„Bastion” Stephen King

Bombla_Bastion

„I hear hurricanes ablowing.

I know the end is coming soon.

I fear rivers over flowing.

I hear the voice of rage and ruin.” *

Postapokaliptyczne literackie i filmowe wizje fascynowały mnie od zawsze. Koniec świata takiego jakiego znamy. Nagły. Nieprzewidywalny. Katastroficzny. Pełen bólu i cierpienia. Koniec ludzkości. Śmierć milionów, a nawet miliardów ludzi. Powodów mogą być setki. Tysiące. Wielka erupcja hiperwulkanu, a wraz z nią nadejście nowej epoki lodowcowej. Wybuchy na słońcu prowadzące do zwiększenia jego aktywności. Wojna atomowa i toksyczny deszcz. Uderzenie asteroidy, która zmieni na zawsze klimat ziemi. A ostatnio, jedno z najpopularniejszych zagrożeń, czyli epidemia. Ale nie taka zwyczajna, ograniczona, tylko nieokiełznana. Ciągle mutujący z minuty na minutę śmiertelny wirus. Zabija w przeciągu kilku dni, a nawet godzin. Pochodzenie nieznane. Albo utajnione. Liczba ofiar niezliczona.

Z taką apokalipsą mamy właśnie do czynienia w „Bastionie” Stephen’a King’a (tytuł oryginału to „The Stand”). Nazywana przez wielu największym i najlepszym spośród wszystkich dzieł mistrza horroru. Jego magnum opus, wydawane dwukrotnie. Raz w 1978 roku, w wersji skróconej (dla King’a skrócona oznacza ok.  ośmiuset stron). I ponownie, po latach, w 1990 roku, tym razem w wersji pełnej, czyli ponad tysiąc dwieście stron maszynopisu. Dzisiaj, w erze nieograniczonego internetu, gdzie informacje o nowych wirusach wychodzą praktycznie codziennie, a paranoiczne wizje końca ludzkości mnożą się z prędkością światła, powieść ta jest aktualna jak nigdy dotąd.

Jeśli spojrzeć na budowę fabularną tej olbrzymiej powieści, to zadziwi nas jej prostota. Głównym bohaterem tej historii jest nie jedna osoba, czy dwie, ale cała, duża grupa obywateli Stanów Zjednoczonych, która przez tygodnie lata roku 1980 próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości i stworzyć nowe społeczeństwo. Albo spróbować je odtworzyć. A zaczyna się wszystko zwykłym laboratoryjnym wypadkiem.

W tajnej bazie wojskowej, gdzieś na środku pustyni, uszkodzony fabrycznie pojemnik wypuszcza w powietrze laboratoryjnie wykreowany wirus grypy. W przeciągu kilku minut cała placówka zostaje zainfekowana, a zanim udaje się ją odizolować i zamknąć, ucieka z niej jeden ze strażników. Dodajmy, że całkowicie nieświadomy zakażenia. Zaraża swoją żonę i małą córeczkę, pakuje manatki w pragnieniu ucieczki na południe. Niestety nie wie, że dla niego, jak i dla całej jego rodziny jest już za późno. Podobnie jak dla wszystkich, których mija po drodze. Wirus ten, nazwany Kapitanem Trips, jest wyjątkowo agresywny, przenosi się drogą powietrzną i kropelkową. Oryginalnie stworzony jako broń biologiczna do szybkiej eksterminacji na terenie izolowanym, niekontrolowany przez nikogo ogarnia cały świat. W męczarniach umiera 99% populacji. A pozostały 1% zaczyna walkę o życie.

Nigdy nie dowiemy się, dlaczego część ludzi była odporna. Nigdy się nie dowiemy, czy istnieje jakaś konkretna szczepionka zwalczająca Kapitana Trips. W zamian Stephen King serwuje nam kilkanaście smakowitych i perfekcyjnie stworzonych portretów psychologicznych swoich bohaterów. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy. Każdy przeżył wiele, by móc spróbować zacząć swoje życie na nowo, wśród nowych ludzi. Każdego historia nakierowuje na nową przyszłość. Każdy z bohaterów dostaje wybór. Objawia się on wszystkim tym, którzy przetrwali, w postaci snów i wizji. Możemy mieć wrażenie, że ocalonych łączy pewna paranormalna więź. Każdy z nich jest „wrażliwy”, tzn. ma pewne wyjątkowe zdolności, dzięki których wyczuwa zmiany, jakie zachodzą na świecie. Z tymi zmianami związany jest właśnie ten wybór. Mianowicie dobro i zło.

Proste, prawda? Jednak w nowym świecie, po zagładzie nie jest to tylko kwestia moralności. I dobro i zło zależne są od wielu czynników, ale najważniejszym z nich jest fakt, że obydwa są spersonifikowane. Wysłannikiem dobra, można powiedzieć Wyższego Dobra, czyli Boga, jest Matka Abigail (Mother Abigail). Od razu sprostuję, że nie jest ona żadnym aniołem. To człowiek, kobieta z krwi i kości. Najstarsza osoba chodząca po ziemi, bo ponad stuletnia. Jej życie naznaczone miłością Boga i silną, niezachwianą nigdy wiarą jest idealnym przykładem życia nowej prorokini. Kogoś kto swoją miłością jest w stanie zarazić innych. Podzielić się swoim dobrem i pomóc pokonać nadchodzące przeszkody.

Wysłannikiem zła jest osoba o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się to z początku wydawać. Imię jego to Randall Flagg. Miewa również inne imiona, większość z nich właśnie o inicjałach R.F. Ci, którzy nie chcą wymawiać jego imienia mówią o nim Walking Dude, The Dark Man, czy Man in Black. Jest ziszczeniem całego zła. Odpowiedzią Szatana na unicestwienie gatunku ludzkiego. Przyciąga do siebie ludzi o problemach psychicznych, zachwianych emocjonalnie, zniszczonych przez życie, zagubionych, żądnych zemsty, morderców, gwałcicieli, narcyzów itp. Widzi nowe możliwości, tam gdzie nie ma już nadziei. Jego jedynym celem jest zniszczenie. Ogólnie pojęta destrukcja. Kim jest Randall Flagg? On sam o sobie wie niewiele, a to co o nim wiadomo na pewno warto zachować w tajemnicy, aż do czasu lektury.

Jak wspomniałam wyżej wszyscy bohaterowie King’a mają wybór. Wszyscy śnią i każdego z nich kieruje określona motywacja, a kolejne wydarzenia budują nowe charaktery. Jedni wybierają Matkę Abigail, której ostateczną siedzibą będzie miasteczko Boulder w stanie Kolorado, a inni Randall’a, który na siedzibę wybrał sobie Las Vegas. Między nimi niewzruszone góry i upalna pustynia. Celem grupy z Vegas jest pokonanie innych za wszelką cenę. Natomiast Boulder staje się jakby ostatnim bastionem tego co jeszcze do niedawna było Stanami Zjednoczonymi. Randall skupia się na materialnym aspekcie bytu: przywrócenie elektryczności, stworzenie wojska, otwarcie nowych szkół, gdzie ocalałe dzieci mogą pobierać naukę. Celem ostatecznym jest zawładnięcie społecznością Boulder, zniszczenie i śmierć. Grupa skupiona wokół Matki Abigail przede wszystkim opiera się na relacjach międzyludzkich. Stara się odbudowywać zniszczone morale, przywrócić wiarę w ludzkość i w możliwości człowieka. Udowodnić, że natura człowieka jest przepełniona dobrem. Główny celem jest przywrócenie wartości duchowym. Prawdziwego amerykanizmu.

Konfrontacja jest nieuchronna. Wydaje się, że obie te grupy nie mogą koegzystować na tych samych prawach na jakich koegzystowały wcześniej. Możliwe, że nie ma tu żadnych pół rozwiązań. Kapitan Trips nie tylko zniszczył świat, ale podzielił go bardzo skrajnie i ostatecznie. I dopóki wybór nie zostanie dokonany, to ostatecznym pozostanie. Jest czerń i jest biel. Jest dzień i noc. Jest zło i jest dobro. Są anioły i są demony. Jest Bóg i Szatan. Jest piekło i niebo. To co pomiędzy przestaje być ważne, gdy ostatnią wielką bitwą jest bitwa o duszę człowieka.

O.

* Fragment piosenki zespołu Creedence Clearwater Revival pt. „Bad Moon Rising”, czyli coś do posłuchania, w kingowskim klimacie:

10 najczęściej czytanych książek na świecie

Bombla_NajczseciejCzytaneCzy zastanawialiście się kiedyś jakie książki są najczęściej czytane na świecie? Najczęściej kupowane? Te najpopularniejsze z całej literatury? Ja rozmyślałam o tym dość często. W końcu książkowo ciekawska jestem z natury.  I wyruszyłam na poszukiwania. Całkiem przypadkiem natrafiłam na genialną grafikę Jared’a Fanning’a, potem na artykuł przygotowany przez James’a Chapman’a* i od razu wiedziałam, że pewnego dnia przyjdzie czas na ten wpis. Trochę odczekałam na odpowiedni moment. Ten dzień nadszedł dzisiaj 🙂

Top_10_books

TOP 10 brzmi trochę jak lista przebojów. I może faktycznie tak jest. Literacka lista najpopularniejszych książek. Książek wydrukowanych i sprzedanych w ostatnich pięćdziesięciu latach. Czy są to te najlepsze? Te bez których ludzkość nie mogłaby się obejść? Niestety, jak to z listami przebojów bywa można tu znaleźć pozycje nad wyraz godne, te przyzwoite i te, których nie powinno być wcale, ale niestety sprzedaż, druk jak i konieczność ich posiadania mówią same za siebie i nie było wyboru.

Przed Wami literackie TOP 10. Tym razem zacznijmy od końca:

Anne10. „Dziennik Anne Frank” Anne Frank

Uznany za jedno z największych dzieł literatury światowej, pamiętnik Anne Frank to dokładna, nad wyraz dojrzała relacja z ponad dwuletniego ukrywania się Anne i całej jej rodziny podczas nazistowskiej okupacji Holandii. Trudno nie czytać „Dziennika…” ze smutkiem i swego rodzaju poczuciem straty, gdy wiemy już, że kryjówkę zdradzono, a bohaterka zmarła w obozie kilka miesięcy później… Lektura trudna przez poczucie nadchodzącej zagłady, a jednocześnie przyjemna, bo Anne w błyskotliwy sposób udało się opisać te ostatnie lata swojego życia.

