„Śpiewaj Ogrody” Paweł Huelle

Bombla_ŚpiewajOgrody

 

„Pamiętam, że tamtej nocy śniłem Szczurołapa: stał w naszym dolnym parku i grał swoją nieskończoną melodię na flecie. Z lasu – przez górny park – nadchodziły zwierzęta: sarny, daniele, lisy, borsuki, zające; nadlatywały sowy, sójki, kawki, dzięcioły, a cały ten pochód zamykał wilk. Jego ślepia były dziwne: raz świeciły mocnym niebieskim światłem, to znów zamieniały się w jasne jak szkło kryształy, z których błyskała księżycowa poświata. Szczurołap, nie przestając grać, ruszył aleją w dół […].”

Śpiewaj Ogrody str. 214-215

Wspomnienia mają to do siebie, że wraz z mijającymi latami zacierają się, rozrzedzają, by w końcu zniknąć gdzieś za wyobrażeniami czy sennymi wizjami sprzed lat. Powroty do czasów beztroskiego dzieciństwa i wczesnej młodości mają tę właściwość, że z łatwością mogą nabierać kształtów baśniowych, legendarnych, onirycznych, gdzieś z pogranicza jawy i marzeń. Coś było prawdziwe, coś zmyślone, a coś okazało się być jedynie wytworem wyobraźni. Takim wspomnieniom z łatwością można dać się ponieść. Podążyć za nimi ciemnym szlakiem, za jedną nutką, za jednym okrzykiem, za jednym obrazem i zagubić się w odmętach własnych historii.

Ta hipnotyzująca siła wspomnień napędza bohaterów magicznej, wielowątkowej i bardzo trójmiejskiej powieści Pawła Huelle „Śpiewaj Ogrody”. Ten nietypowy tytuł zaczerpnięty został z XXI Sonetu do Orfeusza Rainera Marii Rilkego i niejako stał się mottem i tłem dla wszystkich wątków opowieści. To właśnie w sonetach tego austriackiego poety znaleźć można dyskretny trop (Orfeusz oczarowujący leśne zwierzęta w pierwszych strofach), który prowadzi czytelnika do głównej osi powieści, jaką jest zupełnie przypadkowe odnalezienie przez jednego z bohaterów niedokończonego manuskryptu wagnerowskiej opery opartej na baśni Braci Grimm – Szczurołap z Hameln. Według legendy, (bo według faktów historycznych coś na pewno zabrało dzieci z miasteczka), gdy plaga szczurów nawiedziła miasteczko Hameln, jego mieszkańcy wynajęli szczurołapa. Ten za pomocą cudownego fletu wywabił gryzonie z miasta prosto w rzeczne odmęty. Ale chciwi mieszkańcy nie chcieli zapłacić szczurołapowi, a on w ramach zemsty, grając swoją tajemniczą melodię wyprowadził z Hameln wszystkie dzieci i słuch po nich zaginął. Podobno, na potwierdzenie grimmowskiej opowieści, odnaleziono w okolicach niemieckiego miasteczka masowy grób pełen szczątków i malutkich szkieletów.

Motywy obezwładniającej siły muzyki, masowej ucieczki, czy wyprowadzenia szczurów i dzieci powracają w „Śpiewaj ogrody” raz po raz, przyjmując tu zarówno formę dosłowną jak i  symboliczną, gdzie szczurami są nazistowscy żołnierze, dziećmi – Żydzi i Polacy, natomiast  pieśnią jest tu retoryka Hitlera. Sama powieść zbudowana jest na zasadzie operowego libretta – dramatycznej, wielogłosowej akcji, pojedynczych scen i partii kolejnych bohaterów. Przeszłość dalsza i bliższa łączą się z teraźniejszością, a czas płynnie przechodzi między kolejnymi wątkami. Klamrą spinającą całość, niczym głos cudownego fletu Szczurołapa, jest wspomnienie lat młodzieńczych narratora spędzonych w domu przy ulicy Polanki w Gdańsku. Domu, a dawniej dworku, który po wojnie i przymusowym podziale, stał się ostoją dla kilku rodzin, w tym dla rodziny anonimowego chłopca, który (co pozostaje w sferze domysłów) jest alter ego samego autora. Tam, chłopiec poznaje panią Gretę, przyjaciółkę ojca, Niemkę, która opowiada o przedwojennych losach swojego domu.

To dzięki opowieści pani Grety narrator, a czytelnicy wraz z nim, odkrywają sekrety, które skrywa dworek na ulicy Polanki. Oba sekrety mają w sobie coś sensacyjnego i niezwykle tajemniczego. Budują trudną historię tego miejsca, wpływają na losy jego mieszkańców, ale przede wszystkim nadają rezydencji pani Grety namiastkę legendy. Sekrety są dwa i oba przyjęły formy rękopisów. Pierwszy z nich to wspomniana już zaginiona opera Richarda Wagnera, odnaleziona w antykwarycznych stosach przez męża pani Grety, kompozytora Ernesta Teodora. Drugim jest osiemnastowieczny pamiętnik szalonego libertyna François de Venancourta, pierwotnego właściciela posesji, w którym spisywał on swoje makabryczne i wyjątkowo sadystyczne dokonania. Miejsce zamieszkania narratora „Śpiewaj ogrody” naznaczone jest  zatem niewidzialną krwawą łuną, która być może w jakiś sposób wpłynęła na dalsze losy najbliższych pani Grety i jej samej.

Całości dopełniają wspomnienia wojenne bohaterów z czasów, gdy Wolne Miasto Gdańsk utraciło swoją wolność, a jego wielonarodowi mieszkańcy stali się ofiarami wysiedleń, masowych mordów i niesprawiedliwych egzekucji. Widmo II wojny światowej prześladuje Ernesta Teodora, który całe lata poświęcał rekonstrukcji wagnerowskiego utworu, częściowo wbrew własnym przekonaniom, by stać się kolejną ofiarą nazistów i naiwnie dać się ponieść wierze w uniwersalną wartość muzyki. Narratorowi o wojennych przygodach opowiadają także od najwcześniejszych lat jego ojciec i przyjaciel ojca, rodowity Kaszub – pan Bieszk, „choć może nazywał się Bieszke, na pewno nie Bieszczański”, by z czasem, im starszy jest chłopiec, ich opowieści nabierały okrutnych detali. Wnikamy w świat kaszubskich przypowieści, legend, rodzinnych wspomnień i obrazów z przeszłości. Przyjaźń chłopca, a później dorosłego już mężczyzny i wdowy Grety spaja wszystko, przetykając wątki i nadając powieści cel, jakim jest zrekonstruowanie dziejów mieszkańców dworku przy ulicy Polanki.

„Śpiewaj ogrody” to misternie skonstruowana powieściowa kompozycja, której wątki mijają się, uzupełniają i przepływają tuż obok siebie, tworząc niezwykłą opowieść o miłości, wojnie i wszechogarniającej sile muzyki. Niczym w wielowarstwowej szkatułce jedna historia tworzy drugą i kolejną, legendy przechodzą w baśnie, wspomnienia codzienności w pełną pasji historię życia kompozytora i jego ukochanej żony. A wszystko to połączone niewidzialną, bo przecież zupełnie fikcyjną linią melodyczną wagnerowskiej opery, która nigdy nie powstała, a która jest i żyje w tym magicznym, chociaż brutalnym i naznaczonym wojną świecie powieści Pawła Huelle. Nie pozostaje nic innego jak dać się ponieść dźwiękom fletu i podążyć w piękną opowieść za Szczurołapem z Hameln.

O.

*Recenzja napisana dla księgarni internetowej Dybook, a którą możecie przeczytać również TUTAJ.

A na zakończenie życzenia dla Was 😀

WielkanocŻyczenia

BEZSENNE ŚRODY: „Berenice” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneBERENICE

 

„Berenice! Wymawiam jej imię – Berenice! – i ze zmurszałych ruin mej pamięci na skinienie tego dźwięku wynika tysiąc burzliwych wspomnień! Ach, postać jej żywcem stoi mi w oczach, jak w pierwszych dniach naszych uniesień i naszego wesela! O, wspaniałe, a jednak fantastyczne piękno, o, sylfida z gajów Arnheimskich! O, najada pośród kaskad! A potem – a potem wszystko staje się tajemnicą i zgrozą, powieścią, która nie chce się wypowieścić.”

Miłość. Niezwykłe uczucie. Intrygujące, bo tak bardzo wielowymiarowe. Zawierające w sobie zarówno pierwiastki dobra, jak i zła. Bo przecież kryje się w niej tyle podległych odcieni i innych emocji. W miłości zawierają się porażające siłą doznania, które potrafią zwalić z nóg i nawet najbardziej rozsądnego człowieka znieść na ścieżki szaleństwa. W miłości, chociaż wydaje się, że tam tylko miłość jest (a to złudne wrażenie i bardzo mylące), dostrzec można razem, w konfiguracjach szalonych lub całkiem osobno, a czasami w ogóle: namiętność, poświęcenie, zazdrość, obsesję, przyjaźń, nienawiść, uległość, czy szczęście, które z biegiem dni przeradza się w mękę.

