„Mechaniczna pomarańcza” Anthony Burgess

Bombla_Pomarancza

„Youth is only being in a way like it might be an animal. No, it is not just like being an animal so much as being like one of these malenky toys you viddy being sold in the streets, like little chellovecks made out of tin and with a spring inside and then a winding handle on the outside and you wind it up grrr grrr grrr and off it itties, like walking, O my brothers. But it itties in a straight line and bangs straight into things bang bang and it cannot help what it is doing. Being young is like being like one of these malenky machines.”*

Wielu z nas „Mechaniczna pomarańcza” („Clockwork Orange”) kojarzy sie przede wszystkim z niesamowitą ekranizacją Stanleya Kubricka z 1971 roku. W tej wizjonerskiej, wizualnie porażającej filmowej wersji główną rolę grał Malcolm McDowell, który swojej postaci nadał przerażające gesty, tak charakterystyczny akcent, głos i mordercze spojrzenie. Do tego niezapomniany styl, czyli czarny melonik, biały, sztruksowy kombinezon z szelkami, wojskowe buty idealne do kopania i laseczka również doskonała do katowania ludzi. Miałam to nieszczęście natrafić na ten film w dość młodym wieku, może trochę za wcześnie, bo ponad dziesięć lat zajęło mi oswojenie okrucieństwa poszczególnych obrazów. Ale to filmowa konkluzja tej historii zrobiła na mnie największe wrażenie i nie pozwoliła zapomnieć o tej opowieści. 

Minęło sporo czasu. Dzisiaj dzieło Kubricka jest dla mnie arcydziełem, a postać Aleksa, cóż…stała się na swój sposób kultowa. Wtedy zrozumiałam, że czas już zapoznać się z  powieścią Anthony’ego Burgessa, na której oparty był film, zatytułowaną również „Mechaniczna pomarańcza”. Z początku cel lektury był jeden – zgłębić postać i umysł nastoletniego mordercy, spróbować ogarnąć jego działania i nadać im głębszy, większy cel. Jak wielkim okazało się być dla mnie zaskoczeniem, gdy okazało się, że tu wcale nie chodzi o psychopatycznego chłopaka, ale o coś zupełnie innego. Bardziej istotnego, dotykającego istoty człowieczeństwa, zagadnień moralności i dychotomii dobra i zła, a tym samym o wiele bardziej przerażającego.

Fabuła „Mechanicznej pomarańczy” toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w futurystycznym, uniwersalnym mieście, które zarówno może być miastem europejskim jak i amerykańskim, w świecie rządzonym przez ustój totalitarny. Zwykli, dorośli obywatele popadli w swoistą pasywność działań. Żyją z dnia na dzień, pogodzeni z losem, ślepo podążając jedną, tą samą ścieżką, jaką szły ich poprzednie pokolenia, ogarnięci apatią i bezsilnością. Od lat nic się nie zmienia.  A na ulicach rządzi przemoc i pogrążone w bezmyślnej brutalności gangi rozjuszonych nastolatków. Przywódcą takiego gangu jest nasz główny bohater i narrator opowieści – Alex. To jego oczami obserwujemy rozkładający się, pogrążony w marazmie świat i poznajemy rządzące nim, krwawe prawo, gdy ten oprowadza nas po swojej dystopijnej rzeczywistości.

Od początku Burgess robi wszystko, by jak najbardziej oddalić czytelników od głównej postaci i zdystansować nas, byśmy w żaden sposób nie mieli szansy z Aleksem się utożsamić. Mamy być jedynie słuchaczami jego monologu i niczym więcej. Żeby uzyskać zamierzony efekt autor stworzył własny język bohatera, jedyny w swoim rodzaju slang zaprojektowany konkretnie pod tą historię zwany Nadsat. To bardzo specyficzny rodzaj językowego tworu, w którym Burgess wykorzystał zarówno brytyjski Cockney jak i zapożyczył wyrazy z języków słowiańskich, nadając im angielską pisownię, ale mniej więcej zachowując oryginalną wymowę. Celem było wyalienowanie Aleksa i oddzielenie go od czytelników poprzez częściowe niezrozumienie i wyobcowanie. O ile zabieg ten z pewnością zadziałał na zachodnią publiczność, to powiem Wam szczerze, że jak dla mnie sprawił, że ta nietypowa postać stała się jedynie bliższa. Dlaczego? Prawie wszystkie obce wyrażenia oparte są na polskim i rosyjskim słownictwie! Dla przykładu „litso” to twarz, „slooshied” to słyszeć, „lewdies” to ludzie, „gloopy” to głupi itd., a takich wyrażeń jest około trzystu.

Historia rozpoczyna się w barze o nazwie Korova (czyli krowa), w którym Alex wraz ze swoimi trzema kompanami Dimem, Petem i Georgiem, zwanymi również Droogs, od rosyjskiego „drug”, naszego „druh”, czyli przyjaciel. Zaczyna snuć opowieść o sobie, o swojej przyszłości i życiu w ogóle, sącząc mleko faszerowane pobudzającymi narkotykami. Wkraczamy w niebezpieczny świat narratora i jego krwawą codzienność. Będąc istotą nocną, Alex co wieczór spotyka swoich kompanów w barze, tam planują nocne eskapady, by nad ranem powrócić do domu, udawać chorych i nie iść do szkoły. Każdej nocy gwałcą, plądrują sklepy, napadają ludzi, biją się z innymi gangami, kradną i tak w kółko. Jednak pewnego dnia, wypad nie idzie po myśli Aleksa, jedna z ich ofiar przypadkiem ginie, a jego „przyjaciele” uciekają z miejsca zbrodni zostawiając naszego narratora na pastwę policji. Zostaje skazany na czternaście lat pozbawienia wolności, zamknięty w zakładzie karnym, by po kilku latach trafić na eksperymentalną terapię, której głównym celem jest wyplenić wszelkie niebezpieczne myśli prowadzące do przemocy, bez względu na wolną wolę człowieka. Alex ma szansę zyskać nowe życie i zacząć wszystko od początku, jako lepsza, doskonalsza istota. Niestety wszystko się gmatwa, zapętla i częściowo powraca do początkowego stanu.

Gdy zbliżamy się do zakończenia powieści dociera do nas prawdziwy zamysł tej historii i wiemy już czym jest tytułowa mechaniczna pomarańcza. Zdajemy sobie sprawę, jak niebezpiecznie współczesna jest ta opowieść i jak wciąż potrafi dopasować się do naszej rzeczywistości. Chociażby postać Alexa. To typowy chłopak z osiedla. Ma piętnaście lat. Jest zbuntowany i pragnie lepszego, ciekawszego życia. Uwielbia muzykę poważną, śledzi modowe nowinki, a gang jest całym jego życiem. Szkołę ignoruje, bo edukacja nie ma dla niego znaczenia, buntuje się przeciw ustalonemu porządkowi, marzy, by zburzyć system, a jego najgorszym odpowiednikiem są policyjne patrole i kręcące się po ulicach uzbrojone bandy „psów”.  Buzują w nim hormony i chciałby posiąść wszystkie kobiety świata. Jego rodzice ciężko pracują i już sama codzienność wystarczy, by odebrać im chęć do czegokolwiek innego, jakiejkolwiek ambitnej czynności. Jak reszta obywateli są apatyczni i całkowicie neutralni w stosunku do wszystkiego  wokół. Nie zauważają nawet, że Alex, gdzieś po drodze, zmienił się w kata i dominującego tyrana. Brzmi znajomo?

Takich chłopaków jak Alex, zaburzonych hormonalnie, bez żadnej kontroli ze strony dorosłych, są na świecie miliony. Dzieciaków, czujących się panami życia, brylującymi tępym okrucieństwem i nieumiejących rozróżnić dobra od zła. Palących, pijących, zażywających narkotyki, bez celu wychowywanych przez prawo ulicy. Nie znają strachu, bo myślą jedynie o tym co jest tu i teraz. Przyszłość nie ma znaczenia. Marzą, by umrzeć młodo, stając się legendą. I czasami tak właśnie się dzieje, spełniają się ich wyrafinowane pragnienia. Inni natomiast dorastają, by tak jak Alex dojrzeć i z czasem nauczyć się odpowiedzialności i prostych zasad moralnych. Tak jak jego rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Jak wszyscy wokół niego. Morderstwa, gwałty, bijatyki, to tylko dziecinada. Chłopięce wybryki, na które pozwolić może sobie dojrzewająca młodzież. Wtedy też przyjdzie zrozumienie, że przed życiem nie ma ucieczki. Drzewo zawsze będzie wypuszczać liście, kwitnąć i wydawać owoce. Mechaniczne pomarańcze, wciąż na nowo powtarzające koleje istnienia.

O.

* W tłumaczeniu Roberta Stillera: „Młodość to tylko jakby się było takim, no, częściowo jakby zwierzakiem. Nie, właściwie nie tyle zwierzakiem, co zabawką, wiecie, te małe igruszki, co się sprzedają na ulicach, takie drobne człowieczki, zrobione z blachy i ze sprężyną w środku, a na wierzchu knopka do nakręcania: i nakręcasz go drrr drrr drrr i on rusza, tak jakby szedł, o braciszkowie moi. I tak idzie, ale po linii prostej i buch wpada na coś, buch, buch i nie może na to nic poradzić. Być młody to być jakby taką maszynką.”

