„Night Film” Marisha Pessl

Bombla_NightFilm

 

„Mortal fear is as crucial a thing to our lives as love. It cuts to the core of our being and shows us what we are. Will you step back and cover your eyes? (…) Will you curl up with your eyes closed and die? Or can you fight your way out of it and fly?”

Stanislas Cordova

Wielu czytelników marzy, by choć raz znaleźć się w jednym z książkowych światów. Magicznie przenieść się i zostać współtowarzyszem bohaterów opowieści. Gorzej jednak, gdy tą opowieścią jest mroczny, miejski thriller. Kryminał z tajemnicą i morderstwem w tle. Tym bardziej, gdy historia w nim przedstawiona nie tylko wciąga czytelnika do swojego świata, ale sama wychodzi do niego i płynnie integruje się z naszą rzeczywistością. Koncepcja augmented reality, czyli rzeczywistości rozszerzonej, rzadko bywa wykorzystywana w promowaniu literatury. Mogłoby się wydawać, że akurat w promocji książki taka kampania wcale nie musi się sprawdzić, a jednak w przypadku najnowszej, długo wyczekiwanej powieści Marishy Pessl zatytułowanej „Night Film” sprawiła, że snuta opowieść stała się pełniejsza i na swój sposób wielowymiarowa.

Fabuła „Night Film” to doskonała mieszanka thrillera z elementami horroru, sensacji i klasycznej powieści kryminalnej, a wszystko w nowoczesnym duchu rzeczywistości wirtualnej. Historia rozpoczyna się tajemniczą śmiercią Ashley Cordovy – dwudziestoczteroletniej córki Stanislasa Cordovy, znanego reżysera filmów grozy. Stanislas Cordova od ponad trzydziestu lat nie był widziany publicznie. Nie udziela wywiadów, wydaje się, że zakończył działalność filmową,  a jego życie i wszystko co go otacza owiane jest tajemnicą. Nie wiadomo jak reżyser aktualnie wygląda, nie można być nawet pewnym tego, czy jeszcze żyje. Wiadomo, że Ashley, utalentowana pianistka, była jego ukochaną córką, a jej samobójcza, niewyjaśniona śmierć nadaje całości dodatkowego, niepokojącego czynnika.

Zanim „Night Film” trafiło na księgarskie półki i do wirtualnej sprzedaży, w Internecie pojawił się filmowy zwiastun, w którym młoda dziewczyna znika w ciemnych, wilgotnych nowojorskich podziemiach, ścigana przez zamaskowanego napastnika. Na ścianach można dojrzeć namalowane sprayem znaki,  odbicia twarzy i fragmenty tekstu, a wszystko to przerażające w swoim niedopowiedzeniu. Jakiś czas później pojawił się wywiad ze znanym filmoznawcą, który opowiada o filmach Stanislasa Cordovy – kontrowersyjnego reżysera, który w swoich filmach przekracza granice strachu. Wywiad urywa się nagle, gdy pada pytanie o wyniki śledztwa, jakie przeprowadził dziennikarz Scott McGrath, a które dotyczyło śmierci Ashley. Wypuszczono także archiwalne plakaty najbardziej znanych dzieł Cordovy takich jak „The Legacy”, „Isolate 3”, czy „Small Evil”. Znalazły się również fragmenty przesłuchań aktorek i nagranie z ulicznej kamery video, na której przez krótki moment, najprawdopodobniej widać sylwetkę reżysera wyłaniającego się z mroku.

Kolejnymi elementami dość nietypowymi, które wykorzystała Marisha Pessl w stworzeniu swojej opowieści, a za które jest często krytykowana, to wtłoczenie w tekst m.in. kopii raportów policyjnych, zdjęć, wycinków wywiadów, artykułów i internetowych screenów, nie tylko uzupełniających fabułę, ale kreujących ją na takim samym poziomie, jak język. Wszystko to, by dać czytelnikowi złudzenie realności, namiastki prawdziwości świata i dać wzgląd we wszystko to, co widzą bohaterowie. Pozwala to samemu wyciągnąć wnioski, czy odnaleźć ukryte wskazówki. Można odnieść wrażenie, że granica pomiędzy naszym światem, a  tym z kart powieści zamazuje się, by każdy mógł na własną rękę znaleźć odpowiedzi na najważniejsze, nękające go od początku śledztwa pytania.

Chociaż Ashley i jej samobójcza śmierć stanowią element zapalny całej fabuły i napędzają następujące wydarzenia, to osobą którą śledzimy przez cały czas i odkrywamy kolejne kroki jest tak naprawdę Stanislas Cordova.  „He’s a myth, a monster, a mortal man.” („Jest mitem, potworem, śmiertelnikiem.”) Człowiek, który od samego początku tworzy własną legendę. Nazywany jest filmowym geniuszem i niedoścignionym mistrzem, którego dzieła wciąż żyją, pomimo iż on sam oficjalnie zakończył działalność i wycofał się w jeszcze bardziej nieprzebrany mrok. Jego najwięksi miłośnicy, na wzór swojego idola, ukrywają się z seansami filmów Cordovy, uznanymi za tak potworne, że wycofanymi z legalnego obiegu. Trzymają się na uboczu, chroniąc tożsamość, dbając o anonimowość, jedynie podsycając plotki na temat życia i działalności reżysera.

