Podsumowanie miesiąca – MAJ 2014

Bombla_PodsumowanieMAJ2014

Ach, ach podsumowań nadszedł czas 😀 I mogłabym Wam znowu przymarudzić coś w stylu „ile książek, tak mało czasu”, „o matko, jak to szybko zleciało”, czy inne tego typu ekranowe jęki, ale nie! Tym razem Was zaskoczę i nie zamarudzę, bo tegoroczny maj okazał się być miesiącem zachwycającym pod względem bukowych doznań! Miesiącem tak intensywnie książkowym, że jak o tym pomyślę, to sama w zasadzie nie wiem, kiedy i jak udało mi się przeczytać TYLE książek.

Bo moi Drodzy, ogłaszam oficjalnie, że właśnie pobiłam mój życiowy, osobisty rekord: 16 (!!!) przeczytanych książek w miesiącu! Łaaa! Sama jestem pod własnym wrażeniem, bo zazwyczaj trzymam się przecież tak dzielnie tych klasycznych ośmiu i nigdy nie prawie nie przekraczam swojej własnej granicy. A tu taka niespodzianka pozytywna! I niby czasu wcale nie było więcej. Tylko jakiś pęd czytania, mus i przymus przewracania kartek w każdej wolnej sekundzie życia. No jest przegodnie.

Szybkie podsumowanie: 12 opublikowanych tekstów w tym 4 Bezsenne Środy (wszystkie do wyszukania w zakładce Indeks w osobnej kategorii) i Blogowa zabawa: Jaką jestem czytelniczką? (klik! klik!). No i te 16 przeczytanych buków + dwa porządnie nadgryzione. Tym razem 10 książek było w języku polskim, a 6 w angielskim. Jeden audiobook. Trochę szkoda, ale już zabraliśmy się do ponownego słuchania w domu.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Jurassic Park” Michael Crichton – moją dino-miłość już poznaliście TUTAJ.
  • „Gone Girl” Gillian Flynn – doskonały thriller; do poczytania TUTAJ.
  • „Kroniki Portowe” Annie Proulx („The Shipping News”) – w końcu przeczytałam i jest zachwyt; już wkrótce na Buku!
  • „Kuchnia Prababci” Margaret Yardley Potter („At Home on the Range”) – książka kucharska i zarazem opowieść o rodzinie. Znacie moją słabość do książek kucharskich i co prawda nie piszę o nich tekstów, ale polecić muszę. Pyszne przepisy i menu na każdą kieszeń, okraszone przezabawnymi anegdotkami pani Potter. Nietypowa, ale kto gotuje i lubi jeść będzie zachwycony 🙂
  • „The Painter” Peter Heller – wyczekiwana długo i był zachwyt; do poczytania TUTAJ.
  • „Mrok” John Lutz („Darker Than Night”) – bardzo zwykły, zupełnie nieszałowy thriller, którego recenzja będzie niebawem na portalu Gildia.pl
  • „Mind of Winter” Laura Kasischke – łaaa! Jaki szok i zaskoczenie. Pożarta w jeden wieczór. Straszna, smutna, zaskakująca – niebawem na Buku!
  • „Letnia Przeprawa” Truman Capote („Summer Crossing”) – bo to Truman jest; do poczytania TUTAJ.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey („The Wreckage”) – wspaniała powieść o wojnie i miłości; do poczytania TUTAJ.
  • „Frog Music” Emma Donoghue – intrygujący, bardzo kobiecy (choć nie tylko dla kobiet) i nietypowy kryminał, o którym napiszę kilka słów wkrótce;
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin („Little Birds”) – klasyka erotyki; jeszcze nie jestem pewna, czy tekst trafi na Buka.
  • „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells („The Island of Dr. Moreau”) – totalny zachwyt; niebawem na Buku!
  • „Potomstwo” Jack Ketchum („Offspring”) – kanibalistyczna kontynuacja serii „Poza Sezonem” i nie umiem nie lubić; wkrótce na Buku!
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – szał totalny, pożarta za jednym zamachem; do poczytania TUTAJ.
  • „Troje” Sarah Lotz („The Three”) – mroczny, niepokojący, niezwykły thriller – już w PIĄTEK!
  • „Szara Dama” Elizabeth Gaskell („The Grey Woman”) – tajemnicza nowela na następne Bezsenne Środy.
  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – rozpoczęta, nadgryziona.
  • „Sycamore Row” John Grisham – rozpoczęta, nadgryziona.

