„The Painter” Peter Heller

Bombla_ThePainter

 

„Most of us are never seen, not clearly, and when we are we likely jump and run. Because being seen can be followed by the crack of a shot or the twang of an arrow.”

Czy znacie to uczucie, gdy w waszym wyjątkowym, zorganizowanym życiu coś zaczyna szwankować i rozpadać się, ale zupełnie poza waszą kontrolą? Gdy stajecie się biernymi obserwatorami zniszczenia czegoś co budowaliście przez tyle lat, mozolnie i z poświęceniem wszystkich swoich możliwych sił? Gdy wali się wasze życie i nic nie potraficie z tym zrobić? Gdy ktoś rani kogoś bliskiego, zupełnie niespodziewanie, całkowicie przypadkowo, a wam nie pozostaje nic innego jak patrzeć na ich cierpienie i czekać na lepsze chwile? Ci, których spotyka takie smutne przeznaczenie dzielą się zazwyczaj na  dwie, nierówne grupy. Jedni zwieszają głowę i godzą się ze swoim losem. Są gotowi nadstawić drugi policzek i niczym biblijny Hiob czekać na kolejny cios. Natomiast drudzy, ta mniejsza grupa, to tacy, dla których już nawet ta jedna tragedia, jeden moment zawahania równowagi to zbyt wiele. To ci, którzy mają w sobie brutalną siłę i wiarę w możliwość odbicia przeznaczenia. Każde kolejne załamanie prowadzi do momentu ostatecznego przejścia – przekroczenia punktu, z którego już nie będzie powrotu. Wybór ścieżki stanie się ostateczny, a przyszłość na ścieżce zemsty mocno niepewna.

W swojej najnowszej powieści „The Painter” (dosł. „malarz”) Peter Heller snuje historię człowieka, który wybrał drugą, trudniejszą drogę. Mroczniejszą i nie do końca określoną. Poprzednia, debiutancka powieść tego niezwykłego amerykańskiego publicysty, zapalonego wędkarza, kajakarza i survivalowca, zatytułowana „Gwiazdozbiór psa”, w zeszłym roku po prostu zbiła mnie z nóg (klik! klik!). Wzruszała raz po raz, drażniła najczulsze struny i prowokowała do rozmyślań. Wszystko z męskiej surowej perspektywy człowieka, który współistnieje w zgodzie z przyrodą i swoją pierwotną częścią osobowości. W przypadku „The Painter” jest dokładnie tak samo. Powieść chwyta za serce, wzburza, podbija stawki i nie pozwala zaczerpnąć tchu. Zaskakuje niejednoznacznością, zmusza do rozmyślań i rozważań na temat ludzkiej kondycji, dychotomii dobra i zła, a także konieczności zemsty. To opowieść o zbrodni, wyrzutach sumienia i konieczności podejmowania trudnych decyzji w rzeczywistości, w której przestają obowiązywać pewne ustalone zasady, a granica pomiędzy tym do dobre i złe często rozmazuje się.

Bohaterem „The Painter” jest Jim Stegner – dzisiaj ustabilizowany, rozchwytywany malarz-ekspresjonista. Prawdziwy, lekko ekscentryczny artysta po czterdziestce, który przed światem ukrywa się w górskim domku w Kolorado, tworząc swoje niezwykłe obrazy i relaksując się poprzez wędkowanie w pobliskich strumieniach i rzeczkach. Próbuje prowadzić spokojną egzystencję, nikomu nie wadząc, z dala od innych ludzi, bez możliwości sprowokowania przemocy, czy niepotrzebnego cierpienia. Ale życie Jima kiedyś nie wyglądało tak pozornie błogo. Jim od lat zmaga się ze stratą. Wielkim bólem i żałobą, z której nie potrafi się wydostać. Kiedyś Jim miał żonę i śliczną córkę, która była dla niego całym światem. Urocza dziewczynka, która po ojcu odziedziczyła zamiłowanie do wędkowania, wspinania się po górach, leśnych wędrówek, a także wielką miłość do otaczającej ją przyrody. Ojciec i córka przeżyli ze sobą mnóstwo najszczęśliwszych w ich życiu chwil. Ale jak to bywa z dzieciakami, gdy zaczynają dorastać, córka Jima wpadła w kłopoty. Po tacie miała wybuchowy temperament i lubiła ryzyko. Miała słabość do rozrabiaków. Jeden z nich, jej pierwsza wielka miłość, wciągnął dziewczynę w narkotyki. I pewnego dnia wydarzyła się tragedia – córka Jima ginie dźgnięta nożem na parkingu, kupując kolejną działkę.

Śmierć córki złamała Jima, zniszczyła jego małżeństwo i wywołała falę niepohamowanych brutalnych emocji, które ten próbował uciszać najpierw alkoholem, a potem malowaniem. Jego świat zachwiał sie w posadach, runęły marzenia i plany, ale udało mu się jako tako ustatkować. Poprzez swoje niezwykłe obrazy kontrolował siebie. Przelewał  na płótna to co miał w sobie najlepszego. Tylko czasami domyślał się, że drzemie w nim coś, co dawno dawno temu uśpił na chwilę. Bo widzicie,  lata wcześniej Jim próbował zastrzelić człowieka. Z premedytacją. Dodam tylko, że człowiek ten był gwałcicielem, któremu udało się cudem uniknąć kary więzienia. Jim odsiedział swoje, naprawił swoje życie najlepiej jak potrafił i wyprowadził je na prostą. W tym pełnym przemocy akcie oddawał sprawiedliwość za wszystkie skrzywdzone dziewczynki. Ale pewnego dnia Jim po raz kolejny zostaje wystawiony na próbę – jest świadkiem okrutnego znęcania się nad małym koniem. Młodziutką klacz katuje znany miejscowy myśliwy, człowiek, który w małej społeczności wzbudza respekt i strach. Ale Jim nie pozostaje obojętny.

Peter Heller po raz kolejny zbudował niezwykle poruszającą scenę (jedną z bardzo wielu), w której czytelnik wraz z bohaterem staje przed niezwykle trudnym moralnie wyborem. To co wydarzy się w chwilę później naznaczy przeznaczenie Jima już na zawsze. To będzie ten ostateczny punkt, z którego nie będzie już nigdy powrotu. Jim traci coś i rozbudza w sobie instynkt, który drzemał w nim od lat. Obserwujemy z niemym okrzykiem na twarzy jak świat Malarza rozpada się i odbudowuje po chwili, raz za razem, inaczej, jak w kalejdoskopie. Bohater „The Painter” musi odzyskać siebie i jednocześnie poznać siebie na nowo. Brutalna natura człowieka, nieujarzmiona strona jego charakteru, zrodzona ze spokoju przemoc – z jednej strony nie można mu nie dopingować, ale z drugiej łatwo się domyślić do czego taka nagła wolność prowadzi. Realizm każdej kolejnej sceny nie pozwala nam zapomnieć, jak bardzo życiowym bohaterem jest Jim Stegner. Jak bardzo realne są jego cierpienie, ból i wschodząca wściekłość. Jak bardzo pragnie odzyskać to, co tak bezpowrotnie utracił. Jim zmienia się, przekształca, jego malarski styl dojrzewa wraz z nim. Sielankowe życie nabiera mroczniejszych barw, tak jak jego obrazy. A jednak coś także w tej ciemności się rodzi i wcale nie musi być to rzecz jednoznacznie zła.

„The Painter” trzyma w napięciu, torturuje czytelnika trudnością dokonania wyboru, jednocześnie wciąga w swój nostalgiczny, piękny świat harmonijnej przyrody, gdzie wszystko czemuś służy, każdy element idealnie pasuje do układanki. To proza wyzuta z „ochów” i „achów”, czysta i pierwotna, sięgająca sedna, wzruszająca swoją prostotą. Ta opowieść miejscami pachnie lasem, palonym drewnem i żywicą,  a czasami poranną rosą, górskimi potokami i czymś ulotnym, dzikim, kryjącym się wśród drzew. Czymś czego do końca nie można nazwać, co niesie za sobą metaliczny zapach krwi, piżma i strachu. Peter Heller oczarował mnie i zahipnotyzował głębią, cierpieniem, ale także miłością i wspomnieniem szczęścia. Szczęścia, które można odbudować na nowo, od podstaw, gdy tylko stawi się czoła swoim emocjom i przestanie się uciekać.

 O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Lottery” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneTheLottery

„There’s always been a lottery.”

