O tłumaczeniach tekstów literackich

Bombla_Tłumaczenie

WAŻNE: Drodzy, ten tekst powstał w 2013 roku. Mamy koniec roku 2019. Dzisiaj sama ze sobą mogłabym polemizować w wielu poruszonych poniżej kwestiach. Mogłabym się nie zgadzać i dyskutować. Wiele w tym czasie się zmieniło. Niemniej – wpis na blogu powstał i na blogu zostanie. Zaznaczam jednak dla wszystkich, którzy tu zaglądają po latach.

Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Bombla_HungerGamesKiedy pierwszy raz usłyszałam o trylogii „Hunger Games” Suzanne Collins nie byłam do końca pewna co mam o niej naprawdę sądzić. Z różnych stron nadchodziły sprzeczne komunikaty. Amerykańskie media zachwycały się fabułą, bohaterami, niesamowitą historią i odkrywczością. Natomiast polscy recenzenci porównywali powieści do cyklu „Zmierzch” i stawiali na półkach pomiędzy innymi „dziełami” literatury młodzieżowej. Pisano o miłosnym trójkącie, o głodzie i o „igrzyskach śmierci”, które rozdzielają zakochanych. Nie brzmiało zbyt zachęcająco. Minęły miesiące. Po nieudanej promocji filmu i szybkim wydaniu w formie dvd skusiłam się i pomyślałam: „A niech tam. Jakby pachniało Stefą to wyłączę.” Nie pachniało. Ekranizacja okazała się być piękną opowieścią o dziewczynie, która za wszelką cenę pragnie przeżyć, by pozwolić przeżyć innym. Tym, których kocha najbardziej. I wcale nie jest to bladolicy młodzieniec rodem z wampirycznej sagi.

Sięgnęłam po książki (użyczone przez Cornuncję, której bardzo dziękuję) i pochłonęłam wszystkie części w przeciągu niecałego tygodnia. Zachwyciłam się. Napisane wartkim językiem, w pierwszoosobowej narracji trzy tomy „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay” pozwalają zanurzyć się w dystopijną, przerażającą czarną wizję świata przyszłości stworzoną przez Suzanne Collins. I dają do myślenia. A co najważniejsze, w żaden sposób nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Państwo Panem. Dawne terytoria kraju stylizowanego na Stany Zjednoczone. Post apokaliptyczna kraina po niewyjaśnionej katastrofie i następujących po niej wojnach domowych. Terror, totalitaryzm, propaganda… Głód, obozy pracy nazwane „dystryktami”, miasteczka robotników bez szans na normalne życie. Ogrodzone liniami wysokiego napięcia. Wieczny stan wojenny. Łapanki, porwania i godziny policyjne. A nad tym wszystkim bogata stolica, czyli Capitol. Całkowicie oderwana od otaczającej ją rzeczywistości. Z mieszkańcami, którzy nie zdają sobie w ogóle sprawy, że wokół nich panuje nędza i nieszczęście. Przerysowani do cna, ogłupieni wykreowanymi wiadomościami, reklamą i prowadzeni egoistycznym pragnieniem spełnienia własnego szczęścia na co dzień żywią się jedynie dzięki pracy ludzi z dystryktów. To królestwo jedynego i niepodważalnego autorytetu, prezydenta Snow. Pełna kontrola. Nic nie może wyjść poza ustalony porządek. A raz do roku uwielbiane przez tłumy Capitolu tytułowe Hunger Games, czyli Igrzyska Głodu.

W ten zrujnowany i zaburzony świat wkraczamy dzięki głównej bohaterce, szesnastoletniej mieszkance dystryktu 12-go, Katniss Everdeen właśnie w dzień losowania uczestników igrzysk. Czym są Igrzyska Głodu? To wielkie, organizowane z niesamowitym rozmachem od siedemdziesięciu czterech lat reality show. Tak moi drodzy. Reality show. Dwudziestu czterech uczestników wchodzi na wykreowaną wirtualnie i skopiowaną do rzeczywistości arenę. Wychodzi tylko jeden. Żeby było pikantniej w „grze” biorą udział chłopcy i dziewczęta w wieku od dwunastego do osiemnastego roku życia. Losowani przypadkowo. Wyrywani z dnia na dzień z życia, by najpewniej nigdy już nie powrócić. Igrzyska te traktowane są jako rodzaj historycznej tradycji. Forma ukarania dystryktów i przypomnienia im o rebelii, jakiej podjęły się wiele lat wcześniej. Są także podkreśleniem nieograniczonej władzy i siły Capitolu.

Wracając do Katniss… Dziewczyna niezwykła. Codziennie walczy o byt i przetrwanie jej małej rodziny: mamy i młodszej siostry Prim. Po śmierci ojca w wybuchu szybu kopalni (Dystrykt 12 to dystrykt kopalniany) została chcąc nie chcąc jedyną żywicielką rodziny. Jej matka pogrążona w głębokiej depresji na ponad rok straciła kontakt ze światem. Każdego dnia Katniss naraża własne życie wychodząc poza granice dystryktu i poluje przy pomocy łuku, tak jak wcześniej nauczył ją ojciec. Dzięki niej ani jej siostra ani matka nie chodzą głodne, a to właśnie głód jest główną przyczyną zgonów w dystryktach.

Postać Katniss jest wyjątkowa. Nie jest to typowa nastolatka. Odpowiedzialna, silna, zdeterminowana nie pozwala nikomu się pokonać. Nikomu kierować. Jej cele są proste i nie daje nikomu decydować za siebie. Gdy w dzień losowania pada imię jej siostry nie waha się, by zająć jej miejsce w igrzyskach. Jako ochotniczka. Jedyna ze wszystkich dystryktów. Każdy jej ruch jest spontaniczny, kierowany bardziej sercem niż rozumem. Katniss nie jest wyrachowana. To przetrwanie jest dla niej najważniejsze, bo na każdym kroku zdaje sobie sprawę, że to od jej życia zależy życie jej rodziny. Jednak dla Capitolu, jak i dla wszystkich mieszkańców dystryktów uciskanych przez tyle lat, wszystkie jej gesty, wszystkie słowa jakie padną z jej ust natychmiast stają się formą wołania o rewolucję. Próbą wzniecenia buntu. Wzniecenia ognia. W dniu losowania uczestników Igrzysk Katniss staje się, zupełnie nieświadomie, symbolem nadchodzących zmian, rebelii i powstania ludu.

Igrzyska Głodu są wykalkulowane od A do Z. Areny przygotowywane cały rok, przez rzeszę programistów pod okiem Mistrza Gry, tak by nigdy się nie powtarzały. Może to być np. wrząca pustynia bez kropli wody, podziemny labirynt, „zwykły” las albo mała wysepka na środku oceanu. W tej zabawie nie ma miejsca na przypadek. Nie ma miejsca na improwizację. Ma być krwawo, widowiskowo i z jak największą dawką emocji. Uczestnicy przygotowywani są przez miesiąc. Każda para ma swojego opiekuna, trenera, projektanta i ekipę kosmetyczną. A tłum Capitolu ma się cieszyć. Aż chce się wrzeszczeć „Panem et circenses!”, „Chleba i igrzysk Prezydencie Snow!”.

I ludzie wrzeszczą. Przez cały okres trwania Igrzysk wszyscy mieszkańcy Panem (także dystrykty) oglądają jak dzieciaki zabijają się na oczach wszystkich. W Capitolu trwają zakłady, niekończące się uczty, imprezy, show ma trwać jak najdłużej się da i zwabić jak najwięcej widzów. A dystrykty obserwują i pozostaje im tylko opłakiwać swoje dzieci. Wtedy pojawia się Katniss i cała ta idealna machina zaczyna się walić.

