„Anna Karenina” Lew Tołstoj

Bombla_AnnaKarenina

Powieść Lwa Tołstoja ogromnie mnie zaskoczyła. W ogóle nie okazała się tym, za co zawsze ją uważałam. Czytałam i słyszałam, że „Anna Karenina” to „największe love story wszech czasów”, czytałam o wątkach feministycznych (wyzwoleniu naszej bohaterki), czytałam, że Anna jest taka „niesamowicie nowoczesna”, że poszukuje autentyczności, a sama powieść to triumf matriarchatu nad patriarchatem… Z ekranizacji pamiętam tylko jedną, którą obejrzałam wiele lat temu. Z Sophie Marceau w roli Kareniny. Jedyne co z niej zapamiętałam, to była jej samobójcza śmierć. Dlatego nie sądziłam, że będę zaskoczona fabułą. A tutaj taka niespodzianka!

„Anna Karenina” okazała się być dziełem wybitnym. Ale nie jest to love story, jak zapowiadali. Nie jest także feministycznym peanem na rzecz wyzwolenia kobiet spod pręgierza „niedobrych” mężczyzn. „Anna Karenina” to historia nieszczęścia i niezrozumienia. Co więcej, nie jest to historia tylko jednej osoby, ale skomplikowana opowieść o wzajemnych relacjach i emocjonalnych grach wielu bohaterów. Całość opiera się na mocnym, początkowym stwierdzeniu, które Tołstoj ujął w pierwszym zdaniu powieści, a które stało się jednym z najbardziej znanych rozpoczynających zdań w literaturze  światowej:

„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne; każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.”

Opowieść „Anna Karenina” to nie tylko tragiczna historia jednej zagubionej emocjonalnie kobiety, ale zbiegające się historie kilkorga osób. Każda z nich marzyła o miłości idealnej, perfekcyjnej. Takiej, która będzie oparta na niezachwianych ramach moralności i przywiązania. Takiej, która będzie stworzona na symboliczny obraz, i która będzie miłością wzorową, stworzoną do podziwiania i naśladowania.  Każda z tych postaci zawiodła się. Czasami nawet niejednokrotnie.

Tołstoj po mistrzowsku poprowadził zawiłości związków w powieści. Mamy tutaj małżeństwo Darii i Stiwy Obłońskich. Ona, trzydziestokilkuletnia matka-dzieciom, która całe swoje małżeństwo poświęciła prowadzeniu domostwa i wychowywaniu gromadki latorośli. On, bawidamek i nieodpowiedzialny pan domu, dla którego żona nie jest już tą idealną istotą z okresu narzeczeństwa, ale niezrozumiałym ciężarem. Ich majątek jest na skraju rozpadu, podobnie jak ich małżeństwo. Na próżno próbują uratować swój związek, by nikt nie mógł im zarzucić, że nie wypełnili wobec siebie obowiązków.

Kolejną postacią dramatu jest Kitty, młodsza siostra Darii. Jedyna, która z całej historii wychodzi prawdziwie szczęśliwa. Dopatrywać można się tego w jej prostocie i staroświeckim wychowaniu, jednak dla mnie jest to młoda kobieta, która po prostu rozumie na czym polega związek mężczyzny i kobiety jej czasów. I że czasami trzeba zapomnieć o drobnych samolubnych miłostkach, by stworzyć coś pewniejszego i silniejszego. Dlatego udaje jej się wyrzucić z serca Wrońskiego, w którym tak bardzo była zakochana na początku, a który zamiast niej wybrał Annę.

Wroński. Wielki przegrany w powieści. Uroczy, przystojny, zabawny. Gdy trafia na Annę traci swobodę ducha. Staje się ofiarą jej melancholii i przygnębiającego smutku. Dla niego Anna to jego największa najprawdziwsza miłość, ale także jego trucizna. Jej śmierć łamie mu serce i niszczy życie, a jego poświęcenie jest już nieodwracalne.

Największymi ofiarami Anny są jednak jej mąż i syn. Stary Karenin opisywany jest przez nią samą jako potwór i maszyna bez serca, który nie zwraca uwagi na jej „prawdziwe uczucia”. Zimny i nieczuły poświęca siebie dla kariery, by ona mogła błyszczeć na salonach i być prawdziwą wielką damą (widzimy to my, nie Anna). Ich syn, to dziecko porzucone całkowicie. Niby kochany przez matkę, ale tylko miłością egoistyczną. Ona patrzy na syna przez swój pryzmat. Dziecko, które nie rozumie trudnych relacji świata dorosłych, z matczyną miłością tego typu nie ma żadnych szans.

