„Zmierzch” Stephenie Meyer

Bombla_ZmierzchTo od tej książki wszystko się zaczęło. Zmierzch wampirów i następujący po nim upadek poziomu literatury popularnej. To „dzięki” tej powieści świat utwierdził się w przekonaniu, że wampiry skrzą w słońcu, a wilkołakami są półnadzy indiańscy chłopcy z rezerwatów. To dzięki popularności tej powieści powstały takie dzieła i bestsellery jak „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”. To właśnie ta historia zainspirowała multum pseudo-pisarzy do tworzenia jeszcze marniejszych kopii niby-wampirycznych, mroczno-młodzieżowych powiastek rodem z licealnych szatni. Właśnie ta powieść sprawiła, że wampiry stały się nagle śmiesznymi stworami, poświęcającymi swoje wieczne istnienie na powtarzanie w kółko, rok po roku dwóch lat liceum. I że idealną kobietą dla wampira jest nieogarnięta, zakompleksiona nastolatka cierpiąca na syndrom wiecznej ciamajdy. „Zmierzch”. I cała następująca po tym „saga”. I jedna osoba, która sprawiła, że świat literacki przekształcił się w pole do popisu dla hormonalnie niekontrolowanych pisarek po czterdziestce. Stephenie Meyer.

„Zmierzch” zmienił wszystko. Rynek literatury i odbiorców. Zmienił wydawców i samych pisarzy. Zmienił nawet język pisania. I formę edycji tekstów. Czyli wszystko to, co jest najważniejsze jeśli chodzi o proces tworzenia i czytania książki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przeciągu kilku lat od powstania wampiryczno-wilkołacznej sagi jakoś tak kultura popularna opadła kilka poziomów. Nie trzeba już się wysilać, by stać się wielką, poczytną pisarką. Nie trzeba trzymać się kanonów i ustalonych o wieków zasad, można napisać dosłownie wszystko. Nawet coś najgłupszego na świecie.

Stephenie Meyer wydeptała te nieuczęszczane przez lata ścieżki na nowo. Wykorzystała lukę rynku wydawniczego, jaką była powieść młodzieżowa. I uzupełniła ją o swój geniusz. Bo trzeba tu przyznać, że w działaniu pani Meyer jest jakiś ukryta wybitność. Element godny mistrzów manipulacji. Ale o tym za chwilę. Na razie skupmy się na najbardziej widocznych aspektach, dzięki którym „Zmierzch” stał się tak popularny. Wychodzi z tego swojego rodzaju dziwne równanie. Można je potraktować jako gotowy przepis na wielki sukces. Czyli:
Mrok +miłość + nastolatki + problemy ->( wampiry+wilkołaki) + pierwsze doznania seksualne + dojrzewanie + problemy = SUKCES

Ale, ale, to jeszcze nie wszystko! Bo jest tutaj jeszcze jeden magiczny składnik! Nazwijmy go składnikiem X. Jest to ten malutki, drobniutki element, dzięki któremu całość „smakuje” idealnie. Ten tajemniczy składnik sprawił bowiem, że saga „Zmierzch” jest hitem nie tylko wśród nastolatek, ale wśród kobiet w ogóle, w przedziale wiekowym 12-60. Stephenie Meyer wykorzystała moment, w którym nikt nie patrzył, ukradła ten element i wykorzystała niecnie, niczym jakiś złośliwy mastermind, i zmieniła oblicze świata na zawsze.

Gdy „Zmierzch” trafił w moje ręce nie wiedziałam jeszcze nic o pani Meyer ani o tajemniczych składnikach. Nie wiedziałam nawet czego do końca się spodziewać. Wiedziałam, że to międzynarodowy hit i że wstyd nie znać. No to poznałam. Z ciekawości. I trochę dzisiaj żałuję, bo nie mogę już odwidzieć, tego co zobaczyłam. Nie mogę „oddoznać” tego co doznałam. Dzisiaj wiem, co to było. I pojęłam znaczenie składnika X.

Język był miły i przystępny. Nie znalazłam tej abstrakcji treści i ortografii co u E.L. James, ale to jeszcze były początki para-literatury. Styl niczym się niewyróżniający. Bohaterowie zarysowani bardzo prosto i nieskomplikowanie, ale wiadomo, że w przy pisaniu dla młodzieży można ominąć ambitniejsze formy charakterystyki. Główna postać, legendarna już Bella, głupia bo głupia, ale myślałam wtedy, co ja tak naprawdę pamiętam z bycia nastolatką? Im dalej brnęłam w lekturę (w sumie brnie się z trudnością, a tutaj szło mi szybko i przyjaźnie, więc użyję czasownika „sunąć”), im dalej sunęłam w lekturę, tym czułam się bardziej zaangażowana i jakaś taka bardziej podekscytowana. Nagle cały świat ograniczył się do problemu Belli, czy kochać Edwarda, czy Jacoba. Czy poświęcić swoje życie „wiecznemu” wampirowi, czy pobiec w leśne odstępy z wilkołakiem bez koszulki? Wielkie dylematy prawdziwej młodości… Nieskończona wizja wielkiej miłości, pełnej przygód i perypetii. O mały włos, a zaczęłabym nerwowo chichotać i pąsowieć na twarzy na myśl o tych pierwszych zbliżeniach…

Czy widzicie, co się wydarzyło? Czy zgadliście już, czym jest ten tajemniczy składnik X Stephenie Meyer? To WEHIKUŁ CZASU! Całe wieki szaleni naukowcy i wynalazcy szukali możliwości, by cofnąć się w czasie. Majstrowali przy czasoprzestrzeni, przy kosmosie, budowali skomplikowane maszyny i wymyślali paliwa przyszłości, a tu taka niepozorna pisarka z Utah zgarnęła całą pulę! Pisząc JEDNĄ książkę!

Bo widzicie, pani Meyer udało się wywołać uczucie powrotu do beztroskich czasów licealnych tylko dzięki słowu pisanemu! Czy to nie jest genialne?! Takie proste! Dzięki sadze „Zmierzch” każda kobieta na ziemi (bo wątpię, czy działa to również na mężczyzn) może spokojnie, bezboleśnie i bezpiecznie wrócić do etapu bycia nastolatką. Może znowu różowić się i chichotać. Może przeżywać sercowe rozterki razem ze swoją bohaterką, by zaraz potem wybierać, czy sama należy do TEAM Jacob, czy TEAM Edward. Na krótką chwilę każda czytelniczka staje się Bellą! Czystą, dziewiczą i piękną. Kochaną przez wszystkich pomimo tępoty, nieogarnięcia i braku zdolności socjalizowania się. Dziewczyną, która jest tak bardzo nijaka, że każdy może podłożyć pod nią swoją twarz! Taką, którą pragnie i kocha nie tylko wampir, ale też wilkołak! I połowa szkoły.  I inne wampiry.

Stephenie Meyer zafundowała nam prawdziwą podróż w czasie.  Nie trzeba wydawać gór pieniędzy, by zapomnieć o rzeczywistości i przenieść się do innego, lepszego wymiaru. Nie trzeba tutaj tajemniczych firm à la Total Recall. Nie potrzeba maszyn. Nie potrzeba napojów. Nie potrzeba nawet mózgu, by naszła nas znowu burza hormonów, i  by zniknęły problemy i całe zło dorosłości poszło w niepamięć. Wystarczy tylko jedna książka.

Ale czy warto w ogóle wracać do tych „beztroskich” nastoletnich czasów? Przecież życie to nieustające doświadczenie i wiedza, a patrzenie wstecz oznacza jedynie nieumiejętność pogodzenia się z losem… Czy ten powrót, nie stał sie przypadkiem tożsamy ze słowem regres? Czy to nie jest przerażające, że tyle kobiet całkiem świadomie wciąż chce przeżywać najwcześniejsze uniesienia miłosne rodem z podwórka, „swój pierwszy raz” wciąż od nowa, łapiąc się po książki tego typu, zamiast ciesząc się ze swojego życia tu i teraz? Smutna to myśl i bardzo niepokojąca.
O.

„Nawiedzony” Shirley Jackson

Bombla_HillHouseH.P. Lovecraft wierzył, że niektóre miejsca maja duszę. Ta dusza może być dobra lub zła. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę doświadczenia tego mistrza horroru z Providence i opowiadanie, w którym tą tezę zamieścił, możemy być pewni, że miał na myśli ten drugi przypadek. Istnieją miejsca, które są złe. Po prostu. Nie jest to wina ich mieszkańców. Nie jest to wina przypadkowych wydarzeń i śmierci. To wewnętrzna istota tych miejsc. To właśnie ta dusza sprawia, że miejsce jest złe i wywołuje negatywny wpływ na tych co w nim przebywają. Nawiedzenie staje się skutkiem nie przyczyną, dla którego miejsce staje się złe. Dodaje to tylko dodatkowy, jeszcze bardziej mroczny element do całej układanki. 