Jak widzicie z powieścią młodzieżową nie ma ta historia zbyt wiele wspólnego. Nie za wiele również odnaleźć w niej można romansu. Bo niby jest tu wątek miłosny, o ile to dziwne uczucie miłością można nazwać, niby jest ten „trójkąt”, czyli Katniss-Peeta-Gale, ale to tylko stanowi  dramatyczne wewnętrzne  tło dla zewnętrznych społecznych konfliktów i nieuniknionej wojny. Tylko dorzuca drew do ognia. I nieubłaganie przybliża ten świat do wielkiego wybuchu. Do ostatniego powstania o wolność człowieka.

O.

Bukowe Zapowiedzi

Bombla_WiosenneZapowiedziPowoli widać już nadchodzącą wiosnę. Słońce przygrzewa coraz mocniej i zachodzi coraz później. Co prawda nie do końca jeszcze czuć ciepły powiew świeżości, ale moje bukowe półki już zdecydowanie są odświeżone. I wybrałam nawet kilka obowiązkowych pozycji na nadchodzące miesiące.

Na Nocnych Łowach możecie być pewni, że upoluję Edward’a Lee, moje niekończące się źródło uciechy, zawsze niezawodnie pełne krwi i przemocy. Kilka strasznych historii czai się już na półkach. Sądzę, że pojawi się także nowa kategoria specjalnie dla Edgar’a Allan’a Poe, który stanowi przecież bazę czytelniczą dla każdego miłośnika opowieści grozy. Powrócę także do Algernon’a Blackwood’a, którego uważam za wielkie tegoroczne książkowe odkrycie. Uwielbiam takie niespodzianki!

Wiosenne weekendy ze Stephenem Kingiem, zanim oczywiście pojawią się tak długo oczekiwane premiery (ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo to przecież dopiero latem i jesienią), spędzimy w towarzystwie wampirów (umknęły tej zimy), podziemnych demonów i szalonych psów 🙂

Podzielę się także kolejnymi opowieściami kosmicznej pustki Pradawnych uśpionych w mieście R’lyeh i znów pogrążymy się w odmętach Lovecraftiańskiego szaleństwa i przerażenia.

Dla uśmierzenia osaczonego strachem umysłu pospaceruję po Poziomkowej Dolinie, bo dawno tam nie zaglądałam, a w Dolinie wiosna jest przecież wieczna.

Ponadto gruba zwierzyna powróci na wiosenne szlaki. Powstaną atlasy, spłoną biblioteki, upadną smoki, a na arenie walczyć będą wygłodniali ludzie. Podsłuchamy rozmowę o przyszłości książek i o bibliotekach. Wspólnie wybierzemy się do Japonii, krainy smutku, melancholii  i kwitnących wiśni. Potem do Barcelony, pospacerować książkowym szlakiem… I w końcu do osiemnastowiecznej Francji, by odwiedzić pewne buduary, alkowy, lochy i poznać władcę tego całego przybytku rozpustnej ułudy.

Mam nadzieję, że tym razem ominę padlinę. Ale nigdy nic nie wiadomo. Takich wypadków nigdy nie można być przecież pewnym, a padliny mnóstwo czai się za każdym zakrętem.

Tak. Stanowczo czuję się przygotowana. Pozostaje mi jedynie wyruszyć w drogę 🙂

A że Wielkanoc już tuż tuż, to wszystkim bukowym czytelnikom  życzę:

Pięknych i radosnych Świąt, smacznego jajka, bogatego zająca i mokrego dyngusa, bo dyngus być musi na szczęście. I radosnej, spokojnej atmosfery, kulinarnych doznań i mnóstwa czytelniczych uciech!

ROBIN

Do zobaczenia!

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum, Lucky McKee

Bombla_ImNotSamObiecałam w zeszłym tygodniu i dzisiaj tej obietnicy dotrzymałam. Już jest upolowana bukowa świeżynka: „I’m Not Sam”. Opowiadanie, nowela (a raczej nowele dwie) literacki owoc  współpracy Jack’a Ketchum’a i Lucky’ego McKee. Jack’a Ketchum’a przedstawiać nie muszę, ale przyda się kilka słów o drugim twórcy. Lucky McKee jest reżyserem i scenarzystą wielokrotnie współpracującym przy adaptacjach filmowych powieści Ketchum’a (np. „Kobieta”czy „Red”). „I’m not Sam” pierwotnie miała być tylko filmem. W zamyśle powstawała jedynie jako scenariusz.

Jednak jak to czasami bywa, opowieść zaczęła żyć własnym życiem. Pojawiły się komplikacje i utrudnienia fabularne, które mogło rozwiązać jedynie odpowiednie poszerzenie historii bohaterów i dodanie epilogu zamykającego wątki. Epilog ten zatytułowany jest „Who’s Lily?” i stanowi bezpośrednią krótką kontynuację poprzedniej opowieści. Jest dodatkiem, jednak nie obowiązkowym. „I’m not Sam” broni się samo jako historia, a epilog odpowiada na dręczące czytelników pytania i zostawia nas jeszcze bardziej zagubionych. I tak jak radzi sam Ketchum w przedmowie proponuję pomiędzy jedną i drugą zrobić sobie małą przerwę.

Mam mały problem jeśli chodzi o tę historię. Wywołała ona dość burzliwą dyskusję u mnie w domu, pozostawiła wiele pytań i jeszcze więcej nieodnalezionych odpowiedzi. Ketchum’owi udało się po raz kolejny mocno zadrapać ludzką moralność. Udało się wzniecić pragnienie poznania i wiedzy. Ta opowieść jest jak silne uderzenie i sprawia, że trudno jest o niej zapomnieć. Trudno wyzwolić się z nachodzących myśli i pojawiających się w głowie teorii.

Bo widzicie, „I’m Not Sam” stawia duży problem nie tylko natury moralnej, ale może przede wszystkim natury filozoficznej. Zadaje pytanie o tożsamość człowieka. O to co stanowi o naszej tożsamości. Czy jest to ciało? Charakter? Wiek? Wspomnienia?

Trudno jest pisać o tej opowieści nie zdradzając najważniejszych szczegółów, a jednocześnie wiem, że zdradzenie ich zrujnowałoby dla wielu jej lekturę. Postaram się ograniczyć do ogólnego zarysowania problemu i tym samym zmusić samą siebie i Was do zastanowienia się nad pewnymi zagadnieniami.

„I’m Not Sam” zaczyna się małżeńską sielanką. Patrick i Samantha (w skrócie Sam) są parą idealną. Żyją razem ponad osiem lat. Znają siebie na wylot. Swoje charaktery. Swoje ciała.  Każdą swoją zachciankę. Każde marzenie. Każdy kaprys. Ich miłość jest wyjątkowa, tak jak wyjątkowe jest to czym zajmują się na co dzień. On jest rysownikiem komiksów, a dokładnie znanej krwawej serii o niejakiej Samancie. Ona jest patologiem. Pracuje w kostnicy nad najgorszymi przypadkami: brutalne morderstwa, gwałty, samobójstwa, ofiary strzelanin itp. Rozumieją się bez słów. Są szczęśliwi.