„Czerwony Smok” Thomas Harris

Bombla_RedDragonWśród setek seryjnych morderców, którzy od wieków pojawiali się na kartach literatury i fascynowali czytelników całego świata, jeden z nich stał się wyjątkowo popularny i trafił do popkultury ostatnich trzydziestu lat. Mowa tutaj o postaci wyjątkowo mrocznej i nietypowej. Fascynującej i odrażającej jednocześnie. O człowieku, który nadał nowe oblicze potworności. Smakoszu, miłośniku kuchni francuskiej i włoskiej, znawcy sztuki i wielbicielowi muzyki poważnej. Wytworze wyobraźni Thomasa Harrisa, anty-bohaterze i kanibalistycznym doktorze, czyli Hannibalu Lecterze.

„Czerwony Smok” („Red Dragon”) Thomasa Harrisa, po raz pierwszy opublikowany w 1981 roku, to pierwsza powieść z cyklu Hannibala, którą kontynuują „Milczenie Owiec” i „Hannibal”, a których fabuła oparta jest na postaci tego genialnego psychiatry. Co ciekawe, nie zawsze odgrywa on główną rolę w danej historii. Nie jest ich pierwszoplanowym bohaterem, ani czasami nawet drugoplanowym. Hannibal po prostu jest. Jego historia dzieje się zawsze w tle, między wydarzeniami, między dialogami i bohaterami. To bardzo ciekawy zabieg Harrisa, dzięki któremu pozostajemy zdystansowani do jego najsłynniejszej postaci, z oczywistych względów nie mogąc się z nim w pełni utożsamić.

Protagonistami w książkach o Hannibalu są detektywi i agenci FBI. Specjaliści od profilowania przestępców, tropienia seryjnych morderców i odtwarzania miejsc zbrodni. Nie inaczej jest w „Czerwonym Smoku”, w którym głównym bohaterem jest Will Graham – agent po przejściach, jeden z najlepszych w swoim fachu, a obecnie wykluczony ze służby ze względu na problemy zdrowotne. Zostaje poproszony o pomoc w odnalezieniu psychopaty, który w brutalny sposób zabija całe rodziny, w okolicach i na przedmieściach Chicago. Zbrodnie są wyjątkowo drastyczne, połączone z okaleczaniem i nadgryzaniem ofiar, a ich wybór jak na razie wydaje się być zupełnie przypadkowy. W ujęciu sprawcy nie pomaga ani prasa, która nadała mu prześmiewcze przezwisko Tooth Fairy, czyli Wróżka Zębuszka (od śladów ugryzień na ciałach ofiar), ani Doktor Lecter, który w typowy dla siebie sposób podjudza wszystkich przeciwko sobie. A czas pędzi, niedługo ma mieć miejsce kolejna zbrodnia i tylko Will Graham jest w stanie rozwiązać jej zagadkę.

Perspektywa i życie Willa Grahama, to tylko jedna wizja rzeczywistości, jaką napotykamy w książce. Drugą jest sam morderca, Tooth Fairy, z czasem zwany Czerwonym Smokiem, którego prawdziwe imię brzmi Francis Dolarhyde. Gdyby spojrzeć na tę postać z perspektywy jej tworzenia, Francis jest przypadkiem modelowego seryjnego mordercy. Może zabrzmi to dziwnie, ale dokładnie każdy element jego życiorysu, każdy najmniejszy szczegół jego charakteru, każde jego zachowanie odpowiada i wpasowuje się idealnie w psychopatyczny schemat.

Życie nie dało mu szansy na normalność. Niechciany, spłodzony przypadkiem, został porzucony zaraz po urodzeniu, gdy okazało się, że cierpi na genetyczną wadę rozszczepienia podniebienia. Jest rok 1938 i jeszcze przez następne lata nie będzie możliwa prosta operacja korygująca i modelująca wygląd. Dolarhyde trafia do sierocińca, gdzie jest wyszydzany przez wszystkim, od nauczycieli i opiekunów zaczynając, a kończąc na współtowarzyszących mu dzieciach. Ledwo potrafi mówić, nie zna nawet swojego imienia, jego wygląd odpycha lub śmieszy, a wokół nie pojawia się nikt kto chciałby pomóc. W kilka lat później trafia co prawda pod skrzydła swojej babci, ale incydenty molestowania, znęcania się nad nim i po prostu nienawidzenia małych chłopców sprawiają, że Francis traci jakąkolwiek szansę na normalność. Zaczyna zabijać pomniejsze zwierzęta, potem coraz większe, co daje mu pozorne poczucie siły i panowania nad życiem i śmiercią. Jego osobowość ostatecznie mutuje, przekształca go i tworzy podwaliny pod przyszłe wydarzenia.

Gdy na drodze pojawia się tytułowy Czerwony Smok życie Francisa w końcu nabiera sensu, a on sam zyskuje cel. Czym jest Czerwony Smok? To obraz, a dokładnie akwarela autorstwa Williama Blake’a zainspirowana Apokalipsą Świętego Jana zatytułowana „Czerwony Smok i kobieta ubrana w słońce”. Przedstawia bestię, która przygotowuje się do wyrwania dziecka z łona wijącej się u jego stóp, ciężarnej kobiety. Ten obraz pochłania Francisa Dolarhyde’a, wgryza się w jego chory umysł i zostaje tam doprowadzając do obsesji i swoistego rozdwojenia jaźni. Zaczyna wierzyć, że on sam staje się inkarnacją Czerwonego Smoka. Przekształca swoje ciało, tatuuje się i upodabnia jak najbardziej do idealnej wizji samego siebie. Swoją siłą „dzieli się” z innymi, „wyzwalając” ich, „przekształcając”, czyli zabijając całe rodziny, szczęśliwe, poukładane, dokładnie takie, jak jemu nie było dane poznać. Tylko że w tym wszystkim postać Dolarhyde’a jest niestety niesamowicie przewidywalna. Specjalnie stworzona jest tak, by nie mieć przed nami żadnych tajemnic.

Zupełnie odwrotnie niż Hannibal Lecter. Paradoksalnie, to właśnie o nim jest ta opowieść. W czasie tego całego zamieszania przebywa on na zamkniętym oddziale dla psychopatów i seryjnych morderców. Tylko jest pewien problem. Otóż, ani specjaliści sądowi, ani psychiatrzy, ani specjaliści od profilowania przestępców nie potrafią go zaklasyfikować do żadnej z konkretnych grup. Hannibal nie ma sumienia, nie ma doprecyzowanych uczuć, potrafi manipulować dokładnie wszystkimi, na których trafi. Fakt, że przez lata był jednym z najlepszych psychiatrów na świecie zupełnie tu nie pomaga. Lectera nie można poznać, nie można go opisać, nie można scharakteryzować. Każdy jego ruch jest totalnie nieprzewidywalny, a w dodatku wykonany niby od niechcenia. On nie do końca jest człowiekiem. Nazywają go potworem, bo trudno uwierzyć, że ktoś tak idealnie apatyczny i pozbawiony empatii istnieje na świecie.

Harris stworzył go jako drapieżnika-obserwatora, który zawsze gotowy jest do zadania śmiertelnego ciosu. Nawet w klatce, nawet w zamknięciu Hannibal Lecter góruje nad wszystkimi i dominuje, pociągając za sznurki. Jest w centrum akcji, nie będąc nawet częścią wydarzeń. Wystarczy, że jest. Pojawi się na moment, na przykład wysyłając list, który burzy spokój głównego bohatera. To właśnie od niego wychodzą kolejne fabularne wici. On tworzy wątki i motywuje do działania. Przed nim nie ma ucieczki. Niczym pająk obezwładnia, paraliżuje, niszczy i zabija, by na końcu pożreć swoje ofiary, nawet gdy nie robi tego bezpośrednio. Dzięki niemu zawsze coś albo ktoś umiera.

W „Czerwonym Smoku” Thomas Harris skonfrontował ze sobą dwóch seryjnych morderców. Tylko jeden z nich od zawsze miał przewagę i panował nad drugim. Postać Hannibala fascynuje, bo trudno sobie wyobrazić taką siłę i opanowanie umysłu innego człowieka. Największym marzeniem wszystkich psychiatrów w książkach było dostać się w głąb tej postaci. Dokonać sekcji, zanurzyć się w jego mózgu i dokopać się do czegoś co wytłumaczy instynkt mordercy. Tylko że dla Hannibala nie ma żadnego wytłumaczenia. W nim jest tylko mrok, ciemna otchłań, której nikt nie jest w stanie rozświetlić. To, co się tam ukrywa i czai w ciemnościach na zawsze pozostanie zagadką.

O.

P.S. Dla wszystkich ciekawskich, przed Wami  „Czerwony Smok i kobieta ubrana w słońce” Williama Blake’a.