O miłości szalonej, obsesyjnej, która prowadzi do tragedii i pomieszania zmysłów opowiada Edgar Allan Poe w pierwszej historii z cyklu Śmiertelny uścisk miłości, zatytułowanej „Berenice”. Jej dzieje poznajemy z ust Egeusza, który wspomina swoją ukochaną – młodą dziewczynę imieniem Berenice. Wychowywali się razem w jego rodzinnej posiadłości, para całkowitych przeciwieństw, pokochali się trochę na przekór. Ona pełna życia, urocza i zwinna. On chorowity, pogrążony w marzeniach i zawsze zamknięty w murach domowej biblioteki. I gdy sny o małżeństwie mają się ziścić, ona zapada na tajemniczą chorobę. Niknie w oczach, traci samą siebie, ból odbiera jej tożsamość, a Egeusz nie poznaje już jej, załamuje się i popada w dziwny rodzaj depresji. Depresji, która wywołuje manię, obsesję na punkcie szczegółów. Godzinami wpatruje się w jeden punkt, w jedno zdanie w księdze, powtarza jedno słowo. Wraz z chorobą Berenice sen o miłości rozmywa się i rozpada na kawałki.

Okrutna choroba ukochanej wyzwala w Egeuszu pokłady manii na punkcie samego siebie. Snuje rozważania natury osobistej, wspomina Berenice, a tak naprawdę, w jakiś perwersyjny sposób zachwyca się jej zanikaniem, „widmowością” chorobowej aury, jej przekształcaniem się w ducha, z maską zamiast twarzy.  Z jednej strony dopiero wtedy uświadamia sobie, że ją kocha, a z drugiej czuje do jej nowego ciała odrazę, boi się jej. Przeraża go  jej widok – wychudzenie, wyniszczenie i wyssanie przez chorobę. Ale to co poraziło go doszczętnie, to co odebrało Egeuszowi resztki samokontroli i zepchnęło w otchłań obłędu, to widok jej wielkich, białych, nieskalanych zepsuciem zębów. To zęby wprawiły go w opętańczy zachwyt i podniecenie. Zbudziły w nim potwora, dziwoląga, owładniętego jedną, jedyną makabryczną myślą:

„– Zęby! – Zęby! – Były tu, były tam – były wszędzie.”

Opowieść Edgara Allana Poe to historia miłości, która w chwili największej próby przekształciła się w potworną obsesję. Tak silną, że rozum nie miał w tym przypadku już nic do powiedzenia. Tylko czas pozwala Egeuszowi spojrzeć na Berenice z dystansu. Pozwala mu spróbować nadać sens temu, co się wydarzyło. Historia okrutna i niezwykła, tchnąca klaustrofobią dusznej komnaty gotyckiego zamczyska, gdzie nie ma słońca, nie ma orzeźwiającego wiatru, nie ma życia. Tylko śmierć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo przed oczami mam makabryczną maskę śmierci o zapadniętych wargach.

O.

* Wszystkie opowieści Edgara Allan Poe, całkiem za darmo i w pełni legalnie, do ściągnięcia w oryginale, znajdziecie na stronie Project Gutenberg (klik! klik!) – „Berenice” jest w tomie 2. 🙂

A Lolanta z LolaCzyta odnalazła „Berenice” po polsku, w różnych formatach do wyboru,  na Wolnych Lekturach (klik! klik!), również za darmo i w pełni legalnie  – dziękuję! 🙂

„The Bird Eater” Ania Ahlborn

Bombla_BirdEater

 

“We all go a little mad a little, we all go a little mad…”

Nie ma to jak porządna opowieść o nawiedzonym domu. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że boję się podwójnie. Kilka razy sprawdzam, czy nic nie czai się za firanką, czy drzwi są zamknięte, czy cień w rogu pokoju to tylko cień, czy już shutter, czy jakiś inny splicer podwiesił mi się pod sufitem. Bo przecież nigdy do końca nie można być pewnym. Tym bardziej, gdy całkiem na poważnie wierzy się w słowa H.P.Lovecrafta, że istnieją miejsca, które mają duszę, a bywa, że ta dusza może być naprawdę zła. Czasami jest to wina jego mieszkańców. Czasami przyczyna tkwi w dalekiej przeszłości. Czasami pochodzi prosto z miejsca, na którym stoi taki dom. A czasami, po prostu, duszą takiego domu jest ktoś lub coś, jakaś obecność, pozostałość po kimś sprzed lat.

Opowieść o nawiedzonym domu snuje w swojej najnowszej książce zatytułowanej „The Bird Eater” amerykańska pisarka polskiego pochodzenia – Ania Ahlborn. „The Bird Eater”, dosłownie pożeracz ptaków, czerpie swoje inspiracje z literackich klasyków takich jak chociażby „Nawiedzony” Shirley Jackson – horrorów nietypowych, które za swój cel obierają nie samo zło, nie jego genezę, ale przede wszystkim jego wpływ na psychikę głównych bohaterów i to w jaki sposób poszczególne postacie reagują, gdy nic nie jest takie jak powinno być. Ania Ahlborn stworzyła niezwykłą opowieść grozy o bólu, wyrzutach sumienia i nieuchronnie nadchodzącym szaleństwie, przed którym nie ma ucieczki.

Głównym bohaterem „The Bird Eater” jest Aaron Holbrook, który spędził całe swoje dzieciństwo w miasteczku Ironwood w stanie Arkansas. W dużym domu, na odludnej ulicy, wychowywany przez ukochane wujostwo, które przejęło nad nim opiekę po samobójstwie matki. Życie dla młodego Aarona, jak to dziecięce lata, jest beztroskie – ma świetnych przyjaciół, spędzają razem czas szwendając się po okolicach, bawiąc się i poznając świat. Do czasu. Najpierw w wyniku niefortunnego upadku z drabiny ginie jego wuj, a kilka lat później, po powrocie ze szkoły, chłopak znajduje zmasakrowane równie „niefortunnym” upadkiem ze schodów zwłoki swojej ciotki. Nim Aaron zdąży cokolwiek powiedzieć zostaje wywieziony do dalekich krewnych i tam dorasta, by w końcu sam założyć własną rodzinę. Mija dwadzieścia lat. I po raz kolejny jego wydawałoby się ułożone życie lgnie w gruzach, gdy podczas wypadku samochodowego (w którym to on był kierowcą) ginie jego kilkuletni syn Ryder. Przygnieciony wyrzutami sumienia, otępiony cierpieniem, alkoholem i lekami, w żaden sposób nie potrafi sobie poradzić ze śmiercią syna, ani z samym sobą. I postanawia wrócić do Ironwood.

Miasteczko dzieciństwa i rodzinny dom Holbrook House mają mu pomóc podnieść się z wyniszczającej żałoby i odzyskać utracone nagle życie. Tylko o czym Aaron nie wie i nigdy nie wiedział to fakt, że jego dom od zawsze był tematem lokalnych plotek. Przez lata wujostwo ukrywało przed nim przeszłość i śmierć jego matki. To o czym szeptali wszyscy, pozostawało w sferze totalnej niewiedzy (a może wyparcia?) przez głównego bohatera. Teraz, po latach, nie ma już nikogo, kto mógłby go przed tym wszystkim bronić.  Więc przeszłość napiera. I pojawia się dziwny, natarczywy chłopiec, który kręci się wokół domu Aarona. Śledzi go i bacznie obserwuje. Chłopiec, zwany Birdiem, powraca raz za razem, jego zachowanie przestaje być jakkolwiek naturalne i prześladuje go tak na jawie, jak i w makabrycznych snach. W tych sennych wizjach Birdie pożera żywe ptaki, krzywiąc się i czając jak gargulec pośród drzew.

A okolica zieje dziwną pustką. Tak jakby z Ironwood  wyssano całą życiową energię. Opuszczone ruiny spalonej szkoły, stojący latami pusty dom,  leśne ostępy i omijane szerokim łukiem szlaki – to wszystko podkreśla uczucie osamotnienia i poddania się Aarona. Złamany, zrozpaczony i całkowicie pozostawiony samemu sobie w domu, który tylko czekał na nowego lokatora. A tak naprawdę czekał właśnie na Aarona i jego nieszczęście. Co więcej, ta niepokojąca pustka otoczona jest czujnymi obserwatorami, którzy nigdy nie odpuszczają, nigdy nie uciekają, ale patrzą, spoglądają z zainteresowaniem podziwiając przebieg tragicznych wydarzeń. Mowa tu o ptakach, które w jakiś sposób prowadzą do niezwykłej obsesji, zarówno Aarona, jego syna Rydera i samego Birdie’go, którego człowieczeństwo lub też jego brak, pozostaje niewyjaśnioną zagadką.