Hill9. „Myśl! i bogać się” Napoleon Hill („Think and grow rich”)

Ten napisany w 1937 roku poradnik wciąż bije na świecie rekordy popularności. Chociaż może „poradnik” to trochę zbyt uproszczone słowo na opisanie tej książki. Jest to raczej zachęcenie do pracy i przyjęcie pewnej filozofii sukcesu, dzięki której, w przyszłości, dzięki ciężkiej pracy, wysiłkowi i odpowiedniemu nastawieniu, każdy jest w stanie stać się dobrze prosperującym człowiekiem. W każdej dziedzinie życia. Coś dla samorozwoju, budowania motywacji i pewności siebie. Napisane w czasach Wielkiej Depresji, dzisiaj w czasie kryzysu sprawdza się jak nigdy dotąd.

przeminelo8. „Przeminęło z Wiatrem” Margaret Mitchell („Gone With the Wind”)

Tej powieści pewnie nikomu nie muszę przedstawiać, tym bardziej, że już wcześniej do niej zachęcałam. Dla przypomnienia to pełna namiętności, miłości i zdrady historia pięknej belle z amerykańskiego Południa: Scarlett O’Hary. A w tle wojna secesyjna, krwawy upadek Południa, obalenie niewolnictwa i wielkie zmiany, nie tylko dla całych Stanów Zjednoczonych, ale przed wszystkim dla głównej bohaterki. I jej niezapomniane, kultowe motto: „Bo jutro też jest dzień”.

zmierzch7.  Saga „Zmierzch” Stephenie Meyer („Twilight Saga”)

Bardzo chciałabym nie pisać o tej pozycji, a raczej pozycjach kilku, bo to przecież cztery porządne tomiszcza. Ale najwidoczniej nie mam wyboru 😉 Hit wśród młodzieży. Kultowe powieści nastolatków. Wampiry kontra wilkołaki. Odwieczny konflikt. A w tym wszystkim zagubiona, stłamszona i ciamajdowata Bella, która nie może zdecydować się kogo wybrać, czy bladolicego Edwarda, czy śniadego Jacoba. I cierpi. A potem w końcu wybiera. I jeszcze więcej wampirów i wilkołaków.

Kod6. „Kod Leonarda da Vinci” Dan Brown („The Da Vinci Code”)

Jedna z najbardziej popularnych powieści ostatnich lat, wciąż na pierwszym miejscu wśród czytelników Wielkiej Brytanii. Pełen wartkiej akcji, tajemnic i morderstw thriller, którego głównym bohaterem jest Robert Langdon. Ten historyk, profesor, specjalista od symboli zostaje wplątany w odwieczny religijny spisek i niczym współczesny rycerz okrągłego stołu wyrusza na poszukiwanie Świętego Graala. A w tle Paryż i oczywiście obrazy Leonardo da Vinci. Typowy przykład literatury pop, dla każdego kto nie wymaga zbyt wiele.

alchemik5. „Alchemik” Paolo Coelho („The Alchemist”)

Jedna z książek, których rewelacyjnego odbioru zupełnie nie rozumiem. Przez wielu uznawana za niesamowitą, pełną odwiecznej mądrości, ekstremalnie przeładowaną filozofią powieść.  W gruncie rzeczy jest wyjątkowo tanim chwytem na zbolałe życiem serca naiwnych czytelników, zapełnioną pustymi „rozważaniami” w stylu: „W życiu bo­wiem is­tnieją rzeczy, o które war­to wal­czyć do sa­mego końca”, czy „To oczywiste, że ludzkość zdoła zachować moc.” Po przeanalizowaniu „filozofii” Coelho, wycięciu nic nieznaczących frazesów zostaje może dziesięć stron słabej prozy. Najlepsza dla wciąż „szukających swojej drogi ” zagubionych gimnazjalistów, prawdziwa filozofia light, bez kalorii i żadnych wartości odżywczych.

Tolkien4. „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkien („Lord of the Rings”)

Pozycja obowiązkowa. Kultowa powieść, która jest podstawą całego współczesnego fantasy, a sam Tolkien został mianowany „ojcem” gatunku. To on sklasyfikował elfy, krasnoludy, orków i gobliny. To dzięki niemu po Śródziemu biegają hobbity. Można się kłócić skąd czerpał inspiracje. Można próbować ubliżyć jego umiejętnościom kreowania światów. Ale bez Tolkiena popkultura, w tym filmy, literatura, gry komputerowe, byłaby o wiele uboższa… Nawet jeśli dzisiaj staje się modne bycie anty-Tolkienem.

Harry3. „Harry Potter” J.K. Rowling

Siedem tomów opowiadających dzieje młodego czarodzieja, który walczy ze swoim odwiecznym wrogiem Voldemortem zmieniły życie całego pokolenia. Przez lata czekaliśmy na kolejne tomy, obawiając się o ukochanych bohaterów, razem z nimi przeżywając rozterki i wykłócając się o przynależność do domów Hogwartu. Potem równie długo czekaliśmy na kolejne części ekranizacji. Rowling udało się odświeżyć literaturę dziecięcą i młodzieżową. Wprowadzić element zapomnianej magii we współczesność. Odrealnić trochę rzeczywistość. Baśń, legenda, thriller i dobrze opowiedziana historia dla małych jak i dla dużych czytelników.

mao2. „Wyjątki z dzieł przewodniczącego Mao Tse-Tunga” (Czerwona Książeczka) Mao Tse-Tung

Co by tu dużo pisać… Obowiązkowa pozycja dla WSZYSTKICH obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. NIE do odrzucenia. NIE do podważenia. Prawie czterdzieści lat po śmierci Mao wciąż na szczycie.

biblia1. „Pismo Święte”

Czy ktoś jest mocno wierzący, wierzący tylko trochę, prawie wcale, czy w ogóle niewierzący, obojętnie, Biblia jest świetną, pełną niezapomnianych historii lekturą. Są tu przypowieści, legendy, baśnie, piękna poezja. Mieszają się wszystkie gatunku: horror, thriller, sensacja, melodramat i powieść obyczajowa, a nawet elementy erotyki. I tony symbolicznych odniesień i odwiecznych archetypów. Stary Testament, Nowy Testament, tysiące stron zapisanych maczkiem dla wytrwałego czytelnika może starczyć naprawdę na długo.

Nie każda z tych książek jest idealna (o nie), ale dobrze zobaczyć, że ludzie czytają, lubią czytać i z pewnością zawsze czytać będą 🙂

O.

*Cały artykuł do poczytania na stronie:  http://www.squidoo.com/mostreadbooks

** Grafiki Jared’a Fanning’a do pooglądania na jego stronie: http://www.jaredfanning.com/

„Koszmar w Dunwich” H.P.Lovecraft

Bombla_DunwichHorror

Wielcy Przedwieczni. Śpiący Pradawni. Yog-Sothoth, Azathoth Shub-Niggurath, Nyarlathotep, Cthulhu i tylu innych. Przybyli z pustki kosmosu. Z eonów czasu poza czasem. Z przeszłości i przyszłości. Z wymiarów niepojętych ludzkim rozumem. Z odwiecznych ciemności. Z czarnych otchłani. Zrodzeni z umęczonego umysłu. Jest oczywistym, że to właśnie oni stanowią niepodważalną podstawę twórczości H.P.Lovecraft’a. To oni są głównym filarem łączącym każdy kolejny wątek. Każdą opowieść Samotnika z Providence. Są ich fundamentalnym elementem. Pradawni są tym, co tworzy i buduje wszystkie historie. Są osobnym ich działem. Odrębną mitologią. Bez nich nie byłoby Lovecraft’a. Nie byłoby jego snów.

Jednak, pomimo iż to o nich i przede wszystkim dla nich poznajemy każde kolejne opowiadanie, żadna z tych opowieści nie mogłaby zaistnieć bez swoich głównych bohaterów. Bo Wielcy Przedwieczni bohaterami nie są. Są motywacją. Są tym co nakierowuje owładniętych ich obsesją ludzi. Są tym co odpowiada na modlitwy, błagania i prośby. Wynikową krwawych rytuałów. Bogami pradawnych pogańskich kultów. Są ostatecznym wyzwoleniem. Ostatnim koszmarem. Przeklętym przeznaczeniem. Tym co nieuchronnie nadchodzi i zabiera życie. W każdym znaczeniu.

„Koszmar w Dunwich” („The Dunwich Horror”)to kolejny z serii Wielkich Tekstów Lovecraft’a. Główny rdzeń mitologii Cthulhu. Żeby nikomu nie zepsuć lektury i zabawy odkrywania kolejnych zakamarków fabuły streszczę tylko jej główny punkt wyjścia. Otóż, całość dzieje się w małej, rozpadającej się, zapomnianej przez współczesny świat wiosce, gdzieś na wzgórzach Doliny Miskatonic (czyli jednym z ulubionych miejsc wydarzeń pisarza). Pewna zdegenerowana, szalona kobieta Lavinia Whateley pewnego dnia rodzi syna. Ojciec dziecka pozostaje nieznany. Okoliczności narodzin co najmniej tajemnicze i niewyjaśnione. Sam noworodek, nazwany Wilbur’em, rozwija się nadnaturalnie szybko. I zdrowo, pomimo swojej chorej matki. A z czasem, w okolicy zaczynają ginąć bydło, inne zwierzęta domowe i psy. Mogę dodać jedynie to, że dziadek dziecka znany był w wiosce z bluźnierczych, rytualnych praktyk, których tajemnic nie udało się do końca odkryć nikomu.

Ale nie o samej fabule chciałabym tutaj pisać. Czytając po raz kolejny „Koszmar z Dunwich” zauważyłam pewną istotną cechę całej twórczości H.P.Lovecraft’a. Jest to podział jego bohaterów. Może to zabrzmi dziwnie, ale zauważyłam pewien schemat ich tworzenia. Każdego z ich działań. I głównej charakterystyki. Jak pisałam już wyżej, każda historia opiera się na kulcie jednego z Wielkich Przedwiecznych.  To główna jej podstawa. I te właśnie historie szczegółowo poznajemy dzięki lovcraftiańskim protagonistom.