Reddragon

„Hell House” Richard Matheson

Bombla_HellHouseNie da się ukryć, że temat nawiedzonych domów, strasznych posiadłości na odludziu, które wywołują w ludziach strach i szaleństwo, jest niezwykle kuszący dla spragnionych dreszczyku emocji czytelników. Nie można także ukryć tego, że największy wkład w ten konkretny podgatunek horroru miała Shirley Jackson, której „Nawiedzony” („The Haunting of Hill House”) jest niedoścignionym arcydziełem gatunku i jeszcze przez wiele lat trudno będzie napisać lepszą historię tego typu. A próbowało już wielu. Richardowi Mathesonowi, który wydał „Hell House” w 1971 roku, nieomal się udało, jednak w ostatniej chwili odebrał sam sobie możliwość zwieńczenia całości genialnym zakończeniem (być może niezupełnie świadomie), zostawiając lekki niedosyt i dziwne poczucie fabularnego niespełnienia. A zabrakło tak niewiele…

„Hell House” (dosłownie „Piekielny dom”) jest ewidentnym hołdem złożonym opowieści Shirley Jackson, który dość intensywnie czerpie inspiracje ze swojego pierwowzoru. Zarówno w jednej, jak i drugiej historii podstawą jest pewna legenda związana z potencjalnie nawiedzonym domostwem, które na początku opowieści stoi opuszczone i osamotnione od lat, a po okolicy wciąż krążą plotki o dziwnych, niewyjaśnionych wydarzeniach podkreślających jego złą reputację. O ile Hill House był położony na pięknych, wiejskich terenach, to Hell House (zwany również Domem Belasco, od nazwiska pierwszego właściciela) zbudowany został na zgniłych, podmokłych i bagiennych terenach Maine, specjalnie z dala od wzroku ciekawskich. To, co łączy obydwie budowle, to ich chory, nienaturalny wygląd, z którego dosłownie wypływa zło; wygląd, który odrzuca, pozbywając się co wrażliwszych i jednocześnie przyciągając te najbardziej zwyrodniałe jednostki.

Identyczną sytuację możemy zaobserwować w przypadku bohaterów powieści. U Shirley Jackson pojawiają się cztery osoby: doktor, który przeprowadza psychologiczny eksperyment, dwie częściowo świadome swoich umiejętności medium i młody spadkobierca ziemi. U Mathesona dom odwiedzają również cztery osoby: profesor, który przeprowadza fizyczny eksperyment, dwoje medium o silnych zdolnościach paranormalnych i żona profesora, która z założenia ma być bardziej biernym obserwatorem niż uczestnikiem wydarzeń. Na dokładkę w obu książkach pojawia się stare małżeństwo, które dowozi jedzenie, a które za żadne skarby nie chce nawiązywać kontaktu zarówno z nowo przybyłymi, jak i z samym domem.

Ostatnim i największym podobieństwem – a zarazem paradoksalnie największą różnicą – są legendarni właściciele posiadłości, których życiorysy zdradzają brutalne usposobienie, i to z sadystycznymi skłonnościami. W Hill House jest to Hugh Crain, w Hell House − Emeric Belasco. O ile Crain był swojego rodzaju ofiarą miejsca, które wybrał na zbudowanie domu (w Nawiedzonym to dom/miejsce jest złem samym w sobie), to dom Belasco zyskał swoją upiorną nazwę i status Mount Everestu wśród nawiedzonych domów świata tylko i wyłącznie dzięki wybrykom samego właściciela, a budynek odzwierciedla stan jego mrocznej, przepełnionej złem duszy.

To kim był Emeric Belasco za życia? Z dosłownych opisów przedstawionych w książce wynika, iż Belasco był autentycznym i zmasowanym wcieleniem bohaterów ze „120 Dni Sodomy” Markiza de Sade. Swego rodzaju inkarnacją, kumulującą ich najgorsze, najokrutniejsze i najbardziej zwyrodniałe cechy. Uwielbiał eksperymentować z ciałem i psychiką człowieka. W szczególności wtedy, gdy ta była poddawana skomplikowanym i wyrafinowanym torturom godnym wszelkich chorych idei zrodzonych z umysłu sadycznych, integralnych potworów. Sam siebie traktował jako istotę wyższą, nadczłowieka, który siłą swojej woli potrafi łamać innych i zmuszać ich do zwierzęcej wręcz uległości. Co więcej, wcale nie zależało mu na wynikach swojej pracy. Robił to wszystko dlatego, że mógł, a inni go słuchali i oddawali się dobrowolnie w jego ręce, urzeczeni płynącą z niego siłą. Nie czerpał z tego przyjemności, żadnej satysfakcji – kompletna i pełna apatia.

Tym, co wyróżniało go na tle innych pierwszych właścicieli nawiedzonych posesji, był cel: transgresja ponad wszystko. Nawet kosztem własnego życia. Przeć naprzód, wychodząc coraz bardziej poza granice człowieczeństwa, by wreszcie zniszczyć nie tylko innych, ale przede wszystkim samego siebie. I nawet wtedy iść dalej. Pokonać bariery ciała i stać się duchem. Brnąć w nicość. W nieskończoność. Po kres czasu. Jak mówili sadyczni bohaterowie: tak, by spalić samo słońce, a nawet to nie wystarczy.

W „Hell House” Richard Matheson przedstawił postacie uwikłane w ten dziwny świat paranormalnych doznań, w które jakoś żadne z nich do końca nie wierzy (poza jedną osobą), pomimo iż ich głównym celem jest usidlić i pokonać na zawsze ciemne moce nawiedzające dom. Na siłę próbują udowodnić i wcisnąć w ryzy sensownego rozumowania to, czego nie da się rozumem pojąć. O ile u Shirley Jackson bohaterowie zdawali sobie sprawę z mocy, jaką włada posiadłość Craina, to Dom Belasco traktowany jest raczej jak relikt przeszłości, niemy świadek strasznych wydarzeń, które nie powinny nigdy mieć miejsca, a tym bardziej powtórzyć się trzydzieści lat później. Z drugiej strony te wydarzenia i nieunikniona tragedia są wyczekiwane, ale niezrozumiałe przez przybyłych. Nie potrafią ich z niczym sensownym powiązać. Nękani własnym niedowierzaniem, wpadają w pułapkę, idealnie zastawioną „na miarę” każdego z nich.

Powieść Richarda Mathesona nie jest delikatną, niedopowiedzianą historią z kobiecymi elementami, jak u Shirley Jackson. To mocna, bardzo dosłowna historia, która ocieka perwersją, brutalnym seksem, krwią i ludzkim okrucieństwem. Tutaj nie ma nierozwikłanych tajemnic. Wszystko, co wydarzyło się w Domu Belasco, ostatecznie znajduje swoje wytłumaczenie. Bez symboli. Bez sekretów. I może to właśnie jest jej największą wadą. Zakończenie jest tak pewne, że gdy padają ostatnie słowa, aż dech zapiera z nerwów, że stało się coś innego, niż oczekiwaliśmy. Przychodzi moment niedowierzania, że przecież coś zupełnie przeciwnego miało się właśnie okazać. Pomimo to, „Hell House” Richarda Mathesona jest „prawie” idealną opowieścią o nawiedzonym domu, gdzie rządzą chore kreacje niepokonanego ludzkiego umysłu.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 14 lipca, a którą można przeczytać także tutaj.

„Walki bóstw i mężów: Cuchulin z Muirthemne”

Bombla_Cuchulin

 

„Klnę się przysięgą mego ludu, że sprawię, aby czyny moje wymieniano między wielkimi czynami bohaterów.” /Cuchulin z Muirthemne/

Czyny, nie słowa. Honor, nie hańba. Obowiązek, nie  tchórzostwo. Odwaga, nigdy strach. Dobre imię ponad wszystko. Stać się żywą legendą i umrzeć największym bohaterem, jakiego nosiła ziemia. Zdobyć sławę lub umrzeć. Prawdziwy bohater ludów północy nigdy się nie poddaje. To ulubieniec kobiet. Symbol siły i sprawiedliwości. Wybraniec opatrzności. Pół-bóg, pół-człowiek. Największy wojownik. Bohater rodu Czerwonej Gałęzi. To Pies z Ulsteru. Cuchulin z Muirthemne.

Dzieje życia i śmierci jednego z największych herosów mitologii irlandzkiej spisała w i wydała w 1902 roku Lady Augusta Gregory. Ta dramaturg i kierowniczka teatru pochodzenia irlandzkiego, której pasją był folklor jej ojczystych ziem, poświęciła lata, by zebrać, zaadaptować i spisać mitologię celtyckich ludów Irlandii. Do tej pory przekazywana była ona ustnie, bądź częściowo spisywana z pieśni bardów i ludowych pieśniarzy. W ten sposób powstały pełne i wyjątkowe dzieła, kulturowa i narodowa spuścizna Irlandii, na którą składały się między innymi „Walki bóstw i mężów” – czyli cykl mitologiczny, i właśnie „Cuchulin z Muirthemne: opowieść o Czerwonej Gałęzi rodu Ulster” – czyli cykl ulsterski, poemat heroiczny prozą.

Dzieje Cuchulina to jednocześnie legenda o wielkim bohaterze, wyzwolicielu i obrońcy Ulsteru, jak również pewien mit o niezrównanym herosie, który wybierając los naznaczony wielkimi czynami, lecz zakończony szybką, przedwczesną śmiercią, otoczony został aureolą glorii i sławy już za życia. Cykl ulsterski, w którym mieści się opowieść o Psie z Ulsteru (od Cuchulin, czyli Pies Culaina), to cykl opowieści heroicznych ludów zamieszkujących irlandzkie prowincje Ulster i Connacht, umiejscowionych w czasie jeszcze zupełnie na początku ery chrześcijaństwa w Irlandii. Fabuła opowieści koncentruje się na dworze króla Conchubara – Emain Macha, na którym Cuchulin spędził większość życia jako wychowanek króla.

