„Pies Baskerville’ów” Sir Arthur Conan Doyle

Bombla_PiesBaskervilleów

„Co go wystraszyło? Pies zwyczajny, pasterski, czy też jakieś stworzenie fanastyczne, widmowe? Czy była w tym ręka ludzka, czy też moc nadprzyrodzona? Może blady Barrymore wie o tym zdarzeniu daleko więcej, niż mówi? Jakiekolwiek jest rozwiązanie zagadki, ostatnim jej słowem – zbrodnia.”

Mity. Podania. Legendy. Baśnie i historyjki na dobranoc. Opowieści, które otaczają człowieka od najmłodszych lat. Przekazy ustne, które idą za nami, od wieków. Przechodzą z pokolenia na pokolenie, zakorzeniają się i zostają na zawsze. Uczą, bawią i ostrzegają przed zgubnym kuszeniem ciemnej strony rzeczywistości. Przecież w każdej legendzie siedzi ukryte ziarnko prawdy, nawet jeśli ta prawda nie do końca jest jeszcze zrozumiała, a umysł słuchacza czy czytelnika nie potrafi jeszcze pojąć jej w pełni. Bywa, że takie opowieści potrafią ożywać. Przenoszą się do naszego świata, wyzierają z zakątków wyobraźni i zdeformowane stają się nagle trójwymiarowe. Namacalne i dotykalne. Zazwyczaj ich element paranormalny jest niczym innym jak zwyczajnymi pozorami, „dymami i lustrami”, a tajemnica przestaje rychło być tajemnicą, bo stoi za nią jedynie, lub aż – człowiek. A człowiek lubi teatr. Lubi zmieniać maski. Kiedy bawi się sekretami, kiedy wdraża w życie coś, co powinno pozostać jedynie w sferze słów, eterycznych symboli, nigdy czynów, wtedy może zrobić się naprawdę niebezpiecznie.

O legendzie, która ożywa i sieje postrach na brytyjskim ustroniu opowiada kultowa już (i tutaj zdecydowanie przymiotnik „kultowy” jest konieczny) powieść z cyklu o najznamienitszym detektywie wszech czasów, Sherlocku Holmesie, zatytułowana „Pies Baskerville’ów” autorstwa Sir Arthura Conan Doyle’a. Ani autora, ani samej postaci nie muszę z pewnością Wam przedstawiać. Wybitna seria detektywistyczna, postać uwielbiana, opowieść filmowana, incenizowana i przestawiona na setki możliwych sposobów. A jej założenie jest przecież tak niezwykle proste, chociaż mroczne, bo przenikające naturę człowieka, który jest w stanie zrobić wszystko z żądzy zysku. Ten może na przykład manipulować wyobraźnią. Może stworzyć iluzję, która będzie równie groźna, co jej rzeczywiste odniesienie. Może zabić mamiąc mirażami, w taki sposób, że sama ofiara nigdy nie zorientuje się, czemu przyszło jej umierać i co, bądź kto się ku temu przyczynia. Dobrym miejscem na wypróbowanie tej teorii może być na przykład hrabstwo Devon i stara rodzinna klątwa, która podobno ciąży nad członkami pewnego starego rodu. Klątwa, którą podpiera od lat pewna miejscowa legenda.

Od ponad dwustu lat stary brytyjski ród Baskerville’ów prześladuje śmiertelne fatum. Wszyscy spadkobiercy giną w tajemniczych i często brutalnych okolicznościach. Okoliczni mieszkańcy przypisują ten porządek rzeczy odległym występków niejakiego okrutnego Hugona, który w szale i uniesieniu przegonił na śmierć uciekającą przed nim dziewczynę, napuszczając na nią sforę psów. Ciało dziewczyny zostaje znalezione na odległej polanie, tuż obok niej ciało samego Hugona, a nad nim – diabelskiego brytana o krwiożerczym spojrzeniu. Od tamtej pory wszystko jest nie tak, a na domiar złego nagłą śmiercią umiera dobroczyńca rodu Baskerville’ów – Charles. Na dokładkę, jak gdyby tego było już mało, powraca legendarny pies. Na trzęsawiskach słychać nocami wycie. Czasami bestia ukazuje się tuż po zmroku i ujada, siejąc postrach. A do siedziby rodu ma powrócić ostatni dziedzić – sir Henry. I tak wkracza do akcji Sherlock Holmes wraz z nieodłącznym Watsonem, by uchronić nowego spadkobiercę majątku przed niechybną śmiercią.

To co najbardziej fascynuje, to mechanizm trwania legendy potwornego psa, gigantycznego ogara, w którego cieniu żyje cała rodzina Baskerville’ów od chwili pogromu okrutnego Hugona. Dzieciom opowiada się tę historię do poduszki, ku przestrodze, niczym horror, który w każdej chwili może także stać się ich udziałem. Każdy nagły zgon przypisywany jest klątwie i siłą rzeczy staje się napędzającą się samoistnie przepowiednią. Rodzi się zabobon i paniczny strach, który jest na tyle zaraźliwy, że bez problemu przenika do otoczenia i dołącza do miejscowego folkloru, niczym jakieś chochliki, czy diabły na rozstajach dróg. Wiadomo, oczywista prawda z najoczywistszych – nie chadza się na wrzosowiska po zmroku. Nie i już. Tylko wcale nie dlatego, że grząskie bagienne tereny mogą wciągnąć nieuważnego podróżnego, wcale nie dlatego, że ścieżki bywają tam zwodnicze, ale dlatego, że nocami poluje diabelski pies. Absurdalne i dziwne. Perfekcyjna pożywka dla zapalonego detektywa.

W „Psie Baskerville’ów” niezwykle intensywny jest ten element, który nazwać można „efektem przeniesienia”. Sir Conan Doyle dosłownie hipnotyzuje czytelnika słowami w taki sposób, że gdy doktor Watson po raz pierwszy staje na ziemi hrabstwa Devon, my stajemy tam razem z nim. W nozdrzach czuć mokradła, przed oczami rozciągają się wrzosowiska i trzęsawiska, a chłodne jesienne powietrze przenika nozdrza. Mrok snuje się wraz z mgłami, noc staje się jeszcze ciemniejsza, a cisza, którą przerywa wycie z oddali – jeszcze gęstsza. Efekt jest piorunujący – prawie, prawie wkraczamy do rezydencji rodowej Baskerville’ów, z bijącym sercem i rozszerzonymi ze strachu oczami, bo czujemy, ba, wiemy już, że legenda ożyła i coś krąży po wrzosowiskach, by zbierać krwawe żniwo. Czytelnik zostaje tak wmanewrowany w zagadkę, że rozwiązywanie jej i dochodzenie po przysłowiowej nitce do kłębka staje się niesamowitą zabawą, chociaż kiedy idzie o czyjeś życie, nawet wyimaginowane, to „zabawa” brzmi zbyt psychotycznie. Raczej intrygującą rozrywką, która daje szansę być Sherlockiem, Watsonem i poszczególnymi postaciami jednocześnie.