Drugą po Annie, najważniejszą postacią powieści jest Lewin. Z początku odrzucony przez Kitty, gdy wreszcie zyskuje jej miłość okazuje się, że nie wszystko jest takie jak sobie wymyślił. To wielki, idealista, dla którego jego perfekcyjne marzenia okazują się straconymi nadziejami. Bardzo naiwny w swojej wizji świata ciągle poszukuje tego, co da mu ostateczne szczęście i liczy na to, że pewnego dnia to coś odnajdzie.

Na koniec pozostała mi ta najważniejsza postać. Ta, która wszystko zazębia. Ta, bez której nie byłoby całej tej opowieści, czyli Anna Arkadiewna, po mężu Karenina. Będę szczera. Nie polubiłam tej kobiety. Nie potrafię odczuwać względem jej losu żadnej litości. Nie wzruszyły mnie jej dzieje. Tołstoj daje nam, czytelnikom, tą niemiłą możliwość krytyki i osądu swojej bohaterki. Jej sytuacja jest bardzo konkretna i doprecyzowana. Znamy wszystkie szczegóły i do nas należy ostateczny werdykt. Dla mnie Anna jest po prostu niewdzięczna i głupia. Rozczula się nad sobą ponad wszelką miarę i torturuje swoją nieszczęśliwością innych. Jej samobójstwo jest ostatnim aktem jakiejś niezrozumiałej gry, jaką prowadziła z otoczeniem. Przy okazji zmarnowała życie kilku osób. Kierowała się tylko egoistycznymi pobudkami. Każdy z jej wyborów był wyborem, na którym tylko ona miała zyskać. Nieodwracalnie zmieniła losy swojego męża, kochanka i syna. A swoją skrajnie emocjonalną i nierozsądną postawą tylko umocniła kobiece stereotypy.

Miłość w powieści Tołstoja jest pokazana jako uczucie nieszczęśliwe, ale dla wszystkich, tylko nie dla samej głównej bohaterki. Trochę paradoksalnie. Ale to ona unieszczęśliwiła innych. Wiem, że z tą opinią można się nie zgodzić, ale mam wrażenie, że Anna własnymi wyborami dokonała nieodwracalnego. Nie była to wina środowiska. Nie była to wina panujących konwenansów i zasad jej klasy społecznej. To ona sama wykreowała własne nieszczęście. I śmieszna jest w tej swojej ostatniej przedśmiertnej myśli „Gdzie ja jestem? Co ja robię? Po co?”. Tak jakby wszystkim nam tylko udowodniła swoje szaleństwo i niestałość uczuć…

Tym samym, jej główna bohaterka sprawiła, że „Anna Karenina” jest opowieścią o miłości, ale nie kobiety do mężczyzny, tylko mężczyzny do kobiety. O tym, że to mężczyzna potrafi poświęcić swoje dotychczasowe życie, by odnaleźć u boku ukochanej partnerki prawdziwe szczęście. Albo chociaż jego namiastkę. Jednak tylko wtedy, gdy ta partnerka pozwoli mu na owe szczęście. Gdy pójdzie na potrzebne kompromisy. I nie będzie na każdym kroku udowadniać swoich straconych złudzeń. Ale takie spojrzenie na powieść Tołstoja już zmienia postać rzeczy. I nie wszystkim może się podobać.

O.

„O miłości i innych demonach” Gabriel García Márquez

Bombla_MiłośćDemony

Mam taką teorię, że nadmierny upał w parze z tropikalną wilgocią wywołuje w ludziach szaleństwo. Tudzież stany do szaleństwa zbliżone. Nie jestem do końca pewna jak ta teoria ma się do rzeczywistych mieszkańców strefy zwrotnikowej, ale znajduje niejednokrotnie swoje potwierdzenie w literaturze. Dokładnie tak dzieje się w „O miłości i innych demonach” Gabriel’a Garcii Marquez’a.

Historia niby stara jak świat. Młody mężczyzna zakochuje się w kilkunastoletniej dziewczynie. Z wzajemnością. Nie mogą i nie powinni być razem. Nigdy. Dlaczego? Tutaj fabuła zaczyna robić się wyjątkowo interesująca. I czuć w tej koncepcji ten lekki wilgotny obłęd. Otóż mężczyzna jest księdzem, a dziewczyna posądzoną o czary i kontakty z demonami więźniarką klasztoru. On zostaje wysłany z misją, by dokonać na niej egzorcyzmów. Dziewczyna jest uznawana za opętaną.