Filmy, tak okrutne i obnażające prawdziwą naturę człowieka, również tworzył w odosobnieniu, na strzeżonym terenie wielohektarowej posiadłości The Peak, którą odciął od zewnętrznego świata i wyposażył tak, by stać się całkowicie samowystarczalnym. W poznaniu Cordovy nie pomaga fakt, iż w jego otoczeniu wszystko i wszyscy rozmywają się. Każdy kto brał udział w produkcji jego filmów, zaraz po ukończeniu stawał się nieuchwytny, jak sam reżyser. Co więcej, często kończył pracę w przemyśle filmowym i znikał lub odchodził, by rozpocząć nowe życie, jako inna osoba. Mówiono, że jego wpływ na aktorów był tak brutalnie niesamowity i tak silny, że konfrontowani z samymi sobą, po ukończeniu scen przypominali raczej wyssane do cna skorupy, niż ludzi, którymi byli dawniej. Porównywano go do wampira, który karmi się energią innych i wysysa współpracowników do ostatniej kropli.

Gra w jego filmach, jak samo przebywanie w jego otoczeniu stanowiła nie lada wyzwanie. Stanislas Cordova kierował się zasadą życia ponad wszystko. Wgryzania się w nie i wykorzystywania aż po same kości lub głębiej. Penetrowania głębin, odkrywania najciemniejszych zakamarków duszy człowieka, eksplorowania tego, czego boimy się najbardziej. To wszystko w całkowitej samotności. W odosobnieniu. Dla niego nie istniały żadne ograniczenia – wszystkiego trzeba poznać na własnej skórze, doznać najgorszego, by, nawet jeśli pozostawiłoby to na zawsze blizny, przekroczyć nieprzekraczalne i wynieść z tego doświadczenia nową lekcję. Tylko wtedy życie ma jakiś sens i tylko wtedy życie ma prawdziwy smak. Co więcej to od nas zależy, czy zdecydujemy się w pełni skorzystać  z okazji, jakie nam oferuje, czy poświęcić ten czas na płytkie, „zwyczajne” doznania – „Sovereign. Deadly. Perfect.”

Świat Stanislava Cordovy i jego filmów to skomplikowana łamigłówka, na którą składają się miejskie legendy, magia kina, miraż produkcji filmowych, światek aktorów, życie reżysera i jego relacje z bliskimi. Czynnik ludzki zostaje zaburzony przez ten diabelski i plotkarki, często o wiele bardziej przez nas zrozumiały niż prawdziwa, namacalna rzeczywistość. Bywa, że o wiele łatwiej jest uwierzyć w to, co najbardziej iluzoryczne, bo prawda nie tylko może nas zawieść, ale sprawić, że przestaniemy wierzyć w to co niecodzienne i magiczne. Lepiej dać się ponieść, tak jak bohaterowie „Night Film”, ponad rozum, ponad ziemię, ponad niebo, życie i śmierć. Ponad to co zwyczajne i typowe. Stać się legendą, postawić wszystko na jedną kartkę i dotrzeć w mroczne otchłanie, za głosem Cordovy, za nęcącym z ciemności głosem syren.

O.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman

Bombla_DziewczynaZeSniegiem

Szwecja. To dziwne miejsce. Już kiedyś napisałam to zdanie, przy okazji „[geim]” Andersa de la Motte i szwedzkiego umiłowania zbrodni. Wciąż uważam je za jak najbardziej aktualne i świetnie określające atmosferę tego północnego kraju. O ile powieść „[geim]”, podobnie jak trylogia Millenium Stiega Larssona opowiadały przede wszystkim o zbrodniach typowo miejskich, których akcja działa się w szwedzkich metropoliach, o tyle powieść „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman za miejsce fabuły obrała sobie Hadfors – małe miasteczko na północy kraju. Oczywiście niezupełnie przypadkowo. Autorka oparła swoją historię, przynajmniej po części, na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce właśnie tam, w 2001 roku.

Sami wiecie jak to bywa z małymi miasteczkami. Tym bardziej takimi odizolowanymi. Na uboczu. Gdzieś w środku lasu. Na pierwszy rzut oka wydają się być enklawami spokoju. Panująca wokół cisza, z dala od zgiełku miejskiego życia i uśmiechnięte twarze mieszkańców stwarzają pozory małego raju na ziemi. Każdy wydaje się być pomocny, otwarty i taki… dobroduszny. Ale jak każda odosobniona miejscowość, której społeczność od lat żyje sama ze sobą, wśród tych samych twarzy, i w której każdy zna innych na wylot, kryje w sobie sekrety, znane wyłącznie miejscowym. A ci gotowi są bronić i chronić ich do ostatniej kropli krwi. Bywa, że te tajemnice są niewinne, nawet błahe, przynajmniej z perspektywy obcego przybysza nic nieznaczące. Jednak bywa, że są to mroczne i smutne sekrety, ukrywane od lat przed oczami ciekawskich. Często zaskakujące i straszne. Takie, które doprowadziły do krzywdy wielu niewinnych osób.

Właśnie taką historię opowiada w „Dziewczynie ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman. Wszystko zaczyna się morderstwem. My, czytelnicy, jesteśmy świadkami okrutnej zbrodni wyrządzonej na młodej dziewczynie. Mężczyźnie udaje się ukryć ciało i bezpiecznie uciec, nie zwracając niczyjej uwagi. Jest środek typowej szwedzkiej zimy, prawie dwadzieścia stopni mrozu. Na dodatek trwa sylwestrowy wieczór i większość mieszkańców spędza ten czas w domach ze znajomymi i rodziną. Nie trzeba martwić się o niewygodnych świadków. Tak wstępnie zarysowuje się fabuła powieści, której główna bohaterka Magdalena Hansson, dziennikarka, która po latach wraca w rodzinne strony, próbuje zrozumieć i rozwikłać tajemnice dręczące Hadfors.