„Pies Baskerville’ów” zawiera w sobie idealnie skomponowaną miksturę mroczno-detektywistycznych składników, dzięki którym powieść Sir Arthura Conan Doyle’a staje się wymarzoną wręcz lekturą na zimne, jesienne wieczory, gdy wichry szaleją za oknem, deszcz dudni o szyby, a gdzieś w oddali może słychać jakiś przypadkowy krzyk. Nakierowana wyobraźnia wykreować może nawet wtedy wycie psa wśród ociekających strug wody… Rewelacyjna kreacja niezapomnianych postaci, brytyjski humor jedyny w swoim rodzaju, intryga, która stopniuje napięcie, by zadudnić na sam koniec i przede wszystkim – groza. Groza, która nie budzi się wcale ze strachu przed tym co mityczne, a jednocześnie niesamowite, co wyszło z tej drugiej strony lustra, ale przed tym, co jak najbardziej realne. Groza, która wynika z przemocy człowieka. Wraz z Sherlockiem wiemy, że to nie przelewki, gdy ktoś, nagle i znienacka ożywia legendę do swych własnych celów – wtedy nic już nie jest przypadkowe. Wskazówki zegara tykają, czas przyspiesza niebezpiecznie, a prawdziwa ofiara, nie bohater baśni, zaczyna walkę o życie.

O.

*A kto chce się przerazić i samemu rozwiązać zagadkę psa szalejąceo po wrzosowiskach, ten znajdzie „Psa Baskerville’ów” zupełnie za darmo, po polsku na stronie Wolnych Lektur TUTAJ. 🙂

WIELKI BUK ZDOBYWCĄ E-BUKI 2014!!!

eBuka_2014_530 Moi Drodzy!

Co za pyszne i wspaniałe szaleństwo – Wielki Buk wygrał tegoroczną edycję e-Buki w kategorii „Najlepszy Blog dla Dorosłych”!

To jest tak wspaniałe, że aż niewiarygodne! 😀 A moja radość totalnie nie zna granic i z ekscytacji podskakuję na wietrze 😀

Ale to wszystko nie byłoby tak wspaniałe, gdyby nie WY! Piszecie, czytacie, komentujecie, lubicie – bez Was, Kochani Czytelnicy, Wielki Buk nie byłby tym, czym jest dzisiaj – DZIĘKUJĘ!

Z tej okazji nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za czytanie i przygotowywanie dla Was kolejnego wpisu poniedziałkowego. A nadchodzący tydzień będzie straszny i już w duchu Halloween/Dziady/Święto Duchów 😀 Idę czytać.

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „Pod Piracką Flagą” Michael Crichton

Bombla_PRZYGODOWEPodPirackąFlagą

 

„(…) wszędzie raczono nas widokami półnagich, sprośnych kobiet paradujących po chodnikach i wychylających się z okien, pijanych mężczyzn wymiotujących na ulicach, rabusiów i pratów wszczynających burdy na każdym kroku i…

– Piratów? – przerwał mu ostro Almont.

– Istotnie, tylko piratami mogę nazwać tych morskich rzezimieszków.

– W Port Royal nie ma piratów – oświadczył Almont stanowczym tonem.”

Ach, piratem być, po morzach tułać się, grabić, walczyć, kraść i opijać się do nieprzytomności rumem! Na maszcie łomocząca w najlepsze czarna flaga Jolly Roger, we włosach wiatr, w uszach szum nieokiełznanych kipieli, za pazuchą nieodłączny pistolet i sztylet za pasem. Szelmowski uśmiech na ustach, pijacki krok, a w głowie marzenie o zaginionych skarbach. A wszystko to na lazurowych, gorących wodach karaibskich mórz. Złota era piractwa trwała tam w najlepsze przez prawie sto lat od połowy XVII wieku. Czas rabunku, krwawego abordażu i kuszących hiszpańskich galeonów, które namiętnie krążyły na szlakach, mijając pod drodze takie korsarskie przyczółki jak Nassau na Bahamach, Tortugę na Haiti, czy Port Royal na Jamajce. Porty dwuznaczne, angielsko-francuskie, których mieszkańcy, raz na rzecz samej Korony, raz na własny koszt, organizowali pirackie napady na hiszpańskie osady rozsiane po okolicy. To era widowiskowych pojedynków, prawdziwych złotych dublonów i galerii legendarnych postaci pirackiego światka. Czas i miejsce niezwykle pobudzające wyobraźnię wielu twórców kultury i popkultury, w tym także Michaela Crichtona, który karaibską przygodę prosto z Port Royal umieścił w swojej powieści zatytułowanej „Pod Piracką Flagą”.

Jest początek października 1665 roku. Port Royal kwitnie, chociaż to nietypowy rodzaj rozkwitu pełen błocka, wszechobecnych wyziewów, brudnych szynków, burdeli i ogólnej przemocy, która przetacza się przez port. Niemniej dobrze prosperuje i przynosi zyski Królowi. A wszystko to dzięki specyficznemu układowi gubernatora Jamajki, który ni to otwarcie, ni to pokątnie, robi interesy z miejscowymi kapitanami. Taki właśnie korsarski w zamyśle biznes połączy go z Kapitanem Hunterem, który planuje wypad na krwawy skrawek wyspy zwany Matanceros. Ciągnie go tam potrzeba zemsty i pragnienie porządnego zysku. W końcu w tej zatoce zakotwiczony jest hiszpański galeon wypełniony skarbami. Hunter gromadzi niezwykłą załogę najlepszych z najlepszych (również najbezwzględniejszych) i pieczołowicie organizuje wyprawę. Wkrótce, wraz z sześćdziesięcioma ludźmi i statkiem pełnym zapasów oraz nowatorskiej broni rusza na spotkanie przeznaczenia, jak na prawdziwego korsarza przystało.

„Pod piracką flagą” Michaela Crichtona to kawał porządnej morsko-wyspiarskiej przygody. Pędząca fala za falą akcja, świetnie odwzorowane realia portowo-okrętowe, prześwietnie wykreowane postacie, każda z nich warta zapamiętania. Z każdej strony wypływa karaibska atmosfera, może niekoniecznie tak perfekcyjna, jak w cukierkowych pirackich wizjach kinowych, ale mroczniejsza i o wiele krwawsza. Opowieść zapewnia moc wrażeń, bez przerysowania i bez przesytu. Każdy szczegół dopracowany, każdy dialog na miejscu, a wszystko to w powieści przygodowej, którą powinien poznać każdy miłośnik pirackich historii, który swojego czasu zakochał się w takiej klasyce jak chociażby „Wyspa Skarbów” Luisa Stevensona.

O.

AHOJ PRZYGODO dla: piratów z Karaibów, galeonu pełnego ukrytych skarbów, granadoes, mitycznego krakena, krwawych kanibali, nieustraszonego Kapitana Huntera i czterech niesamowitych bohaterek: piratki Lazue, przebiegłej prostytutki Anne Sharpe, namiętnej pani Hacklett i parającej się czarną magią Lady Sary Almont. Dodatkowe YO HO dla doskonale odrysowanych realiów życia korsarza.

O.