Historia tych dwojga nieszczęśliwych kochanków przedstawiona jest niczym w formie legendy. Wspomnienia zasłyszanej w dzieciństwie smutnej miłosnej historii sprzed wieków. Mamy XVIII wiek (ponownie), epokę rozumu i jednocześnie silnego wpływu kościoła katolickiego w Ameryce Południowej. Ten kontrast pozostaje silnym ogniwem całej fabuły, w której racjonalizm medycyny spotyka się z silnym i niezmiennym uporem wiary. Ich konflikt i niemoc dowiedzenia swoich racji przez żadną ze stron, zesłały niewinną dziewczynę na miesiące udręki. I ostatecznie doprowadziły do jej śmierci. Zacznijmy jednak od początku.

Sierva María de todos los Ángeles, tak na imię ma nasza bohaterka, jest jedynym dzieckiem swoich arystokratycznych rodziców. Bynajmniej nie tym ukochanym. Odtrącona przez oboje (tutaj wychodzi obłęd sytuacyjny w powieści) wychowuje się wśród przydomowych niewolników. Dziewczynka jest dzika, małomówna, nie potrafi czytać ani pisać. Nie ma zasad, nie potrafi się zachować ani dbać o siebie. Do tego nie mówi jednym konkretnym językiem, ale szaloną mieszanką różnych wyrazów zasłyszanych od różnych ludzi, z którymi przebywa na co dzień (przypomina mi tym bardzo Salvatore z „Imienia Róży” Umberto Eco). Ponadto nie utożsamia się z żadną konkretną religią, poza jakimiś dziwnymi elementami voodoo (tak przynajmniej wydaje się z opisu). W wieku dwunastu lat zostaje ugryziona przez wściekłego psa. I wtedy zaczyna się jej prawdziwa tragedia.

Nagle Sierva Maria, po latach wykluczenia ze swojej sfery, trafia pod lupę rodziców, arystokratycznego światka i kościoła. Zostaje wydany wyrok, że dziewczyna jest opętana i że nie pozostaje nic innego jak egzorcyzmy. No właśnie. Niepiśmienna, małomówna, zdziczała… Nic dziwnego, że uznano ją za nawiedzoną, kiedy nagle wyrwano ją na siłę z jej naturalnego świata i próbowano przywrócić cywilizacji. Do momentu wyzdrowienia Sierva ma pozostać zamknięta w miejscowym klasztorze.

Tak poznaje ją  wysłany na egzorcyzmy Cayetano Delaura. Z początku Sierva Maria przeraża go. Jest kusząca, nieopanowana i trochę nie z tego świata. I właśnie to jest to, co uwielbiam w prozie Marquez’a, a co również obecne jest w tej powieści, to ukryte w jego historiach elementy realizmu magicznego. Te nadprzyrodzone motywy, które chowają się pod pozorem normalności. Właśnie ta dziwna, mistyczna i tak bardzo południowa estetyka literacka pozwala wyróżnić się utworom iberoamerykańskim na tle światowej literatury. To dodaje tej szczypty szaleństwa, niemożności wierzenia w to co zmysłowe. Pozwala poddać się niewyjaśnionemu.

W przypadku „O miłości i innych demonach” jest to tajemniczy, niepojęty rozumem ciągły wzrost włosów Siervy Marii. Nawet w dwieście lat po tragicznej śmierci dziewczyny, jej piękne włosy wciąż rosły i z wiekowej krypty wydostawała się wielometrowa kaskada rudych włosów. Ten nienaturalny rozrost przeczy zasadom zdrowego rozumu, a jednocześnie odpowiada na poświęcenie dziewictwa dziewczyny Bogu.

Te włosy, dzikość oczu, nienaturalność i iluzoryczność sprawiają, że ksiądz oddaje dziewczynie swoje serce. Zauważa, jako jedyny, że ona wcale nie jest opętana. Dostrzega błędy, które wzięły się z niezrozumienia i braku odpowiednich warunków wychowawczych. Sierva Maria nie jest wcale szalona. Żeby nam to jeszcze bardziej podkreślić, Marquez pokazuje nam prawdziwe szaleństwo w sąsiadującym z domem rodziców Siervy Marii, przybytkiem dla obłąkanych kobiet, by w końcu skonfrontować ten obraz z samą matką dziewczyny, która od lat zmaga się z uzależnieniem od wyciągu z kakaowca…