Takim miejscem jest Dom na Wzgórzu (tytułowy Hill House) w „Nawiedzonym” Shirley Jackson. Stephen King uznał ta powieść za jedną z najbardziej dwuznacznych w literaturze i umieścił obok „W kleszczach lęku” Henry’ego James’a. Krytycy literaccy zgodnie uznali ją za najlepszą historię o „nawiedzonym domu” opowiedzianą kiedykolwiek. Czy przesadnie? Z pewnością nie. „Nawiedzony” (tytuł oryginału „The Haunting of Hill House”) pomimo, że napisany już ponad pięćdziesiąt lat temu wciąż fascynuje. Wciąż przeraża i wywołuje dyskusje.

Czym jest Dom na Wzgórzu? Czy jest tylko zwykłą budowlą, której dziwna konstrukcja wywołuje niepokój, doprowadzając ostatecznie do szaleństwa? Czy może jest potworem ukrytym za fasadą murów? Cmentarzyskiem wspomnień, które ożywają w niekontrolowany sposób? Sprawa staje się niby jasna już od pierwszego akapitu, w którym Shirley Jackson daje nam punkt zaczepienia. Wskazuje tym samym kierunek, dzięki któremu łatwiej będzie nam pojąć nadchodzące wydarzenia:

„Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo; są tacy, którzy twierdzą, że nawet skowronki i pasikoniki mają jakieś sny. Dom na Wzgórzu, szalony dom, stał samotnie pośród wzniesień, kryjąc w swym wnętrzu ciemność. Stał tak od osiemdziesięciu lat i mógł stać następnych osiemdziesiąt. Wewnątrz ściany wznosiły się pionowo, cegły ciasno przylegały do siebie, podłogi były mocne, a drzwi – starannie zamknięte. Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domu na Wzgórzu, a cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie.”*

Do tej twierdzy szaleństwa tymczasowo wprowadzają się cztery osoby: Eleanor, Theo i Luke, a przewodzi im Dr Montague, antropolog, zajmujący się hobbystycznie parapsychologią. Cel pobytu jest prosty: sprawdzić, czy Dom na Wzgórzu jest faktycznie nawiedzony. Kim są bohaterowie? Luke jest przyszłym właścicielem posesji, natomiast Eleanor i Theo dwoma młodymi kobietami, które w przeszłości przeżyły epizody paranormalne. Dr Montague jest przekonany o źle, które obrało sobie Dom na Wzgórzu za swoje mieszkanie, jednak potrzebuje konkretnych dowodów. Jego teoria przyjęta zostaje z zainteresowaniem przez uczestników eksperymentu, ale z pewną rezerwą.

My, czytelnicy, wiemy już, że z domem z pewnością jest coś nie tak. Z zewnątrz wydaje się być normalny. Olbrzymia, prawie wiekowa rezydencja. Zbudowana przez Hugh Crain’a, przez lata zamieszkiwana przez jego córki, aż do śmierci trzeciej żony właściciela. Potem opustoszała, by w końcu stać się domem dla starszej siostry i jej opiekunki. Teraz znów opuszczona. Próby sprzedaży kończyły się ucieczką potencjalnych kupców. To sama budowla wywoływała niepokój, terror i choroby u kolejnych rezydentów.

W wewnątrz wszystko wydaje się być nie takie, jak powinno być. Wydaje się, że Dom założył maskę normalności na swoją fasadę, by kusić. Ta maska nie jest idealna, bo czasami, kiedy pada na cegły odpowiednie światło, widać jakieś dziwne wykrzywienie. Niedorobione kąty, które nie pasują do całości. Coś się nie zgadza. O ile z zewnątrz można dać się nabrać, o tyle środek odsłania „chorobę” Domu. Dziwne, niepojęte dla oka i rozumu wymiary pomieszczeń, raz dłuższe, raz krótsze, w zależności od spojrzenia. Nic nie jest dokładnie proste. Ściany stoją jakoś ukośnie, wydają się poruszać i falować. Dom na Wzgórzu czai się i chowa, ale nie potrafi ukryć swoich złowieszczych zamiarów. Chce zawładnąć umysłami swoich mieszkańców i doprowadzić ich do ostatecznego szaleństwa. Zagłady rozumu.

Katalizatorem idealnym jest dla niego Eleanor. To do niej zwraca się Dom na Wzgórzu. To ją upatrzył sobie na swoją kolejną ofiarę. Eleanor jest odpowiedzią na całą tęsknotę Domu za niszczeniem i ujarzmianiem wrażliwego  umysłu. Zagubiona we własnym świecie, narcystyczna aż do bólu, jest idealnym dla niego celem. „Wygłodniały” dom woła ją, na ścianach pojawiają się krwawe napisy „COME HOME ELEANOR”, czyli „Wróć do domu Eleanor”. Ta konstrukcja zdaniowa niekoniecznie jest wezwaniem do wyjazdu, czy powrotu. ” COME HOME ELEANOR ” może również oznaczać stwierdzenie, że Eleanor jest już w domu, a tym domem jest właśnie Dom na Wzgórzu. To przyzwanie do poddania się szaleństwu. Kobieta jest tak zagubiona i tak bardzo samotna, że automatycznie zostaje ofiarą. Nie ma silnej woli, nie rozumie siebie i świata, a jednocześnie jest przeświadczona o swojej wyjątkowości i tym, że nie pasuje do życia na zewnątrz.

Dom na Wzgórzu wciąga ja w swoją grę. Udaje perfekcyjne odbicie jej podświadomości, manipuluje jej myślami, by złapać w swoją pułapkę. Eleanor jest jak ćma lecąca do ognia. Nie może zawrócić. I nawet nie chce zawrócić. Ktoś odpowiada na jej potrzebę przynależności i ona nie może powstrzymać się przed poddaniem. Nawet jeśli doprowadzi ją to do opętania i śmierci. Aż do końca wierzy, że sama kieruje swoim życiem i swoimi myślami. Aż do tego ostatecznego momentu, kiedy przed samobójczą śmiercią pyta samą siebie: „Czemu to robię? Czemu nikt mnie nie powstrzymał?”

King przyrównuje Dom na Wzgórzu do mikrokosmosu, w którym zderzają się różne siły. Krążą tam nie tylko duchy przeszłości, ale wizje podświadomości ludzi w nim przebywających. Ich lęki, frustracje i bolączki. Dom ma wpływ na tych najwrażliwszych, a na silniejszych zostawia trwały ślad. Ich podświadomość jest dla niego niczym otwarta księga i nie potrzebuje zbyt wiele czasu, by wykorzystać ich największe słabości. Dom na Wzgórzu jest najlepszym drapieżnikiem, bo zabija dając ułudę ofiarom, że jest to ich własny wybór.

Możemy próbować zrozumieć co wydarzyło się w Domu na Wzgórzu. Możemy starać się to sobie tłumaczyć racjonalnie. Możemy zagłębić się w psychologiczny aspekt i potraktować całą historię, jako wspólną projekcję bohaterów. Halucynację. Ale co, jeśli to nie wystarczy? Co, jeśli uchyliliśmy już te drzwi do wiedzy i nie możemy odwidzieć, tego co za nimi ujrzeliśmy? Wtedy musimy pamiętać, że te obrazy do nas wrócą. Kiedy najmniej będziemy się tego spodziewać. Kiedy będziemy sami. Uwięzieni w pułapce własnej wyobraźni. Najsłabsi. Wtedy „nikt nie usłyszy waszego krzyku. W nocy. W ciemnościach”.**

O.

*Fragment pochodzi z „Danse Macabre” Stephen’a King’a w tłumaczeniu Pauliny Braiter i Pawła Ziemkiewicza.