W uproszczeniu można ich podzielić na trzy podstawowe grupy, oczywiście z możliwością rozszerzenia zakresu, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Gdybym miała przedstawić konkretny schemat, to byłby on pewnie kształtu piramidy. Zaczynając od dołu. Pierwsza grupa to mieszkańcy wiosek, miasteczek i okolic tajemniczych wydarzeń. Druga, to policjanci i inni przedstawiciele prawa, detektywi, urzędnicy, czy naukowcy. Trzecią grupą są natomiast główni uczestnicy wydarzeń, występujący zazwyczaj w pojedynkę, rzadziej grupowo np. stary profesor zajmujący się okultyzmem, bratanek sławnego profesora, księgarz, bibliotekarz, czasami detektyw. To z ich relacji poznajemy wydarzenia. I podobnie jak oni mamy ograniczony punkt widzenia.

Zacznijmy od mieszkańców. Biernych obserwatorów i równie biernych uczestników potwornych wydarzeń. To ludzie, którzy z dziada pradziada żyją na tych samych terenach. W tych samych domach. Obsiewają te same pola. Hodują te same zwierzęta. Zajmują się dokładnie tym samych, co wszyscy w ich rodzinie zajmowali się od wieków. Ich pula genów jest zazwyczaj drastycznie ograniczona. Wszyscy w jakiś dziwny sposób do siebie podobni. Często zdeformowani, albo dotknięci inną chorobą genetyczną. W zależności od miejsca przyjmują cechy swojego otoczenia. Także te fizyczne. Są pogodzeni z losem. Nie walczą o żadne prawa dopóki ich ziemia pozostaje ich ziemią i nikt obcy nie próbuje im jej odebrać. Żyją w zgodzie z naturą. Przynajmniej na tyle ile im ta natura pozwala. Każdy z nich zna siebie na wylot. Wszystkie plotki. Legendy. Zabobony. Zjawiska nadprzyrodzone traktują jako kolejny element, do którego można się przyzwyczaić. Z którym da się żyć. Mieszkańcy Dunwich i okolic są tego idealnym przykładem.

Do drugiej grupy, jak już wspomniałam, należą osoby z zewnątrz, których głównym zadaniem jest pomóc, gdy problem przerasta miejscowych. Są to stróże prawa, osoby z kręgów naukowych itp. Zjeżdżają oni na miejsce wydarzeń, kiedy następuje zbyt duża eskalacja problemu. Kiedy wszystko wymyka się spod kontroli. Swoim zachowaniem przypominają mi tzw. „czerwone koszule” z serii Star Trek: przypadkowe osoby, które przyjeżdżają tłumnie i tłumnie giną. Bardzo często anonimowo, zanim zdążą w jakiś oryginalny sposób zaistnieć. Nie umieją poradzić sobie z własną paniką i niezrozumieniem sytuacji. Próbują za wszelką cenę racjonalnie tłumaczyć to, co zdecydowanie do rozumu nie należy. Wierzą, że w grupie jest siła, a siłą można pokonać wszystko, bo tylko wtedy stają się wystarczająco odważni i zdecydowani.

Trzecia grupa, to szczyt „bohaterskiej” piramidy. To z ich oczu poznajemy wydarzenia. To ich motywacją nieświadomie kierujemy się przekładając kolejne strony książki. Z nimi najłatwiej nam się utożsamić, bo wiemy bardzo konkretnie, co ich prowadzi. Pewni siebie, ciekawscy świata, eksploratorzy „niepoznanego” o otwartych umysłach. Dla nich nie ma ograniczeń. Mają niesamowite szczęście jeśli chodzi o wpadanie na kolejne tropy np. pradawne manuskrypty, okultystyczne dzienniki, pogańskie statuetki itp. Kieruje nimi wiedza i wiara. Zdają sobie sprawę z zagrożeń. Przygotowują się najlepiej jak potrafią i nie biorą pod uwagę swojej porażki. Jeśli taka nastąpi i uda im się przeżyć, to nie omieszkają spisać swoich wspomnień ku przestrodze. Ich ciąg nigdy się nie kończy. W „Koszmarze w Dunwich” takich bohaterów jest aż trzech: doktor Armitrage, profesor Rice i młody doktor Morgan.

Mogłoby się wydawać, że żadna z tych grup bohaterów nie ma chociażby jednej cechy wspólnej. Każda z nich jest na tyle wyjątkowa, że nic tak naprawdę ich nie łączy. Błąd. Lovecraft w swoim geniuszu „sprezentował” im jeden podstawowy szczegół, dzięki któremu wszyscy jego bohaterowie są tak bardzo podobni. I każdy z nich stanowi odzwierciedlenie całej lovecraftiańskiej filozofii.  A mianowicie: bezsilność. Każdy z bohaterów, nieważne czy będzie tylko obserwującym mieszkańcem wioski, zagubionym policjantem, czy nawet narratorem opowieści, wszyscy oni w obliczu Wielkich Przedwiecznych są nikim. Nie mają żadnej władzy. Nic od nich nie zależy. Nie mają wystarczającej siły i wystarczających umiejętności fizycznych na pokonanie zagrożenia. Ich psychika nie umie poradzić sobie z tym co widzą. Ich umysły dosłownie „topią” się od nadmiaru bodźców.  W końcu zatracają się i często umierają nie dowiadując się tego, co było dla nich tak istotne.

Bohaterowie Lovecraft’a nie znaczą nic. Dla samego pisarza byli tylko symbolami, by pokazać, że w otchłani kosmosu człowiek jest nikim. Pyłkiem, który najłatwiej zdmuchnąć. Natomiast dla nas, czytelników, są tylko narzędziami w zgłębieniu wiedzy. Ich losy to tylko kolejna opowieść. Kolejny trop. Następna ścieżka, która zbliża nas do poznania największej prawdy. Zgłębienia najczarniejszej mocy. Podczołgania się przed tytaniczne oblicza Pradawnych. I tylko łudzimy się, że będziemy w stanie ich przeżyć. W jakiś nadludzki sposób pokonać. Bo gdy bogowie powrócą na ziemię, nie będzie przed nimi ucieczki.

O.

„Incubi” Edward Lee

Bombla_Incubi copy

O powieściach Edward’a Lee można napisać wiele. Bywają drastyczne. Albo inaczej: są drastyczne. Nie owijajmy w bawełnę. Prawie zawsze pełne przemocy. Przesiąknięte lejącą się strumieniami krwią. Wszechobecnymi walającymi się tu i ówdzie flakami. Upstrzone dosadną cielesnością. Zezwierzęconą seksualnością. Oparte na okrucieństwie i ludzkiej przedmiotowości. Odkrywają mroczną stronę ludzkiej natury jak i jego zwyrodniałej wyobraźni. Poszerzają horyzonty percepcji i psychicznej wytrzymałości czytelnika. Bawią się naszym kosztem i balansują na granicy dobrego smaku.

Jednak w odróżnieniu do pisarzy, którzy wyolbrzymiają te cechy i traktują je jako główny punkt zawieszenia dla historii, opowieści Lee zawsze mają drugie dno. Znaczą więcej niż można by się po nich spodziewać. Tylko trzeba się troszkę najpierw napracować. By móc odczytać ich symboliczność faktycznie czytelnik musi być silny psychicznie. Powinien nauczyć się najpierw odfiltrowywać cały ten gore. Zobojętnieć odrobinę. Uodpornić się na okrucieństwo. Na  kipiącą seksualność. Buchającą cielesność. Przyzwyczaić się do ich istnienia. I uznać za kluczowe do zrozumienia tego typu prozy.

W powieściach Lee odnaleźć można również pewien dodatkowy element, który wyróżnia jego historie nadając im odpowiednią głębię jednocześnie zwiększając fabularne napięcie. Najprościej nazwać go składnikiem paranormalnym. Tajemniczym elementem, którego korzeni należy doszukiwać się poza światem zwykłych śmiertelników. Raczej wywodzącym się z ich wierzeń, mitów i legend. Opartym na pradawnych rytuałach i kultach, jeszcze sprzed czasów chrześcijaństwa lub przez chrześcijaństwo  z czasem zaadoptowanych. Kultów, których wyznawcy wyginęli, zniknęli w mrokach historii lub zeszli do podziemi i ukryli czekając na nadejście lepszych czasów.

Nie inaczej jest z jedną z pierwszych i jednocześnie uznaną za jedną z najlepszych powieści w dorobku pisarza, czyli „Incubi” wydaną w 1991 roku. Czym są tytułowi incubi? Według „Malleus Maleficarum” incubus, inaczej zwany również demonem nocy, jest męskim odpowiednikiem seksualnego demona nawiedzającego kobiety we śnie. Przybiera zazwyczaj postać przystojnego mężczyzny o nieodpartej uwodzicielskiej mocy, którego magiczne szeptane zaklęcia zmuszają jego ofiary do uległości. Słowo „incubus” pochodzi od łacińskiego „incubare”, czyli spoczywać na czymś (w tym wypadku na kimś). Te erotyczne demony mają umiejętność przybierania ludzkiej postaci, inkarnacji, czyli wstępowania w ciało wybranego mężczyzny i spółkowania ze swoimi ofiarami, które często kończy się dla nich śmiercią, rzadziej szaleństwem.

To właśnie ich seksualny rytuał stał się filarem powieści. Rytuał skąpany w największej namiętności. Zrodzony z „najczulszej” miłości. Oczywiście miłości takiej, jak mogą rozumieć ją demony. Czyli miłości ukierunkowanej. Uprawianej w konkretnym celu. Całkowicie obrzędowej. Opartej na pradawnym kulcie, tak by przypodobać się istotom potężniejszym i starszym niż sam świat. Kulcie wszechwładnego mężczyzny, doskonałego stworzyciela, pradawnego ojca wszystkich inkubów. By zaspokoić jego nienasycony głód zstępują na ziemię, by owładać umysłami wrażliwych kobiet. Tych najbardziej podatnych na ich odurzający wpływ. Pisarek, malarek, rzeźbiarek… Artystek. Tych, dla których głównym źródłem natchnienia w procesie kreacji jest doświadczenie. Poznanie. Wyzwolenie swoich pragnień, przekroczenie ich, by potem móc oddać tą prawdziwą intensywność doznań w swojej twórczości.

Dla takich kobiet stały mężczyzna, życiowy partner często bywa tylko niepotrzebnym dodatkiem. Komplikującym sprawy. Wchodzącym w drogę ich „dzikim” pragnieniom i potrzebie nowych doznań. Te kobiety potrzebują ciągłej iskry. Ich miłość jest w gruncie rzeczy miłością własną. Nakierowaną na odbiór, nigdy na dawanie. Dzięki nim współczesne inkuby, które zesłał Edward Lee ,mają czym karmić swojego mistrza. Odnajdują źródła największej seksualnej kobiecej energii i kumulują je, oddając silniejszym mocom.

