwrażliwionych, pamiętających stare plemienne opowieści, by odnawiać swoje siły? W końcu Défago jest właśnie dlatego taki wyjątkowy. Bo uwierzył. I udało mu się odpowiedzieć na wezwanie. Przeżył niezapomniane momenty i doświadczył czegoś wyjątkowo pierwotnego w swojej naturze.  Ale powroty zawsze są najtrudniejsze. I nikt nie może być tym samym człowiekiem, gdy raz napotka Wendigo. Gdy powróci z krainy zapomnianych przesądów i  prehistorycznych legend. Świata

„niesamowitych mocy, które wciąż czają się w duszach ludzi i które może same w sobie nie są złe, jednak instynktownie wrogie temu co najbardziej ludzkie.”*

O.

*” (…)formidable Potencies lurking behind the souls of men, not evil perhaps in themselves, yet instinctively hostile to humanity as it exists.” /Algernon Blacwood „Wendigo”/

Smaczek literacki: „Doctor Sleep” Stephen King

„Doctor Sleep”, czyli sequel kultowego „Lśnienia” pojawi się na rynku dopiero 24 września. Ale już dzisiaj odbyła się premiera okładki do książki, którą dzielę się poniżej dzięki oficjalnej stronie Stephen’a Kinga 🙂

doctor_sleep_full

Jeśli kogoś ominął jeszcze wywiad z pisarzem o tej nadchodzącej powieści, to jest on do znalezienia tutaj:

http://wielkibuk.com/2013/02/02/smaczek-literacki-wywiad-ze-stephenem-kingiem/

A jeśli nie lubicie czytać wywiadów, to dzielę się blurbem „Doctor Sleep” również zapożyczonym z oficjalnej strony Kinga.

” On highways across America, a tribe of people called The True Knot travel in search of sustenance. They look harmless—mostly old, lots of polyester, and married to their RVs. But as Dan Torrance knows, and tween Abra Stone learns, The True Knot are quasi-immortal, living off the “steam” that children with the “shining” produce when they are slowly tortured to death.

Haunted by the inhabitants of the Overlook Hotel where he spent one horrific childhood year, Dan has been drifting for decades, desperate to shed his father’s legacy of despair, alcoholism, and violence. Finally, he settles in a New Hampshire town, an AA community that sustains him, and a job at a nursing home where his remnant “shining” power provides the crucial final comfort to the dying. Aided by a prescient cat, he becomes “Doctor Sleep.”

Then Dan meets the evanescent Abra Stone, and it is her spectacular gift, the brightest shining ever seen, that reignites Dan’s own demons and summons him to a battle for Abra’s soul and survival. This is an epic war between good and evil, a gory, glorious story that will thrill the millions of hyper-devoted readers of The Shining and wildly satisfy anyone new to the territory of this icon in the King canon.”

Zapowiada się mocno i bardzo mrocznie. Dokładnie za takim Kingiem mocno się już stęskniłam. Zapisuję się na pre-order i czekam z niecierpliwością 🙂

O.