Nie przez przypadek bohaterka jest mieszkańcem powracającym, kobietą od dziecka znaną i lubianą w społeczności.  W ten sposób jest „swoja” od zawsze i nie musi wkupywać się od nowa w łaski miejscowych. Jej powrót nikogo nie dziwi, tym bardziej w jej życiowej sytuacji. Nie musi niczego nikomu udowadniać, wszystko jest dokładnie tak jak dawniej, a przynajmniej tak się jej z początku wydaje. Gdy na własną rękę rozpoczyna dziennikarskie śledztwo zaczyna odkrywać, że nie wszystko w Hadfors jest takie idealne i spokojne, jak myślała z początku i prawdopodobnie nigdy do końca takie nie było. Jednocześnie, Magdalena czuje się silnie związana z tym małym światkiem i po części rozumie motywacje swoich współmieszkańców.

Ninni Schulman dotknęła w powieści tematu, który pisarze szwedzkich kryminałów bardzo często wspominają w swoich książkach. A mianowicie: nielegalnego handlu ludźmi, a dokładnie kobietami z krajów Europy wschodniej. Co za tym idzie prostytucji, przemocy wobec kobiet i wielkiej skali tego zjawiska, traktowanego jako intratny biznes i dodatkowa, prowadzona na boku działalność. Autorka była świadkiem procesu, jaki miał miejsce właśnie w Hadfors, a który dotyczył zmuszania nastolatek z Mołdawii do prostytuowania się przez jednego z miejscowych. I chociaż fabuła „Dziewczyny…” jest jedynie luźno oparta na tej sprawie, to przeraża sama świadomość zbrodni „prawie doskonałych”, tej gry pozorów i podwójnego życia sielankowego miasteczka.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny portret miasteczka i jego mieszkańców, którzy szczelnie ukrywają się za perfekcyjnie zbudowanymi fasadami. Panuje między nimi zmowa milczenia. Odwracają wzrok od tego co mogłoby zwrócić uwagę obcych, więc wypierają to za wszelką cenę i udają, że nie istnieje. Byle nie skompromitować siebie, swojej rodziny i przyjaciół w oczach reszty świata. Niepotrzebny jest rozgłos, a ciekawość może jedynie prowadzić do ujawnienia prawdziwego stanu rzeczy. Dla nich to codzienność. Normalność i nie widzą w tym nic złego. W końcu robią to, by chronić najbliższych. Ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

Wymiar społeczny ukazany przez Schulman w powieści jest najważniejszym jej aspektem. Realia szwedzkiej prowincji ukazane strona po stronie rysują prawdę na temat mieszkańców Hadfors. Miejsca, w którym przemoc wobec kobiet jest na porządku dziennym. I to nie tylko ta związana ze handlem ludźmi, czy prostytucją. Gdzie zastraszanie lub „delikatna” perswazja dają lepsze rezultaty niż zwykła, szczera rozmowa. Gdzie kryzys dotarł tak samo, jak do reszty kraju. Miasteczka na wskroś szwedzkiego, w którym króluje ukryta depresja i pragnienie ucieczki jak najdalej od czujnych oczu sąsiadów, od lat powielanych schematów i zastoju kulturowego.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny szwedzki kryminał. Ninni Schulman zadbała o realia i perfekcyjne dopracowanie swoich bohaterów. Jak to w Szwecji bywa, nie ma tu niczego na wyrost. Atmosfera jest mroźna, surowa i prosta. Nikt niepotrzebnie się nie wypowiada. Każda akcja podejmowana jest metodycznie i bardzo konkretnie.  Najważniejszy jednak jest realizm tej opowieści. Przeraża, że została oparta na faktach i to nadaje jej dodatkowego elementu, który sprawia, że nie można się od niej oderwać. I w końcu ostrzega nas, by zawsze być ostrożnym i nie dać zwieść się pozorom, bo prawda może nas w każdej chwili nieprzyjemnie zaskoczyć.

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum Lucky McKee

Bombla_NotSam2

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tożsamością człowieka? Nad tym, kim człowiek jest, tam  głęboko w środku? Co świadczy o byciu tą, a nie inną osobą? Czy kieruje nami ciało, czy może umysł? Gdzie leży ta cienka granica pomiędzy naszą osobowością a tożsamością? Czy jest pomiędzy nimi jakaś konkretna różnica? Te i wiele innych filozoficznych pytań może zadać sobie czytelnik po lekturze najnowszej noweli Jacka Ketchuma napisanej wspólnie z Luckym McKee, zatytułowanej „I’m Not Sam” (tak naprawdę noweli „I’m Not Sam” i epilogu „Who’s Lilly?” wydanych pod jednym wspólnym tytułem).

Jack Ketchum to pisarz wyjątkowy. Zawsze kontrowersyjny. Przywołuje na papierze najniższe ludzkie instynkty. Opisuje nasze najgorsze lęki. Zbrodnie, o których boimy się nawet mówić na głos, a co dopiero o nich czytać. Ten pisarz bawi się naszym strachem i jest w tym przerażająco dobry. A kim jest Lucky McKee? McKee to reżyser, scenarzysta i dobry przyjaciel Ketchuma, z którym wielokrotnie współpracował przy filmowych adaptacjach powieści takich jak „Kobieta” (trzecia pozycja cyklu „Poza Sezonem”) czy „Red”, często współtworząc także ich fabułę. „I’m not Sam” z początku miała być jedynie scenariuszem, jednak podobnie jak w poprzednich przypadkach historia rozwinęła się na tyle, by ostatecznie stać się pełną książką.

„I’m Not Sam”, czyli „Nie jestem Sam” (nowela nieprzetłumaczona jeszcze na język polski), wydana została pod koniec 2012 roku, z miejsca podbijając serca fanów i jednocześnie wywołując liczne dyskusje na temat moralności. Bo widzicie, „I’m Not Sam” to historia wyjątkowo kontrowersyjna, poruszająca temat etycznie i filozoficzne trudny. Taki, który nie do końca można nawet wytłumaczyć, bo dotyczący tego, co w człowieku najbardziej tajemnicze. Najtrudniejsze do prostego opisania i sklasyfikowania. A mowa tu o ludzkiej tożsamości.