Męskim „piątym kołem u wozu” jest główny bohater „Incubi” otoczony przez garstkę silnych, artystycznie nienasyconych kobiet. Detektyw Jack Cordesman. Lee sprawił, że to właśnie on został najważniejszą postacią powieści. Straumatyzowany oficer policji, zmagający się ze swoim alkoholizmem zostaje opuszczony przez ukochaną Veronicę. Nie muszę dodawać, że Veronica jest jedną z najbardziej „gorących” malarek nowego pokolenia, której prace zostają uznane za wyjątkowo obiecujące. Zaczyna być również rozchwytywana przez popularne galerie, a jej nazwisko oznacza w branży prestiż. Oczywistym staje się fakt, że nie może poświęcać swojego „wyjątkowego” życia dla jakiegoś detektywa po przejściach. Veronica pragnie miłości. Jednak takiej, w której będzie mogła odbijać się niczym w lustrze. Tym razem skierowanej wyłącznie na jej potrzeby.

I właśnie taką miłość odnajduje. A raczej ona odnajduje ją.  Przyjmuje ona postać ekstremalnie przystojnego cudzoziemca o nieziemskiej sile przyciągania delikatnie usposobionych kobiet o artystycznych zapędach. Dla każdego czytelnika jej pochopne decyzje wydają się być po prostu naiwne, a sama Veronica i jej towarzyszki po prostu głupawe. Osłabione swoimi własnymi oczekiwaniami, które przerosły rzeczywistość, na siłę szukają wrażeń w momencie, gdy są najbardziej narażone na ciosy z zewnątrz. I dlatego wiemy, że Lee wcale nie chodziło o te kobiety, ale właśnie o tego jednego opuszczonego mężczyznę.

Jego siła leżała w doskonałej umiejętności rozwiązywania najtrudniejszych spraw. W idealnej zdolności dedukcji. Niestety sprawa z przeszłości nie daje mu o sobie zapomnieć. Wracają koszmarne wspomnienia. Wyrzuty sumienia. Bez pomocy Jack popada w alkoholizm. A gdy miasto zalewa fala rytualnych zbrodni dokonanych na ładnych artystkach, w opóźnionym tempie łączy kolejne fakty. Razem z nim musimy brnąć przez kolejne tropy. Badać poszlaki. Iść na przód. Wyjazd i w końcu tajemnicze zaginięcie Veroniki i jej przyjaciółki tylko dolewa oliwy do ognia. Śledztwo staje się walką z własnymi słabościami.

Gdyby nie „detektywistyczna” postać Jack’a Cordesman’a nie byłoby w tej historii pewnie nic specjalnie wyjątkowego. Poznawalibyśmy kolejne fakty z perspektywy oprawców i ich ofiar. Topilibyśmy się w kolejnych opisach krwawych rytuałów, nie wyciągając nic dla siebie. Dzięki historii opowiedzianej z punktu widzenia Jack’a zyskujemy nowy punkt zaczepienia. Inną wizję rzeczywistości, której głównym celem nie jest ślepe dążenie za pragnieniami, ale pokonywanie kolejnych osobistych barier.

W historiach Edward’a Lee jego bohaterowie nigdy nie zaznają pełnego odkupienia. Ich zemsty nigdy nie bywają w pełni spełnione. Za obcowanie z mocami nie z tej ziemi zawsze przychodzi odpowiednia cena. Zazwyczaj jest to czyjeś życie. Osoby, która najwięcej dla nich znaczy. Którą kochają lub chcieliby pokochać. Dla której poświęcili się w pierwszej kolejności. I ostatecznie okazuje się, że oni wszyscy robili to tylko dla siebie. Wyłącznie po to, by wyzwolić się spod własnej osobistej klątwy. Pokonać swoje głęboko skrywane lęki, pozbyć się słabości. Wyjść poza siebie i poświęcić się w ofierze. By móc narodzić się na nowo. I zacząć od początku.

O.

„Nie myśl, że książki znikną” Umberto Eco, Jean-Claude Carrière

Bombla_EcoCarriere copy

Według tegorocznych badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa w Polsce prawie 61% Polaków nie dotknęło żadnej, nawet najmniejszej książki, ani nie miało kontaktu ze słowem pisanym. W ogóle. Tak, to bardzo bolesne badania. Potworne statystyki. We wrażliwych miłośnikach literatury mogą wywołać nocne koszmary. Po przeczytaniu tego sprawozdania mi również chodziły po głowie chore myśli i przerażające historie o końcu ery czytania. Przypomniały wizje palenia książek. Po prostu wielka czytelnicza tragedia. 

Jednak całkiem niedawno, po dwóch latach od zakupu, sięgnęłam na półkę i wyciągnęłam „Nie myśl, że książki znikną”. Ta książka jest bardzo nietypowa. To nawet nie konkretna książka (pozostaje nią tylko w formie), ale zapis rozmowy dwóch wielkich intelektualistów, a zarazem zapalonych bibliofili: Umberto Eco i Jean-Claude Carrière. Na wszelki wypadek przedstawię pokrótce obydwu panów, gdyby ktoś miał problemy ze skojarzeniem nazwisk 🙂

Umberto Eco to włoski językoznawca, filozof, mediewista, pisarz, eseista i krytyk literacki. Natomiast Jean-Claude Carrière to francuski pisarz, scenarzysta i… aktor, który przez lata współpracował w tworzeniu legendy kina razem z Luisem Buñuelem. Mianownikiem wspólnym wydaje się być tutaj pisarstwo. Ale nie dajmy się zwieść pozorom. Bo to czym fascynują się obaj panowie, tym co ich łączy w wyjątkowy sposób to wielka, nieskończona miłość do książek. Każdy z nich przez całe swoje życie zbiera rzadkie wydania do swoich imponujących prywatnych bibliotek. Imponujących, bo zawierających kilkaset tysięcy egzemplarzy, z których olbrzymia większość to białe kruki. Pierwsze wydania, wydania ograniczone, książki zakazane, ostatnie egzemplarze… Cuda literatury światowej. Kolekcja, o której marzy niejeden czytelnik. Dlatego jeśli komuś zaufać w kwestii czytania, to z pewnością właśnie im.

Jak już wspomniałam wyżej „Nie myśl, że książki znikną” to zapis dyskusji. Tytuł mówi już sam za siebie. I stanowi zarazem bardzo optymistyczną odpowiedź na nurtujące pytanie: czy w dobie postępującej cyfryzacji i ogólnie pojętej technizacji codzienności stara, dobra książka ma szansę przetrwać? Zarówno dla Eco, jak i dla Carrière odpowiedź jest oczywista. Książki nie znikną nigdy. Dlaczego? Bo są nośnikiem perfekcyjnym. Doskonałym wynalazkiem, którego nic jeszcze nie było w stanie pokonać. Mogą zmieniać się technologie. Mogą powstawać nowe nośniki, ale oczywistym jest, że żaden z nich nie pokona tradycji, bo w odróżnieniu od tych „cudów” książki są trwałe i są w stanie przetrwać najdłuższy okres czasu jednocześnie nie tracąc swojej ważności. A technologia może tylko ułatwić do nich dostęp i rozpowszechnić jeszcze bardziej.

Powodów jest oczywiście o wiele więcej, ale nie chciałabym tutaj analizować każdego z nich, ani nawet całej tej rozmowy. Ale jest ona z pewnością wyjątkowa. Dyskutuje ze sobą dwóch znawców tematu. Erudytów. Prawdziwych intelektualistów znających się na rzeczy, którzy potrafią rozprawiać z prawdziwą pasją o tym co kochają najbardziej. I czyta się to z wielką przyjemnością. Co więcej ma się wrażenie, że raczej przysłuchuje się rozmowie dwóch przyjaciół, gdzieś w jakimś klubie (mówiąc klub mam na myśli miejsce spotkań). Zachwyciły mnie anegdotki, historyjki i przemyślenia.

I właśnie dzięki tym przemyśleniom sama doszłam do pewnych wniosków, które skonfrontowałam z  wnioskami przygotowanymi przez Bibliotekę Narodową*. Rozmowa Eco i Carrière dała mi pretekst do poruszenia związanych z czytaniem tematów. Nasunęły mi się również przy okazji kolejne pytania, a odpowiedzi na nie nagle przestały być takie pesymistyczne. I stwierdziłam, że te wszystkie statystyki są chyba lekko  wyssane z palca (raczej wyobrażone i dopowiedziane), a na pewno nie tak dokładne jakby się wydawało, z masą luk, które samemu trzeba sobie wypełnić.

Badania te są przeprowadzane co dwa lata, na trzech tysiącach osób, z różnych warstw społecznych i intelektualnych. Trzech tysiącach. To zaskakująco mało, biorąc pod uwagę, że zasięg wiekowy ma rozpiętość od piętnastego roku życia wzwyż. Do tego, gdy spojrzymy na to zróżnicowanie, to przestaję się dziwić, że ostateczne dane są co najmniej martwiące. Przy takiej liczbie ankietowanych nie ma możliwości na prawdziwe, konkretne dane, bo zbyt wielka jest ich rozległość. Co więcej, zbyt duże są różnice między grupami przepytywanych ludzi i każda z tych grup jest ujednolicona, co pozwala jednocześnie niezwykle łatwo ją zaszufladkować.

Bo czy naprawdę jest aż tak mało współczesnych czytelników w Polsce? Obserwując ludzi wokół mnie, rozmawiając z rodziną i znajomymi, gdybym sama miała przygotować takie statystyki, to wychodzi na to, że czytelników jest więcej niż mniej! W różnych grupach wiekowych. W różnych środowiskach. Uogólnienia są zazwyczaj bolesne, krzywdzące i te statystyki tylko potwierdzają regułę.

Ale zacznijmy od tradycyjnych książek. Co rusz, w miejskich środkach transportu można zobaczyć osobę, która trzyma książkę w ręku. I to nie jedną taką osobę, ale co najmniej kilka. Jak nie kilkanaście w ciągu dnia. W naturze mam książkowe podglądactwo i jak mam okazję to uwielbiam patrzeć na okładki, by dowiedzieć się co kto czyta. Patrzę też na objętość. I powiem Wam szczerze, że ludzie potrafią czytać wszystko: od najprostszej para-literatury po kanoniczne klasyki. Od cieniutkich kilkudziesięciu stronicowych książeczek po grubaśne tomiszcza. I nie tylko w czasie podróży. Ludzie czytają w pracy, w przerwie na lunch, w kawiarniach przy kawie czy między zajęciami lub lekcjami. Nie ma dnia, nie ma miejsca, żeby nie minąć kogoś z książką.