Świat wykreowany przez Anię Ahlborn jest po części światem iluzji. Małe, senne Ironwood, w którym nic się nie dzieje, z którego ludzie uciekają, a ci co zostają, powielają życie swoich rodziców, wydaje się być tylko prowincjonalnym miasteczkiem w czasach kryzysu. Pozornie spokojne, w miarę przyjazne, po prostu zwyczajne, wywołuje jednak poczucie niepokoju detalami. Przypomina to nagłe znalezienie odwróconego krzyża w domu uroczej starszej dewotki, która częstuje nas ciasteczkami i lemoniadą – otwiera oczy i uzbraja wszystkie zmysły. Bo coś tu się nie zgadza. Co nie gra tak jak powinno. W „Bird Eaterze” panuje miejscami właśnie taki odwrócony porządek rzeczy. Dom, który powinien był być zrównany z ziemią i omijany szerokim łukiem wciąż na nowo znajduje nowych mieszkańców. Fakty, które przecież powinny być znane wszystkim są niepotrzebnie ukrywane i szczelnie pilnowane, by tylko nie wyszły na jaw. Przedwcześnie umierają dzieci, ludzie popełniają samobójstwa, co burzy naturalny cykl i przeraża, a jednak nikt nie próbuje odnaleźć konkretnej przyczyny. Ironwood odbiera potrzebę poszukiwania, tworzy umysłową bańkę wokół swoich mieszkańców, a tajemnica Holbrook House na zawsze pozostaje niewyjaśniona.

„The Bird Eater” miejscami pozostawia niedosyt, ale jest to niedosyt całkowicie wytłumaczalny, wykreowany z pustki, samotności i wyrzutów sumienia głównego bohatera. Ironwood jest jego prawdziwym domem, jego miejscem na ziemi, a skoro samo miasteczko jest jak wydrążone ze zdrowego rozsądku, pozbawione elementarnych reakcji, to w jaki sposób Aaron miałby na nowo stanąć na nogi? Jak miałby wyleczyć rany, czym wypełnić psychiczną dziurę, jak przeżyć żałobę? U Ani Ahlborn nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania, tak jak bohaterowie nie potrafią na nie odpowiedzieć. Coś się dzieje, coś tak niepokojącego, że łatwiej jest odwrócić wzrok i przyjąć rzeczy takimi jakie są. Nie zastanawiać się nad przyczynami. Nie myśleć o konsekwencjach.  Bo na ucieczkę nie ma już siły. A Birdie siedzi przyczajony wśród drzew, przekrzywia zabawnie głowę i szczerzy swój krwawy uśmiech, gdy tylko wypatrzysz go wśród gałęzi.

O.

Niespodzianka: nowy cykl na Wielkim Buku

Bombla_Podstawa_BezsenneZAPOWIEDŹ

Moi Drodzy!

Dzisiaj mam dla Was niespodziankę 😀

Nigdy nie kryłam się z moim uwielbieniem do horrorów, opowieści grozy i wszelkiej makabry. Straszydła, duchy, potwory, a także krew i wszechobecny gore to zdecydowanie jest to co uwielbiam i pewnie gdyby nie zdrowy rozsądek i potrzeba umiaru, to zaczytywałabym się tylko w takich lekturach. W okopaniu się w ciemnościach i poświęceniu mojego czytelniczego życia wyłącznie na zgłębianie tajemniczych otchłani hamuje mnie przede wszystkim mój wielki i nieokiełznany strach, który często prowadzi do sytuacji absurdalnych, bo podobno nie wypada dorosłym bać się mroku, czy samotnego przebywania w pokoju, gdy nadchodzi noc. Ale co tam – uwielbiam to, nawet kosztem mojego psychicznego zdrowia, które pożera straszne opowieści, przetwarza je i mutuje, tylko na swój własny użytek.

Tak sobie pomyślałam, że trochę już tych horrorowych historii poznałam. Opowieści z dreszczykiem, raz lepszych, raz gorszych, ale zawsze nieuchronnie prowadzących do paniki w oczach, szybszego bicia serca i halucynacji, gdy tylko zgaśnie światło. I wymyśliłam, specjalnie dla Was, zupełnie nowiutki, cieplutki i pachnący świeżością cykl, który nazwałam: BEZSENNE ŚRODY. 

Co spotkacie na Wielkim Buku w każdą środę, już od przyszłego (przedświątecznego) tygodnia zaczynając? Opowiadania, nowele, czy inne krótkie historie (powieści zostawiam na klasyczne Nocne Łowy), a wszystkie potworne, makabryczne i niesamowite. Klasyki literatury i te współczesne. Takie, które zazwyczaj nie pojawiają się samodzielnie, ale wychodzą w tomach, tomiszczach lub antologiach, a które zdecydowanie warto poznać.

Kogo spotkacie? Między innymi moich największych ulubieńców z możliwych, czyli Stephena Kinga, H.P. Lovecrafta, Edgara Allana Poe, Shirley Jackson, Jacka Ketchuma, Roberta Chambersa, Edwarda Lee, Algernona Blackwooda, Clive’a Barkera. I jeszcze pewnie wielu innych, jak na nich wpadnę na mrocznych ścieżkach 🙂 Oczywiście, jeśli ktoś chciałby o kimś poczytać albo polecić – piszcie koniecznie!

Znając moją obsesję planowania i postowania zawsze w konkretne dni, to BEZSENNE ŚRODY, krótsze, mniejsze, do pożarcia na jeden chaps, będą co tydzień w każdą środę (totalnie nowatorsko), a wpisy klasyczne, z wtorku i piątku przeniosą się na poniedziałek i piątek 😀

W ten sposób będzie jeszcze więcej czytania dla Was 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Jej wszystkie życia” Kate Atkinson

Bombla_JejWszystkieŻycia

 

„A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy? Czy to nie byłoby wspaniałe?”

Déjà vu. Poczucie, że obecna chwila wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości i teraz przeżywamy ją od nowa. Dotyczy całych sytuacji, wyciętych z życia momentów, które jakoby miałyby się powtarzać i nieść za sobą wspomnienia. Podobno, według przeprowadzonych w skali światowej badań, uczucie „już widzianego” przydarza się od 30-96% zdrowej populacji i towarzyszy mu zawsze pewność, że to przecież niemożliwe. Nie można przeżywać od nowa czegoś, co dopiero się dzieje. Bo nie ma przecież alternatywnych rzeczywistości, nie ma innych światów tuż obok naszego, czas płynie, a nie zawraca raz po raz. A co jeśli déjà vu to faktycznie krótkie „zwarcie” w czasoprzestrzeni? Kilkusekundowe okno do innego świata? Innego życia, które gdzieś tam trwa, albo trwało w przeszłości i jego wyrwane z kontekstu fragmenty, nacechowane intensywnymi emocjami, potrafią pokonywać bariery, przedostając się do naszego życia tu i teraz?

Déjà vu jest najprawdziwszą rzeczywistością dla bohaterki powieści „Jej wszystkie życia„, czyli najnowszej, dziewiątej już książki wielokrotnie nagradzanej brytyjskiej pisarki Kate Atkinson. Autorka wykorzystuje znaną koncepcję, wtłaczając ją w przestrzeń historyczną Europy pierwszej połowy dwudziestego wieku. Czytelnik ma szansę z zapartym tchem śledzić losy Ursuli Todd, od czasów narodzin aż do śmierci, na różnych etapach, w kolejnych osiach czasowych, zawsze jednak u progu światowych zmian, które doprowadzą do wielkich tragedii i potwornych wydarzeń na całym świecie. Ukazując kolejne życia Ursuli, od ich najwcześniejszych momentów, Kate Atkinson poprzez subtelne mikro-zmiany, pozornie nieistotne przekształcenia zdań i znaczeń, buduje napięcie i kreuje dzieje swojej bohaterki wciąż od nowa, dając jej nowe możliwości, tworząc szanse zaprzepaszczone w innym życiu. Ursula rodzi się, żyje i umiera wciąż od nowa, zawsze na innych etapach i w innych konfiguracjach,

Powieść rozpoczyna się w listopadzie 1930 roku, gdy młoda kobieta wkracza do zatłoczonej niemieckiej kawiarni. Dosiada się do stolika pewnej pary – on wyjątkowo pewny siebie „niemęski mężczyzna” i ona – wyzywająca blondynka. Po chwili niezobowiązującej konwersacji kobieta wyciąga pistolet i strzela prosto między oczy mężczyzny. Właśnie ginie niedoszły Führer, Adolf Hitler. Piękna wizja, prawda? Jeden celny strzał, jeden moment i znika on, a wraz z nim znika idea tysiącletniej Rzeszy, obozy zagłady i prysznice, które wcale nie były prysznicami.  Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości nie będzie II wojny światowej, nie wydarzą się czystki etniczne, bombardowania, czy anihilacja milionów niewinnych ludzi. Idylla, piękna wizja, która pryska jak bańka mydlana w chwilę później, gdy młoda zamachowiec ginie przeszyta kulami ochrony Hitlera i… rodzi się na nowo w 1910 roku podczas śnieżnej zawiei, by umrzeć raz jeszcze, zanim złapie pierwszy oddech. I rodzi się ponownie.

