„Królowa Śniegu” Michael Cunningham

Bombla_KrólowaŚniegu

 

W prószące, śniegowe, magiczne dni przychodzą czasami do głowy dziwne myśli. Mogą wydarzyć się niewiarygodne rzeczy. Może przydarzyć się coś specjalnego, wyjątkowego, bo ta zimowa aura aż prosi się o cud. To wtedy, gdy czas zdaje się stać w miejscu, a świat przykryty kołderką delikatnego puchu przestaje pędzić i stwarza pozory baśniowej śniegowej kuli, przybliżając tajemnice wszechświata. Rzucone zaklęcie, kruche i niepewne, omamia wzrok, stwarza pozory, wydaje się być czymś innym, niż jest w rzeczywistości. Czasami, w takie dni można dostrzec światełko na niebie, znak z ciemności wszechświata, który prosi się aż o nieoczywistą interpretację. A czasami, gdy zawierucha podnosi płatki śniegu, natrafić można na diabelski kryształ, który już na zawsze zalęgnie się w sercu, osadzi i przylgnie, rzucając klątwę– odbierając radość, miłość i szczęście.

Czytaj dalej

„Człowiek Śmiechu” Wiktor Hugo

Bombla_CzłowiekŚmiechu

 

Człowiek jako zabawka. Człowiek jako błahostka. Jako maskotka dla ludzi. Czyjeś widzimisię. Do wyszydzania, wytykania palcami, do zaśmiewania się. Czego nie zrobi człowiek drugiemu człowiekowi byle znaleźć kolejne źródło opłacalnej rozrywki? Jest gotowy zrobić wszystko. Kto będzie na tym korzystał? Ktoś próżny, bogaty, ktoś, kto ma władzę i nie obawia się konsekwencji. Ten, którego macki sięgają wysoko w górę i w głąb. Ten, kto ma koneksje. Ktoś znudzony do cna zwyczajnością, okrutny w swojej oziębłości. Potrzeba tu kogoś, kogo nie obchodzi krzywda innych, a znęcanie się nad nimi stanowi perwersyjną, w oczach niektórych nawet wyrafinowaną rozrywkę. Kim są ofiary? To ludzie słabsi. Biedni, wywodzący się z niższych warstw społeczeństwa, gdzie urodzenie już nie gra żadnej roli. Są jedynie przedmiotem czyichś sporów, a sami nie mogą decydować o niczym. Chyba, że zbiorą się w tłum… Wtedy wszystko może się zmienić.

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „The White Cat of Drumgunniol” Joseph Sheridan Le Fanu

Bombla_BezsenneWHITE CAT

 Czy wierzycie w złe omeny? Czarne znaki na niebie i ziemi, które zwiastują klęski i katastrofy? Symbole, które interpretować można jako zapowiedzi nadchodzących nieszczęść, czy smutków? W czarne koty, stłuczone lustra, krakanie kruków? W każdej kulturze znaleźć można takie szczątki pogańskich wierzeń, dawnych, zapomnianych już dziejów, a wśród nich, w folklorze irlandzkim, jeden ze szczególnych omenów, tych najgorszych, zwiastujących niechybną śmierć – banshee.

Czytaj dalej

„Brudny Szmal” Dennis Lehane

Bombla_BrudnySzmal

Miasto oddycha. Miasto pulsuje. Miasto zmienia się i przekształca, często na gorsze. To żywy organizm. Istota o setkach tysięcy par oczu,  uszu i milionach głosów. O pazurach, które rozszarpują na strzępy. Łapach, które miażdżą nieuważnych. Daje życie, a jednocześnie jednym stąpnięciem potrafi je odebrać. Nie zna litości. Nie zna umiaru. O mieście jak o żywym potworze pisało już wielu, m.in. H.P. Lovecraft, Clive Barker, czy Mark Helprin. W ich opowieściach miasto jest próżne. Kapryśne. Niczym jakaś olbrzymka bawiąca się tymi, którymi daje schronienie. Królowa, która zaledwie skinieniem strąca głowy swoim poddanym. Miasta jednak bywają tak różne, jak społeczności, które je definiują. Raz są dobre, jaśniejące, miłosierne. Kiedy indziej brudne, nieprzyjazne, złe. Często przywdziewają maski i kamuflują się, tak jak ich mieszkańcy. Ukrywają pod przykrywką pozorów, grają dla siebie i dla innych.

Czytaj dalej

„Przekleństwa niewinności” Jeffrey Eugenides

Bombla_PrzekleństwaNiewinności

 

„Dziewczyny kroczyły spokojnie po korytarzach, trzymając książki przy piersiach, zapatrzone w jakiś niewidoczny dla naszych oczu punkt w przestrzeni. Były jak Eneasz, który (powoływany przez nas do życia w obłoku cuchnącego potu doktora Timmermana) zszedł do świata podziemnego, spotkał zmarłych i powrócił, szlochając skrycie.”

Kto mógł wiedzieć, co myślały albo co czuły?”

Kto pamięta swoje nastoletnie lata, nawet jeśli przez mgłę, to z pewnością kojarzą mu się z tym specyficznym bólem istnienia, z bolączkami dorastania, niemocą wykreowania samych siebie na niedościgłe podobieństwo obrazów z wyobraźni. Przez większość czasu nie było za łatwo. Zawsze coś się działo, świat wirował i pędził przed siebie, a wokół tych wszystkich szaleństw jeszcze szkoła i ta potrzeba stania się kimś. Bywały lepsze i gorsze dni, jak to w życiu, ale kiedy ma się to naście lat, to wszystko jakoś tak wydaje się po prostu mocniejsze, intensywniejsze. Radość jest aż wszechmocna, chaotyczna. Miłość oszalała wśród chmur wirujących hormonów. Nienawiść na śmierć i życie. A rozpacz? Tak dogłębna, tak nieszczęśliwa w swoim smutku, że można wylać morze łez, przepłakać dziesiątki nocy, a czasami wydaje się, że ona nigdy się nie skończy. W tych gorszych momentach, gdy świat zawodzi na każdym kroku, nastolatki mogą popaść w czarną otchłań. Opaść gdzieś na dno i siedzieć, udając, że niby docierają do nich promyki z zewnątrz, ale to tylko maska. Krzyk o pomoc. Błaganie o spojrzenie w ich stronę. Gdy nikt nie patrzy, gdy wszystkie oczy wywrócone są ku weselszym buziom, a uśmiechy litości przeznaczone zawsze dla innych, może wydarzyć się prawdziwa tragedia. Ta nastoletnia dusza, osamotniona w swoim odosobnieniu może zdecydować się odejść. Już na zawsze. Jednym, wymierzonym ruchem.

