„Mr. Mercedes” Stephen King

Bombla_MrMercedes

 

„Everybody likes the ice cream man.”

Z pewnością wielu z Was dokładnie wie, jak to jest wyczekiwać kolejnej książki swojego ulubionego autora. To uczucie wiecznej niepewności – co to będzie? Zachwyt, a może porażka? Czy spodoba się, tak jak poprzednia? Czy kontynuacja pobije pierwszą książkę z serii? Pytań mnóstwo tak jak autorów i samych książek. Na szczęście istnieją pisarze niezwykle płodni artystycznie. Wydają książki raz, a nawet dwa razy w roku, do tego są aktywni medialnie, więc czas oczekiwania skraca się do minimum, nie mówiąc o znajomości treści i przedpremierowych zapowiedziach. Mam to szczęście, że do takich autorów należy jeden z moich najulubieńszych, czyli nie kto inny, a Stephen King. Sami już pewnie zauważyliście, że mam do Mistrza wielki sentyment. Każda jego kolejna opowieść to dla mnie nie lada wydarzenie, pomimo że od kilku lat Król Horroru wcale już horroru nie tworzy. W zamian czytelnicy dostają powieści bardziej obyczajowe, zakorzenione w rzeczywistości, dotykające problemów i zjawisk społecznych, tylko czasami z wątkiem paranormalnym.

Najnowsza powieść Stephena Kinga, czyli wydany na początku miesiąca „Mr. Mercedes” (pol. „Pan Mercedes”) należy właśnie do takich obyczajowych historii. Tym razem jednak pisarz postanowił zabawić się konwencją i wziąć na warsztat gatunek, w którym nigdy wcześniej nie tworzył, czyli powieść detektywistyczną. Tym samym „Mr. Mercedes” staje się debiutem Kinga w kryminale i jednocześnie, już po kilku stronach udowadnia, że Mistrz Horroru także i tutaj czuje się jak ryba w wodzie. Co więcej, od razu można zauważyć, że podchodzi do nowego gatunku po swojemu, wykraczając poza określone ramy, przenikając do naszej rzeczywistości i w jedynie sobie znany sposób łącząc prawdę z fikcją,  a także problemy rzeczywiste z wyimaginowanym światem bohaterów. „Mr. Mercedes” pod przykrywką zwykłego, a nawet można powiedzieć sztampowego kryminału, ukrywa historię silnie zakorzenioną w konkretnym czasie i miejscu. Opowieść na wskroś amerykańską, obnażającą problemy i kryzysy społeczno-gospodarcze początku drugiego dziesięciolecia XXI wieku.

No ale dlaczego od razu sztampowego? Dlaczego schematycznego? A bo widzicie, w tej historii King zrezygnował zupełnie z wszelkiego nowatorstwa. W pełni wykorzystując cały swój zasób umiejętności pisarskich, ogromną wiedzą popkulturową, codzienną i literacką, stworzył fabułę modelową dla wybranego gatunku, czyli klasyczną powieść o „policjantach i złodziejach”. Zaczyna się zupełnie po kingowsku, z dreszczem emocji i oczekiwaniem na zbrodnię. Grupa bezrobotnych stoi w kolejce do rozpoczynających się wkrótce targów pracy. Jest noc, zapewnionych miejsc ma być około tysiąca, wszyscy koczują i czekają na poranne otwarcie. Czuć desperację, czuć ostatnie szanse na godne życie tych ludzi, których kryzys i pogarszająca się sytuacja na rynku pozbawiły zatrudnienia. I nagle, nad ranem, w tę grupę,  w tym młodą kobietę z niemowlęciem na rękach, wjeżdża rozpędzony mercedes miażdżąc na krwawą masę osiem osób i raniąc kolejne piętnaście. Sprawca ucieka, a z braku dowodów śledztwo wkrótce zostaje zawieszone.

Ale my wiemy kto dokonał tej masakry – Brady Hartfield, psychopata modelowy, którego ogólny opis zostaje nam przedstawiony już na samym początku powieści i udowadnia, że Brady na co dzień jest tak bardzo zwyczajny, że aż straszny w tej zwyczajności. Ale to tylko pozory, bo w środku jest przegniły do szpiku kości, na co złożyła się cała seria niefortunnych zdarzeń z jego życia. Do wyboru do koloru – rozbita rodzina, śmierć jednego z rodziców, trudne dzieciństwo, przemoc seksualna, alkoholizm, wypadek, a wreszcie najważniejsze, czyli wychowanie przez nadopiekuńczą matkę, które wywarło decydujący wpływ na dojrzewający umysł i ukształtowało Brady’ego na człowieka jakim jest dzisiaj. Samotny, szalony, pełen nienawiści wobec wszystkich.

Brady’ego będzie starał się zdemaskować Bill Hodges, były policjant, detektyw, obecnie na emeryturze. Człowiek samotny, po rozwodzie, po przejściach, który miewa więcej gorszych niż lepszych dni. Masakra dokonana przez mordercę z mercedesa to jedna z jego niedokończonych spraw, o której sumienie nie pozwala mu zapomnieć. Hodges siedzi całymi dniami przed telewizorem, oglądając programy typu Jerry Springer Show, Survivor itp., głaszcząc leżącą na stoliku broń i rozmyślając o przyszłości. List od Brady’ego, który rozpoczyna jego prywatne śledztwo, wyciąga go z marazmu i pozwala na nowo powrócić do życia, w tym do miłości i do śmierci.

„Mr. Mercedes” udało mi się w pełni docenić dopiero na drugi dzień po zakończonej lekturze, gdy rozmyślając o tej historii zrozumiałam dlaczego King zdecydował się opowiedzieć ją wykorzystując utarty schemat tak przy konstrukcji fabuły, jak i samych bohaterów. Zdawał sobie sprawę, że w gatunku brylowało już tysiące innych pisarzy przed nim. Trudno byłoby dogonić w doskonałości kreacji postaci morderców Buffalo Billa z „Milczenia Owiec”, Patricka Batemana z „American Psycho”, czy Normana Batesa z „Psychozy” i jeszcze wielu innych. Niełatwo byłoby stworzyć taką ilość twistów w historii, zawijasów i tajemnic, by każdy czytelnik zakończył tę powieść usatysfakcjonowany. W zamian natomiast, Stephen King postanowił opowiedzieć nam o tym, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych tu i teraz, w tym konkretnym momencie historii i przemian, jakie obserwować można w ostatnich latach. Jak zwykle, udało mu się to po mistrzowsku.

I tak „Mr. Mercedes” nie opowiada jedynie o podstarzałym policjancie na tropie psychopatycznego mężczyzny z trudnego domu, ale o tym wszystkim co dzieje się wokół nich. Czytelnik niby śledzi fabułę, a tak naprawdę dostaje pełny przekrój polityczno-ekonomiczny i społeczny Stanów Zjednoczonych. Obserwujemy narastający strach w każdym kolejnym bohaterze. To nie tylko strach przed kolejnym terrorystycznym atakiem przypominającym ten z 11 września, który na zawsze naznaczył świat zachodu i udowodnił, że nigdzie nie można już czuć się bezpiecznym, ale także strach przed drugim człowiekiem. Nagły wzrost świadomości, że nawet „szary, zwyczajny i taki sympatyczny” sąsiad może być seryjnym mordercą, gwałcicielem, złodziejem itp. To także strach przed jutrem, przyszłością bez stabilizacji, życiem bez pewnej pracy, bez możliwości odbicia się od dna. Kryzys gospodarczy i utrata setek tysięcy miejsc pracy. Eskalacja przemocy, gdy skończył się dialog, a zaczęła era czynów. Bunt społeczeństwa, które ma dość siedzenia z założonymi rękami. To wszystko tworzy tło dla powieści Kinga, a tak naprawdę co chwilę wychodzi na pierwszy plan i przejmuje opowieść.

Dla jednych „Mr. Mercedes” będzie objawieniem gatunku. Dla innych kolejnym z wielu podobnych sobie kryminałów. Dla mnie najnowsza powieść Kinga to następna w jego dorobku historia z pogranicza, która nie tylko angażuje uważnego czytelnika w śledzenie losów bohaterów, ale zmusza do myślenia, angażując jego zmysł obserwacji i weryfikując wiedzę o świecie. Ubrana w konkretny kontekst kulturowo-obyczajowy zyskuje nowe znaczenie. Lepsze i ciekawsze moim zdaniem. I niezwykle porażające w swojej prawdziwości.

Intrygująca przejażdżka. Inna. A ja? Czekam wciąż. I może nadchodzący w listopadzie „Revival” poruszy mnie znowu tak, jak dawniej „Misery”, „To”, czy „Cmętarz Zwieżąt”.

O.

„Troje” Sarah Lotz

Bombla_Troje

 

And I heard, as it were, the noise of thunder:
One of the four beasts saying: „Come and see.” And I saw.
And behold, a white horse.

(…)Hear the trumpets, hear the pipers.
One hundred million angels singin’.
Multitudes are marching to the big kettle drum.
Voices callin’, voices cryin’.
Some are born an’ some are dyin’.
It’s Alpha’s and Omega’s Kingdom come.