Pewnej nocy dzieje się coś dziwnego. W najciemniejszą godzinę, godzinę wilka, Patrick’a budzi rozdzierający szloch. Znajduje swoją żonę skuloną w kącie pokoju, z podkurczonymi nogami, nagą (tak jak zasnęła), która zupełnie nie swoim, dziecięcym głosikiem oznajmia mu, że nie chce, by on ją już dłużej krzywdził. Co więcej, ten sam głosik stanowczo zaprzecza, że ma  na imię Sam wykrzykując „Nie jestem Sam!” („I’m not Sam”) i przedstawia się jako Lilly. Konsternacja i strach Patrick’a są niewyobrażalne. Obawia się, że jego żona nagle, znikąd, zaczęła cierpieć na rozdwojenie jaźni, albo co gorsze, na syndrom tożsamości mnogiej.

Jego reakcje są zadziwiające. Od razu ubiera kobietę/dziewczynkę, by nie była naga, zmienia się jego ton i zachowanie. Zaczyna opiekować się żoną i traktować ją dokładnie tak, jak oczekuje jej nagła przemiana. Nagle Sam staje się dziewczynką o imieniu Lilly, około pięcioletnią, która pamięta prawie wszystko, tylko nie pamięta samego Patrick’a. Lekarze nie widzą żadnych zmian w mózgu, nic fizycznie jej nie dolega. Po prostu, z dnia na dzień dorosła Sam zamieniła się w kilkuletnią Lilly. Sytuacja staje się dramatyczna i nic nie jest w stanie „wybudzić” Sam z tego transu. Mijają dni…

Resztę pozostawię Wam do poznania. Streszczając tę opowieść nie udało mi się ominąć takich zwrotów jak „Sam staje się”, „Sam zamienia się”. No właśnie. Ale nie chodzi tu tylko o czasowniki, ale  o sam proces. Czy jest możliwe, by nagle dorosła kobieta „stała się” dzieckiem? Gdy jej ciało nie potrafi kłamać, a jej mózg jednocześnie działa na falach pełnej kobiecości (reakcje ciała i procesy fizjologiczne) i totalnej dziecinności(charakter, tożsamość). Kim w tym momencie jest żona Patrick’a? Czy jest Sam, czy może Lilly? Jest kobietą czy dziewczynką? W jaki sposób dorosły mężczyzna ma traktować taką dorosłą i bliską mu  kobietę? Jak córkę, czy może jak żonę? Jak daleko można się posunąć, by uratować ukochaną osobę?

Czytając „I’m Not Sam” nie przeżyłam zaskoczenia. Przeczuwałam to co nadchodzi i nie zszokowało mnie kiedy w końcu się wydarzyło. Czytałam opinie i recenzje innych czytelników. Zdziwiła mnie ich żywiołowa reakcja na rozwiązanie Ketchum’a i McKee. Tak jakby nikt się tego w ogóle nie spodziewał… Ta reakcja w konfrontacji z moją, ostatecznie przygotowaną, dała mi dużo do myślenia.

Czym jest w takim razie ludzka tożsamość? O tożsamości mówimy właśnie w stosunku do innych osób. Tożsamość jest tym co nas wyodrębnia z tłumu. Jednak przede wszystkim, tożsamość to własna wizja samego siebie , na co zawiera się nasz wygląd, psychika i zachowanie. Do tego dochodzi także poczucie, czyli jak my sami czujemy się ze sobą. Według tej definicji jestem tym kim chcę być, w ramach własnego ciała. Czyli np. nie mogę być koniem, ale mogę być inną kobietą. Czy to oznacza, że mogłabym być małą dziewczynką, gdybym chciała? Gdybym miała poczucie bycia dzieckiem? Jeśli zgadzałyby się zachowanie i psychika, ale trzecia stała nie, to czy pomimo to, stałabym się dziewczynką?

„I’m Not Sam” zaskakuje i szokuje. Z chwili na chwilę opowieść staje się coraz bardziej kontrowersyjna. Ketchum i McKee nie moralizują, nie pokazują jednolitej ścieżki, nie dają konkretnych odpowiedzi. W zamian zostawiają nas moralnie zagubionych, czasami wzburzonych, a czasami po prostu zamyślonych. Ale na pewno nie pozostawiają nas obojętnymi. Ta opowieść to majstersztyk horroru psychologicznego. Wizja potwornego koszmaru, z którego nie dobrej drogi ucieczki. Pozostaje tylko wybór i czytelnik na rozstajach, a w głowie jedno pytanie: kim jest człowiek?

O.

Wiosenna lekkość bytu

Bombla_WiosenneBukiPodobno już jutro pierwszy dzień wiosny. Podobno, bo za oknem raczej śnieżnie i zimno i jakoś tak nie zapowiada się na zmiany. Ale wiosna nadchodzi i sądzę, że to dobry moment, by się na tą okazję  bukowo przygotować i odpowiedni uposażyć.  Odświeżyć półki z książkami i uporządkować pliki z e-bookami.

Z wyborem lektur na wiosnę nie jest zbyt łatwo. W odróżnieniu od zimowych muszą być lekkie i rześkie jak wiosenny poranek. Nie za puchate, nie za ciężkie. Powinny zawierać w treści dużo substancji odżywczych i witamin, które pozwolą zmęczonym czytelnikom ożywić się i nabrać sił na nowa porę roku. Mogą traktować o tematach poważnych, melancholijnych nawet, jednak w milszej dla umysłu formie. Wiosna to czas świeżości i odrodzenia, więc dobrze byłoby gdyby czytane historie równie odświeżająco działały na duszę czytelnika.  Tak, by móc przeżyć katharsis i narodzić się na nowo.  A im dalej w wiosenną porę tym opowieści mogą być lżejsze . Wiosną wszystko zielenieje i pachnie. Chrupią nowalijki pod zębami. Dlatego zachęcam do takiej przyjemnej lektury. Do podgryzania. Do wąchania i wyczekiwania na pierwsze słoneczne promienie.

A ja specjalnie dla Was, już wcześniej wyruszyłam na wiosenny szlak i upolowałam dziesięć opowieści idealnych na wiosnę. Z każdej kategorii.  Do podgryzania i wąchania. I do poczytania 🙂 Miłej lektury!

 

tiffany1. „Śniadanie u Tiffany’ego” Truman Capote („Breakfast at Tiffany’s”)

Kto nie zna Holly Golightly? Dzięki niezapomnianej kreacji Audrey Hepburn prawie wszyscy zapomnieli, że Holly zaistniała najpierw na kartach powieści. I że tak naprawdę jej historia potoczyła się troszkę inaczej niż w filmie. Co więcej, że sama książkowa Holly wcale nie jest tą „kultową” postacią z filmu. Więcej przemyśleń, więcej smutku i życiowej prawdy. Holly jakiej nie spodziewa się nikt.

marina2. „Marina” Carlos Ruiz Zafón

Niezwykła, magiczna historia piętnastoletniego Oscara i fascynującej Mariny. Łączy w sobie thriller, horror, powieść przygodową i opowieść gotycką. I romans. A wszystko na tle Barcelony, która dzięki Zafonowi stała się jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie. Miasto żyje sekretnym życiem na kartach książki, oddycha i nawet jeśli początkowym zamysłem autora „Marina” miała być książką dla młodzieży, to im dalej w lekturę, tym bardziej oddala się od tej koncepcji. Tajemnice, śledztwa, namiętność, pierwsza miłość i śmierć. O marzeniu z młodości.