O nastoletniej rozpaczy, o żałobie i niemocy wyzwolenia się ze szponów smutku opowiada Jeffrey Eugenides w swojej wspaniałej powieści zatytułowanej „Przekleństwa niewinności”. Oryginalny tytuł, czyli „Virgin Suicides” o wiele lepiej odzwierciedla o czym będzie ta historia. Tytuł dosłowny, mocny i przejmujący. Bo zapowiada śmierć. Śmierć czegoś niewinnego, co zdecydowało się odejść na własne życzenie. Opuścić rodzinę, bliskich, przyjaciół, odrzucić przyszłość i po prostu zniknąć, gdzieś, gdzie wydaje się, że może być lepiej. Samobójstwo to zazwyczaj temat tabu. Człowiek podświadomie nie chce myśleć o samobójcach więcej niż potrzeba. Kiedy zbyt wiele takich myśli kotłuje się w głowie pojawia się wina, wątpliwość i poczucie, że może trzeba było jakoś pomóc, zaradzić, zwrócić uwagę na problem. To zawsze nie w porę, tym bardziej, że świat współczesny opętany jest potrzebą dążenia do szczęśliwości. Szczęście to cel sam w sobie. Pozytywne myślenia, sztuczny uśmiech na twarzy, wymuszona poza, która nie może pozwolić, żeby ktoś poczuł się urażony wykrzywioną smutkiem miną. Człowiek jak taki bierny manekin ma płynąć z nurtem, wyłapywać światełka radości i wyszczerzony niczym Joker dopłynąć do brzegu. Śmierci nie po drodze w tej całej różowej otoczce szczęśliwości na pokaz. Tym bardziej, gdy dotknąć ma dziewczynki zaledwie, która jeszcze nie miała nawet szansy poznać czym jest prawdziwe życie.

Okładkowy08

Tą dziewczynką, pierwszą z pięciu, jest Cecylia Lisbon, najmłodsza z sióstr, beniaminek i oczko w głowie wszystkich w rodzinie. Pierwsza próba samobójcza trzynastolatki, nieudana jeszcze, rozpoczyna serię niefortunnych zdarzeń na dotąd spokojnym, podmiejskim osiedlu i na zawsze naznacza jego mieszkańców, szczególnie kilku chłopców, dla których śmierć sióstr Lisbon oraz poprzedzający je rok, były najważniejszym okresem w ich życiu. Cecylia odchodzi pierwsza. Po jej makabrycznym samobójstwie, już udanym tym razem, dom Lisbonów zaczyna podupadać. Ta rodzina nigdy do końca nie była w pełni szczęśliwa. Matka trzymała dziewczyny pod kloszem, zabraniała im spotykania się, wychodzenia, a z wiekiem ta obsesja podwajała się, potrajała, tak, że w kulminacyjnym momencie nikt już u nich nie wychodził z domu, a sam budynek zaczął się rozpadać. Siostry Lisbon przez rok od momentu rozpoczęcia żałoby obumierały, jak jakieś kwiaty zbyt długo przetrzymywane w oranżerii, aż do poziomu gnicia. Zniknęła radość, zniknął chichot. Wszystko zamarło. Nawet marzenia. Bo gdy najmłodsza siostra skacze z okna na parkan przebijając się na wylot, to już nic nie może być normalne.

A o normalność walczy cała okolica. Dom Lisbonów jest jak ciemna plama na nieskazitelnym horyzoncie osiedla. Dramatyczne przeżycia tej odstającej rodziny nieomal „brudzą” pozorną radość niemożliwym do pojęcia smutkiem i depresją, która rozpełza się wokół ich domu. Natomiast siostry Lisbon – Lux, Bonnie, Mary i Therese – pozostawione same sobie ze swoimi uczuciami stają się żywą legendą pośród rówieśników w swojej szkole. Oplata je nimb tajemnicy. W ich przymusowej izolacji i milczeniu jest coś hipnotyzującego, szczególnie dla chłopaków, którzy podziwiają z daleka ich urodę. To właśnie oni po latach zbierają materiały o siostrach i poprzez własne, niedoprecyzowane uczucia odtwarzają ich historię. Dowody istnienia dziewczyn, ich sekretnej egzystencji w gnijących murach domu, zbierali przez całe życie, dołączając do tego relacje świadków i ich wspomnienia. Okazuje się, że dla wszystkich siostry Lisbon były niejako kamieniem milowym, przejściem z idyllicznych chwil dzieciństwa w nieubłaganą dorosłość, która kryła w sobie raczej więcej przykrych rozczarowań niż chwil radości.

W „Przekleństwach niewinności” cierpienie i żałoba odgrywają decydującą rolę. Z jednej strony stają się potworną motywacją do kolejnych samobójstw, a z drugiej strony nadają życiu sióstr Lisbon ten element nieśmiertelności, którego pozbawione byłyby pozostając zwykłymi dziewczynami. Śmierć Cecylii jest wydarzeniem, od którego nikt już nie może uciec. Rodzice próbują zatuszować wszystko i żyć dalej, ale jak kontynuować beztroskość, kiedy najmłodsza siostra przebija się pod własnym oknem? Muzyka nie brzmi już tak pięknie, słońce grzeje jak przez mgłę, a każde miejsce w domu przypomina zmarłą. Ojciec i matka udają, że nic się nie stało, a czwórka pozostałych córek nie potrafi poradzić sobie z tak wielką stratą i nie widzą znikąd pomocy. Dlatego radzą sobie najlepiej jak potrafią nastolatki – szukają dodatkowych zajęć, pocieszają się nawzajem przy papierosie, mają swoje babskie sprawy, które w oczach podglądających ich chłopców przyjmują formę magicznych rytuałów. Siostry Lisbon jak boginki, jak nimfy, czy elfy, jak te jętki, które sfruwają latem na okoliczne domy żyją tylko chwilkę, moment w czasie, by zniknąć i nigdy już się nie odrodzić.