*”Pod Piracką Flagą” to ostatnia powieść w dorobku Crichtona, wydana już pośmiertnie przez rodzinę zmarłego. Być może można doszukiwać się w niej braku elegancji, stuprocentowej perfekcji, tym bardziej jeśli porównać ją z najlepszymi tytułami, które wyszły spod pióra pisarza. Niemniej, według mnie, to kawał porządnej przygody, a przygoda to zabawa i podróż w nieznane. A do tego „Pod Piracką Flagą” sprawdzi się idealnie. 🙂

**Tak tylko na dokładkę, żeby jeszcze bardziej Was zachęcić, ekranizację zabukował jakiś czas temu już STEVEN SPIELBERG i wraz ze swoim scenarzystą, z którym współpracował przy tworzeniu „Parku Jurajskiego”, już niebawem zabierają się za filmową wizję „Pod Piracką Flagą”! Pewnie nie muszę nawet Wam dodawać, jaka to dla mnie ekscytacja 😀

BEZSENNE ŚRODY: „Skeleton” Ray Bradbury

Bombla_BezsenneSKELETON
 

„A skeleton. One of those jointed, snowy, hard things, one of those foul. Dry, brittle, gouge-eyed, skull-faced, hake-fingered, rattling things that sway from neckchains in abandoned webbed closets, one of those things found on the desert all along and scattered like dice.”

Czy znacie to uczucie, gdy wszystko Was boli, nieomal czujecie każdą, nawet najmniejszą kostkę w Waszym ciele, a na dokładkę macie poczucie jakiegoś takiego wyobcowania? Jakby Wasze ciało wcale nie należało do Was, tylko żyło swoim własnym życiem, jak jakiś pasożyt, napierający na Wasz umysł? Czaszka ściskająca w kleszczach mózg, kręgosłup podtrzymujący postawę i wszystkie te pomniejsze elementy, dzięki którym nasza zewnętrzna powłoka porusza się i działa… Od czasu do czasu, szczególnie w chorobie, gdy majaki przychodzą znienacka, można doznać czegoś podobnego. Jednak, gdyby przyszło Wam przeżywać to poczucie bólu i wyobcowania codziennie? Gdyby Wasze ciało stało się nienaturalną obsesją, przyjacielem i wrogiem jednocześnie, które nie pozwala Wam normalnie funkcjonować? Gdyby wszystko wokół przestało mieć znaczenie i w równaniu pozostalibyście tylko Wy i Wasz szkielet, a gdzieś daleko w tle reszta świata? Dramat obsesji i cielesnego wyobcowania opisał Ray Bradbury w jednym ze swoich opowiadań zatytułowanym „Skeleton” (dosł. „Szkielet”).

Harris cierpi na niezwykle intensywne bóle wszystkich kości. Nie wiadomo, czy to wyłącznie bóle wyimaginowane, wymyślone w dziwnej obsesji, czy może prawdziwe. Trudno powiedzieć, bo pomimo regularnych, jak to u hipochondryka, wizyt u lekarza, ten ignoruje jego symptomy i odsyła co rusz do domu, polecając wypoczynek i oderwanie od „szkieletowych” myśli. Tylko jeden lekarz zdaje się odpowiadać na opętanie Harrisa, niejaki doktor M. Munigant, dziwny człowieczek, który przytakuje, poklepuje, a na dokładkę wręcza swojemu pacjentowi dokładny szkic szkieletu, by ten mógł napatrzeć się do woli. I zachęca go do ponownej wizyty. Jak pewnie się domyślacie odpowiedź na obsesję, wraz z wizualną reprezentacją problemu, jedynie wzmacnia zainteresowanie Harrisa. Rozmyśla ciągle o kościach, czuje je, maca, obserwuje i porównuje… Ból staje się nie do zniesienia, wzmaga obłęd. Szkielet jawi się niczym gotycki symbol śmierci, wewnątrz samego Harrisa, obcy i inny w stosunku do reszty ciała. Oskarża szkielet nawet o niepowodzenia w małżeństwie, czy w pracy. I gdy już nie może wytrzymać, gdy przerażenie i obrzydzenie biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, Harris wzywa do siebie doktora Muniganta, a ten od razu znajduje rozwiązanie. Ale z pewnością nie takie, jakby spodziewał się nasz bohater.

„Skeleton” Raya Bradbury to krótkie i mroczne studium cielesnej obsesji. Harris zaczepia się jednej, pojedynczej myśli i nie może się od niej oderwać, a sprytny doktor tylko jednym gestem podsyca ją i doprowadza do absurdu. Najlepsze jest jednak przedstawienie szkieletowych doznań, które opisane są tak, że emocje bohatera automatycznie przechodzą na czytelnika. To ten moment, gdy czytając na chwilę stajemy się Harrisem, czujemy to co on czuje i przez ułamek sekundy wydaje nam się, że i wewnątrz nas siedzi coś, co nie do końca do nas należy, a ma przecież nad nami władzę. Strach jest tutaj jak najbardziej naturalny, wynikający ze śmiertelności i świadomości ciała. I ten element tajemnicy dziwnego doktora Muniganta, który tylko się uśmiecha, przytakuje i podgryza chlebowego palucha.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo liczę wszystkie moje kości.

O.

*Opowiadanie ”Skeleton” pochodzi z tomu „October Country” Raya Bradbury i jego prześwietną komiksową formę znajdziecie TUTAJ.

„Rose Madder” Stephen King

Bombla_RoseMadder

 

„Chodź tutaj, musimy porozmawiać w cztery oczy.”

„ My name is Luka
I live on the second floor
I live upstairs from you
Yes, I think you’ve seen me before

If you hear something late at night
Some kind of trouble, some kind of fight
Just don’t ask me what it was…”

Przemoc w małżeństwie, przemoc wobec kobiet i przemoc w rodzinie to codzienny dramat milionów ludzi. Nie ma nawet sensu podawać konkretnych statystyk, bo wystarczy uważnie rozejrzeć się wokół, usłyszeć krzyki za ścianą, rozpaczliwe wołanie o pomoc, by przekonać się o rozległości problemu. Skłonność do przemocy bywa dziedziczna, bywa wrodzona, ale także nabyta. Bo kiedy ktoś znęca się latami nad drugim człowiekiem, szczególnie nad dzieckiem, systematycznie psychicznie i fizycznie torturuje go, molestuje, gwałci, doprowadzając na skraj obłędu, to istnieje zawsze spora szansa, że to dziecko, będzie miało spore trudności ze stworzeniem normalnych więzi. O ile nie poradzi sobie z traumą, o ile w jakiś sposób nie uwolni się od przeszłości. Pozostaną blizny, tak fizyczne, jak psychiczne, pozostanie lęk, a na jego zaufanie będzie trzeba sobie zapracować. Strach już na zawsze zagnieździ się w takiej osobie, nawet jeśli głęboko ukryty i złagodzony nowo zdobytym szczęściem.

O przebudzeniu z koszmaru i ucieczce z małżeńskiego piekła opowiada brutalny thriller Stephena Kinga, zatytułowany „Rose Madder” z 1995 roku. King niejednokrotnie już poruszał temat przemocy domowej w swoich książkach, a wielu z jego bohaterów, tak pierwszoplanowych, jak i pobocznych, było ofiarami psychopatycznych członków swoich rodzin. Pijani ojcowie, oszalałe matki, opętani mężowie… cały kalejdoskop makabrycznych emocji, okrucieństwa, cierpienia i bólu. Nigdy niewypowiedziane słowa, tłumione krzyki i niemoc, brak zrozumienia motywacji kogoś, kto zamiast kochać i wspierać, niszczy i krzywdzi. W „Rose Madder” ten temat powraca w zdwojonym natężeniu. Relacja kat-ofiara przedstawiona jest w dużym powiększeniu, a przemoc potrojona, tak by przeniknąć do czytelnika, zwrócić uwagę na ogrom problemu, pokazać, że to, co może wydawać się tak oddalone, istnieje bliżej niż nam się wydaje.