Hobbit13. „Hobbit” J.R.R.Tolkien

Hobbity nie lubią przygód, ale czasami pewien czarodziej może stanąć na ich drodze i zmienić przeznaczenie. Tak Bilbo Baggins z Shire wyrusza z bandą krasnoludów przeciw Smaugowi. By wyzwolić królestwo Thorina Oakenshield’a i zapisać się na kartach historii Śródziemia. A my wyruszamy razem z nim. Nie zapominając tym razem chusteczki do nosa 🙂

 

wielkienadzieje4. „Wielkie Nadzieje” Charles Dickens („Great Expectations”)

Ta opowieść to Duży Buk. Jedna z piękniejszych historii o miłości, poświęceniu i dojrzewaniu, jaką czytałam w ogóle. Gdyby nie powieść Balzac’a sądzę, że nosiłaby tytuł „Stracone Złudzenia”. O błędach młodości. O marzeniach, które nie mogą się spełnić. O zemście, która trwa pokolenia. O miłości bez szansy na wzajemność. O zdradzie i samotności. O życiu przeżytym dla kogoś innego. I o nadziei, która umiera ostatnia.

drozd5. „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill a Mockinbird”)

Jedyna książka autorki. Kanon literatury amerykańskiej. Dotyka najbardziej delikatnego tematu w historii Stanów Zjednoczonych, jakim jest rasizm. Wszystko na tle południowego stanu Alabama, z czasów Wielkiej Depresji. Historia widziana oczami dziewczynki, której ojciec podejmuje się obrony czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Opowieść o nienawiści i uprzedzeniach. Ale także o nadziei i wierze w dobro ukryte w drugim człowieku.

hunger6. Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Największe zaskoczenie tego roku. „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay”  (nie używam polskich tytułów, bo tłumaczom coś się pomyliło). Panem et circenses. Smutna wizja dystopii, w której ludzie walcząc każdego dnia o przetrwanie raz do roku wystawiają swoje dzieci, by walczyły w Igrzyskach Głodu. Na śmierć i życie. Wszystko zmienia się, gdy wyzwanie podejmuje Katniss Everdeen i staje się symbolem nowej rewolucji. Totalitarna wizja przyszłości, w której słowa „May the odds be ever in your favor” brzmią jak mroczny żart.

it7. „To” Stephen King („It”)

Na wiosnę nie mogło zabraknąć „Króla” horroru. Jedna z najstraszniejszych powieści, w której w niezwykły sposób ożywają wszystkie strachy z dzieciństwa. Wszystkie pod postacią clowna Pennywise, który potrafi przekształcać się w to, czego jego ofiara boi się najbardziej. Walka z koszmarami z dzieciństwa staje się jednak dla bohaterów powieści czymś więcej niż walką ze strachem. Stają się przypadkowymi świadkami odwiecznej walki pomiędzy siłami dobra i zła. Siłami kosmosu, które niełatwo pokonać.

iris8. „Morze, Morze” Iris Murdoch („The Sea, The Sea”)

Idealnym miejscem na czytanie tej powieści, to miejsce blisko morza, gdzieś na wybrzeżu, gdzie często wieje wiatr, a w powietrzu unosi się zapach soli. To historia obsesji bohatera i próby powrotu do czasów młodości. Walka z czasem, ze starzeniem się i własnymi słabościami. To opowieść o egoizmie w kryzysie wieku średniego.  I o wyobrażeniu samego siebie.

 

emma9. „Emma” Jane Austen

O tej uroczej powieści pisałam już wcześniej, w związku z Ucztą Miłości. Lekka, wiosenna i zabawna komedia pomyłek pełna perypetii i powiedzonek o związkach i stosunkach damsko-męskich w ogóle. Romans idealny. Jak dla mnie najlepsza wśród wszystkich opowieści napisanych przez angielską pisarkę.

 

Plath10. „Szklany Klosz” Sylvia Plath („The Bell Jar”)

Zmagania młodej dziewczyny Esther Greenwood z dojrzewaniem i dorastaniem. Historia nieudanej próby pogodzenia marzeń o wolności i niezależności z oczekiwaniami i rolą jaką narzuciło jej społeczeństwo, rodzina i epoka, w której żyje. O walce wrażliwego umysłu z samozagładą i depresją. O poddaniu się szaleństwie i odrodzeniu z popiołów. Trochę autobiograficznie Sylvia Plath o samej sobie.

Od koloru do wyboru. Na wiosnę do czytania.

O.

„Minotauress” Edward Lee

Bombla_MinotauressTen tekst z pewnością ucieszy wszystkich tych, których zafascynował „Bighead” Edward’a Lee. „Minotauress” (dosłownie Minotaurzyca, ale nie tłumaczmy tego tytułu nigdy więcej) jest kontynuacją, a raczej luźnym prequelem do wyżej wymienionej książki. Ponownie wracamy do zwyrodniałego miasteczka gdzieś w sercu Appalachów. Do końca nie wiadomo, czy to dokładnie to samo miasteczko co w poprzedniej historii, czy może sąsiednie, ale spotykamy kilka wspólnych, znanych już postaci. Mamy szansę zobaczyć jak mordercza para, czyli Dicky i Balls, zaczynała życie zbrodni i okrucieństwa. Natomiast głównym narratorem pierwszej z dwóch pojawiających się w tomie opowieści jest Pisarz, postać przez lata powracająca i wielokrotnie obecna, chociażby epizodycznie, w opowiadaniach Edward’a Lee. Bighead również ma swoje momenty, ale jak na razie pozostaje jedynie legendą, jeszcze ukrytą głęboko w lasach, która dopiero uczy się korzystania ze swoich „wyjątkowych” przymiotów.

„Minotauress”, jak wspomniałam powyżej, to dwie osobne opowieści. Jedna zatytułowana jest, co oczywiste, „Minotauress”, a druga to „Horncranker” (dosłownie „Łamacz rogów”)zwieńczenie całej historii. Oczywiście obie napisane są w taki sposób, że niekoniecznie możemy traktować je poważnie. I znowu zamiast strachu wywołują bardziej dziki śmiech i szaleństwo. Ale już w lepszym gatunku niż „Bighead”. Odrobinę bardziej wyrafinowane. Tym razem to horror typu B, którego czytanie sprawia obłąkaną przyjemność. Jeśli znamy już niektóre historie Lee (szczególnie opowiadania) znajdziemy bardzo dużo odniesień i znajomych fragmentów np. legendy, wspomnienia, piosenki… Trzeba również dodać, że Lee to pisarz, który uwielbia zabawę archetypami i symbolami. Zamienia je,  wymienia, tasuje, miesza i wygina. Powstaje trochę taki potwór Frankensteina, którego dokładne mikroskopijne oglądanie z każdej strony cieszy czytelnika. Co prawda nigdy nie jesteśmy do końca przygotowani na to, co tam dojrzymy, ale chodzi właśnie o ten element zaskoczenia.

Jednak przede wszystkim to na co musimy się przygotować czytając „Minotauress” to nowe zjawisko jakim jest White Trash Gothic. Uwielbiam tą nazwę. Dla mnie to w końcu odkrycie całkowicie unikalnego gatunku literackiego. Dzięki tej nazwie w końcu mogę stworzyć osobną kategorię dla niektórych historii, które poznałam. Dodam, że nazwa ta jest całkowicie fikcyjna, stworzona przez Pisarza, jako tytuł pisanej w hipnotycznym transie książki. Jednak Edward Lee wiedział dokładnie, co wymyśla i pewnie również w jakiś sposób bawiło go, że jego tworów nie można jednolicie zakwalifikować do jednego albo drugiego odłamu z zakładki horror. Ale teraz już można, bo White Trash Gothic jest idealnym miejscem dla „Bighead’a” i dla „Minotauress” (nie wliczając wielu jego opowiadań).