„I’m Not Sam” to prosta opowieść napisana przystępnym, łatwym do zrozumienia językiem. Nie ma tu zagmatwanych metafor, nie ma niezrozumiałej symboliki. A jednak Ketchum i McKee potrafili sprawić, że aż strach powrócić do tej historii. I jednocześnie ciężko o niej zapomnieć.

Czytelnik ma przed sobą małżeńską sielankę. Samantha (zdrobniale Sam) i jej mąż Patrick żyją ze sobą już od ośmiu lat. Są parą doskonałą. Oboje znają siebie na wylot. Znają wszystkie swoje sekrety. Swoje najskrytsze pragnienia. Swoje ciała i charaktery. Nie mają przed sobą żadnych tajemnic, bo nigdy nie było potrzeby ukrywania czegokolwiek. Każde z nich ma wyjątkową pracę: Sam jest patologiem, której specjalizacją są najgorsze kryminalne przypadki, czyli gwałty, samobójstwa czy brutalne morderstwa; natomiast Patrick to twórca serii krwawych komiksów. Mieszkają w dużym domu na przedmieściach i tam wspólnie dzielą swoje szczęście.

Idylla kończy się jednak pewnej nocy, po pełnym namiętnej miłości wieczorze. Patricka budzi ciche pochlipywanie. Całkowicie zaspany, nie potrafi rozpoznać głosu. Szloch pochodzi od dziecka, nie dorosłej osoby. Jego szok jest tym większy, kiedy w rogu sypialni dostrzega swoją żonę, całkowicie nagą, z wyrazem zagubienia na zapłakanej twarzy. Gdy próbuje dowiedzieć się, co takiego przydarzyło się Sam, spokojnym głosem powtarzając jej imię, ni stąd ni zowąd kobieta wykrzykuje I’m Not Sam! i podaje swoje „prawdziwe” imię, czyli Lilly. Z początku Patricka nachodzi konsternacja i niedowierzanie… A chwilę potem atakuje go wielki strach.

W ciągu kilku chwil Sam staje się Lilly – małą, wystraszoną, pięcioletnią dziewczynką uwięzioną w ciele dorosłej kobiety. Jej zachowanie zmienia się diametralnie. Sepleni, nie umie prawidłowo budować zdań złożonych, jedyne, czego pragnie, to zabawki i słodycze, podobnie jak prawie każda dziewczynka w tym wieku. Lekarze nie potrafią znaleźć racjonalnej przyczyny problemu. Nie ma żadnych konkretnych fizycznych objawów poza zmianą samego zachowania. Podejrzewają rozdwojenie jaźni albo, ku przerażeniu Patricka, syndrom osobowości mnogiej.

W tym czasie Patrick z kochającego, namiętnego męża musi zamienić się w kogoś na kształt ojca. Im dłużej Sam trwa w tym dziwnym, dziecięcym stanie, tym bardziej krępująca staje się sytuacja w domu. Bo przecież jej ciało nie potrafi kłamać. Jest dorosłą kobietą, której umysł „uprowadził” jej prawdziwe „ja”. Jej wizja samej siebie (czym wyraża się ludzka tożsamość) jest zaburzona i zablokowana – Sam nie umie walczyć o jej odzyskanie. Zwyczajnie „stała się” Lilly i nic nie można na to poradzić. Tylko w jaki sposób ma ją traktować jej własny mąż? Czy zachowanie Sam sprawiło, że faktycznie zmieniła się w jego oczach (i w oczach czytelnika) w małą dziewczynkę? By się przekonać, trzeba zrobić to, co najpotworniejsze. Trzeba poświęcić moralność.

„I’m Not Sam” to opowieść, o której nie łatwo zapomnieć. Ketchumowi i McKee udało się naruszyć tabu. Zachwiać pewną granicą. Wzburzyć czytelnikami. Wzniecić pytania i niezdrową ciekawość o to, jak daleko sięga nasza moralność, jak bardzo gotowi jesteśmy nagiąć nasze systemy etyczne. Nie znajdziemy w tej historii konkretnych odpowiedzi. Nie przeżyjemy wewnętrznego oświecenia. Zostaniemy sami ze swoimi myślami. Jedni po lekturze będą zszokowani, inni zagubieni, a jeszcze kolejni zawstydzeni akceptacją tego, co się wydarzyło. Jedno jest pewne: ta historia żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 25 maja, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Panika” Graham Masterton

Bombla_Panika

Brytyjski filozof, Francis Bacon, napisał przed laty, że „Niektóre książki należy próbować, inne połykać, a jeszcze inne trzeba żuć i trawić.” Do tego podziału dodałabym, już od siebie, jeszcze jeden rodzaj, a mianowicie takie, które powodują silną niestrawność, przewracając się godzinami w żołądku. Nikt nie lubi trafiać na fatalne historie, ale niestety czasami można wpaść w pułapkę i nie zauważyć co kryje się za dobrze napisaną zapowiedzią, czy marketingowo ustawioną reklamą. Taką niestrawną, złą powieścią, typową bukową padliną jest najnowsze „dzieło” Grahama Mastertona zatytułowane „Panika”. A zapowiadało się naprawdę ciekawie…