Powieść rozpoczyna się gigantycznym kopem, szokiem, który aż wcina w fotel. Poznajemy Rosie Daniels. Jest rok 1985. Młoda kobieta siedzi w kącie, z trudem łapie oddech i właśnie traci swoje dziecko. Dosłownie, na naszych oczach, w rwących skurczach, w metalicznym zapachu krwi. Wypływa z niej, na podłogę, jej upragniona córeczka. Wystarczyło kilka idealnie wymierzonych ciosów w brzuch. W końcu, parafrazując nieco: „Jak nie to, to będziesz miała inne dziecko”. To jej „ukochany” mąż Norman. Potwór w ludzkiej skórze. Demon, który zniszczył jej życie. Rosie nie ma gdzie szukać pomocy. W ich miasteczku Norman jest bohaterem. Policjantem, który rozbił narkotykowy gang i ujął niejednego sprawcę. A takich się chroni. Nawet jeśli po godzinach maltretują żonę, a poza domem na przykład zabijają innych ludzi, najpierw torturując w bestialski sposób. Rosie przeżyła już niejedno. Utrata dziecka, połamane żebra, przebite płuco, złamany nos, uszkodzone nerki od ciągłych ciosów… Żyje w koszmarze. W bańce okrucieństwa. W królestwie Normana. Ale pewnego dnia Rosie wybudzi się z tego koszmaru i ucieknie. Wystarczy jedna kropla krwi na śnieżnobiałej pościeli.

To wybudzenie będzie niczym powolne dochodzenie do siebie ze śpiączki. Nie nastąpi za jednym zamachem. Potrzeba będzie całych tygodni i mnóstwo szczęścia, by w końcu Rosie w pełni sobie uświadomiła kim tak naprawdę był jej mąż, co jej zrobił i jak bardzo zaważyło to na jej życiu. Ona ciągle czuje się winna, nawet gdy jej nowo poznane przyjaciółki z domu dla kobiet maltretowanych, wyjaśnią jej, że nie jest jedyna i to nie ona odpowiada za czyny Normana. To nie ona stworzyła go takim, jakim on jest. Norman natomiast jest podręcznikowym wręcz przypadkiem człowieka, którego ukształtowały chore relacje z ojcem. Molestowany, bity, po latach odgrywa na swoich ofiarach scenki z ich życia rodzinnego, dodając coraz to nowsze, bardziej wyrafinowane elementy. Jego seksualność również zostaje zaburzona. Norman wszędzie widzi „lesby, pedałów i kurwy”, a wraz z ucieczką Rosie dosłownie ucieka w świat swojej chorej, zdeformowanej wyobraźni. Ma omamy, wizje, prowadzi wyimaginowane konwersacje ze zmarłymi… Nie potrafi dłużej nosić maski idealnego gliny, więc wyjeżdżając w poszukiwaniu uciekinierki przekształca się w prawdziwą bestię. W pewnym momencie całkiem dosłownie, gdy w ostatecznej konfrontacji trafia do tajemniczego obrazu, który Rosie zupełnie przypadkiem odnalazła w jednym z lombardów.

„Rose Madder” jest bardzo nierówna fabularnie, szczególnie w konstrukcji wątku paranormalnego. Ostatnie powieści Kinga również mają ten problem, o ile nie trzymają się obranego od początku toru i nie wpadają w przerysowanie („Joyland” na szczęście wymknął się temu uogólnieniu i wypadł znakomicie na tle wydanych w ostatnich kilku latach książek Mistrza), to gubią się gdzieś po drodze w chaosie wydarzeń. W „Rose Madder” każdy element podstawowej fabuły jest pieczołowicie dopracowany, napięcie serwowane w historii Rosie i Normana wręcz niezwykłe i gdzieś, nagle na sam koniec, gdy przychodzi nam wraz bohaterką wkroczyć w świat tytułowego obrazu, gdzie dokonana się ostateczna konfrontacja – napięcie mija zastąpione przegadaną akcją o udziwnionych konceptach ni to mitologicznych, ni to religijnych, których symboliczność przekracza zrozumienie nawet dociekliwego czytelnika – bo czy na przykład komuś przyszłoby do głowy, że Dorcas-Wendy z obrazu odnosi się do Tabity, imienia, które nosi żona Stephena Kinga, Tabitha King? Co intrygujące, po latach, sam pisarz w swoim „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” napisał, że „Rose Madder” jest, obok „Bezsenności”, powieścią „sztywną, która stara się aż za bardzo”. I nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z tą samokrytyką w pełni.

„Rose Madder”, jak zazwyczaj większość tekstów, które wyszły spod pióra Stephena Kinga, czyta się niemal jednym tchem, z walącym sercem i narastającym przerażeniem. Strach Rosie udziela się czytelnikowi, a wizja opętanego szaleńczą manią Normana, zostaje wyolbrzymiona aż do absurdu. Nie ma w tym nic zabawnego, nie ma w tym nic przesadzonego. King w taki sposób poprowadził tę historię, że przenikając do okrutnego świata bohaterki, poznając kolejne odsłony psychozy Normana, tak jak Rosie i my mamy ochotę uciekać, kryć się i nigdy nie wracać. Kingowi udało się w niesamowicie wizualny sposób odmalować tragedię kobiety, nad którą znęca się ten, który obiecał ją kochać i chronić. Tragedie skrywane przez lata, wypierane do podświadomości, byle przetrwać kolejny dzień, byle ON nie wpadł w szał. Przemoc wobec kobiet, trauma utraty dziecka, małżeński dramat  zamknięte w jednej historii. Pomimo nierówności, pomimo tego przegadanego zakończenia, „Rose Madder” w pełni broni się jako doskonały thriller, od którego trudno będzie się Wam oderwać, a przede wszystkim zwróci Wam uwagę na nieszczęścia i koszmary, które co rusz możemy napotkać na naszej drodze.

O.

*Za polecenie „Rose Madder” dziękuję Michałowi z bloga TakiTuTaki.

Wielki Buk w FINALE tegorocznej e-Buki!!!

eBuka_2014_530

Moi Drodzy!

Ach jaka niesamowita niespodzianka! Jakie wyróżnienie! Wielki Buk trafił do finału tegorocznej e-Buki!!! 😀

I to w jakim cudownym, doborowym towarzystwie blogowym! TUTAJ znajdziecie wszystkie blogi, które dostały się do finału 😀

A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować Wam BARDZO BARDZO BARDZO – jesteście KOCHANI! Dziękuję za czytanie, odwiedzanie, komentowanie i polecanie! Pisanie dla Was to gigantyczna, gargantuiczna radocha 😀

Już jutro o klasycznej okołopołudniowej porze szykuję dla Was nowy wpis, a ja wracam do czytania.

Bo warto czytać.

O.