(…) And I heard a voice in the midst of the four beasts,
And I looked and behold: a pale horse.
And his name, that sat on him, was Death.
And Hell followed with him.

„The Man Comes Around” Johnny Cash

Teorie o końcu świata, wymarciu życia i rozpadzie cywilizacji fascynują od początków ludzkości. Wydawać by się mogło, że każda epoka, każda poszczególna era, tak kilka tysięcy lat temu, jak i dzisiaj, miała swoich proroków apokalipsy zwiastujących koniec dziejów. Różnica jest jednak znacząca, bo przecież millenia temu nie było mediów, nie było Internetu, a wieści, plotki i wiadomości przenosiły się w o tyle mniejszym tempie, że ostatecznie nie wzbudzały ogólnoświatowej paniki, czy w ogóle większego zainteresowania. Każdy wierzył w swoją własną, odrębną wersję, ograniczoną do danej społeczności. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z popularyzacją druku i rozpowszechnieniem jednej z najbardziej wpływowych książek na świecie, czyli Biblii, której Księga Objawienia Św. Jana wznieciła masową wyobraźnię, a znaczenie tego proroczego tekstu możemy obserwować nawet dzisiaj, w XXI wieku. Szalone interpretacje, nadinterpretacje odłamów poszczególnych kościołów, sekt i ugrupowań religijnych prześcigają się w wywoływaniu chaosu na masową skalę, w różnych odstępach czasowych i udowadniają tym samym, że prawie nic nie zmieniło się w mentalności współczesnego człowieka.

A gdyby proroctwa Apokalipsy okazały się prawdziwe? Gdyby wszystkie „znaki na niebie i ziemi” zwiastowały koniec dziejów i nadejście Sądu Ostatecznego? Gdyby wydarzyło się coś, co zapowiada przybycie czterech jeźdźców, co więcej, gdyby zaistniała możliwość, że oni naprawdę zeszli na ziemię i właśnie już teraz zbierają swoje żniwo? O zbiorowej panice, religijnych obsesjach i medialnych rozgrywkach tuż po katastrofie opowiada niezwykła powieść Sary Lotz zatytułowana „Troje”. To książka w książce. Opowieść w opowieści, a w zasadzie reportaż w powieści. Oczywiście reportaż jak najbardziej fikcyjny, ale taki, w który w jakiś mroczny sposób czytelnik jest w stanie uwierzyć. Bo pisarce, czyli Sarze Lotz, która stworzyła autorkę swojego reportażu, czyli Elspeth Martins, udało się w tych często owładniętych zbiorową paranoją czasach przedstawić historię jak najbardziej prawdopodobną. I przez to właśnie przerażającą i porażającą wyobraźnię. Czy jest tu kontrowersja? Z pewnością. Czy wywołuje dreszcze? Oj, zdecydowanie. O „Trojgu” trudno zapomnieć, bo doskonale odpowiada na pytanie „dokąd zmierzamy?”, w epoce wielkich przedsięwzięć, religijnych wojen i niewypowiedzianych konspiracji, które każdy chce zdemaskować.

A wszystko zaczyna się w pewien czwartek, nazwany Czarnym Czwartkiem, gdy w różnych miejscach na ziemi, w minimalnych odstępach czasu, mają miejsca cztery katastrofy samolotowe. Makabryczności wydarzeniu dodaje fakt, że wypadki przeżyły cztery osoby – troje dzieci i jedna kobieta, która wkrótce umiera, gdy na miejsce przybywają już ekipy ratunkowe. No właśnie – troje dzieci. Chłopiec z Japonii, chłopiec ze Stanów i dziewczynka z Wielkiej Brytanii. Przypadek? Cud? Szczęśliwe zrządzenie losu? Giną setki osób, ale oczy całego świata zwracają się właśnie ku tej niezwykłej trójce, która wkrótce staje się symbolem, a nawet fenomenem na globalną skalę. Powstają coraz bardziej nieprawdopodobne teorie – nieśmiertelne ufo, ataki terrorystyczne, polityczne konspiracje i wreszcie, najważniejsza wizja, która z czasem zyskuje największe poparcie, czyli rychłe nadejście Sądu Ostatecznego i tym samym koniec cywilizacji. Wszystkie wiadomości z tego przejściowego, ale jakże intensywnego w zmiany okresu, zebrała bohaterka powieści Lotz i to dzięki niej my czytelnicy mamy szansę je poznać.

Szalona teoria czterech jeźdźców zostaje wyniesiona przez skrajne ugrupowania religijne z jednym z kaznodziei Ruchu Dni Ostatnich na czele, by poprzez płomienne kazania, propagandę i obłąkane transmisje przekazywać coraz to nowe teorie udowadniające, że trójka ocalałych to wcielenia Wojny, Zarazy i Głodu, które wkrótce rozprzestrzenią się na całą kulę ziemską, przejmą dowodzenie (tak metaforycznie, jak i dosłownie), by sprowadzić ostatniego, niewidzialnego jeźdźca (którym miał być podobno chłopiec, który niby przeżył katastrofę czwartego samolotu w Afryce), czyli Śmierć. Co jest prawdą? Kim i czym jest Troje? Czy to zwyczajne dzieciaki, które faktycznie „cudem” ocalały, czy może ich życie niesie za sobą jakąś głębszą tajemnicę? Czy świat faktycznie stoi u progu zagłady i powinien szykować się na koniec dziejów? Najbardziej intrygujące jest to, że odpowiedzi na te pytania, a przynajmniej ich większą część, autorka daje nam już w pierwszym, promującym „Troje” rozdziale, zanim opowieść przejmie reportaż Elspeth Martins. Czytelnik ma wgląd w jedną z katastrof Czarnego Czwartku i obserwuje ją z oczu kobiety, której niby udaje się przetrwać sam upadek, ale obrażenia są zbyt wielkie i umiera wkrótce po zderzeniu z ziemią. Niemniej coś się jej wydaje. Coś widzi i o czymś próbuje powiedzieć w swoim przedśmiertnym nagraniu. A reportaż o fenomenie Trojga to już podsumowanie całości. Analiza i synteza najważniejszych faktów, jej prywatnych domysłów, zeznań świadków i innych dowodów zebranych przez bohaterkę, która sama chce dociec się prawdy. Za wszelką cenę.

„Troje” Sary Lotz jednocześnie straszy, zasmuca i zmusza mocno do myślenia. Przedstawia opowieść o świecie już po katastrofie, a tak naprawdę katastrofach, które tylko rozniecają płomień i podburzają sytuację polityczno-społeczną tak intensywnie, że czujemy nieuchronność pewnych zdarzeń. Taki efekt kuli śniegowej, która rozpędza się i zbiera największe absurdy, wyolbrzymiając je, nadmuchując do niebotycznych rozmiarów, aż same staną się prawdami objawionymi. To smutna perspektywa dla ludzkości. Smutna perspektywa dla wiary. Mroczna i niepokojąca.

O.

*Za egzemplarz recenzencki „Trojga” ślicznie dziękuję wydawnictwu Akurat.

 

BEZSENNE ŚRODY: „Szara Dama” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneSzaraDama

 

„Tyle wydarzeń od tego czasu przeszło, iż nie umiem sobie obecnie zdać sprawy, czy go kochałam. Był ogromnie we mnie zakochany i niekiedy przerażał mnie wybuchami swojej miłości. Wszyscy przy tym byli zachwyceni jego uprzejmością, jego rzadkimi zaletami i uważali mnie za najszczęśliwszą z dziewcząt.”

Kiedyś, przy okazji, wspominałam Wam już o mojej ukochanej baśni z dzieciństwa, autorstwa niezastąpionych Braci Grimm, czyli o „Jednooczce, Dwuoczce i Trójoczce”, ale pewnie nie zdradziłam Wam jeszcze, że następną w kolejności, przed baśniami Oscara Wilde’a, była potworna, a jakże hipnotyzująca baśń o drapieżnym Sinobrodym, którego niecne tajemnice odkryła przypadkiem jego młodziutka żona. Ile strachu, ile nerwów, ile paznokci zjadłam – mała dziewczynka wpatrzona w ilustrację zakazanej komnaty pełnej krwi i kobiecych trupów… Takie opowieści o sekretach, zamczyskach i okrutnikach kryjących się w ich korytarzach zawsze mnie przyciągały. Płynęła z nich dziwna nauka o mroczności ludzkiej natury, o tym, że nie wszystko (w tym człowiek) jest dokładnie takie, jak się wydaje, a przede wszystkim o tym, że warto zadawać pytania, warto dociekać i nigdy nie milczeć, czy udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Ten mit o mężczyźnie w mroku, swego rodzaju Sinobrodym przewijającym się przez historie powtarzane w mitologiach całego świata, wykorzystała również dziewiętnastowieczna brytyjska pisarka Elizabeth Gaskell w swojej noweli „Szara Dama” („The Grey Woman”). Całość zaczyna się tak, jak każda porządna opowieść grozy tamtych czasów – pamiętnikiem kobiety z portretu, który skrywa jej najskrytszą tajemnicę, a zarazem wyjaśnienie i spowiedź pod koniec życia. Kobieta, która po niefortunnych wydarzeniach była zwana Szarą Damą, opowiada dzieje swojej młodości. Wyszła za mąż za francuskiego, uwielbianego przez wszystkich szlachcica, niejako zmuszona jego natarczywymi zalotami. Zamieszkała w zamku na skałach, daleko od domu, otoczona wrogo nastawioną wobec niej służbą, u boku męża, który zamyka ją tam jak egzotycznego ptaszka w klatce. I zabrania samotnej żonie krążenia po zamku, szczególnie zaglądania do starego skrzydła, gdzie mąż jej ma swoje komnaty. A naiwna dziewczyna zaczyna szukać odpowiedzi. I poznaje ją, ryzykując życie.