W zestawieniu znalazła się długo przeze mnie wyczekiwana najnowsza powieść Petera Hellera, autora ukochanego „Gwiazdozbioru Psa„, czyli „The Painter”. Wspaniałe cudo. Warto było czekać i teraz oczywiście chciałabym więcej. Jest coś magicznego w stylu pisania tego autora. Jakaś męska melancholia. Dzikość i przyroda wypływające z kolejnych linijek tekstu. Wspaniała i wzruszająca. Bardzo polecam.

Jeśli chodzi o bukowe majowe zdobycze, to mam Wam do pokazania taki oto piękny ZESTAW (od góry):

ZestawMAJ

  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – wspaniały prezent od rodziców na Dzień Dziecka. Już zaczęłam się zachwycać i zdecydowanie jest czym.
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin – klasyka erotyki do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Mrok” John Lutz – bardzo średni thriller do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Potomstwo” Jack Ketchum – wspaniała kontynuacja kanibalistycznego cyklu „Poza Sezonem” w prezencie od Anitki z BookReviews – dziękuję Kochana :* Wiesz sama, jak mnie to cieszy 😀
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – prześwietna druga część cyklu Parabellum od Remigiusza Mroza z przemiłą dedykacją w środku – ślicznie dziękuję!
  • „Troje” Sarah Lotz – doskonały thriller od wydawnictwa Akurat.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey – piękna powieść od wydawnictwa Wiatr od Morza.
  • „Dotyk” Alexi Zentner – magiczna powieść również od wydawnictwa Wiatr od Morza – nie mogę doczekać się czytania!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes – podobno mega, mega; do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.

Z ebookowych nowości dwie prześwietne powieści, w tym jedna szczególnie: „The Painter” Petera Hellera i „Frog Music” Emmy Donoghue:

MajEbooki

Z BLOGOSFERY: poruszyła mnie i wyjątkowo oburzyła sprawa Mishy z bloga Post Meridiem. Wydawnictwo innowacyjne Novae Res zerwało z dziewczyną współpracę za nie tyle negatywną recenzję powieści, ale za skrytykowanie korekty i wykazanie licznych błędów ortograficznych, które nie zostały poprawione. Wydawnictwo zagroziło także sądem – TUTAJ szczegóły sprawy, komentarz prawniczy autorstwa Remigiusza Mroza TUTAJ, blogerski komentarz Anki TUTAJ, a moje zdanie jest takie: NIKT nie ma prawa straszyć sądem i zmuszać blogera do usunięcia negatywnej recenzji, tym bardziej takiej, która podbita jest sensownymi przykładami i nikogo nie obraża. Zgoda na takie zachowanie jest przeciw wolności słowa w sieci i jest niedopuszczalna. Trzeba o tym pisać, trzeba mówić i trzeba komentować, żeby nigdy więcej coś takiego nie miało miejsca.