Zawsze odczuwałam swoisty lęk i dystans wobec małych, ograniczonych od lat społeczności. Wizja wniknięcia w struktury takich niewielkich wiosek, odizolowanych od reszty świata miasteczek wydaje mi się przedsięwzięciem wielce ryzykownym, prowokującym do skomplikowanych sytuacji i niekontrolowanych wydarzeń. Obcy wśród samych swoich. Gość na kolejne kilka pokoleń, zanim w pełni zostanie się zaakceptowanym. Odwieczne struktury, układy i zasady panujące w wśród takich społeczności maja w sobie coś bardzo pierwotnego, coś co pozwala powrócić myślami do czasów, zanim to wszystko tak naprawdę na dobre się rozpoczęło. W końcu cywilizacja została zbudowana na wyborze człowieka. Na ustanowieniu reguł, którymi grupa ludzi ma się między sobą kierować. Na braterstwie, miłości, ale także na umiejętności pozbywania się tego, kto ze struktur się wyłamuje, kto nie pasuje do jedynej, dobrej, ustanowionej formy. Łatwo w takich grupach stać się Innym. Wyrzutkiem, niechcianym i nienawidzonym. Wystarczyło wyłamać się tylko trochę, tylko odrobinkę, przez moment stać się wyjątkowym, by juz na zawsze przybrać formę heretyka, dziwaka, czy czarownicy. A takich trzeba się pozbyć. Szybko i łatwo. Na przykład za pomocą corocznej loterii.

W losowaniu i ostatecznym ukształtowaniu przeznaczenia jednego z nich biorą udział bohaterowie krótkiego opowiadania Shirley Jackson zatytułowanego „The Lottery” („Loteria”). W małym miasteczku, w zasadzie wiosce zamieszkałej przez trzysta osób znających się na wylot, każdego roku w pewien czerwcowy dzień od zawsze odbywa się loteria. Wszyscy mieszkańcy, co do jednego, muszą stawić się na placu i wziąć udział w losowaniu. Nikt nie zna początków tej tradycji i nie potrafi wyjaśnić jej istoty czy celu – loteria w wiosce odbywa się od zawsze i tak ma być. Zasady losowania są bardzo proste. Z czarnego pudełka (które po latach już w ogóle nie jest czarne), każdy z mieszkańców wyciąga po jednym głosie. Na jednym ze świstków papieru narysowana jest czarna kropka. Nic więcej. Nikt nie chce wylosować czarnej kropki, bo każdy, nawet najmniejsze dziecko wie, czym kończy się czarna kropka i co dla takiej osoby oznacza. I tylko tyle. Lub aż tyle. W powietrzu czuć rosnące podniecenie – na kogo tym razem padnie los?

„The Lottery” to historia społeczności ślepo trwającej w tradycji, podążającej tropami swoich przodków, nie zważając wcale na zmiany obyczajowe, czy cywilizacyjne. Zakorzenieni w okrutnej przeszłości kontynuują ustanowione przed wiekami losowanie, korzystając z reliktów śmierci z danych lat. Przeraża powszechność tego losowania, pośpiech w kolejnych, mechanicznie odgrywanych czynnościach. Bo każdy chce wrócić do swoich zadań, do domu, mieć to już za sobą. Wielkie spotkanie miejscowych, na którym każdy się śmieje, a jednocześnie śledzi nawet najmniejszy swój ruch. Groza wypływa z oczekiwania na werdykt i z jego beznamiętnej egzekucji. Nie liczą się wtedy już więzy rodzinne. Nie liczą się przyjaźnie czy miłości. Każdy jest sobie równy. Każdy może w chwilę moment stać swoim największym wrogiem. A wybór może paść na każdego. Jest zupełnie przypadkowy, niewymierzony w niczyją słabość. Przynajmniej tak się wydaje. Przynajmniej w to chcemy wierzyć. W końcu tak miało być. Tak jest co roku. Tak jest od zawsze. Bo loteria nie ma początku i nie widać jej końca. Trwa, nawet poza upalnym czerwcowym dniem, poza placem zgromadzeń, wryta w podświadomość mieszkańców, ich umysły i serca.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że pewnego dnia wybór padnie na mnie.

O.

*Pełny tekst tego króciutkiego opowiadania Shirley Jackson znajdziecie całkiem za darmo, w oryginale TUTAJ (klik! klik!)

„Kochanek” Marguerite Duras

Bombla_Kochanek

 

„Dziewczyna wsiada do czarnego auta. Drzwi się zamykają. Naraz pojawia się ledwie wyczuwalny smutek, jakby zmęczenie, światło na rzece blednie. Leciutkie ogłuszenie, wszędzie mgła.”

Każdego roku, zawsze jakoś tak w początkach kwietnia, ewentualnie w połowie miesiąca, przychodzi taki krótki moment wielkich upałów. Tuż po mroźnej zimie przyroda stwarza pozory wczesnego lata, wszystko naraz zaczyna budzić się do życia, czuć witalność w każdym najmniejszym pączku. A zaraz po tej dziwnej fali „truskawkowej wiosny” zaczynają się pierwsze ciepłe burze, ulewy, które zamiast ukojenia przez kilka dni tworzą aurę dusznych tropików. W powietrzu czuć wilgoć, zapach ziemi i wnoszących się roślin. Nowa pora roku przejmuje dowodzenie i wkracza pełną parą. To właśnie w te pierwsze przesycone wilgocią, pozornie gorące dni przypomina mi się pewna wyjątkowa powieść. Jedna z tych, do których wracam prawie każdego roku, gdy za oknem snuje się aura zapowiadająca prawdziwą wiosnę. Historia namiętności i niegasnącego pożądania, opowieść o miłości i odkrywaniu siebie. Jedna z najbardziej poruszających francuskich opowieści z wątkiem autobiograficznym – „Kochanek” („L’Amant”) Marguerite Duras.

Powieść ukazała się po raz pierwszy w 1984 roku i od razu stała się ewenementem wydawniczym, a jeszcze tego samego roku zdobyła prestiżową Nagrodę Goncourt. W kilka lat później, gdy powstawał film na podstawie „Kochanka” pod tym samym tytułem, o Marguerite Duras znowu stało się głośno, gdy przyznała, że to właśnie jej osobiste doświadczenia z młodości stały się podstawą do napisania powieści. Podobnie jak jej bohaterka, pisarka urodziła się w indochińskiej francuskiej kolonii, w jednym z sajgońskich miasteczek, gdzie jej rodzice prowadzili miejscową szkołę. Jednak po śmierci męża, matka Marguerite zabrała dzieci (dwóch synów i córkę) i wyprowadziła się do Sa Dec, również w jednej z prowincji Sajgonu. Opowiadana przez nią historia zaczyna się właśnie tam, pod koniec lat dwudziestych, gdy dziewczyna ma lat piętnaście i pół. I od tego momentu zapominamy o Marguerite, a wkraczamy w życie bezimiennej bohaterki „Kochanka”.

Jak to bywa w opowieściach-wspomnieniach, historia rozpoczyna się wiele lat po wydarzeniach, gdy narratorka już z pewnej rozmytej perspektywy niby snu przypomina sobie młodzieńcze lata. Myślami powraca do smutnych dni dzieciństwa, gdy po śmierci ojca pogarszająca się z dnia na dzień finansowa sytuacja rodziny, zmusza jej matkę do przeprowadzki i podjęcia się pracy na pensji w sajgońskim Sa Dec. Od pierwszych zdań wypływających spod pióra autorki czujemy gorycz. Czujemy jakiś chłód i dystans do tych najwcześniejszych wspomnień. Czytamy o dziewczynce, która żyła w ciągłym strachu i wstydzie. Śmiertelnie bała się starszego brata, ulubieńca matki, który znęcał się psychicznie i fizycznie nad całą rodziną. Bił, wyzywał, kradł – matka wybaczała mu wszystko, bo był najstarszy i był najbardziej jej.  Prawdziwy syn. Pierwszy i jedyny. Nieistotne było wcale, że był jeszcze jeden chłopiec w domu i dorastająca dziewczynka. Oni musieli się podporządkowywać pod humory starszego brata, szeptać po kątach, uciekać wzrokiem, ukrywać, gdy nadchodziła odpowiednia pora. Nie mieli nikogo do obrony. Rządziła przemoc i humory sadysty.