Miłość Cayetano i Siervy jest czystym uczuciem. Wyniesiona jest ponad wszystko to co ohydne, nieczyste i chore, a co znajduje się poza celą. Ona bezwiednie mu ufa, bo jest on pierwszą osobą, poza niewolnikami, która okazała jej dobroć i zainteresowała się nią. Tak po prostu. Tak otwarcie. On natomiast odnalazł dzięki niej zwątpienie w kościół, dziwny niedosyt uczucia i… jeszcze większą wiarę w Boga. Ich złudzenia przez chwilę stają się naszymi złudzeniami. Tragiczne położenie dziewczyny i księdza czasami wydaje się mieć jakieś rozwiązanie. Jednak szaleństwo w tej powieści jest mocno niejednoznaczne. I dziwnie jest nam patrzeć jak nagle wszystko wokół naszych bohaterów staje się wykrzywione chorobą. Klasztor, kościół z biskupem na czele, rodzice, król… I wtedy zdajemy sobie sprawę, że Cayetano i Sierva Maria nigdy nie będą razem. Nawet po śmierci.

O.

P.S. Czytając tą opowieść musimy wziąć poprawkę na różnicę wieku pomiędzy Siervą Marią a Cayetanem. W powieści ona ma lat dwanaście, on trzydzieści sześć. Zarówno w Rosji jak i w Stanach Zjednoczonych powieść została oznaczona jako usprawiedliwiająca i promująca pedofilię, a sam Marquez trafił pod lupę organizacji walczących z pedofilią. Czytając „O miłości i innych demonach” nie zastanawiałam się nad tym. Jednak teraz, pisząc ten tekst, pojawiły się inne pytania co do samej niedorzeczności tego uczucia i jego nieprzyzwoitości. Ostateczną ocenę pozostawiam Wam, jednak pomimo usprawiedliwień, próby ukazania symboliczności ich uczucia, pozostaje taki jakiś niesmak. I czujemy, że sami padliśmy ofiarą tego dziwnego obłędu z prozy Marqueza.

„Niebezpieczne Związki” Pierre Choderlos de Laclos

Bombla_LiaisonsDang
 

„Niech nie będzie ani jednej rozkoszy, której byśmy nie zakosztowali, ani jednej okropności, której byśmy nie popełnili…”

                                                                                                                                                                        /Markiz de Sade „L’Histoire de Juliette”/

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak długo czekałam, by móc użyć tego cytatu! 🙂 I jak nie mogłam się doczekać aż w końcu będę miała okazję, by napisać o „Niebezpiecznych Związkach” Pierre Choderlos de Laclos. Od tej powieści już tylko kilka kroków w stronę mojego ukochanego Markiza. Nikt tak jak on nigdy nie udowodnił czym jest prawdziwy libertynizm i nie określił roli urodzonego libertyna. Ale na Markiza jest jeszcze troszkę za wcześnie. W końcu trwa Uczta Miłości. Co prawda w tym wypadku miłości libertyńskiej, ale jeszcze miłości.

A czym jest libertynizm? Według Bogdana Banasiaka* (mojego sadycznego mistrza) libertynizm to prąd intelektualny, który najwyraźniej identyfikuje się od połowy XVI wieku do Rewolucji Francuskiej we Francji. Libertynizm może być zarówno filozofią lub światopoglądem, jak również uznany jest za rodzaj obyczajowości. Czyli mianem libertyna/libertynki  określa się wolnomyślicieli lub rozpustników. Jednocześnie pod koniec XVIII wieku, tuż przed Rewolucją, obie te tendencje często łączyły się, tworząc nowy, świeży koncept, który był odpowiedzią salonów na długie lata uczuciowej represji i gry konwenansów.

Buduary, prywatne saloniki, domy schadzek, kochankowie i kochanki… Kuszące „muszki”, upudrowane dekolty, zalotne spojrzenia zza pachnących wachlarzy… Dawniej tematy uznawane za lubieżne, przynależne niższym sferom, pod koniec wieku stają się tematami codziennymi. Miłość przestaje być świętością, przestaje być tabu. O miłości się mówi i o miłości się pisze. Na salonach modne są otwarte flirty, pozbawione jednak delikatności i wyszukania. Miłość staje się ucieleśnieniem pożądania. W towarzystwie liczą się podboje. Króluje próżność i cynizm. Pojawiają się salonowi gracze, dla których miłość jest tylko grą. Wszyscy chcą być zepsuci. Nastaje czas wyuzdania i egoizmu.

W tym właśnie przełomowym okresie powstają „Niebezpieczne związki”. Czyli powieść, w której główną rolę gra miłość libertyńska. Swobodą obyczajów i swobodą myśli wyróżnia się tutaj szczególnie jedna postać. Uznawana jest ona za jedną z najlepiej zarysowanych kobiecych postaci w literaturze francuskiej, a sam Laclos przez wielu traktowany jest jako wielki feminista. Mowa oczywiście o niesamowitej Markizie de Marteuil, wielkiej mistrzyni gry w świecie powieści. Niebezpiecznej gry, bo niebezpiecznych związków między kobietą a mężczyzną.