Cykle narodzin i śmierci Ursuli wydają się wydłużać z każdym kolejnym przeżytym przez nią dniem. Nawet godziny mają tutaj znaczenie, małe gesty, nieodbyte rozmowy domowników, czy kłótnie między rodzeństwem. Wszystko się liczy – każdy podjęty wybór ma znaczenie i realnie wpływa na dalszy ciąg historii. W ten sposób mamy szansę wiele razy przeżywać narodziny dziewczynki i jej kolejne śmierci. Ursula raz umiera zaraz po przyjściu na świat, przyduszona pępowiną, raz na hiszpankę, raz przez utonięcie, raz podczas bombardowania i tak dalej, w kółko, jednak zawsze wydłużając swój czas przeżyty na świecie przez „wspomnienia” z innego życia. Déjà vu, które pozwala jej niejako kształtować nadchodzące wydarzenia. Tak naprawdę w „Jej wszystkich życiach” obserwujemy jedynie ułamek możliwości bohaterki. Liczba zmiennych, a co za tym idzie skutki tych zmian, są tak naprawdę nieskończone i mogą powielać się całą wieczność. Powieść nie kończy się, ale wraca do początku, do lutowej śnieżycy 1910 roku, kolejnych narodzin (w tym wypadku oryginalny tytuł Life After Life z ang. życie po życiu wydaje się być o wiele bardziej adekwatny).

W jakimś momencie podczas lektury tej powieści, czytelnik może zapytać, jaki jest w takim razie cel Ursuli? Czy w ogóle istnieje jakiś, czy po prostu żyje i metodą prób i błędów stara się naprawić nieodwracalne szkody? Odmienić swój los i tym samym wpłynąć na dzieje świata? Oszukać przeznaczenie, wykorzystać swoją wiedzę i chociaż raz nie dopuścić do tego, co i tak musi wydarzyć się gdzieś w innym świecie, naszym świecie? Cel wydaje się być jeden – jest nim niedopuszczenie Adolfa Hitlera do władzy. Co za tym idzie uratowanie milionów istnień, w tym jej ukochanego młodszego brata Teddy’ego, a może nawet całej rodziny? Jedno jest pewne – czas nie pędzi tu ciągle naprzód, ale stanowi wartość płynną, niepewną, powielającą się w nieskończoność, w której można brodzić i zawracać, jeśli tylko da się pamiętać.

W „Jej wszystkich życiach” Kate Atkinson podjęła dość ryzykowny, niemniej niezwykle intrygujący motyw fabularny. Takie przeżywanie swojego życia wciąż od nowa, umieranie i powracanie do punktu wyjścia, by zacząć wszystko od początku, wydaje się o wiele bardziej pasować do tematyki science fiction, światów i opowieści wyobrażonych, gdzie historia nie powiela prawdziwej rzeczywistości, nie biegnie alternatywnie, ale wręcz przeciwnie, tworzy się w zupełnie nowym świecie wyobraźni. Niestety to, cojuż się wydarzyło nigdy się nie zmieni, a bolesne dzieje świata na zawsze już takimi pozostaną.

„Jej wszystkie życia” to świetnie napisana powieść dla wszystkich czytelników, którym niestraszne są powielane motywy, wyszukiwanie niuansów i zmian w każdej kolejnej odsłonie życia bohaterów, czy usilne próby naprawiania świata przez główną bohaterkę powieści przeżywającą raz za razem déjà vu.  Ciekawie poprowadzona fabuła, świeża odsłona klasycznej rodzinnej sagi oraz próba odpowiedzi na nurtujące pytania o egzystencję człowieka i sens wszystkiego sprawiają, że powieść Kate Atkinson robi wrażenie i nie daje o sobie zapomnieć.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Sourland” Joyce Carol Oates

Bombla_Sourland

Żałoba nie należy do najłatwiejszych tematów w literaturze. Podobnie jak śmierć i lęk przed stratą. Niełatwo się czyta. Trudno się sprzedaje. Z pewnością jeszcze trudniej się ją opisuje, tym bardziej gdy za podstawę fabularną opowieści służą prawdziwe doznania i wewnętrzne przemyślenia twórcy. Utrata bliskiej osoby, ta nagła, nieprzewidziana, potrafi złamać człowieka, doprowadzić na skraj rozpaczy i wykończyć emocjonalnie. A jednak śmierć jest jak najbardziej uniwersalna. Dotyka tak samo wszystkich, nie wybiera i nie czeka. Po prostu nadchodzi. Nieważne, czy ktoś jest na nią przygotowany. Bo czy w ogóle można przygotować się na śmierć? Tak swoją, jak czyjąś? Raczej nie. Prawie nigdy nie jest to możliwe.  Potwierdza to i udowadnia jedna z najbardziej cenionych współczesnych amerykańskich pisarek, twórczyni intensywnych w doznania i zmuszających do myślenia historii, mistrzyni krótkiej formy, czyli Joyce Carol Oates.

W swoim najnowszym wydanym w Polsce tomie zatytułowanym „Sourland” ta amerykańska pisarka zebrała szesnaście opowiadań napisanych i opublikowanych w różnych czasopismach w trakcie dwóch lat żałoby po nagłej śmierci ukochanego męża w 2008 roku. Czytelnik nie znajdzie tu jednak wzruszających historii, anegdot, czy wspomnień z życia kochającego się małżeństwa, tylko brutalne i bardzo dogłębne opowieści z życia po śmierci bliskich lub tych, którzy stoją u progu straty. Walczące wdowy, które muszą ostatnimi siłami trzymać się życia, by nie dać się pokonać i zniszczyć tym, którzy tylko czekają na ich moment słabości. Kobiety, których ostatnimi deskami ratunku przed zapadnięciem w otchłań cierpienia jest godzenie się na fizyczną przemoc, często w jej najbardziej seksualnym kontekście.

Z niemocy i smutku rodzi się przepełniona perwersją namiętność. Osamotniona kobieta w opowiadaniach Joyce Carol Oates musi na nowo otworzyć się na przepełniony gwałtownością i siłą świat mężczyzn. Po raz kolejny przeniknąć do niego i pogrążyć się w pożądaniu, męsko-damskich zagrywkach. Odłożyć ból na bok lub, co częściej ukazuje pisarka, zastąpić jeden ból innym. Jej kobiece bohaterki, delikatne i wrażliwe, same z siebie, z własnego wyboru budują swoje przeznaczenie i stają się ofiarami nie-ofiarami. By wrócić na nowo do życia przechodzą pewien etap i dzięki niemu nie pozwalają się osłabić. Dają się posiąść, by siłą przywołać się do rzeczywistości, byle nie stracić poczucia realności. Nie pozwalają od nowa utopić się we własnej rozpaczy. Gwałty, okaleczenie, praktyki sadomasochistyczne są ich krzykiem o pragnienie życia. O przypomnienie samym sobie, że one same jeszcze nie umarły.

Z drugiej strony, poza osamotnionymi wdowami, w „Sourland” mamy innych bohaterów, przede wszystkim dzieci i młodzież, synów i córki, którzy z dystansu obserwują rozpad rodziny i tym samym przeżywają swoistą dezintegrację własnej tożsamości. Poza samym obliczem śmierci Oates pokazuje nagłość choroby bliskich osób i to, co robi z ludźmi wokół nich. Godziny wydłużają się w nieskończoność. Dotychczas uporządkowane i usystematyzowane życie domowe wali się w gruzy. Zrozpaczone przyszłe wdowy przestają kontrolować otoczenie. Dzieci zostają odstawione w tryb zawieszenia. Pozostawione samym sobie, by kręcić się samotnie po szpitalnych korytarzach, na swój sposób radząc sobie z poczuciem straty, nawet jeśli ta strata jeszcze nie do końca nastąpiła. W „Sourland” te osamotnione dzieci narażone są na najgorsze ataki. Są bezbronne, bo nagle pozbawione wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ich perfekcyjne światy chylą się ku upadkowi, a one mogą tylko patrzeć, stając się idealnie wyeksponowanym kąskiem dla tych, co szukają sposobu jak je wykorzystać.