„Szara Dama” to klasyczna opowieść, w gotyckim stylu, pełna wewnętrznych ciemności i małżeńskich tajemnic. To historia uśpionego instynktu, dziewczęcego zagubienia w pierwszej miłości, przywdziewania maski, byle odsunąć możliwe reperkusje towarzyskie. Nawet kosztem własnego szczęścia. To historia stara jak świat, o drapieżcy i młodziutkiej ofierze, która nieświadoma (bo z początku świadoma wcale być nie chce) wchodzi w dorosłe życie i od razu poznaje smak smutku i osamotnienia. Elizabeth Gaskell doskonale straszy i zaskakuje rozwiązaniem. Wykorzystuje znany motyw, by mistrzowsko obrócić go i przeniknąć do opowieści w opowieści. Wciąż świeża klasyka gatunku, wielowymiarowa i doskonale przerażająca w odkrywaniu tajemnicy. Aż chce się bać.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo oczami wyobraźni widzę cienie w opuszczonych korytarzach zamczyska.

O.

*Za skuszenie i polecenie „Szarej Damy” pięknie dziękuję Agnieszce z Książkozaura 🙂

**A kto chciałby się skusić na „Szarą Damę” to odnajdzie ją zupełnie za darmo po polsku TUTAJ (klik! klik!) i po angielsku TUTAJ (klik! klik!) 🙂

Podsumowanie miesiąca – MAJ 2014

Bombla_PodsumowanieMAJ2014

Ach, ach podsumowań nadszedł czas 😀 I mogłabym Wam znowu przymarudzić coś w stylu „ile książek, tak mało czasu”, „o matko, jak to szybko zleciało”, czy inne tego typu ekranowe jęki, ale nie! Tym razem Was zaskoczę i nie zamarudzę, bo tegoroczny maj okazał się być miesiącem zachwycającym pod względem bukowych doznań! Miesiącem tak intensywnie książkowym, że jak o tym pomyślę, to sama w zasadzie nie wiem, kiedy i jak udało mi się przeczytać TYLE książek.

Bo moi Drodzy, ogłaszam oficjalnie, że właśnie pobiłam mój życiowy, osobisty rekord: 16 (!!!) przeczytanych książek w miesiącu! Łaaa! Sama jestem pod własnym wrażeniem, bo zazwyczaj trzymam się przecież tak dzielnie tych klasycznych ośmiu i nigdy nie prawie nie przekraczam swojej własnej granicy. A tu taka niespodzianka pozytywna! I niby czasu wcale nie było więcej. Tylko jakiś pęd czytania, mus i przymus przewracania kartek w każdej wolnej sekundzie życia. No jest przegodnie.

Szybkie podsumowanie: 12 opublikowanych tekstów w tym 4 Bezsenne Środy (wszystkie do wyszukania w zakładce Indeks w osobnej kategorii) i Blogowa zabawa: Jaką jestem czytelniczką? (klik! klik!). No i te 16 przeczytanych buków + dwa porządnie nadgryzione. Tym razem 10 książek było w języku polskim, a 6 w angielskim. Jeden audiobook. Trochę szkoda, ale już zabraliśmy się do ponownego słuchania w domu.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Jurassic Park” Michael Crichton – moją dino-miłość już poznaliście TUTAJ.
  • „Gone Girl” Gillian Flynn – doskonały thriller; do poczytania TUTAJ.
  • „Kroniki Portowe” Annie Proulx („The Shipping News”) – w końcu przeczytałam i jest zachwyt; już wkrótce na Buku!
  • „Kuchnia Prababci” Margaret Yardley Potter („At Home on the Range”) – książka kucharska i zarazem opowieść o rodzinie. Znacie moją słabość do książek kucharskich i co prawda nie piszę o nich tekstów, ale polecić muszę. Pyszne przepisy i menu na każdą kieszeń, okraszone przezabawnymi anegdotkami pani Potter. Nietypowa, ale kto gotuje i lubi jeść będzie zachwycony 🙂
  • „The Painter” Peter Heller – wyczekiwana długo i był zachwyt; do poczytania TUTAJ.
  • „Mrok” John Lutz („Darker Than Night”) – bardzo zwykły, zupełnie nieszałowy thriller, którego recenzja będzie niebawem na portalu Gildia.pl
  • „Mind of Winter” Laura Kasischke – łaaa! Jaki szok i zaskoczenie. Pożarta w jeden wieczór. Straszna, smutna, zaskakująca – niebawem na Buku!
  • „Letnia Przeprawa” Truman Capote („Summer Crossing”) – bo to Truman jest; do poczytania TUTAJ.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey („The Wreckage”) – wspaniała powieść o wojnie i miłości; do poczytania TUTAJ.
  • „Frog Music” Emma Donoghue – intrygujący, bardzo kobiecy (choć nie tylko dla kobiet) i nietypowy kryminał, o którym napiszę kilka słów wkrótce;
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin („Little Birds”) – klasyka erotyki; jeszcze nie jestem pewna, czy tekst trafi na Buka.
  • „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells („The Island of Dr. Moreau”) – totalny zachwyt; niebawem na Buku!
  • „Potomstwo” Jack Ketchum („Offspring”) – kanibalistyczna kontynuacja serii „Poza Sezonem” i nie umiem nie lubić; wkrótce na Buku!
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – szał totalny, pożarta za jednym zamachem; do poczytania TUTAJ.
  • „Troje” Sarah Lotz („The Three”) – mroczny, niepokojący, niezwykły thriller – już w PIĄTEK!
  • „Szara Dama” Elizabeth Gaskell („The Grey Woman”) – tajemnicza nowela na następne Bezsenne Środy.
  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – rozpoczęta, nadgryziona.
  • „Sycamore Row” John Grisham – rozpoczęta, nadgryziona.

W zestawieniu znalazła się długo przeze mnie wyczekiwana najnowsza powieść Petera Hellera, autora ukochanego „Gwiazdozbioru Psa„, czyli „The Painter”. Wspaniałe cudo. Warto było czekać i teraz oczywiście chciałabym więcej. Jest coś magicznego w stylu pisania tego autora. Jakaś męska melancholia. Dzikość i przyroda wypływające z kolejnych linijek tekstu. Wspaniała i wzruszająca. Bardzo polecam.

Jeśli chodzi o bukowe majowe zdobycze, to mam Wam do pokazania taki oto piękny ZESTAW (od góry):

ZestawMAJ

  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – wspaniały prezent od rodziców na Dzień Dziecka. Już zaczęłam się zachwycać i zdecydowanie jest czym.
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin – klasyka erotyki do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Mrok” John Lutz – bardzo średni thriller do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Potomstwo” Jack Ketchum – wspaniała kontynuacja kanibalistycznego cyklu „Poza Sezonem” w prezencie od Anitki z BookReviews – dziękuję Kochana :* Wiesz sama, jak mnie to cieszy 😀
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – prześwietna druga część cyklu Parabellum od Remigiusza Mroza z przemiłą dedykacją w środku – ślicznie dziękuję!
  • „Troje” Sarah Lotz – doskonały thriller od wydawnictwa Akurat.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey – piękna powieść od wydawnictwa Wiatr od Morza.
  • „Dotyk” Alexi Zentner – magiczna powieść również od wydawnictwa Wiatr od Morza – nie mogę doczekać się czytania!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes – podobno mega, mega; do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.

Z ebookowych nowości dwie prześwietne powieści, w tym jedna szczególnie: „The Painter” Petera Hellera i „Frog Music” Emmy Donoghue:

MajEbooki

Z BLOGOSFERY: poruszyła mnie i wyjątkowo oburzyła sprawa Mishy z bloga Post Meridiem. Wydawnictwo innowacyjne Novae Res zerwało z dziewczyną współpracę za nie tyle negatywną recenzję powieści, ale za skrytykowanie korekty i wykazanie licznych błędów ortograficznych, które nie zostały poprawione. Wydawnictwo zagroziło także sądem – TUTAJ szczegóły sprawy, komentarz prawniczy autorstwa Remigiusza Mroza TUTAJ, blogerski komentarz Anki TUTAJ, a moje zdanie jest takie: NIKT nie ma prawa straszyć sądem i zmuszać blogera do usunięcia negatywnej recenzji, tym bardziej takiej, która podbita jest sensownymi przykładami i nikogo nie obraża. Zgoda na takie zachowanie jest przeciw wolności słowa w sieci i jest niedopuszczalna. Trzeba o tym pisać, trzeba mówić i trzeba komentować, żeby nigdy więcej coś takiego nie miało miejsca.