Towarzyszy jej równie niebezpieczny, jednak o niebo słabszy, Wicehrabia de Valmont. Przyjaciel Markizy. Jej wieloletni kochanek i wspólnik w miłosnych podbojach. Uznawany za zdeprawowanego człowieka, który całkowicie otwarcie łamie wszelkie zasady. Jego „wysuszone” serce, pełne okrucieństwa i cynizmu, nie potrafi już z niczego się cieszyć. Przynajmniej nigdy nie do końca, bo już nic nie daje mu ostatecznego zaspokojenia. To znudzenie, ta monotonność codzienności i zblazowanie powodują, że z rozkoszą podejmuje wyrafinowany zakład z Markizą de Marteuil. Ciekawe dla czytelnika jest to, że w ogóle nie zauważa w jej poczynaniach podstępu. Przynajmniej z początku.

Wnikliwa analiza dzieł Markiza de Sade nauczyła mnie, że być prawdziwym libertynem znaczy ni mniej ni więcej, co poznawać wciąż na nowo i odkrywać prawdziwą naturę człowieczeństwa. Tacy właśnie są Markiza de Marteuil i Wicehrabia de Valmont. Oboje są wirtuozami jeśli chodzi o kierowanie ludzkimi emocjami. W ciągu wielu lat osiągnęli mistrzostwo w wykorzystywaniu ludzi wyłącznie dla swoich celów. Dzielą wspólnie uwielbienie dla cielesności i dla seksu w ogóle. Chwalą się miedzy sobą i wymieniają doświadczeniami.

Uważam, że nie bez przyczyny Laclos postanowił całą powieść i całą fabułę przedstawić za pomocą listów. Bo kto jeszcze nie wie, to „Niebezpieczne Związki” są powieścią epistolarną. Dzięki temu poznajemy różne perspektywy, sami możemy oceniać i poznawać bohaterów z różnych punktów widzenia. Ta forma sprawia również, że lektura powieści staje się w jakiś sposób trochę jak czytanie w ukryciu cudzej korespondencji. Im dalej idzie w potworność poczynań, tym bardziej mamy wyrzuty sumienia, że nic nie możemy zrobić.

Wyrzutów nie ma natomiast Markiza de Marteuil. Z wyrafinowanym dystansem śledzi wszystkich i ich działania. Obserwuje ich niczym pionki na dziwacznej, pajęczej szachownicy. Nakierowuje na zniszczenie. Na nikim już jej nie zależy. Nawet na sobie, bo ostatecznie przede wszystkim unieszczęśliwia samą siebie. Dlatego nie ma nic do stracenia. I chyba sama o tym wie, że ta wielka gra jaką podejmuje będzie już jej ostatnią.

Kiedy intryga coraz bardziej się zagęszcza, kiedy wszystko zaczyna się boleśnie zacieśniać, na placu boju zwycięsko stoi tylko Markiza. Wielka Libertynka, mistrzyni gry, jaką jest miłość i … nienawiść. To czego dokonuje nasza bohaterka ma wymiar ściśle transgresyjny. Przekroczyła wszelkie dozwolone granice. Dzięki swoim knowaniom udało jej się doprowadzić do śmierci dwojga ludzi, w tym ukochanego Valmonta, prawdziwie zdeprawować i „zgubić” niewinną Cécile de Volanges i zranić naiwnego Kawalera Danceny. Omamiła cały arystokratyczny salonowy światek, by na sam koniec sama podążyć ku zgubie. A czy istnieje coś bardziej libertyńskiego od zniszczenia wszystkiego, by na sam koniec samej oddać się zagładzie? Jeśli jest coś więcej, to tylko tam, gdzie rezyduje największy potwór. Ale to już inna historia.

O.

P.S. A poniżej muzyczny kąsek, „Walking on Broken Glass” Annie Lennox. W teledysku towarzyszą jej Hugh Laurie i John Malkovich, który nosi strój Valmonta z ekranizacji „Niebezpiecznych związków” 🙂

„Now everyone of us was made to suffer
Everyone of us was made to weep
But we’ve been hurting one another
And now the pain has cut too deep…”

*Korzystałam z „Integralna potworność. Filozofia libertynizmu, czyli konsekwencje śmierci Boga” Bogdana Banasiaka i „Historie de Libertinage de goliards au marquis de Sade” Didier Foucault.