Jej matka od zawsze była nieszczęśliwa. Biernie pogodzona z losem, wiecznie smutna, przekonana o utracie wszelkiej kontroli. Jednak umiała stwarzać pozory. Udawać, że to ich kolonialne życie jest takie normalne. Takie zwyczajne i szczere. Kiedy udawała, że wcale nie żyją w skrajnej nędzy i wbrew zdrowemu rozsądkowi wciąż trzymała na służbie boya. Nie dojadali, albo żywili się resztkami, ale przynoszonymi im przez służącego, jak na białą rodzinę kolonistów przystało. Pozory szczęścia stwarzała również wtedy, gdy odsyłała najstarszego syna daleko od domu. Organizowała wtedy wielkie sprzątanie, grała na pianinie i tańczyła z młodszymi dziećmi. Albo wtedy gdy nieobecnym wzrokiem spoglądała na swoją dorastającą córkę i rozmyślała o jej przyszłości. O wykształceniu, które dziewczyna musi zdobyć. I wtedy gdy kupowała jej dziwne, niedopasowane do rosnącego ciała ubrania, które na dorosłej kobiecie byłyby znoszonymi łachmanami, ale na jej córce wyglądały jakoś inaczej. Ulotnie i bardzo prowokacyjnie. Wyobraźcie sobie piętnastolatkę – jeszcze niepewne, dojrzewające ciało. Na nie narzucona znoszona, niemal przezroczysta sukienka po matce. Bez rękawów. Z dużym dekoltem. Na głowie męski, przekrzywiony kapelusz. Na stopach wieczorowe pantofelki na obcasie. Sama o sobie dziewczyna mówi „urocza”, „czarująca”, bo spoglądają na nią inni biali mężczyźni z kolonii i składają dwuznaczne propozycje, zapraszając do siebie pod nieobecność ich żon. Dziewczyna nie korzysta, ale zapamiętuje. Upaja się swoją wyjątkowością. Ta cała przeszłość prowadzi do nieuniknionego. Buduje podwaliny dla jej przeznaczenia.

I pewnego dnia, tego wyjątkowego dnia, płynąc przez rzekę Mekong do szkoły, dziewczyna wchodzi do limuzyny bogatego, przystojnego Chińczyka. Ona już wie dlaczego on ją zaprosił. I wie do czego jej zgoda doprowadzi. A jednak waha się jedynie przez moment. I on i ona wpadają w pułapkę. Godzą się oboje na przekroczenie pewnej bariery, tak rasowej, jak społecznej. Z dnia na dzień zatracają się w sobie. Są odpowiedzią na swoje potrzeby. W jego wilgotnej, dusznej garsonierze, w upalne popołudnia oddają się namiętnościom. Ona po raz pierwszy w życiu. Na własne życzenie. Romans biednej, upodlonej białej dziewczynki z bogatym, starszym od niej Chińczykiem to nadgryzanie zakazanego owocu. Tworzenie ostatecznej bariery przed jej potworną, rozpadającą się rodziną. Poznawanie ciała, upajanie się pożądaniem to bunt przeciw przemocy, przeciw zamkniętej na prawdę matce, przeciw wszystkiemu co brudne i złe. Zachodzi transgresja możliwości, transgresja oczekiwań i pragnień – byle iść dalej, byle nie patrzeć za siebie. Beż żalu. Bez miłości.

Nie jestem pewna czemu „Kochanek” powraca do mnie w wiosennej porze każdego roku, bo w Sajgonie z tej powieści wiosny nie ma. Jest tylko ciężka wisząca upalna wilgoć. Monotonia, która wysysa życiową energię i odbiera chęć do normalności. Jest w tej dusznej, przepełnionej fizycznością atmosferze coś, co przyciąga do siebie dziewczynkę i mężczyznę i prowokuje do kolejnych wydarzeń. Inspiruje do przekraczania kolejnych granic i łamania tabu. Ona buntuje sie przeciw tyranii brata i  obojętności matki, on przeciw ojcu i przeciw grupie społecznej, do której należy. Każde z nich szuka w ramionach tego drugiego siebie, odbicia i potwierdzenia, że są istotni, że sami decydują o swoim życiu. W tych pierwszych oparach namiętności chcą się przekonać, że tylko od nich zależy ich kolejny krok. Pragną wierzyć, że mogą stanąć naprzeciw przeznaczeniu.

„Kochanek” Marguerite Duras wzbudza w czytelniku różne, zupełnie skrajne emocje. To powieść kontrowersyjna, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Historia prawdziwa-nieprawdziwa, łącząca w sobie rzeczywiste wspomnienia i literacką fikcję. O dziewczynie, która w ramionach starszego kochanka poszukiwała siebie i właśnie w tej jego pogrążonej w mroku garsonierze odnalazła to, czego pragnęła. Siłę, która pozwoliła jej wyzwolić się ze szponów toksycznej rodziny i odnaleźć ścieżkę do zostania pisarką. Przestała bać się marzeń. Stała się po prostu sobą.

O.

*W ramach bukowej ciekawostki: w tym roku, a dokładnie 4 kwietnia minęła setna rocznica urodzin tej wyjątkowej francuskiej pisarki.

„Gone Girl” Gillian Flynn

Bombla_GoneGirl

 

„It’s a very difficult era in which to be person, just a real, actual person, instead of a collection of personality traits selected from an endless Automat of characters. (…) I would have done anything to feel real again.”

Opowiem Wam pewną historię. Chłopak poznaje dziewczynę. Albo dziewczyna poznaje chłopaka. Zupełnie obojętne, bo to bardzo przypadkowe spotkanie. A jednak takie, które zmieni ich życie na zawsze. Chłopak zakochuje się w dziewczynie, a ona odwzajemnia jego uczucie. Pasują do siebie idealnie. Myślą w ten sam sposób. Pragną dokładnie tych samych rzeczy. Słodkie słówka, drżenie rąk, wypieki na twarzy. Przed oczami przelatują ujęcia z ich przyszłości: urocze pikniki w idyllicznym otoczeniu, jej łzy w dniu zaręczyn, ślubne krojenie tortu i pierwszy taniec. Wzruszające fotografie z dnia narodzin ich pierwszego syna, kilka lat później córki (bo musi być parka). Potem starzeją się i razem odchodzą, trzymając się za ręce w stronę zachodzącego słońca. Pozostawiają po sobie tony podobnych fotografii, łzy, i kilka wspomnień ich wieloletniego małżeństwa. Ten chłopak i dziewczyna. Doskonała  para. Ich idealne życie. Piękny obrazek, prawda? Tylko jak bardzo nierzeczywisty. Jak bardzo wymyślony na potrzeby… No właśnie czyje? Bo przecież tych obrazkowych par nie ma i nigdy nie było. One nie istnieją naprawdę. Są jedynie wymysłem i kłamstwem, bez prawdziwych odniesień w realnym życiu.

Brutalnej wiwisekcji takiego „perfekcyjnego”, odrealnionego związku dokonuje Gillian Flynn w thrillerze zatytułowanym „Gone Girl”. To opowieść o małżeństwie Nicka i Amy Dunne. Nick i Amy latami tworzyli iluzję wpajanej od dzieciństwa wizji doskonałości. Budowali swój obraz na jego podobieństwo. I wszystkim wydawało się, że to właśnie oni są odpowiedzią na ten ideał. Że takie życie naprawdę jest możliwe. Nikt, nawet oni sami, nie zdążyli zauważyć, że ich wspólne dni mijały na prowadzeniu skomplikowanej grę pozorów, że były jedynie teatrem cieni – odbiciem czegoś, co wyglądało zupełnie inaczej. Prowadzili życie na pokaz, pod publikę, na każdym kroku biorąc pod uwagę wiecznie czujne oko obserwatorów, krytyków i komentatorów. I pewnego dnia Amy znika. Tak po prostu. I od tego zaczyna się ta powieść. Od odejścia cudownej dziewczyny z początkowego równania. Rozpadu skomplikowanej małżeńskiej mozaiki. Od braku i pustego miejsca. I wtedy dopiero zauważamy jak okropnie zniekształcony obraz mieliśmy ciągle przed oczami.

No właśnie. Znika Amy. Dokładnie w poranek piątej rocznicy ślubu. A z jej zniknięciem wpadają niemal od razu policja, telewizja i wszelkie inne media. Zaczyna się śledztwo. Zaczyna się ostrzał oskarżeń. Zaczyna się wielkie przedstawienie. Wszystko, byle tylko ukryć gnijące wnętrze domu państwa Dunne. Zniknięcie Amy prowokuje do opowieści o niej samej. Od zawsze istniał jakiś dysonans pomiędzy nią a resztą świata. To jedna z tych kobiet, których mężczyźni zazwyczaj się boją, a kobiety nienawidzą. Jest piękną, trzydziestokilkuletnią blondynką o idealnym ciele. Takim, o którym inne kobiety w jej wieku mogą tylko pomarzyć. Pochodzi z bogatej, nowojorskiej rodziny. Uczęszczała do najlepszych szkół, uczyła się na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni w Stanach. Nigdy jej niczego nie brakowało. Od zawsze miała powodzenie. Swoim zachowaniem wywoływała w mężczyznach potrzebę posiadania. Rodzice Amy, para znanych psychologów, po narodzinach córki zaczęli pisać książeczki dla dzieci zatytułowane „Amazing Amy” („Niesamowita Amy”), uzupełnione przez psychologiczne quizy. Seria szybko zdobyła popularność w środowiskach rodzicielskich i wykreowała modelowy sposób na wychowanie cudownej dziewczynki. Nie muszę dodawać, że za ten modelowy obrazek odpowiadała prawdziwa mała Amy – córka idealna. Produkt doskonały.