„Panika”, której oryginalnego tytułu nie jestem pewna, gdyż na stronach zagranicznych brzmi „Forest Ghost”, a na okładce polskiego wydania dosłownie „The Panic”, była dostępna w naszych księgarniach zanim jeszcze pojawiła się na światowym rynku. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę polskich wielbicieli autora – fabuła opiera się niemal w całości na chicagowskiej Polonii i Polsce – ale ostatecznie wygląda to tak, jakby nasze wydawnictwa dostały wersję roboczą tekstu, na szybko do przetłumaczenia i puszczenia w obieg, przeznaczoną do promocji. Sam Graham Masterton w wywiadach dotyczących „Paniki” próbował zaintrygować opowiadając, jak to Polacy mają taką fascynującą historię, mitologię i piękne tereny, że nic tylko czerpać z tego garściami. Ucieszyłam się. Zabrzmiało to trochę, jak „swego nie znacie, cudze chwalicie”, ale faktycznie, tyle w naszym polskim folklorze jest ciekawostek, że niejednego twórcę horrorów można by tym wykarmić. I na tym skończyła się radość. Coś co miało olbrzymi potencjał i pierwotnie zapowiadało się na świetną historię o demonach, okazało się być bardzo słabą opowiastką bez ładu i składu. Do tego trochę dla Polaków obraźliwą.

Głównym bohaterem „Paniki” jest Jack Wallace – właściciel świetnie prosperującej polskiej restauracji, w polskiej dzielnicy na przedmieściach Chicago. Jack ma polskie korzenie, jego dziadkowie byli Polakami i uciekli do Stanów na początku drugiej wojny światowej. Jest wdowcem i sam wychowuje dwunastoletniego syna, chłopca cierpiącego na zespół Aspergera, Sparky’ego.  Jak każde stereotypowe dziecko cierpiące na ten specyficzny rodzaj autyzmu Sparky ma „niezwykłe” umiejętności  – potrafi przewidzieć przyszłość tworząc mapy nieba i czytając z gwiazd. Jak by tego było mało, chłopiec jest dziwny, nadzwyczaj inteligentny i niezwykle dojrzały. Gdy jego przyjaciel Malcolm popełnia samobójstwo wraz ze wszystkimi uczestnikami skautowskiego obozu, Sparky wie o tym, zanim jego ojciec przekazuje mu nowiny. Co więcej przekonany jest, że potrafi, z pomocą swoich kart nieba, rozwiązać tego makabrycznego wydarzenia.

W takiej sytuacji kolejnym „logicznym” krokiem jest sprawienie, by ten „specyficzny” chłopiec znalazł się na miejscu masowego samobójstwa i zbadał sprawę naocznie. Przynajmniej według Mastertona. Aż szkoda opowiadać dalszy ciąg, ale w końcu, dzięki równie sensownie powiązanym wątkom, bohaterowie trafiają do Polski i Puszczy Kampinoskiej. Tam również miały miejsce podobne wydarzenia, podczas wojny, gdy osaczeni lasem żołnierze podrzynali sobie gardła i nadziewali się sami na swoje bagnety. Atmosfera zagęszcza się i gmatwa, a ostateczne rozwiązanie zagadki, które miało być najpewniej niesamowitym twistem. jest jedynie kolejnym absurdem nie trzymającym się kupy.

Fabuła „Paniki” to kilka bezsensownie posklejanych wątków, które dla każdego często sięgającego do książek czytelnika od razu wydadzą sie nielogiczne, sztuczne i wymuszone. Bohaterowie nie pasują w ogóle do tej opowieści, bo nijak mieliby łączyć się z tą historią. Do tego są po prostu całkowicie nierealistyczni i trudno się z nimi w jakikolwiek sposób utożsamić, czy brać ich motywacji na poważnie. Widać, ze autor chciał zrobić przyjemność Polakom, niestety wyszła mu z tego parodia i pełen zestaw polskich stereotypów. Dla przykładu, jeśli Polonia w Chicago, to oczywistym jest, że zarówno kobiety jak mężczyźni pożywiają się jedynie gołąbkami, bigosem i pierogami. Wolne chwile spędzają pijąc piwo przed telewizorem (wersja męska) lub chodząc do wróżki (wersja damska), a na starość ich główną rozrywką jest ogólnie pojęta integracja typu uczęszczanie na pokazy tańców ludowych z ich rodzinnych stron lub, dla starszych dam o hrabiowskich korzeniach, śledzenie dziejów i drzewa genealogicznego swoich przodków. Natomiast w Polsce zawsze do wszystkiego pijemy wódkę (lub wyjątkowo prostego drinka – mieszankę wódki z tonikiem jeśli jesteśmy płci żeńskiej), nasi policjanci śmierdzą alkoholem i papierosami,  a do tego jesteśmy wyjątkowo prości w obejściu.

Na początku wspomniałam o dziwnym stylu tej książki, tak jakby powieść wciąż była w wersji roboczej i taka trafiła do tłumaczenia, o którym za chwilę. Zdania są proste. Bardzo proste. Często się powtarzają i brzmią nienaturalnie, biorąc pod uwagę kontekst i wydarzenia. Składnia miejscami bywa dziwna, pocięta i również sztuczna. Ale to może być już wina samego tłumacza, którego wykonaną tu pracę oceniam na mocno średnią. Rozumiem pośpiech, dużą liczbę zleceń i ogólne znudzenie formą, ale są pewne podstawowe zasady, których dobry tłumacz, szczególnie ten od przekładów, powinien się trzymać i pilnować. Chociażby nazwy własne i tytuły, które w popkulturze istnieją od dawna i są po prostu powszechnie znane i nie do podmienienia. GTA, to nie „Wielki złodziej samochodów”, ale seria Grand Theft Auto, której nazwa zaczerpnięta jest z policyjnego żargonu, dosłownie oznacza „kradzież pojazdu zmotoryzowanego”, a w tym przypadku jest nieprzetłumaczalna! Two and a Half Men, to po polsku Dwóch i Pół, a nie – „Dwóch i pół mężczyzny”! Nie wspominając nawet o  nowym, równie dosłownym tytule Niekończącej się opowieści (Neverending Story), który brzmi „Niekończąca się historia”… Takich językowych smaczków w „Panice” jest mnóstwo i można się nadziać co kilka stron.