 

„Złodziejka Książek” Markus Zusak

Bombla_ZłodziejkaKsiążek

 

„The Germans loved to burn things. Shops, synagogues, Reichstags, houses, personal items, slain people and, of course, books. They enjoyed a good-burning all right – which gave people who were partial to books the opportunity to get their hands on certain publications that they otherwise wouldn’t have. One person who was that way inclined, as we know, was a thin-boned girl named Liesel Meminger.”

Na średniowiecznych obrazach przedstawiających danse macabre ze śmiercią tańczą niemal wszyscy. Wśród pląsających postaci znajdziemy królów, markizy, biskupów, chłopów, prostytutki, mieszczan i wielu, wielu innych. Wszyscy równi w tym szaleństwie tańca. Przekrój społecznych warstw w obliczu uśmiechających się szkieletów. Ale wiecie kogo raczej nie uda się Wam dostrzec pomiędzy nimi? Dziecka.

Zupełnie inaczej danse macabre przedstawiano by na obrazach (lub w tym wypadku fotografiach) po 1939 roku. Wśród szczerzących się trupów musiałyby znajdować się nadwęglone niemowlęta obojga płci. Wychudzeni chłopcy i dziewczęta w każdym wieku. Kobiety i mężczyźni o wielkich, smutnych oczach i wklęśniętych z głodu policzkach. Niektórzy z gwieździstą opaską na ramieniu. Inni z wyrytym podpisem „komunista” lub „Cygan” na piersi. Niekończący się korowód pogrążonych w agonii twarzy, zmaltretowanych ciał o powyginanych członkach, oczu bez żadnej nadziei. Taniec wokół bydlęcych wagonów, pryszniców, które wcale nie były prysznicami, wokół bezimiennych grobów, płonących stosów i krematoriów. Wokół ciemnych piwnic, korytarzy, wokół tlących się ruin. I tam dostrzeglibyście być może dziewczynkę, ściskającą w rękach książkę.

Powieść Markusa Zusaka zatytułowana „Złodziejka Książek” nieomal z miejsca stała się bestsellerem na światową skalę, fenomenem literackim, który wszedł do kanonu klasyki, zdobywając całe naręcza nagród i wyróżnień, jeszcze zanim wyruszył na podbój serc czytelników spoza krajów anglojęzycznych. Ten niesamowity sukces nie ma kogo dziwić, bo „Złodziejka Książek” to po prostu piękna lektura. Nic dodać, nic ująć. Niczym w „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri, tutaj w uproszczony sposób, u boku samej Śmierci, wyruszamy w podróż, by podążając śladami przeszłości, powoli odkrywać cztery lata życia Liesel Meminger. Lata wojny. Głodu, strachu  i nieszczęść, a jednocześnie, zupełnie na przekór światu – rodzinnego ciepła i małych radości. Śmierć to nasza constant, nasza stała i pewna siła, która jest jedną z nielicznych, jakim w pełni można zaufać. Naszym jedynym wiarygodnym punktem odniesienia. Śmierć z niespotykaną szczerością dzieli się wspomnieniami z nazistowskich Niemiec, gdzie poznała tę małą złodziejkę książek o niezwykłej sile przetrwania. Opowiada o realiach tamtego życia, o schronach w piwnicy, o strachu przed donosami i utracie bliskich, o tęsknocie, o miłości i przyjaźni, tak samo intensywnych wśród niemieckich obywateli, jak u reszty świata. Obnaża propagandę, cierpienia milionów, kłamstwa Hitlera, które nijak miały się do rzeczywistości. Śmierć niczego nie ukrywa, bo nie ma takiej potrzeby, więc my możemy jej ufać bezgranicznie i dać się prowadzić w ciemności.

W tych ciemnościach, w wagonie pociągu, po raz pierwszy spotykamy tak Liesel, jak i samą narratorkę, czyli Śmierć. Przychodzi po małego brata dziewczynki, która w przerażeniu spogląda na odchodzącego chłopca. Potem już tylko rozpacz i pogrzeb… i kradzież pierwszej książki. Ale dramat skończy się chociaż na ulotną chwilę, bo Liesel trafia do rodziny zastępczej – Hansa i Rosy Hubermann z ulicy Himmel  w niemieckim miasteczku Molching. Liesel co noc śni koszmary, których ukojenia podejmuje się jej nowy Papa. Zaczyna nocne lekcje czytania, rozpoczynając od jej pierwszej skradzionej książki, czyli „Podręcznika grabarza”. Wkrótce Hitler napada na Polskę, rozpoczyna się Druga Wojna Światowa, wszystko wokół przekształca się i nabiera odcieni szarości. A Liesel żyje i korzysta ze wszystkiego, jak może, tak jak każda dziewczynka, jak każda nastolatka. Gra w piłkę, kradnie jabłka i książki, uczy się czytać. Ma szczęście dorastać w domu, w którym nie ma nazistowskiej propagandy. Jest dobro w najczystszej postaci. Ludzie, którzy nie wahają się poświęcić życia, by chronić kogoś, na kim spoczywa wyrok śmierci, tylko dlatego, że jest Żydem. W tej historii jest jeszcze miłość, która kryje się za każdym zakrętem, byle z dala od zdradzieckich oczu popleczników Führera. Dużo miłości.

Historia Liesel Meminger, tytułowej Złodziejki Książek, tak naprawdę nie jest jedynie opowieścią o niej samej. To przede wszystkim opowieść o sile i magii słów, które mogą porywać miliony. Słowa tworzą, budują i mobilizują. Niestety także ranią, torturują i zabijają. Knują i obmyślają zdradzieckie plany. Niewielu w historii świata było takich poskromicieli słów, jak Adolf Hitler. Za nim poszły miliony. Skusił ich bredniami ubranymi w świecidełka i udowodnił, że silnym jest ten, kto umie posługiwać się słowem. Nawet tak zdeformowanym. Nawet tak nienawistnym i obleczonym w kłamstwa. Słowa na propagandowych plakatach, na językach, w „jedynej dobrej” książce z walką w tytule. Żyd. Spalić. Zabić. Wygnać. Wróg. Tysiącletnia Rzesza. Słowa, których Markus Zusak nie boi się używać w swojej powieści i dzięki temu narracja Śmierci staje się jeszcze bardziej wiarygodna. Jeszcze bardziej namacalna. Opisuje opętanie wykrzyknieniami na chwałę Hitlera, obłęd radości na palone stosy książek, niepokój na korowód więźniów prowadzonych na rzeź. I ten wszechwładny strach, który również skrywają słowa. Szept, jęki, krzyki rozpaczy – wszystko się w nich mieści. Niepodważalna moc, która daje i odbiera życie. A wśród nich Liesel. Wirująca, tańcząca między literami, otulająca się zdaniami, niosąca ukojenie spragnionych opowieści. Z nią też tańczy Śmierć, ale tym razem w hołdzie życiu.