Natomiast Nick Dunne swoim zachowaniem i postawą reprezentuje wizerunek jak z reklamy pasty do zębów – mężczyzny, który w życiu osiągnął wszystko to, czego pragnął, więc nie pozostaje mu nic innego jak tylko się uśmiechać. Chłopak z Południa, licealny osiłek i flirciarz, w Nowym Jorku zostaje pisarzem i spotyka swoją wymarzoną dziewczynę. Najpiękniejszą. Najwspanialszą. Ideał, którego nie spodziewał się nawet w najśmielszych snach. Amy odpowiada na wszystkie jego najskrytsze potrzeby. Jest jego kotwicą. Jego siłą. Przy niej nawet jego średnio szczęśliwe dzieciństwo u boku despotycznego ojca wydaje się nie mieć znaczenia. Nick żyje w poczuciu, że nikt nie rozumie go tak jak jego żona. Nie mają przed sobą żadnych tajemnic, a żyją wyłącznie dla siebie i dla własnego szczęścia. Przynajmniej tak im się wydaje.

Amy i Nick przez jakiś czas byli ucieleśnieniem amerykańskiego (a może lepiej doprecyzować i napisać nowojorskiego) snu. Świetna, dobrze płatna praca, mieszkanie na Manhattanie i spełnianie marzeń. I wtedy przyszedł kryzys. Pracę stracił najpierw on, później ona. Perfekcyjne życie zaczęło trząść się w posadach. Rzeczywistość po trochu traciła różową barwę, by w końcu przybrać formę koszmarnego snu. Nick stracił ochotę na wszystko i zaraz za nim Amy. Gdy ideał przestał być idealny, każde z nich zmieniło się nie do poznania. Gdy na horyzoncie pojawia się możliwość ucieczki, oderwania się i rozpoczęcia wszystkiego od początku, Nick bez wahania łapie się tej możliwości i niejako wymusza na żonie wyjazd do swojego rodzinnego, rozpadającego się miasteczka w stanie Missouri. Amy, jako perfekcyjna, układna żona, próbuje dopasować się do otoczenia i zadowolić tym Nicka. Nick za cel stawia sobie szczęście Amy. Jakoś tak mijają się gdzieś po drodze. Ich życie zamienia się w scenę, na której odgrywają swoje stare, dobrze znane role, wymieniając się tylko rekwizytami. Zauważamy, że nic tutaj nie dzieje się naprawdę. Kolejne wybory podejmowane są wbrew własnym pragnieniom, byle nie wyłamywać się z określonego schematu. Byle nie okazać słabości.

Gillian Flynn stworzyła doskonały thriller, w którym poczucie grozy tworzy się nie poprzez poczucie zagrożenia, czy wzbierający strach, ale poprzez powolne odkrywanie małżeńskich tajemnic Amy i Nicka. Twisty i zakręty fabularne wprowadzają czytelnika w szaleńczy wir sekretnych wydarzeń, co rusz zmieniają perspektywę i ukazują kolejne zaburzenia w ich idealnym związku. Udowadniają, że oboje dążyli do nieuchwytnej perfekcyjności, której nie dało się dogonić. To właśnie w kreacji postaci tkwi najmocniejsza strona „Gone Girl” – Amy i Nick mają wiele twarzy. Noszą różne maski. Są wykreowani na potrzeby swojego otoczenia, jak i na potrzeby siebie nawzajem i samych siebie. Amy znika i w chwilę później wyłaniają się brudy, wydostają opary tego, co każde z nich chciało ukryć. Umiera ideał. Ich modelowy układ to tylko halucynacja. Smutny miraż. Bo w miłości, tak jak w każdej innej życiowej dziedzinie, nie ma ideałów. Nie istnieją jedyne prawidłowe rozwiązania. Nie ma jednego przepisu na szczęście. Jest kompromis. I ciężka praca we dwoje.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Dzieci Kukurydzy” Stephen King

Bombla_BezsenneDzieciKukurydzy

 

„The wind rustled softly through the growing man-high corn, making weird sound like respiration.”

Każdy  z nas miewa jakieś fobie. Jedne są mniejsze, inne większe. Niektóre nie pozwalają normalnie egzystować, utrudniają codzienne życie na różne sposoby, a inne bywają męczące jedynie w pewnych określonych sytuacjach. Ja mam fobie dwie, wywołujące we mnie irracjonalne lęki i wielkie poczucie zagrożenia. Pierwsza to strach przed głębinami (może stąd moja obsesja Cthulhu), ciemnością tam panującą i nieodkrytymi hektolitrami osaczającej wody. Na szczęście nie przeszkadza mi ona pływać i wielbić morza i oceany, ale gdy tylko pomyślę o łodziach podwodnych kurczy mi się żołądek. A druga? A druga to strach przed… kukurydzą. Oczywiście nie panika na widok kolby, tylko wielkich połaci kołyszących się kukurydzianych łanów na polu. Bo w kukurydzy łatwo stracić kierunek. Bo jest jak labirynt i można zagubić się w niej i nigdy nie znaleźć wyjścia. Bo jest wielka i szumi złowrogo, jak tylko się do niej podejdzie. Bo „Jeepers Creepers”. Bo „Znaki”. Bo… „Dzieci Kukurydzy”.

No właśnie. „Dzieci Kukurydzy”. Moje pokolenie pamięta pewnie nieskończony cykl filmów pod tym samym tytułem, których (szczególnie pierwsze części) dziko przerażały. To właśnie w czasach mojego beztroskiego dzieciństwa nabawiłam się tej kukurydzianej fobii. A kto jest za to odpowiedzialny? Oczywiście nie kto inny, jak pisarz, który odpowiada także za dziesiątki innych fobii wywoływanych latami u tysięcy innych szczęśliwych jak ja dzieci, czyli niedościgły mistrz – Stephen King. Bo widzicie moi Drodzy, „Dzieci Kukurydzy”to wymysł właśnie tego genialnego pisarskiego umysłu. A niby takie zwyczajne opowiadanie…

Małżeństwo Burta i Vicky ostatkami sił trzyma się na włosku. Niemniej, próbują je ocalić wspólną podróżą do Kalifornii. Niestety, gdzieś na mijanych, bliźniaczo do siebie podobnych polach Nebraski, pomylili zakręty i wjechali nie w tę drogę co trzeba. Wokół nich i wiele mil przed nimi i za nimi nie ma nic oprócz kukurydzianych, zieleniejących pól. Żadnego samochodu. Żadnej stacji benzynowej. Gdy tak jadą, dogryzając sobie nawzajem, w chwili nieuwagi, coś wpada im pod koła. A raczej ktoś. Kilkunastoletni chłopiec, który wybiegł na drogę prosto z kukurydzy. Tyle tylko, że to pierwsze, ulotne złudzenie. Bo kiedy Burt i Vicky przyglądają się ciału w oczy od razu rzuca im się poderżnięte gardło. Ktoś zabił chłopaka i wyrzucił, by zatrzymać samochód. Ktoś, kto teraz ich obserwuje i czeka na jeden błędny krok. Kierują się do najbliższego miasteczka przy wtórze religijnej, dziwnej transmisji w radio, wzywającej do pokuty i składania ofiar. Żadne z nich nie wie, że zakręt w drogę 117 był największym błędem w ich życiu. W górze świeci rozżarzone letnie słońca, a wokół nich kukurydza szepcze swe złowrogie tajemnice.