Podsumowując, nowa powieść Grahama Mastertona to niewypał, zarówno pod względem historii, jak i jej formy. Jest słabo napisana i słabo przetłumaczona, jakby na kolanie, na szybko, bo trzeba zdążyć przed premierą angielską i amerykańską. Wielka szkoda, bo były i dobre chęci i ciekawy pomysł na nowatorską fabułę. Z góry uprzedzę wszystkich, którzy będą próbowali tłumaczyć to wszystko „pulpowością” twórczości Mastertona, bo z pulp horrorem nie ma to nic wspólnego. Nie polecam. A nawet odradzam.

O.

„Wielki Gatsby” F. Scott Fitzgerald

Bombla_Gatsby

 

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”

Istnieją na świecie powieści, które podobno najlepiej jest przeczytać do pewnego wieku. Zanim jeszcze osiągnie się pewną wiekową granicę, która sprawi, że nie będziemy czerpać z historii takiej przyjemności jaką powinniśmy. Całe szczęście, udało mi się jeszcze przed trzydziestką zdążyć z poznaniem jednego z największych klasyków dwudziestowiecznej literatury, powieści o miłości, zdradzie i straconych złudzeniach, czyli „Wielkiego Gatsby’ego” F. Scotta Fitzgeralda. Książki, która w tym roku powróciła na szczyty list bestsellerów dzięki swojej najnowszej ekranizacji i po raz kolejny zawładnęła wyobraźnią czytelników z całego świata.

„Wielki Gatsby” („The Great Gatsby”) to opowieść niesamowita i przejmująca, która trafia do czytelnika tak dziś, jak prawie dziewięćdziesiąt  lat temu. Przepełniona symbolami, komentująca ówczesną rzeczywistość i porządek społeczny to także historia o niespełnionej miłości, ulotności marzeń i amerykańskiego snu o życiu idealnym, w pełni szczęścia. Narratorem „Wielkiego Gatsby’ego” jest Nick Carraway, młody wykształcony makler z Minnesoty, który w Nowym Yorku nabiera doświadczenia na rynku papierów wartościowych. Ma stabilną, spokojną pracę, prowadzi proste i w miarę ułożone życie kawalera, wprowadzając się do wyrafinowanej dzielnicy West Egg, na Long Island. Nick jest miły, sympatyczny i tolerancyjny. Jest szczery, ale nikogo nie ocenia, tylko obserwuje i dzięki temu towarzyska śmietanka uwielbia zwierzać mu się ze swoich sekretów.

A towarzystwo faktycznie jest wyjątkowe i ma o czym plotkować. Szalone lata dwudzieste XX wieku,   rozkwit ekonomiczny i pełna, chwilowa stabilizacja, tuż po pierwszej wojnie światowej wzmagają w ludziach, szczególnie tych z wyższych sfer, poczucie totalnego rozpasania. To czas nowych, kontrowersyjnych artystów, jazzu i lejącego się strumieniami szampana.  Pogoni za wielkim pieniądzem i… wielkim szczęściem, bez względu na poniesione koszty. Największe miasta Europy i Stanów Zjednoczonych co wieczór rozbrzmiewają gwarem, śmiechem i muzyką, trwa rozkwit kulturalny i nastaje czas bohemy.

Jednocześnie trwa obyczajowa odwilż. Dotychczasowe wartości moralne przestają mieć znaczenie, społeczeństwo zatraca się w dekadencji i upada coraz niżej. Liczy się tylko pieniądz, świecidełka i dobra, niekończąca się zabawa. Bohaterowie Fitzgeralda, tak jak jego znajomi z tamtych czasów, są rozpieszczeni, cyniczni, chciwi i pragną pławić się w sztucznym poczuciu przepychu i szczęśliwości. Wraz z ekonomicznym wzrostem rodzi się konsumpcjonizm napięty do granic możliwości, w którym pieniądze, złoto, diamenty i alkohol wydają się przepływać i rozpraszać bez końca.

Tamte postacie to ludzie około trzydziestoletni. Młodzi mężczyźni, bohaterowie wojny, która sprawiła, że wszystko co dotąd znali, ich wartości i pragnienia, obróciły się w proch, a po powrocie do domu wywołały euforyczną potrzebę nadmiaru i szaleństwa. Kobiety, które czekały z niecierpliwością na powrót narzeczonych i ukochanych, stały się księżniczkami otoczonymi wszelkim zbytkiem. Taki właśnie jest świat odmalowany ze wszystkimi szczegółami w „Wielkim Gatsbym” i towarzystwo, które przypadkiem poznaje Nick odwiedzając swoją bogatą kuzynkę Daisy Buchanan.

Daisy i jej mąż Tom są wręcz niebotycznie bogaci. W swoim własnym mniemaniu nie muszą robić już nic, bo osiągnęli wszystko co można i jedyne co im pozostało to walanie się po kanapach w ciągu dnia i wydawanie lub uczęszczanie na pełne przepychu przyjęcia u podobnych sobie ludzi. Są zblazowani i znudzeni tak sobą, jak i swoim życiem. Mają wrażenie, że widzieli już wszystko, byli wszędzie i przeżyli razem to co para mogła przeżyć.  U nich po raz pierwszy Nick słyszy plotki o swoim sąsiedzie – panu Jayu Gatsbym, który wydaje legendarne przyjęcia, tak szalone i przepełnione bogactwem jak tylko się dało w tamtych czasach, a nawet bardziej. Sam Gatsby jest równie legendarny jak jego przyjęcia, a po mieście i okolicach krążą o nim niesamowite historie, których nikt nie potrafi ani podważyć ani potwierdzić. Gatsby jest „wielki” w oczach wszystkich, bo wszyscy u niego bywają, ma największy dom, największy i najlepszy samochód, po prostu wszystko czym powinien imponować. On pierwszy zaprasza do siebie naszego narratora, dla którego żywi uczucia szczerego szacunku, bo ten nie pchał się do niego sam, tak jak wszyscy wokół, ale po prostu był jego sympatycznym sąsiadem i go obserwował, a przynajmniej tak wydaje się być z początku.