„Złodziejka Książek” to ten rodzaj powieści, która może wyrwać Wam serce na raz, albo zabierać je po kawałku, z każdą kolejną stroną. Jej spektakularny sukces wcale nie dziwi, tym bardziej, że traumy Drugiej Wojny Światowej wciąż nie śpią, a ożywają co rusz we wspomnieniach, podkradane przez popkulturę, by przypominać o latach tragedii, której nie sposób opisać. To piekło innego rodzaju, które ujęte w konkretne słowa rozsypuje się w niepojęte liczby, w dym i proch. Wyłapać można jedynie emocje, tak żywe w tym królestwie Śmierci. Smutek i radość jednocześnie, miłość i nienawiść, złość i uległość – cały kalejdoskop wrażeń. Do przeżywania wciąż od nowa. Markus Zusak ze słów wyrzeźbił uniwersalną powieść dla wszystkich, która może odmieniać życie (chociaż wcale nie musi). Powieść, która może wzbudzać miłość do książek (chociaż nie do wszystkich). Powieść, która może rodzić życie (ale czuwać nad nim będzie Śmierć).

O.

*Za tę cudną opowieść dziękuję Marcie z bloga LolantaCzyta – dziękuję Kochana :*

BEZSENNE ŚRODY: „The Old Nurse’s Story” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneOldNursesStory

 

“Hester! keep her from that child! It will lure her to her death! That evil child! Tell her it is a wicked, naughty child’ Then, Mrs Stark hurried me out of the room; where, indeed, I was glad enough to go; but Miss Furnivall kept shrieking out, 'Oh! have mercy! Wilt Thou never forgive! It is many a long year ago…”

Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, a zakazy istnieją właśnie po to, żeby je łamać. Być może coś w tym jest. Jakaś wrodzona ciekawość, pragnienie przeżycia niezwykłej przygody potrafią skusić człowieka tak bardzo, że traci zdrowy rozsądek i robi coś na przekór logice. Niektóre zakazy są jedynie umowne. Jakieś kulturowe tabu. Fizyczna przeszkoda. Coś, co niejeden śmiałek może pokonać, a potem chwalić się już nie głupotą, ale odwagą.  Jednak istnieją zakazy, których złamanie niesie za sobą prawdziwe zagrożenie, a śmierć jest jedynie wypadkową innych wydarzeń. Bo powiedzmy sobie szczerze – są takie miejsca, których lepiej nie odwiedzać. Korytarze, do których lepiej nie wchodzić. Ogrody, po których ścieżkach lepiej nie spacerować. W takim miejscach załamała się czasoprzestrzeń. Pojawiła wyrwa, która istnieje wbrew wszelkim prawom fizyki. W niej zamknięte są ostatnie chwile tych, których emocje nie zdołały zniknąć w chwili śmierci. Ostatni krzyk, groźba zemsty, szept, który sprowadza na manowce…  Opowieść o nieukojonym bólu, który nawiedza ziemie pewnej posiadłości opowiada Elizabeth Gaskell w jednym ze swoich najpopularniejszych gotyckich opowiadań zatytułowanym „The Old Nurse’s Story” (dosł. Opowieść Starej Niani).

Stara Niania snuje opowieść o latach młodości, gdy podjęła się opieki na osieroconą córką swoich państwa, teraz dorosłą kobietą i matką dzieci, które słuchają tej historii. Panna Rosamond była cudowną, przemiłą dziewczynką. Jedynaczką, więc po śmierci rodziców, aby zapewnić panience dobre wychowanie, wraz z nianią przenoszą się do posiadłości starej ciotki – panny Furnivall w Manor House. Mała Rosamond staje się oczkiem w głowie domowników, a jej wesołe szczebiotanie rozwesela pogrążony w mroku dom. To wielka i stara posiadłość,  w swoich zakamarkach kryjąca rodzinne sekrety i tragedie z przeszłości. Znajdziecie tam portrety odwrócone tyłem do ściany, zamknięte skrzydło korytarza, do którego nie można zaglądać, a nocą usłyszycie smutne tony organów, które pomimo, iż zepsute, rozbrzmiewają melodią wśród ciemności. Niania stara się nie spuszczać z oczu małej Rosamond, jednak pewnego dnia, po wizycie w kościele, dziewczynki nie ma tam, gdzie ją zostawiła. Po godzinach poszukiwań znajdują dziecko przemarznięte do szpiku kości, które po przebudzeniu opowiada o innej małej dziewczynce, której tropem podążyła w śnieg i kobiecie, do której ta ją zaprowadziła. A mieszkańcy domu milczą.

Czytając „Opowieść Starej Niani” Elizabeth Gaskell z pewnością odczujecie wrażenie, że to wszystko już znacie, temat jest tak popularny, a każdy jej element już gdzieś się pojawił na Waszej czytelniczej drodze. W klasyce grozy jest właśnie coś takiego, że wykorzystywana na setki możliwych sposobów, sama w sobie staje się… przestarzała i taka zwyczajna. Jednak groza serwowana przez autorkę, to prawdziwy gotycki łakomy kąsek dla każdego miłośnika dobrego straszenia. Pomimo, iż motywy są już ograne, to tajemnica Manor House wciąż potrafi zmrozić krew w żyłach. Elementy paranormalne idealnie łączą się ze światem rzeczywistym, a magiczna zimowa atmosfera staje się niemal lodowo-potworna, gdy w grę wchodzi życie małej dziewczynki. Horror, w którym duchy odgrywają główną rolę, a sekrety posiadłości ożywają z chwili na chwilę, z czasem przeradza się w uniwersalną opowieść o bezduszności i okrucieństwie, których nie naprawi już nic, nawet mijający czas.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę grę organów wśród hulającego wiatru.

O.

*Komu spodobał się przedsmak gotyckiej opowieści Elizabeth Gaskell, ten znajdzie ”The Old Nurse’s Story” do przeczytania i postraszenia się całkiem za darmo znajdziecie TUTAJ.

„Kaïken” Jean-Christophe Grangé

Bombla_Kaiken

 

„Japonia działa jak trucizna. (…) Japonia odgrywała na Zachodzie rolę sztucznego ujścia, rozładującego napięcie. Zamiast zastanowić się nad tamtejszymi problemami, snuto rojenia o azjatyckim edenie, japońskim ideale, pełnym spokoju i równowagi.”

Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni. Oczami wyobraźni widzimy spacerujące gejsze pod papierowymi parasolkami, a wokół ich drobnych sylwetek otulonych jedwabnymi kimonami wirujące różowe płatki kwiatów. W uszach rozbrzmiewają samurajskie okrzyki i prawie słychać głosy pojedynków, drgającą stal ostrych jak brzytwa mieczy. Ogrody zen, których niezwykłe projekty odbierają dech w piersiach. Skomplikowane układy ikebany. Wnętrza, w których nie ma nic ponad to, co ma być. Ceremonia herbaty. Przepisowe ukłony. Delikatne uśmiechy. Dziesiątki codziennych rytuałów, których tajemniczość i skrupulatność wykonywania tak bardzo kusi przytłoczonych nadmiarem gaijinów, czyli cudzoziemców. Po drugiej wojnie światowej, gdy w ten magiczny świat legend i kodeksów, jakim była Japonia, wtoczyły się buciory turystów, ci zachłysnęli się tym, co oferowała orientalna część cywilizacji, a Japończycy nauczyli się wystawiać swoje rytuały na sprzedaż, już w wersji pop, nieświadomym niczego klientom.