*W nagłówku użyłam fragment obrazu François Bouchet „Leżąca Dziewczyna”.

„Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë

Bombla_Wichrowe
 

„Catherine Earnshaw, obyś nie zaznała spoczynku, jak długo ja żyję! Powiedziałaś, że cię zabiłem – więc mnie nawiedzaj! Wszak ofiary prześladują swych zabójców. Wiem, że duchy zstępowały niegdyś na ziemię. Bądź ze mną zawsze – w jakiej chcesz postaci – doprowadź mnie do obłędu! Tylko nie zostawiaj mnie w tej otchłani, gdzie cię nie mogę znaleźć! Och, Boże! Tego się nie da wypowiedzieć! Nie mogę żyć bez mego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy!”.

Nie umiałabym zacząć inaczej tego tekstu, jak właśnie od tej bolesnej, wykrzyczanej w największej rozpaczy klątwy Heathcliff’a. Tyle smutku. Tyle nieszczęścia. Dwa stracone życia, a wokół kilka innych zmarnowanych. Historia „Wichrowych Wzgórz” to opowieść pisana krwią i łzami bohaterów. To opowieść, w której nigdy nie miało być dobrego zakończenia. Tylko śmierć, rozpacz i krzyk na wrzosowisku. To historia miłości przeklętej, ale takiej, którą przeklęli oboje kochankowie. 

Emily Brontë, podobnie jak jej dwie pozostałe piszące siostry, Anne i Charlotte, posiadała wyjątkową umiejętność. Otóż, stworzyła postacie tak silne i rozpaczliwie nieszczęśliwe, że próżno szukać podobnych w literaturze angielskiej. Żyjąca w świadomej izolacji pisarka dała życie jednym z najbardziej romantycznych bohaterów wszechczasów. Stworzyła dramat samotności i niezrozumienia kobiety i mężczyzny, których przeznaczeniem było żyć razem na mglistych wrzosowiskach, a którzy stracili tą szansę na zawsze.

Cathy i Heathcliff. Heathcliff i Cathy. Nie można tych imion niczym rozdzielić. Stworzyli sami siebie na podobieństwo wolnych istot z wrzosowisk. Oboje aroganccy, zbuntowani i niszczący. Nie pojmowali różnic, które próbowano im udowodnić, bo oboje stanowili jedno. Nie rozumieli zasad, które próbowano im wpoić, bo jedyną zasadą była ich namiętność. Nie chcieli być częścią życia innych, bo sami dla siebie byli już wszystkim.

Świat Heathcliff’a i Cathy to świat dziki i wolny, tak jak dzika i wolna była natura tych obojga. Tak jak dzika i pierwotna była ich miłość. Wiatr hulający po wrzosowiskach był ich głosem. Byli częścią tego co naturalne. Stali się integralną częścią otaczającej ich przyrody. Stłumienie ich dzikich charakterów nie mogło zakończyć się inaczej niż śmiercią. Byli nieujarzmieni, a tego co nieujarzmione nie można zamykać w klatce. Tragedią w „Wichrowych Wzgórzach” jest właśnie ta nieudana wymuszona próba „ucywilizowania” obojga. Cathy podejmuje wybór i skazuje się na powolne umieranie w tęsknocie i samotności. Przeklina siebie i swojego ukochanego, walcząc każdego dnia sama ze sobą.

A walka Cathy, to także zmagania Heathcliff’a. Bo tych dwojga nie można ze sobą rozdzielić. Nawet osobno, nawet po latach są tak silnie związani, jakby nigdy siebie nie opuścili, nawet na chwilę. Być może właśnie ta więź doprowadziła oboje do samozniszczenia. Gdyby potrafili zapomnieć, gdyby chociaż potrafili zrozumieć dlaczego nie mogą być razem. U żadnego z nich taka myśl nigdy się nie pojawia. Są jedną istotą, dominującą w swoim nieszczęściu i pragnącą unieszczęśliwić innych.

„Miłość do Heathcliffa przypomina odwieczne skały pod korzeniami drzew: nie przyciąga oka, lecz jest czymś nieodzownym. Nelly, ja jestem Heathcliffem! Zawsze, w każdej chwili, żyje w mojej pamięci. Myśl o nim nie jest rozrywką(…) lecz stanowi moją istotę. Nie mów więc już nigdy, że się rozstaniemy. To niemożliwe.”