A Z CODZIENNYCH NEWSÓW: tydzień temu był Dzień Matki i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym naszym dwóm okolicznym Mamom nie sprezentowała z tej okazji wyszukanych specjalnie buków. Oba tytuły są wyjątkowe, bo „Uczciwą oszustkę” poleciła Karolina z bloga tanayahczyta (klik!klik!), a „Smak pestek jabłek” Tommyknocker z Samotni – pięknie Wam dziękuję, bo obie Mamy są zachwycone 😀

DzieńMatki

A co w czerwcu? Ano w czerwcu będą działy się bukowe wspaniałości różnorakie 😀 Już jutro światowa premiera „Mr. Mercedes”, na którą czekam z prawdziwą ciekawością. No bo to Stephen King jest, jego pierwszy detektywistyczny thriller i zaintrygował mnie zwiastun samej książki. Pierwszych stron promocyjnych nie czytałam, żeby zupełnie niespodziankowo do całości podejść. I pewnie niebawem będzie nawet recenzja 🙂

Tak myślę, że również jutro, a na pewno na dniach, przyleci do mnie wyczekiwana paczucha urodzinowa – kiwam się ze szczęścia i aż nie mogę się doczekać!

A 19 czerwca kontynuacja „Wołania kukułki”, czyli „The Silkworm” Roberta Galbraitha a.k.a. J.K. Rowling i sama nie wiem, czy się nakręcać od razu, teraz, już, czy może poczekać trochę, może nawet do polskiej premiery? No nie wiem – zobaczymy, ale pierwsza część przygód Cormorana Strike’a zrobiła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie; do poczytania TUTAJ.

Jedno jest pewne: maj był szałowym miesiącem bukowym i aż się prosi, żeby czerwiec był podobny. Trzymacie kciuki i czytajcie dużo.

Bo warto czytać.

O.

P.S. Rozmyślam jeszcze pokątnie o nowym mini-cyklu dla Was, ale to jeszcze w sferze planowania i rozpatrywania jest 😉

„Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz

Bombla_Parabellum#2

Kontynuacje doskonałych opowieści mają to do siebie, że w bardzo niewielu przypadkach zdolne są utrzymać poziom oryginału. Często bywa, że tracą spójność, rozjeżdżają się i gdzieś po drodze chaotycznie, jakby na siłę, rozbudowują zagubione wątki i rozpędzają się w kilku różnych kierunkach. Jednak, jak we wszystkim, istnieją wyjątki od reguły. Historie, które nieistotne ilu tomowe, trzymają poziom, w umiejętny sposób wciągają jeszcze głębiej czytelnika w swój świat i jeszcze długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Do takich niezwykle udanych, świetnie skonstruowanych kontynuacji należy z pewnością „Horyzont Zdarzeń”, czyli druga część wojenno-przygodowego cyklu autorstwa Remigiusza Mroza Parabellum (której nazwa pochodzi od parabellum zwanego Lugerem od nazwiska swojego twórcy, czyli klasycznego pistoletu oficerów wojska niemieckiego), której wydarzenia podejmują fabułę w chwili zakończenia pierwszej części, czyli „Prędkości Ucieczki” (klik!klik!).

„Horyzont zdarzeń” to wciąż jest historia miłości, o braterskiej przyjaźni i wojennej przygodzie, a także o nienawiści, która płynie falą przez Europę, nie dając się zatrzymać. Tym razem jednak Remigiusz Mróz postanowił przenieść środek ciężkości z bohaterów i połączyć ich przeżycia z wnikliwym ukazaniem dwóch wrogich obozów, które obsiadły Polskę z każdej strony, rozszarpując i pożerając po kawałku. Maria i Staszek nadal uciekają na zachód, do Francji, tym razem już sami, ścigani przez listy gończe hauptmanna Christiana Leitnera. Leitner natomiast zmaga się ze swoim przeniesieniem do służb SS i przyjazdem do Rawicza szalonego porucznika Johanna Blankenburga. A na wschodnich terenach okupowanych przez Sowietów z oprawcą walczy nieprzerwanie kompania Obelta, czyli Bronek, Chwieduszko i Kiljan, którzy po nieudanej próbie odbicia swojego dowódcy kierują się dalej na wschód. Sam Obelt, teraz już zostawiony samemu sobie, ranny i bezsilny, trafia do niemieckiego obozu jenieckiego dla polskich oficerów. Wszyscy oni mają swoje konkretne, prywatne cele i próbują wszelkimi sposobami osiągnąć je w nowej, niełatwej rzeczywistości. Tym razem jednak każdy z nich musi osobiście zmierzyć się z osaczającym go najeźdźcą.