„Cuchulin z Muirthemne: Opowieść o Czerwonej Gałęzi rodu z Ulster” to historia narodzin bohatera, pierwszych wybryków jego dzieciństwa, heroicznych wyczynów młodości, szkolenia, jego pierwszej miłości, poświęcenia, walki i w końcu prawdziwie bohaterskiej śmierci. Wraz z dziejami jego życia czytelnik zagłębia się w kulturę i społeczeństwo średniowiecznej Irlandii. Poznaje jej największych wojowników, radości jej ludu i bolączki. Śledzi przebieg sporów i walk, które przetaczają się od czasu do czasu przez tę podzieloną krainę.

Cuchulin, syn Dechtire i Sualtima, którego nadane przez rodziców imię brzmiało Setanta, od najwcześniejszego dzieciństwa wyróżniał się na tle innych dzieci. Był silniejszy, sprytniejszy i bystrzejszy. W pojedynku potrafił pokonać nawet starszych od siebie. Uczył się szybko i pragnął jednego: zostać żyjącą legendą. Pobierał nauki i szkolenie bitewne na dworze swojego wuja Conchubara i już w chłopięcych latach stał się ulubieńcem miejscowej ludności.

Prawdopodobnie jego dzieje mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej, ale przypadek sprawił, iż Cuchulin sam sobie obrał ścieżkę, jaką miał podążać jego los. Gdy nadworny druid Cathbad podzielił się w tajemnicy pewną przepowiednią, podsłuchujący chłopak pokierował królem tak, by napotkać przeznaczenie przepowiadanego bohatera. Uzyskał zapowiedź wiecznej chwały, sławy i wielkiego imienia, o którym bardowie śpiewać będą pieśni po wsze czasy, jednak za cenę krótkiego życia. Tamtego dnia rodzi się północny heros, doskonały wojownik utożsamiający cechy najlepszego z najlepszych,.

Świat, w którym przyszło pojawić się Cuchulinowi, rządzi się prostymi zasadami. Są królowie, są książęta, są wielkie rody i ich dwory. Są wielcy wojownicy, którzy ich bronią. Ich wrogowie i przyjaciele. Ukochane kobiety i dzieci. Wokół prości ludzie, którzy dla nich pracują, a dla których są obrazem doskonałości. A wokół tego dawny świat, sprzed ery panowania człowieka i jego monoteistycznych religii. Świat tajemniczy i niezrozumiały, którego prawa znają jedynie druidzi. Żyją w nim stwory niczym z baśni, wróżki, czarownice, olbrzymy, wargowie, zmiennokształtni i pierwotni bogowie. Te oba królestwa współegzystują ze sobą na równi, uzupełniają się i przeplatają się z dziejami herosów, umożliwiając dokonywanie bohaterskich czynów i podkreślając ich niepowtarzalność.

Cuchulin po części dzieli się pomiędzy te dwa światy. Dualizm człowiek-heros widoczny jest zarówno w jego opisach, zachowaniu czy stylu życia. Na co dzień jest jednocześnie piękny, sprawiedliwy i wielkoduszny, ale w chwilach walki lub pojedynku zamienia się w groźną, ziejącą ogniem bestię. Oczywiście nie dosłownie, ale opisy przekazywane w legendzie z pokolenia na pokolenia zaznaczają jego przynależność do świata pół-bogów. Takich wskazówek jest w opowieści więcej. Walczy on zwykłymi mieczem i tarczą, ale w momencie największej grozy łapie za swoją magiczną włócznię zwaną Gae Bulg, która zawsze trafia do celu i zabija na miejscu. Potrafi pokonać największych wojowników Irlandii, ale gdy bogini wojny Morrigu rzuca nań klątwę, pogrąża się w smutku, słabości i jedynie najlepsi druidzi mogą mu pomóc. Jego ukochane konie to elementy starej magii, niepokonane w jeździe i boju. Jego siła porównywalna jest do siły stu ludzi i nawet gdy nie ma kto bronić Ulsteru przed zagrażającym wojskiem złowieszczej Maeve, sam stawia czoło tysiącom wojowników. Cuchulin wie czego pragnie, dąży ku swoim wymarzonym celom, a jednak zna swoje miejsce, zna swoje geasa (z irlandzkiego „obowiązki”) i zawsze wraca do miodnych sali Emain Macha i swojego króla. Natomiast w chwili śmierci dziękuje opatrzności za szansę wielkich czynów i oddaje sprawiedliwość swojemu zabójcy.

Saga Cuchulina to zarazem epos, legenda i romans. Pozwala czytelnikowi poznać zapomniany już świat, w którym liczą się honor i chwała, a szczęście może przybrać postać nie bogactw, tylko ukochanej kobiety i ogara u boku. To opowieści o odwadze, zemście i odkupieniu, zawieszone między rzeczywistością a wizją niczym z najpiękniejszych baśni. „Walki bóstw i mężów – Cuchulin z Muirthemne”, w tłumaczeniu Roberta Stillera, to dzieło ponadczasowe. Ponadpokoleniowe. To pozycja obowiązkowa zarówno dla miłośników zimnej i północnej mitologii celtyckiej, tej bliższej naszemu kręgowi kulturowemu, jak również dla wszystkich tych, którzy po prostu lubią niezwykłe i niepowtarzalne opowieści.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 6 lipca 2013 i można ją przeczytać także tutaj.

„Blackbirds” Chuck Wendig

Bombla_BlackbirdsWyobraźcie sobie, że gdy po raz pierwszy kogoś dotykacie możecie zobaczyć moment jego śmierci. Przeżyć go w kolejnych sekundach. Dokładnie. Ze wszystkimi szczegółami. Być niemym świadkiem ostatnich chwil tej osoby na ziemi. Czasami już zaraz, za moment. A czasami wiele, wiele lat naprzód. Ta śmierć, tak jak samo życie, raz bywa spokojna, a raz brutalna i okrutna. Widzicie to wszystko w pierwszych chwilach znajomości. Znacie jego najintymniejszy moment przyszłości. Teraz wyobraźcie sobie, że nic z tą informacją nie możecie zrobić. Tak w skrócie wygląda życie Miriam Black, głównej bohaterki powieści Chucka Wendiga zatytułowanej „Blackbirds”. Wysłanniczki śmierci .

Chuck Wendig to wyjątkowa postać literatury amerykańskiej. To otwarty, szczery aż do bólu i bardzo kontaktowy pisarz, scenarzysta i autor wielu krótkich i dłuższych tekstów publicystyczno-literackich. Jego powieści przepełnione są przemocą, ostrym, czarnym humorem i postaciami wyciągniętymi niczym z filmów Davida Lyncha, czy Tarantino. Jego znakiem szczególnym są osadzone w realiach white trash protagonistki – silne, młode i bezkompromisowe, o mrocznej, nie do końca wyjaśnionej przeszłości, próbujące przetrwać w brutalnym, zmaskulinizowanym świecie za wszelką cenę. Nie inaczej jest z postacią Miriam Black, kobietą której niezwykły dar stał się jej największym przekleństwem i swego rodzaju karą za zło dokonane w czasach wczesnej, szkolnej młodości.

Miriam dopiero stoi u progu dorosłości, a jednak historia jej życia mogłaby zapełnić nie jeden, a kilka dość intensywnych życiorysów. Nie tylko kobiecych. Spotykamy ją po raz pierwszy w typowych, jak dla niej, okolicznościach. Cztery ściany taniego, brudnego motelu, których pełno na przydrożnych trasach dla amerykańskich ciężarówek. Łazienka, zaraz po chwilach obleśnego, naznaczonego stygmatem prostytucji seksu z jednym z przejezdnych kierowców zwanym Del Amico. Miriam doprowadza się do porządku, dokładnie przeglądając w lustrze: farbowane blond włosy z silnymi czarnymi odrostami, sprana biała koszulka i brudne, podarte dżinsy. White trash beautiful w pigułce. Spogląda na siebie zniesmaczona i czeka.

To właśnie te momenty oczekiwania w napięciu od lat są jednymi z istotniejszych chwil jej życia. Del Amico spotkała przypadkiem, gdzieś między jednym a drugim motelem, w zajezdnym barze. Zauważyła, że nie jest biedny, a Miriam musi z czegoś żyć. Nawiązała „kontakt” i bum! Del Amico zginie niebawem, już niedługo, w tanim, śmierdzącym pokoju. To nieważne, że mężczyzna jest brutalny, bardzo w typie macho i gardzi kobietami. W końcu, czego nie robi się dla pieniędzy? Miriam udaje się zarobić pięścią w twarz, ale jej „wysiłki” ostatecznie zostają nagrodzone – mężczyzna umiera w kilka minut później, tak jak przewidziała. Dziewczyna szybko pakuje swoje rzeczy, okrada trupa i zbiera się w drogę. Nic dodać, nic ująć. Ot, kolejny dzień z życia „wysłanniczki śmierci”.