**”No one will hear you if you scream. In the night. In the dark.” („Hunting of Hill House”).

„[geim]” Anders de la Motte

Bombla_GeimSzwecja. To dziwne miejsce. Piszę to z własnego doświadczenia, a nie tylko dlatego, że tak mi się wydaje. Rok temu miałam okazję przekonać się na własnej skórze, czym jest ten północny kraj zimą.  I teraz, dzięki tej krótkiej podróży, już wszystko rozumiem. Rozumiem, czemu w literaturze szwedzkiej króluje mroczny kryminał. Rozumiem, skąd tyle wątków depresji i alienacji. Rozumiem, skąd wśród bohaterów takie poczucie zagubienia i niezrozumienia. I wiem, dlaczego pisarze traktują to miejsce jako naturalny wybór seryjnych morderców i tym podobnych psychopatycznych zwyrodnialców.

Istnieje coś takiego w szwedzkiej atmosferze codzienności, co całkowicie odróżnia to miejsce od reszty Europy. Mam wrażenie, że ten element łatwo charakteryzuje całą Skandynawię. To prostota i surowość.  Razem składają się na szwedzki tryb życia. I sprzyjają tworzeniu i pisaniu okrutnych opowieści  z krainy śniegu i zbrodni.

Ta prostota i surowość życia sprzyjają izolacji. Każdy mieszkaniec Szwecji jest samotną wyspą. Całkowitym indywidualistą zakamuflowanym w tłumie podobnych sobie osób. To podobieństwo jest widoczne nie tylko w  wyrazie twarzy, spokojnym i wyciszonym, ale także w ubiorze i zachowaniu. Nie ma niepotrzebnych gestów, uśmiechów, czy artykulacji.  Nie padają zbędne słowa. Ruchy wydają się być ściśle ograniczone. Prawie wyreżyserowane. W bezpośrednim kontakcie pojawia się półuśmiech na ustach, wyuczona grzeczność i przyciszony, prawie szepczący głos.

Z zewnątrz wszystko wygląda idealnie. W każdym oknie identyczna lampka, albo dwie, z białym kloszem, i doniczka orchidei. Orchidee białe albo różowe. Nie widać innych kwiatów. Prawie nigdy nie widać innych ozdób. Prostota: lampka i roślinka. Tak jakby mówiły osobom z zewnątrz: spójrz, jesteśmy tacy jak wszyscy, jesteśmy zupełnie normalni. Ale jak w każdym miejscu na ziemi to fałszywa filozofia. I ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

[geim] (fonetyczny zapis jest tytułem powieści), Anders’a de Motte jest klasycznym przykładem swojego gatunku. Nazwę go nawet przykładem modelowym, bo czytelnik znajdzie tutaj wszystkie najważniejsze elementy składowe skandynawskiego kryminału. Oczywiście każdy pisarz używa tych  elementów na swój sposób. W zależności od charakterystyki swojego stylu i konkretnej fabuły opowieści, jednak obecne są one w każdej powieści tego typu.

Zacznę od bohaterów. W kryminale skandynawskim występują oni parami. Zazwyczaj jest to mężczyzna i kobieta. Często są to przyszli kochankowie, byli kochankowie, albo członkowie bliskiej rodziny. Mają zupełnie odrębne charaktery, co daje nam, czytelnikom, dwa różne spojrzenia na przebieg wydarzeń i nadaje szersze pole do utożsamiania się z postacią. Muszą intensywnie kontrastować ze sobą np. chaotyczny marzyciel/ułożona racjonalistka, sympatyczna, ale niedojrzała idealistka/dojrzały, surowy  egoista. Ich zawody i to czym się zajmują na co dzień również powinny być całkowicie zróżnicowane, np. policjant/pisarka, czy policjantka/złodziej. W [geim] mamy układ: brat i siostra. On, HP, jest życiowym nieudacznikiem, idealistą. Natomiast ona, Rebecca, poważną kobietą z przeszłością, twardo stąpającą po ziemi. On jest drobnym złodziejaszkiem, ona policjantką z oddziału specjalnego.

To co ich łączy, to smutne wydarzenia z przeszłości. Przede wszystkich trudne dzieciństwo w patologicznej rodzinie, w której królował ojciec-alkoholik i schorowana podległa mu matka, z czasem również nałogowa alkoholiczka. Ciągle obecna i nieodłączna przemoc werbalna i przemoc fizyczna. Na zdjęciach niczym idealna rodzina, we wspomnieniach bolesny terror i samotność. Podobnie jest w innych powieściach skandynawskich, które często wykorzystują motywy przemocy rodzinnej. Temat bardzo trudny i często ukrywany latami przez ofiary cichego terroru. Dotyczy przemocy wobec dzieci, molestowania seksualnego, przemocy wobec kobiet i znęcania się psychicznego na rodzinie.

Takie wydarzenia dzieciństwa często prowadzą do wyalienowania i odrzucenia bohaterów przez struktury „idealnego” społeczeństwa. Stają się oni wyrzutkami, skazanymi na milczenie, którzy nie odnajdują zrozumienia wśród swoich najbliższych, ani w instytucjach teoretycznie przeznaczonych do pomocy w takich przypadkach. Oskarżani są o kłamstwa, o wyolbrzymianie rzeczywistości, a w końcu o szaleństwo. W [geim] taką bohaterką jest Rebecca, która by uspokoić wyrzuty sumienia i strach przed własną bezsilnością wstępuje do policji.

Kolejnym ważnym elementem są wszechobecne spiski rządowe i tajne organizacje kierujące rzeczywistością. Intryga szwedzkich kryminałów często opiera się na takich knowaniach. Morderstwa, zniknięcia, upłynnienia ludzi i malwersacje finansowe… Nic nie jest dziełem przypadku, tylko perfidnym, wyrachowanym działaniem na szerszą skalę. Bohaterowie natykają się na nie przypadkiem, próbują odkryć i stają się automatycznie kolejnymi celami. Powoduje nimi ciekawość i niemożność pogodzenia się z ustalonymi regułami. W taką sytuację wplątuje się HP, który podejmuje grę na śmierć i życie (tytułową GAME) podnosząc przypadkowo zostawiony w metrze telefon.

Tu zahaczam o element technologiczny, który prawie zawsze jest obecny w skandynawskim kryminale. Zaawansowana technologia jest tu narzędziem tajnych organizacji i podstępnych spisków, albo odwrotnie, pomaga głównym bohaterom osiągnąć upragniony cel. Często obie strony posługują się nim na zmianę, by wyeliminować wszelkie zagrożenia i doprowadzić do finalnej konfrontacji.

[geim] sprawdza się tutaj całkowicie. Zawiera wszystko co najważniejsze w swoim gatunku. Jest perfekcyjnie szwedzki. Z zewnątrz nie wyróżnia się niczym i nie odstaje. Czyta się go szybko i przyjemnie. Ma prosty, składny język, który pcha poszczególne wątki naprzód. Każda postać ma swój konkretny cel, a fabuła nie zawiera nic niepotrzebnego. Tylko trzeba pamiętać, by nie dać zwieść się pozorom. Nie dać omamić się identycznym „lampkom i kwiatkom”, tylko zajrzeć poza wymuskane firanki. Bo może spotkać nas nie lada zaskoczenie. I pod tym względem [geim] to idealny skandynawski kryminał.

O.

P.S. Wnioski oparłam na powieściach Camilli Läckberg, trylogii Millenium Stig’a Larsson’a i wyżej opisanej [geim] Anders’a de la Motte.

Smaczek literacki: „Joyland” Stephen King

Bombla_JoylandZapowiedzKażdy fan Stephen’a King’a wie, że w tym roku czeka nas prawdziwe kingowe obżarstwo 🙂 We wrześniu wychodzi długo oczekiwany sequel „Lśnienia”, czyli „Doctor Sleep” ( o którym pisałam niedawno), a już w czerwcu premiera nowej powieści „Joyland”. Według zapowiedzi i pierwszych recenzji wydawców będzie to klasyczna mieszanka kryminału i horroru. Piękna, straszna i wzruszająca jednocześnie historia młodego studenta Devin’a Jones’a, który na letnie wakacje podejmuje pracę w parku rozrywki, tytułowym Joyland. 

Zapowiada się nie lada historia. Typowy kingowy klasyk, gdzie rzeczywistość będzie na zmianę mieszać się z przeszłością, a bohater będzie zmagać się z tajemniczymi i niewyjaśnionymi wydarzeniami.

A co wyjątkowego jest w „Joyland”? Przede wszystkim to, że wydawca, czyli Hard Case Crime, planuje wydać książkę tylko w wersji papierowej! Przynajmniej na początku i nie wiadomo, czy powstanie jej wersja elektroniczna. Niesamowicie retro, prawda? Przyczynił się do tego sam Stephen King, który powiedział, że „jako dzieciak uwielbiał takie wydania (…) i jeśli ktoś będzie chciał poznać powieść będzie musiał kupić prawdziwą książkę”. Z tej okazji powstała wyjątkowa, zaprojektowana i namalowana ręcznie okładka autorstwa Glen’a Orbik’a, który jest mistrzem okładek w stylu noir.