Remigiusz Mróz idealnie zobrazował różnice między napierającą z zachodu Rzeszą a walącym ze wschodu Związkiem Radzieckim. Obu tyranom przyświeca jeden cel – zniszczyć Polskę, zmiażdżyć i wtłoczyć w to co zostało swoją filozofię nienawiści i zniszczenia. Obu charakteryzuje pierwotne zło płynące z ich obsesyjnych dowódców. Oba narody trawi gorączka zabijania. Jakieś nieokreślone szaleństwo, które trudno normalnemu człowiekowi pojąć nawet po latach. Wśród nazistów jednak to szaleństwo i okrucieństwo zdają się być wpisane w konkretny system. Kierują się określonymi, narzuconymi z góry regułami. Dobrym przykładem jest tutaj Christian Leitner, wyznawca przysłowiowego Ordnungu, gdzie wszystko musi mieć swoją konkretną przyczynę, cel i musi do czegoś prowadzić. Jest zimny i zdystansowany, potrafi trzeźwo określić sytuację, wymijając chorobliwą propagandę Hitlera. Z drugiej strony Johann Blakenburg, ślepo wykonujący rozkazy, niby wydaje się skończonym sadystą, a jednak również jego działania mieszczą się w kodeksie postępowania grup specjalnych niemieckiego wojska.  Działają „czysto”, układnie, według ustalonych regulaminów, nawet jeśli wydaje się, że jest inaczej.

Dopełnieniem obrazu opętanej porządkiem i prawem Rzeszy są miasteczka i wioski niemieckie, jakie mijają w swojej podróży Maria i Staszek. Gdy po ucieczce trafiają do protestanckiej wioski aż wstyd im się pokazywać na ulicy! Wszędzie czysto, pachnąco, klomby kwiatów i ludzie spacerujący za rękę. Jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby za ich granicą nie działy się wszystkie okrucieństwa. Ot, płyną zwyczajne dni. Dzieci marzą o przyłączeniu do Hitlerjugend, organizowane są pochody i pomniejsze uroczystości. Nad wszystkim czuwa uwielbiany Führer i nikt niczym specjalnie nie musi się przejmować. Idylla. Sielanka. Uśmiechnięci ludzie, którzy skorzy są pomóc potrzebującym. O ile nie okażą się oni być Polakami. Albo Żydami.

A jednak mieszkańcy wschodniej granicy leżącej w gruzach Polski gotowi są spakować manatki i uciec prosto w ramiona nazistów byle dalej od najeźdźcy ze wschodu. Radzieccy żołnierze okazują się być jak dzikie bestie spuszczone z łańcucha. Nikt nad nimi nie panuje. Nikt nimi nie dowodzi. Są uosobieniem wojennego chaosu, największego koszmaru, jaki może spotkać mieszkańców okupowanych ziem. Brudni, śmierdzący nie kierują się żadnym kodeksem. Nie mają regulaminu. Za bestialskie zbrodnie nie odpowiadają przed kimkolwiek. Ich celem jest jedynie siać grozę i zniszczenie. Wpadają do domów jak sfora psów, zawsze w pace, gwałcą kobiety na śmierć, zabijają dzieci, znęcają się nad starcami, by na koniec wszystko za sobą spalić, wrzucić do rowu i odejść zanosząc się pijackim śmiechem. Są zupełnie nieprzewidywalni. Opętani wolnością i bezkarnością.