Życie na Wichrowych Wzgórzach było dla jego mieszkańców życiem w odosobnionym miejscu cierpienia. Po śmierci Cathy staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Dziki i nieokrzesany Heathcliff, którego znamy z początku opowieści, pod jej koniec zamienia się w wyrachowanego, sadystycznego potwora, który pała żądzą zemsty. Gdzieś wewnątrz rozumie jednak, że jeśli istnieje ktoś na kim mógłby się zemścić, to jest nim on sam i jego ukochana. Dlatego nie potrafi wybaczyć. Ani jej, ani sobie. Już za życia skazuje się na przynależność do złych duchów, które nawiedzają Wichrowe Wzgórza. Żyje by niszczyć innych i by na koniec sam paść na zgliszcza tych, których zabije swoim złem.

„Wichrowe Wzgórza” to opowieść o wielkiej miłości, która nigdy nie mogła zostać spełniona. To opowieść o duchach, które nie znają ukojenia. I nie mogła potoczyć się inaczej. Takie istoty jak Cathy i Heatcliff nie mogą być szczęśliwe za życia. Ale nie jestem pewna, czy potrafią odnaleźć szczęście także po śmierci. Mam wrażenie, że wciąż, gdzieś tam w świecie Wichrowych Wzgórz, oboje przeklęci przez własną miłość, błąkają się po ukochanych wrzosowiskach. I błąkać będą na zawsze.

O.

P.S. Dla tych, którzy chcieliby przedłużyć niesamowite doznania z „Wichrowych Wzgórz” mam muzyczny kąsek, poetycki i piękny, czyli Kate Bush i tytułowe „Wuthering Heights”.

„I’m coming back love, cruel Heathcliff
My one dream, my only master…”

*Fragmenty tekstu w tłumaczeniu Janiny Sujkowskiej, Wydawnictwo Zielona Sowa.

„Romeo i Julia” William Shakespeare

Bombla_RomeoJuliaUcztę Miłości Wielkiego Buka uważam za oficjalnie rozpoczętą! Czas zasiąść wygodnie i zasłuchać się w „zakochane” opowieści. Powspominać, porozmyślać i pomarzyć. Troszkę się zapomnieć i dać porwać … bohaterom.

A jeśli pisać o miłości, to nie wyobrażam sobie nie zacząć od William’a Shakespeare’a. Można spierać się czy to na pewno on napisał wszystkie swoje dzieła, można udowadniać, że Shakespeare tak naprawdę była kobietą, czy wykłócać się, że nikt taki jak Shakespeare wcale nie istniał, ale z pewnością nie można podważyć tego, że William Shakespeare jest absolutnym klasykiem pośród klasyków. Jest kanonem, literacką ostoją i kotwicą zawsze i na zawsze, nawet wtedy, kiedy wszystkie inne dzieła nas zawiodą. Mistrz archetypów i metafor, twórca niezapomnianych cytatów i galerii wyjątkowych postaci. Totalnie ponadczasowy. Pisał o wszystkim co ludzkie i ważne dla istoty człowieczeństwa, więc także o miłości. A jeśli Shakespeare i miłość, to na pewno mowa o historii „Romea i Julii”.

Może uznacie to za nudne. W końcu „Romeo i Julia” „przerabiane i obrabiane” są na wszystkie strony na każdym etapie nauki w szkole. Jednak zachęcam wszystkich uprzedzonych do powrotu do tego dramatu. Bo jest to historia stara jak świat. Wyjątkowo filmowa. Młody chłopak zakochuje się w młodej dziewczynie. Z wzajemnością. Wystarczyła sekunda, jedno spojrzenie, by zdecydować się rzucić wszystko i wskoczyć w szalony wir miłości. Takie to bezwstydne. Naiwne. Takie młodzieńcze. Do tego jednocześnie bardzo tragiczne i paradoksalnie bardzo piękne.

Julia to czternastoletnia dziewczynka (nawet na tamte czasy, to trochę za młoda). Romeo to buzujący hormonami nastolatek. Skąd oni mogli wiedzieć cokolwiek o głębokich uczuciach? Jak to się stało, że nawet po 400 latach od powstania dzieła ta opętana uczuciem para wciąż będzie uważana za symbol prawdziwej i szczerej miłości?

Pewnie wszyscy pamiętamy początek, ale tylko tak dla uściślenia przypomnę. Rzecz dzieje się w Weronie, we Włoszech, gdzie dwa skłócone od pokoleń rody sieją spustoszenie na ulicach i wywołują raz po raz sprzeczki. Nasz bohater Romeo, syn z rodu Montecchich jest zakochany po uszy w niejakiej Rozalii. Przynajmniej myśli, że jest w niej zakochany, bo jak się okazuje Rozalia jest tylko przelotną miłostką, bardziej skierowaną na cielesność i pożądanie. Cierpiący chłopak, by zapomnieć o złamanym sercu postanawia, pomimo wszystko, iść na bal, na którym ma gościć jego wybranka. Tak się składa, że bal ten zorganizowany jest w domu wrogiego rodu, czyli Capulettich.