Dzięki Entertainment Weekly dzielę się z Wami okładką i zapraszam do podziwiana 🙂

joyland

A ja zapisuję się na pre-order powieści i czekam z niecierpliwością 🙂

O.

„Ladies’ Night” Jack Ketchum

Bombla_LadiesNight

W horrorach jest coś od czego można się uzależnić. Nie wiem dokładnie czym to „coś” jest, ale wiem jedno na pewno. Odkąd kilka lat temu sięgnęłam po raz pierwszy po ten gatunek, od tej pory nie umiem się już oderwać. Jeszcze nie tak dawno (o ile osiem lat można uznać za „nie tak dawno”) w ogóle nie zwracałam na powieść grozy uwagi. Po prostu, jakoś tak omijałam ten dział z książkami. Trzymałam się dość sztywno konkretnej literatury światowej, tej z gatunku dramat obyczajowy, łzy i depresja. Bez sensacji, bez przemocy, bez większych emocji. I wtedy zdarzył się Stephen King. Zaraził mnie bakcylem strachu i od tamtej chwili horror i literatura grozy stały się wielką częścią mojego literackiego życia. 

Wiem, że dla niektórych horrory to książki niższej kategorii. Podobnie jak powieści fantasy czy science fiction. Dla tej grupy ludzi są to tylko bezmyślne historyjki, które nie mają nic do powiedzenia. Bardzo nieżyciowe i niedramatyczne. Wymysły problematycznych nerdów, którzy zaśmiecają rynek „niegodną” literaturą. Te osoby zazwyczaj cechują się dużym brakiem wyobraźni, a za jedyną porządną lekturę uważają poezję Szymborskiej albo dzienniki Iwaszkiewicza. Widzicie, potrafię docenić wiersze pani Wisławy i lubię opowiadania Iwaszkiewicza, ale równocześnie nie krytykuję innych gatunków i nie degraduję ich publicznie (oprócz książek pani Meyer i pani James, ale to inna para kaloszy). A im dłużej i intensywniej poluję w gatunku horroru i grozy tym większe zauważam podobieństwo do mitów i legend, opowieści ku przestrodze i ku poszerzeniu horyzontów.

Horrorów nie można traktować dosłownie. To znaczy można, ale lepiej nie, żeby nie zwariować (bogata wyobraźnia w tym zapewne nie pomaga).  Horrory są po to, by skonfrontować nas, czytelników, ze swoimi najgłębszymi lękami. Próbują przybliżyć nam to, czego się boimy, co wywołuje w nas strach i grozę. Często to, co ukryte jest w naszej podświadomości.  Konkretne obrazy stają się alegoriami, metaforami tego, czego sami obawiamy się nazwać. Bo nadanie imienia sprawia, że to „coś” staje się prawdziwe. Prawdziwe to inaczej realne i żywe. Dotykalne. A jeśli dotykalne, to może nas zranić.

Odbieranie horrorów na zasadzie rozbudowanej, trochę teatralnej metafory własnych lęków, nadaje głębszy sens temu co dla nas potworne i nienazwane. A to pozwala łagodzić traumy. Również oswaja nas z nieprzewidywalnością wypadków. I wreszcie, nadaje sens chaosowi.

Nie inaczej jest z powieścią „Ladies’ Night” Jack’a Ketchum’a. Napisana po raz pierwszy pod koniec lat osiemdziesiątych została wydana, w ostatecznej, przerobionej formie, dopiero w 1997 roku. Do dzisiaj niestety nie doczekała się u nas swojego tłumaczenia.  Jej odkładane w czasie pojawienie się na rynku spowodowane było negatywnym odbiorem powieści przez większość wydawców i nieprzygotowanie widowni czytelniczej na kontrowersyjne tematy.

Dzisiaj jej treść można odbierać w dwojaki sposób. Po pierwsze jako strach przed chemicznym atakiem terrorystycznym, wykorzystującym śmiercionośne wirusy na mieszkańcach dużych miast. Strach ten urealniły tragiczne wydarzenia Word Trade Center, ataki i groźby ataków terrorystycznych na całych świecie.  Muszę jednak pominąć ten aspekt ze względu na czas napisania i datę wydania powieści.

Drugim problemem, tym o wiele bardziej podkreślonym w fabule, jest strach przed kobietą. Kobietą silną, całkowicie niezależną i nieprzewidywalną. Istotą samowystarczalną i okrutną w swoich wyborach. Ketchum zmusza czytelników, by odpowiedzieli sobie na pytania, które w jakiś dziwny sposób mogą być pytaniami całej męskiej populacji w dobie wzrastającego feminizmu i siły płci żeńskiej. Może są to zagadnienia uproszczone, jednak wyjątkowo adekwatne do przemian społecznych i politycznych zachodzących nie tylko w Europie,  ale i na świecie. Czyli, co by się stało, gdyby największe miasta zostały opanowane, w jedną noc, przez kobiety? Jednak nie byle jakie kobiety, ale takie doszczętnie zmutowane? Kobiety- zombie zarażone wirusem wściekłości i zemsty? Kobiety-demony o wielkiej fizycznej sile, pałające żądzą zniszczenia każdego mężczyzny w okolicy? Nawet jeśli to ich ukochany mąż, albo kilkuletni syn?

„Ladies’ Night” pokazuje wydarzenia jednej takiej nocy. Ograniczone do centrum Nowego Yorku. Tylko kilku bohaterów, którzy próbują zrozumieć siłę kryzysu, przystosować się od nowa i stawić czołu niesamowitemu zagrożeniu. Co spowodowało mutację? Możemy się tylko domyślać, że jest to rodzaj biochemicznego ataku. Ale kto go dokonał i dlaczego? A może to rodzaj chorego eksperymentu? Powieść zaczyna się od wypadku. W środku miasta rozbija się ciężarówka, cysterna wioząca jakiś rodzaj chemikaliów. Przy martwym kierowcy nie ma dokumentów, nie ma listy przewozowej, tylko logo na pojeździe: LADIES INC. Z uszkodzonej cysterny wylewa się niezidentyfikowana substancja, a w powietrzu czuć słodkawy zapach wiśniowego błyszczyku.

Tak zaczyna się koszmar. Męski koszmar. W krótkim czasie, gdy zapada zmrok, a tajemnicza substancja wypełnia duszną atmosferę miasta, zaczyna dziać się coś dziwnego z kobietami. Potworny, zwalający z nóg ból głowy. Potem otępienie. I nagłe przebudzenie. Wszystko trwa minuty. Kobiety przeobrażają się w śmiercionośne istoty o nadludzkiej sile. Ich rysy twarzy stają się nagle zwierzęce, dzikie. Ich jedynym celem jest zabijać mężczyzn.

W „Ladies’ Night” nie ma ucieczki. Atak jest idealny, bo w każdym miejscu nocnej metropolii przebywają jakieś kobiety. Czy to prostytutki, czy barmanki, czy zwyczajne przyjaciółki na drinkach, czy matka z dzieckiem, czy w końcu partnerka z chłopakiem. Najgorsze jest to, że mutacja ogranicza reakcje do instynktu przetrwania i, jak to u Ketchum’a ,instynktu seksualnego. Nic więcej. Zainfekowane jednostki mają całkowicie wyłączone pozostałe funkcje mózgowe.

Jack Ketchum odwrócił w powieści role przypisywane płci. Kobieta przeistacza się w „innego”.  Niezrozumiałego potwora, który nacechowany jest wyłącznie negatywnymi elementami wcześniej zarzucanymi tylko płci męskiej. Ni stąd ni zowąd to właśnie ona zostaje łowcą. Drapieżnikiem, którego jedynym celem jest polowanie na słabszy gatunek. Mężczyźni są tutaj pokazani jako ofiary gwałtów, w tym zbiorowych, napadów i brutalnych morderstw. Zaskoczeni zmianą próbują przywrócić dawny porządek i walczyć. Nawet jeśli  takie działanie poniesie za sobą więcej ofiar. W końcu przetrwają najsilniejsi.