Nie mówiąc o technologicznych nowinkach, jak czytniki, tablety, których jest coraz więcej. I księgarniach internetowych, w których książki kupować można za cenę zazwyczaj o kilka procent mniejszą niż w tradycyjnej księgarni. Ludzie częściej niż zwykle korzystają z bibliotek tych publicznych, szkolnych i akademickich, które w końcu uwspółcześniły się po latach i same wychodzą czytelnikowi na przeciw (przynajmniej w większości). Ponadto rozkwitają na nowo antykwariaty które wyszły do klientów i coraz częściej oferują swoje usługi przez internet, z ekspresową wysyłką do domu. Powstają kluby literackie, kółka czytelnicze, ludzie tworzą blogi i zakładają własne czasopisma. Kto przesiaduje w internecie, albo spędza czas pracy przy komputerze jest bombardowany słowem pisanym! W ogóle, zauważcie jak wiele czyta się na co dzień zwyczajnych niusów i informacji. Przecież można stracić całe godziny na zaczytywaniu się w nowinkach, mini artykułach, blogowych wpisach, samemu komentując i angażując się aktywnie w ten nowy typ czytelnictwa. Bo to jest właśnie jego nowa idea. Zupełnie nowa era. Odświeżony czytelnik. Tego niestety nikt za bardzo nie bierze pod uwagę przy takich badaniach.

Oczywiście można wszystko ograniczyć. Można zapomnieć o tym, że świat idzie naprzód zmieniając się w błyskawicznym tempie. Można wykluczyć część osób czytających w ten nowy sposób, bo tak, z założenia. Konstruując pytania tak, żeby zawsze ukazać tendencję spadkową. Patrząc w tym kierunku, to historycznie proces czytania nigdy nie był przeznaczony dla każdego. Przecież przygoda ze słowem pisanym była z początku tylko przywilejem. Zabawą dla nielicznych. Wyjątkowych. Z czasem dawała władzę nad rzeszami analfabetów, dla których literki nic nie znaczyły, ale którzy zdawali sobie sprawę z ich niezwyciężonej mocy. I nagle słowo pisane stało się res populi.

Dzisiaj książka (tym razem nie tylko w znaczeniu tradycyjnym, ale także zawierająca w definicji WSZYSTKIE dodatkowe nośniki , style i elementy) może należeć do każdego. Jej wybór jest ogromny. Praktycznie nieograniczony. Nowe technologie tylko jeszcze bardziej ułatwiły do niej dostęp. Z pewnością książka przetrwa. Tak jak Umberto Eco i Jean-Claude Carrière nie mam ku temu żadnych wątpliwości. Pod swoją tradycyjną postacią i tą unowocześnioną. Co więcej, jeszcze ze sto razy się przekształci i zmieni. Ewoluuje i dopasuje się do nowego świata. A razem z nią, albo tuż za nią potruchta uradowany czytelnik. Bo czytelnik tak jak książka nie zniknie nigdy.

O.

*Jeśli chcielibyście zapoznać się bliżej z wynikami badań Biblioteki Narodowej to konkretne liczby i wnioski znajdziecie pod tym adresem:

Click to access 1362741578.pdf

Do poczytania na majówkę

Bombla_Majówka

Wielka MAJÓWKA już rozkręciła się na dobre! A jeśli wolne dni, jeśli wypady i mini podróże, relaks, czas wolny i ogólnie pojęta rekreacja, to dlaczego nie zabrać ze sobą czegoś do poczytania? Jeśli tak ja nawet na czas oczekiwania w kolejce w banku zabieracie ze sobą książkę, to specjalnie dla Was na te chwile wypoczynku przygotowałam kilka propozycji o tematyce wyjazdowo-podróżniczej. Chociaż lepiej nazwać je opowieściami drogi, albo historiami ze szlaku.

Ale żeby Was nie zmylić, nie są to w żadnym wypadku opowieści przygodowe. Zachowała się w nich raczej sama idea podróży. Pewien zamysł, wspomnienie, element wspólny. Bywa, że podróż jest symboliczna. Staje się punktem wyjścia dla fabuły. Albo jej kluczowym elementem, dzięki któremu bohaterowie mogą trafić do miejsca przeznaczenia. Czasami sama wyprawa jest już przeznaczeniem, od którego nie ma ucieczki. Czasami jest echem przeszłości i wraca, by o sobie przypomnieć. Na nowo wywołać dawne wrażenia…

Wybrałam pięć historii, które w jakiś sposób odpowiadają różnym charakterom podróżniczym. Coś dla każdego. Albo prawie dla każdego.

PodróżSentymentalna1. „Podróż Sentymentalna” Laurence Sterne („A Sentimental Journey Through France and Italy”)

Coś dla marzycieli o romantycznych duszach, którzy potrafią dostrzec piękno w rzeczach najbardziej błahych. Dla których istotą podróży jest zanurzyć się w nowy, poznawany dopiero świat i odkrywać go małymi kroczkami, z dala od utartych turystycznych szlaków. Bohaterem tej XVIII-wiecznej powieści jest Yorick, który opisuje swoje doznania i przeżyte przygody z podróży do  Francji i Włoch. Przelotne miłostki, elementy krajobrazu, piesze wycieczki, napotkani po drodze ludzie i poetyckie wyobrażenia, to główni bohaterowie jego wspomnień.  Wszystko napisane pięknym językiem wyjątkowo intensywnie oddziałującym na zmysły czytelnika.

WDrodze2. „W Drodze” Jack Kerouac („On the Road”)

Na całym świecie ta amerykańska powieść uznawana jest za kultową historię pokolenia bitników. Uwielbiana przez współczesnych buntowników, cytowana przez awangardowych pisarzy i wszystkich innych nonkonformistów stającym na przeciw konsumpcyjnego społeczeństwa. Historia kilku młodych spontanicznych przyjaciół z początku lat pięćdziesiątych, jest idealną powieścią dla tych, dla których sama podróż jest  już przygodą i celem samym w sobie. Dla tych czytelników, którzy wyjeżdżając nie mają konkretnego celu, ale póki się przemieszczają i nie mają konkretnych planów staje się to idealną formą podróży i wielką przygodą.

PozaSezonem3. „Poza Sezonem” Jack Ketchum („Off Season”)

Idealna lektura dla spędzających czas na leśnych odludziach, morskich ostępach i małych miejscowościach jeszcze poza sezonem. Dla tych co lubią się bać, bo przecież nigdy nie wiadomo co może zaczaić się w ciemnych zaroślach za domem. Powieść Ketchum’a to pierwsza część trylogii, pełna krwi, pierwotnego zła i ludzi, w których nie ostało się zbyt wiele cech człowieczeństwa. To historia żywej legendy, która jest jeszcze gorsza niż krążące po okolicach opowieści. Przypomina, że ludzie w każdym miejscu na ziemi są inni, odróżniają ich motywacje i tradycje, a przyjazd grupki turystów nigdy tego nie zmieni.

Droga4. „Droga” Cormac McCarthy („The Road”)

Coś dla alternatywnych, dla których podróż to nie przyjemność i przygoda, ale raczej walka o przetrwanie i niekończąca się męka. Dla tych co nigdy do końca nie mogą się dopakować, a potem włóczą za sobą wielkie nieporęczne walizki i torby i czekają niecierpliwie na powrót do domu. Ta przejmująca opowieść to smutna post apokaliptyczna wizja świata, w którym droga nie daje celu, a podróż nigdy się nie kończy. Gdzie bycie nomadem, ciągle w drodze to jedyna możliwość przeżycia i dotrwania do końca. Aż do śmierci.

Desperacja5. „Desperacja” Stephen King („Desperation”)

Kolejna rewelacyjna powieść króla grozy dla wszystkich tych naiwnych podróżników, którzy wierzą, że w drodze powrotnej nic złego już nie może się wydarzyć. Owszem może. King udowadnia, że czasami nawet zwykła kontrola policji na drodze może zamienić się w prawdziwy horror. I że lepiej trzymać się wytyczonej trasy, a nie na siłę wybierać nieznane skróty. Bo można przypadkiem natrafić na takie małe miasteczko jak Desperacja i na jego wyjątkowych mieszkańców.

Wszystkim moim Czytelnikom i Czytelniczkom życzę miłego i udanego odpoczynku, bez niepotrzebnych przygód 🙂

O.

„Kongo” Michael Crichton

Bombla_KongoKongo. Tajemnicza i mroczna kraina w sercu Afryki. Dom plemion pigmejskich i skłóconego ludu Bantu. Wojny domowe. Legendy o kanibalizmie. Dziewicza, dzika dżungla, zaledwie muśnięta stopą białego człowieka. Miejsce występowania tysięcy wyjątkowych gatunków roślin i zwierząt. Kolebka górskich goryli. Otoczona wulkanicznymi pasmami, które co jakiś czas dają o sobie znać ledwie wyczuwalnym wybuchem. Jedno z najbogatszych złóż surowców mineralnych na ziemi. Miedzi, kobaltu, złota i… diamentów. Perfekcyjna lokacja na wielką, niezapomnianą przygodę.

A jeśli wielka przygoda, eksploracja i mroczne sekrety, to musi być nie kto inny, a tylko Michael Crichton. Mam wrażenie, że gdyby nie ten wyjątkowy pisarz o nieskończonej, bogatej wyobraźni  i umiejętności ujmowania myśli w słowa, nie pojawiłyby się w naszej kulturze koncepty, które uważamy dzisiaj za kultowe. Wskrzeszone dinozaury z „Jurassic Park”i „Zaginionego Świata”, śmiercionośne nanoroboty z „Roju”, atak śmiertelnego wirusa z przyszłości w „Andromeda Strain” czy bawiący się ludzkimi umysłami zatopiony statek kosmiczny z „Kuli”. I wiele, wiele innych koncepcji, które stały się podstawą współczesnej popkultury.