„Dzieci Kukurydzy” Stephena Kinga to klasyka opowieści, które ja nazywam „historiami złego zakrętu”, a w których błąd lokalizacji sprowadza zagubionych podróżnych do tajemniczych, zapomnianych miejsc i zazwyczaj dla nikogo nie kończy się taki błąd dobrze. W opowiadaniu, początkujący z prozą Mistrza czytelnicy będą mogli zapoznać się z jedną z najbardziej kultowych historii, jak również przyzwyczaić się do jego stylu i przy okazji załapać kukurydzianą fobię. A kto z twórczością Kinga jest już obeznany, z pewnością będzie potrafił wynaleźć symboliczne odniesienia i zapowiedzi innych, późniejszych już dzieł tego amerykańskiego pisarza. Bo to dopiero początek kukurydzianych odniesień. Początek wielkiego zła, jakie stąpa wśród jej łanów.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę snujący się cień wśród nieskończonych zielonych połaci.

O.

* Opowiadanie „Dzieci Kukurydzy” (org. „Children of The Corn”) pochodzi z tomu z 1978 roku „Nocna Zmiana” (org.”Night Shift”) – cały tom polecam bardzo 🙂

**A kto lubi opowieści właśnie z gatunku „złego zakrętu” to polecam filmowe: „Jeepers Creepers” (polski tytuł „Smakosz”), „Droga bez powrotu” („The Wrong Turn”) i „Wzgórza mają oczy” („The Hills Have Eyes”) – wszystkie trzy zawsze mnie cieszą, pomimo że nie należą do najambitniejszych 😉

 

„Parabellum: Prędkość Ucieczki” Remigiusz Mróz

Bombla_Parabellum01

W ostatnich dwóch dekadach popkultura całkowicie przejęła i przyswoiła sobie tematykę II Wojny Światowej. Ten wydawałoby się trudny temat jest eksploatowany z każdej strony, stał się po prostu modny w każdej dziedzinie i każdym możliwym gatunku – w kinie triumfują produkcje nawołujące do spielbergowskich „Listy Schindlera”, „Szeregowca Ryana” czy serialowej „Kompani Braci”, na równi z filmami luźno czerpiącymi z tego historycznego okresu, w stylu „Kapitana Ameryki”. Podobna sytuacja jest z grami, gdzie serie jak „Call of Duty” czy „Medal of Honor” występują jednocześnie z tytułami typu Wolfenstein. To zróżnicowanie w formie pozwala współczesnemu odbiorcy doskonale dopasować tematykę II Wojny Światowej do siebie i przyswoić na swój sposób, bez konieczności skupiania się wyłącznie na jej pojedynczym aspekcie, czy na konkretnych, wymuszonych emocjach.

Inaczej ma się jednak sytuacja w literaturze. Bo w tym przypadku temat nazistowskich zbrodni, Holokaustu i dramatów wojennych wciąż często traktowany jest w sposób klasyczny, z naciskiem na patos i ludzki dramat. Cierpienie, śmierć, cierpienie i tak w kółko, aż do przejedzenia i odarcia z głębszych odczuć czytelnika, niestety. Wydawanych jest mnóstwo tytułów z podobnej kategorii, świetnych, a jednak jakoś już tematycznie przegadanych, jak młodzieżowa „Złodziejka książek” Markusa Zusaka, „Biegnij chłopcze, biegnij” Uri Orleva, czy „Dziewczynka w zielonym sweterku” Krystyny Chiger. Największą rolę odgrywają tam potworne, inspirowane prawdą wspomnienia, nieszczęście, ból i rozpacz, których nie da się zapomnieć.

Zupełnie z innej strony do tematu II Wojny Światowej podszedł Remigiusz Mróz w swojej przygodowo-historycznej serii Parabellum (tak w ramach szybkiego wyjaśnienia: parabellum zwany Lugerem od nazwiska swojego twórcy, to klasyczny pistolet oficerów wojska niemieckiego), której pierwszy tom nosi intrygujący tytuł „Prędkość ucieczki”. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to jedna z tych wyciskających łzy powieści, ale mocna, okraszona czarnym humorem nietypowa opowieść wojenna, w duchu kultowej „Wielkiej ucieczki”, „Złota dla zuchwałych”, czy „Bękartów Wojny”. Czuć świeże, nowoczesne podejście do tematu, odizolowane od dramatycznych wspomnień, ale traktujące wojnę, jako możliwość opowiedzenia pasjonującej historii o kilku wyjątkowych bohaterach, niekoniecznie przebywających na głównych frontach. W ten sposób powstała doskonała powieść, w której zamiast dużych miast są dworki, zamki, górskie wioski i małe polskie miasteczka, a realizm historii czasami miesza się z intrygującymi przygodowymi elementami, jak spotkanie znachora, czy wioskowej czarownicy.

„Prędkość ucieczki” to opowieść o miłości. Niby takie proste, prawda? Ale będzie to miłość wystawiona na dziesiątki prób. Miłość na przekór i pod wiatr, bo nie ma już nic bardziej niebezpiecznego od uczucia Polaka i młodej Żydówki, gdy agresorzy wdzierają się do kraju z każdej ze stron, siejąc filozofię zniszczenia i nienawiści. Stanisław Zaniewski i jego narzeczona Maria zaryzykują i wyruszą na zachód, by ratować swoje życie i zacząć wszystko od nowa. Staszek i Maria są wyjątkową parą. On, cztery lata młodszy od narzeczonej, często poddaje się jej woli, jednak wspiera w trudnych momentach. Maria natomiast jest silna i przebojowa. Potrafi szybko podejmować decyzje i posiada tą niezwykłą umiejętność znalezienia rozwiązania każdego problemu. Interesuje się polityką i dzięki temu od miesięcy była świadoma zagrożenia ze strony Niemiec. Atak nie był dla niej niezrozumiałym zaskoczeniem. To dzięki niej narzeczeni wyruszają w podróż życia, mając za przewodnika tajemniczego, nieprzewidywalnego Holzera, znajomego rodziny Marii, których łączy mroczny sekret z przeszłości.

Powieść Remigiusza Mroza to także, a może przede wszystkim, opowieść o wielkiej, braterskiej przygodzie. Bronek Zaniewski, starszy brat Stanisława, stacjonuje wraz ze swoją jednostką na granicy z Rumunią. Wieść o ataku Rzeszy na Polskę nakazuje im powrót do kraju i czekanie na konkretne rozkazy. Jednak po nalocie Luftwaffe z żołnierskiej drużyny zostaje już tylko czwórka: Bronek, Chwieduszko, Kiljan i ich dowódca, kapitan Obelt. Ta mała kompania nie podda się, nie wycofa, ale wbrew wszystkiemu, kierując się honorem i miłością do ojczyzny, wróci na swoje ziemie, by spróbować bronić upadającej Polski. Staną się legendą, żywą opowieścią i postrachem Niemców, organizując zasadzki oraz ratując całe rodziny przed masowymi mordami.  Będzie brutalnie, krwawo i męsko, a każdy z polskich żołnierzy będzie gotów poświęcić własne życie, by ratować okupowany kraj i jego obywateli.

W wojennych opowieściach nie może zabraknąć samego najeźdźcy, który w tym przypadku jest jednym z najgorszych i najbrutalniejszych wrogów. Niemcy, Adolf Hitler i jego sen o Tysiącletniej Rzeszy, która uratuje świat. Przed czym? Nie wiadomo, ale w jego chorą, wyrafinowaną filozofię wierzy dwóch głównych przedstawicieli nazistowskiej strony – hauptmann Christian Leitner i SS-man porucznik Blankenburg. Leitner to klasyczny przypadek służbisty. Na wojnie kieruje się kodeksem wojskowym, pilnuje, by ściśle dopełniać swoje obowiązki, a przede wszystkim trzyma żelazną dyscyplinę wśród swoich żołnierzy. Wierzy w Rzeszę, ale nie w bezsensowną przemoc, ani gwałt, co intryguje i sprawia, że jego postać staje się wielowymiarowa, odbiegając od wizerunku typowego nazisty. Natomiast Blankenburg jest modelowym SS-manem. Podnieca go zadawanie bólu, jest mistrzem wyrafinowanych metod torturowania i zabijania. Jego psychopatyczny umysł wciąż poszukuje godnego siebie przeciwnika, niszcząc wszystkich innych po drodze.

Pierwszy tom Parabellum ma w sobie wszystko, czego wymagać można od doskonałej wojennej historii z wątkiem przygodowym. Jest miłość, jest kompania braci, walka za honor ojczyzny i walka z demonicznym wrogiem. Remigiusz Mróz zadbał o najmniejsze szczegóły. Nazewnictwo, wygląd, mijane po drodze miejsca – to wszystko idealnie do siebie pasuje i świetnie uzupełnia dramatyczne przeżycia bohaterów. Jest tu romans i perypetie, braterstwo i walka, wszystko to na tle rozrywanej, rozpadającej się Polski, której już nic nie może uratować. Okrucieństwo wojny, potworne widmo Holokaustu na horyzoncie i cierpienie milionów ludzi. I  w tym wszystkim zwyczajni ludzie – Staszek, Maria, Bronek i inni, którzy nie chcą się poddać i wierzą, że jeszcze nie wszystko stracone. Tak bliscy. Tak jakoś znajomi i podobni w swoim uporze do nas, współczesnych. Nie pozostaje nic innego jak porwać się w wir ich historii i spróbować odmienić los.