O zgubnych skutkach orientalnych obsesji, o dziedzictwie kulturowym, od którego nie sposób uciec oraz o genach, których nic nie pokona opowiada doskonale skonstruowany thriller Jean-Christophe’a Grangé zatytułowany „Kaïken”. Japonia staje się punktem wyjścia dla fabuły opowieści, jest jego podstawową osią i tłem, w którym operują poszczególni bohaterowie. Japonia jako kraj i jako kultura, której elementy wykorzystał autor, by w pełni wykreować swoją główną postać, oficera policji – Olivera Passana. Ten, tak w życiu prywatnym, jak i w pracy, stara się, po części świadomie, po części intuicyjnie, postępować według zasad etycznych samurajów, czyli kodeksu wojownika – bushidō. Otacza się wszystkim co japońskie, począwszy od przedmiotów codziennego użytku, a kończąc na żonie, Naoko, która co prawda odrzuca japońskie tradycje, jednak idealnie wpisuje się w nowoczesny wizerunek Japonki. Passan jest wojownikiem, oddanym policji i sprawom, których się podejmuje. Jednak jego życie w doskonałej, niemniej totalnie sztucznej japońskiej bańce, powoli pęka i rozpada się w gruzy. A na dodatek, szalony morderca szaleje po dzielnicach Paryża i w bestialski sposób morduje kobiety w ciąży.

Passan wie, kim jest zbrodniarz. Wie to również czytelnik, który podąża z policjantem jego tropem. To pierwsze śledztwo, które wydaje się być głównym wątkiem powieści, tak naprawdę służy przede wszystkim temu, by pokazać czytelnikowi kim jest Passan, czym kieruje się w życiu i jakie wartości wyznaje. To także dobra okazja, by poznać jego rodzinę, obserwować jej rozpad, a także przyuważyć relacje pomiędzy nim a współpracownikami. Passan jest bezkompromisowy, często impulsywny, jednak zawsze honorowy. Poszukiwanie dowodów, które pomogą mu ująć szaleńca, ale i jego te poszukiwania zabiorą w podróż w przeszłość, do czasów swojej młodości, dzieciństwa, osamotnienia. Kultura Japonii stała się jego punktem zaczepienia, odegrała niezwykle istotą rolę w budowaniu jego światopoglądu i określiła go jako człowieka, jakim jest teraz. Gdy śledztwo dobiega końca, a okazuje się, że ktoś wciąż zagraża jego rodzinie, Passan już nie stanowi dla nas tajemnicy i będąc przekonanym o jego prawości możemy bez uprzedzeń towarzyszyć w rozwikłaniu tajemnicy, która tym razem dotyczyć będzie jego własnego, małego świata.

Grangé zdecydował się na nietypowy sposób prowadzenia fabuły. Ten, kto w dedukcyjny sposób, po nitce do kłębka, niczym legendarny Sherlock Holmes lubi zbierać strzępki informacji, cenne wskazówki i znajdować niepasujące elementy, by tuż przed finałem wykrzyknąć „Już wiem, kto jest mordercą!”, udowadniając to na sto różnych sposobów, ten po lekturze „Kaïkena” może być zawiedziony. Czytelnik przez cały czas pozostaje nieświadomy, bo po prostu autor nie dzieli się z nim informacjami. Tak jak nasz bohater Passan, tak i my skupiamy umysł na zupełnie innych kwestiach, bo w ogóle nie bierzmy pod uwagę rozwiązania, jakie serwowane jest nam na samym końcu. Z jednej strony taki zabieg tworzy naprawdę intrygujący element zaskoczenia, a z drugiej drażni, bo przecież wydawało się, że to będzie historia o zupełnie czymś i kimś innym. Grangé mami czytelnika genetyką, mami legendami o feniksach i odrodzeniu, ale tak naprawdę kluczem do całej intrygi jest właśnie Japonia i tytułowy kaïken – rytualny nóż żon samurajów, którym popełniały Jigaki – honorowe samobójstwo.

Passan jak nowoczesny samuraj, walczący dla ukochanej ojczyzny, niosąc sprawiedliwość, kieruje się zasadami, których ze świecą szukać wśród współczesnych. Niestety, jego japońska fascynacja, która w trudnych chwilach dała mu oparcie, którego potrzebował, z biegiem lat zamieniła się w chorobliwą obsesję, w której wszystko musi działać według jednego prawidłowego, wyobrażonego przez niego wzorca. I ta obsesja, jak również zakotwiczenie w marzeniu o nieistniejącej Japonii, sprawiają, że Passan traci rozeznanie w tym co realne, namacalne, a tym, co jedynie wyobrażone. Ma piękną, kochającą żonę, ale tylko dlatego, że w jego oczach nie stanowi doskonałej żony samuraja, tylko dlatego, że odrzuciła po części japońskie tradycje – on odrzuca ją. Wydaje mu się, że jest bardziej japoński od Japonki, przez co traci rozeznanie i nie zauważa, że ideał, który sam sobie stworzył w głowie, był tylko rojeniem, mrzonką gaijina o orientalnej krainie, której nigdy nie było.

„Kaïken” Jean-Christophe’a Grangé to brutalny thriller, który od początku do końca trzyma w napięciu, a dzięki meandrom i zawijasom fabularnym sprawia, że nie można się od niego oderwać. Pomimo, iż początkowe wątki mają jedynie przedsmak tego, co dzieje się naprawdę, a nic nie zapowiada finału, to czytelnik spragniony wyjątkowych wrażeń i mocnej intrygi będzie zadowolony i w pełni usatysfakcjonowany. Do myślenia daje cała japońska otoczka, sztucznie wykreowany świat, w którym schował się Passan, żeby nadać swojemu życiu głębszy sens. To takie krzywe zwierciadło całej zachodniej cywilizacji, która zamiast szukać ukojenia w swoich korzeniach, wyprawia się na daleki wschód, by tam, w zupełnym niezrozumieniu podstawowych zasad, czerpać garściami powierzchowne elementy i w groteskowy sposób nadawać im większe znaczenie. Cała filozofia zen, wabi-sabi, tradycje samurajów i gejsz – cała kultura Japonii – to wyłącznie jej dziedzictwo i przeszłość, którego nie pojmie żaden gaijin, żadna przebrana za postać z mangi dziewczynka, żadna upozowana na uroczą Japonkę kobieta. Kraj Kwitnącej Wiśni na zawsze pozostanie tajemnicą, a jego sekrety – za wyuczonym, dyskretnym uśmiechem jego mieszkańców.

O.

 

„Głosy Pamano” Jaume Cabré

Bombla_GłosyPamano
 

„Nadejdzie dzień, kiedy niebo znów będzie niebieskie. Ludzkość się uśmiechnie i już nie będzie grzechem wykuwanie prawdziwych nazwisk w kamieniu.”