Jeffrey Eugenides stworzył w „Przekleństwach niewinności” przejmujący obraz żałoby, która nie zna granic i nie pozwala się otrząsnąć z szoku po śmierci. To obraz podwójnie instensywny, bo spotęgowany młodym wiekiem samobójczyń. Wizja pełna nieodgadnionych tajemnic, bo ograniczona wizualnie przez niedostępne wnętrza domu Lisbonów. Cztery siostry jak księżniczki na wieży i nikogo, kto mógłby im pomóc. A wokół nich śmiercionośny duch Cecylii, który niesie za sobą plagę smutku oraz niespełnienia. Na dokładkę obraz sielankowego osiedla lat siedemdziesiątych, gdy wolność, miłość i radość miały rządzić światem, a beztroska trwać już zawsze, wśród śmiechu dziewcząt, ich zalotnych spojrzeń i zapachu młodości. Niezwykład powieść o dorastaniu, o niespełnionych pragnieniach i szczęściu zawieszonym w bańce przeszłości.

KomiksWielkobukowy08

O.

„The Signature Of All Things” Elizabeth Gilbert

Bombla_Signature

 

„I believe that we are half-blind and full of errors. I believe that we understand very little, and what we do understand is mostly wrong. I believe that life cannot be survived – that is evident! – but if one is lucky, life can be endured for quite a long while. If one is both lucky, stubborn, life can sometimes even be enjoyed.”

„The Signature of All Things”

W życiu każdego pisarza przychodzi moment na stworzenie swojego magnum opus – czas na napisanie najwspanialszego, najlepszego dzieła, który pozostawi dla potomności, jako swoje największe dziedzictwo. Czasami do jego napisania przygotowuje się całe życie, a czasami poświęca kilka lat, szuka inspiracji, fascynujących historii, by w końcu wydobyć na światło dzienne opowieść idealną, perfekcyjnie skrojoną i odzwierciedlającą w pełni jego styl. Bywa, że taka książka nigdy nie powstaje. Umyka gdzieś myśli, pomysł rozrasta się do niebotycznych rozmiarów, a całość zyskuje tyle poziomów, że nie da się już tego ogarnąć. A jednak bywa również, że taka opowieść wyłania się z otchłani wyobraźni autora całkiem wcześnie w jego karierze i staje się najjaśniejszą gwiazdą pośród całej jego twórczości, tej już spisanej i przyszłej, która dopiero ma powstać.

Takim dziełem życia stała się najnowsza powieść Elizabeth Gilbert zatytułowana „The Signature of All Things”. Słysząc nazwisko tej amerykańskiej pisarki zazwyczaj na myśl narzuca się sama jej autobiograficzna historia „Jedz, módl się, kochaj”, kontynuowana później w „I że cię nie opuszczę”, dzięki której zdobyła sławę i podbiła serca tysięcy czytelniczek na całym świecie. Mało kto wie, że ta sama autorka, którą utożsamia się z jednym tytułem od lat, ma na swoim pisarskim koncie świetny zbiór opowiadań obyczajowych „Imiona kwiatów i dziewcząt”, a także doskonałą powieść w duchu północnych mórz „Ludzie z wysp” (o której na Buku już niebawem), czy biografię przyrodnika Eustace’a Conwaya „The Last American Man”. Wszystkie książki warte poznania, napisane subtelnym i wyrazistym językiem, z wciągającymi, perfekcyjnie skrojonymi fabułami, których nie da się zapomnieć.

Nie inaczej jest z „The Signature of All Things”. To historia życia Almy Whittaker, urodzonej na przełomie wieków, dokładnie w 1800 roku. Nie przez przypadek Gilbert wybrała właśnie tę datę na narodziny swojej bohaterki. To przejście epok, zwiastujące najszybsze i największe zmiany, jakie zajdą na świecie w ciągu kolejnych stu lat, pomijając konflikty zbrojne, wojny i najazdy, jakie będą miały miejsce w tym czasie na świecie i w Europie. Kolonizacja, odkrywanie nowych gatunków roślin, zwierząt, tworzenie przełomowych teorii, które wstrząsną światem nauki. Wzrost technologiczny, rewolucja przemysłowa i tworzenie niezwykłych wynalazków, które zaznaczą obecność swoich twórców w historii cywilizacji. To epoka nowych odkrywców, badaczy kultury, antropologów, którzy nie będą bali się zaryzykować całego swojego życia, by udowodnić wymyślane przez siebie teorie. To także czas przyrodników, biologów i ludzi medycyny, którzy od nowa stworzą ciąg zależności i nadadzą człowiekowi jego miejsce wśród innych istot na ziemi.

Nie sposób opisać dokładnych kolei losu Almy, by nie opowiedzieć całej książki, jednak warto napisać kilka słów o bohaterce, by przybliżyć jej wyjątkową postać. Jej ojcem jest Henry Whittaker, człowiek z nizin, który już w młodości, pracując w królewskich ogrodach botanicznych Kew, w Londynie, postawił sobie za cel zdobycie wielkiej fortuny. Dzięki ciężkiej pracy, wieloletniemu doświadczeniu i wrodzonemu sprytowi udaje mu się, po wielu latach podróży, osiąść na stałe w Filadelfii. To nowy świat, nowy, młody kraj, pełny możliwości dla człowieka z ambicjami i pieniędzmi. Henry buduje największą i najbogatszą posiadłość w Stanach Zjednoczonych, zwaną White Acre, a w jej granicach tworzy ogród botaniczny, herbarium, palmiarnię i cały rząd pomniejszych zielonych terenów. Będąc jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, Henry staje się prekursorem handlu przyprawami i roślinami o właściwościach leczniczych, rozpoczynając życiową współpracę z raczkującym przemysłem farmaceutycznym. White Acre to jego mała oaza, przystań, do której zjeżdżają się dziesiątki miłośników przyrody z całego świata, w której organizuje odświętne kolacje, odczyty i wykłady, a prywatna biblioteka należy do najbogatszych na świecie.