Zastanawiam się, czy Ketchum nieświadomie, czy jednak z pełną świadomością pokazał najgłębsze męskie lęki względem kobiet. Zamiana miejsc, poddanie się i uległość. Nadał wojnie płci inny wymiar, jeszcze straszniejszy dla męskich czytelników. Tak jakby wyrównał szanse, a nawet zwiększył je oddając męskie atrybuty kobietom. I to nie byle jakie atrybuty. Przypomina mi to stary horror z lat pięćdziesiątych o kobiecie, która napromieniowana przez kosmitów rośnie do wielkich rozmiarów i jej pierwszą myślą jest zemsta na swoim mężczyźnie.  I pięćdziesiąt lat później nic się nie zmieniło.

O.

Koniec miłosnych polowań

Bombla_RankingMilosnyJak szybko minęły na Buku te dwa tygodnie. Czternaście dni przepełnionych tym najwznioślejszym z uczuć, a raczej wieloma jego odmianami. Czas na oficjalne zakończenie bukowej Uczty Miłości.

I właśnie dlatego, by ostatecznie wyciszyć temat (przynajmniej do kolejnego Dnia Świętego Walentego) przygotowałam specjalnie dla Was mini ranking. To pięć moich najulubieńszych opowieści miłosnych. Ukochanych romansów, które wywołały dreszczyk uniesień, a nawet potrafiły mnie wzruszyć. A wzruszenie przy lekturze nawiedza mnie wyjątkowo rzadko, jeśli prawie wcale.

Przed Wami te najlepsze, oczywiście z mojego punktu widzenia 😉

 WichroweWzgórza1. „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë

Wiem. Powtarzam się. Nic na to nie poradzę, bo powieść Emily Brontë pozostaje moją najpiękniejszą. Jak na razie nic jeszcze nie przebiło tragicznej historii Heathcliff’a i Cathy. I sądzę, że jeszcze dużo czasu minie aż ktoś napisze powieść równie przejmującą co smutną i namiętną jednocześnie. Jest tam wszystko, czego potrzebuje dobra opowieść, a całość napisana jest w tak dobry sposób, że nie sposób pominąć „Wichrowych Wzgórz”, jeśli mowa o                                    miłości.

emma2. „Emma” Jane Austen

Dla większości, to „Duma i Uprzedzenie” przoduje wśród ukochanych powieści tej brytyjskiej pisarski, jednak mnie ujęła całkowicie historia Emmy Woodhouse. To przezabawna komedia pomyłek, z masą perypetii i uroczych komentarzy na temat roli kobiet, związków damsko-męskich i małżeństwa. Jak zawsze z pozytywnym i zaskakującym (dla bohaterki) zakończeniem, która przez całą powieść wydaje się nie zauważać prawdziwych relacji, jakie wokół                                niej zachodzą.

janeeyre3. „Jane Eyre” Charlotte Brontë

Druga siostra Brontë. Kolejna niezapomniana opowieść. Również pełna smutku, melancholii  i samotności. Także z elementami powieści gotyckiej. Tym razem jednak z mniej więcej pozytywnym zakończeniem. Co prawda nikt nie marzy, by być tytułową Jane, ale nie sposób nie podziwiać jej wewnętrznej siły i uporu, potrzebnych by sprostać  nie tylko swojemu cierpieniu, ale także cierpieniu innych. A do kolekcji mrocznych bohaterów byronowskich: Edward Fairfax                                      Rochester.

wielkienadzieje4. „Wielkie Nadzieje” Charles Dickens

Nie wzruszam się przy książkach. Przeżywam je, krzyczę, macham rękami, ale nie płaczę. Aż do czasu „Wielkich Nadziei”. Okropnie smutna opowieść o nieszczęśliwym życiu, niespełnionych nadziejach i straconych złudzeniach. Nie ma tutaj nic pozytywnego. Zakończenie daje nam malutką iskierkę  nadziei, ale jak to u Dickensa, trudno tutaj o typowy happy end. To kilka historii miłosnych tak naprawdę: miłość matczyna, miłość ojcowska, miłość straceńca i miłość na zabój, na zawsze. Ta jedyna i niezmienna. I poświęcenie, na jakie skazani są wszyscy bohaterowie. I nieszczęście. Wielki klasyk. Piękny język. Niesamowita opowieść. Duży Buk.

przeminelo5. „Przeminęło z Wiatrem” Margaret Mitchell

Ach, Scarlett… Upadek Południa, wojna secesyjna, obalenie niewolnictwa, tysiące rannych w bratobójczej walce. A to wszystko jest tylko epickim tłem dla zmagającej się ze sobą, swoimi uczuciami i tożsamością młodej córki plantatora, rozpieszczonej belle (archetyp rozpieszczonej damy z Południa)która walczy o przetrwanie w nowej wrogiej rzeczywistości. I jej miłosny trójkąt, czyli Scarlett, Ashley Wilkes i Rhett Butler. Powieść równie przejmująca jak kultowy film.  Z najlepszym mottem na gorsze dni: „Bo jutro też jest dzień.”

Kto nie ma jeszcze dość miłosnej tematyki koniecznie musi sięgnąć po te powieści i podzielić się swoimi czytelniczymi odczuciami 🙂 A ja, po tych wszystkich uniesieniach i wzruszeniach, wracam do moich ulubionych strachów, potworów  i innych horrorów…

O.

„Duma i Uprzedzenie” Jane Austen

Bombla_DumaAustenW tym roku, a dokładnie 27 stycznia, minęło 200 lat od wydania jednej z najsłynniejszych brytyjskich powieści romantycznych. Zorganizowano nawet bal, który, specjalnie na tą okazję, precyzyjnie odwzorowano z kart powieści. A dokładnie pewien bal w posiadłości Netherfield. Czy wiecie o której powieści mowa? Oczywiście o „Dumie i Uprzedzeniu” Jane Austen.

Gdyby Jane Austen pisała swoje powieści dzisiaj, z pewnością, w krótkim czasie, stałaby się jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych pisarek na świecie. Setki milionów sprzedanych egzemplarzy. Na każdym kontynencie (może z wykluczeniem Antarktydy 🙂 ). Setki tłumaczeń i przekładów. Dziesiątki ekranizacji i uwspółcześnień. Nieskończona ilość fun fiction i oficjalnych kontynuacji. Na stylu Jane Austen próbują wzorować się dziesiątki pisarek powieści romantycznych. Dla każdej z nich jest symbolem twórczyni doskonałej. Skąd takie niekończące się uwielbienie dla jej książek? Skąd takie umiłowanie do jej bohaterów i bohaterek? Przede wszystkim bohaterów, bo kto nie słyszał o doskonałym panu Darcy’m? Albo uroczym Bingley’u? W czym tkwi sekret panny Austen?

Zarówno jeśli chodzi o „Dumę i Uprzedzenie” jak i o inne powieści tej autorki, np. „Rozważna i Romantyczna”, czy „Emma”, prowadzi do nich jeden trop. Otóż, jest to opis MIŁOŚCI IDEALNEJ. Doskonałej. Tak perfekcyjnej i niezapomnianej, że samo czytanie o niej wpływa dobrze na kobiece serca i koi dusze czytelniczek. To miłość tak bajkowa i magiczna,  że jej magia wypływa z kart powieści i zaraża pozytywnością odbiorcę. Dzięki takiej taktyce pisarskiej Jane Austen jest lepszą terapeutką miłosną i jeszcze lepszą specjalistką od związków męsko-damskich niż Oprah i Dr Phill razem wzięci. Pomimo, że minęło już 200 lat. Aż czasami trudno uwierzyć. A jednak.

A jaka jest miłość idealna według Jane Austen?

Przede wszystkim miłość idealna to taka, na której drodze do szczęścia stają różne ciekawe przeszkody. Może być to rodzina. Na przykład jakaś stara ciotka, jak Lady Catherine de Bourgh, nie może pogodzić się, że jej ukochany siostrzeniec chce poślubić kogoś o tak zaniżonej pozycji społecznej jak Elisabeth.  Albo może jest to jakiś skandal z przeszłości,  dokonany w stylu kogoś tak niesamowicie szarmanckiego jak Wickham. Mogą to być dziwne niedomówienia spowodowane plotkami, czy przeczytanym pokątnie listem… albo niezrozumieniem prawdziwych intencji drugiej osoby. Na drodze do szczęścia mogą stanąć również „najlepsi” przyjaciele, dla których układy są ważniejsze od rodzinnego szczęścia innych. Tak było przecież w przypadku Bingley’a i Jane. Dzięki takim szalonym perypetiom ostateczne spełnienie uczucia wybranej pary ma jeszcze słodszy smak. I wywołuje więcej wzruszeń.

