BEZSENNE ŚRODY: „Dobrane Małżeństwo” Stephen King

Bombla_BEZSENNEDobraneMałżeństwo

 

„Zgadzali się. Kiedy się nie zgadzali, szli na kompromis. Ale najczęściej jednak się zgadzali. Podobnie myśleli.
‘Jak ci się układa w małżeństwie?’
To było udane małżeństwo. Dobre.”

Czy można poznać totalnie, na wylot drugiego człowieka? Czy możemy być w stu procentach pewni jego myśli, marzeń, pragnień? Czy nawet przebywając z kimś przez dwadzieścia, pięćdziesiąt lat jesteśmy w stanie powiedzieć kim tak naprawdę była ta żyjąca tuż obok istota? Wychodząc z założenia tak często wspominanego Sartre’a, że piekło to drugi człowiek, odpowiedź nasuwa się sama. Mogą minąć wieki, a umysł osoby tuż obok nas w większości pozostanie tajemnicą. Bo przecież niemal każdy z nas ma swoje sekrety. Czasami są to jedynie marzenia, jakieś poplątane myśli, plany, o których nikt nie ma pojęcia. Czasami te sekrety są tak straszne, tak mroczne, że na zawsze muszą pozostać w cieniu. A gdy ktoś by się o nich dowiedział, moglibyśmy mieć prawdziwe kłopoty. Wtedy lepiej nie odkrywać wszystkich kart. Lepiej się przyczaić. Może nigdy nie będziemy musieli zrywać maski? O nieświadomym życiu w cieniu wielkich zbrodni opowiada oparta o prawdziwe wydarzenia historia spisana przez Stephena Kinga zatytułowana „Dobrane Małżeństwo”.

Bob i Darcy. Dwadzieścia siedem lat razem. Dwadzieścia siedem lat udanego małżeństwa. Partnerstwa. Rodziny. Dwadzieścia siedem lat miłości. Smutków i radości. Dwadzieścia siedem lat wspólnych rytuałów. Codzienności. Tych lepszych i gorszych chwil we dwoje. Zwyczajnych i wyjątkowych. Dni pracy i świąt. Idealne małżeństwo. Dobrane. I godne pozazdroszczenia. Aż do tego złowieszczego dnia, gdy Darcy, zupełnie przypadkiem, w garażu odkrywa magazyn sado-maso „Związane dziwki”. Ale to nie sprośne pisemko mrozi krew w jej żyłach. Bo przekopując się dalej przez rzeczy męża, idąc za tropem, znajduje szkatułkę, a w niej dokumenty Marjorie Duvall. Problem polega na tym, że Marjorie Duvall jest jedną z kolejnych ofiar seryjnego mordercy zwanego Beką. Jedną z wielu ofiar brutalnych zabójstw, jakich dokonał w ostatnich latach. Darcy sprawdza daty i miejsca kolejnych zbrodni, które idealnie pokrywają się z wyjazdami jej męża. Sekretne życie. Mordercze alter ego, uśpione w ich „idealnym” domu. A Bob już niebawem ma wrócić z podróży. Tym razem szybciej niż zwykle, bo w głosie Darcy wyczuł, że coś jest nie tak. Odkryła jego drugą tożsamość i teraz będzie musiała za to zapłacić.

Stephen King w posłowiu do tej opowieści przypomniał, że wydarzyła się naprawdę. Prawdziwym mordercą był niejako Dennis Rader, który w niecałe szesnaście lat skatował dziesięć osób, same kobiety i dzieci. Jego żona, która żyła u jego boku przez ponad trzydzieści lat, nie miała pojęcia o drugiej, potwornej naturze swojego męża. Wielu oskarżało ją i nie mogło dać wiary, że nie wiedziała. Ale Stephen King uwierzył jej. I w ten sposób poprowadził swoją opowieść, byśmy i my byli skłonni uwierzyć. Czasami maski są zbyt dobre. Kamuflaż za doskonały. Wyuczone gesty, powielane czynności aż za dobrze odgrywane. Nawet udawanie miłości może stać się sztuką i celem czyjegoś życia. Historia „Dobranego Małżeństwa” przeraża i gra na naszych najniższych instynktach. Bo przecież chcemy ufać. Chcemy zawierzyć, że ta najbliższa nam osoba to dobry człowiek. Że nie ma nic do ukrycia. Stephen King wprowadza niepewność. Prowokuje do zadawania niewygodnych pytań. I na końcu także i my wychodzimy z założenia, że nie jest możliwe, by poznać drugiego człowieka tak naprawdę. Nawet tego, kogo kochamy najbardziej na świecie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek…

O.

*Opowiadanie pochodzi z jednego z moich ulubionych kingowych tomów „Czarna Bezgwiezdna Noc”, który polecam Wam bardzo bardzo – znajdziecie w nim cztery opowiadania, cztery nowele tak naprawdę, każda przerażająca. Każda niesamowita.

**A kiedy już przeczytacie „Dobrane Małżeństwo” to pamiętajcie, że w tym roku wchodzi do kin film na jego podstawie, zatytułowany „Dobre Małżeństwo” i już widzę, że wyszło im to PERFEKCYJNIE 😀 Do pooglądania zwiastun TUTAJ i poniżej:

„Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte

Bombla_SzachownicaFlamandzka

 

„A więc szachy mogły być i takie – pomyślał młodzieniec grający czarnymi. Ostatecznym upokorzeniem, niezasłużoną klęską, nagrodą dla tego , kto niczym nie ryzykuje. Tak to odczuwał w owym momencie, siedząc przed szachownicą, na której widać było nie tyle porozstawiane głupie bierki, ale namacalne odbicie ludzkiego losu, życia i śmierci, bohaterstwa i ofiary.”

Ktoś powiedział kiedyś, że szachy to więcej niż zwykła gra, czy rywalizacja. Szachy to wojna, teatr i śmierć. Gra królów. Rozrywka władców. Walka dwóch wielkich umysłów. Gra, w której nie liczy się jedynie przyswojenie zasad i umiejętność posługiwania się bierkami, ale przede wszystkim inteligencja, spryt i strategia. Szachownica to nie tylko plansza. To życie samo w sobie. Alegoria istnienia i walki o przetrwanie. Dwie przeciwległe armie, dwóch królów – czarny i biały, w otoczeniu swojej wyrafinowanej świty. Każda rozgrywka to bitwa o wszystko. Nieskończona liczba kombinacji, wyrachowanie posunięć, dreszcz emocji. To czysty artyzm i triumf myśli nad działaniem. Szachami można odegrać każde posunięcie. Wbić każdy sztylet. Zmiażdżyć każdego przeciwnika. Czysto i bezboleśnie. Albo podstępem. Kryjąc się za jedną figurą, a pozorując ruch zupełnie innej. Cierpliwie. Bez pośpiechu. Bo przecież nie ma się dokąd spieszyć. I tylko zakończenie jest zawsze jedno. Tak samo przewidywalne. Szach, mat! I opada kurtyna.