O.

Blogowa zabawa: Jaką jestem czytelniczką?

Bombla_JaCzytelniczkaUsłyszałam zew. Podwójny nawet. Wołali mnie Taki i Marta. A jak wywołują, to nic tylko odpowiadać. Tak oto słów kilka o mnie, jako pożeraczu buków, czyli obsesyjnej czytelniczce. A ja wywołuję Ewelinę, Ankę i Monikę: AUUU! (tak trochę jakby niechcąco wyszły „team Dżejkob” i inne „Forever Lycans”, ale zupełnie niespecjalnie) – odpowiedzcie na mój zew jeśli tylko macie na to ochotę 😀

  • To po moich rodzicach odziedziczyłam bezwarunkową miłość do książek, literatury i czytania w ogóle. Od najwcześniejszych lat Mama z Tatą podrzucali mi co smaczniejsze kąski i kształtowali mój literacki gust. W ten sposób, już w wieku kilku lat wielbiłam Muminki, baśnie Braci Grimm (ulubiona to do dzisiaj „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka”), a razem z Tatą na głos cytowaliśmy pierwsze zdania „Szczęśliwego Księcia” Oscara Wilde’a. 🙂
  • Jestem mistrzynią planowania. Planuję wszystko, więc siłą rzeczy także kolejne lektury i kolejne wpisy. Często sto lat do przodu; np. obecnie mam 20 bukowych tytułów już wyczekujących w kolejce (poza listą tych obowiązkowych do przeczytania w ogóle). No i wpisy poukładane też 😀
  • Nieistotna jest dla mnie forma. Nieważne czy to audiobook, ebook, czy tradycyjna papierowa książka – liczy się wyłącznie opowieść.
  • Uwielbiam zakładki do książek. Zbieram od lat, nie nałogowo, ale małą kolekcję już mam i wielbię je bardzo.
  • Nie pożyczam książek. Albo nie. Inaczej – pożyczam. Ale tylko jednej osobie (poza rodzinnymi wymianami) – mojej zaufanej Goshi, która książki wielbi i szanuje tak jak ja. Zbyt wiele buków nie wróciło do nas z okolicznych wojaży niestety, nie udało mi się ich odzyskać, więc zaufanie prysło raz dwa.
  • Gdybym nagle, ni stąd ni zowąd, musiała przenosić się na bezludną wyspę, a miałabym wybrać TYLKO jedną książkę, to byłoby to „Sto lat samotności” Gabriela García Márqueza. To mój pierwszy naprawdę bardzo, bardzo Duży Buk, do którego wracam co kilka lat, a który zainspirował mnie do stworzenia tego bloga.
  • Czytam wszędzie, gdzie tylko się da. Zawsze jest przy mnie chociaż jedna książka, która mogę nadgryźć w wolnej chwili np. w kolejce w banku, u fryzjera, czy przy rodzinnym obiedzie 😉
  • Mogłabym nosić koszulkę z napisem: „Czytam. Nie przeszkadzać.” – gdy ktoś przerywa mi lekturę na zwyczajne pogaduchy, zamieniam się w Królową Śniegu, Lodu i Chłodu. Ewentualnie w Białą Czarownicę i odwracam uwagę takiej gaduły jakimś rachatłukum.
  • Zawsze analizuję i przeszukuję treść danej książki w poszukiwaniu jednego, konkretnego zagadnienia.
  • Uwielbiam nadinterpretować, co zdarza mi się dość często.
  • Mam słabość do dzieł Markiza de Sade. Jakoś tak wszyło dziwnie, że w ogóle mam słabość do literatury krwawej, gore, pełnej flaków i przemocy i nie mam na to wytłumaczenia (chociaż to pewnie wina tych Braci Grimm i Wilde’a) 😉
  • Jestem czytelniczką wielojęzyczną – czytam po polsku, angielsku, francusku i po hiszpańsku (niestety w tym ostatnim wyjątkowo rzadko), co daje mi kupę radochy i otwiera mnóstwo możliwości pożerania różnorakich historii.

Bo warto czytać.

O.

A na zakończenie selfie-shelfie, czyli kawałek biblioteczki, aktualnie czytany buk i ja i pozdrowienia dla Was 😀

Shelfie

Podsumowanie miesiąca – KWIECIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieKwiecieńKilka dni temu, tak a propos wpisu na blogu DarkAngelOfRevolution (klik! klik!) i kolejnej powieści, którą MUSZĘ przeczytać, doszłam do wniosku, że czas już przenieść się do swojego tajnego laboratorium i rozpocząć pracę na skonstruowaniem maszyny do przedłużania doby w nieskończoność lub/i zatrzymywania czasu (może uda się żeby miała takie podwójne działanie). Co miesiąc marudzę Wam, że „nie wiem kiedy to wszystko minęło” i zaczyna mnie to przerażać, bo no właśnie: KIEDY MINĄŁ KWIECIEŃ?! Nie wiem. Nie wiem totalnie, ale wiem, że już nawet jest maj i czas na podsumowanie.

To jak to było na Wielkim Buku? Tak myślę, że był to naprawdę fajny i udany pod względem bukowym miesiąc. Opublikowałam 11 tekstów, w tym post MAJÓWKOWY, który wciąż idealnie nadaje się do inspiracji czytelniczych na wolne dni. I zrobiłam Wam całkiem sympatyczną i trochę straszną niespodziankę wprowadzając nowy cykl, czyli BEZSENNE ŚRODY, które uważam za niezwykle udany. Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radocha, że chcecie czytać i Wam się podoba! 😀 I przypominam, że wciąż czekam na polecanki w tym kierunku – krótkie historie/opowiadania/nowele z gatunku grozy/horroru/thrillera. Tak informacyjnie, kto ciekaw, to w zakładce indeks, pod hasłem „Bezsenne środy” znajdują się linki do wszystkich dotychczas opublikowanych tekstów.

Za mną 8 przeczytanych książek + dodatkowe dwie nadgryzione, czyli klasycznie, trzymam czytelniczy poziom, jak pod linijkę i na bukowym froncie bez zmian 😉 Tym razem tylko 3 książki były czytane w oryginale, a reszta w przekładzie. Uważam za wyjątkowe zjawisko pojawienie się w jednym miesiącu dwóch polskich tytułów (bo wiecie, że z polską literaturą u mnie bywa krucho, ale nadrabiam). Dwa poniższe tytuły to audiobooki, co również mnie cieszy, bo lubię różnorodność formy.

W tym miesiącu przeczytane:

„Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – o tym jak naprawić bieg wydarzeń, raz za razem – do poczytania TUTAJ.

„Śpiewaj Ogrody” Paweł Huelle – ogromne pozytywne zaskoczenie i literacki zachwyt – do poczytania TUTAJ.

„The Bird Eater” Ania Ahlborn – horror/niehorror o nawiedzonym domu – do poczytania TUTAJ.

„The Flame Throwers” Rachel Kushner – jedna z głośniejszych powieści zeszłego roku, uznana nawet za tzw. „współczesny klasyk”, niestety nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia. Opowieść o kobiecości, dojrzewaniu, ale tak trochę w stylu alter ego Lany del Rey z jej teledysków. Nie przekonała mnie.

„Czas Zabijania” John Grisham („A Time to Kill”) – mocny, brutalny, świetny thriller sądowy – do poczytania TUTAJ.

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen – najpierw był film, który pokochałam od pierwszych scen, a po latach książka. Zupełnie inna niż się spodziewałam, ale wciąż magiczna i bardzo poetycka. – niebawem na Buku!

„Kochanek” Marguerite Duras („L’Amant”) – przeczytana po raz kolejny, cudowna, pełna namiętności – niebawem na Buku!

„Parabellum: Prędkość ucieczki” Remigiusz Mróz – wciągający pierwszy tom wojenno-przygodowej serii Parabellum; czekam na więcej – już w poniedziałek!

„Jurassic Park” Michael Crichton – dinozaury. Uwielbiam. Wciąż w trakcie czytania.

„Gone Girl” Gillian Flynn – thrillerowe amerykańskie zjawisko, a już nadchodzi ekranizacja w reżyserii Davida Finchera! – w trakcie czytania.