A Z CODZIENNYCH NEWSÓW: tydzień temu był Dzień Matki i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym naszym dwóm okolicznym Mamom nie sprezentowała z tej okazji wyszukanych specjalnie buków. Oba tytuły są wyjątkowe, bo „Uczciwą oszustkę” poleciła Karolina z bloga tanayahczyta (klik!klik!), a „Smak pestek jabłek” Tommyknocker z Samotni – pięknie Wam dziękuję, bo obie Mamy są zachwycone 😀

DzieńMatki

A co w czerwcu? Ano w czerwcu będą działy się bukowe wspaniałości różnorakie 😀 Już jutro światowa premiera „Mr. Mercedes”, na którą czekam z prawdziwą ciekawością. No bo to Stephen King jest, jego pierwszy detektywistyczny thriller i zaintrygował mnie zwiastun samej książki. Pierwszych stron promocyjnych nie czytałam, żeby zupełnie niespodziankowo do całości podejść. I pewnie niebawem będzie nawet recenzja 🙂

Tak myślę, że również jutro, a na pewno na dniach, przyleci do mnie wyczekiwana paczucha urodzinowa – kiwam się ze szczęścia i aż nie mogę się doczekać!

A 19 czerwca kontynuacja „Wołania kukułki”, czyli „The Silkworm” Roberta Galbraitha a.k.a. J.K. Rowling i sama nie wiem, czy się nakręcać od razu, teraz, już, czy może poczekać trochę, może nawet do polskiej premiery? No nie wiem – zobaczymy, ale pierwsza część przygód Cormorana Strike’a zrobiła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie; do poczytania TUTAJ.

Jedno jest pewne: maj był szałowym miesiącem bukowym i aż się prosi, żeby czerwiec był podobny. Trzymacie kciuki i czytajcie dużo.

Bo warto czytać.

O.

P.S. Rozmyślam jeszcze pokątnie o nowym mini-cyklu dla Was, ale to jeszcze w sferze planowania i rozpatrywania jest 😉

„Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz

Bombla_Parabellum#2

Kontynuacje doskonałych opowieści mają to do siebie, że w bardzo niewielu przypadkach zdolne są utrzymać poziom oryginału. Często bywa, że tracą spójność, rozjeżdżają się i gdzieś po drodze chaotycznie, jakby na siłę, rozbudowują zagubione wątki i rozpędzają się w kilku różnych kierunkach. Jednak, jak we wszystkim, istnieją wyjątki od reguły. Historie, które nieistotne ilu tomowe, trzymają poziom, w umiejętny sposób wciągają jeszcze głębiej czytelnika w swój świat i jeszcze długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Do takich niezwykle udanych, świetnie skonstruowanych kontynuacji należy z pewnością „Horyzont Zdarzeń”, czyli druga część wojenno-przygodowego cyklu autorstwa Remigiusza Mroza Parabellum (której nazwa pochodzi od parabellum zwanego Lugerem od nazwiska swojego twórcy, czyli klasycznego pistoletu oficerów wojska niemieckiego), której wydarzenia podejmują fabułę w chwili zakończenia pierwszej części, czyli „Prędkości Ucieczki” (klik!klik!).

„Horyzont zdarzeń” to wciąż jest historia miłości, o braterskiej przyjaźni i wojennej przygodzie, a także o nienawiści, która płynie falą przez Europę, nie dając się zatrzymać. Tym razem jednak Remigiusz Mróz postanowił przenieść środek ciężkości z bohaterów i połączyć ich przeżycia z wnikliwym ukazaniem dwóch wrogich obozów, które obsiadły Polskę z każdej strony, rozszarpując i pożerając po kawałku. Maria i Staszek nadal uciekają na zachód, do Francji, tym razem już sami, ścigani przez listy gończe hauptmanna Christiana Leitnera. Leitner natomiast zmaga się ze swoim przeniesieniem do służb SS i przyjazdem do Rawicza szalonego porucznika Johanna Blankenburga. A na wschodnich terenach okupowanych przez Sowietów z oprawcą walczy nieprzerwanie kompania Obelta, czyli Bronek, Chwieduszko i Kiljan, którzy po nieudanej próbie odbicia swojego dowódcy kierują się dalej na wschód. Sam Obelt, teraz już zostawiony samemu sobie, ranny i bezsilny, trafia do niemieckiego obozu jenieckiego dla polskich oficerów. Wszyscy oni mają swoje konkretne, prywatne cele i próbują wszelkimi sposobami osiągnąć je w nowej, niełatwej rzeczywistości. Tym razem jednak każdy z nich musi osobiście zmierzyć się z osaczającym go najeźdźcą.

Remigiusz Mróz idealnie zobrazował różnice między napierającą z zachodu Rzeszą a walącym ze wschodu Związkiem Radzieckim. Obu tyranom przyświeca jeden cel – zniszczyć Polskę, zmiażdżyć i wtłoczyć w to co zostało swoją filozofię nienawiści i zniszczenia. Obu charakteryzuje pierwotne zło płynące z ich obsesyjnych dowódców. Oba narody trawi gorączka zabijania. Jakieś nieokreślone szaleństwo, które trudno normalnemu człowiekowi pojąć nawet po latach. Wśród nazistów jednak to szaleństwo i okrucieństwo zdają się być wpisane w konkretny system. Kierują się określonymi, narzuconymi z góry regułami. Dobrym przykładem jest tutaj Christian Leitner, wyznawca przysłowiowego Ordnungu, gdzie wszystko musi mieć swoją konkretną przyczynę, cel i musi do czegoś prowadzić. Jest zimny i zdystansowany, potrafi trzeźwo określić sytuację, wymijając chorobliwą propagandę Hitlera. Z drugiej strony Johann Blakenburg, ślepo wykonujący rozkazy, niby wydaje się skończonym sadystą, a jednak również jego działania mieszczą się w kodeksie postępowania grup specjalnych niemieckiego wojska.  Działają „czysto”, układnie, według ustalonych regulaminów, nawet jeśli wydaje się, że jest inaczej.

Dopełnieniem obrazu opętanej porządkiem i prawem Rzeszy są miasteczka i wioski niemieckie, jakie mijają w swojej podróży Maria i Staszek. Gdy po ucieczce trafiają do protestanckiej wioski aż wstyd im się pokazywać na ulicy! Wszędzie czysto, pachnąco, klomby kwiatów i ludzie spacerujący za rękę. Jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby za ich granicą nie działy się wszystkie okrucieństwa. Ot, płyną zwyczajne dni. Dzieci marzą o przyłączeniu do Hitlerjugend, organizowane są pochody i pomniejsze uroczystości. Nad wszystkim czuwa uwielbiany Führer i nikt niczym specjalnie nie musi się przejmować. Idylla. Sielanka. Uśmiechnięci ludzie, którzy skorzy są pomóc potrzebującym. O ile nie okażą się oni być Polakami. Albo Żydami.

A jednak mieszkańcy wschodniej granicy leżącej w gruzach Polski gotowi są spakować manatki i uciec prosto w ramiona nazistów byle dalej od najeźdźcy ze wschodu. Radzieccy żołnierze okazują się być jak dzikie bestie spuszczone z łańcucha. Nikt nad nimi nie panuje. Nikt nimi nie dowodzi. Są uosobieniem wojennego chaosu, największego koszmaru, jaki może spotkać mieszkańców okupowanych ziem. Brudni, śmierdzący nie kierują się żadnym kodeksem. Nie mają regulaminu. Za bestialskie zbrodnie nie odpowiadają przed kimkolwiek. Ich celem jest jedynie siać grozę i zniszczenie. Wpadają do domów jak sfora psów, zawsze w pace, gwałcą kobiety na śmierć, zabijają dzieci, znęcają się nad starcami, by na koniec wszystko za sobą spalić, wrzucić do rowu i odejść zanosząc się pijackim śmiechem. Są zupełnie nieprzewidywalni. Opętani wolnością i bezkarnością.

W „Horyzoncie Zdarzeń” to chłopaki kompanii Obelta muszą zmierzyć się z tak potwornym wrogiem. Są świadkami niewyobrażalnych okrucieństw i nic nie mogą zrobić. Osobą, która może niejako dobrze zobrazować przykład radzieckiego żołnierza jest niejaki Wiektor Iwanowicz Sidorenko, na którego trafia kompania. Człowieka, który będąc w grupie innych mu podobnych, zupełnie na ślepo podążał za współbraćmi. Na instynkt. Nie myślał. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami. Po prostu działał. Dopiero gdy zyskał czas, by dojrzeć zniszczenie, postanawia pomóc. I nawet  okazuje się nie być taki zły, chociaż szaleństwo płynie mu we krwi razem z galonami wódki.