O niesamowitej partii szachowej sprzed pięciuset lat opowiada wyjątkowy thriller Arturo Pérez-Reverte z 1990 roku zatytułowany „Szachownica Flamandzka”. To historia ukrytej tajemnicy, której rozwiązania doszukiwać trzeba się nie tylko na samej szachownicy, ale w rzeczywistości, której ta szachownica stała się odzwierciedleniem. A może na odwrót? To rzeczywistość dopasowała się do układu bierek? Jakkolwiek by nie było, szachownica posłużyła pisarzowi za punkt wyjścia. Stała się kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa sprzed wieków i odpowiedzią na zbrodnie, które dzieją się tu i teraz, wikłając bohaterów w coraz to wymyślniejsze konfiguracje, niosąc nieubłagane zagrożenie z każdej możliwej strony. Tylko jedna figura może przetrwać. Tylko jeden król zwyciężyć.

Julia jest młodą konserwatorką dzieł sztuki i pewnego dnia trafia jej się prawdziwa malarska perła – obraz Partia Szachów flamandzkiego artysty Pietera van Huysa. Dzieło niebawem ma zostać wystawione na aukcję, a celem Julii ma być jak najpiękniejsze odświeżenie całości, tak by zyskał najwyższą możliwą cenę. Wielkim zaskoczeniem okazuje się odkrycie pod warstwą farby tajemniczej inskrypcji, łacińskiego pytania, zagadki: Kto zabił rycerza? Obserwując scenę z obrazu, a w szczególności szachownicę, która tworzy jego serce, prawidłowo przetłumaczone pytanie może także brzmieć: Kto zbił konika? Pytanie intrygujące i fascynujące, tym bardziej, gdy wziąć pod uwagę historyczne tło w jakim powstała Partia Szachów i postacie na niej przedstawione. Ktoś zginął, ktoś kogoś zabił, a odpowiedzi należy wyszukać poprzez rozegranie rozgrywki z obrazu. Julii pomaga wieloletni przyjaciel i opiekun antykwariusz Cesar oraz wybitny szachista Muñoz, który rekonstruuje kolejne ruchy i odkrywa  sekrety. A wokół nich zaczynają ginąć kolejne osoby, bo ktoś przenosi partię z obrazu do prawdziwego życia, w którym rolę bierek odgrywają kolejni bohaterowie.

Współczesnych czytelników zaskoczyć może niespieszne tempo akcji i  spokój w jakim rozgrywają się wydarzenia w „Szachownicy Flamandzkiej”. Nie ma tu pościgów. Nie znajdziecie strzelanin, czy pogoni. Nikt nie krzyczy. Nawet śmierć przychodzi po cichu. Bardzo teatralnie i pokazowo. Po florencku, jak powiedziałby jeden bohaterów. Kolejne ruchy bierek, kolejne ruchy postaci. Metodycznie i z rozmysłem. Działania są wymierzone i wyliczone. Próba odpowiedzi przeciwników przewidziana w kilku możliwych wariantach. Jest w tym wyrachowanie i swoista magia znana jeszcze sprzed ery totalnej cyfryzacji wszystkiego. Kiedy nie było zdobyczy najnowszej techniki, a życie toczyło się spokojniej, szczególnie w środowisku artystów, marszandów i antykwariuszy. W końcu partię szachów najlepiej rozgrywa się z realnym przeciwnikiem, któremu można, gdy skonfrontowany, bez przeszkód spojrzeć w oczy. Przeciwnikiem namacalnym, który, nawet jeśli niewidoczny, ukryty w cieniu, to wciąż tam jest, a jego ruchy wypływają z emocji i pożądania zwycięstwa. Z pragnienia śmierci przeciwnika. To wszystko nadaje fabule thrillera Reverte niezwykłej tajemniczości. Również lekkiego sznytu retro, chociaż minęło dopiero niecałe ćwierćwiecze odkąd „Szachownica flamandzka” powstała.

Kluczem do rozwikłania całości jest oczywiście tytułowa szachownica. Kto nie zna reguł szachowych z pewnością z początku zgubi się w zagadce, dlatego też warto sobie odświeżyć zasady i przynajmniej zapoznać się z podstawowymi ruchami, jakie mogą wykonywać poszczególne bierki szachowe, tym bardziej, że ich realne odzwierciedlenie znajdujemy w bohaterach powieści. Jest Czarna Królowa i Biała Królowa, są rycerze, koniki i wieże. Nawet piony się tam gdzieś kręcą, tak by wypełnić miejsca pomiędzy głównymi graczami. W partii rozgrywanej na obrazie van Huysa, tak jak w sumie każdej partii szachów, odczuć można przemoc. Potrzebę zadania bólu, osaczania przeciwnika, tak by w najmniej sprzyjającej dla niego chwili – zadać ten ostateczny cios.

„Szachownica flamandzka” Arturo Pérez-Reverte  to thriller inteligentny i dopracowany do perfekcji. Jest coś takiego w atmosferze tej powieści, co stwarza pozory jakoby to właśnie my, czytelnicy, bierzemy udział w partii rozgrywanej między bohaterami. Wrażenie to podkreśla też sam obraz mistrza van Huysa, który wciąga bez reszty i działa na wyobraźnię, chociaż nigdy nie widzimy całości, jedynie rozrysowane przez Muñoza schematy kolejnych ruchów szachownicy. Czujemy się częścią całej tej intrygi, główkujemy i próbujemy przewidywać co za chwilę się wydarzy, której bierce przyjdzie zniknąć z planszy. Rozwiązanie akcji jest zaskakujące i świetnie wytłumaczone, chociaż nie polega wcale na pościgu, pogoni, czy jakiejkolwiek gonitwie za mordercą, ale kontynuuje styl całości powieści i nagle wychodzi poza ramy obrazu, poza ramy fabularne, odpowiadając na kolejne pytania. Na zakończenie możemy mieć poczucie wygania z tego pięknego, pełnego sekretów świata sztuki, gdzie nic nie jest oczywiste, wszystko i wszyscy mają dwie twarze, nie ma jedynie czerni i bieli, jak na szachownicy, ale wiele odcieni szarości. Tak jak w prawdziwym życiu.

O.

Podsumowanie miesiąca: WRZESIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieWRZESIEŃ2014

Ja tu lu lu lu, piszę sobie i czytam i nawet nie zdążyłam się do końca zorientować, że przecież minął już wrzesień i nadszedł czas na podsumowanie miesiąca! Takie szaleństwo zagubienia się w czasie 🙂 Ale jestem. Trochę spóźniona,  jednak pozwolę sobie to zrzucić na opóźnienia chorobowe jakie zaszły w ostatnich dniach. Wrzesień był wyjątkowo zaczytany! Aż się zdziwiłam jak bardzo, biorąc pod uwagę nawał pracy i innych obowiązków. A to cieszy i raduje bardzo.

Opublikowałam na Buku aż 16 tekstów! W tym 5 Bezsennych Śród (uwielbiam Was straszyć i wychodzi, że wciąż lubicie być straszeni), kolejny Przygodowy Piątek, który również bardzo Was się spodobał (jaka radość!) oraz odsłonę blogowej zabawy 10 Książek Mojego Życia. Na dokładkę zaczęła się Bukowa Jesień, więc poleciłam Wam kilka idealnych lektur na chłodne wieczory i… przeżyłam kwarantannę na blogu.