W ten nomadyczny sposób Miriam od kilku lat przemieszcza się po głównych drogach Stanów Zjednoczonych i próbuje trochę na siłę powiązać swoje życie z życiem innych ludzi. Bo, to trzeba sobie powiedzieć już na początku, Miriam jest niezrównoważona. Zagubiona. Gdzieś po drodze straciła wiarę w ludzkość i właśnie w życie, które nie ma dla niej już takiej wartości jak niegdyś. To złamana postać, która sama sobie wybrała brudną przyszłość, bez konkretnego celu, z dala od normalnego społeczeństwa. Miriam żyje na obrzeżach, tam gdzie najgorszy element i gdzie nawet dobrzy ludzie zmieniają się z czasem w zatwardziałe bestie, bez sumienia. Ona chce być jedną z takich bestii, wyzwolić się ze szponów wyrzutów sumienia i ulec ogarniającej ją ciemności.

Miriam nigdy nie była niewinna. W pewnym momencie podjęła bardzo złe decyzje, zniszczyła czyjeś życie (przy okazji swoje), a całość zakończyła się uzyskaniem tej dziwnej, dotykowej zdolności. Swoją niekończącą się wędrówkę traktuje jak pokutę, próbując wymazać przeszłość, albo chociaż zostawić ją daleko w tyle. Dawniej próbowała walczyć, stawać na drodze przeznaczeniu, ale jak dotąd nigdy nie potrafiła pokonać tego co nadchodzi. Nieuniknionej ręki losu. Dlatego właśnie dziewczyna idzie przez życie, nie żyjąc, ale egzystując. Z dnia na dzień. Z miesiąca na miesiąc. Z roku na rok. Twarze się mieszają, ale widzianych chwil śmierci nigdy nie zapomina. Napadają na nią. Wychodzą z zakamarków podświadomości w postaci najgorszych koszmarów.

Pewnego dnia Miriam natrafia na wyjątkowego mężczyznę. Innego od wszystkich. Dobrego. Pełnego dobrych chęci. Szukającego odkupienia za coś, za co do końca nie powinien nawet siebie obwiniać. Z początku bohaterka nie chce go dotknąć, bo boi się tego co zobaczy. Nachodzi ją rodzaj przeczucia. Nie myli się. Kiedy w końcu podaje mu dłoń okazuje się, że zostały mu tylko cztery tygodnie życia. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że do jego brutalnej śmierci przyczyni się sama Miriam. Staje przed wyborem i wybiera ucieczkę, jak najdalej od niego, żeby nie pozwolić umrzeć jedynemu mężczyźnie, który coś dla niej znaczy.

Jednocześnie już z góry wie, że w tym wyścigu przegrała, a wszystkie jej starania i tak spotka nieuchronna klęska. W starciu ze śmiercią Miriam jest bez szans. Wiele ją kosztuje, by przekonać samą siebie, że potrafi stanąć przeznaczeniu na drodze. Być może ten jedyny raz w życiu uda jej się zrobić to co koniecznie, nawet kosztem samej siebie, tego w co wierzy i… swojego życia.

W „Blackbirds” nie ma skomplikowanej filozofii. Nie ma zawiłych, niezrozumiałych przemyśleń, z których nic nie wynika. Nie ma dziewczęcych problemów rodem z ostatnich klas liceum. Nie ma kobiecych rozterek. Za to mamy brutalnie szczerą opowieść o kimś, kto stara się zrozumieć cel swojego życia, odnaleźć zgubiony kierunek i naprawić wyrządzone po drodze szkody. Kogoś, kto jest na tyle silny, by stanąć naprzeciw śmierci i dzielnie stawić jej czoła. Poświęcić się dla dobra innych, nie żądając nic w zamian. Tak dla odmiany. Mamy Miriam Black, która wie kiedy umrzesz, ale może tym razem pokona Twoje przeznaczenie.

O.

P.S. Rzadko zdarza mi się odnosić do cudzych recenzji, czy komentarzy, ale spotkałam po drodze wiele takich, które oceniają „Blackbirds” i samego Chucka Wendiga z perspektywy bardzo intensywnie i na siłę feministycznej. Otóż, w oczach niektórych Miriam jest strudzoną, biedną kobietą, która jedyne z czym jest konfrontowana, to męski, zwyrodniały świat, w którym nie ma nawet szansy poznać „dobrej, porządnej” kobiety. Przyjaciółki. Co więcej, całe jej życie kręci się wokół mężczyzn i mężczyznami jest naznaczone.

Moi Drodzy, powiem tak: czy możliwe jest, by mężczyzna, albo kobieta (w tym wypadku Chuck Wendig) mogli wejść w umysł osoby przeciwnej płci oddając wiernie jej odczucia na papier? Odpowiedź jest jedna i brzmi NIE. Nie jest to możliwe. Dlatego w „Blackbirds” nie występują „przyjaciółki”, czy nawet inne „zwyczajne” dziewczyny wykrzykujące feministyczne peany na rzecz kobiecości, bo sama ich obecność zniszczyłaby główne założenie postaci. Moim zdaniem Miriam jest jedną z silniejszych postaci kobiecych w literaturze współczesnej właśnie dlatego, że udaje jej się wyjść poza stereotypowe założenia płci i wyzbyć się tego co uznajemy za słabe i zbyt „dziewczynkowate”. To jest historia o white trash dziewczynie, w white trash realiach, urban fantasy jakby nie było, i tyle. Albo aż tyle.

Bukowe lato, czyli zapowiedzi na nowy sezon

Bombla_LetnieZapowiedzi

 

„Come on back and we’ll see if you remember the simplest thing of all: how it is to be children, secure in belief and thus afraid of the dark.”

/”It” Stephen King/

Uwielbiam, gdy nadchodzi nowy literacki sezon. Od razu zabieram się za planowanie, szykowanie, uzupełnianie biblioteczki. Aktualizuję listy obowiązkowych książek do przeczytania i śledzę nadchodzące premiery. Oczywiście, jak z takimi postanowieniami i snuciem planów bywa, czasami zdarza się, że coś ucieknie, zniknie i przeminie, jak w poprzednich sezonach. Jednak tym razem wierzę, że będzie trochę inaczej i wszystkie moje bukowe wizje zostaną zrealizowane w najbliższych miesiącach.  😉

Tegoroczne lato na Buku będzie mroczne. Miejscami niedopowiedziane. Naznaczone tajemnicą, wewnętrzną ciemnością i odrobiną szaleństwa. Już kiedyś pisałam Wam o mojej teorii, według której upał, wysokie temperatury zmieszane z wilgocią, której nie da się latem uniknąć, wzmagają w ludziach obłęd. Poczucie oderwania od rzeczywistości. Czas wakacji, urlopów i słońca, to także jedyny czas w roku, gdy zmysły bezpieczeństwa stają się przytłumione. Beztroska. Naiwność. A taka beztroska i niekontrolowany umysłem relaks aż proszą się o złowrogie wykorzystanie…

Właśnie w duchu tego kontrastu, specjalnie dla Was dobrałam opowieści, które przejmą letnie, bukowe dni.

Zaczniemy od walki z niepokonanym przeznaczeniem i ucieczki przed śmiercią. Czy można oszukać własny los i tych, na których najbardziej nam zależy? O tym i o niezrównanej white trash beautiful już niebawem.

Będzie o bezwolnym owocu, który stał się genialną metaforą beztroskich i okrutnych młodzieńczych dni, w pewnej potwornej dystopijnej wizji przyszłości. Coś o grzechach młodości i cierpieniu niezrozumianych nastolatków, według psychopatycznej wizji wrażliwego mordercy.

Wrócimy do legend z Pogranicza i usłyszymy smutną opowieść o stracie, nieprzystosowaniu i miłości. Poznamy także nostalgiczne dzieje pewnej wielopokoleniowej rodziny, dla których pewne marzenie, chociaż najbliższe realizacji, nigdy nie mogą się ziścić.

Zanurzymy się w otchłanie chorych umysłów, których geniusz i wyrafinowanie w działaniu przerazi nas i sprawi, że trudno będzie o nich zapomnieć. Wyruszymy w podróż do wnętrza ziemi, gdzie potwory istnieją naprawdę, żyją zaraz obok nas, jeszcze bliżej niż myśleliście.

Dla smakoszy makabry będzie coś o ludziach, którzy jedzą ludzi. O śmierci, okrucieństwie człowieka wobec drugiego człowieka i szeroko rozumianym sadyzmie. O morderstwach, samotności i sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

A to wszystko tego lata 🙂

Życzę Wam pięknych, bezpiecznych i zaczytanych wakacji!

O.

AmA, czyli Stephen King w odwiedzinach na Reddicie

Bombla_RedditAMAOstatni piątek, 21 czerwca, był wielkim dniem dla fanów Stephena Kinga z całego świata. Mistrz horroru odwiedził portal społecznościowo-informacyjny Reddit, by wziąć udział w popularnej, organizowanej od lat akcji serwisu AmA, czyli Ask me Anything („Zapytaj mnie o wszystko”). Wizyta miała na celu promowanie zarówno najnowszego serialu stacji CBS, którego Stephen King jest producentem i scenarzystą, a który oparty jest na jego powieści „Under the Dome” („Pod Kopułą”), jak i jego najnowszej powieści, czyli „Joyland” i nadchodzącego we wrześniu „Dr Sleep” na dokładkę.

Wirtualne spotkanie trwało kilka godzin, wzięło w nim udział kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, a najlepsze w tym wszystkim było to, że każdy mógł zadać swoje pytanie, licząc na to, że Stephen King mu odpowie 🙂 Wiele pytań się powtarzało. Wiele było zabawnych, trywialnych, albo takich, na które pisarz odpowiadał już w niejednym wywiadzie. Specjalnie dla Was wybrałam piętnaście tych najciekawszych z całego AmA.

