Reportaż #4: „Żywi czy martwi?” Federico Mastrogiovanni

Bombla_Reportaż4

„…morderstwa kobiet (…) – To idzie falami. Co jakiś czas przychodzi następna fala i znowu stają się newsem i dziennikarze podchwytują temat. Ludzie też podchwytują temat i gadają, i historia toczy się jak śniegowa kula, i rośnie lawinowo, dopóki nie pojawi się słońce i pieprzona kula się nie roztopi, i wszyscy zapominają, i wracają do pracy.”

2666 Roberto Bolaño

Kiedy w ostatnich latach swojego życia pisarz Roberto Bolaño tworzył swoją monumentalną powieść „2666” o przeklętym mieście Ciudad Juárez, uznanym za jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie, w Meksyku działo się bardzo źle. Nikt nie domyślał się, że sprawy tak naprawdę już dawno przybrały niewyobrażalny, tragiczny obrót, nie tylko w północnych stanach, tuż przy granicy zwanej Paso del Norte, ale w całym kraju, ogarniętym gniewem, korupcją i skrajną przemocą. W Meksyku giną już nie tylko kobiety – chociaż przyjmuje się, że obecnie aż sześć kobiet dziennie zostaje zamordowanych – ale także mężczyźni, młodzież i dzieci, a liczby są w zasadzie niepoliczalne. Statystyki nie pozostawiają złudzeń – jedynie od początku 2013 roku odnotowano w Meksyku ponad 27 000 zaginięć, a to tylko zaginięcia oficjalnie złożone i zaraportowane. Ludzie po prostu znikają tam bez śladu. Jak to jest możliwe?

„Póki ktoś jest zaginiony, pozostaje niewiadomą. (…) Nie ma tożsamości. Nie ma go. Nie jest ani martwy, ani żywy, jest zaginiony.”

Niebezpiecznego śledztwa podjął się włoski dziennikarz mieszkający od lat w Meksyku – Federico Mastrogiovanni, który w swojej publikacji „Żywi czy martwi? Porwania ludzi w Meksyku jako narzędzie terroru” obnażył i ujawnił przerażające rozmiary zjawiska zwanego przymusowymi zaginięciami. Procederu, w który zamieszane są nie tylko kartele narkotykowe, zorganizowane grupy przestępcze, zbierające krwawe żniwo na meksykańskiej ziemi, ale sam aparat państwowy i międzynarodowe koncerny, czerpiące z niego zyski.

„Udokumentowano wiele przypadków, kiedy policja, nawet jeżeli nie porywa ani nie zatrzymuje nikogo nielegalnie, zobowiązuje się dostarczać przestępcom informacji lub po prostu ‘oczyszcza’ teren, by organizacje przestępcze mogły spokojnie popełniać zbrodnie, by mogły sobie kogoś ‘zgarnąć’”.

A czym jest w takim razie przymusowe zaginięcie? Według oficjalnej Międzyamerykańskiej Konwencji o Wymuszonych Zaginięciach Osób, to pozbawienie wolności osoby lub grupy osób, dokonane przez przedstawicieli państwa, albo przez osoby lub grupy zorganizowane działające za zgodą, z upoważnieniem lub za milczącym przyzwoleniem tego państwa. W większości przypadków po takich zaginionych ginie wszelki słuch. Są gdzieś przetrzymywani, najpewniej torturowani, gwałceni, czasami wykorzystywani do tymczasowej przymusowej pracy i w końcu masowo zabijani, a ich okaleczone ciała są widowiskowo podrzucane w miejscach publicznych jako ostrzeżenie. Dla kogo? Zależy od zlecenia. Czasami to kartel ostrzega w ten sposób innych kartel, czasami to grupy przestępcze zagarniają w ten sposób kolejne połacie ziemi, wyludniając teren dla własnych, niezidentyfikowanych celów, a czasami robią to po to, by z ziemi czerpać zyski. W jaki sposób? Oddając ją międzynarodowym koncernom zajmującym się odwiertami gazu łupkowego, w który bogata jest meksykańska ziemia.

„Kiedy jakiś kartel potrzebuje załatwić problem ze swoimi przeciwnikami, służą mu do tego chłopcy uwięzieni w klatkach niczym drób w kurniku lub bezpańskie psy. W chwili gdy szef gangu chce pokazać swoją siłę, ktoś wyciąga tych biednych chłopców z kryjówki, a wkrótce potem okazuje się, że dyndają powieszeni na moście lub leżą zawinięci w sarape na skraju szosy z karteczką przytwierdzoną do piersi nożem.”

A czy zaginieni czasami wracają? Czasami… Ocaleni, straumatyzowani, przerażeni, świadomi, że ktoś ciągle może ich obserwować, ścigać, szukać w kryjówkach, pośród rodziny. Wcale nie jest powiedziane, że koszmar się skończył. Trwa on także dla rodzin i bliskich zaginionych, którym nie potrafi i nie chce pomóc. Historie odnalezionych udowadniają, że w Meksyku nikt nie jest bezpieczny, nawet jeśli z kartelami nie ma nic wspólnego, nigdy nie popełnił żadnego przestępstwa, a jego życie ograniczało się do trzech ulic na krzyż. Zaginąć może każdy, o każdej porze dnia i nocy. Nie można podnieść krzyku, bo za wymuszonymi zaginięciami stoją żołnierze, policjanci, detektywi, siły federalne i stanowe, dla których tuszowanie tego typu spraw, to chleb codzienny.

Okładkowy310

„Żywi czy martwi? Porwania ludzi w Meksyku jako narzędzie terroru” nie pozostawia złudzeń. W kraju, w którym zawód dziennikarza śledczego porównywalny jest z pracą dziennikarza wojennego, w którym ludzie zagarniani są z ulicy bez słów wyjaśnienia, w którym od porwań i zaginięć po prostu odwraca się wzrok, bo po co mącić – Federico Mastrogiovanni podjął się nad wyraz odważnego wyzwania, narażając swoje życie. Obnażył prawdę potworną, bolesną, a jednocześnie nad wyraz skomplikowaną, bo na jaw wychodzi tu nie tylko bezkarność, okrucieństwo i bezwzględność aparatu państwowego, ale także ignorancja opinii publicznej. A tej już nie zmieni się z dnia na dzień.

O.

*Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem Uniwersytetu Jagiellońskiego. ❤

PodziękowanieNEWWuj

**O „2666” Roberto Bolaño pisałam TUTAJ.

3 thoughts on “Reportaż #4: „Żywi czy martwi?” Federico Mastrogiovanni

  1. Lolanta pisze:

    Brzmi naprawdę makabrycznie, a niestety, makabra przyciąga. Czy będę mogła liczyć na pożyczkę tej książki przy następnym spotkaniu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s