Przeczytałam 9 powieści i 3 opowiadania, co dało mi wyjątkowo godny wynik. Zaskakujące, że tym razem jedynie te trzy opowiadania były w języku angielskim, a pozostałe teksty po polsku – intrygująca nowość. I znowu żadnego audiobooka, niestety. Co więcej, tylko cztery teksty były ebookami, a rządziła u mnie w tym miesiącu tradycyjna książka – również bardzo ciekawe odejście od normy, ale chyba w końcu zaczynam nadrabiać te wszystkie lektury, które wyczekują na mnie na półce 🙂

Powieści przeczytane w tym miesiącu:

  • „Lodowisko” Roberto Bolaño – małe arcydzieło chilijskiego pisarza; do poczytania TUTAJ.
  • Przegląd Końca Świata: „Deadline” i „Blackout” Miry Grant – uczucia mieszane, a o całej serii do poczytania TUTAJ.
  • „Jalo” Iljas Churi – wspaniała powieść o demonach wojny, która rodzi wielkie oburzenie na głównego bohatera; do poczytania TUTAJ.
  • „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale („English Passengers”) – mocna i zaskakująca inicjatywa wydawnictwa Wiatr od Morza; do poczytania TUTAJ.
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiut, o którym zrobiło się ostatnio głośno; do poczytania TUTAJ.
  • „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne („20 000 Leagues Under the Sea”) – podwodna przygoda z Kapitanem Nemo; do poczytania TUTAJ.
  • „Emma” Jane Austen – absolutny klasyk boskiej Jane; do poczytania TUTAJ.
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – przestworza i szpieg w kolejnej wojennej przygodzie autora; do poczytania TUTAJ.
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – na wykończeniu i niebawem na Buku!

Przeczytane opowiadania:

  • „Monkey’s Paw” W.W. Jacobs – czyli o życzeniach, które mogą się spełnić; do poczytania TUTAJ.
  • „Nocny Pociąg z Mięsem” Clive Barker („Midnight Meat Train”) – czyli o tajemnicach wielkiego miasta; do poczytania TUTAJ.
  • „Secret Worship” Algernon Blackwood – czyli wspomnień czar; do poczytania TUTAJ.

We wrześniu zdobyłam cały szalony tłum buków! Mogę tylko Wam napisać, że jak rodzice najeżdżają na antykwariat, a przy okazji zahaczają o mój dom, to kończy się to całym zestawem książek 😀

ZESTAW 1 (od góry):

Wrzesień2014ZESTAW1

  • „Lunatyczna Kraina” Mia Couto – cudność zdobyta na bukowej wyprzedaży u Luki Rhei;
  • „Podmorska wyspa” Isabel Allende – weszłam na wyprzedaż do Muzy i wyszłam z takim kąskiem;
  • „Sieroce pociągi” Christina Baker Kline – niespodzianka wygrana od Agnieszki z Książkowo;
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – kolejna wspaniała wojenna przygoda od samego Mroza – dziękuję!;
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiutancka powieść od wydawnictwa AL. REVES;
  • [buzz] i [bubble] Anders de la Motte – czyli kontynuacja prześwietnego [geim], przywiezione przez rodziców (możecie pamiętać z sesji z prezentami);

ZESTAW 2 (od góry):  

Wrzesień2014ZESTAW2

  • „Klub Dumas” Arturo Pérez-Reverte – kolejna zdobycz z wyprzedaży w Muzie; totalny szał!;
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – jak wyżej, już czytam i zachwycam się;
  • „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill A Mockinbird”) – absolutny amerykański klasyk z domowej półki;
  • „Królowa Południa” Arturo Pérez-Reverte – antykwaryczna zdobycz od Mamy i Taty;
  • „Tajemnica Zamku Karpaty” Juliusz Verne – yup, rodzice zaszaleli i wygrzebali specjalnie dla mnie;
  • „Głosy Pamano” Jame Cabré – wspaniałość bukowa od wydawnictwa Marginesy;

Na dokładkę pojawiło się sporo nowych ebooków na czytniku (ach, ten BookBub), spośród których wybrałam pięć (od lewej):

EbookiWrzesień2014

  • „Kaiken” Jean-Christophe Grangé – trochę polecany przez Tommy’ego i bardzo polecany przez Sylwię, więc koniec końców nie mogłam się powstrzymać;
  • „The Shuddering” Ania Ahblorn – kolejna powieść grozy od tej wyjątkowej autorki, polecana szczególnie przez moją kochaną Goshię;
  • „Deep Black Sea” David M. Salkin – no tak: głębiny, horror, tajemnica; chyba nie muszę pisać nic więcej 🙂
  • „Fell’s Hollow” A.J. Abbiati – bo nawiedzone miasteczka nie nudzą się nigdy;
  • „Preta’s Realm” J. Thorn – skusiłam się, bo straszna straszność się zapowiada;

Wydarzenie miesiąca: eBuka2014

Ebuka2014

Do konkursu zgłosiła mnie Monika z Wyrażone Słowami – jeszcze raz dziękuję, Kochana :* Zaczęło się głosowanie na Nagrodę Czytelników i TUTAJ możecie kliknąć, żeby dowiedzieć się szczegółów.
A ja chciałabym przy okazji eBuki i zbliżających się drugich urodzin Buka (szaleństwo, bo to już za miesiąc!), tak przedwcześnie, PODZIĘKOWAĆ WAM OGROMNIE KOCHANI– za czytanie, zaglądanie i komentowanie! Jesteście niezastąpieni i pisanie z myślą, że tam gdzieś jesteście to podwójna, a nawet potrójna frajda! <3

A co szykuje się w październiku? Przede wszystkim… Halloween! Święto Duchów! Zaduszki! Z moim uwielbieniem do grozy wszelakiej, to nie ma się co dziwić, że tak lubię 😀 Tak sobie myślę, że może nawet coś specjalnego z tej okazji wyczaruję dla Was. No a ponadto już mam całą listę lektur do końca miesiąca – klasycznie. A chciałoby się wykroić JESZCZE więcej czasu na JESZCZE więcej buków! Tego Wam życzę 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz

Bombla_TurkusoweSzale

 

„Ktoś musi spać, więc my czuwamy,
I przyczajeni pośród chmur,
Na obcym niebie załatwiamy.
Prastary nasz rasowy spór.

A kiedy Niemiec się zapali,
Aby rozjaśnić sobą mgły,
Ryby radują się w Kanale,
Bo martwy Niemiec nie jest zły.

Uhu… Uhu.. Uhu… wołają tak,
Po nocach Lwowskie Puchacze,
Uhu… Uhu… Uhu… lecą na szlak.”

Od jakiegoś już czasu Remigiusz Mróz daje polskim czytelnikom porządne lekcje polskiej historii ubrane w słowa tak, że nie pozostaje nam nic innego, jak zaczytywać się, pokrzykiwać w trakcie, a na końcu prosić, bądź błagać, o więcej. Spod pióra tego autora wychodzi wojenna przygoda w najczystszej postaci, jednak okraszona odpowiednią ilością faktów historycznych w taki sposób, że czytelnik jest w stanie po prostu uwierzyć w prawdziwość przedstawianych wydarzeń, nawet jeśli kolejne perypetie to wyłącznie literacka fikcja, oparta na rozdrobnionych faktach. Zachwyca uniwersalność snutych opowieści, w których odnajdują się nie tylko wielbiciele epoki, nie tylko znawcy historii, ale czytelnicy starsi i młodsi, tak jak na porządną przygodę przystało.

W swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Turkusowe szale”, z rozszarpanych i okupowanych ziem polskich, tym razem Remigiusz Mróz przenosi nas w brytyjsko-kontynentalne przestworza. Trafiamy do bazy RAF-u, czyli brytyjskich sił powietrznych, w 1940 roku, w której stacjonują również pododdziały polskiego lotnictwa. Nie ma sensu wspominać Dywizjonu 303, bo to nie o nim jest ta opowieść. W zamian dostajemy historię mniej znanej grupy lotników, a mianowicie 307 Nocnego Myśliwskiego Dywizjonu zwanego również dywizjonem Lwowskich Puchaczy, niemniej równie fascynującą, bo taką, w której oprócz polskiej eskadry i brytyjskich asów przestworzy dostajemy na dokładkę… szpiega. Remigiusz Mróz znowu sięga do źródeł. Czerpie garściami z pamiętników, inspiruje się zapiskami, dziennikami i fotografiami. Fikcja literacka miesza się z wydarzeniami rzeczywistymi, prawdziwe miejsca zyskują nowe, wymyślone znaczenia, a nierozwikłane tajemnice dostają kolejne możliwe rozwiązania. Jest walka, jest zdrada i kawał porządnej akcji.

W brytyjskiej bazie RAF-u przebywa jedna z ostatnich grup polskich lotników. Dywizjon 303 szaleje na niebie tworząc legendę, a oni, Dywizjon 307, bezczynnie spędzają czas w bazie na nieskończonych szkoleniach, odwołanych lotach i przesiadując w pobliskich pubach. Chcą się bić, ale nikt ich do walki nie chce na razie przyłączyć. Polacy są buńczuczni i nieokrzesani. Nie rozumieją, że ich postawa nie ułatwia nikomu życia w bazie. Nie ma dla nich maszyn, poza przestarzałymi i znienawidzonymi defiantami, które nie bez przyczyny nazywa się „latającymi trumnami”. Kolejni dowódcy odchodzą, wymieniani przez następnych. Rosną konflikty między Polakami i Brytyjczykami. Rośnie wzajemna niechęć. Jednak w końcu zaczyna się czas, w którym piloci będą mieli szansę się wykazać. Rzesza naciera i znienawidzony wróg zbliża się do bram. A tak naprawdę wróg jest bliżej niż im się zdaje, bo ktoś sabotuje działania Dywizjonu od wewnątrz, narażając życie kolejnych lotników.

O ile w Parabellum sympatia do bohaterów rodzi się natychmiastowo, a każdy z nich zbudowany jest tak, że w pełni rozumiemy motywacje i po części nawet możemy się z nimi utożsamiać, to w „Turkusowych szalach” nie jest łatwo znaleźć sobie kogoś do podziwiania. Ignorancja, olewactwo, niby-zuchwałość objawiająca się ryzykownymi figurami w powietrzu, jak chociażby przelatywanie nisko samolotem nad dziewczynami… Skąd my to znamy? Może Miramar? Może elitarne Top Gun? Tylko zamiast elity i mavericków, których brawurę uzupełnia powietrzny geniusz i szacunek do przestworzy, dostajemy rozwydrzonych chłopaków, których tłumaczy jedynie trauma wojny i potrzeba dokopania niemieckiemu wrogowi. Zamiast sympatii, to niczym ci biedni Brytyjczycy, nie pozostaje nic innego jak patrzeć z dystansu i zastanawiać się, czego te polskie chłopaki szukają w ich bazie. Brak szacunku do kogokolwiek i czegokolwiek, ignorowanie rozkazów i przełożonych, grubiaństwo i pijaństwo – cały zbiór stereotypów zebrany w jednej jednostce, w dywizjonie 307. Ze świecą szukać tu dżentelmenów, rozsądku, czy dobrego wychowania. Mistrzów lotnictwa również brak. Średnie kwalifikacje, niechęć do nauki i prostactwo w stosunku do innych narodów zamiast tej oczekiwanej sympatii wywołały we mnie jedynie zażenowanie. Chłopaki z kompanii Obelta w Parabellum odznaczali się gigantyczną odwagą podpiętą umiejętnościami, tutaj pozostaje jedynie wyolbrzymiony patriotyzm i nadwątlony honor, bo ile można wyzywać Brytyjczyków od „herbaciarzy”, ile ignorować rozkazy, ile podrywać pracujące w bazie kobiety na średnio smaczne teksty? Lwowskie Puchacze musiały się nieźle nagimnastykować, by w końcu zapracować sobie na szacunek czytelnika, mój szacunek, i zdradzę Wam, że udało im się tego dokonać z nawiązką.

„Turkusowe szale” to kolejna doskonała wojenna przygoda serwowana przez mistrza tego gatunku, jakim w ostatnim czasie stał się Remigiusz Mróz. Znowu moc emocji, znowu pęd naprzód i świergot kartek pod palcami, a wokół wiatr, bo tak szybko przelatują. Pomimo mojej zupełnie subiektywnej, może nie niechęci, bo to zbyt mocne słowo, ale dystansu, jaki zachowałam wobec postaci, to jednak trzymałam za nich kciuki, chciałam, żeby im się powiodło i bywały chwile dumy i radości. Druga Wojna Światowa spod pióra Mroza znowu nabrała rumieńców. Zrodziła kolejnych godnych zapamiętania bohaterów. Akcja, sensacja i dramat. Tym razem w przestworzach i na obcej ziemi, jednak w imię tego, co tak nagle odebrane i zamordowane. Wolność w powietrzu daje szansę na wolność na ziemi. Pozwala na rewanż i na zemstę, chociaż nigdy ta zemsta nie będzie wystarczająca. „Turkusowe szale” przypomniały o tym wszystkim na nowo. I napiszę Wam wprost – ta część historii dawno nie była tak fascynująca.

O.

*Za lot w przestworza, gdy choróbsko trzymało mnie przykutą do poduchy dziękuję samemu Remigiuszowi Mrozowi 🙂

**A Wam moi Drodzy tylko przypominam, że #IdzieMróz i w dodatku już niebawem wraca PARABELLUM!

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

UWAGA: KWARANTANNA na Wielkim Buku

kWARANTANNA

Moi Drodzy,

Rozpacz i dramat! Po kilku latach spokoju dorwało mnie paskudne choróbsko 🙁 Niestety, do odwołania, czyli najprawdopodobniej do środy, na Wielkim Buku ogłaszam KWARANTANNĘ – teren skażony.

Idę leżeć i smarkać. I czytać.

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne

Bombla_Przygodowe20000MilPodmorskiejŻeglugi

 

„Wielkie głębie Oceanu są nam całkowicie nieznane. Co się dzieje w tych przepaściach bezdennych? Jakie istoty mieszkają i mogą mieszkać na głębokości dwunastu czy piętnastu mil pod powierzchnią wód! Jaki jest organizm tych zwierząt? Zaledwie domyślać się można!”