Świat opowiadań Joyce Carol Oates zamyka się w dosłownie trzech przestrzeniach. Przede wszystkim w pustym domu, który z oazy spokoju i ogniska domowego zamienia się w pusty budynek, ogołocony z murów obronnych. Nagle jest za duży, zbyt obszerny dla samotnej kobiety, pozostawionej samej sobie. Po pokojach kręcą się obcy, w zapuszczonych krzakach w ogrodzie czają się drapieżcy, a własne łóżko nie daje już ukojenia. W okresie choroby to szpitalne korytarze, sterylne pomieszczenia i zimne poczekalnie zastępują domy. Nie ma w nich nic pozytywnego, nic ciepłego. W „Sourland” pokazane są jak miejsca przejścia z jednego świata do drugiego. Bezosobowe, puste, dosłownie nieludzkie – nieme na wszelkie nieszczęścia. Podobnie jest z sądami, które tuż po śmierci dają żałobnikom namiastkę ich dalszego życia naszpikowanego problemami. W sądach panuje bezlitosna biurokracja, kierowana przez ludzi bez serca, niczym roboty ślepo podążające za paragrafami i kodeksami. Czynnik ludzki jest zupełnie nieistotny w obliczu pieczątek, podpisów i testamentów.

„Sourland” to niezwykle prawdziwe, brutalne i przejmujące studium żałoby. Każde kolejne opowiadanie jest pełne rozpaczy i smutku, przepełnione dojmującym poczuciem straty. Czytając opowieści Joyce Carol Oates ma się wrażenie, że wstępuje się do świata za mgłą, pogrążonego w niespokojnych snach, zdeformowanego przez wyciągnięte z koszmaru wizje przypadkowo ze sobą połączone, zawieszone między tym co rzeczywiste a wyobrażone. Miejscami groteskowe, absurdalne, ale zawsze przenikliwe do szpiku czytelniczych kości. Nie jest to lektura łatwa. Nie jest to lektura lekka. Co prawda każdy z tekstów czyta się z zapartych tchem, mocno bijącym sercem, ale opowieści niosą za sobą taki ładunek emocjonalny, że trudno jest czytać kilka pod rząd, nie mówiąc o zaczytywaniu się w całym zbiorze naraz.

Joyce Carol Oates wyciąga najgłębsze lęki, najbrutalniejsze emocje i dokonuje na nich swoistej wiwisekcji, nie dając odetchnąć tak sobie, jak i swoim czytelnikom. I robi to z perfekcyjną precyzją kobiety, która doskonale wie, o czym pisze i jakie uczucia chciałaby wywołać w odbiorcy. Z rozmachem i przemocą przenika emocje, dogłębnie penetruje je i analizuje w jedynie sobie znanym poetyckim, nieustraszonym stylu. Tym samym „Sourland” staje się klasyką pięknie napisanej prozy obyczajowej, która demaskuje prawdziwą naturę człowieka.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Terror” Dan Simmons

Bombla_Terror

 

„(…)yet for all these accumulated associations, with whatever is sweet, and honorable, and sublime, there yet lurks an elusive something in the innermost idea of this hue, which strikes more of panic to the soul than that redness which affrights in blood.”

Moby Dick Herman Melville

Jest coś hipnotyzującego w opowieściach, które zaczynają się sformułowaniami typu „oparte na faktach”, „zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami”, czy „ta historia wydarzyła się naprawdę”. Nieistotne czy to opowieść książkowa, czy też filmowa – dodając ten jeden element na samym jej początku nadaje się dalszej historii zupełnie nowy ton, przyciąga uwagę i podwójnie angażuje emocjonalnie czytelnika/widza. Wykazując prawdziwość i rzeczywistość danej opowieści włączają się zupełnie nowe zmysły, tryb poszukiwacza, który kalkuluje prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń i sprawdza krok po kroku wszelkie możliwości. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. I wcale to nieważne czy ta historia jest jak najbardziej krwawym thrillerem, dramatem obyczajowym, czy pocieszną powieścią przygodową –  sam fakt, że chociaż niektóre momenty fabuły mogły być prawdziwe, mogły być fragmentem czyjegoś jak najbardziej realnego życia, wprawiają mnie w chorobliwą ciekawość, uruchamiają głębokie pokłady wyobraźni i przerażenia. Tym bardziej gdy opowieść ta jest horrorem. 

Tak stało się ostatnio w przypadku niezwykle wciągającej, skutej lodem i spowitej w arktycznych zawiejach niesamowitej powieści Dana Simmonsa zatytułowanej „Terror” (tytuł oryginału „The Terror”). Ten potężny kawał mrocznego buka rozpoczyna się kilkoma faktami właśnie, a w zasadzie szczegółowymi mapkami, uzbrojonymi w konkretne przypisy i fakty historyczne, a dotyczące ostatniej polarnej ekspedycji Sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył na poszukiwanie przesmyku na północnych morzach. Szlaku, który umożliwiłby przepłynięcie między  Morzem  Baffina a Morzem Beringa. Sir Franklin, wraz z doświadczoną załogą liczącą sobie 129 ludzi, wypłynęli na dwóch statkach ochrzczonych imionami Erebus (któremu dowodził Franklin) i Terror (którego kapitanem został Francis Crozier). Wyprawa, która według wstępnych oszacowań miała trwać około roku, najwyżej dwóch przy niesprzyjającej pogodzie i trudnych prądach wód okręgu polarnego, zaginęła na ponad trzy lata, by nigdy już stamtąd nie wrócić. Po latach poszukiwań i kolejnych nieudanych wyprawach ekip poszukiwawczych i ratunkowych, okazało się, że Erebus i Terror na ponad dwa lata utknęły w lodzie. Nikt nie przeżył. Tak przynajmniej mówiono. Co działo się na pokładach obu okrętów? To pozostaje już jedynie legendą, gdzieś w sferze domysłów i wielkich tajemnic historii. I to właśnie ten etap pomiędzy, niedopowiedziana historia zagubionej załogi, zainspirowała Dana Simmonsa do wysnucia niesamowitej i porażającej opowieści o zaginionej ekspedycji sir Johna Franklina.

Opowieść zaczyna się tam, gdzie kończą się konkretne fakty. Gdzie zaczyna się cień i trwająca w nieskończoność noc polarna. Erebus i Terror stanęły w lodzie, w odległości około mili, przytrzymane ni stąd ni zowąd przez szpony napierającej, czarnej morskiej masy. Po niebie przetacza się zorza polarna, temperatura sięga ok. -45 st. Celsjusza, a po pokładzie Terroru snuje się mrożąca i pochłaniająca wszystko mgła. Życie na obu statkach płynie prawie zwyczajnym trybem. Prawie, bo żaden ze statków nie porusza się. Wciąż jednak trwają wachty, rotacje i zmiany. Co tydzień kapitan Franklin organizuje nabożeństwo dla marynarzy. Każdego dnia czterech chirurgów walczy z coraz częstszymi odmrożeniami, a z każdym mijającym miesiącem wykwita na horyzoncie widmo plagi szkorbutu. Pojawia się również problem racji żywnościowych, które zebrane w magazynach w najniższych pokładach statków zaczynają gnić, a puszki z gotowymi daniami (zupełnie nowatorska i wciąż niedoskonała metoda pakowania żywności) korodują, wydzielając gazy i zatruwając jedzenie. A lód wcale nie zamierza pękać.

Wyczekiwane lato wcale nie nadeszło. Lodowe pokrywy zamiast rozpuścić się, utwardziły się tylko i zgromadziły, tworząc przeszkodę nie do pokonania. Nie powróciły morskie stworzenia, nie ma wielorybów, nie ma fok, nie ma nic. Tylko zimno. A do tego coś dziwnego czyha na załogę obu statków w zimowej ciemności. Coś co pojawiło się nagle, wraz z przybyciem tajemniczej Inuitki zwanej przez załogę Lady Silence (Pani Cisza). Młoda dziewczyna ma wycięty język i w ogóle nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Lady Silence z wyboru staje się gościem kapitana Croziera, mieszka na pokładzie Terroru, co nie przeszkadza jej od czasu do czasu oddalać się i znikać w lodowej zawiei. Jednak tajemnicza przybyszka, która wydawała się zupełnie bezbronna, przyciągnęła za sobą coś monstrualnego. Coś co porywa ludzi Erebusa i Terroru, pożerając ich żywcem, rozrywając ciała i czasami pozostawiając ich szczątki w dziwnych aranżacjach na umazanym krwią i wnętrznościami lodzie.  Potwór poluje, a ludzie zaczynają się niecierpliwić. Nadchodzi bunt. Nadchodzi czas wyborów. Nadchodzi czas białego szaleństwa.