Przed Wami: wszystko co chcielibyście wiedzieć o Stephenie Kingu, ale baliście się o to zapytać:

1. Skąd czerpie swoje pomysły? (to najczęściej zadawane pisarzowi pytanie, którego nie potrafi już traktować poważnie)

Odp. Z małego sklepu z używanymi pomysłami w Pittsburgu. Sprzedajesz swoją duszę, a w zamian dają ci pomysły.

„A little used idea shop in Pittsburgh. You sell them your soul, they give you ideas. :-)”

2. Którą ze swoich powieści uważa za ulubioną?

Odp. „Historia Lisey.”

„Lisey’s Story.”

3. Który aktor lub aktorka najlepiej odegrali swoje role w jednej z adaptacji jego filmów?

Odp. Kathy Bates była świetną Annie Wilkes. Do tego także czterej chłopcy, którzy grali w adaptacji „Stand by me”. Najlepszy był River Phoenix.

” Kathy Bates was a great Annie Wilkes. and I’d say the four boys who played the kids in STAND BY ME. River Phoenix was a standout.”

4. Co sprawia, że nie może zasnąć w nocy?

Odp. Nie za wiele. Zazwyczaj przenoszę własne lęki na moich czytelników.

„Not much, I usually send my fears on to my readers.”

5. Czego boi się najbardziej na świecie?

Odp. Choroby Alzheimera.

„Alzheimer’s Disease.”

6. Dlaczego w jego powieściach zawsze obecne są pająki albo obcy?

Odp. Nie zawsze obcy albo pająki, ale pomyśl o tym: pająki są istotami najbardziej podobnymi do obcych, prawda? Coś w nich jest. Nie za często umieszczam węże, ale to dlatego, że się ich nie boję,

„Well, not ALWAYS aliens or spiders, but think about it: are spiders the most alien creatures on earth, or what? I’ve just got a thing about them. I don’t usually use snakes, because they don’t creep me out.”

7. Co uważa za najstraszniejsze w Maine, stanie, w którym mieszka?

Odp. Najstraszniejsze w Maine są niekończące się lasy. Najbardziej wtedy, gdy zgubisz się w nich, nie mając zasięgu w telefonie. ARRGGHHH.

” The creepiest thing about Maine is the endless woods. Especially if you’re lost in them with no cell phone service. ARRGGHHH.”

8. Jeśli mógłby przenieść jednego bohatera lub bohaterkę swoich powieści do prawdziwego świata, to kto by to był?

Odp. Nie Annie Wilkes. Jeśli mógłbym kogoś przenieść do prawdziwego świata to byłby to Danny Torrance z „Lśnienia”.

„Not Annie Wilkes. I’d guess if I could move any character to the real world, it would be Danny Torrance in The Shining.”

9. Czy planuje kiedyś powrócić do „It” i napisać kontynuację?

Odp. Nie wiem, czy byłbym w stanie ponownie znosić Pennywise’a. Był zbyt straszny, nawet jak dla mnie.

” I don’t think I could bear to deal with Pennywise again. Too scary, even for me.”

10. Czy pisząc swoje powieści bierze pod uwagę ich przyszłe adaptacje filmowe?

Odp. Nigdy nie myślę o filmowych wersjach, bo to ograniczyłoby moje myślenie. Ja tylko piszę historie. Jeśli ktoś chce zrobić z nich film, to nie ma sprawy.”

„I never think about movie versions when I write, because that would put a border around my thinking. I just write the stories. If someone wants to make a movie, that’s fine.”

11. Czy planuje napisać kontynuację „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” lub „Danse Macabre”?

Odp. Pytano mnie już zarówno o kontynuację „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” jak i „Danse Macabre”, ale myślę, że wystarczy po jednej książce w tym temacie. Chociaż uaktualnienie DM jest dobrym pomysłem.

„I’ve been asked about a sequel to both DANSE MACABRE and ON WRITING, but I think one book on each subject is enough. Updating DM might be a good idea, though.”

12. Jak odnosi się do ebooków i czy uważa, że tradycyjna „papierowa” książka ma przyszłość?

Odp. Lubię opowieści. Forma ich przekazu nie jest tak ważna dla mnie jak sama dobra opowieść. Powiem tak: jeśli książka wpadnie Ci do toalety, to nie spowoduje zwarcia. A wielu z nas czyta w toalecie!

„I like stories. The delivery system isn’t as important to me as a good story. I will say this: if you drop a book into the toilet, it doesn’t short out. And a lot of us read in the bathroom!”

13. Jak radzi sobie z momentami niemożności pisania? (writer’s block)

Odp. Jedyną rzeczą, jaką można w takim wypadku zrobić to przeczekać. Niektóre historie czasami po prostu umierają. Nie można tego wytłumaczyć. Taki zawód.

„The only thing you can do with writer’s block is wait it out. Sometimes a few stories just die. There’s no explaining it. It goes with the territory.”

14. Jaka jest najważniejsza rada, jaką może dać innym aspirującym pisarzom?

Odp. Sądzę, że najważniejszą zasadą pisania opowieści, jest pozwolić bohaterom się prowadzić, a nie zmuszać ich do rzeczy, których nie chcą robić.

„I think the most important thing about storytelling is to let the characters lead, and not try to force them into things they don’t want to do.”

15. Jeśli nie byłby pisarzem, to kim by był?

Odp. Gdybym nie pisał, to prawdopodobnie uczyłbym w szkole. Ale bycie pisarzem jest właśnie tym, do czego zostałem stworzony.

„If I wasn’t writing, I’d probably be teaching school, but this is what I was meant to do.”

StephenReddit

Jeśli chcielibyście poznać Stephena Kinga jeszcze bliżej, to możecie odwiedzić Reddita i stronę z całym AmA:

http://www.reddit.com/r/IAmA/comments/1gqzn2/i_am_stephen_king_novelist_executive_producer_on/

O.

A Buk na to jak na lato

Bombla_LatoNadeszło lato. Jak zwykle trochę z zaskoczenia. Nagle i z przytupem. Wraz z latem słońce, upał i wakacje. Przynajmniej dla niektórych szykują się wyczekiwane od miesięcy urlopy, wyjazdy i weekendowe  wycieczki. Morze, góry, jeziora czekają otworem. Podróż i wielka przygoda. I przede wszystkim wypoczynek. A jeśli wypoczynek, to najlepiej taki książkowy. Godziny wylegiwania wypełnione czytaniem i błogim zagłębianiem się w nowe światy to właśnie to, co Wielki Buk lubi najbardziej 🙂

Specjalnie dla Was na te letnie miesiące wybrałam dziesięć powieści i – w ramach wyjątku- jedną dodatkową opowieść, które z pewnością umilą Wam wolne dni, a tym którzy nie mają takiego szczęścia pozwolą chociaż na chwilę uciec  od codzienności:

truman1. „Harfa Traw” Truman Capote („The Grass Harp”)

Piękna, ciepła opowieść o ucieczce od okrutnej rzeczywistości w bezpieczną krainę dzieciństwa. Tu wszyscy i przez cały rok mogą mieszkać w domku na drzewie, a bezduszny świat zewnętrzny nie ma tam wstępu. Poetyckie opisy rozkwitłej przyrody, atmosfery pełni lata, jak również pragnienie uchwycenia najgłębszych uczuć bohaterów to znak firmowy i magia prozy Capote’a. Hipnotyzujące.

Hollywood2. „Hollywood” Charles Bukowski

Kontrowersyjny. Męski. Genialny. Charles Bukowski, to pisarz, dla którego „wino, kobiety i śpiew” nie było jedynie powiedzonkiem. Do tego literatura. Jedyna w swoim rodzaju. Pikantna, rubaszna i nad wyraz realistyczna. Ta historia to żartobliwe wspomnienie pisarza z okresu, gdy powstawał film „Ćma barowa” (Barfly) oparty na jego powieściach, a w tworzeniu którego miał szansę brać udział. Prześmiewcza, a jednocześnie szczera wizja światka filmowego Hollywood.

virginia3. „Do latarni morskiej” Virginia Woolf („To the Lighthouse”)

Nie bez przyczyny uznana za jedną z najlepszych powieści angielskich XX wieku i jednocześnie kamień milowy w literaturze tzw. modernizmu wysokiego. To historia rodu Ramseyów, którzy spędzają przedwojenne lato w swojej nadmorskiej posiadłości, w pobliżu tytułowej latarni morskiej. Nostalgiczna, melancholijna, miejscami mocno depresyjna, dosłownie „wgryza” się w wewnętrzne przeżycia członków rodziny. A w tle morze, piasek i poczucie nieustępliwego przemijania.