Czym jest White Trash Gothic? Dla ułatwienia w zrozumieniu rozłożę to sformułowanie na części. White Trash, to dosłownie „białe śmiecie” a po polsku tzw. „biała hołota”. Wyrażenie bardzo rzadko spotykane w Europie, tym bardziej w Polsce (nie wiem dlaczego, bo nadzwyczaj często mogłoby być adekwatnym określeniem co do niektórych… )Określa, co oczywiste, w sposób pejoratywny, ludzi rasy białej, którzy znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, o najniższych dochodach, niewykształconych, bardzo często bezrobotnych, żyjących z czynności nielegalnych, np. pędzenie bimbru, prostytucja czy kłusownictwo lub na rachunek państwa. Błędnie utożsamiani z „redneckami”, którzy są po prostu normalnymi mieszkańcami głębokiej prowincji, a przede wszystkim stanów dawnego Południa.

Zachowanie „white trashów” odbiega od normalności. Jest wyjątkowo patologiczne i dysfunkcyjne. Na porządku dziennym spotyka się przemoc mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci, przemoc w ogóle, gwałty, kazirodztwo, zoofilię, głęboki alkoholizm i inne zjawiska rzadko penetrowane przez zwykłych ludzi. Z chorych związków rodzą się kalekie dzieci, dotknięte często kretynizmem, debilizmem, zniekształcone i zdeprawowane już od najmłodszych lat. „Biała hołota” nie ma konkretnych hamulców moralnych. Kierują się zasadą, że „wszystko zostaje w rodzinie” i to sprawia, że pozwalają sobie na więcej od innych. Tortury, uprowadzenia, morderstwa uchodzą w tym dziwnym świecie na sucho i nie ma kto za nie odpowiadać. Ot, taka sobie codzienność. Lepiej omijać z daleka, a najlepiej unikać kontaktu w ogóle.

„Gothic” jest łatwiejszy do rozgryzienia, gdyż odnosi się po prostu do powieści gotyckiej, albo do tworu wystylizowanego na takową, która jest o wiele lepiej znana w kręgach literackich. Jej główne założenia to atmosfera grozy, strachu, nawiedzone budowle, duchy i widziadła, legendarne zbrodnie piętnujące całą fabułę. W formie bardziej nowoczesnej można odnaleźć okultyzm, składanie ofiar i morderstwa.

Połączenie White Trash i Gothic może z początku wydawać się nierealne, jednak kiedy przeczytacie „Minotauress” zrozumiecie, jak idealnie pasuje i jak wiele wyjaśnia. Edward Lee udowodnił, że taka fuzja jest jak najbardziej możliwa i doprawdy nie rozumiem, jak można było wcześniej jej nie wykorzystać 🙂

Za podstawę pod powieść posłużył mit o Pazyfae. Kto nie pamięta tego fragmentu mitologii greckiej już pędzę z przypomnieniem. Otóż, Pazyfae, żona Minosa, królowa Krety, bardzo niefortunnie zakochała się w świętym byku podarowanym przez Posejdona Minosowi. Oczywiście nie przez przypadek, ale w ramach klątwy. Niezaspokojona w żądzy postanowiła oddać się zwierzęciu. Pomógł jej w tym Dedal, który zbudował drewnianą krowę, w której Pazyfae ukryła się i podsunęła bykowi. Została ukarana wydając na świat potwora o imieniu Minotaur, czyli postrach Krety. Tu mit się kończy, a wkracza Edward Lee. Pazyfae po śmierci trafiła w otchłanie piekielne i stała się odrażającym demonem.

Nie zdradzę Wam fabuły, ale powiem jedno: Pazyfae powraca. Wciąż niezaspokojona. Stęskniona za swoim zmutowanym synem. Okoliczne lasy otwierają dla niej zupełnie nowe możliwości działania. A nieświadomi i głupkowaci mieszkańcy stanowią doskonałe ofiary. Pradawne mity, okultyzm, magiczne rytuały i ofiary z ludzi. Trochę filozofii, dużo krwi, dużo seksu, bardzo dużo przemocy. White Trash Gothic w najczystszej postaci. Dla wielbicieli tego nowego gatunku.  I jak poprzednio ostrzegłam teraz również nie omieszkam zapomnieć: najlepiej nie jeść i nie pić w czasie lektury. Co prawda to nie jest „Bighead”, ale jak cała proza Lee również ta książka kryje w sobie zaskakujące smaczki.  Tak na wszelki wypadek.

O.

Bram Stoker Awards 2013

Bombla_BramStokerAwardsWszyscy fani Jack’a Ketchum’a mogą zacząć trzymać kciuki i zastygnąć w oczekiwaniu!

Nowa powieść zatytułowana „I’m not Sam”, napisana wspólnie z reżyserem i scenarzystą Lucky’m McKee, niedawno pojawiła się na rynku i już zdążyła podbić serca czytelników i krytyków. A wczoraj została nominowana do Bram Stoker Awards* w kategorii „Best Long Fiction” („Najlepsza dłuższa forma literacka”).

„I’m not Sam” opowiada historię kobiety, która w ciągu jednej nocy w dziwny sposób zmienia się w trakcie snu i nie jest już tym kim była, gdy zasnęła. To historia o poszukiwaniu tożsamości i o tym, czy naprawdę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka.

Poniżej do podziwiania okładka:

notSam

Na Wielkim Buku powieść już upolowana i niedługo podzielę się z Wami moim łupem 🙂

O.

*Bram Stoker Awards, nagrody przyznawane przez Horror Writers Association (Stowarzyszenie Pisarzy Horrorów)przyznawane corocznie od 1987 roku.

„Dziecię Boże” Cormac McCarthy

Bombla_DziecieBoze

Cormac McCarthy potrafi przerazić. Zazwyczaj lepiej niż niejeden pisarz thrillerów czy horrorów. Jest coś takiego w twórczości tego amerykańskiego pisarza, co sprawia, że po przeczytaniu chociażby jednej z jego opowieści nie ma się już ochoty wychodzić z domu. Traci się wiarę w dobro drugiego człowieka. A czasami po prostu traci się wiarę w ludzkość w ogóle.  

Świat jego powieści to świat smutny. Bardzo surowy. To wieczna wizja pewnego rodzaju apokalipsy, w której to nie ludzie zginęli, ale ich pozytywne uczucia i emocje. Umarła nadzieja. A dobro musiało zaszyć się w niedostępnych ciemnościach. Świat Cormac’a McCarthy’ego to świat zły. Przesiąknięty nieszczęściem do szpiku swoich fabularnych kości. Jego bohaterowie zmagają się życiem, nie by swój byt polepszyć w jakikolwiek sposób, ale by po prostu przetrwać. Przeżyć kolejny nadchodzący dzień. By dotrwać do kolejnego brzasku.

W tym swoim pragnieniu wytrwania są niezwykle obojętni. Obojętni na życie i na śmierć. Obojętni na przebłyski dobra, ale przede wszystkim obojętni na zło. Na panującą wszechobecną zbrodnię. Na cierpienie. Jego bohaterowie to wieczni podróżnicy. Tułacze brnący  po przygranicznej pustyni, po stepie, po surowych górach. Otaczający ich krajobraz jest pozbawiony intensywnych kolorów, pozbawiony konkretnych kształtów i punktów zaczepienia.  Wydaje się być wyszlifowany. Obojętny, jak sam człowiek.  Słońce w nim nie grzeje, ale skwierczy. Mróz nie ochładza, ale pożera ciało. Wszystko jest wybielone. Człowiek jawi się jako dziwna istota błąkająca się i wyblakła.

Nawet czasu nie można być do końca pewnym. Kolejne epoki wydają się być do siebie zaskakująco podobne. Trudno oddzielić koniec  wieku dziewiętnastego od połowy dwudziestego i na odwrót. W pewnych miejscach na ziemi nic się nie zmienia. I pewnie nigdy się nie zmieni.