Kontynuując, w miłości idealnej według Jane Austen, musi nastąpić między innymi moment całkowitego braku nadziei na lepsze jutro. Bohaterowie, przez wyżej wymienione przeszkody, muszą (jest to obowiązkowy aspekt idealnej miłości) zwątpić w swoje uczucia i uznać je za niegodne i głupie. W następstwie następuje etap całkowitego zerwania stosunków z przedmiotem swoich uczuć i zaprzepaszczenie wszelkich nadziei „na zawsze”. W takim momencie razem z naszą bohaterką powinniśmy być gotowi oddać duszę i życie Bogu i poświęcić się potrzebującym, zamiast tracić czas na niepewne miłostki.

Bywa również (nie jest to jednak pewny element), że jedyną opcją na spełnienie swojego uczucia, a nawet do wymuszenia go na obiekcie, na które uczucia są skierowane, jest ucieczka z nim. Najlepiej, żeby było to zaaranżowane w ten sposób, by całkowicie pohańbiło rodzinę. Dzięki temu można być pewnym, że ktoś się w końcu ulituje, zorganizuje małżeństwo, by ratować „kobietę upadłą” i ostateczne rozwiązanie problemów również dojdzie do skutku. Tak było w przypadku Lidii i Wickhama, któremu nie zostało nic innego, jak poślubić „uprowadzoną” dziewczynę.

W miłości idealnej nie ma fizycznych uniesień. Są zbliżenia rąk, czasami otarcie o ukochanego, czy pogładzenie pukla włosów, ale chwila pierwszego pocałunku, a co za tym idzie seksualnego napięcia, przedłuża się w nieskończoność. Tak bardzo, że nawet czytelniczkom chce się krzyczeć i płakać ze szczęścia, gdy w końcu bohaterowie musną się wargami. Pozostawia to słodki niedosyt i wzmaga pożądliwość czytelniczą.

Kolejnym ważnym aspektem jest to, że miłość idealna jest dostępna dla wszystkich. Czytając Jane Austen, każda dziewczyna może poczuć się wyjątkowa i mieć pewność, że gdzieś tam, w oddali, czeka na nią ten „jedyny” mężczyzna i na pewno już wkrótce ją odnajdzie. Nie trzeba być wielką damą, księżną, czy bogatą hrabiną. Nawet najzwyklejsza dziewczyna może odnaleźć swojego księcia. Mimo niskich walorów społecznych, finansowych, czy fizycznych. Rozpiętość typów bohaterek w jej powieściach jest tak duża, że każda czytelniczka odnajdzie tam samą siebie lub jakiś ważny wyróżniający osobisty element.

A na końcu, idealna miłość to taka, której ostatecznym spełnieniem jest ślub. Traktowany oczywiście jako najpiękniejszy dzień w życiu bohaterki. Na tym momencie powieści Jane Austen kończą się i zamykają nam wgląd w życie codzienne zakochanych. Bo najpiękniejsze co mogło się wydarzyć już się ziściło. Właśnie to odróżnia prozę sióstr Brontë od Austen, że ta druga nie wprowadza nas we wspólne życie ulubionych bohaterów. Tak jakby to, co najważniejsze już się dokonało, a cała reszta nie jest na tyle interesująca i intensywna w doznania, by ją opisywać.

I to jest kolejny aspekt, który sprawia, że jej powieści są takie wyjątkowe. Jane Austen zostawia nas na największym wdechu. Kiedy jesteśmy na wielkim wzruszającym „Aaaach!” i zamyka szybko historię. Żeby nie było niepotrzebnych rozczarowań. Nie było tej suchej codzienności. Bo po co? W końcu to ma być miłość idealna. Obrazkowa. Ma nadawać pęd, by każda z czytelniczek pragnęła poszukiwać swojego Darcy’ego, Bingley’a, Wickham’a czy Collins’a. Bo po co byłaby im wiedza, że Darcy na co dzień nie musiałby koniecznie być taki perfekcyjny? Że Bingley w tej swojej naiwności mógłby być tak naprawdę nudny, Wickham brutalny, a Collins nawiedzony? No właśnie. Po co? 😉

A na zakończenie, moi drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, życzę Wam pięknego i romantycznego Dnia Świętego Walentego. Takiego pełnego wielkich miłosnych uniesień i uroczych wyznań. Nieważne, czy tych na kartach powieści, czy tych filmowych, czy rzeczywistych. By było słodko i miłośnie. Bo przecież  to tylko jeden dzień w roku specjalnie dla miłości przeznaczony.

O.

„O miłości i innych demonach” Gabriel García Márquez

Bombla_MiłośćDemony

Mam taką teorię, że nadmierny upał w parze z tropikalną wilgocią wywołuje w ludziach szaleństwo. Tudzież stany do szaleństwa zbliżone. Nie jestem do końca pewna jak ta teoria ma się do rzeczywistych mieszkańców strefy zwrotnikowej, ale znajduje niejednokrotnie swoje potwierdzenie w literaturze. Dokładnie tak dzieje się w „O miłości i innych demonach” Gabriel’a Garcii Marquez’a.

Historia niby stara jak świat. Młody mężczyzna zakochuje się w kilkunastoletniej dziewczynie. Z wzajemnością. Nie mogą i nie powinni być razem. Nigdy. Dlaczego? Tutaj fabuła zaczyna robić się wyjątkowo interesująca. I czuć w tej koncepcji ten lekki wilgotny obłęd. Otóż mężczyzna jest księdzem, a dziewczyna posądzoną o czary i kontakty z demonami więźniarką klasztoru. On zostaje wysłany z misją, by dokonać na niej egzorcyzmów. Dziewczyna jest uznawana za opętaną.

Historia tych dwojga nieszczęśliwych kochanków przedstawiona jest niczym w formie legendy. Wspomnienia zasłyszanej w dzieciństwie smutnej miłosnej historii sprzed wieków. Mamy XVIII wiek (ponownie), epokę rozumu i jednocześnie silnego wpływu kościoła katolickiego w Ameryce Południowej. Ten kontrast pozostaje silnym ogniwem całej fabuły, w której racjonalizm medycyny spotyka się z silnym i niezmiennym uporem wiary. Ich konflikt i niemoc dowiedzenia swoich racji przez żadną ze stron, zesłały niewinną dziewczynę na miesiące udręki. I ostatecznie doprowadziły do jej śmierci. Zacznijmy jednak od początku.

Sierva María de todos los Ángeles, tak na imię ma nasza bohaterka, jest jedynym dzieckiem swoich arystokratycznych rodziców. Bynajmniej nie tym ukochanym. Odtrącona przez oboje (tutaj wychodzi obłęd sytuacyjny w powieści) wychowuje się wśród przydomowych niewolników. Dziewczynka jest dzika, małomówna, nie potrafi czytać ani pisać. Nie ma zasad, nie potrafi się zachować ani dbać o siebie. Do tego nie mówi jednym konkretnym językiem, ale szaloną mieszanką różnych wyrazów zasłyszanych od różnych ludzi, z którymi przebywa na co dzień (przypomina mi tym bardzo Salvatore z „Imienia Róży” Umberto Eco). Ponadto nie utożsamia się z żadną konkretną religią, poza jakimiś dziwnymi elementami voodoo (tak przynajmniej wydaje się z opisu). W wieku dwunastu lat zostaje ugryziona przez wściekłego psa. I wtedy zaczyna się jej prawdziwa tragedia.

Nagle Sierva Maria, po latach wykluczenia ze swojej sfery, trafia pod lupę rodziców, arystokratycznego światka i kościoła. Zostaje wydany wyrok, że dziewczyna jest opętana i że nie pozostaje nic innego jak egzorcyzmy. No właśnie. Niepiśmienna, małomówna, zdziczała… Nic dziwnego, że uznano ją za nawiedzoną, kiedy nagle wyrwano ją na siłę z jej naturalnego świata i próbowano przywrócić cywilizacji. Do momentu wyzdrowienia Sierva ma pozostać zamknięta w miejscowym klasztorze.

Tak poznaje ją  wysłany na egzorcyzmy Cayetano Delaura. Z początku Sierva Maria przeraża go. Jest kusząca, nieopanowana i trochę nie z tego świata. I właśnie to jest to, co uwielbiam w prozie Marquez’a, a co również obecne jest w tej powieści, to ukryte w jego historiach elementy realizmu magicznego. Te nadprzyrodzone motywy, które chowają się pod pozorem normalności. Właśnie ta dziwna, mistyczna i tak bardzo południowa estetyka literacka pozwala wyróżnić się utworom iberoamerykańskim na tle światowej literatury. To dodaje tej szczypty szaleństwa, niemożności wierzenia w to co zmysłowe. Pozwala poddać się niewyjaśnionemu.