Jak zdążyliście już pewnie zauważyć „Horyzont Zdarzeń”, podobnie jak „Prędkość ucieczki”, pędzi naprzód, wciąga w fabularne szaleństwo i aż z trudem można się od niego oderwać. A zupełnie przy okazji Remigiusz Mróz daje nam całkiem porządną lekcję historii, jej wybranych elementów, przeżywanych i widzianych oczami zwykłych ludzi: żołnierzy, ruchu oporu, czy mieszkańców okupowanych terenów. Ich sytuacja zmienia się co chwilę, przekształca jak w kalejdoskopie. Wojna nie pozwala o sobie zapomnieć, nie daje oddechu ani na moment. Nikt nie jest bezpieczny. Nie istnieją idealne kryjówki. Zagrożenie czyha dosłownie z każdej strony. Druga część cyklu Parabellum trzyma mocno poziom, w narracji, trybie opowieści nie zmienia się nic – doskonała wojenna historia z wątkiem przygodowym trwa, tak jak wciąż próbują wytrwać i odnaleźć się w nowej rzeczywistości jej bohaterowie. Maria, Staszek, kompania Obelta, Holzer i nawet Leitner – oni wszyscy jeszcze bardziej ludzcy, jeszcze bliżsi i tak samo znajomi, jak poprzednio. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejny tom, bo finał „Horyzontu Zdarzeń”, moi Drodzy, wbija w fotel i zmusza do zagryzania paznokci z nerwów. Oby wkrótce!

O.

*Za książkę wraz z przemiłą dedykacją dziękuję pięknie autorowi Remigiuszowi Mrozowi 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Wierzby” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneWierzby

 

„When common objects in this way become charged with the suggestion of horror, they stimulate the imagination far more than things of unusual appearance; and these bushes, crowding huddled about us, assumed for me in the darkness a bizarre grotesquerie of appearance that lent to them somehow the aspect of purposeful and living creatures. Their very ordinariness, I felt, masked what was malignant and hostile to us. The forces of the region drew nearer with the coming of night. They were focusing upon our island, and more particularly upon ourselves. For thus, somehow, in the terms of the imagination, did my really indescribable sensations in this extraordinary place present themselves.”

Tak to już bywa, że jak się raz wpadnie w sidła horroru, to jakoś tak trudno się z nich wywlec o własnych siłach. Jeden autor prowadzi do drugiego, a kolejne opowieści kierują nas do innych. Tak właśnie było z twórczością Algernona Blackwooda, na którego w moich bukowych podróżach natrafiłam zupełnie przypadkiem, nie przez kogo innego jak przez H.P. Lovecrafta i pobocznie przez Stephena Kinga. No bo jeśli Samotnik z Providence pisze w swoich tekstach, że opowiadanie „Wierzby” jest najlepszą opowieścią grozy jaka kiedykolwiek powstała, a Mistrz Horroru odwołuje się do „Wendigo” tego właśnie brytyjskiego pisarza, to nie pozostaje mi nic innego jak rzucić się i czytać. I zachłysnąć się totalnie, bo twórczość Algernona Blackwooda to perełka weird fiction. Zostawia po sobie czystą, nieskalaną grozę i dziesiątki pytań bez odpowiedzi. 

Na pięknych i modrych wodach Dunaju, dwóch przyjaciół zorganizowało sobie spływ kajakami. Nie mogli wybrać piękniejszej pory roku. Nie mogli wymarzyć piękniejszej lokacji. Okolica jest dosłownie idylliczna – przyroda w najczystszej postaci. Brzegi rzeki wydają się być nietknięte stopą człowieka, liście zdają się błyskać i tańczyć na wietrze, słońce przyświeca, a nurt rzeki lekko niesie dwóch podróżników. Tylko dlaczego w odwiedzanych po drodze wioskach mieszkańcy proszą ich, by nie płynęli w dół rzeki? Czemu wykonują znak krzyża na samo wspomnienie o wysepkach na rzece? Dlaczego wierzby nad wodą zdają się złowieszczo dotykać ich ramion? Coś dziwnego ogarnia przyjaciół, mąci ich spokój i mami wyobraźnię. Woda okazuje się pozornie bezpieczna, jej bystre nurty potrafią spędzać kajak na kamienne mielizny. Słońce oślepia zamiast ogrzewać. Drzewa nie szumią już, ale huczą złowrogo. A pewnego dnia, na powierzchni pędzącej wody przyjaciele dostrzegają dziwny kształt, przypominający ciało topielca. Rozmyślają nad powrotem do cywilizacji. Przerwaniem podróży. Ale zanim zdążą cokolwiek zrobić, jakkolwiek zareagować, okaże się, że na zawrócenie z obranego szlaku już od dawna było za późno.

Nie przez przypadek „Wierzby” zyskały w gatunku miano opowieści kultowej. Sennie i zjawiskowo wprowadzają nas w świat odizolowanej, nietkniętej przyrody, gdzie nic nie jest już przychylne człowiekowi. To prawdziwa naturalna dzicz, która zdaje się uważnie śledzić kroki tych, co odważą się w nią wstąpić, nastawiać pułapki, by w końcu nie wypuścić ze swoich szponów. A z pewnością nie o zdrowych zmysłach. Dziewicze połacie lasów znad Dunaju hipnotyzują i wciągają. Wydają się być jednocześnie piękne, jak i nieskończenie przerażające. W opowieści Blackwooda nabierają niemal mistycznego charakteru. Jego Wierzby reprezentują niepokonaną moc natury i są wszystkim tym, czym człowiek nigdy nie będzie. Są tym, czego ludzkość nigdy nie pojmie i nie zdobędzie. Ich szept, ich ruchy, niezwykły kamuflaż – one kreują zupełnie nową rzeczywistość, tworzą zupełnie nowe warunki.  Nad modrymi wodami Dunaju już niczego nie można być pewnym.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo gałęzie za oknem szepczą złowrogo, tańcząc na wietrze.

O.

*Opowiadanie „Wierzby” (org. „The Willows”) całkiem za darmo, po angielsku, znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik! klik!), podobnie jak inne jego opowieści – bardzo warto znać 😀

**A kto jeszcze się nie przekonał, a jest zaintrygowany może poczytać o prześwietnym opowiadaniu „Wendigo”, o którym pisałam w zeszłym roku TUTAJ (klik! klik!).

„Letnia Przeprawa” Truman Capote

Bombla_LetniaPrzeprawa

 

„W Grady wzbierał nieopanowany śmiech, radosne wzburzenie, przez co rozpościerające się przed nią białe lato zdawało jej się świeżym płótnem, które tylko czeka na te pierwsze gwałtowne, czyste pociągnięcia pędzlem, zupełnie wolne.”

Początek lata 1945 roku. Koniec Drugiej Wojny Światowej. Świat w rozsypce, powoli zbiera się w sobie, łapie oddech i odbudowuje ruiny. Szykują się zmiany na wielką skalę. Zmiany nie tylko polityczne, ale przede wszystkim kulturowe. Coś się kończy, coś się zaczyna. Stany Zjednoczone liczą straty, zbierają swoich chłopców z dwóch przeciwległych frontów. Prezydent Truman bierze sprawy w swoje ręce, ustanawia nowe prawa i akty, tym samym stabilizując pozycję kraju jako jednego z liderów świata. Amerykańska mentalność powoli przekształca się. Ewoluuje. Rodzi się kultura masowa, ludzie integrują się, a pozycja społeczna przestaje mieć tak istotne znaczenie. Zaczyna się powolny upadek klasowości. Idea wszechobecnej wolności inspiruje do walki o prawa człowieka, prawa rasowe i płciowe. Coś się otwiera i prowokuje do dalszych zmian. W życie wchodzi nowe pokolenie dzieciaków, nastolatków, którzy wojenne doświadczenia swoich rodziców i starszego rodzeństwa wtłaczają w swój własny, prywatny świat. Ich bunt bez bagażu doświadczeń poprzedniego pokolenia rozpoczyna nową epokę w kulturze Stanów Zjednoczonych.

Do tamtego pokolenia złotej, powojennej młodzieży należał Truman Capote, jedna z wybitniejszych postaci literatury amerykańskiej i towarzyskiej śmietanki Nowego Jorku. Nie będę ukrywać, że mam do Trumana Capote wyjątkowy sentyment. Pokochałam go niemal od razu po przerażającej, opartej na faktach powieści „Z Zimną Krwią”, by potem rozpływać się nad jego pachnącą babim latem „Harfą Traw” i kultowym już „Śniadaniem u Tiffany’ego”. Pamiętam jak świat literatury ogarnął zachwyt, gdy w 2004 roku okazało się, że prawie w dwadzieścia lat po śmierci tego niezwykłego pisarza, zupełnie przypadkiem, odnaleziono jego pierwszą, debiutancką powieść zatytułowaną „Letnia Przeprawa” (org. „Summer Crossing”). Capote zaczął pisać ją ok. 1943 roku, by zakończyć pracę na początku lat pięćdziesiątych i zaraz potem wywalić manuskrypt do kosza w jednym z wynajmowanych mieszkań. Gdyby nie ciekawość nadzorcy budynku „Letnia Przeprawa” nigdy nie ujrzałaby światła dziennego! Na szczęście tekst się odnalazł, i pomimo iż krytycy zgodnie uznali, że nie jest to arcydzieło, a także, że widać w nim dopiero zalążek wielkiego autora jakim był Capote, to ta niewielka objętościowo powieść, nowela nawet, zdecydowanie ma w sobie magię oraz stanowi jedną z piękniejszych historii o dojrzewaniu i pierwszej miłości w literaturze amerykańskiej.