Wśród milionów milionów książek i tysięcy tysięcy istniejących opowieści wydawać się może przesadą pisanie o absolutnych klasykach, czy historiach niezapomnianych. A jednak, gdy sięgniemy po takie niezwykłe dzieła sztuki literackiej, to od razu czujemy z czym mamy do czynienia. Kolejne strony pozostawiają po sobie absolutny zachwyt, rozdziały – rozdziawione w oczarowaniu twarze, a gdy jest już po wszystkim, łzy stają w oczach, że było się świadkiem tak cudownie wykreowanej przygody. Moim osobistym kryterium wspaniałości jest to uczucie, które pojawia się tuż po ostatniej stronie, gdy czytnik gaśnie lub pod palcami czuć tylko tył okładki. Gdy rodzi się gdzieś w głębi umysłu potrzeba i chęć wielka, by szybko spakować się, rzucić wszystko i wyruszyć gdzieś tam, hen hen, byle dalej od cywilizacji, za bohaterami przeczytanej książki.

Taką właśnie idealną powieścią przygodową, która wciąga bez reszty i nie pozwala o sobie zapomnieć jest powieść Juliusza Verne’a „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Nie przez przypadek ten francuski pisarz, w ponad sto lat po swojej śmierci, wciąż należy do jednych z najpoczytniejszych na świecie i stawiany jest tuż obok Charlesa Dickensa, Jane Austen i Victora Hugo, a liczba sprzedanych egzemplarzy jego powieści liczy się niemal w setce milionów! To ewenement na skalę światową i marzenie każdego twórcy. W wieku szalejącej nowoczesności, gdy wynalazki prześcigają się w kolejce o patent, a świat wokół nas staje się coraz bardziej przezroczysty, jego twory wciąż dowodzą potęgi wyobraźni i oddziałują na czytelnika, jak mało co.

W roku 1866 na morzach i oceanach świata statki, okręty i łodzie zaczęły napotykać olbrzymią, nieznaną istotę. Nawiedzający wody potwór wynurzał się znienacka, wyrzucał z siebie spienioną wodę, i w końcu uciekał szybciej niż jakiekolwiek znane zwierzę. Szybko rozniosły się plotki o legendarnych Moby Dickach, krakenach i innych niestworzonych mitycznych stworzeniach. Rząd Stanów Zjednoczonych zorganizował ekspedycję mającą na celu wyśledzenie i zniszczenie owego potwora, do której dołączyli m.in. profesor Arronax, jego lokaj Conseil i harpunnik kanadyjski – Ned Land. Jakim zaskoczeniem dla nich okazało się odkrycie owego postrachu mórz! Była to niespotykanego projektu łódź podwodna – olbrzym kryształowo-metalowy, który mógł zanurzać się na niedostępne do tej pory nikomu głębokości. Łódź zwie się Nautilus, a jej kapitanem jest Nemo – tajemniczy, niezwyciężony idealista, który odwrócił się od świata, by przemierzać morskie otchłanie i nigdy więcej nie postawić stopy na suchym lądzie. Trójka bohaterów trafia na pokład Nautilusa, by po części z przymusu, po części z własnej woli dołączyć do załogi Kapitana Nemo i odkryć tajemnice ziemskich wód. Co spotkają w nieprzebytych ciemnościach głębin? Kim jest kapitan i jego załoga? Czy uda im się kiedykolwiek powrócić do domu?

 „20 000 mil podmorskiej żeglugi” to wspaniała literacka uczta dla każdego wygłodniałego poszukiwacza powieściowych przygód, każdego miłośnika podmorskiej przyrody i każdego wielbiciela doskonale skonstruowanej fabuły. Od pierwszej strony Juliusz Verne stopniowo zanurza nas w swój świat widziany oczami dziewiętnastowiecznego badacza i odkrywcy. Poprzez słowa, kolejne niezapomniane dialogi, autor pozwala nam poczuć doznania bohaterów i ich potrzebę kontynuowania wyprawy na Nautilusie. Nie można nie wspomnieć o Kapitanie Nemo, który jest postacią tak niezwykłą, tak nietuzinkową, że nawet jego tajemniczość i swoisty despotyzm nie drażnią, tylko wywołują jeszcze większą fascynację. Tak jak bohaterowie uwięzieni na pokładzie Nautilusa chcemy dać się prowadzić za rękę, byle móc zobaczyć co kryje się za kolejną rafą, skałą, czy podwodnym wrakiem. Pod koniec sami z siebie jesteśmy gotowi  wpaść prosto w macki potwora, byle zobaczyć i móc przeżyć to na własnej skórze. Aż by się chciało rzucić wszystko, wejść na pokład podwodnego okrętu, niczym James Cameron w swojej pionierskiej wyprawie na dno Rowu Mariańskiego, by móc wykrzykiwać za Kapitanem:

„Tak, kocham morze! Morze jest wszystkim! Pokrywa ono siedem dziesiątych powierzchni naszego globu. Jego tchnienie jest czyste i zdrowe. Jest to niezmierzona pustynia, gdzie jednak człowiek nie jest nigdy sam, bo wszędzie czuje wokoło siebie życie drgające. Morze, dźwignia potężnego i cudownego istnienia, całe jest ruchem i miłością. Jest to żyjąca nieskończoność.”

AHOJ PRZYGODO dla: niepoznanych podwodnych otchłani, dla jedynych w swoim rodzaju opisów jedzenia i planowanej wyżerki (dla wszystkich ciekawskich żarłoków)i oczywiście dla genialnego Kapitana Nemo wraz z jego cudownym Nautilusem. Dodatkowy okrzyk radości dla tajemnic skrywających się w wodach oceanów.

O.

*Kto pragnie zanurzyć się morską toń i na pokładzie Nautilusa wraz u boku Kapitana Nemo przeżyć „20 000 mil podmorskiej żeglugi” ten znajdzie pełny tekst powieści, po polsku, zupełnie za darmo na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Love Letters from the Rain Forest” Edward Lee & Jack Ketchum

Bombla_BEZSENNELoveLetters

 

„He’d already discovered several dozen unindexed thallophytesbodied fungus. Zoned polyphores, clitopili, tricholomas, rough-stemmed paneoli. The grid-by-grid burning of the forests was making passage to areas virtually unexplored. The collection teams were all going nuts – new insects, new reptiles, new birds, new plants. Everywhere. And lots of new fungi.”

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale odkąd pamiętam fascynowały mnie tematy przyrodnicze. Od dzieciństwa wgapiałam się w ekran, chłonąc każde słowo sir Davida Attenborough, który w „Na ścieżkach życia” krył się w krzakach, czy za skałami i przybliżał świat natury, do którego nie miałam dostępu. Mikro i makrokosmosy, w których kryły się miriady nieodgadnionych tajemnic. Sekretów do tej pory niezbadanych jeszcze przez ludzkie oko. Czułam, że tak naprawdę wszystko może wciąż ukrywać się przed ludzkim okiem – nowe gatunki, niepoznane brakujące ogniwa, a może nawet dinozaury gdzieś tam, w tropikalnym lesie? Ta potrzeba zbadania najbardziej intrygujących tajemnic natury zwróciła się w stronę miłości do wszystkiego co pochodzi z oceanicznych głębin, do marzeń o Cthulhu i innych cudach podwodnego świata.