To właśnie dzięki temu zmysłowi obserwacyjnemu Nicka zauważamy, że całe to bogactwo otaczające jego wyjątkowego sąsiada to nic więcej jak maska. Fasada, skrywająca człowieka smutnego, pełnego tajemnic i ukrytej za sztucznymi uśmiechami melancholii. Gatsby tęskni za czymś zupełnie nieuchwytnym, czymś co utracił bezpowrotnie wiele lat wcześniej, zanim jeszcze został najbardziej majętnym człowiekiem w mieście.  Za swoją pierwszą i jedyną miłością – Daisy Buchanan. Nie widzieli się od pięciu lat, a jednak dla niego ta kobieta pozostaje najważniejszą istotą na ziemi, zwieńczeniem poszukiwań i wieloletniej ciężkiej pracy. Bo o ile wielu młodych mężczyzn z towarzystwa dziedziczyło fortuny po rodzicach i wielopokoleniowej wysokiej pozycji społecznej, tak twórcą sukcesu Jaya Gatsby’ego jest sam Jay Gatsby. Jego historia to ziszczenie amerykańskiego snu o karierze od pucybuta do milionera, gdzie ciężką pracą możesz wyjść na szczyt i pokonać uprzywilejowanych ich własną bronią.

Gwiazdą nakierowującą Gatsby’ego na sukces było czyste, nieskalane uczucie do Daisy, któremu towarzyszyła poczciwa wiara, że tak jak on lata czekał na nią, tak ona czekała na niego. Na jego nieszczęście stało się jednak zupełnie inaczej. Utraconej bezpowrotnie przeszłości nie da się przywrócić pragnieniem. Żadne pieniądze i bogactwa świata nie przywrócą miłości, jeśli ta miłość była jedynie chwilowa, podszyta pustym kaprysem młodości. Nie można odnaleźć nadziei tam, gdzie korupcja i libertyńskie zapędy zabiły szczere uczucia. Nie można cofnąć się w czasie i rozpocząć wszystkiego od nowa. Ciąg nieszczęśliwych wypadków, obietnic bez pokrycia i zazdrości zdradzonego serca doprowadza do tragicznego zakończenia tej opowieści o człowieku, którego życie i jego olbrzymi potencjał zostały pokonane przez pustotę i głupotę kobiety bez właściwości.

Uniwersalizm „Wielkiego Gatsby’ego ” tkwi w ideałach, do których początkowo mieli dążyć bohaterowie powieści, ale które zaginęły gdzieś po drodze, w trakcie ich niespełnionego, smutnego życia. W wartościach, które tkwią u podstawy człowieczeństwa, a które wtłoczone są w moralny system Stanów Zjednoczonych, czyli ciekawość świata, indywidualizm i dążenie do szczęścia. W szalonym pokoleniu straceńców, które od czasu do czasu odradza się, przybierając jego pomniejsze formy i dążąc ku nieuniknionej zagładzie dokładnie tak samo jak ich przodkowie sprzed lat. Próbujące dogonić przeszłość, marzenia i miłości, które dawno umarły i które nigdy już nie powrócą, pozostawiając ich pusto spoglądających na rozpadający się przed ich oczami świat pozorów i iluzji.

O.

„Piąta fala” Rick Yancey

Bombla_PiataFala

W ostatnich latach dział literatury młodzieżowej w księgarniach na całym świecie powiększył się o setki, a nawet tysiące nowych pozycji. Pisanie dla młodszej publiczności stało się modne dzięki globalnemu sukcesowi powieści typu „Zmierzch”, a z czasem na tyle popularne, że każdy pisarz, który nie wie o czym chce pisać, zabiera się za książkę o wampirach w liceum, czy wilkołakach w gimnazjum, by choć trochę zyskać na popularności. Cykl „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, w którym ukazana jest bezwampiryczna, dystopijna wizja przyszłości i sensowni, realistyczni bohaterowie pozbawieni paranormalnych zdolności, jest nie lada perełką na półkach zatłoczonych identycznymi powieściami dla młodzieży.

Nie inaczej jest z najnowszą książką Ricka Yanceya, pierwszą częścią jego nowej, apokaliptycznej trylogii, zatytułowaną „Piąta fala”. W tym wypadku stara, dobra inwazja kosmitów jest pozytywnym oderwaniem się od kopiujących paraliteracki twór Stephenie Meyer nastolatkowych historii. Tym bardziej, że sama opowieść do tematu podchodzi bardzo nowocześnie i z ciekawym fabularnym twistem. Widać, że autor miał własny pomysł na temat kosmicznego konfliktu i umiejętnie wykorzystał swoje pisarskie doświadczenie, by stworzyć coś świeżego. Miejscami można nawet rozpoznać inspiracje Yanceya, jak na przykład powieść Grega Beara „The Forge of God”, czy serial produkcji Stephena Spielberga Falling Skies.