I tu zaczyna się nasz dramat. Wśród gości, co oczywiste, jest Julia. Kiedy tylko młodzi spoglądają na siebie uderza ich miłosny grom. Tylko w ten sposób jestem w stanie opisać siłę ich uczucia. Cała akcja trwa niecałe trzy dni. W tym czasie naszym tytułowym bohaterom udaje się zakochać całkowicie i totalnie. Chociaż jaśniejszym czasownikiem, wyrażającym pełnię ich uczucia, będzie „pokochać”. Całują się, przysięgają sobie dozgonną miłość, zaręczają się, tajemnie pobierają, spędzają namiętną noc, planują ucieczkę i… umierają w swoich ramionach, gdy ich plan legnie w gruzach. Całkowite szaleństwo. Ale nie bez przyczyny patron zakochanych jest również patronem szaleńców.

Kiedy spoglądam na tę historię z perspektywy czasu, zauważam ten niewiarygodny dynamizm całej akcji.  Nie ma tu czasu na przemyślenia. Nie ma czasu na pojęcie tego rozumem. Romea i Julię kierują serca i tylko serca. Nic więcej. I właśnie dlatego są ponadczasowi. Wpisują się w każdą epokę, w każdy czas, nawet ten najtrudniejszy, bo gdzieś w głębi duszy część z nas pragnęłaby przeżyć taką niesamowitą, całkowitą i totalną miłosną przygodę. Oczywiście niekoniecznie zakończoną śmiercią, ale chociażby namiastkę tego co przeżyli Romeo i Julia.

Kiedy pominiemy historyczny kontekst i epokę, w jakiej wydarzenia te miały miejsce, uda nam sie dojrzeć w Julii i Romeo dwoje buntowników. Parę, która pokonała wszelkie granice, właśnie dzięki swojej miłości. Udało im się zakończyć wieloletni konflikt. Zapłacili za to największą cenę, ale inaczej nie byłoby w tym uczuciu tej pełni. Tego dopełnienia, jaką była śmierć.

Uważam, że nie bez przyczyny Shakespeare stworzył za parę głównych bohaterów ludzi tak młodych. Tak naprawdę jeszcze trochę dzieci. Albo raczej istoty na granicy dziecięstwa i dorosłości. Tylko w tym wieku właśnie taka „miłość aż po grób” byłaby możliwa. Ich gorące uczucie wprowadza całkowity chaos do ustalonego przez dorosłych porządku. Nagle nic nie ma punktu odniesienia. Status quo zostaje obalone i aż do ich śmierci nie ma zastępstwa. I Julia i Romeo decydują się odrzucić WSZYSTKO na rzecz swojej miłości. Wyzbywają się swoich pozycji, urodzenia, przywilejów i… nazwiska. To jest jedno z największych poświęceń. Chcą uciec, zostawiając za sobą swoją tożsamość, by połączyć się jako dwoje całkowicie innych ludzi.

Co za tym wszystkim idzie, ani razu Julia czy Romeo nie zastanowili się nad skutkami, jakie wywołają ich działania. Zaślepieni miłością zapominają o wszystkim i wszystkich dookoła. Nawet kiedy giną ludzie, traci to wartość, bo tylko ich miłość ma sens. Są razem. Przeciwko sobie. Przeciwko światu. Nawet gdy przychodzi śmierć, żadne z nich się nie waha. Odbierają sobie życie zanim jeszcze sprawdzą dokładnie, czy na pewno ukochana osoba nie żyje. Romeo mówi, że jest „błaznem losu” my widzimy, że przecież to jego wybory i jego decyzje kierują go ku przepaści. Ale to właśnie ta bezlitosna siła uczucia! Ta siła niepokonanych hormonów, która burzy krew i podpala serce. Tak bardzo typowa dla niepokornych i młodych.

Pisząc ten tekst widzę jak bardzo rzeczywista jest ta historia. Jak aktualna. I jak wiele podobnych opowiedziały nam inne opowieści, te książkowe i filmowe. Ile wariacji kochanków z Werony już widzieliśmy. Inne epoki. Inne światy. A tak bliskie, bo tak ludzkie. Tak jak tragiczna opowieść Romea i Julii. Bez granic. Bez uprzedzeń. Aż „śmierć ich nie rozłączy.”

O.