W takich luksusowych warunkach wychowuje się jedyna rodzona córka Henry’ego, czyli Alma. Po ojcu odziedziczyła charakter urodzonej botanistki i przyrodnika – nie boi się zadawać trudnych pytań, zawsze szuka odpowiedzi, jest ciekawa świata i pewna siebie.  Jej rodzice od małego uczą ją samodzielnego myślenia, analizowania i budowania własnych wniosków. Alma jest dzieckiem nowej epoki, jej odzwierciedleniem, tym bardziej unikatowym, że nie wychowywanym na laleczkę do towarzystwa, ale, wręcz przeciwnie, kobietę-naukowca, która pewnego dnia będzie kontynuować dzieło swoich rodziców i przejmie rodzinny biznes. Alma cały swój czas, dosłownie każdą wolną chwilę przeznacza na samokształcenie, czytanie, pisanie, klasyfikowanie i badanie otaczającej jej przyrody. Ciągle rozmyśla nad porządkiem świata, filozofuje i podejmuje twórcze dyskusje, tak ze swoimi rodzicami, jak z ludźmi, którzy zjeżdżają się do jej rodzinnej posiadłości. W wieku dwudziestu trzech lat podejmuje najważniejszą decyzję – zostaje jednym z pierwszych briologów, czyli naukowcem zajmującym się mchami, bo to właśnie w nich Alma dostrzega zalążek wszelkich praw, jakie rządzą światem roślin i zwierząt. I na nich zaczyna budować swoją przełomową teorię.

„The Signature of All Things” to kronika życia badaczki, naukowca, feministki i przyrodnika. To historia życia Almy, od początku, aż do końca, wraz ze wszystkimi najważniejszymi jego wydarzeniami. Obserwujemy jej pierwsze miłostki, zauroczenia, eksperymenty. Jej pierwszą przyjaźń, miłość i złamane serce. Towarzyszymy jej w podróżach, odkrywamy świat i przeżywamy każdą najistotniejszą chwilę. Elizabeth Gilbert sprawiła, że my czytelnicy dzielimy z bohaterką dosłownie wszystko. Jesteśmy przy niej i chcemy, by udało jej się przeżyć jej życie jak najbardziej godnie, by na końcu mogła powiedzieć, że bywały chwile, gdy czuła się naprawdę szczęśliwa i spełniona.

O.

*W Polsce powieść pojawi się nakładem wydawnictwa Rebis, 1 kwietnia 2014, pod tytułem „Botanika duszy”.

„Night Film” Marisha Pessl

Bombla_NightFilm

 

„Mortal fear is as crucial a thing to our lives as love. It cuts to the core of our being and shows us what we are. Will you step back and cover your eyes? (…) Will you curl up with your eyes closed and die? Or can you fight your way out of it and fly?”

Stanislas Cordova

Wielu czytelników marzy, by choć raz znaleźć się w jednym z książkowych światów. Magicznie przenieść się i zostać współtowarzyszem bohaterów opowieści. Gorzej jednak, gdy tą opowieścią jest mroczny, miejski thriller. Kryminał z tajemnicą i morderstwem w tle. Tym bardziej, gdy historia w nim przedstawiona nie tylko wciąga czytelnika do swojego świata, ale sama wychodzi do niego i płynnie integruje się z naszą rzeczywistością. Koncepcja augmented reality, czyli rzeczywistości rozszerzonej, rzadko bywa wykorzystywana w promowaniu literatury. Mogłoby się wydawać, że akurat w promocji książki taka kampania wcale nie musi się sprawdzić, a jednak w przypadku najnowszej, długo wyczekiwanej powieści Marishy Pessl zatytułowanej „Night Film” sprawiła, że snuta opowieść stała się pełniejsza i na swój sposób wielowymiarowa.

Fabuła „Night Film” to doskonała mieszanka thrillera z elementami horroru, sensacji i klasycznej powieści kryminalnej, a wszystko w nowoczesnym duchu rzeczywistości wirtualnej. Historia rozpoczyna się tajemniczą śmiercią Ashley Cordovy – dwudziestoczteroletniej córki Stanislasa Cordovy, znanego reżysera filmów grozy. Stanislas Cordova od ponad trzydziestu lat nie był widziany publicznie. Nie udziela wywiadów, wydaje się, że zakończył działalność filmową,  a jego życie i wszystko co go otacza owiane jest tajemnicą. Nie wiadomo jak reżyser aktualnie wygląda, nie można być nawet pewnym tego, czy jeszcze żyje. Wiadomo, że Ashley, utalentowana pianistka, była jego ukochaną córką, a jej samobójcza, niewyjaśniona śmierć nadaje całości dodatkowego, niepokojącego czynnika.

Zanim „Night Film” trafiło na księgarskie półki i do wirtualnej sprzedaży, w Internecie pojawił się filmowy zwiastun, w którym młoda dziewczyna znika w ciemnych, wilgotnych nowojorskich podziemiach, ścigana przez zamaskowanego napastnika. Na ścianach można dojrzeć namalowane sprayem znaki,  odbicia twarzy i fragmenty tekstu, a wszystko to przerażające w swoim niedopowiedzeniu. Jakiś czas później pojawił się wywiad ze znanym filmoznawcą, który opowiada o filmach Stanislasa Cordovy – kontrowersyjnego reżysera, który w swoich filmach przekracza granice strachu. Wywiad urywa się nagle, gdy pada pytanie o wyniki śledztwa, jakie przeprowadził dziennikarz Scott McGrath, a które dotyczyło śmierci Ashley. Wypuszczono także archiwalne plakaty najbardziej znanych dzieł Cordovy takich jak „The Legacy”, „Isolate 3”, czy „Small Evil”. Znalazły się również fragmenty przesłuchań aktorek i nagranie z ulicznej kamery video, na której przez krótki moment, najprawdopodobniej widać sylwetkę reżysera wyłaniającego się z mroku.

Kolejnymi elementami dość nietypowymi, które wykorzystała Marisha Pessl w stworzeniu swojej opowieści, a za które jest często krytykowana, to wtłoczenie w tekst m.in. kopii raportów policyjnych, zdjęć, wycinków wywiadów, artykułów i internetowych screenów, nie tylko uzupełniających fabułę, ale kreujących ją na takim samym poziomie, jak język. Wszystko to, by dać czytelnikowi złudzenie realności, namiastki prawdziwości świata i dać wzgląd we wszystko to, co widzą bohaterowie. Pozwala to samemu wyciągnąć wnioski, czy odnaleźć ukryte wskazówki. Można odnieść wrażenie, że granica pomiędzy naszym światem, a  tym z kart powieści zamazuje się, by każdy mógł na własną rękę znaleźć odpowiedzi na najważniejsze, nękające go od początku śledztwa pytania.