Nie przez przypadek powieść Dana Simmonsa prowadzi od początku cytat zaczerpnięty z klasycznego, równie niezwykłego dzieła Hermana Melville’a „Moby Dick”, udowadniający horror jaki niesie za sobą niekończące się widmo bieli. Nieskończona pustka, której nie można pojąć ludzkim rozumem. Jasność, która w niezbadanym nadmiarze przenika myśli, wżera się w nie i prowadzi nieuchronnie ku granicom szaleństwa. Wielka, biała istota powstała  z lodu, która prześladuje załogi Terroru i Erebusa wywodzi się właśnie z tej białej obsesji. Istnieje zarówno na poziomie realnym, jak i symbolicznym. Jest elementem mitologicznym, zakorzenionym w najgłębszych inuickich legendach i wierzeniach, a jednocześnie jak najbardziej prawdziwym. Innym, który rozrywa na strzępy marynarzy, doprowadza ich na krawędź normalności i w końcu odwraca od siebie, wymuszając niejako poddanie się lodowym przestrzeniom.

„Terror” to opowieść, która może pochłonąć czytelnika w całości. Simmons udowadnia jak szerokim pojęciem jest strach i jak wielowarstwowym gatunkiem potrafi bywać horror. W powieści w przejmujący sposób odtworzył codzienność załogi, ich walkę o zdrowie i życie tam, gdzie wszystko wokół zdaje się czaić na człowieka, pragnąć złamać go i rozszarpać wśród obłąkanych wrzasków. A przede wszystkim, Simmons w perfekcyjny sposób odmalował śnieżne, nieskończone lodowe otchłanie oraz labirynty Arktyki i kręgu polarnego, których nigdy do końca nie można być pewnym. Którym lepiej nie ufać, bo nie wypuszczą podróżnika ze swoich szponów. To także opowieść o końcu pewnej epoki. Czasie, który zwiastuje upadek i zdobycze przyszłości.

Jedno jest pewne – kto raz wszedł na pokład „Terroru” będzie miał sporo trudności, by zejść z niego w pełni władz umysłowych. By znowu z polarnych otchłani  i wszechogarniającego zimna wyjść w światło i pełne ciepła słońce. O tej historii nie da się zapomnieć. Nie da się nie myśleć. Ja chyba tam trochę zostałam. Wśród gór lodowych, świszczącego wiatru i skrzypienia niszczonego czarnymi falami kadłuba. Nasłuchując wycia z ciemności. I wcale nie mam zamiaru wracać.

O.

Podsumowanie miesiąca – marzec 2014

Bombla_PodsumowanieMarzec2014

I ni stąd ni zowąd minął marzec! Przemijające pory roku, pędzące miesiące i dni na kalendarzu zawsze mnie zaskakują swoją szybkością. Wciąż nie udało mi się wynaleźć sposobu na przedłużenie zbyt prędko mijającej doby, a lista książek, które koniecznie muszę przeczytać wydłużyła mi się (po raz kolejny!) o kilkanaście „obowiązkowych” pozycji. A codziennie wynajduję kolejne buki, które tak bardzo chciałabym przeczytać… Nie mam już pojęcia kiedy się z tym wyrobić, tym bardziej że ostatnio, po kilku spokojnych tygodniach, machina recenzencka znowu ruszyła u mnie z kopyta. Zakładałam, że marzec będzie totalnie spokojny i ubogi w doznania, gdy nagle, ku mojej wielkiej radości i zaskoczeniu, przyfrunęły do mnie paczki i różne prześwietne niespodzianki, a na dokładkę same miłe rzeczy się wydarzyły :).

Ale po kolei. Opublikowałam 10 tekstów, w tym podwójną edycję Liebster/Lobster Blog (poczułam się intensywnie nominowana i doceniona) i Wiosenną Lekkość Bytu, czyli 10 idealnych buków na wiosnę. Czytelniczo trzymam godnie poziom, bo po raz kolejny udało mi się przeczytać prawie 8 książek (jedna totalnie na wykończeniu), w tym dwie całkiem grubaśnie i porządne pozycje i już dziewiąta sobie leci, więc po raz kolejny na bukowym froncie bez zmian. Rozpoczęłam wyzwanie uzupełniające na Goodreads, czyli ambitny plan przeczytania w tym roku 12 horrorów (chociaż nie wiem, czy taki ambitny, bo 5 już za mną, a dopiero marzec minął). Zmiana jednak zaszła lekka w formie, bo aż 4 z poniższych tytułów były audiobookami! Dodatkowo wyrównałam poziom pozycji oryginalnych – tym razem 6 buków było w oryginale, czyli po angielsku, a dwie po polsku:

  • „2666” Roberto Bolaño, czyli mój nowy Duży Buk. Wspaniały bukowy potwór, intensywny w doznania i porażający przerażającą opowieścią – do poczytania TUTAJ.
  • „The Thief of Always” Clive Barker, czyli idylliczny horror, idealny na wiosnę i moje pierwsze spotkanie z prozą Barkera – do poczytania TUTAJ.
  • ” Jestem Legendą ” Richard Matheson („I am Legend „), czyli totalna klasyka gatunku  – do poczytania TUTAJ.
  • „Bracia Sisters” Patrick DeWitt („The Sisters Brothers”), melancholijny western w stylu braci Coen – do poczytania TUTAJ.
  • „Boy, Snow, Bird” Helen Oyeyemi, czyli nowiutka świeżynka i niezwykły retelling baśni o Królewnie Śnieżce  – do poczytania TUTAJ.
  • „Rój” Michael Crichton („Prey”), czyli powieść, która zawiodła mnie mocno, ale wciąż warto ją poznać – do poczytania TUTAJ.
  • „Terror” Dan Simmons („The Terror”), czyli KAWAŁ pięknej opowieści, wśród dmiących lodowatych wiatrów i śnieżnobiałych przestrzeni – już wkrótce na Buku.
  • „Czas zabijania” John Grisham („A Time to Kill”), czyli klasyka thrilleru sądowego i genialna opowieść – już wkrótce na Buku.
  • „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – w trakcie lektury.

A teraz czas na pięknego newsa! Wiecie jak bardzo podobała mi się „Botanika duszy” („The Signature of All Things”) Elizabeth Gilbert. To żadna nowość. I wiecie też jak bardzo lubię prozę tej amerykańskiej pisarki. To również nic nowego. Ale nowością i przeuroczą nowiną jest to, że wydawnictwo Rebis postanowiło opublikować moją wypowiedź na okładce polskiego tłumaczenia powieści! 😀 Tak więc Wielki Buk razem z Annie Proulx i redaktorem „The Times” trafił na okładkę „Botaniki duszy”, która dokładnie dzisiaj, 01 kwietnia, ma swoją premierę – jest radość, jest szczęście i same pozytywne emocje.

BotanikaBombla

A teraz czas na ekstremalną bukowość, która wyraziła się w trzech niespodziankowych paczkach i tłumie nowiutkich książek, które pojawiły się na półkach, tworząc dwa urocze zestawy w stylu zimowo-wiosennym. Zimowym, bo trafiły do mnie tłumy kryminałów i thrillerów, większość z nich w totalnie śnieżnym stylu (ale będę miała czytania w oczekiwaniu na jesień!) i wiosennym, bo zobaczcie na te cukierkowe, kwiatkowe okładki:

ZESTAW 1 (od góry):

Zestaw01

  • „Botanika Duszy” Elizabeth Gilbert wersja audiobook i tradycyjna – główny element niespodziankowej paczuchy od wydawnictwa Rebis i moja wielka radość 😀
  • „Kuchnia Prababci” Margaret Yardley Potter (prababci Elizabeth Gilbert) – cudna niespodzianka od wydawnictwa Rebis, a jest cudna tym bardziej, bo ja uwielbiam pichcić dla najbliższych! Zachwycam się zawsze książkami kucharskimi i zaczytuję się, wyszukując najlepsze przepisy do wypróbowania. Piękny prezent.
  • „Śpiewaj ogrody” Paweł Huelle – kolejna książka do recenzji od księgarni Dybook. Brzmi magicznie i już nie mogę doczekać się czytania.
  • „Ciemny Eden” Chris Beckett („Dark Eden”) – planeta pozbawiona Słońca? Spowita w ciemności? To musi być Eden 😀
  • „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – zeszłoroczny bestseller, do zrecenzowania dla Gildii Literatury.

ZESTAW 02 (od góry):

Zestaw02

  • „Jedyna prawda” Olle Lönnaeus – śnieg, Szwecja, polityczno-społeczne tło i już mi się podoba.
  • „Nie chcesz wiedzieć” Lisa Jackson – samotna wyspa, niewyjaśnione morderstwa i tajemnica z przeszłości.
  • „Arka zabójców” Asa Schwartz – szwedzki thriller, więc nie umiałam powiedzieć nie.
  • „Śladem zbrodni” Tess Gerritsen – czytałam same pozytywne opinie o twórczości tej pisarki, więc jak nadeszła możliwość poznania, nie wahałam się ani chwili.
  • „Prawo krwi” Tess Gerritsen – jak wyżej.
  • „Anioły śniegu” James Thompson – morderca z okręgu polarnego. Wystarczyło mi 🙂
  • „Profesor” John Katzenbach – thriller psychologiczny z psychopatycznym mordercą i klimatycznym pomysłem.
  • „Krwawa blizna” Val McDermid – podobała mi się bardzo „Gorączka kości” i tutaj też czuję godny potencjał.