W tej dziwnej monotonnej krainie przebłysk dobra jest wyrafinowanym wyjątkiem. Czymś niesamowitym. Co więcej, wydaje się być czymś bardziej niepokojącym niż zło panoszące się po świecie. Zła możemy być tutaj zawsze pewni. Dobra nigdy nie oczekujemy. Kiedy w końcu pojawia się znikąd, razem z bohaterami stajemy się wobec niego nieufni. Wolimy uciec na utarte rozmyte moralnie ścieżki niż poddać się czemuś tak niezrozumiałemu.

Ten świat, który wykreował Cormac McCarthy, ma swoich stałych bohaterów. Wyzuci z chęci życia po prostu trwają. Przenoszą się z miejsca na miejsce. Niosą ze sobą albo ukrytą misję schowaną pod pozorem szarej obojętności albo, to zdecydowanie częściej, zło w najczystszej postaci. Raz mogą być ofiarami, ale częściej ciemiężycielami.  Mordercami o zimnej krwi. Bez sumienia. Bez uczuć. Takimi, którzy nie stawiają zbędnych pytań, ale niczym kameleony dopasowują się do świata wokół nich.

Tak właśnie dzieje się w trzeciej powieści McCarthy’ego, zatytułowanej niezwykle złowieszczo, w porównaniu do treści, „Dziecię Boże”. Jej bohaterem jest Lester Ballard, młody mieszkaniec miasteczka Sevierville w stanie Tennessee. To właśnie przez jednego z mieszkańców, zaraz na samym początku, zostaje on opisany jako „dziecię boże, prawdopodobnie takie jak ty”. Jeśli jakiekolwiek „dziecię boże”  podobne jest  do Lester’a Ballard’a, to tylko podkreśla potworność rzeczywistości w tej powieści i rzeczywistości w ogóle.

Lester Ballard faktycznie jest nijaki. Mógłby być każdym z nas. Człowiek-celofan. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie ma żadnej wyjątkowej cechy. Mógłby wydawać się całkiem normalny. Mógłby mijać nas każdego dnia. Codziennie nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Mógłby… Ale Lester Ballard z pewnością nie jest normalny. Co więcej, Lester Ballard jest przeciwieństwem normalności.

Jego historia podzielona jest na trzy części. Każda z nich odzwierciedla, zarówno stylem, jak i charakterem dokładnie to, co dzieje się z głównym bohaterem. McCarthy przeciwstawia w nich mieszkańców miasteczka z perwersją i przemocą Lestera. Ten kontrast jest dziwny i trochę niewyraźny. To w sumie nie jest nawet kontrast. Lester koegzystuje z nimi. Wypełnia luki. Wpisuje się w otaczający go świat.

Pierwsza część jest niczym reportaż. Poznajemy Lester’a tak, jak widziany jest w oczach znających go ludzi.  Opowiadają jego historię jakby opowiadali o życiu zwykłego chłopaka. Jednego spośród nich, który niefortunnie zszedł na złą drogę. Dowiadujemy się niektórych szczegółów z jego dzieciństwa i młodości. Elementów życia rodzinnego. Jednocześnie, obserwujemy codzienność Lester’a. Widzimy jak nieuchronnie zaczyna oddalać się od normalności. To co widzi jest jakby rozmyte. Nie zgadza się z obrazem zwykłego człowieka. Lester Ballard dziwaczeje. Zaczyna podglądać, podpatrywać, wdzierać się swoim wzrokiem w życie innych. Ofiarami jego dziwnego voyeuryzmu stają się młode dziewczęta, kochające się pary, ale też wypaczone, chore związki kazirodcze i gwałty. Lester widzi i przyswaja. Widzi, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a normalność nie zawsze jest „normalna”.

Druga część to powolne odejście od cywilizacji. Lester Ballard popełnia pierwsze morderstwo. Podwójne. Jak lawina włączają się w nim kolejne zboczone instynkty. Bawi się trupami. Przebiera je. Uprawia nekrofilię. Próbuje znaleźć bliskość w martwych ciałach. Znowu zabija. Nie ma konkretnych powodów. Przynajmniej nigdy ich nie podaje. Jest zimny w swoich czynach. Robi tak, bo może. Oddala się i w strachu przez oskarżeniem postanawia odizolować się od miasteczka. Pomaga mu w tym otaczający go krajobraz, góry pełne jaskiń. Zaszywa się w jednej z nich. Tam tworzy swoje schronienie.  I właśnie tam zaczyna zbierać kolejne eksponaty swojej makabrycznej „kolekcji”.

Ostatnia część, to historia życia w sieci górskich jaskiń. To próba ucieczki przed tym co nieuchronne. Mieszkańcy okolicznych miasteczek wiedzą już, że to właśnie Lester jest mordercą. Poszukują go. Próbują odnaleźć ostateczne dowody. Natomiast Lester staje się jeszcze bardziej maniakalny. Mówi sam do siebie. Przemieszcza się między swoimi kryjówkami. Pojawia się przebrany w damskie ubrania, a na głowie nosi kobiece skalpy. Popełnia coraz więcej błędów. A błędy to jedna z tych rzeczy, na która seryjny morderca nie powinien sobie pozwalać.

Życie Lester’a Ballard’a to historia wzlotu i upadku. Początku i końca. Triumfu i przegranej. Narodzin i śmierci. Tak jak dla każdego z nas. Poraża swoją zwykłością. W tym świecie, realnym i fikcyjnym, nie ma niesamowitych zakończeń. Tak samo jak nie ma wyjątkowych początków. Dla każdego los ma taki sam tor. Tylko czasami, w międzyczasie, życie wypełnia się inaczej. Odbiega od tego co ustalone i idealne. Przebiega troszkę w inny sposób niż życie zwykłych śmiertelników. Pod tym względem Lester Ballard jest wybrańcem. Mesjaszem zła. Wyjątkiem, który nigdy nie powinien móc potwierdzać reguły. Ale pozory mogą zwieść niejedną osobę. I niech każdy ma się na baczności przed tym idealnym dzieckiem Boga.

O.

„Wendigo” Algernon Blackwood

Bombla_WendigoPierwszy raz usłyszałam o Wendigo kilka lat temu przy okazji powieści „Cmętarz Zwieżąt” Stephen’a King’a. Nie wnikałam w temat aż do momentu mojego powrotu do tej powieści przed kilkoma tygodniami. Tym razem historia Wendigo zaintrygowała mnie. Zaczęłam szperać i węszyć. Wpadłam na trop. Duch Wendigo zawładnął moim umysłem i rozpoczęłam polowanie. 

W powieści King’a Wendigo to demon lasu, uśpiony na pozostałościach cmentarzyska należącego do plemienia Mi’kmaq’ów. Demon żarłoczny i okrutny. Taki, który wstępuje w ciała pogrzebanych i zamienia ich w krwiożerczych kanibali. I tak sobie pomyślałam: skoro plemię Mi’kmaq’ów istnieje naprawdę i wciąż zamieszkuje północne regiony Stanów Zjednoczonych i Kanady, to w legendzie o Wendigo musi być chociaż element prawdy.

Jeśli chodzi o folklor rdzennych plemion indiańskich to faktycznie, w Europie, dostęp do wiarygodnych źródeł jest nieco utrudniony. Problematyczna wydaje się również indiańska tradycja przekazywania legend i historii metodą werbalną. Te historie często nie są w ogóle uwiecznione w żadnej formie, ale jedynie przekazywane innym członkom plemienia, z ust do ust. Większość legend została spisana dopiero po latach, przez antropologów, etnografów i badaczy konkretnych regionów. Podobnie było z legendą Wendigo.