Ernest4. „Zielone wzgórza Afryki” Ernest Hemingway („The Green Hills of Africa”)

Jeśli ktoś uwielbia biograficzne wspomnienia z safari, to trafi na prawdziwą perełkę w tej kategorii. Hemingway snuje opowieści ze swojego miesięcznego pobytu w Afryce. Codzienne polowania w towarzystwie żony i przyjaciół, anegdotki codzienności, a przede wszystkim rewelacyjne opisy rywalizacji między polującymi sprawią, że ci mniej wrażliwi sami zapragną zaczaić się w trawie sawanny i zapolować na nieuchwytne kudu.

pochwałaMacochy5. „Pochwała macochy” Mario Vargas Llosa („Elogio de la madrastra”)

Mocna, perwersyjna, przepełniona namiętnością historia rodziny Don Rigoberta, którego największą pasją jest jego nowa żona – doña Lukrecja i erotyczne malarstwo, a obsesją higiena osobista. Wszechobecna cielesność, „okrągłość” i kobiecość. Erotyczne uniesienia. A w tym wszystkim mały, niewinny chłopiec. Dziecko o duszy aniołka. Opowieść idealna na upalne wieczory. Daje do myślenia.

Muminki6. „Lato Muminków” Tove Jansson

Nie ma pory roku, do której nie pasowałby chociaż jeden tom Muminków. Poczciwa, ciepła i rodzinna historia, tym razem w duchu wielkiej muminkowej przygody. Wielka powódź zmusza trolle do ewakuacji z Doliny. Znajdują tajemniczy budynek na wodzie. Nietypowy. Sztuczny. Inny. Pomimo wszystko postanawiają w nim zamieszkać. Nawet jeśli trochę w nim straszy ;).

ketchum7. „Hide and Seek” Jack Ketchum

Maine. Turystyczna nadmorska miejscowość w środku sezonu. Grupa znudzonych monotonią letnich dni nastolatków. Tajemniczy dom, który skrywa mroczny sekret z przeszłości. I pewna propozycja gry w chowanego, która odmieni ich życie. Nie liczą się zasady. Nie liczy się strach. Grasz albo nie grasz. Najwyższa stawka. Klimatyczny i mocny horror, idealny by zmrozić krew w żyłach w upalny wieczór.

witajSmutku8. „Witaj smutku” Françoise Sagan („Bonjour tristesse”)

Bolączki dojrzewania nastolatki na francuskiej riwierze lat 60-tych. Cécile spędza lato z ojcem i dużo młodszą od niego kochanką. Odrzucona przez oboje rodziców, nierozumiana przez otoczenie na siłę szuka miłości u innych. To opowieść  o stawaniu się młodą kobietą i pierwszych, trudnych wyborach, które trzeba podjąć u progu dorosłości. Klimatyczna i idealna dla młodszych czytelniczek, które zmęczone są już wilkołaczno-wampiryczną para-literaturą.

pachnidło9. „Pachnidło” Patrick Süskind

XVIII-wieczny Paryż. Tętniące życiem miasto. Targ rybny. Tu zaczyna się historia pewnego mordercy. A imię jego Jean-Babtiste Grenouille. To człowiek-nieczłowiek, bardziej istota. Nieludzki. Bez sumienia. Okrutny, tak jak okrutne jest dla niego życie. Postrzega świat jedynie zmysłem węchu. Czuje wszystko i bardziej. Wszędzie. Zawsze. I jego obsesja, by stworzyć zapach zapachów. Jedyny, idealny i wszechmocny.

sen nocy letniej10. „Sen nocy letniej” William Shakespeare („A Midsummer Night’s Dream”)

Klasyczna szekspirowska komedia, w której rzeczywistość miesza się ze światem duchów, baśniową opowieścią i mitologią. Jest tajemniczo i zabawnie,  a czytelnik ma szansę zanurzyć się w magiczny świat snów, w którym zawsze triumfują dobro i miłość. Piękne i ponadczasowe.

joyland11. „Joyland” Stephen King

A na dokładkę świeżutka powieść mistrza grozy, którą przybliżyłam Wam ostatnio. To jednocześnie kryminał, thriller i melancholijna opowieść o przemijaniu i śmierci w jednym. Trochę inna na tle twórczości Kinga. Smutna i nostalgiczna. Historia Devina Jonesa, który podejmuje się letniej pracy w rodzinnym parku rozrywki, nie wiedząc, że doświadczenia wakacji zmienią go na zawsze.

Pięknego lata!

O.

„Joyland” Stephen King

Bombla_JoylandStephen King miał rację. Jest coś wyjątkowego w świeżo wydanej przez Hard Case Crime, nowiutkiej i pachnącej książce „Joyland”. Tak jak zapowiadano wcześniej, powieść ta dostępna jest tylko w wersji papierowej, czyli bardzo „retro” jak na dzisiejsze czasy. A jednak nie da się nie zauważyć, że akurat to konkretne wydanie jest właśnie tym, czym powinno być. Jedynym idealnym wyborem dla tej historii i trudno nawet pomyśleć o „Joyland w wersji zdigitalizowanej. Dlaczego? Hard Case Crime to wydawnictwo z tradycjami. Specjalizuje się od lat w powieściach „pulpowych”, czyli książkach w miękkich „gorszych” okładkach, z charakterystyczną grafiką (często w stylu noir, rysowaną ręcznie), na które składają się przede wszystkim kryminały, thrillery, czy fantastyka. Takie wydanie – miękkie, z unikatową okładką projektu Glena Orbika – to relikt przeszłości. Nawiązanie do niewinnych czasów młodości, która przeminęła i już nie wróci. Dokładnie tak, jak  „Joyland”: opowieść-wspomnienie.

Kto oczekiwał od nowej powieści Kinga, że będzie to mrożący krew w żyłach horror, po którym przebywanie w ciemnym pokoju byłoby nie lada wyczynem, może się nieco zawieść. Podobnie jak wszystkie powieści wydawane w Hard Case Crime, również „Joyland” jest przede wszystkim kryminałem z miejscowymi elementami powieści grozy. Jest tu morderstwo z przeszłości. Jest pełen tajemnic i wyjątkowych postaci park rozrywki. Jest ktoś, kto skrywa mroczny sekret. I jest nasz bohater – Devin Jones, dla którego Joyland miał być jedynie letnią, sezonową przygodą między semestrami na uczelni. Jednak to, co najbardziej rzuca się w oczy w tej opowieści, to wszechobecna i wszechogarniająca obecność śmierci.

Śmierć w „Joyland” ma nie tylko wymiar realny, ale przede wszystkim symboliczny. Całość fabuły dzieje się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. Dla Stanów Zjednoczonych był to okres przejściowy. Po aferze Watergate i nieudanej interwencji zbrojnej w Laosie i Kambodży, kraj ten w pewnym zawieszeniu czekał na dalszy rozwój wydarzeń, by pod koniec dziesięciolecia wyjść z kryzysu i rozkwitnąć na nowo. Opowieść Kinga przypada właśnie na ten dziwny moment końca pewnej ery. Devin przypomina sobie o tych letnich miesiącach będąc już u progu śmierci, kiedy przychodzi czas na rozstrzygnięcie życia i doprowadzenie pewnych spraw do końca. Tak, by wszystko stało się jasne.

Żeby dobrze zrozumieć ideę, którą przemycił King, najlepiej będzie poznać kilka faktów na temat jednego z najbardziej amerykańskich przedsięwzięć, jakim są rodzinne parki rozrywki. Co prawda takie parki istnieją na całym świecie i od zawsze, ale w Stanach mają one szczególne, przede wszystkim ekonomiczne znaczenie. Od lat dwudziestych do pięćdziesiątych przypadał czas przyjezdnych wesołych miasteczek, zwanych w USA „carnivals”. Od tego okresu do końca lat siedemdziesiątych królowały prywatne miasteczka stacjonarne, a wraz z postępującą komercjalizacją zostały one zastąpione korporacyjnymi lunaparkami tematycznymi typu Disneyland, które tak dobrze znamy dziś.

Tytułowy Joyland to rodzinny biznes, którego okres świetności już przeminął, ostatni właściciel ma ponad dziewięćdziesiąt lat, a sama idea prywatnego lunaparku chyli się ku upadkowi. Wielka inwestycja, oparta na jednym nazwisku i pojedynczej marce przestaje być modna, a w kolejnych latach całkowicie wyginie, by przeobrazić się w franczyzowe lunaparki, identyczne na całym świecie. Devin, zupełnie się tego nie domyślając, trafia więc do umierającego wesołego miasteczka, dla którego nazwa „wesoły” (ang. joy, czyli radość), przybiera formę anachronizmu.

Główny bohater niedługo kończy dwadzieścia jeden lat, a to oficjalny wiek wyznaczający w Stanach granicę dorosłości. Dla Devina to trudny moment. Jego wieloletnia dziewczyna, Wendy, nagle odsuwa się od niego, zaczyna go ignorować i zarówno on, jak i czytelnicy wiedzą, że wraz z końcem lata nadejdzie także koniec pierwszej, wielkiej miłości. W ciężkiej pracy i codzienności lunaparku, Devin znajduje swego rodzaju ukojenie od dręczących go myśli i bólu złamanego serca. Poświęca siebie dla dobra innych, tak by każdy kto odwiedza park wychodził z niego zadowolony. Szczęśliwszy.

W Joyland Devin sprzedaje radość. Jednak on sam o smutku nie zapomina nigdy. Od śmierci matki to stałe uczucie zawsze gościło w domu, w którym został sam z kochającym ojcem. Mimo to wierzy, że takie krótkie momenty czystego zachwytu zarówno dla młodzieży, dzieciaków, jak i ich rodziców mogą zdziałać cuda i pozwolić chociaż na chwilę zapomnieć o wszelkich otaczających ich troskach. Tylko że samego Devina otacza cień. Czytając powieść może się wydawać, że śmierć obserwuje głównego bohatera na każdym kroku. Coś czai się w mroku i czeka, by schwytać go w swoje szpony i nic nie można na to poradzić.