Pewnie zdążyliście już zauważyć, że bardzo, ale to bardzo lubię robić moim bliskim prezenty w postaci książek. Akurat kwiecień jest takim uroczym miesiącem, że zbliżają się urodziny mojego Taty i trójki przyrodzinnych dzieciaków. Tata jest dla mnie wzorem książkowego mola i filologicznego językoznawcy, a że ostatnio zasmakował w szwedzkich thrillerach i spodobała mu się pierwsza część trylogii Andersa de La Motte [geim], to na urodziny nadeszła część druga, czyli [buzz] (którą mam oczywiście w planach pożyczyć i również zrecenzować 🙂 ).

Co do dzieciaków. Razem z G. jesteśmy uważani za „wujostwo od książek”, bo nie ma to jak dobry buk, wiek nieistotny. Oboje uważamy, że od małego warto poznawać dobre i godne historie, a nie wypełniać czas dziecka „zapychaczami” z kiosku bez ładu i składu, a przede wszystkim bez ciekawej treści. Tym razem dla pary męskich bliźniaków, dumnie kończących trzy lata, zakupiłam totalną klasykę, w pięknym odnowionym wydaniu Naszej Księgarni, czyli pierwszy tom „Poczytaj mi mamo”. Co prawda z początku planowałam coś innego, czyli „Piotrusia Pana i Wendy” (cudne wydanie upatrzone u Potłuczonej Literatki), ale ostatecznie zdecydowałam się na ten zbiór historyjek, bo są krótsze i przystępniejsze dla takich maluchów. Jak dla mnie perełka, a na „Piotrusia Pana i Wendy” przyjdzie czas na Święta, tak sądzę 🙂  Za to dla dwuletniego synka mojej kuzynki wybrałam uroczą książeczkę z pięknymi ilustracjami i formatem doskonałym do czytania z rodzicami o misiach i przytulaniu – „Proszę mnie przytulić” Przemysława Wechterowicza.

Prezenty

A na zakończenie w ramach świeżutkiego newsa ze świata Wielkiego Buka mam niezwykle buczną wiadomość: Monika z Wyrażone słowami zgłosiła mojego bloga do tegorocznej eBuki za co ślicznie dziękuję! :*

I to wszystko moi Drodzy! Szykuje się czytania a czytania, czyli totalnie bukowe szaleństwo – tak lubię 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Bracia Sisters” Patrick DeWitt

Bombla_BraciaSisters
 

„To dziwny czas na życie na ziemi.”

Był taki okres, gdzieś w początkach drugiej połowy dwudziestego wieku, kiedy gatunek zwany westernem zawojował popkulturę i stał się niezwykle lubiany zarówno w swojej wersji filmowej, jak i literackiej. Szalony Dziki Zachód przyciągał awanturnictwem, przygodą i dzikimi preriami zamieszkanymi przez wojownicze indiańskie plemiona. Przygody banitów, rewolwerowców, poszukiwaczy złota i kowbojów biły rekordy popularności i prawie każdy dzieciak w tamtych czasach naśladował ulubione postacie żywcem wyciągnięte z ukochanych filmów, czy książek. Potem przyszła epoka anty-westernów, by w końcu western wycofał się w cień i został zastąpiony innymi i bardziej nowoczesnymi gatunkami. Próby wskrzeszenia legend Dzikiego Zachodu podejmowało w ostatnich latach wielu twórców i jak to bywa ze wskrzeszaniem czegokolwiek, ze średnio ciekawym skutkiem. Jest jednak coś takiego w początkach nowego tysiąclecia, co pozwala na zabawę formą, odświeżanie zastanych  gatunków i co daje szansę na wzniecenie nowej mody na to, co niby już przeminęło i zaginęło w odmętach historii popkultury.

Ożywają uśpione saloony i spowite pyłem amerykańskie miasteczka, wracają poszukiwacze złota, a szlaki znowu wypełniają się awanturnikami w doskonałej,westernowej powieści Patricka DeWitta zatytułowanej „Bracia Sisters”. Stany Zjednoczone. Rok 1851. Oregon. W najlepsze trwa Gorączka Złota. Kwitnie handel, a gospodarka rozwija się w zaskakującym tempie. Po złoty kruszec ukryty w rzekach Kalifornii, z całego kraju zjeżdżają tłumy spragnionych bogactwa ludzi. Szlaki pełne są kupieckich karawan zmierzających na południe, maruderów i złodziei, którzy w zaślepionych rządzą zysku poszukiwaczach widzą łatwy i szybki łup. W stronę Kalifornii zmierzają także Eli i Charlie Sisters – wyjątkowi bracia uznawani za postrach Dzikiego Zachodu. Czarne charaktery, czarne serca i okrucieństwo zapisane w genach. Płatni zabójcy, doskonali strzelcy, awanturnicy, których zła sława wyprzedza na każdej drodze. Wszyscy ich znają, wszyscy się ich boją. Słyną ze swojej brutalności i z tego, że zawsze wykonują powierzone im zadania, nie zadając zbędnych pytań co do losu tych, których życie oddano w ich ręce.

W Kalifornii bracia Sisters mają do wykonania kolejne zadanie zlecone przez niejakiego Komandora, dla którego pracują w rodzinnym stanie. Po ostatniej, średnio udanej robocie, Eli i Charlie liczą na szybki zysk i równie szybki powrót do domu, odkuci i przygotowani do kolejnych zadań. Ich celem jest niejaki Hermann Kermit Warm, poszukiwacz złota, który podobno okradł Komandora. Bracia mają się go pozbyć, odebrać własność szefa, a wszystko za godną znanych zabójców zapłatę i obietnicę kolejnych zleceń. Zaczyna się dla nich podróż pełna często surrealistycznych, czasami magicznych spotkań i nowych wyzwań, jednak najważniejsza będzie przemiana, jaka zajdzie w postrzeganiu otaczającej ich rzeczywistości. W tę podróż czytelnicy wyruszają razem z młodszym z braci, czyli Eli. To jego oczami postrzegamy świat Dzikiego Zachodu, a przede wszystkim jego starszego brata, jego wzór do naśladowania, czyli Charliego.

Eli ciągle obserwuje brata, porównuje się do niego, ale te porównania nigdy nie wychodzą na jego korzyść, niestety. Charlie jest szczuplejszy, mądrzejszy i lepiej orientuje się w meandrach fachu, jakim się parają. To on zazwyczaj kieruje ich wyprawami, rozplanowuje zadania. Charlie nie ma sumienia, nie zna litości i wydaje się, że zawsze potrafi znaleźć rozwiązanie w każdej sytuacji. Oczywiście ma swoje słabości, na przykład nie potrafi pić z godnością, jest wybuchowy i nie szanuje kobiet, ale pomimo to, w oczach Eli jego brat jest po prostu lepszy. Dlatego też nie wykłóca się z nim o pieniądze, nie sprzeciwia się, gdy to Charlie dostaje lepszego konia, ani nawet wtedy, gdy Komandor mianuje go szefem wyprawy do Kalifornii. Przyjmuje swój los ze spokojem i pozostaje w cieniu. Jednak coś zmienia się w spojrzeniu Eli i coraz częściej rozmyśla on o zakończeniu pracy płatnego zabójcy. Podróż na południe otwiera przed nim nowe możliwości i daje szansę przemyślenia swojego życia na nowo.

W opowieści o braciach Sisters nie brakuje elementów baśniowo-przypowieściowych. To historia drogi, na której kolejne spotkania, kolejne przygody, przyniosą więcej filozoficznych przemyśleń niż krwawych rozliczeń. Chociaż, jak to na Dzikim Zachodzie bywa, nie obędzie się bez okrucieństwa i dziwności. O ile okrucieństwo jest jak najbardziej oczekiwane i wytłumaczalne, to elementy tajemnicze nie są już tak oczywiste w takim wydawałoby się przewidywalnym otoczeniu. Eli i Charlie napotykają po drodze tajemniczego, płaczącego wędrowca, trafiają do domu staruchy, która rzuca uroki, a jednemu z braci śni się dziwna dziewczynka niosąca ze sobą śmierć. A poza tym, każdego dnia bracia Sisters trafiają na traperów, zwykłych podróżnych i podobnych sobie zabójców. Odwiedzają burdele, saloony i  obozy poszukiwaczy złota. Niby niedługa droga z Oregonu do pławiącej się w złocie Kalifornii ukazuje pełny przekrój społeczeństwa tamtego okresu, zależności kulturowe i obyczajowe.