Chociaż Ashley i jej samobójcza śmierć stanowią element zapalny całej fabuły i napędzają następujące wydarzenia, to osobą którą śledzimy przez cały czas i odkrywamy kolejne kroki jest tak naprawdę Stanislas Cordova.  „He’s a myth, a monster, a mortal man.” („Jest mitem, potworem, śmiertelnikiem.”) Człowiek, który od samego początku tworzy własną legendę. Nazywany jest filmowym geniuszem i niedoścignionym mistrzem, którego dzieła wciąż żyją, pomimo iż on sam oficjalnie zakończył działalność i wycofał się w jeszcze bardziej nieprzebrany mrok. Jego najwięksi miłośnicy, na wzór swojego idola, ukrywają się z seansami filmów Cordovy, uznanymi za tak potworne, że wycofanymi z legalnego obiegu. Trzymają się na uboczu, chroniąc tożsamość, dbając o anonimowość, jedynie podsycając plotki na temat życia i działalności reżysera.

Filmy, tak okrutne i obnażające prawdziwą naturę człowieka, również tworzył w odosobnieniu, na strzeżonym terenie wielohektarowej posiadłości The Peak, którą odciął od zewnętrznego świata i wyposażył tak, by stać się całkowicie samowystarczalnym. W poznaniu Cordovy nie pomaga fakt, iż w jego otoczeniu wszystko i wszyscy rozmywają się. Każdy kto brał udział w produkcji jego filmów, zaraz po ukończeniu stawał się nieuchwytny, jak sam reżyser. Co więcej, często kończył pracę w przemyśle filmowym i znikał lub odchodził, by rozpocząć nowe życie, jako inna osoba. Mówiono, że jego wpływ na aktorów był tak brutalnie niesamowity i tak silny, że konfrontowani z samymi sobą, po ukończeniu scen przypominali raczej wyssane do cna skorupy, niż ludzi, którymi byli dawniej. Porównywano go do wampira, który karmi się energią innych i wysysa współpracowników do ostatniej kropli.

Gra w jego filmach, jak samo przebywanie w jego otoczeniu stanowiła nie lada wyzwanie. Stanislas Cordova kierował się zasadą życia ponad wszystko. Wgryzania się w nie i wykorzystywania aż po same kości lub głębiej. Penetrowania głębin, odkrywania najciemniejszych zakamarków duszy człowieka, eksplorowania tego, czego boimy się najbardziej. To wszystko w całkowitej samotności. W odosobnieniu. Dla niego nie istniały żadne ograniczenia – wszystkiego trzeba poznać na własnej skórze, doznać najgorszego, by, nawet jeśli pozostawiłoby to na zawsze blizny, przekroczyć nieprzekraczalne i wynieść z tego doświadczenia nową lekcję. Tylko wtedy życie ma jakiś sens i tylko wtedy życie ma prawdziwy smak. Co więcej to od nas zależy, czy zdecydujemy się w pełni skorzystać  z okazji, jakie nam oferuje, czy poświęcić ten czas na płytkie, „zwyczajne” doznania – „Sovereign. Deadly. Perfect.”

Świat Stanislava Cordovy i jego filmów to skomplikowana łamigłówka, na którą składają się miejskie legendy, magia kina, miraż produkcji filmowych, światek aktorów, życie reżysera i jego relacje z bliskimi. Czynnik ludzki zostaje zaburzony przez ten diabelski i plotkarki, często o wiele bardziej przez nas zrozumiały niż prawdziwa, namacalna rzeczywistość. Bywa, że o wiele łatwiej jest uwierzyć w to, co najbardziej iluzoryczne, bo prawda nie tylko może nas zawieść, ale sprawić, że przestaniemy wierzyć w to co niecodzienne i magiczne. Lepiej dać się ponieść, tak jak bohaterowie „Night Film”, ponad rozum, ponad ziemię, ponad niebo, życie i śmierć. Ponad to co zwyczajne i typowe. Stać się legendą, postawić wszystko na jedną kartkę i dotrzeć w mroczne otchłanie, za głosem Cordovy, za nęcącym z ciemności głosem syren.

O.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman

Bombla_DziewczynaZeSniegiem

Szwecja. To dziwne miejsce. Już kiedyś napisałam to zdanie, przy okazji „[geim]” Andersa de la Motte i szwedzkiego umiłowania zbrodni. Wciąż uważam je za jak najbardziej aktualne i świetnie określające atmosferę tego północnego kraju. O ile powieść „[geim]”, podobnie jak trylogia Millenium Stiega Larssona opowiadały przede wszystkim o zbrodniach typowo miejskich, których akcja działa się w szwedzkich metropoliach, o tyle powieść „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman za miejsce fabuły obrała sobie Hadfors – małe miasteczko na północy kraju. Oczywiście niezupełnie przypadkowo. Autorka oparła swoją historię, przynajmniej po części, na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce właśnie tam, w 2001 roku.

Sami wiecie jak to bywa z małymi miasteczkami. Tym bardziej takimi odizolowanymi. Na uboczu. Gdzieś w środku lasu. Na pierwszy rzut oka wydają się być enklawami spokoju. Panująca wokół cisza, z dala od zgiełku miejskiego życia i uśmiechnięte twarze mieszkańców stwarzają pozory małego raju na ziemi. Każdy wydaje się być pomocny, otwarty i taki… dobroduszny. Ale jak każda odosobniona miejscowość, której społeczność od lat żyje sama ze sobą, wśród tych samych twarzy, i w której każdy zna innych na wylot, kryje w sobie sekrety, znane wyłącznie miejscowym. A ci gotowi są bronić i chronić ich do ostatniej kropli krwi. Bywa, że te tajemnice są niewinne, nawet błahe, przynajmniej z perspektywy obcego przybysza nic nieznaczące. Jednak bywa, że są to mroczne i smutne sekrety, ukrywane od lat przed oczami ciekawskich. Często zaskakujące i straszne. Takie, które doprowadziły do krzywdy wielu niewinnych osób.