Nie inaczej jest z „Kongo” wydanym w 1980 roku. To hołd złożony wszystkim wielkim podróżnikom i eksploratorom przeszłości, a zarazem ostatni, zamykający rozdział pewnej niezapomnianej epoki. Koniec czasów niestrudzonego Indiany Jones’a i obalenie mitu o odważnej samotniczce Larze Croft. Zakończenie i podsumowanie ery wielkich odkrywców i symboliczne wypełnienie ostatnich luk na mapie świata. Bo takich miejsc po prostu już nie ma.

Ale zanim pogrzebiemy całkowicie marzenia o odkrywaniu świata jak wielcy odkrywcy sprzed lat, to mamy przed sobą kawał porządnej literatury do nadgryzienia. Kąsek, w którym znajdziemy wszystko to, co dla podróżników najważniejsze. Jest tutaj bestialski atak na obóz jednostki badawczej przez niezidentyfikowane istoty przypominające goryle. Jest ekspedycja prawie ratunkowa, której głównym celem jest kontynuowanie początkowej  misji na tym samym terenie i odzyskanie danych z ich sprzętu. Są rywalizujące ze sobą konsorcjum, którzy za nic mają ludzkie życie, a każda kolejna wyprawa, to ludzie zbyteczni, jednorazowi, których łatwo w razie czego wymienić i zastąpić nowymi. Są konflikty zbrojne wchodzące w drogę bohaterom. I wreszcie jest dżungla Kongo, a dokładnie tereny Parku Narodowego Virunga, z ciągnącym się pasmem uśpionych i drzemiących wulkanów.

Właśnie ta kongijska dżungla jest tłem dla najważniejszych wydarzeń. A może nawet nie tylko samym tłem (chociaż tło dla fabuły na pewno stanowi),ale także jakby dodatkowym, indywidualnym elementem samej historii. Bohaterowie powieści Crichtona zauważają, że dżungla sama w sobie jest wielkim żywym organizmem. Potężną istotą. Całkowicie samowystarczalną. Niezależną od tego co ludzkie. Tym samym człowiek jest tam bardziej intruzem niż przechodniem. Czymś, czego trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Nie pozwolić mu brnąć dalej. Zamęczyć go po drodze i zmusić do zawrócenia z drogi. Gigantyczne drzewa o wielkich, opasłych  pniach, w których można by zbudować mały dom. Wielkie korzenie plączące się pod nogami. Trujące, rzadko rosnące kwiaty. Panosząca się, wszędobylska „zieloność”, do której nie docierają nawet promienie słońca tłumione przez nieprzeniknione korony drzew. Brak źródeł wody. Wieczna wilgotność i nieznośny, duszący upał. Wszystko to broni dostępu do jej serca. Do wielkiej tajemnicy i zagadki przeszłości. Zaginionego miasta Zinj.

Jednak zanim bohaterowie trafią do tej wrogiej, „trującej” krainy muszą najpierw przygotować się i zorganizować całą podróż. Michael Crichton nie owija w bawełnę. Nie mydli oczu. Pokazuje nam prawdziwe oblicze nowoczesnej eksploracji. Całość nie zależy wcale od wyjątkowych pasjonatów, specjalistów, czy owładniętych odkrywczą obsesją naukowców. Oni wszyscy nie mają tu nic do powiedzenia. Są kolejnymi twarzami w aktach, interesującymi jedynie ze względu na zakres swoich umiejętności.  Każdy element musi być dopięty na ostatni guzik. Wyliczony, ujęty w tabelki, idealnie wykalkulowany. Nie ma miejsca na pomyłki, kiedy pod uwagę wchodzą setki tysięcy dolarów. A wszystko to  w rękach kilku właścicieli konsorcjum, których głównym celem jest odkrycie nowej rudy błękitnych diamentów, które zmienią losy współczesnej technologii. Tego kto uzyska do nich dostęp uczyni na całe lata największym dostawcą handlowym świata. Kusząca perspektywa. Warta postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Właśnie dlatego na tą konkretną misję mają wyruszyć najlepsi z najlepszych. Otoczeni najnowocześniejszym sprzętem naukowym i najbardziej niezawodną bronią na świecie muszą przedostać się do serca Virungi, zorientować się co wydarzyło się z poprzednią ekipą. Oszacować straty, posprzątać, usunąć przeszkodę i kontynuować pierwotny cel. Kierującą kilkunastoosobową wyprawą zostaje młoda ambitna informatyk Karen Ross, która opętana jest narzuconym jej przez zarząd zadaniem. Towarzyszy jej specjalista behawioralny od zwierząt naczelnych Peter Elliot i jego kilkuletnia podopieczna gorylica Amy. Przewodzi im doświadczony najemnik Munro, którego zadaniem jest odnaleźć obóz i bezpiecznie przeprowadzić ekspedycję przez kongijską dżunglę.

Każdy z bohaterów kieruje się innymi pobudkami. Dla Ross priorytetem są błękitne diamenty. Będąc technologiczną maniaczką nie wyobraża sobie już świata bez nowatorskiej technologii czerpiącej z ich wyjątkowych właściwości. Elliot pragnie rozpoznać nowy, niezidentyfikowany gatunek drapieżnego goryla jednocześnie badając reakcje Amy. Munro pragnie jedynie przedostać sie przez tropikalną puszczę, odebrać zapłatę i wrócić do siebie. Wszyscy odgrywają przed sobą wyuczone role. Szczerość nie wchodzi w rachubę, gdy stawki są tak wysokie. Jednak skonfrontowani z rzeczywistością i nowymi możliwościami, jakie dała im dżungla, zrzucają swoje „maski”. Prawda okazuje się wyjątkowo bolesna.

W „Kongo” nie ma magii. Nie występują zjawiska nadprzyrodzone. Nie ma tajemnic. Są ludzie. I jest swego rodzaju przygoda. Może nie taka, o której marzy każdy, kto w dzieciństwie chciał być Indianą Jones’em. Bardziej przygoda pozbawiona złudzeń. I fałszywych pobudek. Eksploracja pozbawiona kolorowych piórek. Naga prawda. I ta prawda ma raczej gorzki smak. Odarta zostaje z mitów i dziecinnych snów. Ta historia pozwala uświadomić sobie, że w odkrywaniu nowych światów nie ma nic tajemniczego. Wszystko jest wykalkulowane. Obliczone co do centa. Doprecyzowane. Nie ma tu miejsca na brawurę. Wszystkim kierują ludzie. A ludźmi żądza zysku i pragnienie sławy.

I nagle zdajemy sobie sprawę, że przecież tak było od zawsze. Kolumb nigdy by nie popłynął w drogę do Indii, gdyby nie pragnienie królowej Izabeli pozyskania nowych wyznawców chrześcijańskiej wiary. Tym samym poszerzenie swoich wpływów w Watykanie. Magellan nie dostałby statków, gdyby nie wizja nowego, szybszego strategicznego szlaku dla handlu przyprawami. A Jacques Cartier nigdy nie namówiłby króla Franciszka I na wyprawę na północ Ameryki, gdyby nie pragnienie odnalezienia nowych złóż złota…

Człowiek uzyskał nowe technologie. Unowocześnił techniki nawigacji. Pojawiły się satelity, GPS, internet… Zorganizowanie podróży trwa teraz zaledwie kilka dni, a nie całe lata jak za czasów Kolumba. Nie musimy bać się zabójczych ludożerców. Nie musimy błądzić całymi dniami po nieznanych terenach z tonami ekwipunku. Wszystko jest szybsze i łatwiejsze. Zorganizowane perfekcyjnie i idealnie. Tylko ludzie i ich motywacje nic a nic się nie zmienili.

O.

„Cujo” Stephen King

Bombla_Cujo

„Tylko, że potwory nigdy nie umierają. Czy będzie to wilkołak, czy wampir, czy upiór, czy tajemniczy stwór z pustkowi. Potwory nigdy nie umierają. I potwór nawiedził Castle Rock znowu wiosną 1980 roku.”

Castle Rock to małe miasteczko w stanie Maine w Stanach Zjednoczonych. Trzeba dodać, że to miasteczko bardzo typowe. Z mieszkańcami charakterystycznymi właśnie dla takich miejsc w Nowej Anglii. Zazwyczaj spokojne, kryje w zanadrzu swoje mroczne i tajemnicze zakamarki . I ciemne, ukryte głęboko sekrety. Czasami ma się wrażenie, że Castle Rock przyciąga ciemność. Przyciąga zło. Przyciąga to, co czai się i tylko czeka na bezksiężycową noc, na słabą przesiąkniętą strachem psychikę wrażliwych dorosłych i dzieci, by nagle wyskoczyć. I zaatakować. Tak. Dokładnie takim miejscem jest Castle Rock. A jeśli jeszcze o tym nie wspomniałam, to twórcą tego wyjątkowego miasteczka jest nie kto inny tylko Stephen King. 

To właśnie tutaj zrodziła się kolejna legenda. Wykreował się z czeluści nowy potwór. Dotychczas ukryty w kilku komórkach i krwinkach połączył się z niewinną istotą i zrodził idealnego zabójcę. „Cujo”. Minęło już ponad trzydzieści lat odkąd pojawił się w literackim świecie King’a, a jednak wciąż pozostaje żywym wspomnieniem. I wraca w innych historiach mieszkańców Castle Rock.

Kim albo czym jest Cujo? Cujo to pies. Dokładnie bernardyn. Jeden z największych psów według kynologii. Jego właścicielami jest rodzina Camberów prowadząca warsztat samochodowy na obrzeżach miasta. Cujo pełni rolę psa pilnującego. I sprawdza się w tej roli perfekcyjnie. Jest tak olbrzymi, że nawet ci, którzy odwiedzają warsztat dość często wahają się, gdy Cujo wychodzi z obejścia albo siedzi w drzwiach stodoły. Porównywany jest do małego kucyka czy kudłatej góry. Jego charakter natomiast jest całkowitym przeciwieństwem wyglądu. Uwielbia dzieci. Daje się im ujeżdżać, jak na koniku. Pozwala wkładać rączki głęboko do pyska.  Tarmosić się za potężną kufę. Głaskać w nieskończoność. Wszystkie te „zabiegi” znosi z anielską cierpliwością. Bo w gruncie rzeczy Cujo ma duszę psiego anioła.