Pod względem zdobyczy, kwiecień był wyjątkowo udanym miesiącem. Przy okazji rodzinnych spotkań rodzice podwieźli mi kilka domowych książek, o które prosiłam. Do tego powrócił do mnie jeden wielki kolos i zupełnie niespodziewanie dostałam propozycję zrecenzowania jednej z poniższych pozycji. Na czytniku pojawiło się również kilka nowości, no ale to sami zobaczcie:

ZESTAW kwietniowy (od góry):

ZESTAW Kwiecień2014

„49 opowiadań” Ernest Hemingway („The First Forty-Nine Stories”) – cudna zdobycz totalnie biblioteczna (dziękuję Tato!), na którą szykowałam się od miesięcy i po którą sięgnę już niebawem.

„Opowieści chłodnego morza” Paweł Huelle – domowe cudeńko z autografem autora dla Mamy i Taty. „Śpiewaj ogrody” zachwyciły mnie całkowicie, więc nie ma na co czekać, a kontynuować przygodę z autorem.

„Parabellum: Prędkość ucieczki” Remigiusz Mróz – odautorska niespodzianka z uroczym autografem, za który ślicznie dziękuję 🙂 – już w poniedziałek!

„Pianistka” i „Pożądanie” Elfriede Jelinek – z domowej biblioteczki. Oj długo się szykowałam na panią Jelinek. Kiedyś, kiedyś, próbowałam i odpadłam na przedbiegach, ale nadeszła w końcu upragniona dojrzałość i stwierdziłam, że książki tej autorki po prostu trzeba znać. I kropka.

„Kuchnia polska” Małgorzata Caprari – znacie już pewnie moją słabość do książek kucharskich i gotowania w ogóle, więc nikogo ta pozycja nie dziwi. A skąd takie nafaszerowane przepisami, przesmaczne cudo? Od rodziców, na zajączka 😀

„Literatura od kuchni” Bogusław Deptuła – tak tematycznie; o jedzeniu w niektórych, wybranych tekstach literackich. Przyjechało z domu i zamieszka teraz u mnie – om, nom nom!

„Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” Sir Arthur Conan Doyle – ten gigantyczny, wspaniały i grubaśny buk powrócił do nas (w końcu!) po trzyletnich wojażach rodzinnych. Tak, po trzech latach. Nawet nie zdążyłam przeczytać jednego opowiadania, a pofrunął w świat. Na szczęście powrócił. Bo czas nadrobić zaległości w przygodach Holmesa 😀

Z ebookowych nowości:

EbookiKwiecień

„Bird Eater” Ani Ahlborn i „The Flame Throwers” Rachel Kuchner

Z bukowych cudowności również w ramach zajączkowego prezentu, ale od Wujostwa tym razem, dostałam trzy cudne zakładki do mojej kolekcji – uwielbiam zakładki!

IMG_20140429_124716

A co w maju? Maj zapowiada się równie uroczo, ale z tego co mi się widzi, to nie będzie aż tylu nowości, chociaż jedna na pewno – bardzo mocno wyczekiwana już za kilka dni premiera 😀

Tłum opowieści czeka już na półkach wirtualnych i w domowej biblioteczce na poznanie, więc muszę gonić i się zaczytywać na dziko. Nawet lista następnych książek wypełniona jest już po brzegi, tylko kolejność muszę jeszcze obmyślić. Podobnie z Bezsennymi Środami –kolejne siedem strasznych historii mam już dla Was zaplanowanych 😀 Nic tylko pisać! I czytać.

Bo warto czytać.

O.

P.S. A w niedzielę moja odpowiedź na blogową zabawę: „Jakim jesteś czytelnikiem” 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „The Mask” Robert W. Chambers

Bombla_BezsenneTheMask

 

CAMILLA: You, sir, should unmask.
STRANGER: Indeed?
CASSILDA: Indeed it’s time. We all have laid aside disguise but you.
STRANGER: I wear no mask.
CAMILLA: (Terrified, aside to Cassilda.) No mask? No mask!

The King in Yellow: Act 1-Scene 2d.”*

The King in Yellow. Król w Żółci. Tom opowiadań. Zapomniana sztuka. Postać. Jeden z Pradawnych. By móc wkroczyć w świat opowiadań Roberta W. Chambersa i nie zatracić siebie gdzieś po drodze, warto najpierw poznać kilka niesamowitych faktów, które pozwolą lepiej zrozumieć czym tak naprawdę jest The King in Yellow. To sztuka. Zupełnie fikcyjna. Taka, która nigdy nie powstała. Zakazana. A jednak to właśnie jej treść jest wiodącym motywem poszczególnych historii Chambersa. Nawiedza ich bohaterów, by sprowadzić w otchłanie szaleństwa, do królestwa wiecznej żółci, gdzie dwa słońca podziwiają swoje oblicza w toni jeziora królestwa Carcossy. Nikt nie jest pewny z ilu aktów sztuka tak naprawdę się składała. Nikt do końca nie wie, co takiego kryła w sobie, że każdy kto zaczynał ją czytać pogrążał się w obłędzie i nigdy nie wracał do normalności. Jedno jest pewne – nam pozostały jedynie fragmenty, wycięte sceny i kilka symboli: tytułowy Król, władca tego szaleńczego królestwa, troje bohaterów, mieszkańców Carcosy i The Yellow Sign, czyli Żółty Znak, który przedostaje się do rzeczywistości opowiadań Chambersa, a który prowadzi bohaterów do zakazanego świata tej historii.

Along the shore the cloud waves break,
The twin suns sink behind the lake,
The shadows lengthen
In Carcosa.

„The Mask”, czyli Maska to drugie opowiadanie z tomu opowiadań Chambersa „The King in Yellow”. W dekadenckim środowisku wyzwolonych artystów, niejaki Boris Yvain wynajduje nową, wyjątkową metodę, która pozwala wszystko (WSZYSTKO) przekształcać  w marmurową rzeźbę. Boris, który inspirację do swoich alchemicznych eksperymentów odnalazł nie gdzieś indziej, a właśnie w zakazanych tomie The King in Yellow z czasem popada w obsesję, a wraz z postępującą chorobą jego twarz powoli zamienia się w bladą maskę śmierci. Jego najlepszy przyjaciel, Alec, który jest także narratorem tej historii, nie potrafi mu pomóc, jedynie biernie obserwuje przemianę Borisa i próbuje wspierać jego żonę Geneviève. Pewnego dnia, w akcie rozpaczy, będąc pod wpływem narkotyków, młoda kobieta wpada do „marmurowego” płynu i zamienia się w doskonałą, ludzką rzeźbę. Życia Borisa i Aleca staje się koszmarem. A do tego nic tutaj nie jest wcale takie jak się wydaje i wszelkie dramatyczne akty mogą mieć niesamowite rozwiązanie.

Opowiadanie Chambersa to pełna ukrytych symboli, odniesień i szalonych elementów historia, której wielowymiarowość jest jedną z jej najbardziej kluczowych cech. Obłąkana sztuka przewija się po kartach „Maski”, osacza jej bohaterów i hipnotyzuje ich umysły, przedostając się do naszego świata i wprowadzając szaleńcze motywy do naszego realnego życia. Im dalej pogrążamy się w świecie stworzonym przez autora, tym więcej rozmyślamy o Królu w Żółci, tym więcej pragniemy poznać dzieje mieszkańców upadłej Carsossy, tym bardziej marzymy o tym, by przeniknąć do tamtego świata, zobaczyć chociaż jego cień. Lub tylko zerknąć na kolejne strony tej zakazanej sztuki. Podejrzeć jej wizjonerskie oblicze zza zasłony opowieści. Tylko jeszcze jedna scena. Tylko jeszcze jeden akt.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo czuję gdzieś głęboko ukryte we mnie bliźniacze słońca Carcossy.

O.

*Tom opowiadań „The King in Yellow” inspirował największych z największych gatunku weird fiction. Król w Żółci, jako postać, trafił do mitologii Cthulhu Lovecrafta, stając się elementem kanonu, a jako zakazana sztuka, sprowadzająca ludzi w obłęd, zainspirował samego Edgara Allana Poe. Zachęcam do eksplorowania tego mythosu na własną rękę (i własną odpowiedzialność), zerkając chociażby na tę stronę: TUTAJ (klik! klik!)

**Pełny tom opowiadań Roberta W. Chambersa „The King in Yellow” znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik!klik!)