Właśnie taką historię opowiada w „Dziewczynie ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman. Wszystko zaczyna się morderstwem. My, czytelnicy, jesteśmy świadkami okrutnej zbrodni wyrządzonej na młodej dziewczynie. Mężczyźnie udaje się ukryć ciało i bezpiecznie uciec, nie zwracając niczyjej uwagi. Jest środek typowej szwedzkiej zimy, prawie dwadzieścia stopni mrozu. Na dodatek trwa sylwestrowy wieczór i większość mieszkańców spędza ten czas w domach ze znajomymi i rodziną. Nie trzeba martwić się o niewygodnych świadków. Tak wstępnie zarysowuje się fabuła powieści, której główna bohaterka Magdalena Hansson, dziennikarka, która po latach wraca w rodzinne strony, próbuje zrozumieć i rozwikłać tajemnice dręczące Hadfors.

Nie przez przypadek bohaterka jest mieszkańcem powracającym, kobietą od dziecka znaną i lubianą w społeczności.  W ten sposób jest „swoja” od zawsze i nie musi wkupywać się od nowa w łaski miejscowych. Jej powrót nikogo nie dziwi, tym bardziej w jej życiowej sytuacji. Nie musi niczego nikomu udowadniać, wszystko jest dokładnie tak jak dawniej, a przynajmniej tak się jej z początku wydaje. Gdy na własną rękę rozpoczyna dziennikarskie śledztwo zaczyna odkrywać, że nie wszystko w Hadfors jest takie idealne i spokojne, jak myślała z początku i prawdopodobnie nigdy do końca takie nie było. Jednocześnie, Magdalena czuje się silnie związana z tym małym światkiem i po części rozumie motywacje swoich współmieszkańców.

Ninni Schulman dotknęła w powieści tematu, który pisarze szwedzkich kryminałów bardzo często wspominają w swoich książkach. A mianowicie: nielegalnego handlu ludźmi, a dokładnie kobietami z krajów Europy wschodniej. Co za tym idzie prostytucji, przemocy wobec kobiet i wielkiej skali tego zjawiska, traktowanego jako intratny biznes i dodatkowa, prowadzona na boku działalność. Autorka była świadkiem procesu, jaki miał miejsce właśnie w Hadfors, a który dotyczył zmuszania nastolatek z Mołdawii do prostytuowania się przez jednego z miejscowych. I chociaż fabuła „Dziewczyny…” jest jedynie luźno oparta na tej sprawie, to przeraża sama świadomość zbrodni „prawie doskonałych”, tej gry pozorów i podwójnego życia sielankowego miasteczka.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny portret miasteczka i jego mieszkańców, którzy szczelnie ukrywają się za perfekcyjnie zbudowanymi fasadami. Panuje między nimi zmowa milczenia. Odwracają wzrok od tego co mogłoby zwrócić uwagę obcych, więc wypierają to za wszelką cenę i udają, że nie istnieje. Byle nie skompromitować siebie, swojej rodziny i przyjaciół w oczach reszty świata. Niepotrzebny jest rozgłos, a ciekawość może jedynie prowadzić do ujawnienia prawdziwego stanu rzeczy. Dla nich to codzienność. Normalność i nie widzą w tym nic złego. W końcu robią to, by chronić najbliższych. Ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

Wymiar społeczny ukazany przez Schulman w powieści jest najważniejszym jej aspektem. Realia szwedzkiej prowincji ukazane strona po stronie rysują prawdę na temat mieszkańców Hadfors. Miejsca, w którym przemoc wobec kobiet jest na porządku dziennym. I to nie tylko ta związana ze handlem ludźmi, czy prostytucją. Gdzie zastraszanie lub „delikatna” perswazja dają lepsze rezultaty niż zwykła, szczera rozmowa. Gdzie kryzys dotarł tak samo, jak do reszty kraju. Miasteczka na wskroś szwedzkiego, w którym króluje ukryta depresja i pragnienie ucieczki jak najdalej od czujnych oczu sąsiadów, od lat powielanych schematów i zastoju kulturowego.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny szwedzki kryminał. Ninni Schulman zadbała o realia i perfekcyjne dopracowanie swoich bohaterów. Jak to w Szwecji bywa, nie ma tu niczego na wyrost. Atmosfera jest mroźna, surowa i prosta. Nikt niepotrzebnie się nie wypowiada. Każda akcja podejmowana jest metodycznie i bardzo konkretnie.  Najważniejszy jednak jest realizm tej opowieści. Przeraża, że została oparta na faktach i to nadaje jej dodatkowego elementu, który sprawia, że nie można się od niej oderwać. I w końcu ostrzega nas, by zawsze być ostrożnym i nie dać zwieść się pozorom, bo prawda może nas w każdej chwili nieprzyjemnie zaskoczyć.

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum Lucky McKee

Bombla_NotSam2

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tożsamością człowieka? Nad tym, kim człowiek jest, tam  głęboko w środku? Co świadczy o byciu tą, a nie inną osobą? Czy kieruje nami ciało, czy może umysł? Gdzie leży ta cienka granica pomiędzy naszą osobowością a tożsamością? Czy jest pomiędzy nimi jakaś konkretna różnica? Te i wiele innych filozoficznych pytań może zadać sobie czytelnik po lekturze najnowszej noweli Jacka Ketchuma napisanej wspólnie z Luckym McKee, zatytułowanej „I’m Not Sam” (tak naprawdę noweli „I’m Not Sam” i epilogu „Who’s Lilly?” wydanych pod jednym wspólnym tytułem).

Jack Ketchum to pisarz wyjątkowy. Zawsze kontrowersyjny. Przywołuje na papierze najniższe ludzkie instynkty. Opisuje nasze najgorsze lęki. Zbrodnie, o których boimy się nawet mówić na głos, a co dopiero o nich czytać. Ten pisarz bawi się naszym strachem i jest w tym przerażająco dobry. A kim jest Lucky McKee? McKee to reżyser, scenarzysta i dobry przyjaciel Ketchuma, z którym wielokrotnie współpracował przy filmowych adaptacjach powieści takich jak „Kobieta” (trzecia pozycja cyklu „Poza Sezonem”) czy „Red”, często współtworząc także ich fabułę. „I’m not Sam” z początku miała być jedynie scenariuszem, jednak podobnie jak w poprzednich przypadkach historia rozwinęła się na tyle, by ostatecznie stać się pełną książką.