Głównym wątkiem spajającym „Joyland” jest tajemnicze morderstwo sprzed lat. Cztery lata wcześniej, w jednej z największych atrakcji, jakim jest Dom Strachu, młody mężczyzna zadźgał nożem swoją domniemaną dziewczynę – Lindę Grey. Ciało odnaleziono dopiero na drugi dzień, a jej duch podobno wciąż widziany jest w jednej z alejek strasznej kolejki. Gdy Devin poznaje tę historię całość nabiera tempa, a kolejne puzzle układanki tworzą coraz bardziej spójny i koszmarny obraz. Dalej wydarzenia przybierają dramatyczny obrót, by zakończyć się wielkim, „filmowym” finałem.

Stephen King po raz pierwszy w swojej pisarskiej karierze stworzył historię tak nostalgiczną i tak otwarcie dotykającą tematu śmierci i przemijającego czasu. Pokazał, że nic nie jest stałe. Niczego ani nikogo nie można mieć na wieczność. Na pewnym etapie egzystencji zamiast zyskiwać zaczyna się tracić, a ta strata jest nieodwracalna i nieodwołalna.  Nie można skoczyć w przeszłość, czy powrócić do okresu niewinności. Wszystko jest ulotne, a najbardziej życie człowieka. I właśnie ta myśl staje się największym koszmarem, jaki pozostaje nam po lekturze „Joyland”.

O.

joyland

„Gwiazdozbiór Psa” Peter Heller

Bombla_Gwiazdozbior

 

„Zastanawiam się: Czy to właśnie znaczy umrzeć? Być tak samotnym? Nieść w sobie morze miłości i lecieć dalej?”

Bardzo rzadko wzruszam się czytając książki. W zasadzie tak rzadko, że potrafię przypomnieć sobie tylko dwa takie przypadki, a tak naprawdę jeden konkretny – „Wielkie Nadzieje” Dickensa, przeczytane po raz pierwszy dopiero na początku tego roku. Ale to było jedynie wzruszenie, takie tyci, tyci, łezka w oku. Aż do czasu… Na Dzień Dziecka dostałam w prezencie „Gwiazdozbiór Psa” Petera Hellera. Historia porównywana nieudolnie do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego nie ma z nią prawie nic wspólnego. Może poza głównym założeniem, czyli wizją świata w kilka lat po apokalipsie, a przecież takich pozycji jest teraz na rynku setki. Książka okazała się być jedną z najpiękniejszych i najsmutniejszych powieści, na jakie udało mi się w życiu natrafić. Tym razem czytając nie wzruszyłam się, ale popłakałam. Trzy razy.

Aby w pełni docenić i zrozumieć „Gwiazdozbiór Psa” (tytuł oryginału „The Dog Stars”) przyda się najpierw kilka słów o jego autorze. Peter Heller to twórca wielokrotnie nagradzanych reportaży dla takich czasopism jak „Outside Magazine”, „Men’s Journal” i „National Geographic Adventure”, czyli skierowanych na zajęcia typu outdoor, tzn. plenerowe. Pisarz jest zapalonym surferem, uczestnikiem wielu ekspedycji kajakarskich, miłośnikiem wędkarstwa, pilotem, survivalowcem i wielbicielem ogólno pojętych wypraw przygodowo-podróżniczych. Zna się na broni i na sztuce przetrwania w trudnych warunkach. Wiedząc to wszystko o Peterze Hellerze zrozumiemy, że to co zamieścił w swojej powieści, nawet każdy najmniejszy szczegół, nie jest jedynie wymysłem pisarza, wybrykiem wyobraźni, ale konkretną wiedzą, podpartą latami doświadczenia.

Fabuła „Gwiazdozbioru Psa” zaczyna się w dziewięć lat po wielkiej epidemii grypy. Choroba, której zmutowany gen spustoszył naszą planetę, zabrała ok. 95% całej populacji. Z grupy ocalałych kolejne 4% zmarły w kilka lat później, w wyniku powikłań, wywołanym rzadko spotykanym zapaleniem krwi. Co więcej, po nagłych i nienaturalnych zmianach klimatycznych na Ziemi wyginęła również część fauny i flory. Zmienia się pogoda, krajobraz powoli przekształca się w preriowo-pustynny, lata są dłuższe i bardziej dokuczliwe. Ludzkość rozsypana po świecie, pomimo wspólnej tragedii, jest jeszcze bardziej wrogo nastawiona wobec siebie nawzajem. Pojedyncze grupki, niczym maruderzy umierającego świata, napadają, zabijają, kradną… bez pytań, bez próby nawiązania kontaktu, czy udzielenia pomocy.

Główny bohater powieści to Hig, zwany również Dużym Higiem, który po śmierci swojej ukochanej żony Melissy, w obliczu upadku i wszechobecnej zagłady, przeniósł się z miasta na wiejskie tereny małego, podmiejskiego lotniska. Przed epidemią Hig był przedsiębiorcą budowlanym, którego największą pasją było wędkarstwo i latanie małym samolotem Cessną. Uwielbiana maszyna, zwana Bestią, jest jedynym co pozostało po jego dawnym życiu. Teraz Hig jest sam. No prawie. Towarzyszy mu ukochany pies Jasper i jego sąsiad, od czasu do czasu nazywany przyjacielem, były żołnierz jednostki specjalnej Navy SEAL, Bruce Bangley.

Ich życie polega na wspólnej zależności. W czasach, w których każdy może okazać się wrogiem, każdy może nagle pojawić się, napaść i zabić, Hig i Bangley nie mają wyjścia, jak zostać partnerami w przeżyciu. Mieszkają w zabudowaniach przy lotnisku, w sąsiadujących domach. Bangley, który jest specem od wszelkiego rodzaju broni, a tej po apokalipsie jest pod dostatkiem, dysponuje wszelkimi jej rodzajami i organizuje doskonałą ochronę przez światem zewnętrznym lotniska. Z drugiej strony Hig, wraz z towarzyszącym mu zawsze Jasperem, każdego dnia oblatują okolicę, by zrobić rekonesans i zdobyć potrzebne zapasy. Razem, we trójkę, Hig, Jasper i Bangley, stawiają czoła światu i za wszelką cenę próbują żyć.

Codzienność opisana w „Gwiazdozbiorze Psa” jest bolesna. Każdy krok, każdy lot, każda, nawet najprostsza czynność, wywołują w Higu wspomnienia. Przychodzą nagle falami i równie szybko odchodzą, zostawiając go jeszcze bardziej osamotnionym niż był na początku. Dziewięć lat to niby nie jest długo dla kogoś kto żyje normalnie, otoczony rodziną, przyjaciółmi, w świecie z przyszłością. Jednak dla Higa, który żyje, ale z dnia na dzień, pogrążony w smutnej i nic nieznaczącej rutynie, dziewięć lat to prawdziwa wieczność. On nie potrafi naprawić świata i czuje, że pewnego dnia także dla niego nadejdzie koniec. Ten człowiek wręcz oczekuje śmierci i wypatruje jej z nadzieją. Bo może wtedy będzie lepiej. Może wtedy będzie miał szansę na odrobinę szczęścia.

W tym życiu Hig utracił już wszystko. Prawie. Wszystko odchodzi, życie najbliższych najszybciej, a ta myśl przeraża go jak nic innego. On boi się straty, boi się śmierci, sam niosąc śmierć i czasami nawet sam tą stratę prowokując. W jego umyśle jest tylko przemijanie. Wszystko ma swój czas i ten czas się powoli kończy. Hig podziwia wszystko tak, jakby już zniknęło. Umarło, pomimo, iż wciąż jeszcze istnieje i walczy o przetrwanie. Czasami próbuje się pocieszyć. A pocieszenia szuka w małych rzeczach. Uroczych, prostych elementach swojej codzienności. Czuje, że żyje, gdy idzie z Jasperem nad leśny strumień łowić ryby. Cieszy się, gdy wsiada za ster Bestii i wzbija się w chmury. Z tej perspektywy świat wciąż wygląda na uporządkowany. Im wyżej, tym bardziej znikają spalone miasta, wraki samochodów, zrujnowane domy… Prawie normalność.

Gdy Hig staje u kresu straty, gdy uznaje, że więcej wewnętrznej krzywdy nie można już przeżyć, kiedy prawie z bólu pęka mu serce, pewnego dnia pojawia się nowa możliwość. Nadzieja. Coś zaczyna się na nowo. Nie da się wymazać przeszłości, ale będzie można w końcu spojrzeć w przyszłość. Ujrzeć chociaż mały jej zalążek, dzięki któremu będzie warto utrzymać się przy życiu. Nawet na siłę.

Peter Heller bardzo mnie zaskoczył. Prostymi słowami, prostymi konstrukcjami przekazał idealnie wszystko to, co większości pisarzy nie udało się nigdy. W tej powieści jest coś takiego, co sprawia, że nie można o niej przestać rozmyślać. Nie da się zapomnieć. Pozwala przemyśleć wszystko od nowa i przypomnieć sobie, jak piękne jest życie. Duży, bardzo duży buk.

O.