Trauma Drugiej Wojny Światowej. Niezliczone ofiary. Tak wielka liczba, tak porażająca, że aż niewyobrażalna. Zapierająca dech w piersiach. Królestwo tortur,  nieludzkich zbrodni, przerażenia. Świat na pewien czas stał się krainą śmierci. Po wszystkim został ból i szok. Jak ludzkość mogła do tego dopuścić? Jak wytłumaczyć się z całego bestialstwa? Jak wyjaśnić tak wielką nienawiść do drugiego człowieka? W Hiszpanii okres terroru, donosicielstwa i walki o sprawiedliwość przedłużył się aż do roku 1975. Rządy generała Franco to domena faszystów, czyli ugrupowania politycznego zwanego falangą hiszpańską. Kontynuując ideologie zaczerpnięte po części z haseł tysiącletniej Rzeszy, ludzie caudillo, jak nazywano Franco, głosili antysemityzm, skrajny nacjonalizm, gloryfikowali siłę i przemoc. Można było służyć tylko jednej prawidłowej stronie. Ktokolwiek o podejrzanych ideach, inny lub próbujący naprawiać, czy zbawiać świat, ten automatycznie stawał się wrogiem. Ludzie znikali. Szeptano o cichych egzekucjach. Znajdywano anonimowe groby. Inni natomiast dochodzili do władzy, wzbogacali się i siali zniszczenie. Tak, jak w małym, górskim miasteczku, nieopodal rzeki Pamano…

Historię jego mieszkańców, których relacje już na zawsze naznaczyły wojenne doświadczenia, opowiada jeden z najwybitniejszych katalońskich twórców, Jaume Cabré, w jednej ze swoich głośniejszych powieści zatytułowanych „Głosy Pamano”. Torena, schowana wśród pirenejskich szczytów, mogłaby być idylliczną przystanią, schronieniem i uzdrowiskiem. Co więcej, wyposażona w doskonałe stoki narciarskie, mogłaby być jedynie ośrodkiem turystycznym, niosącym radość i spokój. Mogłaby… Jednak miasteczko to kryje w sobie okrutne tajemnice, których odkrycia podejmie się pewna cicha nauczycielka Tina, gdy zupełnie przypadkiem, w niszy za tablicą w budynku dawnej szkoły przygotowanej do zburzenia, znajdzie pudełko, a w nim pełne żalu i wyrzutów sumienia listy niejakiego Oriola Fontellesa do nigdy niepoznanej córki. Kolejne wyznania ujawniają przemilczaną historię, której wątki wzbudzają uśpione nienawiści, namiętności i miłości. Z mroków niepamięci wychodzą prawdy, o których nikt nie chciał nigdy więcej mówić, a demony wojny znów pragną zebrać swoje żniwo.

Wojna stanowi tu podstawowe tło. Jest nieuniknioną rzeczywistością, codziennością, atmosferą życia Toreny. Jednak wszystko zaczyna się od zbrodni i rządzy zemsty. A mści się kobieta. Nie byle kto, bo jedna z najbogatszych w Hiszpanii, najbardziej wpływowych i silnych, która gotowa poświęcić jest wiele, by pozbyć się tych, którzy w jej oczach na to zasłużyli. Elisenda Vilabrú, postrach Toreny, władczyni marionetek, która kieruje się życiową dewizą: Nie odstępuj od zrobienia tego, co powinnaś zrobić, jeśli uważasz, że tak zrobić powinnaś. I Elisenda robi to. Zleca zabójstwa, mści się za śmierć ukochanego ojca i brata, po kolei zdobywa władzę, ukrywając się za kotarą świątobliwości. Zło tańczy u niej z dobrem, tak, że nikt do końca nie jest pewny, kim jest ta kobieta, która uzyskała prywatną audiencję u samego papieża, a lata wcześniej podobno była na kolacji z generałem Franco.

„Głosy Pamano” czyta się trochę tak jak najlepszy kryminał. Miejscami nawet wyrafinowany thriller, gdzie autor wciąż igra z czytelnikiem. Mami go czasem, który jest płynny i w jednym zdaniu potrafi skakać o całe dekady, zawracać raz do lat trzydziestych, by nagle wynurzyć się w latach dwutysięcznych. Myśli bohaterów przenikają się, a wszystkie wydarzenia splatają dzięki listom wkrótce beatyfikowanego Oriola Fontellesa. Tina jest naszym przewodnikiem po tym świecie skąpanym w oparach nienawiści. Nic nie pozostaje niezapomniane. Na jaw wychodzą wszelkie krzywdy, wspomnienia i sekrety. Ożywają tak ofiary, jak bestie, które podjęły się ich zgładzenia. To Tina wprowadza nas w to królestwo śmierci, jakim gdzieś dawno temu stała się sielankowa Torena.

Mówią, że rzekę Pamano słyszą w miasteczku jedynie ci, którzy mają umrzeć. Zdaje się, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, tym bardziej, że tytułowe głosy, które rozbrzmiewają wśród nurtów i wirów rzeki to krzyki rozpaczy, zawodzenie przerażonych, surowe wykrzyknienia rozkazów. Nienawiść w pigułce, ukryta w górskich wodach. Wśród nich dosłyszeć można szepty konspiracyjnych umów, odgłosy skrywanej przed oczami rozkoszy, a nawet zapewnień o miłości i wierności na wieki. W nurtach szemrzą obietnice, które nigdy nie mają być spełnione. Zwierzenia, o których dawno temu zapomniano. Pamano to zdławiony tumult powojennych relacji. To symfonia wypełniona po brzegi bólem, cierpieniem i zdradą. To wezwanie do zemsty i walki o prawdę. Zbrodnia, której nie da się wymazać z historii miasteczka, ciągnie za sobą kolejne zbrodnie, równie przerażające, w imię zwyczajnej sprawiedliwości. Bestialstwo rodzi absurdalne multiplikowanie się przemocy. Przeszłość napiera na przyszłość, a teraźniejszość zawraca co rusz myślami do dawnych lat.

„Głosy Pamano” to historia po brzegi wypełniona bólem i wspomnieniem wojny, od której nawet po latach nie można uciec. Rozliczanie z przeszłości, wywlekanie doświadczeń tym bardziej w kraju tak sprzecznych doświadczeń, jakim jest Hiszpania, wywołuje wciąż sporo emocji. Wiadomo – wojna rządzi się swoimi prawami. Zmieniają się zasady, a granice pomiędzy tym co dobre, a tym co złe niebezpiecznie się zacierają. Rzeczywistość jawi się jak przez jakiś krwawy filtr, gdzie przelatują wypierane zbrodnie, twarze tych, którzy poświęcili się w imię wolności, głosy, na które nie ma odpowiedzi. Brutalna codzienność i walka o przetrwanie, nie zważając na nic wokół. Bo życie drugiego człowieka ma taką wartość, jak on sam potrzebny jest w niszczeniu innych. Bez wyrzutów sumienia. Bez serca.

Lekturze tej niezwykłej powieści Jaume Cabré towarzyszy przez cały czas uczucie, że wszystkie te wydarzenia mogły naprawdę mieć miejsce. Wraz z odnalezieniem przez Tinę listów, my razem z nią przenosimy się do Toreny czasów wojny i z niemym wykrzyknieniem na twarzy, nerwowo bijącym sercem obserwujemy bitwę o duszę człowieka. Wojna się skończyła dawno temu, ale tak naprawdę wciąż trwa. Powraca na nowo w każdym kolejnym zdaniu. W każdym dialogu. W każdej następnej scenie. Bohaterów naznacza jej doświadczenie, nawet pośrednie.  I strach przenika do szpiku kości, gdy zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele się zmieniło, bo to nie wojna wykreowała ludzi, ale sami ludzie stworzyli wojnę.

O.

*Za tę wspaniałą powieść dziękuję Wydawnictwu Marginesy.