„I’m Not Sam”, czyli „Nie jestem Sam” (nowela nieprzetłumaczona jeszcze na język polski), wydana została pod koniec 2012 roku, z miejsca podbijając serca fanów i jednocześnie wywołując liczne dyskusje na temat moralności. Bo widzicie, „I’m Not Sam” to historia wyjątkowo kontrowersyjna, poruszająca temat etycznie i filozoficzne trudny. Taki, który nie do końca można nawet wytłumaczyć, bo dotyczący tego, co w człowieku najbardziej tajemnicze. Najtrudniejsze do prostego opisania i sklasyfikowania. A mowa tu o ludzkiej tożsamości.

„I’m Not Sam” to prosta opowieść napisana przystępnym, łatwym do zrozumienia językiem. Nie ma tu zagmatwanych metafor, nie ma niezrozumiałej symboliki. A jednak Ketchum i McKee potrafili sprawić, że aż strach powrócić do tej historii. I jednocześnie ciężko o niej zapomnieć.

Czytelnik ma przed sobą małżeńską sielankę. Samantha (zdrobniale Sam) i jej mąż Patrick żyją ze sobą już od ośmiu lat. Są parą doskonałą. Oboje znają siebie na wylot. Znają wszystkie swoje sekrety. Swoje najskrytsze pragnienia. Swoje ciała i charaktery. Nie mają przed sobą żadnych tajemnic, bo nigdy nie było potrzeby ukrywania czegokolwiek. Każde z nich ma wyjątkową pracę: Sam jest patologiem, której specjalizacją są najgorsze kryminalne przypadki, czyli gwałty, samobójstwa czy brutalne morderstwa; natomiast Patrick to twórca serii krwawych komiksów. Mieszkają w dużym domu na przedmieściach i tam wspólnie dzielą swoje szczęście.

Idylla kończy się jednak pewnej nocy, po pełnym namiętnej miłości wieczorze. Patricka budzi ciche pochlipywanie. Całkowicie zaspany, nie potrafi rozpoznać głosu. Szloch pochodzi od dziecka, nie dorosłej osoby. Jego szok jest tym większy, kiedy w rogu sypialni dostrzega swoją żonę, całkowicie nagą, z wyrazem zagubienia na zapłakanej twarzy. Gdy próbuje dowiedzieć się, co takiego przydarzyło się Sam, spokojnym głosem powtarzając jej imię, ni stąd ni zowąd kobieta wykrzykuje I’m Not Sam! i podaje swoje „prawdziwe” imię, czyli Lilly. Z początku Patricka nachodzi konsternacja i niedowierzanie… A chwilę potem atakuje go wielki strach.

W ciągu kilku chwil Sam staje się Lilly – małą, wystraszoną, pięcioletnią dziewczynką uwięzioną w ciele dorosłej kobiety. Jej zachowanie zmienia się diametralnie. Sepleni, nie umie prawidłowo budować zdań złożonych, jedyne, czego pragnie, to zabawki i słodycze, podobnie jak prawie każda dziewczynka w tym wieku. Lekarze nie potrafią znaleźć racjonalnej przyczyny problemu. Nie ma żadnych konkretnych fizycznych objawów poza zmianą samego zachowania. Podejrzewają rozdwojenie jaźni albo, ku przerażeniu Patricka, syndrom osobowości mnogiej.

W tym czasie Patrick z kochającego, namiętnego męża musi zamienić się w kogoś na kształt ojca. Im dłużej Sam trwa w tym dziwnym, dziecięcym stanie, tym bardziej krępująca staje się sytuacja w domu. Bo przecież jej ciało nie potrafi kłamać. Jest dorosłą kobietą, której umysł „uprowadził” jej prawdziwe „ja”. Jej wizja samej siebie (czym wyraża się ludzka tożsamość) jest zaburzona i zablokowana – Sam nie umie walczyć o jej odzyskanie. Zwyczajnie „stała się” Lilly i nic nie można na to poradzić. Tylko w jaki sposób ma ją traktować jej własny mąż? Czy zachowanie Sam sprawiło, że faktycznie zmieniła się w jego oczach (i w oczach czytelnika) w małą dziewczynkę? By się przekonać, trzeba zrobić to, co najpotworniejsze. Trzeba poświęcić moralność.

„I’m Not Sam” to opowieść, o której nie łatwo zapomnieć. Ketchumowi i McKee udało się naruszyć tabu. Zachwiać pewną granicą. Wzburzyć czytelnikami. Wzniecić pytania i niezdrową ciekawość o to, jak daleko sięga nasza moralność, jak bardzo gotowi jesteśmy nagiąć nasze systemy etyczne. Nie znajdziemy w tej historii konkretnych odpowiedzi. Nie przeżyjemy wewnętrznego oświecenia. Zostaniemy sami ze swoimi myślami. Jedni po lekturze będą zszokowani, inni zagubieni, a jeszcze kolejni zawstydzeni akceptacją tego, co się wydarzyło. Jedno jest pewne: ta historia żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 25 maja, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Panika” Graham Masterton

Bombla_Panika

Brytyjski filozof, Francis Bacon, napisał przed laty, że „Niektóre książki należy próbować, inne połykać, a jeszcze inne trzeba żuć i trawić.” Do tego podziału dodałabym, już od siebie, jeszcze jeden rodzaj, a mianowicie takie, które powodują silną niestrawność, przewracając się godzinami w żołądku. Nikt nie lubi trafiać na fatalne historie, ale niestety czasami można wpaść w pułapkę i nie zauważyć co kryje się za dobrze napisaną zapowiedzią, czy marketingowo ustawioną reklamą. Taką niestrawną, złą powieścią, typową bukową padliną jest najnowsze „dzieło” Grahama Mastertona zatytułowane „Panika”. A zapowiadało się naprawdę ciekawie…

„Panika”, której oryginalnego tytułu nie jestem pewna, gdyż na stronach zagranicznych brzmi „Forest Ghost”, a na okładce polskiego wydania dosłownie „The Panic”, była dostępna w naszych księgarniach zanim jeszcze pojawiła się na światowym rynku. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę polskich wielbicieli autora – fabuła opiera się niemal w całości na chicagowskiej Polonii i Polsce – ale ostatecznie wygląda to tak, jakby nasze wydawnictwa dostały wersję roboczą tekstu, na szybko do przetłumaczenia i puszczenia w obieg, przeznaczoną do promocji. Sam Graham Masterton w wywiadach dotyczących „Paniki” próbował zaintrygować opowiadając, jak to Polacy mają taką fascynującą historię, mitologię i piękne tereny, że nic tylko czerpać z tego garściami. Ucieszyłam się. Zabrzmiało to trochę, jak „swego nie znacie, cudze chwalicie”, ale faktycznie, tyle w naszym polskim folklorze jest ciekawostek, że niejednego twórcę horrorów można by tym wykarmić. I na tym skończyła się radość. Coś co miało olbrzymi potencjał i pierwotnie zapowiadało się na świetną historię o demonach, okazało się być bardzo słabą opowiastką bez ładu i składu. Do tego trochę dla Polaków obraźliwą.