Tej nienaturalnie upalnej, strasznej wiosny wydarzyło się coś, co zamieniło tego łagodnego, kochanego psa w prawdziwego demona. Wypełniło go całkowicie i podmieniło. A zaatakowało nagle i niespodziewanie, jak atakują wszystkie najgroźniejsze istoty. Całkowicie przypadkiem, w trakcie pogoni za małym królikiem, Cujo został ukąszony przez zarażonego wścieklizną nietoperza. Prosto w nos. W najbardziej delikatne i narażone miejsce w ciele zwierzęcia. Od tej sekundy ugryzienia, gdy chore komórki zaczęły atakować układ nerwowy biednego bernardyna, Cujo zupełnie nieświadomie zaczął przekształcać się w potwora. No, może niezupełnie nieświadomie.

Bowiem Stephen King daje nam wgląd w myśli i odczucia Cujo. Pozwala nam podejrzeć prawdziwy charakter psa i z każdym kolejnym zdaniem widzimy, jak bardzo bezradny staje się on wobec postępującej szybko choroby. Jak zupełnie nie jest w stanie pojąć co się z nim dzieje. Nie rozumie, dlaczego nietoperz dziwnie pachniał, ale wie, że na pewno coś było nie tak jak powinno. Próbuje zmyć z siebie piętno „brzydkiego psa” za jakiego w swojej naiwności się uważa. Wie i rozmyśla w swojej wielkiej psiej głowie o konsekwencjach i boi się. A kiedy się boi szuka tego kogo kocha najbardziej, czyli CHŁOPCA (tak myśli o swoim młodym właścicielu Cujo).

Postęp choroby oznacza zanikanie prawdziwej dobrej natury potężnego bernardyna. Do tego nieznośny upał tylko przyspiesza metamorfozę. Zmiana w zachowaniu Cujo jest wyjątkowo gwałtowna i praktycznie od razu zauważalna. Nagle, na dniach, przestaje odczuwać głód i pragnienie. Z pyska zaczynają toczyć się strużki śliny. Jest mu niewygodnie z samym sobą. Wszystko go boli. Palące słońce razi w oczy. Jego samego to drażni. Czuje wewnątrz, że coś złego się z nim dzieje. Warczy na ukochanych właścicieli. Sam siebie tłumaczy w głowie złym samopoczuciem. Nadchodzą jeszcze większe upały. W miasteczku miejscowa wieszczka przepowiada nadchodzące zło. A Cujo zmienia się nieubłaganie. Jego myśli stają z dnia na dzień bardziej chaotyczne i niezrozumiałe. Zapachy nakładają się jeden na drugi. Przestaje je rozpoznawać, tak samo jak przestaje rozpoznawać jego własne znajome, domowe otoczenie. Wie tylko, że kiedyś kochał CHŁOPCA. Wszystko wydaje się być przeciw niemu, a rana na nosie zaognia się i boli jak nigdy dotąd.

Ostatnim stadium choroby jest zanik prawdziwego Cujo. Jego tożsamość zostaje całkowicie wycofana. Głęboko ukryta. Umierająca i zagubiona w nie swoim ciele. Wielki bernardyn zamienia się w maszynę do zabijania. Przed którą nie ma ucieczki. W głowie kołują mu się myśli o mordzie, rozrywaniu ludzi i smaku krwi. Z zewnątrz wygląda tragicznie. Jak smutna parodia tego pięknego psa, którym był jedynie kilkanaście dni wcześniej. Przekrwione, malutkie oczy, utkwione martwo w jednym punkcie. Lejąca się strumieniami z pyska piana. Wykrzywione w warkliwym uśmiechu wargi. Zyskuje nowy cel.  I on sam staje się nagle czyimś przeznaczeniem.

Jak to z legendami bywa utrwaliła się w Castle Rock i okolicach myśl, że Cujo od zawsze był potworem. Zawsze był zły. Zawsze groźny. Że od takiego gigantycznego zwierzęcia nie można było spodziewać się niczego innego. Niewiele osób pamiętało tego dobrego i kochającego psa, jakim był naprawdę. Jeszcze zanim pochłonęła go potworna choroba. Zanim zawładnęła jego ciałem i umysłem. Dla Cujo nigdy nie było ucieczki. On nigdy nie miał wyboru. Skradziono my wszystko i podmieniono to co uważał za najpiękniejsze na groteskowe, wykrzywione bólem. Ten prawdziwy Cujo zniknął wraz z nieszczęśliwym ukąszeniem. Umarł, gdy tylko przestały ustał ruch skrzydeł nietoperza.

Stephenowi Kingowi udało się w makabryczny sposób ziścić największy horror wszystkich właścicieli psów, którzy zdają sobie sprawę, że nawet najlepsza szczepionka przeciw wściekliźnie nie jest w stanie uratować zwierzaka przy niefortunnym ukąszeniu w okolice głowy.  Dziwnie i przejmująco udowodnić, że czasami może wydarzyć się coś całkowicie niezależnego od intencji samego zwierzęcia. Coś totalnie przypadkowego i do końca niewytłumaczalnego. I tym bardziej koszmarnego. Bo to co najbardziej budzi grozę w tej historii to fakt, że tak naprawdę Cujo

„nigdy nie chciał nikogo zabijać. Coś upatrzyło go sobie na swoją ofiarę – być może przeznaczenie, być może ślepy los, a może tylko choroba zwana wścieklizną, wyniszczająca układ nerwowy. Świadoma wola nie miała tu nic do rzeczy.” *

O.

* Użyte w tekście fragmenty „Cujo” Stephen’a King’a w tłumaczeniu Jacka Manickiego.

„Beowulf”

Bombla_Beowulf„Beowulf”. Jedna z czołowych pozycji literackiego kanonu na całym świecie. Absolutny klasyk. Epickie arcydzieło. Perełka wśród światowych opowieści. Jednocześnie koszmar studentów filologii i konik wykładowców literatury angielskiej. Dlatego wielu za „Beowulfem” po prostu nie przepada, wyśmiewa go i wypiera. Jeśli Wam również kojarzy się z nieprzespanymi nocami, kilkutygodniowymi niezrozumiałymi wykładami i ledwo zdanym egzaminem, to mam dla Was sposób na docenienie tej historii. Przeczekajcie okres studiów, zawieruchy i „zaliczania” lektur. By pokochać „Beowulfa” potrzebny jest po prostu czas. Wolna chwila. Moment spokoju i myślowej wolności. Bo to nie jest tekst do czytania na wyścigi razem z Chaucerem. To nie jest opowieść na poznawanie jej na szybko w drodze na uczelnię z jakiegoś skrótowca, streszczeń czy notatek kolegów. Docenić „Beowulfa” można tylko wtedy, gdy chce się go przeczytać, a nie zmuszać na siłę, najlepiej na wczoraj. I dopiero w takim wypadku, gdy na spokojnie zasiądzie się do lektury, poznamy jego kultową legendę.

Ten anglosaski poemat jest w gruncie rzeczy ludową opowieścią. Odczytując kolejne wersy z łatwością można sobie wyobrazić, jak ktoś opowiadał dzieje Beowulfa przy ognisku, w czasie uczty, czy wyśpiewywał na głos przed zgromadzonym tłumem. Można nawet wyobrazić sobie wojów, dla których dzieje tego bohatera były swego rodzaju inspiracją. Wspierały marzenie o staniu się prawdziwym herosem i motywowały ich działania. W końcu „Beowulf” to heros modelowy. Symboliczny. Idealny.

Beowulf, czyli „pszczeli wilk”, czyli Niedźwiedź. Jego imię nie jest oczywiście przypadkowe, jak rzadko przypadkowe bywa cokolwiek w literaturze i opowieściach w ogóle. W wierzeniach ludów pierwotnych niedźwiedź to symbol siły i odwagi, czyli tego co wyróżnia każdego herosa. Według poematu Beowulf miał siłę kilku rosłych mężczyzn. I nie bał się niczego. Podejmował każde wyzwanie. Ruszał na każdą przygodę. Niedźwiedź prowadzi samotniczy tryb życia. W tym wypadku oznacza silną osobowość bohatera. Jego wyjątkowość jako jednostki, nietypowe w czasach, gdzie człowiek znany był z czynów i nazwiska swojego ojca. Niedźwiedź to także symbol ochrony i opieki. Ta cecha także pasuje do Beowulfa, który na wieść, że dwór króla Hrothgara jest w niebezpieczeństwie niezwłocznie przybywa z pomocą i gotów jest poświęcić swoje życie, by uwolnić innych od niechybnej śmierci. Ciekawa również jest symbolika zimowego snu i wiosennego przebudzenia, którą można zinterpretować jako porównanie czasu śmierci i ciemności z porą odrodzenia i życia, którą bezsprzecznie reprezentuje nasz heros.

By równowaga została zachowana i Beowulf mógł być  w ogóle nazywany herosem, musi mieć przeciwników. Kogoś kogo mógłby pokonać. Kogoś kto nada sens jego istnieniu. Kogoś, dla którego każdy jego czyn jest obrazą. Jest raną. Jest ciosem, który należy oddać. Tymi istotami są potwory. W mitologii to cienie zrodzone z chaosu. Elementy odwiecznie istniejących sił natury, wytworzonych przez umysł człowieka, wtłoczone w kulturę, by tłumaczyć świat wokół niego.

W porządku religijnym to córy i synowie z rodu Kaina, którzy kontynuują jego dzieło, więc utożsamiają zło. Są złem i to zło personifikują. To demony, diabły, sprzymierzeńcy szatana. Upadłe anioły, które być może kiedyś stanęły przed wyborem swojej życiowej drogi i podniosły bunt przeciw zastanemu systemowi.

Jednocześnie, w porządku pogańskim potwory są głosami tego wszystkiego co nieludzkie, niepochodzące od człowieka. W pewien sposób strzegą naturalnego porządku i są głosem otaczającego ludzi świata przyrody. Tworzą przeciwieństwo cywilizacji, ciemną stronę, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Ich świat jest mroczny, bo do nich należy noc. Do nich należą zakamarki, w których żaden człowiek nie postawił jeszcze kroku. Wszystkie miejsca nieznane, niebezpieczne, jeszcze nieodkryte. Nie mogą istnieć jeśli nie istnieje dobro.

Herosi i potwory są połączeni nierozerwalną więzią od początków istnienia cywilizacji. Zło nie może istnieć jeśli nie istnieje dobro. Pierwiastek ładu nie ma sensu, gdy nie uzupełnia go pierwiastek chaosu. Światło i ciemność. Jasność i mrok. Tak jest w przypadku Beowulfa i Grendela. Tam gdzie Beowulf jest mężny i silny, tam Grendel jest słaby i tchórzliwy. Tam gdzie heros wykazuje hojność i sprawiedliwość, tam potwór okazuje się chciwy i bezlitosny. Podobnie jest ze zezwierzęconą matką Grendela i lata później ze złotym smokiem atakującym gród Beowulfa.