Z drugiej zaś strony, od zawsze widziałam siebie na wyprawie w głąb Amazonii, by niczym jakiś Indiana Jones historii naturalnej i biologii, odkrywać dziewicze tereny, przedzierać się przez dżunglę, znajdując odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Niefortunnym byłoby jednak odkryć coś, co wcale nie powinno było być nigdy odkryte. Powiedzmy, że na przykład byłby to wyjątkowo drapieżny, zaraźliwy i żarłoczny gatunek pewnego grzyba… Tak jak to przytrafiło się bohaterowi doskonałego opowiadania Edwarda Lee i Jacka Ketchuma zatytułowanego „Love Letters from the Rain Forest”.

Howard Moley jest specjalistą od grzybów. Wybitny w swojej dziedzinie, prawdziwy pasjonat, a w dodatku tak się złożyło, że udało mu się zdobyć stypendium i ruszyć wraz z pokaźną uniwersytecką drużyną badaczy w głąb amazońskiej dżungli. Na kampusie, w Stanach, zostawił swoją „dziewczynę”, niejaką Clarę Holmes, która według wszystkich i jej samej sądzi, że Howardowi jak tej przysłowiowej ślepej kurze trafiło się ziarno. Howard, nudziarz i obsesyjny nerd, naprawdę się w niej zakochał, a Clara, korzystając z wolności, chodzi do łóżka z kim popadnie, nie odpisując na kolejne listy Howarda. A Howard ma o czym opowiadać – otóż, pewnego dnia, podczas spaceru po dżungli odkrył truchło oposa, a na nim wyjątkowy, piękny i unikatowy nieznany gatunek czerwonego grzyba. Grzyb okazuje się być wyjątkowo agresywny, szybko się rozprzestrzenia, a kolejni członkowie ekipy Howarda umierają w męczarniach. Natomiast Clara ma dość Howarda i postanawia raz na zawsze zakończyć ten „związek”, wysyłając mu swój ostatni i jedyny list, na który wkrótce doczeka się odpowiedzi, już po jego śmierci.

Edward Lee i Jack Ketchum połączyli pisarskie siły, tworząc opowiadanie doskonale łączące seksualny mrok znany z historii Lee wraz z tajemnicą i zemstą znaną z książek Ketchuma. A wokół tego wszystkiego sekret amazońskiej dżungli – nie da się przejść obok tej historii obojętnie. Zarówno Lee, jak i Ketchum to mistrzowie grozy, w której tak naprawdę główną rolę odgrywa człowiek. Człowiek jako potwór, człowiek jako nieszczęście dla drugiego człowieka. I tutaj jest podobnie, chociaż dodatkowym elementem, podkreślającym Inność pozostaje wciąż nieznany gatunek grzyba odkryty przez Howarda. I zemsta, której ten grzyb się posłuży, w czym ja widzę akurat zemstę podwójną, bo skierowaną tak w kierunku Clary, jak i tych, którzy zdecydowali się spenetrować dolinę Amazonki, nieodwracalnie ją niszcząc. I kolejny raz, na kilku stronach otrzymujemy prosty, mroczny i smutny komunikat dla gatunku ludzkiego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo rozmyślam o tajemnicach, jakie wciąż skrywa natura.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Sleep Disorder” autorstwa Edwarda Lee i Jacka Ketchuma – duet doskonały 🙂

Bukowa jesień 2014

Bombla_BukowaJesień2014

Moi Drodzy!

Jak cudownie, ach, jak wspaniale, bo już jesień na progu! Tuż tuż, zapuka i zacznie się moja ukochana pora roku 😀 Będzie wiało, będzie padło, będzie zimno i przyjemnie. Rześkie, chłodne powietrze, przyjemny wicherek od czasu do czasu – to zdecydowanie to co lubię najbardziej na świecie. Na dokładkę era spadających, szumiących liści i kasztanów, które zebrałam skrycie, zanim miejscowe dzieciaki zauważyły co się święci. Wszystko żółte, czerwone i przepełnione intensywnym zapachem przyrody szykującej się do snu.

Poza tym to czas dyń, kabaczków i cukiń różnorakich, więc nic tylko się obżerać i gotować w wielkiej radości. Dni staną się coraz krótsze. Przyjdzie pora gorących herbat z sokiem malinowym lub imbirem. Ewentualnie gorącej czekolady. Wieczory wełnianych skarpet i przesiadywania pod kocem z bukiem w ręku. Czas pysznych ciast, z dyniowcem na czele i oczekiwania na jedno z ulubionych świąt w roku, czyli Halloween.

Tak, tak, nic tylko się zachwycać 😀 Jak co roku, jesienną porą sięgam po lektury mroczniejsze, najlepiej ze straszydłem jakimś w tle, bo straszydła i gotyk idealnie sprawdzają się, gdy za oknem mrocznie i siąpi deszcz. Przydają się też książki dłuższe, grubaśniejsze, mocno sycące o intensywnych smakach. I taka właśnie będzie ta jesień – przepyszna.

Z tej okazji przygotowałam dla Was mój zupełnie subiektywny wybór lektur idealnych na nadchodzący wietrzno-deszczowy czas, wraz z kilkoma zapowiedziami moich kolejnych buków:

Northanger1. „Opactwo Northanger” Jane Austen („Northanger Abbey”)

Cudowna i jedyna w swoim rodzaju Jane stworzyła prześwietną parodię powieści gotyckich, tak modnych w początku dziewiętnastego wieku. Jest w tej powieści wszystko, co tak klasyczne dla jej prozy: humor, Bath, inteligentna bohaterka i cała masa fabularnych perypetii. Ale najważniejsza w tej powieści jest tajemnicza posiadłość, w której, co bardzo możliwe, skrywane są brudne sekrety i mroczne rodzinne tajemnice. Świetna zabawa w klasycznym stylu.

Całą powieść znajdziecie do poczytania na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

Poganka2. „Poganka” Narcyza Żmichowska

Perfekcyjnie romantyczna. Genialnie gotycka. Mroczna i namiętna, w zasadzie modelowa dla gatunku. A w dodatku kryje w sobie moc perełek do odnalezienia, jak wszystkie powieści szkatułkowe. Grupa przyjaciół zbiera się umilając sobie jesienno-zimowe wieczory opowieściami i dyskusjami na różnorakie tematy. Jedną z osób jest Benjamin, o którego losach niewielu dotąd słyszało. Pewnej nocy postanawia podzielić się z grupą swoją niezwykłą opowieścią o wielkiej miłości do pogańskiej Aspazji, dla której rzucił wszystko i zatracił się w jej wspaniałym zamku. Pięknie napisana i niezwykle niepokojąca.

Całą powieść znajdziecie na stronie Wolnych Lektur do TUTAJ.

Wywiad3.  „Wywiad z wampirem” Anne Rice

Nadszedł już czas, bym w końcu zapoznała się z prozą Anne Rice i jej wampirzym cyklem, którym podbiła tylu czytelników na całym świecie. Uwielbiam ekranizację i zachwyca mnie już myśl o obłąkanej Luizjanie, po ulicach której przechadzali się Lestat i Louis. Czuję, że to będzie kawał krwistej lektury!