W przypadku „O miłości i innych demonach” jest to tajemniczy, niepojęty rozumem ciągły wzrost włosów Siervy Marii. Nawet w dwieście lat po tragicznej śmierci dziewczyny, jej piękne włosy wciąż rosły i z wiekowej krypty wydostawała się wielometrowa kaskada rudych włosów. Ten nienaturalny rozrost przeczy zasadom zdrowego rozumu, a jednocześnie odpowiada na poświęcenie dziewictwa dziewczyny Bogu.

Te włosy, dzikość oczu, nienaturalność i iluzoryczność sprawiają, że ksiądz oddaje dziewczynie swoje serce. Zauważa, jako jedyny, że ona wcale nie jest opętana. Dostrzega błędy, które wzięły się z niezrozumienia i braku odpowiednich warunków wychowawczych. Sierva Maria nie jest wcale szalona. Żeby nam to jeszcze bardziej podkreślić, Marquez pokazuje nam prawdziwe szaleństwo w sąsiadującym z domem rodziców Siervy Marii, przybytkiem dla obłąkanych kobiet, by w końcu skonfrontować ten obraz z samą matką dziewczyny, która od lat zmaga się z uzależnieniem od wyciągu z kakaowca…

Miłość Cayetano i Siervy jest czystym uczuciem. Wyniesiona jest ponad wszystko to co ohydne, nieczyste i chore, a co znajduje się poza celą. Ona bezwiednie mu ufa, bo jest on pierwszą osobą, poza niewolnikami, która okazała jej dobroć i zainteresowała się nią. Tak po prostu. Tak otwarcie. On natomiast odnalazł dzięki niej zwątpienie w kościół, dziwny niedosyt uczucia i… jeszcze większą wiarę w Boga. Ich złudzenia przez chwilę stają się naszymi złudzeniami. Tragiczne położenie dziewczyny i księdza czasami wydaje się mieć jakieś rozwiązanie. Jednak szaleństwo w tej powieści jest mocno niejednoznaczne. I dziwnie jest nam patrzeć jak nagle wszystko wokół naszych bohaterów staje się wykrzywione chorobą. Klasztor, kościół z biskupem na czele, rodzice, król… I wtedy zdajemy sobie sprawę, że Cayetano i Sierva Maria nigdy nie będą razem. Nawet po śmierci.

O.

P.S. Czytając tą opowieść musimy wziąć poprawkę na różnicę wieku pomiędzy Siervą Marią a Cayetanem. W powieści ona ma lat dwanaście, on trzydzieści sześć. Zarówno w Rosji jak i w Stanach Zjednoczonych powieść została oznaczona jako usprawiedliwiająca i promująca pedofilię, a sam Marquez trafił pod lupę organizacji walczących z pedofilią. Czytając „O miłości i innych demonach” nie zastanawiałam się nad tym. Jednak teraz, pisząc ten tekst, pojawiły się inne pytania co do samej niedorzeczności tego uczucia i jego nieprzyzwoitości. Ostateczną ocenę pozostawiam Wam, jednak pomimo usprawiedliwień, próby ukazania symboliczności ich uczucia, pozostaje taki jakiś niesmak. I czujemy, że sami padliśmy ofiarą tego dziwnego obłędu z prozy Marqueza.

„Niebezpieczne Związki” Pierre Choderlos de Laclos

Bombla_LiaisonsDang
 

„Niech nie będzie ani jednej rozkoszy, której byśmy nie zakosztowali, ani jednej okropności, której byśmy nie popełnili…”

                                                                                                                                                                        /Markiz de Sade „L’Histoire de Juliette”/

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak długo czekałam, by móc użyć tego cytatu! 🙂 I jak nie mogłam się doczekać aż w końcu będę miała okazję, by napisać o „Niebezpiecznych Związkach” Pierre Choderlos de Laclos. Od tej powieści już tylko kilka kroków w stronę mojego ukochanego Markiza. Nikt tak jak on nigdy nie udowodnił czym jest prawdziwy libertynizm i nie określił roli urodzonego libertyna. Ale na Markiza jest jeszcze troszkę za wcześnie. W końcu trwa Uczta Miłości. Co prawda w tym wypadku miłości libertyńskiej, ale jeszcze miłości.

A czym jest libertynizm? Według Bogdana Banasiaka* (mojego sadycznego mistrza) libertynizm to prąd intelektualny, który najwyraźniej identyfikuje się od połowy XVI wieku do Rewolucji Francuskiej we Francji. Libertynizm może być zarówno filozofią lub światopoglądem, jak również uznany jest za rodzaj obyczajowości. Czyli mianem libertyna/libertynki  określa się wolnomyślicieli lub rozpustników. Jednocześnie pod koniec XVIII wieku, tuż przed Rewolucją, obie te tendencje często łączyły się, tworząc nowy, świeży koncept, który był odpowiedzią salonów na długie lata uczuciowej represji i gry konwenansów.

Buduary, prywatne saloniki, domy schadzek, kochankowie i kochanki… Kuszące „muszki”, upudrowane dekolty, zalotne spojrzenia zza pachnących wachlarzy… Dawniej tematy uznawane za lubieżne, przynależne niższym sferom, pod koniec wieku stają się tematami codziennymi. Miłość przestaje być świętością, przestaje być tabu. O miłości się mówi i o miłości się pisze. Na salonach modne są otwarte flirty, pozbawione jednak delikatności i wyszukania. Miłość staje się ucieleśnieniem pożądania. W towarzystwie liczą się podboje. Króluje próżność i cynizm. Pojawiają się salonowi gracze, dla których miłość jest tylko grą. Wszyscy chcą być zepsuci. Nastaje czas wyuzdania i egoizmu.

W tym właśnie przełomowym okresie powstają „Niebezpieczne związki”. Czyli powieść, w której główną rolę gra miłość libertyńska. Swobodą obyczajów i swobodą myśli wyróżnia się tutaj szczególnie jedna postać. Uznawana jest ona za jedną z najlepiej zarysowanych kobiecych postaci w literaturze francuskiej, a sam Laclos przez wielu traktowany jest jako wielki feminista. Mowa oczywiście o niesamowitej Markizie de Marteuil, wielkiej mistrzyni gry w świecie powieści. Niebezpiecznej gry, bo niebezpiecznych związków między kobietą a mężczyzną.

Towarzyszy jej równie niebezpieczny, jednak o niebo słabszy, Wicehrabia de Valmont. Przyjaciel Markizy. Jej wieloletni kochanek i wspólnik w miłosnych podbojach. Uznawany za zdeprawowanego człowieka, który całkowicie otwarcie łamie wszelkie zasady. Jego „wysuszone” serce, pełne okrucieństwa i cynizmu, nie potrafi już z niczego się cieszyć. Przynajmniej nigdy nie do końca, bo już nic nie daje mu ostatecznego zaspokojenia. To znudzenie, ta monotonność codzienności i zblazowanie powodują, że z rozkoszą podejmuje wyrafinowany zakład z Markizą de Marteuil. Ciekawe dla czytelnika jest to, że w ogóle nie zauważa w jej poczynaniach podstępu. Przynajmniej z początku.

Wnikliwa analiza dzieł Markiza de Sade nauczyła mnie, że być prawdziwym libertynem znaczy ni mniej ni więcej, co poznawać wciąż na nowo i odkrywać prawdziwą naturę człowieczeństwa. Tacy właśnie są Markiza de Marteuil i Wicehrabia de Valmont. Oboje są wirtuozami jeśli chodzi o kierowanie ludzkimi emocjami. W ciągu wielu lat osiągnęli mistrzostwo w wykorzystywaniu ludzi wyłącznie dla swoich celów. Dzielą wspólnie uwielbienie dla cielesności i dla seksu w ogóle. Chwalą się miedzy sobą i wymieniają doświadczeniami.

Uważam, że nie bez przyczyny Laclos postanowił całą powieść i całą fabułę przedstawić za pomocą listów. Bo kto jeszcze nie wie, to „Niebezpieczne Związki” są powieścią epistolarną. Dzięki temu poznajemy różne perspektywy, sami możemy oceniać i poznawać bohaterów z różnych punktów widzenia. Ta forma sprawia również, że lektura powieści staje się w jakiś sposób trochę jak czytanie w ukryciu cudzej korespondencji. Im dalej idzie w potworność poczynań, tym bardziej mamy wyrzuty sumienia, że nic nie możemy zrobić.