Głównym bohaterem „Paniki” jest Jack Wallace – właściciel świetnie prosperującej polskiej restauracji, w polskiej dzielnicy na przedmieściach Chicago. Jack ma polskie korzenie, jego dziadkowie byli Polakami i uciekli do Stanów na początku drugiej wojny światowej. Jest wdowcem i sam wychowuje dwunastoletniego syna, chłopca cierpiącego na zespół Aspergera, Sparky’ego.  Jak każde stereotypowe dziecko cierpiące na ten specyficzny rodzaj autyzmu Sparky ma „niezwykłe” umiejętności  – potrafi przewidzieć przyszłość tworząc mapy nieba i czytając z gwiazd. Jak by tego było mało, chłopiec jest dziwny, nadzwyczaj inteligentny i niezwykle dojrzały. Gdy jego przyjaciel Malcolm popełnia samobójstwo wraz ze wszystkimi uczestnikami skautowskiego obozu, Sparky wie o tym, zanim jego ojciec przekazuje mu nowiny. Co więcej przekonany jest, że potrafi, z pomocą swoich kart nieba, rozwiązać tego makabrycznego wydarzenia.

W takiej sytuacji kolejnym „logicznym” krokiem jest sprawienie, by ten „specyficzny” chłopiec znalazł się na miejscu masowego samobójstwa i zbadał sprawę naocznie. Przynajmniej według Mastertona. Aż szkoda opowiadać dalszy ciąg, ale w końcu, dzięki równie sensownie powiązanym wątkom, bohaterowie trafiają do Polski i Puszczy Kampinoskiej. Tam również miały miejsce podobne wydarzenia, podczas wojny, gdy osaczeni lasem żołnierze podrzynali sobie gardła i nadziewali się sami na swoje bagnety. Atmosfera zagęszcza się i gmatwa, a ostateczne rozwiązanie zagadki, które miało być najpewniej niesamowitym twistem. jest jedynie kolejnym absurdem nie trzymającym się kupy.

Fabuła „Paniki” to kilka bezsensownie posklejanych wątków, które dla każdego często sięgającego do książek czytelnika od razu wydadzą sie nielogiczne, sztuczne i wymuszone. Bohaterowie nie pasują w ogóle do tej opowieści, bo nijak mieliby łączyć się z tą historią. Do tego są po prostu całkowicie nierealistyczni i trudno się z nimi w jakikolwiek sposób utożsamić, czy brać ich motywacji na poważnie. Widać, ze autor chciał zrobić przyjemność Polakom, niestety wyszła mu z tego parodia i pełen zestaw polskich stereotypów. Dla przykładu, jeśli Polonia w Chicago, to oczywistym jest, że zarówno kobiety jak mężczyźni pożywiają się jedynie gołąbkami, bigosem i pierogami. Wolne chwile spędzają pijąc piwo przed telewizorem (wersja męska) lub chodząc do wróżki (wersja damska), a na starość ich główną rozrywką jest ogólnie pojęta integracja typu uczęszczanie na pokazy tańców ludowych z ich rodzinnych stron lub, dla starszych dam o hrabiowskich korzeniach, śledzenie dziejów i drzewa genealogicznego swoich przodków. Natomiast w Polsce zawsze do wszystkiego pijemy wódkę (lub wyjątkowo prostego drinka – mieszankę wódki z tonikiem jeśli jesteśmy płci żeńskiej), nasi policjanci śmierdzą alkoholem i papierosami,  a do tego jesteśmy wyjątkowo prości w obejściu.

Na początku wspomniałam o dziwnym stylu tej książki, tak jakby powieść wciąż była w wersji roboczej i taka trafiła do tłumaczenia, o którym za chwilę. Zdania są proste. Bardzo proste. Często się powtarzają i brzmią nienaturalnie, biorąc pod uwagę kontekst i wydarzenia. Składnia miejscami bywa dziwna, pocięta i również sztuczna. Ale to może być już wina samego tłumacza, którego wykonaną tu pracę oceniam na mocno średnią. Rozumiem pośpiech, dużą liczbę zleceń i ogólne znudzenie formą, ale są pewne podstawowe zasady, których dobry tłumacz, szczególnie ten od przekładów, powinien się trzymać i pilnować. Chociażby nazwy własne i tytuły, które w popkulturze istnieją od dawna i są po prostu powszechnie znane i nie do podmienienia. GTA, to nie „Wielki złodziej samochodów”, ale seria Grand Theft Auto, której nazwa zaczerpnięta jest z policyjnego żargonu, dosłownie oznacza „kradzież pojazdu zmotoryzowanego”, a w tym przypadku jest nieprzetłumaczalna! Two and a Half Men, to po polsku Dwóch i Pół, a nie – „Dwóch i pół mężczyzny”! Nie wspominając nawet o  nowym, równie dosłownym tytule Niekończącej się opowieści (Neverending Story), który brzmi „Niekończąca się historia”… Takich językowych smaczków w „Panice” jest mnóstwo i można się nadziać co kilka stron.

Podsumowując, nowa powieść Grahama Mastertona to niewypał, zarówno pod względem historii, jak i jej formy. Jest słabo napisana i słabo przetłumaczona, jakby na kolanie, na szybko, bo trzeba zdążyć przed premierą angielską i amerykańską. Wielka szkoda, bo były i dobre chęci i ciekawy pomysł na nowatorską fabułę. Z góry uprzedzę wszystkich, którzy będą próbowali tłumaczyć to wszystko „pulpowością” twórczości Mastertona, bo z pulp horrorem nie ma to nic wspólnego. Nie polecam. A nawet odradzam.

O.