 

Upiór opery4. „Upiór opery” Gaston Leroux („Le Fantôme de L’Opéra”)

Pewnie niewielu z Was wie, iż ten znany i tak uwielbiany musical Andrew Lloyda Webera (jaki to jest muzyczny szał!), jakim jest historia zamieszkującego w podziemiach paryskiej opery upiora i jego wynaturzonej miłości do młodziutkiej Christine, tak naprawdę oparty jest o powieść. Wciąż jeszcze wyczekuje lektury na półce, ale wiem, że to kawał doskonałego buka na długie jesienne wieczory.

Wersję angielską powieści znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

SomethingWicked5. „Something Wicked This Way Comes” Ray Bradbury

Ta opowieść za mną chodzi, okrąża mnie i zbliża się nieubłaganie. Co więcej, mam nawet za sobą już sześć bardzo intrygujących rozdziałów, jednak z nieznanych przyczyn przerwałam lekturę jakiś czas temu – zostawiłam sobie na jesień chyba. Dlaczego? Bo akcja tej strasznej historii rozgrywa się w październiku, gdy do amerykańskiego miasteczka, tuż przed Halloween, zajeżdża tajemnicze wesołe miasteczko. Coś dziwnego zaczyna dziać się z mieszkańcami, a zagadkę odkryć ma dwóch nastoletnich przyjaciół. Spodziewajcie się tej jesieni na Wielkim Buku.

Złodziejka6. “Złodziejka Książek” Markus Zusak

Ach, ile ja się o tej powieści pozytywnych recenzji naczytałam i nasłuchałam! Ochy, achy, zachwyty i podkrzykiwania. A na dokładkę nawet jedna negatywna recenzja od Marty, która przekazała mi książkę 😀 Nie mogę w takim wypadku nie przeczytać. Już widzę, że szykuje się lektura pełna wzruszeń i pochlipywania. Wkrótce zabieram się za czytanie.

Salem7. “Miasteczko Salem” Stephen King („Salem’s Lot”)

Nie ma to jak Mistrz Horroru! Cały kunszt Kinga widać właśnie w tej doskonałej opowieści o wampirze, który pojawia się w tytułowym miasteczku i zaczyna siać spustoszenie wśród mieszkańców. Jest krwawo, strasznie i doskonale kingowo – ciary na plecach gwarantowane. Właśnie za takim klimatem tęsknię w jego nowych książkach.

Otranto8. “Zamczysko w Otranto” Horace Walpole („The Castle of Otranto”)

Jedna z pierwszych bestsellerowych powieści gotyckich swoich czasów. Oparta na micie znalezionego przed wiekami rękopisu opowiada dzieje zamczyska, które zamieszkuje ród księcia Manfreda. Labirynty, ciemne korytarze, lochy i śmierć, która zdaje się czyhać za każdym załomkiem. A wszystko to w oparach zdrady z przeszłości, kłamstwa i mordu. Klasyka gatunku, niesamowita do dzisiaj.

Carmilla9. “Carmilla” Joseph Sheridan Le Fanu

Jeśli jest coś bardziej zmysłowego od dziewiętnastowiecznego wampira, stanowiącego obraz ówczesnej cyganerii, to jest to kobieta-wampir, która ni stąd ni zowąd pojawia się w odosobnionym zamku, by uwieść serce młodziutkiej, naiwnej córki jego właściciela. Jest tu nieujarzmiona kobiecość i tajemnica sprzed lat. Do poczytania TUTAJ.

A na dokładkę pełny tekst opowiadania na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

TejmnicaZamku10. „Tajemnica zamku Karpaty” Juliusz Verne

Ach, ten Verne! Uwielbiam przygodę! Tej jesieni na pewno będę musiała odwiedzić tajemniczy zamek w Rumunii, który od lat stoi opuszczony, budząc grozę w okolicznych mieszkańcach. Tak się akurat składa, że okolica ta przynależy legendarnie do niejakiego Hrabiego Draculi. Do zamczyska rusza wyprawa, by rozwiązać zagadkę tego niezwykłego miejsca. Już niebawem na Wielkim Buku!

A czego wyczekuję w nadchodzącym sezonie jesienno-zimowym w literaturze? Tytuły są dwa i już nie mogę się ich doczekać.

ZapowiedziJesień

  • „Przebudzenie” Stephen King („Revival”) – sam King napisał na Twitterze, że będzie to porządny, mięsisty horror, do prawdziwego straszenia. Bardzo chcę mu wierzyć i liczę, że to będzie ten King, za którym tak tęskniłam. Przekonam się już 11 listopada (w Polsce premiera 13 listopada nakładem wydawnictwa Prószyński i Ska).
  • „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – to będzie dopiero KAWAŁ przepysznego buka! Szykuje się literacka uczta do zachwytów, epicka i z historycznym rozmachem. Pojawi się w październiku nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Wydawnictwa zapowiadają perełkowe nowości, z których ja ogromnie polecam Wam dwa tytuły, o których już pisałam na Buku:

PolecankiJesień

  • „Wszystko, co lśni” Eleanor Cattor („The Luminaries”) – tytuł wychodzi nakładem Wydawnictwa Literackiego już w październiku; powieść ZACHWYCAJĄCA, do poczytania TUTAJ.
  • “Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale (“English Passengers”) – już za kilka dni, bo 30 września, pojawi się nakładem Wydawnictwa Wiatr od Morza; CUDO, do poczytania TUTAJ.

To będzie piękny nowy sezon  i szykuje się masa porządnego zaczytania 😀

Bo warto czytać.

O.

P.S. A czy Wy już macie bukowe plany na jesień?

„Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki (PRZEDPREMIEROWO!)

Bombla_OtwórzOczy
 

„Ona umarła Teo. I nigdy – nigdy – więcej nie będzie twoja. A ty się obudź. I zacznij żyć swoim życiem, które wypływać będzie z ciebie samego, a nie z żadnego przymusu. Przestań karmić się tym, co mówią inni. Idź przed siebie, doświadczaj, czuj, oddychaj, żyj, zachwycaj się, odczuwaj emocje i naucz się je nazywać. I mówić o nich. Przeżyj coś naprawdę, dogłębnie i tak jak chcesz ty, a nie wszyscy dookoła.”

Indie już od wieków stanowią łakomy kąsek podróżniczy dla mieszkańców zachodniej półkuli. Kuszą swoją niezwykłą egzotyką, kulturą i obietnicami duchowej odnowy. Wydają się tętniące życiem, wypełnione po brzegi intensywnymi zapachami przypraw, otoczone najpełniejszymi barwami, z tańczącymi, uśmiechniętymi ludźmi, którzy cieszą się na widok niekończących się fal turystów, czy podróżników. Mamią odkrywaniem duchowości, przysposobionymi aśramami i pustelniami, w których na nowo można odkryć siebie, joginistycznymi praktykami i buddyzmem, którego ścieżką pragnie się podążyć. Urok Indii nie gaśnie, nawet gdy kolejne reportaże pokazują obraz zgoła odmienny od przesłodzonych bollywoodzkich obrazków, czy pozowanych zdjęć z turystycznego prospektu. Co więcej, jeszcze bardziej kraj ten fascynuje kontrastem, tak bardzo niezrozumiałym na zachodzie. Ekstremalna, niewyobrażalna bieda na tle ociekających złotem pałaców. Przepełnione smrodem i kurzem uliczki tuż obok najnowocześniejszych pasaży i deptaków. Jest tu wszystko, czego dusza zapragnie. Spragniona dusza człowieka, który zapętlony w codzienności marzy jedynie o drastycznym oderwaniu się od swojego życia.