„Piąta fala” to historia o rodzinie, sile przetrwania, wierze w ludzkość i samego człowieka. Skąd tytuł? Otóż, inwazja obcych przebiega tu etapowo, falami właśnie. Cel jest prosty: pozbyć się ludzkości, powodując jak najmniej strat dla samej planety. Pierwsza fala była potężnym impulsem elektromagnetycznym, który sprowadził na Ziemię ciemność i zniszczył sieci energetyczne. Pochłonęła około miliona ofiar.  Druga fala to wielka powódź, która unicestwiła 3 miliardy osób. Trzecia fala to zaraza, mutacja krwawej gorączki, czyli wirusa Eboli. Ta trwała najdłużej, zabijając około 97% z pozostałych czterech miliardów. Czwarta fala wciąż trwa, a jest to przebudzenie uśpionych agentów, zwanych uciszaczami. Ludzkość powoli odchodzi w zapomnienie, a ostatnie grupy niedobitków walczą o przetrwanie. Piąta fala, czyli ostateczne rozwiązanie, nadchodzi nieuchronnie. Wydaje się, że nic już nie będzie w stanie jej powstrzymać, a losy Ziemi i jej mieszkańców są przesądzone.

Akcja powieści rozgrywa się w trakcie trwania czwartej fali. Poznajemy główną bohaterkę, która jest zarazem narratorką opowieści i wprowadza nas w opustoszały, smutny świat u schyłku zagłady. Cassie ma niesamowite szczęście, o ile można w ogóle mówić o szczęściu w tych okolicznościach. Wraz z nią przetrwał jej ojciec i młodszy brat – Sam. Po śmierci mamy, którą zabił śmiercionośny wirus, rodzina wyrusza szukać schronienia w pobliskich lasach, gdzie podobno zebrała się grupa tych, co przeżyli. Niestety, inwazja sprawiła, że ludzie nie są już tacy jak przedtem. Nikomu nie należy ufać. Wybór sojuszników nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać. Ostatecznie Cassie zostaje sama. Musi walczyć. A cena jest bardzo wysoka – życie lub śmierć ukochanego braciszka. I jak się z czasem okazuje, jej i jego człowieczeństwo.

Przy tworzeniu dobrych historii dla nastolatków sprawdza się znajomość tematu i kontakt ze współczesną młodzieżą. Rickowi Yanceyowi w kreowaniu bohaterów i realistycznych relacji między nimi pomagał młodszy syn. Dzięki temu postacie, jakie poznajemy w „Piątej fali”, są wiarygodne i naturalne. Wzięte prosto z życia i ze szkolnych korytarzy. Po prostu realistyczne. Zarówno monolog Cassie, jak i dialogi między innymi bohaterami płyną wartko i płynnie. Ta płynność odbioru tekstu nie jest hamowana sztucznością, czy żenującymi słownymi wstawkami sprzed ćwierćwiecza, co często zdarza się u dojrzałych pisarzy.

Paradoksalnie to, co jest największym atutem tej powieści, jest także jej największym minusem, jeśli spojrzeć na tę historię z perspektywy dorosłego odbiorcy tekstu. Autor stworzył na tyle realistycznych bohaterów, że pozostaje nam jedynie obserwować zmagania dojrzewającej dziewczyny czy chłopaka, bez żadnych elementów, które przypasowałyby starszym czytelnikom. Opisy są proste, niezbyt szczegółowe. Sytuacja i to, co wydarzyło się na świecie, opowiedziane są w szczery, prosty sposób – bardzo uczuciowo, z dużą dawką buzujących hormonów, prosto na papier. Bez zbędnego filozofowania. Nic na wyrost, ale dokładnie tyle, żeby nie znudzić młodego czytelnika. Biorąc do ręki tę książkę, nie trzeba się obawiać niepoprawnych treści – wtłoczonych na siłę w świat nastolatków fantazji kobiet w średnim wieku. Nic z tych rzeczy. „Piąta fala” to książka o i dla młodych ludzi.

Wracając do bohaterów, pozytywnie zaskakuje również brak w ich charakterystyce cech istot idealnych, o niewiarygodnych umiejętnościach, typu doskonała znajomość technik survivalu, sztuk walki, czy posługiwania się bronią. Główna bohaterka uczy się wszystkiego po kolei, intuicyjnie. Trenuje, ponosi porażki i próbuje od nowa, by pokonać słabości typowe dla kilkunastoletniej dziewczyny. Jej ciało nie jest z tytanu – łamie się, rani i krwawi prawie non stop, odpowiadając w ten sposób na trudne i twarde warunki nowego życia. Natomiast każdy jej wybór, każda decyzja zostają dokładnie wytłumaczone i pasują do całokształtu postaci.

„Piąta fala” to opowieść o przemijaniu, śmierci i utracie, ale przede wszystkim o przetrwaniu i tej wewnętrznej sile, która pozwala iść na przód, pomimo wszelkich przeciwności losu. Nawet wtedy, gdy przyszłość wydaje się być niepewna, a totalna zagłada jest bliżej, niż myślimy. To także historia nastolatków i dzieciaków, dla których naiwne, beztroskie czasy skończyły się wraz z pojawieniem się wielkich statków na okołoziemskiej orbicie. To książka o walce o ostatnie iskry człowieczeństwa, jakie zostały w pokonanej ludzkości, i o ich próbie wskrzeszenia, pomimo iż wydają się być utracone na zawsze. O miłości, przyjaźni i nadziei. Co prawda pierwsza część trylogii Ricka Yanceya nie sprawdzi się jako lektura dla dorosłych, jednak z pewnością ma potencjał, by stać się jedną z lepszych i silniejszych pozycji literatury młodzieżowej. W końcu to z myślą o nich i dla nich Yancey napisał historię Cassie.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się przedpremierowo 21 lipca, a którą można przeczytać także tutaj.