Ponieważ raz już wpadłam na trop, to nie mogłam odpuścić. I trafiłam na bardzo interesujący artykuł, fragment szerszej dysertacji, zatytułowany „Reviving Witiko (Windigo): An Ethnohistory of “Cannibal Monsters” in the Athabasca District”. („Ożywiając Witiko (Windigo): Historia i pochodzenie Ludożerczych Potworów w rejonie Athabasca”). Lektura bardzo zaskakująca i pełna opisów autentycznych, udokumentowanych przypadków nawiedzenia Wendigo.

Zapytacie się skąd moje tak obszerne zainteresowanie tematem? Bo również przy okazji powyższego artykułu i „Zewu Cthulhu” H.P. Lovecraft’a natrafiłam, zupełnie przypadkowo, na opowiadanie Algernon’a Blackwood’a zatytułowane po prostu „Wendigo”. Napisane w 1910 roku, opowiada historię czterech myśliwych, którzy polując na łosie w leśnych ostępach Kanady, postanawiają rozdzielić się, by lepiej poznać teren i ocenić zasięg zwierzyny. Dają sobie trzy dni na rekonesans. Po tym czasie cała czwórka ma powrócić do obozu głównego i zaplanować konkretne łowy i plan działania. Jednym z myśliwych jest Joseph Défago, tropiciel indiańskiego pochodzenia. Postać wyjątkowa. Przedstawiony jako typ melancholijny. Cichy myśliciel o wielkiej wyobraźni.

Wrażliwa wyobraźnia w październikowej, odległej i zapomnianej krainie dziczy, z dala od cywilizacji, może niestety być dużą wadą. Tym bardziej, gdy razem z drugim członkiem rozdzielonej grupy trafia na puszczę po drugiej stronie rzeki, która według wierzeń jego przodków zamieszkała jest przez „złego ducha”. Razem z nastaniem nocy zaczyna się koszmar dwójki myśliwych. Défago najpierw doznaje dziwnych omamów słuchowych i węchowych. Potem nawiedza go gorączka i dziwne podniecenie. W nocy płacze przez sen, by ni stąd ni zowąd wybiec w zimną, jesienną noc. Słychać tylko jego krzyki. Przez jakiś czas widać trop na śniegu, z czasem coraz dłuższy w odległości. Podobny raczej do tropu dziwnego zwierzęcia niż do zwykłego człowieka. I nagle urywa się. Poszukiwania nie dają rezultatów i gdy po kilku dniach zrezygnowani współtowarzysze postanawiają wrócić do obozu głównego znajdują w nim wrak człowieka. Odmrożonego, majaczącego Défago, który cierpi na silną amnezję i wyczerpanie. Nie pamięta kim jest, kim są otaczający go ludzie, nie wie nic. Zatracił siebie. Pozostaje tylko wspomnienie o Wendigo.

O Wendigo przetrwały przede wszystkim legendy. Nazywany również Witiko, Weendigo, Windigo, czy po prostu „pożeraczem ludzi”, jest człekopodobną istotą (często przedstawianą z porożem i pyskiem jelenia lub oczami sowy) lub duchem o naturze kanibala, który żywi się ludzkim mięsem i jest nienasycony w swoim pragnieniu polowania na ludzi. Tak bardzo złakniony, że według niektórych podań pożarł własne usta i straszy groteskowym obliczem. Jest drapieżnikiem o potężnej sile, który zawsze głoduje i zawsze szuka kolejnej ofiary.

Jednocześnie, w medycynie, istnieje kompulsywno-obsesyjna przypadłość nazwana Syndromem Wendigo lub Psychozą Wendigo. Jest ona typowa tylko dla indiańskich mieszkańców północnych terenów Stanów i Kanady, szczególnie dla plemienia Algonkinów. Jej głównym objawem jest właśnie… kanibalizm. Wyjątkowo częste przypadki tej nietypowej choroby zostały szczegółowo udokumentowane przez różnych badaczy, którzy wyróżnili jej podstawowe symptomy. Są to: nagły wzrost agresji i instynktów morderczych, omamy słuchowe, halucynacje, omamy węchowe, gorączka, wizje, nagły wzrost nienaturalnej siły i wydawanie zwierzęcych dźwięków. W wyniku choroby, nawiedzenia, ofiara Wendigo napada często swoich bliskich i członków rodziny, zabija ich i pożera. Szczególnie często ofiarami padają dzieci. Według wierzeń jedyną możliwością pokonania demona jest zabicie jego ofiary (najlepiej ciosem toporem w głowę), zakopanie głęboko w ziemi i przygniecenie miejsca pochówku dużym drzewem lub gałęziami, by duch nie wyleciał i nie wstąpił w kolejną osobę.

Czym jednak jest Wendigo w opowiadaniu Blackwood’a? Co tak naprawdę symbolizuje? Z jednej strony może być ucieleśnieniem strachu przed wielkim głodem i mrozem, który napotyka myśliwych w lesie. Ziszczeniem najgorszych myśli. Najokrutniejszych wyobrażeń. Kiedy „pochłonięci” przez złowrogie ostępy mogą na zawsze zgubić się i nigdy już nie trafić do świata żywych. Z drugiej strony u Blackwood’a Wendigo nie ma związku z kanibalizmem. Nazywany jest „moss-eater”, czyli „pożeraczem mchu”. W tym wypadku Wendigo to raczej symbol ucieczki. Chęci ponownego oddalenia się od cywilizacji. Powrotu do natury. To ucieleśnienie zewu dziczy. Szaleńczy bieg przez tajemnicze ścieżki jest biegiem ku wolności. Ku pojednaniu z dziką przyrodą. Pierwotnie, w indiańskich wierzeniach, pokutowała wiara w silną więź człowieka ze światem zwierząt i roślin, gdzie człowiek był częścią tego świata, nie jego zaprzeczeniem. Z czasem ten silny związek utracił częściowo znaczenie, a plemiona zmuszone były „ucywilizować” się, nawet na siłę i poddać nastaniu nowej ery.

Może Wendigo nie jest wcale prawdziwym demonem… Może wspomnieniem czegoś od dawna już zapomnianego? Wspomnieniem wolności pierwszych istot? Czymś co wciąż poszukuje uwrażliwionych, pamiętających stare plemienne opowieści, by odnawiać swoje siły? W końcu Défago jest właśnie dlatego taki wyjątkowy. Bo uwierzył. I udało mu się odpowiedzieć na wezwanie. Przeżył niezapomniane momenty i doświadczył czegoś wyjątkowo pierwotnego w swojej naturze.  Ale powroty zawsze są najtrudniejsze. I nikt nie może być tym samym człowiekiem, gdy raz napotka Wendigo. Gdy powróci z krainy zapomnianych przesądów i  prehistorycznych legend. Świata

„niesamowitych mocy, które wciąż czają się w duszach ludzi i które może same w sobie nie są złe, jednak instynktownie wrogie temu co najbardziej ludzkie.”*

O.