Bohaterką „Letniej Przeprawy” jest Grady McNeil, siedemnastoletnia młodsza córka jednego z bogatszych finansistów z Wall Street. Jej rodzina to wyższa sfera Nowego Jorku. Ludzie, którzy od pokoleń dziedziczą domki w Hamptons, mieszkania na Piątej Alei z widokiem na Central Park, należą do śmietanki Manhattanu, a ich dzieci uczęszczają do elitarnych klubów. Tego roku, jesienią 1945, Grady ma debiutować na swoim pierwszym balu i zostać wprowadzona do towarzystwa, co oznaczać będzie gotowość do zamążpójścia i kontynuowania zacnych tradycji rodzinnych. Ale to dopiero jesienią. Na razie rozpoczyna się lato. Rodzice dziewczyny wypływają w rejs do Europy, by oporządzić domek na Riwierze, a ona ma po raz pierwszy w życiu zostać sama. A Grady ma sekret. Pisałam już kiedyś, że bohaterowie historii Trumana Capote są tylko pozornie szczęśliwi. Ich pełne wewnętrznych konfliktów i tajemnic życie naznaczone jest smutkiem, melancholią i jakąś trudną do uchwycenia tęsknotą za czymś, czego nie potrafią zdobyć. I taką postacią jest także Grady. Bo widzicie, ona jest zakochana.

Przed nią i wybrankiem jej serca rozciąga się długie, pełne rozkosznych chwil lato we dwoje w mieście, które nigdy nie śpi. Rozpalone do czerwoności, duszne ulice Nowego Jorku wydają się opuszczone przez wszystkich jego stałych mieszkańców. Rodziny z sąsiedztwa Grady, podobnie jak jej rodzice, wyjechali na letnie miesiące, by doglądać zaoceanicznych posesji, nadmorskich domków, czy południowych rancz. Miasto wydaje się snuć bez celu, topić się w upale i szykować na nocną zabawę, opanowane jedynie przez klasę robotniczą. A do niej należy właśnie chłopak Grady, dwudziestokilkuletni weteran wojenny, obecnie stróż parkingowy – Clyde Manzar. Wraz z wyjazdem rodziców dziewczyna, zachłyśnięta wolnością i natłokiem możliwości, wpada w wir zabawy, miłosnych uniesień i dramatów, jakie te ze sobą niosą. Gdzieś po drodze traci kontrolę nad tym, co się dzieje, nad tym latem, które chwyciło ją w swoje szpony, by w końcu stało się coś nieodwracalnego, czego ani nie naprawią pieniądze tatusia, ani pozycja rodziny. Grady, jak mityczny Ikar pędzący prosto w słońce, pomimo tego, że czuje jego żar i topnienie skrzydeł, leci na łeb na szyję, byle zdobyć to, czego nigdy w pełni nie potrafiła odnaleźć w sobie – szczęście.

„Letnia przeprawa” porywa czytelnika w wir niespełnionych pragnień, miejskiej zabawy i wolności życia bez zobowiązań. Już w chwilę po rozpoczęciu lektury, gdzieś podświadomie zapala się lampka, że rodzice Grady wcale nie powinni byli wyjeżdżać. A z pewnością nie zostawiać nastoletniej córki samej w środku rozgrzanego Manhattanu. Im dalej w lato, tym szaleństwo miasta ogarnia jego mieszkańców do reszty, prowokując do przekraczania barier, do burzenia granic moralności. Wydaje się nawet, że to właśnie ta przewrotna, okrutna natura miasta wybudza w ludziach obłęd. Capote nadał Nowemu Jorkowi cechy zwierzęce i namacalne, przekazując władzę nad umysłami mieszkańców. W jakimś momencie nasza bohaterka postanawia poddać się temu na ślepo. Rozumie, że popełniła błąd, ale nie jest już w stanie zawrócić z drogi. Więc brnie nieprzerwanie przez ciąg coraz bardziej absurdalnych sytuacji, dokonując coraz bardziej tragicznych w skutki wyborów, ciągnąc za sobą jak jeńców Clyde’a, jego rodzinę, swoją siostrę Apple i najlepszego przyjaciela Petera Bella. „Przeprawia” się na drugą stronę, zostawiając za sobą dziewczynę i stając się kobietą. Pali za sobą wszystkie mosty, zamyka ścieżki i poddaje przeznaczeniu.

Prawdę powiedziawszy, aż trudno jest mi uwierzyć, że przez wszystkie te lata Truman Capote uważał, że „Letnia Przeprawa” nie jest warta publikacji. Bo powiem Wam, że to naprawdę wspaniała opowieść. Jedna z tych, które wbijają się w umysł i zostają z czytelnikiem na dłużej. Niby nic się takiego nie dzieje, ot życie zakochanej nieopatrznie nastolatki, a przecież na naszych oczach sypie się w gruzy. Z narastającą  fascynacją mamy szansę obserwować upadek złotego dziecka, perfekcyjnej statecznej panienki, która na swoje barki wzięła zbyt wiele. Poddała się bezmyślnie rozgorączkowanemu miastu. Popędziła naprzód nie zwracając zupełnie uwagi, że horyzont płonie i powinna zawrócić zanim będzie za późno. Z każdym kolejnym rozdziałem, kolejnym poetyckim zdaniem, czuć Trumana Capote i jego uczucie do Nowego Jorku. Jest w tym geniusz i tak trochę, zupełnie za mgłą, jakby podejrzenie przyszłości, lotu w szaleństwo, zapowiedź jego własnego upadku.

O.

„Jurassic Park” Michael Crichton

Bombla_JurassicPark

 

„Life breaks free. Life expands to new territories. Painfully, perhaps even dangerously. But life finds a way.”

Fascynacja światem dinozaurów towarzyszy mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Już jako obtoczony w książkach maluch, zupełnie przypadkiem dostałam w nagrodę w przedszkolu atlas dinozaurów i od tamtej chwili tylko pogłębiałam swoją obsesję. Książki, gry, edukacyjne programy komputerowe – dinozaury były jednym z moich ulubionych tematów i mało kto mógł mi z moich kolegów i koleżanek w tamtych czasach dorównać wiedzą o nich. I wtedy nadszedł niepokonany Steven Spielberg i jego wspaniały „Park Jurajski”… Ile było radości! Ile szczęścia! Wierzyłam, że gdzieś tam, na niedostępnych dla mnie oceanach, istnieje skąpana w mgłach wyspa, a na niej cały ten zaginiony świat. Latami marzyłam o zostaniu paleontologiem i jeszcze długo po filmie pragnęłam wierzyć, że takie klonowanie jest jak najbardziej możliwe. Marzenia i wiarę zweryfikowało życie, ale uwielbienie do dino-świata zostało już we mnie na zawsze. I właśnie dlatego, po latach, powróciłam tam, gdzie to wszystko się zaczęło – do powieści  Michael Crichtona zatytułowanej „Jurassic Park”.

Wszystko zaczyna się od idei. Od wielkiej wizji, która powraca i prowadzi do obsesji. Obsesji tak intensywnych, że nie można o nich zapomnieć. Nie można ich powstrzymać. Wpijają się w szpony wyobraźni i pozwalają jej dryfować po szalonych konceptach. Zmuszają do poszukiwań i do działania na niespotykaną skalę. Tym bardziej, gdy ich realizacja nagle staje się zupełnie realna. Możliwa i na wyciągnięcie ręki. Koniecznie będą oczywiście wielkie pieniądze, wielkie inwestycje i wielkie korporacje, które urzeczywistnią pomysł i nadadzą całości konkretnej biurokratycznej formy. W „Jurassic Park” Crichtona takim wizjonerem jest John Hammond – twórca i właściciel InGen, firmy która zajmuje się badaniami nad genetyką i klonowaniem zwierząt. Hammond ma pieniądze, wie, gdzie szukać partnerów i sponsorów. Przyciąga ich swoimi pomysłami, marzeniami, a przede wszystkim planem ich realizacji. On wie, że za odpowiednie środki finansowe można stworzyć wszystko. No prawie wszystko, ale z pewnością to, na czym mu zależy przede wszystkim. Tym razem jest to park rozrywki, inny niż wszystko co do tej pory widziano. Park, w których powraca przeszłość i minione epoki. Park Jurajski.