Takim uciekinierem, wymęczonym trybami „doskonałej” egzystencji jest Teo – bohater debiutanckiej powieści Mateusza Czarneckiego „Otwórz oczy, zaraz świt”. Teo, od Teodora, oznacza „dar od Boga”. Według starożytnych imię to naznacza marzyciela o wzniosłych ideałach, delikatnego, o wielkim sercu. Podobno kieruje nim intuicja. Jest wrażliwy na krzywdę innych. I taki właśnie jest bohater tej powieści. Modelowa postać do modelowej odnowy wewnętrznej. Tak jak tysiące przed nim, tak i Teo, uciekając przed życiem, wyrusza w podróż do mitycznych Indii, napotykając po drodze wielką miłość, wielki zawód i … własne szczęście. Może nie będzie to idealne spełnienie, ale będzie należało tylko i wyłącznie do niego. A wszystko to w kraju, którego prawdziwy obraz nijak ma się do tego serwowanego przez biura turystyczne i pełne sztucznego uroku filmy. Indie w oczach Teo są jak najbardziej prawdziwe, niemal namacalne. Autor nie pomija opisów zaśmieconych, zakurzonych ulic, po których biegają szczury, karaluchy, a bezdomni śpią rozłożeni na matach. Nie ucieka od gwałtów na turystkach, od politycznych zawirowań, czy religijnych absurdów. Bohater pozostaje otwarty na wszystkie tematy, godzi się z nimi i przekazuje nam, czytelnikom, byśmy w jak najintensywniejszy sposób mogli towarzyszyć mu w tej jedynej w swoim rodzaju przygodzie.

Teo, Teodor, Doruś ma wszystko to, o czym marzą miliony. Własną, świetnie prosperującą firmę z konkretną pozycją na rynku. Na dokładkę ma też zarząd tej firmy, na którego czele stoi. W garażu legendarny sportowy samochód, na ciele perfekcyjnie skrojone koszule i garnitury, a w łóżku niemalże modelkę o równie wysokiej pozycji, jak on. Ma pieniądze, mieszkania, świetlaną przyszłość przed sobą. Tylko coś mu w tym jego perfekcyjnym życiu nie do końca styka. Postanawia więc, po raz pierwszy w życiu, spontanicznie wyjechać z dnia na dzień. Kierunek – Indie. Ląduje w Bombaju, dalej jedzie do mekki turystów w Goa, medytuje, ale w drodze powrotnej, czekając na lot do kraju, poznaje przeuroczą muzułmankę Amirę. Razem, na przekór wszystkiemu, spędzają kilka szalonych dni, zakochując się w sobie do nieprzytomności. Zderzenie dwóch różnych kultur, różnych religii i światopoglądów. Tak naprawdę z góry skazane na niepowodzenie. Niemniej Teo chce całkowicie zmienić swoje życie. I wraz z tą decyzją jego szklana kula pęka, spokój burzy się, on traci to, nad czym pracował przez lata i znów ląduje w Indiach, by spróbować zacząć wszystko od nowa.

Teo zdaje się być idealnym odzwierciedleniem wszystkich ambitnych przedstawicieli swojego pokolenia. Nie skończył jeszcze trzydziestki, a już jest zmęczony życiem. Przykuty kredytami, podatkami, wszelkimi zobowiązaniami nie potrafi oderwać się nawet na chwilę od bilansów, faktur, czy pozycji na giełdzie. Ręce automatycznie układają mu się pod klawiaturę, kierownicę, albo telefon, w zależności, czy umawia się na spotkanie, odpisuje na maila, czy akurat wykręca samochód z podziemnego parkingu biura. Każdy dzień mija mu na powielaniu tych samych czynności – kopiuj, wklej. Automatyczne powtarzanie, bez większych emocji, bez zastanowienia. Nie ma uczuć, a jedynie układy i zależności. Zawsze coś za coś. Wychowywany przez nadgorliwych rodziców, którzy „chcieli jak najlepiej”, został wpędzony w wyścig szczurów i kręcił się tak bez celu, nie za bardzo zdając sobie sprawy, że nic na końcu go nie czeka. Indie, a tym samym radykalna zmiana otoczenia, są jego odpowiedzią na konieczność zmiany perspektywy. Na potrzebę przewartościowania wszystkiego, zanim obudzi się pewnego dnia, złamany i pusty dojdzie do wniosku, że wcale nie o to mu chodziło.

Powieść Mateusza Czarneckiego to bardzo osobista, subiektywna lektura. Przenika przez nią szczerość i autentyczność tak poszczególnych doznań, jak i wydarzeń. Widać, że to samo życie było inspiracją do napisania „Otwórz oczy, zaraz świt”. To lektura ciepła i niezwykle sympatyczna. Co prawda autor nie odkrywa w żaden sposób cudów duchowej odnowy, nie znajdziemy tu fabularnych twistów, ani żadnych większych zaskoczeń, jednak przyjemność z czytania przychodzi niemal natychmiastowo. Łatwo odnaleźć cząstkę siebie w szamoczącym się z samym sobą Teo, którego myśli z czasem uspokajają się i wyciszają. Całość zachęca do zmiany. Nawet jeśli wszystko wokół wydaje się być perfekcyjne i spokojnie pędzić ustalonym torem, to w powieści znajdziemy inspirację do lekkiego zboczenia z ustalonej trasy. Nie musi to być od razu podróż na drugi koniec świata, nie muszą być to Indie, czy inne orientalne kierunki. Ba, nie musi być to nawet długa podróż – wystarczy już oderwanie się od biurka, od pracy, od kalendarzy i zegarów. Zrozumienie, że nic złego nie wydarzy się, gdy na chwilę oddalimy się od tego, co trzyma nas w ryzach, weźmiemy głęboki oddech i zdystansujemy się do samych siebie. I pamiętajcie, że nie musi to być już zaraz, teraz. Jak to ładnie ujął przyjaciel Teo: „ Szukaj prawdziwego siebie, który w tobie samym na pewno jest gdzieś zakopany. I nie przestawaj, póki nie odnajdziesz. Nie umierasz przecież za pięć minut, ciągle jest o co walczyć.”

O.

*Za kawałek Indii i pozytywne myśli dziękuję wydawnictwu AL REVÉS i samemu autorowi Mateuszowi Czarneckiemu 🙂

**Przypominam także tutaj o KONKURSIE NA KONIEC LATA, który trwa jeszcze TYLKO DZISIAJ do północy na profilu facebookowym Wielkiego Buka TUTAJ, a w którym wygrać można egzemplarz „Otwórz oczy, zaraz świt” z autografem 😀