„Bracia Sisters” to niezwykle udany powrót do zapomnianego gatunku, jakim jest western i tym samym równie udana próba wskrzeszenia legendy Dzikiego Zachodu. Powieść DeWitta wydaje się być hołdem złożonym klasykom gatunku, czerpiącą inspiracje z najlepszych opowieści, zarówno tych filmowych, jak i literackich. Czytelnicy znajdą tutaj wszystko, czego potrzeba wciągającej i pędzącej naprzód powieści przygodowej – barwne postacie, czarny humor i mnóstwo pełnokrwistej, mocnej akcji, niepozbawionej intensywnych szczegółów. Ale najważniejsi są tutaj oczywiście dwaj bracia, Eli i Charlie, ich relacje i przemiana, jaka zachodzi gdzieś po drodze. Przemiana, która jak to w westernach bywa, prowadzi do odkupienia i nie pozwala zapomnieć, że nic nie jest tylko i wyłącznie czarne bądź białe, ale złożone z setek odcieni szarości, często trudnych do odróżnienia. „Bracia Sisters” to kawał westernu i wspaniała opowieść nie tylko dla miłośników gatunku.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Rój” Michael Crichton

Bombla_Rój

Bardzo nie lubię zawodzić się na książkach. I nie chodzi mi tutaj wcale o książki, które z założenia uznaję za złe (mam tutaj na myśli Stefy, inne Greye i niedorobione YA), skazane na łatkę para-literackiej padliny, ale o buki, które powinny były być doskonałe. Takie, których autorów podziwiam, których twórczość niezwykle sobie cenię i jestem w stanie sięgnąć po wszystko co kiedykolwiek napisali. Bo takie książki nieudane, niedociągnięte do stanu absolutnej perfekcji, odbiegające od innych pozycji tego samego pisarza, martwią i zostawiają swoistą traumę, która sięgając po kolejne jego dzieła każe nam zadawać pytanie: „A co jeśli ta również będzie niegodna?”. Ostatnimi czasy mam tak niestety z ekspresowo wydawanymi najnowszymi powieściami mojego ukochanego Stephena Kinga, który zamiast cieszyć, powoli zaczął mnie męczyć uproszczonymi fabułami, niedociągnięciami dialogów i spłyconymi bohaterami… Ale nie o Kingu będzie tutaj mowa, chociaż ten pisarz wywołał we mnie równie skrajne emocje – mam na myśli Michaela Crichtona i jedną z jego ostatnich powieści zatytułowaną „Rój”.

„Rój”, którego oryginalny tytuł brzmi „Prey” i oznacza zdobycz/ofiarę, mogłaby być jedną z najlepszych powieści Michaela Crichtona. Zawiera w sobie wszelkie elementy tak charakterystyczne dla prozy tego amerykańskiego pisarza, które obecne były w jego absolutnie klasycznych i doskonałych powieściach jak kultowy już „Jurassic Park” (tak moi Drodzy, to Crichton na nowo przywołał do życia dinozaury), perfekcyjnie przygodowe „Kongo”, przerażającej „The Andromeda Strain”, czy podwodnie mrocznej „Kuli”. A to tylko „czubek góry lodowej” jego twórczości, bo w zakamarkach skrywa się jeszcze sporo świetnych tytułów. Szkoda, że potencjał „Roju” tonie w masie fatalnych dialogów, infantylnych bohaterów i zupełnie niepotrzebnych wątków rodzinnych, bo główny zamysł, jak to u Crichtona bywa, jest genialny i obiecywał naprawdę wiele. To wszystko nie oznacza jednak ostatecznego dramatu, bo wciąż, pomimo swojej średniości, „Rój” oferuje ciekawe rozwiązania technologiczne, dość przerażające w swoim przewidywaniu przyszłości. Bo kto jeszcze nie czytał i nie zna crichtonowskiej klasyki, powinien wiedzieć, że pisarz ten czerpał zawsze inspiracje z najnowszych nowinek technologicznych, medycznych i informatycznych, wtłaczając je w swoje opowieści jako główną oś i wokół nich budując resztę fabuły.

Podobnie rzecz ma się w „Roju”. Punktem wyjścia są: niezwykle obiecująca nanotechnologia, czyli działanie na poziomie mikrocząsteczek i atomów, inżynieria genetyczna oraz tworzenie sztucznej inteligencji. Inaczej mówiąc, dość skomplikowana zabawa w Boga, na wysokim poziomie zaawansowania. Głównym bohaterem natomiast jest Jack Forman, jeden z lepszych światowych programistów, który poprzez malwersacje swojego szefa, stracił wysokie stanowisko, jak również dobrą opinię w branży. Ostatnimi czasy całe dnie spędza w roli „domowego koguta”, opiekując się trójką dzieci i parając się zadań typowo przydomowych. Finansowo całą rodzinę wspiera żona Jacka – Julia, jedna z najlepszych specjalistek w firmie Xymos, która jest pionierem na raczkującym rynku nanorobotyki. Razem z innymi inżynierami Julia opracowuje technologie, które wspomóc mając łączenie żywych tkanek z nanorobotami w celu walki z komórkami rakowymi, czy chorobami genetycznymi, tym samym wydłużając życie i dając szansę na życie tam, gdzie ciało samo nie dałoby rady. Jest to piękna i niezwykle idylliczna idea, ale jak to z ideami bywa, łatwo mogą łatwo wymknąć się spod kontroli, tym bardziej jeśli w całość zamieszana jest zabawa sztuczną inteligencją i eksperymenty na poziomie molekularnym.

Jack bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak z jego żoną, gdy ta z niezrozumiałych przyczyn zaczyna się niecierpliwić i wyjątkowo brutalnie odzywać w stosunku do ich dzieci. Szczególnie wtedy, gdy widzi, jak Julia uderza malutką Amandę i krzyczy na nią, zamiast przytulić ją i uspokoić. Zauważa zmianę zachowania, rosnącą brutalność i utratę instynktów, przede wszystkim rodzicielskiego. Z początku Jack ma wrażenie, że Julia jest po prostu przemęczona, ale z czasem dostrzega więcej niepokojących zmian. Podejrzewa romans, potrzebę ucieczki od rodziny, ale nigdy nie podejrzewałby tego, o czym dowie się, gdy zostanie wezwany do tajnej bazy Xymos, ukrytej na pustyni przed wzrokiem ciekawskich. Jack ma za zadanie pomóc naukowcom opanować skomplikowany system komputerowy, który pozwolił im na pracę nad ich wyjątkowym projektem. Jack staje się świadkiem morderczych działań eksperymentu, który wymknął się spod kontroli i sprowadził swoich twórców do biernej obserwacji narodzin perfekcyjnego drapieżnika, przed którym nie ma ucieczki.

Jest moc akcji, jest doskonały zamysł fabularny z doprowadzonym do perfekcji wątkiem technologicznym i sporo fabularnych zakrętów i twistów. Klasyczny Crichton, nic dodać, nic ująć. Tylko zabrakło spoiwa, jakim byłyby intensywne dialogi, ciekawi bohaterowie, i rozbudowane relacje między nimi. W zamian dostajemy podstarzałego, niepewnego swojej roli w społeczeństwie tatusia, który nie potrafi pogodzić się z karierą swojej żony. A gdy w końcu mu się to udaje i od nowa odzyskuje szacunek w swoich oczach, to psychicznie wraca do roli tatusia i nie umie pogodzić się ze zmianami. Całkowicie rozumiem zamysł autora – w końcu początek lat dwutysięcznych zawierał w sobie mnóstwo dyskusji na temat tradycyjnych roli mężczyzn i kobiet, a tzw. zamiana ról, gdzie to kobieta przejmuje dowodzenie finansowe i robi karierę, stała się po prostu modna. Niestety, o ile w obyczajowej powieści sprawdziłby się ten element w świetny sposób, to do gatunku Crichtona, jakim jest techno-thriller, zupełnie nie pasuje. Odrzuca od postaci i nudzi.

Kto jeszcze twórczości Michaela Crichtona nie zna, koniecznie poznać musi, ale lepiej w tym wypadku od „Roju” nie zaczynać (tutaj zawracam Was do „Kongo” i „Jurassic Park”). Kto jednak mimo powyższych wad jest wciąż ciekawy albo tak jak ja pozostaje wielbicielem jego prozy – niech przekona się na własnej skórze. Bo „Rój” pozostając pozycją średnią w rankingu dzieł Crichtona, wciąż ma coś w sobie i warto do niego zajrzeć. A do tego pozostaje świetną opowieścią ku przestrodze, dla wszystkich tych, którzy niezmiennie wierzą w bezsprzeczną siłę technologii i eksperymentowania z życiem. Czasami warto powiedzieć sobie stop, zanim będzie za późno, bo ewolucja, nawet ta wymuszona, nie będzie na nikogo czekać.

A ja zapominam o nanorobotach, nie myślę o konsekwencjach genetycznej zabawy atomami, tylko pakuję manatki i na nowo rozplanowuję powrót na ulubioną, pogrążoną w tropikalnych mgłach, crichtonowską Isla Nublar, o której napiszę Wam pewnie jeszcze tej wiosny.

O.