Powieść rozpoczyna się serią niepokojących wypadków, które mają miejsce wzdłuż wybrzeży Kostaryki. Coś atakuje ludzi. W szczególności dzieci – pożerane noworodki, ugryzione na plaży małe dziewczynki i strach wśród tubylców. Szepczą o wampirach, bazyliszkach i potworach z dżungli. Coś czai się na wybrzeżach. Coś nowego i niebezpiecznego. Wysłane próbki angażują coraz to nowe osoby, powstają nowe powiązania, a wszystko to prowadzi właśnie do Johna Hammonda i InGenu. Tak się złożyło, że InGen jest właścicielem wyspy Isla Nublar (dosł. Mglista Wyspa), znajdującej się w niewielkim oddaleniu od wybrzeży Kostaryki właśnie. Na zaproszenie właściciela, który szykuje niezwykłą niespodziankę dla całego świata, przybywają paleontolog Alan Grant, paleobotaniczka Ellie Sattler, znany matematyk i  wyznawca teorii chaosu Ian Malcolm. Na dokładkę prawnik Donald Gennaro i… dwoje wnuków Hammonda, kilkuletni Lex i Tim. Teoretycznie celem przybycia jest sprawdzenie bezpieczeństwa Parku, a tak naprawdę zrobienie wielkiego wrażenia na gościach i pochwalenie się latami genetycznej zabawy. Tyle tylko, że Park Jurajski może i zapiera dech w piersiach, poraża ogromem laboratoryjnych dokonań, ale jednocześnie wcale a wcale nie jest bezpieczny, nie wszystkie systemy dopracowane, a nie każdy pracownik lojalny.

W umyśle Hammonda jego park jest w stu procentach zabezpieczony i gotowy do użytku. Nie ma w nim nic, co wymagałoby poprawki. Każdy szczegół jest według niego dopięty na ostatni guzik. Wydał przecież olbrzymie pieniądze, a pieniądze w jego świecie przekładają się na niezawodną jakość. Błąd ludzki, błąd statystyczny, czy błąd maszyny nie mieszczą się w ogóle w głowie. Dla niego każde ze zwierząt Parku jest samicą, bo tak je zaprogramowali. Każdy z systemów działa bez zarzutu, bo tak został ustawiony. Każdy z komputerów prowadzi nieomylne obliczenia. Dinozaurów na wyspie jest jedna konkretna ilość, tylko w laboratoryjnej wersji. Działają siatki zabezpieczające, ograniczenia terenowe i  każda z maszyn.  Skoro sam to zaplanował i za to zapłacił, to jakżeby mogło być inaczej?

Po drugiej stronie marzeń Hammonda stoi człowiek, który na Isla Nublar przybywa jedynie po to, by potwierdzić swoje obawy. Ian Malcolm, matematyk i wyznawca teorii chaosu od początku wróży Parkowi Jurajskiemu czarną przyszłość i ostateczny upadek. Pomysł właściciela InGenu jest dla niego tak bardzo zuchwały, tak bezczelny wobec samej natury, że nie ma możliwości, by osiągnął sukces. Malcolm wie, że w takiej inicjatywie wcale nie chodzi o pieniądze, ale tysiące pomniejszych możliwych niedociągnięć i niedoskonałości, które skumulowane wyzwolą ciąg niekontrolowanych wydarzeń i zaburzą perfekcyjny porządek Hammonda. Dla Malcolma istnieją elementy po części możliwe do opanowania, ale nie należy do nich sam człowiek, który podobnie jak każda żywa istota nie jest idealny. Jedno drobne odchylenie od normy powoduje zmiany na niewyobrażalną skalę, a Park Jurajski wydaje się być tej teorii modelowym przykładem.

John Hammond stworzył wokół siebie iluzję bezpieczeństwa i gotowy jest kurczowo trzymać się jej aż do końca, byle projekt, któremu poświęcił lata życia w końcu wystartował. I zadziwił świat. Przyciągnął rozgorączkowane tłumy. Zarobił miliony. W jego wyobraźni setki dzieci miało biegać wokół pozamykanych szczelnie wybiegów podziwiając na żywo ukochane tyranozaury, stegozaury, czy triceratopsy. Miało być pięknie. Miało być sielankowo. Czego Hammond nie wziął nigdy pod uwagę, to samej iskry dawnego życia, która ucieknie mu spod mikroskopijnych szkiełek i kriopojemników, by w końcu sforsować bramy pod napięciem i wkroczyć dumnie we współczesny ekosystem. Ekosystem, który może okazać się za słaby na przystosowanie do zwierząt sprzed milionów lat. A co wtedy stałoby się z człowiekiem? Co z naszą historią, minionymi cywilizacjami? Latami ewolucji?

Michael Crichton miał tą niezwykłą umiejętność wyprzedzania swoich czasów jeśli chodzi o różne koncepty naukowo-technologiczne. Wielokrotnie do popkultury wprowadził zalążki idei, które od tamtego momentu były już eksploatowane na wszystkich frontach. W „Jurassic Park” Crichton wskrzesił zwierzęta, które wyginęły dziesiątki milionów lat temu, niezwykłe wydarzenia ubrał w ekscytującą, pełną zwrotów akcji fabułę, a całości nadał ton przypowieści ku przestrodze. Przypomina to kultowego już „Frankensteina” Mary Shelley, czy „Wyspę Doktora Moreau” H.G. Wellsa, czyli dwie historie ukazujące mroczną stronę człowieka, który nie potrafi powstrzymać się przed zabawą w boga. John Hammond to taki współczesny Wiktor Frankenstein – wizjoner, który przekracza granice moralności, by wpaść w otchłań, którą sam otworzył. Bo przecież nie da się zatrzymać życia. Nie da się zapanować nad czymś, co ma władzę nad samym człowiekiem. Nad pierwotną siłą, która trwa nieskończenie od miliardów lat i samotnie przemierza kosmos.

O.

 

BEZSENNE ŚRODY: „Karabin” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneKARABIN

 

„I wtedy już wiedziała.
Spojrzała mu w oczy i zobaczyła, czym był naprawdę.
Wiedziała, kim mógł się stać.”

Z prozą Jacka Ketchuma tak już bywa, że potrafi porazić lepiej niż niejeden klasyczny horror. Kierując się bolesnym, ale jakże prawdziwym stwierdzeniem Jean-Paul Sartre’a, że „piekło to drugi człowiek”, Ketchum powraca wciąż do tej tezy i udowadnia ją w każdej swojej opowieści. Pokazuje, że transgresja zła jest ciągle możliwa, a zdeprawowana wyobraźnia ludzka nie zna granic okrucieństwa i wciąż pędzi naprzód. Od lat zastanawiam się nad tym, czy zło jako takie, pierwotne i nieubłagane, może być cechą wrodzoną, czy może jednak jedynie nabytą, poprzez cały bagaż doświadczeń zdobywany z wiekiem. Ta odwieczna filozoficzna polemika zawsze uderza we mnie, gdy zabieram się za teksty tego amerykańskiego autora, zmusza mnie do myślenia o korzeniach gwałtu, przemocy i nienawiści. Chciałabym wierzyć w wersję, że rodzi się z czasem. Chciałabym móc mieć nadzieję, że zła da się oduczyć poprzez odpowiednią terapię, jakieś alternatywne leczenie. Ale chyba jednak nie umiem już w to wierzyć, bo historia raz za razem udowadnia, że dzieje się zupełnie odwrotnie i nic nie można na to poradzić. 

Polemikę zła nabytego i wrodzonego otwiera jedno z opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowane „Karabin”. Już pierwsza scena wzbudza w czytelniku niepokój. Mama dziesięcioletniego Danny’ego, sprzątając, natrafia w szafie syna na karabin. Naładowany. Karabin kradziony, dawną broń jej ojca. Niezwykłe, niebezpieczne znalezisko prowokuje kobietę do rozmyślań o ostatnich, chuligańskich wyczynach syna i kłamstwach z jakimi musiała się zmagać od miesięcy. Analizuje każde nietypowe zachowanie Danny’ego, każdy problem i orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Z chłopcem stało się coś nieodwracalnego, co rozrasta się i nie pozwala mu być takim, jak inni. Danny ma tylko dziesięć lat, powinien być wesołym ciekawym świata, wkraczającym w życie rozrabiaką, a nie złodziejem, podpalaczem i oszustem. Coś w nim przekształciło się… A może od zawsze tam było i tylko czekało, wychylając łeb z ciemności? Matka decyduje się na szybką reakcję, zabiera karabin i rusza leśną ścieżką do kryjówki syna, by spotkać przeznaczenie.

Miłość matki do dziecka ma to do siebie, że potrafi wybaczyć wiele. Często zbyt wiele. Rzadko bywa obiektywna, raczej bezwarunkowa. Każdy morderca, gwałciciel, czy pedofil ma przecież matkę. Nie powstał z próżni. Niestety, często matczyna miłość potrafi być po prostu ślepa. Nie pozwala dojrzeć najbardziej oczywistej z rzeczy. Najgorszej ze zmian. Bo jak w takim wypadku nie obwiniać siebie? Nie czuć wyrzutów sumienia, że gdzieś po drodze wydarzyło się coś znaczącego, a rodzic nic nie zauważył? Nie zwrócić uwagi, że ktoś kto przysłonił kiedyś cały świat nie jest wcale tym, kim nam się wydaje? Ponieważ najtrudniej zrozumieć, że czasami tak już jest – rodzi się człowiek z gruntu zły. Po prostu. Nic dodać, nic ująć. Kontrowersyjny „Karabin” Jacka Ketchuma dotyka tej czarnej strony rodzicielstwa, a w zasadzie macierzyństwa. Pokazuje to, czego nikt nie chciałby zobaczyć – czarną stronę ludzkiej natury. Mroczną stronę dziecka, które już dzieckiem nie jest.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że nie każdy miałby odwagę podjąć ostateczną decyzję.

O.