W „Horyzoncie Zdarzeń” to chłopaki kompanii Obelta muszą zmierzyć się z tak potwornym wrogiem. Są świadkami niewyobrażalnych okrucieństw i nic nie mogą zrobić. Osobą, która może niejako dobrze zobrazować przykład radzieckiego żołnierza jest niejaki Wiektor Iwanowicz Sidorenko, na którego trafia kompania. Człowieka, który będąc w grupie innych mu podobnych, zupełnie na ślepo podążał za współbraćmi. Na instynkt. Nie myślał. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami. Po prostu działał. Dopiero gdy zyskał czas, by dojrzeć zniszczenie, postanawia pomóc. I nawet  okazuje się nie być taki zły, chociaż szaleństwo płynie mu we krwi razem z galonami wódki.

Jak zdążyliście już pewnie zauważyć „Horyzont Zdarzeń”, podobnie jak „Prędkość ucieczki”, pędzi naprzód, wciąga w fabularne szaleństwo i aż z trudem można się od niego oderwać. A zupełnie przy okazji Remigiusz Mróz daje nam całkiem porządną lekcję historii, jej wybranych elementów, przeżywanych i widzianych oczami zwykłych ludzi: żołnierzy, ruchu oporu, czy mieszkańców okupowanych terenów. Ich sytuacja zmienia się co chwilę, przekształca jak w kalejdoskopie. Wojna nie pozwala o sobie zapomnieć, nie daje oddechu ani na moment. Nikt nie jest bezpieczny. Nie istnieją idealne kryjówki. Zagrożenie czyha dosłownie z każdej strony. Druga część cyklu Parabellum trzyma mocno poziom, w narracji, trybie opowieści nie zmienia się nic – doskonała wojenna historia z wątkiem przygodowym trwa, tak jak wciąż próbują wytrwać i odnaleźć się w nowej rzeczywistości jej bohaterowie. Maria, Staszek, kompania Obelta, Holzer i nawet Leitner – oni wszyscy jeszcze bardziej ludzcy, jeszcze bliżsi i tak samo znajomi, jak poprzednio. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejny tom, bo finał „Horyzontu Zdarzeń”, moi Drodzy, wbija w fotel i zmusza do zagryzania paznokci z nerwów. Oby wkrótce!

O.

*Za książkę wraz z przemiłą dedykacją dziękuję pięknie autorowi Remigiuszowi Mrozowi 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Wierzby” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneWierzby

 

„When common objects in this way become charged with the suggestion of horror, they stimulate the imagination far more than things of unusual appearance; and these bushes, crowding huddled about us, assumed for me in the darkness a bizarre grotesquerie of appearance that lent to them somehow the aspect of purposeful and living creatures. Their very ordinariness, I felt, masked what was malignant and hostile to us. The forces of the region drew nearer with the coming of night. They were focusing upon our island, and more particularly upon ourselves. For thus, somehow, in the terms of the imagination, did my really indescribable sensations in this extraordinary place present themselves.”

Tak to już bywa, że jak się raz wpadnie w sidła horroru, to jakoś tak trudno się z nich wywlec o własnych siłach. Jeden autor prowadzi do drugiego, a kolejne opowieści kierują nas do innych. Tak właśnie było z twórczością Algernona Blackwooda, na którego w moich bukowych podróżach natrafiłam zupełnie przypadkiem, nie przez kogo innego jak przez H.P. Lovecrafta i pobocznie przez Stephena Kinga. No bo jeśli Samotnik z Providence pisze w swoich tekstach, że opowiadanie „Wierzby” jest najlepszą opowieścią grozy jaka kiedykolwiek powstała, a Mistrz Horroru odwołuje się do „Wendigo” tego właśnie brytyjskiego pisarza, to nie pozostaje mi nic innego jak rzucić się i czytać. I zachłysnąć się totalnie, bo twórczość Algernona Blackwooda to perełka weird fiction. Zostawia po sobie czystą, nieskalaną grozę i dziesiątki pytań bez odpowiedzi. 

Na pięknych i modrych wodach Dunaju, dwóch przyjaciół zorganizowało sobie spływ kajakami. Nie mogli wybrać piękniejszej pory roku. