Site icon Wielki Buk

„Królowa Śniegu” Michael Cunningham

Bombla_KrólowaŚniegu

 

W prószące, śniegowe, magiczne dni przychodzą czasami do głowy dziwne myśli. Mogą wydarzyć się niewiarygodne rzeczy. Może przydarzyć się coś specjalnego, wyjątkowego, bo ta zimowa aura aż prosi się o cud. To wtedy, gdy czas zdaje się stać w miejscu, a świat przykryty kołderką delikatnego puchu przestaje pędzić i stwarza pozory baśniowej śniegowej kuli, przybliżając tajemnice wszechświata. Rzucone zaklęcie, kruche i niepewne, omamia wzrok, stwarza pozory, wydaje się być czymś innym, niż jest w rzeczywistości. Czasami, w takie dni można dostrzec światełko na niebie, znak z ciemności wszechświata, który prosi się aż o nieoczywistą interpretację. A czasami, gdy zawierucha podnosi płatki śniegu, natrafić można na diabelski kryształ, który już na zawsze zalęgnie się w sercu, osadzi i przylgnie, rzucając klątwę– odbierając radość, miłość i szczęście.

“Zamiast jednego lustra, były ich teraz miliony; rozproszyły się wszędzie, a w każdym najmniejszym kawałeczku, choćby drobnym jak ziarnko piasku, widać było świat cały szkaradny, śmieszny, wykrzywiony. Jeżeli taki proszek wpadł komu do oka, to człowiek ten wszystko już widział zmienione i nie mógł dostrzec koło siebie nic dobrego, nic pięknego! Za to najgorsze rzeczy widział jasno i wyraźnie, więc wszystko złem było dla niego.

Gorzej jeszcze, jeżeli okruszyna lustra wpadła komu do serca. Nieszczęśliwy tracił uczucie: serce jego stawało się kawałkiem lodu, nikogo kochać nie mógł, wszyscy byli dla niego obcy, obojętni.”

Hans Christian Andersen Królowa Śniegu

Śniegowy wieczór w Central Parku, który przybliża to, co nieuchwytne opisał amerykański autor Michael Cunnigham, twórca uwielbianych „Godzin”, w swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Królowa Śniegu”. W ascetycznej, lodowej scenerii Nowego Jorku wykreował on baśniową wizję mikro-rodziny, braci i dziewczyny jednego z nich, którzy żyjąc ze sobą pod jednym dachem istnieją całkiem osobno. Ludzi, którzy pozwolili sobie na oderwanie od prawdziwości świata, znudzeni jego wyblakłą zwykłością. Flaubertowska wizja współczesnej Emmy Bovary w potrójnej odsłonie – znudzonej, zgubionej, zawieszonej. I poplątanej w relacjach międzyludzkich. Z kart powieści wyłania się wizja nieuchronnej śmierci, która zamiast tragedią może być wyzwoleniem. Obraz człowieka upadającego coraz niżej w szpony nałogu narkotykowego, z którego nie ma już wyjścia, a który pozwala wierzyć mu w namiastkę talentu. Także istoty bez właściwości, która zmienia się w zależności od tego, jak spojrzy na niego kolejny, przelotny kochanek. Przejrzystość, ale widziana jak przez taflę lodu, więc zdeformowana, wykrzywiona pod pęknięciami. Pozorna gładkość, która przy bliższym dotyku tnie jak ostrze noża.

Barrett Meeks, porzucony kochanek, z pękniętym sercem, staje się świadkiem cudu, gdy pewnego zimowego wieczoru wraca do domu przez nowojorski Central Park. Dostrzega światło na niebie. Niby zorzę, jakąś nieuchwytną jasność płynącą prosto z nieba, coś, co kojarzy mu się z boskim okiem, chociaż w Boga nie wierzy. A interwencja opatrzności z pewnością przydałaby się tak jemu, jak przede wszystkim jego bliskim – uzależnionemu od narkotyków bratu Tylerowi i jego walczącej z nowotworem dziewczynie – Beth. Mieszkają wszyscy razem, w niewielkim mieszkaniu, w nieciekawej dzielnicy. Tyler opiekuje się dziewczyną i próbuje komponować piosenki, z mizernym skutkiem. Pewnego dnia, gdy zamyka okno przy śnieżycy, wpada mu coś do oka. Jakiś lodowaty pyłek, kryształ lodu, śnieżny płatek, który mierzi go i drapie. Coś się zmienia, ale Tyler tłumi to kolejnymi porcjami wciąganych narkotyków.  Beth walczy z chorobą, zawieszona w tym dziwnym stanie, gdzieś między życiem i śmiercią. A Barrett? Nie potrafi sam siebie zidentyfikować w pełni. Nie wie kim jest, chociaż przeczuwa, że światło, które zobaczył kiedyś wskaże mu drogę.

Z jednej strony, bohaterowie „Królowej Śniegu” czekają na życie, aż coś się rozpocznie, popchnie naprzód ich zapyziałą, zastałą egzystencję i pozwoli powrócić na jakiś wymyślony przez nich szlak, z którego zbłądzili po urodzeniu. Z drugiej zaś strony, zdają się oni wyczekiwać katastrofy, wielkiego bum, które obróci w pył to wszystko, czego oni boją się porzucić, a co nie daje im upragnionej satysfakcji. Na zburzenie kryształowego pałacu, mętnego, niepojętego już nawet dla nich samych. Czekają na impuls, ale nie znak, bo oni na znaki nie potrafią już zwracać uwagi, tylko na to, od czego nie mogliby uciec. Na coś, co zmiotłoby zastany porządek i dało im nową szansę. Na życie zdobyte przez katastrofę. Nawet jeśli tą katastrofą miałaby być śmierć.

Śmierć u Cunninghama ma znamiona oczyszczającej siły, pewnej i nieustępliwej, a przez to godnej zaufania. Kiedy śmierć wycofuje się na chwilę w cień, bohaterowie na przekór zdrowemu rozsądkowi tęsknią za nią, bo z jej przybyciem przynajmniej wydarzyłoby się to, co popchnęłoby ich ku nowym horyzontom. Dałoby świeżą siłę, powiew utraconej wolności. Chociaż nikt im tej wolności nigdy nie odebrał, oprócz nich samych.

Barrett, Tyler, Beth – mieszkają razem, żyją razem, są najbliższą rodziną, a jednak zdają się być osobno. Samotność cząstek elementarnych, gdy każdy zajęty swoimi sprawami nie próbuje nawet wejść w skórę, drugiej, niby najbliższej mu osoby, żeby pomóc, pocieszyć, docenić. Każde z nich skrywa sekret, jak lodowaty kawałek diabelskiego lustra, i właśnie dlatego izolują się od siebie. Tajemnica goni tajemnicę, lepiej nie mówić nic, niż powiedzieć zbyt wiele. I tak, ta trójka perfekcyjnych okazów Królowej Śniegu i zarazem jej ofiar obija się o siebie, styka się ze sobą, rozmawia, ale oziębłość nie pozwala przekroczyć tej najważniejszej bariery, czyli całkowitego oddania. Nie pozwala na bezinteresowną miłość, bo zawsze jest coś, co stoi jej na drodze – kłamstwo, narkotyki, zdrada…

„Królowa Śniegu” Michaela Cunninghama to niezwykle melancholijna, piękna nowojorska opowieść o pogmatwanych ludzkich relacjach, nieżyczliwych kolejach losu i zagubieniu we własnej egzystencji. Delikatne, baśniowe elementy podkreślają ulotność tego świata z kryształu, którzy stworzyli sobie bohaterowie, a czytelnikowi daje całe pole do popisu w interpretacji. Wydaje się, że w powieści wszystko ma jakieś znaczenie. Niepozorne fragmenty dopiero po chwili tworzą wspólny zamysł, koncepcję czegoś większego, mroczniejszego – wirujące płatki śniegu, zadra na sercu, lodowe, przedśmiertne oblicze śpiącej Beth… Wszystko się łączy, tworzy odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

„Królowa Śniegu” hipnotyzuje nieoczywistością. Zaskakuje głębią, pomimo prostoty formy. Niby nie dzieje się nic, a tak naprawdę dzieje się wszystko. Czas płynie i życie ucieka przez palce, wiruje niewykorzystane, jak poszarzałe, stopione wreszcie płatki śniegu.

O.

*Niniejsza recenzja powstała w ramach współpracy z Księgarnią Internetową Bonito.pl, której dziękuję również za przesłanie książki do recenzji.

A na vlogu znajdziecie „Królową Śniegu” Michaela Cunninghama w trochę odmiennej odsłonie oraz KONKURS, zorganizowany we współpracy z Księgarnią Internetową Bonito.pl, a w nim do wygrania egzemplarz powieści:

**Kto nie pamięta baśni autorstwa Hansa Christiana Andersena ten na nowo może oczarować się i zachwycić, odwiedzając Wolne Lektury TUTAJ.

Exit mobile version