*”Karabin” znajdziecie w tomie opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowanym „Królestwo Spokoju” (org. ” Peaceable Kingdom”), w Polsce wydanym przez Replikę.

„Pobojowisko” Michael Crummey (PREMIEROWO!)

Bombla_Pobojowisko

 

„Nie wiedź mię do tego, abym cię opuścić i od ciebie odejść miała; owszem gdziekolwiek pójdziesz, z tobą pójdę, a gdziekolwiek mieszkać będziesz, z tobą mieszkać będę; lud twój lud mój, a Bóg twój Bóg mój.”

Druga Wojna Światowa pozostawiła po sobie zgliszcza i świat pogrążony w nieskończonej żałobie. Europa jeszcze długo dławiła się swądem palonych ciał w piecach krematoriów. Całe lata echem wciąż odbijały się wywrzaskiwane słowa potwora, przywódcy „nieśmiertelnej” Rzeszy.  Miliony ciał, setki tysięcy zbiorowych mogił… Poświęcenie niezliczonych ilości dusz. Zagubione rodziny, utraceni na zawsze kochankowie. Miasta rozszarpane na strzępy, w gruzach nie do odbudowania. Gdy mówimy o koszmarach tamtej wojny wspominamy obozy zagłady, Normandię, krwawy szlak Sowietów, zbombardowane połacie ziemi, tajne operacje i Berlin. Bardzo rzadko stają nam przed oczami rajskie wysepki porośnięte mroczną dżunglą, lazurowe wody oceanu czy uderzające samobójczym lotem, spadające z nieba samoloty. W naszych książkach od historii zatopienie Floty Pacyfiku i zmiecenie z powierzchni ziemi Hiroszimy i Nagasaki figurują prawie od razu po sobie. Tak jakby wszystko to, co wydarzyło się pomiędzy, cztery lata krwawej, bezkompromisowej walki na wodach Oceanu Spokojnego nie były warte nadmienienia. Jakby tamte działania, które zakończyły się śmiercią setek tysięcy żołnierzy, nuklearnym atakiem i upadkiem bóstwa nie były jednakowo ważne.

Mniej znaną europejskim czytelnikom część historii Drugiej Wojny Światowej przybliża w swojej świeżo wydanej w Polsce powieści zatytułowanej „Pobojowisko” (org. „The Wreckage„) – Michael Crummey. Pisarz znany przede wszystkim ze swojej realistyczno-magicznej umiejętności ukazywania nowofundlandzkich wiosek i ich chłodnych, oddalonych mieszkańców i tym razem powraca na wyspy, by opowiedzieć wielowymiarową historię miłości, żalu i nienawiści. Wspomnienia wojny i niemożności powrotu. Piękną i jednocześnie niezwykle brutalną powieść o pierwszej zakazanej miłości młodziutkiej protestantki Mercedes „Sadie” Parsons i katolika Wisha Fureya, który przybywa do jej rodzinnego Cove, jednej z rybackich osad Nowej Funlandii. Chłopak i dziewczyna pragną poznać się bliżej, pragną po prostu móc się pokochać, ale purytańskie środowisko, w jakim wychowała się Sadie swoją zaściankowością zamyka się na rozkwitające uczucie tych dwojga i doprowadza do ich nagłego rozstania.

Chciałoby się wierzyć, że „Pobojowisko” to przede wszystkim historia o uczuciu dwojga młodych ludzi rozdzielonych przez ślepy los. Chciałoby się zamknąć tę powieść w pojedynczej ramie romansu, skupiając uwagę czytelnika jedynie na fascynującej historii ich wyklętej miłości. Tylko to wcale nie tak. Albo jedynie z jednej najprostszej perspektywy. Ponieważ dzieje tej pary posłużyły tutaj czemuś zupełnie innemu. Crummey pozwala czytelnikowi przywiązać się do tej dwójki naiwnych dzieciaków, pozornie nieskalanych jeszcze do końca złem, które czai się wokół. To oni sami przyciągają nienawiść, niezrozumienie i niejako zmuszeni zostają do podjęcia ostatecznych wyborów, które na zawsze odmienią ich życie. Ona w poszukiwaniu ukochanego ucieka z wyspy, a on nie zdając sobie sprawy z zamiarów Sadie, rzuca się na wielkie wody Pacyfiku i zaciąga do Armii Brytyjskiej, by wyruszyć na wojnę. W obliczu przyszłych wydarzeń konflikt religijny w małej rybackiej wiosce wydaje się już nie mieć znaczenia.

I tak naprawdę dopiero tutaj zaczyna się ta opowieść. W obozie jenieckim Nagasaki #14, do którego trafia Wish po upadku Singapuru. To w tym obozie pozna co oznacza prawdziwe okrucieństwo, spotykając człowieka, który stanowi klucz do znaczenia „Pobojowiska” – japońskiego tłumacza, bezwzględnego i sadystycznego Noburo Nishino, który nosi w sobie smutny sekret z przeszłości. To przez tę postać Michael Crummey przekazał wszystko to, z czym musieli się zmierzyć żołnierze walczący na wodach Oceanu Spokojnego. Dwie różne siły, dwa wojskie, które zderzyły się ze sobą jako dwie zupełnie odrębne cywilizacje. Różnica kultur, jeszcze przed epoką globalizacji, była tak ogromna, że część walczących po amerykańskiej stronie żołnierzy nie potrafiła zrozumieć ich zaślepienia i chorych motywacji. Japończycy okazali się być zdolni do wielkich, ostatecznych poświęceń nie tyle za ojczyznę, ale za swojego jedynego dowódcę, ich najważniejszego boga i wschodzące słońce, czyli cesarza Hirohito. Japoński kodeks i szkolenie wymuszały istnienie samobójczych jednostek kamikadze, ścinania głów mieczem i umiejętności pozbawiania jeńców człowieczeństwa. Byli gotowi na wszystko.

Wish pisze z Nagasaki #14 listy do Mercedes w zabawnym, humorystycznym tonie. Bo w jaki sposób miałby opisać ukochanej dziewczynie potworności jakich stał się świadkiem i uczestnikiem? Tortur, jakich stał się ofiarą? W jaki sposób miałby zobrazować dziewczynie głód jaki odczuwał i chorobę, która go dręczyła? Jak ukazać ból po uderzeniach bambusowego kija na wychudzone, nagie ciało? Jak opisać przyjaciela, który leży obok umierając na dyzenterię, pijąc zakażoną wodę? Zderzenie dwóch cywilizacji doprowadziło do ostatecznych rozwiązań i niezrównanych okrucieństw. Pewne siebie chłopaki, którzy zdecydowali się wyruszyć na wody Pacyfiku już nigdy tak naprawdę nie wrócili. Część zginęła na podjazdowych wojnach prowadzonych na pomniejszych wysepkach, część na japońskich ziemiach, a część już na zawsze utraciła swoją tożsamość. Zostali złamani, uszkodzeni, wewnętrznie zniszczeni tym, czego stali się świadkami. Do kraju powróciły duchy, skorupy mężczyzn, którymi byli dawniej, niczym mityczni Odyseusze, którym przytrafiło się zbyt wiele, by mogli powrócić do rzeczywistości. Do swoich wiecznie wyczekujących Penelop, które tak jak Sadie, pragnęły jedynie wytrwać i doczekać momentu ponownego złączenia.

W ten sposób okazuje się, że powieść Crummeya nie jest wcale historią miłości, ale opowieścią o tym co z tej miłości pozostało po konfrontacji z koszmarem wojny. Całkiem metaforycznie i zupełnie prawdziwie, tak jak cały świat po tym okrutnym konflikcie, miłość Mercedes i Wisha legła w gruzach. Stała się tytułowym „pobojowiskiem”, które nie zna do końca swojego przeznaczenia. Sadie, wkładając nawet całą swoją siłę i pokłady czułości, nigdy nie będzie potrafiła go do końca zrozumieć. Nie będzie mogła za nim podążyć. Ich miłość na zawsze może pozostać zrujnowana, ale może także spróbować odbudować się na nowo. To już nigdy nie będzie to samo uczucie. Nigdy nie będzie ta pierwsza młodzieńcza miłość pełna motyli w brzuchu i skrywanych pieszczot. To będzie uczucie naznaczone mnóstwem blizn, koszmarem, którego nie da się zapomnieć i podbite nienawiścią, która na zawsze zalęgła się w sercu Wisha. Widmem znad Pacyfiku, które do śmierci będzie snuć się za jego żołnierskim duchem. Ale jednak będzie to miłość. I być może mocniejsza, bardziej świadoma, która już nigdy nie pozwoli się pokonać.

* Za egzemplarz recenzencki „Pobojowiska” pięknie dziękuję panu Michałowi Alenowiczowi z wydawnictwa Wiatr od Morza.

** Kto historii bitw na Pacyfiku nie zna, a jest choć trochę zaintrygowany, to polecam bardzo bardzo mocno dziesięcioodcinkowy, cudowny serial produkcji HBO i niezrównanego Stevena Spielberga zatytułowany ” The Pacific”, a na dokładkę prześwietny film w reżyserii Petera Webbera „Cesarz” (org. „Emperor”).