A jednocześnie jest w Grendelu i innych potworach coś znajomego. Przebłysk podobieństwa. Jakiś element wspólny. Coś człowieczego. Jeśli na poziomie moralnym istnieje silny kontrast dobrych i złych czynów, to w przypadku motywacji i działania te różnice często się zacierają. Przenikają się. My wiemy, że potwór musi zostać zgładzony. A jednak już na sam koniec czujemy lekkie ukłucie żalu. Dlaczego? Może ta ciemna strona tak naprawdę nie jest do końca przeniknięta tym co my postrzegamy jako zło, ale jest po prostu inna? A może tak naprawdę i herosi i potwory pochodzą z jednego pierwotnego świata, jednej siły sprawczej, a ich więź jest tak nierozerwalna i trwała, że gdy jeden ma upaść, drugi powinien zginąć razem z nim?

Decyzję pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy. Dobro i zło. Życie i śmierć. Światło i ciemność. Cywilizacja i natura. Anioł i demon. Człowiek i zwierzę. Heros i potwór. Nierozerwalny dualizm. Coś przed czym nigdy nie będzie ucieczki, bo jest samą istotą bytu. Jego konieczną cząstką. Bo historie Beowulfów i Grendeli wciąż trwają. I nigdy nie przeminą.

O.

„Pan Lodowego Ogrodu” Jarosław Grzędowicz

Bombla_PanLodowegoOgroduPrzez ostatnie kilka tygodni żyłam jak we śnie. Trochę jak pod działaniem jakiegoś zaklęcia. Urzeczona odkryciem Midgaardu. Trochę tu, trochę tam. Zaklęta w przygody nie z tego świata. Z innej planety. Taka totalnie oczarowana. Nawet zaczarowana. Pod urokiem „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Niewątpliwie wywarł na mnie niezapomniane wrażenie. Nie mylili się krytycy, nie mylili recenzenci, że tą opowieść przeżywa się niezwykle intensywnie. I kto raz przeczyta z pewnością jeszcze przez długi czas będzie o niej myślał.

Minęło już kilka dni odkąd skończyłam wszystkie cztery tomy i wciąż nie mam siły zabrać się za czytanie kolejnej książki. Rozmyślam i emocjonuję się na nowo. I trochę żałuję, że to już koniec, bo z chęcią poczytałabym jeszcze trochę. Tak nawet nie za dużo. Małą książeczkę z dodatkowym zakończeniem. Tak, by wszystko było jasne i nie było niedomówień. Całe szczęście, że tego literackiego odkrycia dokonałam całkiem niedawno, już po wydaniu czwartej, ostatniej części cyklu, więc nie muszę w nerwach oczekiwać na dalszy ciąg wydarzeń. To nie jest George R.R. Martin 😉 Nie muszę czekać wieczność na kontynuację, nie będąc pewną, czy w ogóle się jej doczekam.

Nie chcąc niszczyć Wam zabawy w odkrywanie kolejnych wydarzeń ograniczę się do podstaw. Czym jest Midgaard? To odległa planeta, na którą już od jakiegoś czasu ludzkość ma możliwość podróżować. No może nie cała ludzkość, ale naukowcy i badacze. Na Midgaardzie mieszkają istoty prawie ludzkie, różniące się od mieszkańców Ziemi kilkoma szczegółami: kolory skóry, włosy, źrenice. Cywilizacyjnie są mniej więcej na naszym etapie Średniowiecza, z kilkoma odstępstwami. Nie mają zaawansowanych technologii. Nie mają pojazdów kosmicznych. Nie mają super broni. Ale mają coś innego. Pozostałość dawnego świata, dawnego porządku. Mają magię.

A teraz wyobraźcie sobie pozostawionych samym sobie naukowców, którzy mając wyrafinowaną wiedzę i nadrzędne umiejętności zaczynają eksperymentować. Próbują wykorzystywać ten świat i jego niezwykłe właściwości dopasowując go do swoich pragnień. Podporządkowują go swojej wyobraźni. Tacy ludzie mogliby mieć nieograniczone możliwości działania. Nieskończone perspektywy. Mogliby stać się bogami.

Gdy dowództwo Ziemi traci kontakt z placówką badawczą na Midgaardzie program kosmiczny jest już w fazie końcowej. Stał się nieopłacalny, a problemy na naszej planecie przyszłości wykluczają powoli jego istnienie. By odnaleźć zagubiony w kosmosie team wysłany zostaje żołnierz idealny, Vuko Drakkainen. Cel misji jest jeden: odnaleźć, odbić i wrócić albo zabić i zatrzeć wszelkie ślady ich bytowania. Tak by nie naruszyć porządku i biegu historii.

Vuka trudno nie lubić. Tym bardziej, że narracja jest w połowie pierwszoosobowa i to jego oczami poznajemy odległy świat. Razem z nim uczymy się go od nowa. Zwiedzamy. Czasami, tak jak on, czujemy się jak turyści, czasami jak wojownicy. Wkraczamy w Midgaard, zatapiamy się w nim, aż staje się nam coraz bliższy i wiemy już, że trudno będzie powrócić na Ziemię. Trudno będzie powrócić do „prawdziwego” życia, pełnego konkretnych celów nowoczesności.

Do tego Midgaard zaskakuje. Vuko trafia na bardzo trudny czas dla tej planety. Dowiaduje się, że trwa wojna bogów. Kolejne krainy owładnięte zostały siłami, których nie można pokonać niczym innym, tylko właśnie magią, zwaną tutaj pieśniami bogów. Dzieją się rzeczy niewyjaśnione. Równowaga została zaburzona i ludzie obawiają się, że nastąpi koniec ich świata. Z uroczysk powstają potwory. Wstają zmarli. Nadszedł czas duchów i demonów. Czas zła.

Jak łatwo się domyślić, Drakkainen oczywiście nie odnajduje zagubionej załogi. Część z naukowców, których miał za zadanie przywieźć z powrotem na Ziemię została wymordowana, a ostatnia czwórka ocalałych zniknęła. Rozpierzchła się po nowym świecie i słuch po niej zaginął. Przynajmniej tak z początku wydaje się nam i naszemu bohaterowi.

Tak jak już wspomniałam wcześniej, czasami naukowcy mogą poczuć wielką siłę. Pełną władzę w miejscu, w którym nie ma tak skomplikowanych relacji jak na Ziemi, a ludzi łatwo przestraszyć i zwabić na swoją stronę. Można małym kosztem pobawić się trochę. Zaszaleć. Zobaczyć jak to jest stać się najsilniejszym władcą, jedyną doskonałą istotą. Jak zostać bogiem, gdy nie ma już nikogo, kto zdołałby nas zatrzymać.

Właśnie dlatego jedna z krain opanowana jest przez tyrana i obłąkanego wizjonera owładniętego marzeniem o kulcie siły i rasie idealnej. Takiej, której nic nie będzie w stanie pokonać. Nie będzie mocy, która jej się oprze. Świat stanie się piekielnym snem, z którego nie będzie ucieczki.

W innym, bardziej odległym miejscu, za morzami, w pustynnych miastach zaczyna powracać kult jedynej matki, podziemnej bogini. Jedynej sprawiedliwej. Żądnej krwi i zemsty. Zjednoczenia i całkowitej równości. W jej wizji nie będzie lepszych czy gorszych. Nie będzie bogatych i biednych. Nie będzie jednostek. Będzie jedna wielka masa, dla której największym poświęceniem stanie się śmierć w imieniu ukochanej władczyni.

Podobnie rzeczy mają się na jednej z morskich wysp i w pewnej górskiej dolinie. Trwają społeczne i kulturowe eksperymenty. Zabawy życiem. Zabawy ciałem. Zabawy człowiekiem. Próby odnalezienia złotego środka do stworzenia ludzi idealnych. Miast doskonałych. Społeczności opartych na perfekcyjnych ideach i doskonałych założeniach.

Oni wszyscy wierzą, że można naprawić życie. Stworzyć optymalny świat. Można odwrócić bieg wydarzeń i wykreować pewien wzór dla reszty ludzkości. Tak, by nigdy nie było pomyłek. Nie było nieszczęść. Cel ma być otwarty i jasny dla wszystkich. Bez żadnych niedomówień. Jest tylko jedna droga i nikt nie ma wyboru. Bo to ludzkie wybory niszczą życie.

Gdy walczą bogowie trudno jest o bunt. Ludzie nie mają potrzebnej wiedzy, nie mają motywacji. Potrzebny jest symbol. Jakiś znak. Na przykład spadająca gwiazda. I potrzebny jest bohater. Ktoś kto poprowadzi innych. Taki, co zarazi ich swoją siłą i wiarą. Potrzebny jest wojownik. Potrzebny jest ktoś, kto gdyby zechciał również mógłby zostać bogiem, ale nie cechuje go egoizm. Ktoś kto wierzy w siłę człowieka. I jednostki. Na przykład Ulf Nitj’sefni, Ulf Nocny Wędrowiec. Vuko Drakkainen.

O.

P.S. „Pan Lodowego Ogrodu” wydaje się być opowieścią doskonałą. Prawie Wielkim Bukiem. Prawie, bo pomimo świetnej historii, niezapomnianych doznań i literackich przeżyć każdy czytelnik, który miał w ręku kultowe powieści fantasy, czy science fiction np. „Władcę Pierścieni” Tolkiena, cykl „Pieśń Lodu i Ognia” wspominanego wyżej George’a R.R. Martin’a czy „Amerykańskich Bogów” Neil’a Gaimana, zauważy jak wiele elementów Jarosław Grzędowicz po prostu zapożyczył i na nich oparł całą fabułę. Są to na tyle istotne składniki, że bez nich całość zapadłaby się i umarła po prostu. Szkoda. Oczywiście od najlepszych czerpać można, ale nie tak dosłownie, całymi garściami, żeby nie dałoby się tego nie zauważyć. To niestety psuje odbiór całości i zniechęca tych, którzy co nieco o tych gatunkach wiedzą. Pomimo to, wciąż po „Pana Lodowego Ogrodu” sięgnąć warto i zatopić się w lekturze. I przymrużyć oczy. Nie rozmyślać zbyt wiele.