***A kto chciałby przeczytać tylko „The Mask”, to cały tekst opowiadania znajdzie TUTAJ (klik!klik!)

***A Tommyknocker z Samotni podrzucił link do polskiej edycji wydanej niedawno, do kupienia TUTAJ.

„Czas zabijania” John Grisham

Bombla_CzasZabijania

 

„That Mississippi Magic, is Mississippi madness now.
Whites don’t like black people.
Blacks don’t like white nohow.”

The Klan, Patsy Sims, str.44

„A band of faithful Klansmen
Knights of the K.K.K.
We all will stand together
Forever and for aye.”

Ku Klux Klan: America’s First Terrorists Exposed, ed. P. O’Donnell, str. 236

Mississippi. Uznany za jeden z najbardziej rasistowskich stanów USA. W niechlubnej czołówce wraz z Alabamą, Teksasem i Tennessee. Jedno z tych miejsc, w których, nieważne w jakiej epoce, nieistotne w jakim wieku, bezpieczniej jest urodzić się białym, lepiej być stamtąd, być „czystej krwi” Amerykaninem niż należeć do społecznej mniejszości. To właśnie w tych stanach, pomimo wszelkich światowych zmian i pomimo, wydawałoby się, pełnej integracji i tolerancji, znaleźć można miasteczka, w których wciąż władzę ma pewne stowarzyszenie. Społeczno-polityczne ugrupowanie, które przeszło do najmroczniejszych rozdziałów historii Stanów Zjednoczonych wraz ze swoimi linczami, płonącymi krzyżami i białymi kostiumami. Ugrupowanie zwane Niewidzialnym Imperium, czyli Ku Klux Klan. Jeśli myślicie, że jest to jedynie relikt przeszłości, smutne wspomnienie z czasów Wojny Secesyjnej, to z pewnością zaskoczy Was wiadomość, że KKK ma się całkiem dobrze. Istnieje, rozwija się i trwa, a ich ideologia „rasowej czystości” i „stuprocentowego amerykanizmu” zbiera swoje żniwo w XXI wieku, podobnie jak zbierała w wieku XX. I nic nie można na to poradzić.

Przepełnioną okrucieństwem, terrorem KKK i rasową nienawiścią historię opowiada John Grisham w pierwszej w dorobku powieści z 1989 roku zatytułowanej „Czas zabijania” („A Time to Kill”). Na początek kilka faktów z życia autora. Grisham, z zawodu prawnik, zanim jeszcze został bestsellerowym pisarzem, swoje pierwsze kroki w fachu stawiał właśnie w sądach stanu Mississippi. Prawo zna od podszewki, nieobce są mu sądowe konflikty o podłożu rasistowskim. W końcu to jego rodzinny stan przoduje w rasowej nienawiści. Do napisania jednego ze swoich najlepszych sądowych thrillerów, w których triumfuje do dziś, zainspirowały go prawdziwe wydarzenia, których świadkiem był w połowie lat osiemdziesiątych. Była to jedna ze spraw tak potwornych, tak niezwykle brutalnych, że nikt o zdrowym rozumie nie powinien mieć wątpliwości co do wymiaru kary.

„Czas zabijania” zaczyna się prawdziwym ciosem w czytelnika. Mimowolnie stajemy się świadkiem zbrodni. John Grisham doskonale dobrał sposób narracji, byśmy czuli się jak bierni obserwatorzy, postawieni przed wydarzeniami, na które nie mamy żadnego wpływu, a które od pierwszych chwil chcemy zatrzymać. Na polance, do pojedynczego drzewa, przywiązana jest sznurem dziesięcioletnia, czarnoskóra dziewczynka, Tonya Hailey. Tuż obok stoją jej porywacze, para doskonałych reprezentantów tego,  co nazywa się białą chołotą, czyli James Louis „Pete” Willard i Billy Ray Cobb. Piją piwo i obserwują zniszczenia, jakich udało im się dokonać na prawie bezwładnym już ciele dziewczynki. Brutalnie ją zgwałcili, wielokrotnie, na różne sposoby. Pobili w taki sposób, że jej twarz ledwo przypomina dziecięce rysy. Jej nagie ciało pokrywają serie siniaków, krwiaków i nacięć. Dwaj mężczyźni naśmiewają się, wydają z siebie serię rasistowskich okrzyków, oddają na dziecko mocz, po czym dochodzą do wniosku, że najlepiej pozbyć się jej dobijając ją i wrzucając ciało po drodze do rzeki. A mała Tonya jedyne o czym myśli, to jej tata, który nigdy nie przyszedł jej na ratunek.

Cudem dziewczynce udaje się przeżyć. Trafia do szpitala zmasakrowana, z poważnymi obrażeniami szczęki, nie mówiąc o obrażeniach wewnętrznych, przez które Tonya już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Para jej zidiociałych oprawców zostaje wkrótce złapana, gdy po pijaku w barze chwalili się, że „udało im się znaleźć jedyną czarnoskórą dziewicę w całym stanie”. Dziesięcioletnie dziecko. Przerażenie dotyka wyłącznie nielicznych. Jest rok 1984, prawie dekada po zniesieniu ostatnich oznak segregacji rasowej w USA, jednak w mentalności mieszkańców Clanton wszystko jest tak jak dawniej. Matki Pitta i Billego wypłakują oczy nad swoimi „biednymi synami, którzy przecież nie zrobili nic złego”, biała społeczność nie potrafi reagować poprawnie, bo to przecież „czarna dziewczynka”, więc zapowiada się proces, który wcale nie musi skończyć się tak jak powinien.  I wtedy wkracza ojciec Tonyi, Carl Lee, wraz ze swoim automatycznym karabinkiem. W sądzie, za jednym zamachem, zabija obu mężczyzn. Robi to z pełną świadomością czynu. W zemście. Całkiem otwarcie. I daje się aresztować. Jego obrony podejmuje się młody prawnik, nasz główny bohater, Jack Brigance, dla którego proces zrozpaczonego ojca stanie się najgłośniejszym procesem życia.

„Czas zabijania” na każdej stronie stawia tak swoim bohaterom, jak i czytelnikom jedno podstawowe pytanie: „A co ty byś zrobił?”. Łatwo, czysto teoretycznie, postawić się na miejscu Carla Lee. Gdy nie ma odpowiedzialności, gdy pozostają jedynie idee, łatwo jest określić swoją stronę. Ale gdy w grę wchodzi moralność czynu, kwestia osądzenia za podwójne morderstwo z premedytacją, sprawa nabiera odcieni szarości i już nic nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. John Grisham nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Tutaj nie można nie podjąć wyboru. Dostajemy pełny obraz wszystkich stron konfliktu. Rodziny Pitta i Billego. Rodzinę Tonyi i Jacka Brigance’a. Członków KKK, którzy zjeżdżają się z całego kraju, siejąc grozę i nienawiść. Sędziów i ławę przysięgłych. Gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce przez moment staje się najgłośniejszą sprawą w stanie Mississippi i wkrótce w całym kraju, bo wstrząsa opinią publiczną, a do tego generuje dyskusje na temat rasowych konfliktów. Znowu płoną krzyże. Klan ustanawia lincze. Wybuchają bomby. Giną kolejni ludzie. Nie ma końca przemocy. Nie ma końca nienawiści.

Historia zemsty kochającego ojca za gwałt na swojej córeczce to wyidealizowana wizja smutnej rzeczywistości, w której zazwyczaj brakuje happy endów. Wymiar sprawiedliwości często operuje niedoskonałymi paragrafami, które łatwo podważyć. Tym bardziej w systemie amerykańskim, w którym gra na emocjach ławy przysięgłych jest znanym chwytem stosowanym przez prawników. Takich przypadków, jak ten małej Tonyi, było w trudnej historii konfliktów Stanów Zjednoczonych najprawdopodobniej dziesiątki, jeśli nie setki. Te dziewczynki, bez względu na swoją przynależność rasową, rzadko doczekiwały się jasnej sprawiedliwości. Często musiały stawać ze swoim oprawcą twarzą w twarz, krótko po zapadnięciu niefortunnego wyroku. Córka Carla Lee miała szczęście pod postacią ojca, który w przypływie największej rozpaczy nie wahał się sam wymierzyć należnej kary. My byliśmy świadkami całej sceny, on nie. My mieliśmy dostęp do myśli Tonyi, gdy bezbronna wisiała na drzewie, on nie. My obserwowaliśmy czyny jej oprawców i słyszeliśmy ich chore motywacje.  My, poprzez słowa, czuliśmy jej ból, a jej ojciec mógł sobie go jedynie wyobrazić. I zrobił to, co wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. A ja nie muszę zadawać sobie pytania co bym zrobiła na jego miejscu – ja już to wiem i wiedziałam od początku.

O.