Wyrzutów nie ma natomiast Markiza de Marteuil. Z wyrafinowanym dystansem śledzi wszystkich i ich działania. Obserwuje ich niczym pionki na dziwacznej, pajęczej szachownicy. Nakierowuje na zniszczenie. Na nikim już jej nie zależy. Nawet na sobie, bo ostatecznie przede wszystkim unieszczęśliwia samą siebie. Dlatego nie ma nic do stracenia. I chyba sama o tym wie, że ta wielka gra jaką podejmuje będzie już jej ostatnią.

Kiedy intryga coraz bardziej się zagęszcza, kiedy wszystko zaczyna się boleśnie zacieśniać, na placu boju zwycięsko stoi tylko Markiza. Wielka Libertynka, mistrzyni gry, jaką jest miłość i … nienawiść. To czego dokonuje nasza bohaterka ma wymiar ściśle transgresyjny. Przekroczyła wszelkie dozwolone granice. Dzięki swoim knowaniom udało jej się doprowadzić do śmierci dwojga ludzi, w tym ukochanego Valmonta, prawdziwie zdeprawować i „zgubić” niewinną Cécile de Volanges i zranić naiwnego Kawalera Danceny. Omamiła cały arystokratyczny salonowy światek, by na sam koniec sama podążyć ku zgubie. A czy istnieje coś bardziej libertyńskiego od zniszczenia wszystkiego, by na sam koniec samej oddać się zagładzie? Jeśli jest coś więcej, to tylko tam, gdzie rezyduje największy potwór. Ale to już inna historia.

O.

P.S. A poniżej muzyczny kąsek, „Walking on Broken Glass” Annie Lennox. W teledysku towarzyszą jej Hugh Laurie i John Malkovich, który nosi strój Valmonta z ekranizacji „Niebezpiecznych związków” 🙂

„Now everyone of us was made to suffer
Everyone of us was made to weep
But we’ve been hurting one another
And now the pain has cut too deep…”

*Korzystałam z „Integralna potworność. Filozofia libertynizmu, czyli konsekwencje śmierci Boga” Bogdana Banasiaka i „Historie de Libertinage de goliards au marquis de Sade” Didier Foucault.

*W nagłówku użyłam fragment obrazu François Bouchet „Leżąca Dziewczyna”.

„Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë

Bombla_Wichrowe
 

„Catherine Earnshaw, obyś nie zaznała spoczynku, jak długo ja żyję! Powiedziałaś, że cię zabiłem – więc mnie nawiedzaj! Wszak ofiary prześladują swych zabójców. Wiem, że duchy zstępowały niegdyś na ziemię. Bądź ze mną zawsze – w jakiej chcesz postaci – doprowadź mnie do obłędu! Tylko nie zostawiaj mnie w tej otchłani, gdzie cię nie mogę znaleźć! Och, Boże! Tego się nie da wypowiedzieć! Nie mogę żyć bez mego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy!”.

Nie umiałabym zacząć inaczej tego tekstu, jak właśnie od tej bolesnej, wykrzyczanej w największej rozpaczy klątwy Heathcliff’a. Tyle smutku. Tyle nieszczęścia. Dwa stracone życia, a wokół kilka innych zmarnowanych. Historia „Wichrowych Wzgórz” to opowieść pisana krwią i łzami bohaterów. To opowieść, w której nigdy nie miało być dobrego zakończenia. Tylko śmierć, rozpacz i krzyk na wrzosowisku. To historia miłości przeklętej, ale takiej, którą przeklęli oboje kochankowie. 

Emily Brontë, podobnie jak jej dwie pozostałe piszące siostry, Anne i Charlotte, posiadała wyjątkową umiejętność. Otóż, stworzyła postacie tak silne i rozpaczliwie nieszczęśliwe, że próżno szukać podobnych w literaturze angielskiej. Żyjąca w świadomej izolacji pisarka dała życie jednym z najbardziej romantycznych bohaterów wszechczasów. Stworzyła dramat samotności i niezrozumienia kobiety i mężczyzny, których przeznaczeniem było żyć razem na mglistych wrzosowiskach, a którzy stracili tą szansę na zawsze.

Cathy i Heathcliff. Heathcliff i Cathy. Nie można tych imion niczym rozdzielić. Stworzyli sami siebie na podobieństwo wolnych istot z wrzosowisk. Oboje aroganccy, zbuntowani i niszczący. Nie pojmowali różnic, które próbowano im udowodnić, bo oboje stanowili jedno. Nie rozumieli zasad, które próbowano im wpoić, bo jedyną zasadą była ich namiętność. Nie chcieli być częścią życia innych, bo sami dla siebie byli już wszystkim.

Świat Heathcliff’a i Cathy to świat dziki i wolny, tak jak dzika i wolna była natura tych obojga. Tak jak dzika i pierwotna była ich miłość. Wiatr hulający po wrzosowiskach był ich głosem. Byli częścią tego co naturalne. Stali się integralną częścią otaczającej ich przyrody. Stłumienie ich dzikich charakterów nie mogło zakończyć się inaczej niż śmiercią. Byli nieujarzmieni, a tego co nieujarzmione nie można zamykać w klatce. Tragedią w „Wichrowych Wzgórzach” jest właśnie ta nieudana wymuszona próba „ucywilizowania” obojga. Cathy podejmuje wybór i skazuje się na powolne umieranie w tęsknocie i samotności. Przeklina siebie i swojego ukochanego, walcząc każdego dnia sama ze sobą.

A walka Cathy, to także zmagania Heathcliff’a. Bo tych dwojga nie można ze sobą rozdzielić. Nawet osobno, nawet po latach są tak silnie związani, jakby nigdy siebie nie opuścili, nawet na chwilę. Być może właśnie ta więź doprowadziła oboje do samozniszczenia. Gdyby potrafili zapomnieć, gdyby chociaż potrafili zrozumieć dlaczego nie mogą być razem. U żadnego z nich taka myśl nigdy się nie pojawia. Są jedną istotą, dominującą w swoim nieszczęściu i pragnącą unieszczęśliwić innych.

„Miłość do Heathcliffa przypomina odwieczne skały pod korzeniami drzew: nie przyciąga oka, lecz jest czymś nieodzownym. Nelly, ja jestem Heathcliffem! Zawsze, w każdej chwili, żyje w mojej pamięci. Myśl o nim nie jest rozrywką(…) lecz stanowi moją istotę. Nie mów więc już nigdy, że się rozstaniemy. To niemożliwe.”

Życie na Wichrowych Wzgórzach było dla jego mieszkańców życiem w odosobnionym miejscu cierpienia. Po śmierci Cathy staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Dziki i nieokrzesany Heathcliff, którego znamy z początku opowieści, pod jej koniec zamienia się w wyrachowanego, sadystycznego potwora, który pała żądzą zemsty. Gdzieś wewnątrz rozumie jednak, że jeśli istnieje ktoś na kim mógłby się zemścić, to jest nim on sam i jego ukochana. Dlatego nie potrafi wybaczyć. Ani jej, ani sobie. Już za życia skazuje się na przynależność do złych duchów, które nawiedzają Wichrowe Wzgórza. Żyje by niszczyć innych i by na koniec sam paść na zgliszcza tych, których zabije swoim złem.

„Wichrowe Wzgórza” to opowieść o wielkiej miłości, która nigdy nie mogła zostać spełniona. To opowieść o duchach, które nie znają ukojenia. I nie mogła potoczyć się inaczej. Takie istoty jak Cathy i Heatcliff nie mogą być szczęśliwe za życia. Ale nie jestem pewna, czy potrafią odnaleźć szczęście także po śmierci. Mam wrażenie, że wciąż, gdzieś tam w świecie Wichrowych Wzgórz, oboje przeklęci przez własną miłość, błąkają się po ukochanych wrzosowiskach. I błąkać będą na zawsze.

O.

P.S. Dla tych, którzy chcieliby przedłużyć niesamowite doznania z „Wichrowych Wzgórz” mam muzyczny kąsek, poetycki i piękny, czyli Kate Bush i tytułowe „Wuthering Heights”.

„I’m coming back love, cruel Heathcliff
My one dream, my only master…”

*Fragmenty tekstu w tłumaczeniu Janiny Sujkowskiej, Wydawnictwo Zielona Sowa.