*” (…)formidable Potencies lurking behind the souls of men, not evil perhaps in themselves, yet instinctively hostile to humanity as it exists.” /Algernon Blacwood „Wendigo”/

„Zew Cthulhu” H.P. Lovecraft

Bombla_Cthulhu
 

„Nie jest wykluczone, że są pozostałości tych wielkich sił i istot… pozostałości bardzo odległego okresu, kiedy… świadomość wyrażała się, być może, w kształtach i formach dawno już zanikłych, jeszcze przed zalewem rozwijającej się ludzkości… formach, o których tylko poezja i legenda zachowały przelotne wspomnienie, zwąc je bogami, potworami, mitycznymi istotami wszelkiego gatunki i rodzaju…”

Algernon Blackwood

Niełatwo jest pisać o twórczości H.P.Lovecraft’a. I nie tylko dlatego, że sam Lovecraft był pisarzem trudnym, o skomplikowanym życiu wewnętrznym. Jednak przede wszystkim dlatego, że jego opowieści, to historie przewodzone lękiem. Chociaż lęk to zbyt mało, by opisać uczucie wszechobecne w jego historiach.  To niesamowity strach, a nawet horrendalne przerażenie. Strach przed czymś tak bardzo nienazwanym, tak potwornie monstrualnym i niezmierzonym, że nie można tego ogarnąć umysłem. Co więcej ten strach jest mocno zaraźliwy. A to niedobrze. Bo strach Lovecraft’a  prowadzi prosto w objęcia szaleństwa. Obłędu totalnego. Katatonii. I śmierci.

Twórczość  Pustelnika z Providence, jak zwano Lovecraft’a, to także ucieczka od znienawidzonej rzeczywistości. Przed ułożonym życiem dorosłych, bez wyobraźni, bez snów. Przed życiem dla samego życia. Jego opowieści otwierają umysł na nowe światy. Na przestrzenie ukryte za zasłoną złudzeń i iluzji. Prawdziwy wszechświat jest pełen okrucieństwa. Człowiek jest w nim samotny. Pozostawiony samemu sobie. I nic nie znaczy. Ale lepiej poznać prawdę, ujrzeć cały ogrom ohydy czający się w przestworzach niż nie widzieć nic. Lepiej poszukiwać istoty wszelkiego zła, poświęcić radość swojego życia niż być nieświadomym. Brak świadomości i ucieczka przed poznaniem to poddanie się  realizmowi. A dla Lovecraft’a nie istniało nic gorszego od prawdziwości życia.

Poszukiwaczami, artystami, pisarzami czy podróżnikami są wszyscy bohaterowie prozy Lovecraft’a. To właśnie oni penetrują najgłębsze zakamarki najciemniejszego kosmosu. To oni poświęcają swoje życia, by poznać oblicze zła. Dokopują się do najgłębszych jaskiń, najmroczniejszych zakamarków ziemi i najgłębszych czeluści oceanów. Badają niezbadane. Próbują nazwać nienazwane. Aż wreszcie udaje im się zobaczyć to co niewidzialne. Przeżywają wielkie objawienie. W obliczu koszmaru mogą tylko patrzeć, przykuci, sparaliżowani strachem są obserwatorami zagłady własnego umysłu. Pozwalają się pożreć i zmiażdżyć, by wreszcie oddać się w ramiona obłędu. Ich śmierć nie ma znaczenia. Nie zostają męczennikami. Nikt o nich nie wspomina. To konieczne ofiary odwiecznego zła.

„Zew Cthulhu” („Call of Cthulhu”) napisany w 1926 roku to pierwszy z serii tzw. wielkich tekstów H.P. Lovecraft’a. Właśnie to opowiadanie zapowiada cały ciąg serii opowieści o Wielkich Pradawnych i zapoczątkowało  to, co dzisiaj nazywamy mitologią Cthulhu.  A czym jest Cthulhu?

Na to właśnie pytanie próbuje sam sobie odpowiedzieć główny bohater opowiadania „Zew Cthulhu”. Po swoim wuju Angellu, tragicznie zmarłym emerytowanym profesorze języków semickich na  Brown University w Providence Rhode Island (miejsce nie jest wybrane przypadkowo) dziedziczy zagadkową skrzynkę. Jej zawartość stanowiły dziwne, niezrozumiałe zapiski i pewna prehistoryczna płaskorzeźba. Przedstawiała ona koszmarne monstrum. Dziwne, nienaturalne połączenie ośmiornicy, człowieka i smoka na tle „cyklopowej architektury”. Zbiór zapisków zatytułowany był „Kult Cthulhu” i zawierał spisane ręcznie relacje dziwnych zdarzeń i zjawisk na przestrzeni kilku lat.

I w tym momencie nasz główny bohater, a my razem z nim, zostajemy wciągnięci w śledztwo i poszukiwanie pochodzenia dziwnej płaskorzeźby. Razem zapuszczamy się odmęty psychicznych schorzeń, tajemnych stowarzyszeń, by wreszcie natrafić na trop pewnego  zapomnianego pierwotnego kultu. Starszego od samej ludzkości. Kultu tak monstrualnie okrutnego, nieznanego i niezwykłego, że każdy z ich rytuałów wydaje się być nieludzki, a opowieści z nim związane niewiarygodne. Ich podstawą są ofiary z ludzi, a ostatecznym spełnieniem wezwanie Wielkiego Starego Bóstwa.

Tym bóstwem jest Cthulhu. Istota istniejąca od eonów wieczności. Śpiąca w otchłaniach oceanów. Która czuwa i czeka. Czeka, by powstać ponownie, zbudzić innych i wspólnie opanować ziemię siejąc chaos i zniszczenie. Ich przebudzenie i przybycie zwiastuje koniec ludzkości. Upadek świata. Pogrążenie w wiecznej ciemności.

„Bóstwa nie mogą żyć. Ale choć teraz nie żyją, to naprawdę nie umierają nigdy. Spoczywają w kamiennych domach w swoim wielkim mieście R’lyeh, zabezpieczone czarami potężnego Cthulhu do czasu chwalebnego zmartwychwstania, kiedy to gwiazdy i ziemia będą znowu gotowe na ich przybycie.”

A do tego czasu sieją strach i obłęd. Bo w swoim uśpieniu wciąż czuwają i rozmyślają. A ich myśli płyną przez wszechświat i tylko najwrażliwsi mogą ich usłyszeć. Zdarza się to jednak niezwykle rzadko. Najczęściej w okresie wiosennego przesilenia. W dni takie jak dzisiaj, kiedy przyroda zaczyna budzić się do życia. Przychodzą w snach, by nawiedzać ludzi straszliwymi wizjami. Uchylają rąbka swojego ogromu i niewypowiedzialnego terroru, jaki potrafią wywołać. Ale tylko odrobinę, by całkowicie nie zniszczyć swojej ofiary. Ich cel jest prosty: nie można o nich zapomnieć. W niesamowitych wizjach przekazują obrazy i słowa, które maja stanowić natchnienie twórczości wrażliwych. Przywołują obłęd konieczny przy tworzeniu cyklopowej twórczości. Przy próbie uchwycenia nieuchwytnego. Tego co nie ma kształtu, koloru czy formy. Tego co nie mieści się w euklidesowych kątach i rozumowaniu człowieka.

H.P. Lovecraft zastawił na nas pułapkę. Podzielił się swoim koszmarem. Zaraził nas swoim przerażeniem. Jego opowieści nie da się zapomnieć. Kto raz wkroczył w ten świat już wie, że nie do końca jest tym samym człowiekiem. Teraz trzeba bardzo uważać. Żeby nie oddać się całkowicie szaleństwu. Nie wpaść w czeluści strachu. Ale już zawsze będziemy pamiętać o Nich, którzy śpią w otchłaniach czasu i że:

„Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami,

Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.”*

O.

* Tłumaczenia tekstów w przekładzie Ryszardy Grzybowskiej.

** W przemyśleniach pomógł mi Michel Houellebecq i jego praca „H.P.Lovecraft, Przeciw światu, przeciw życiu”.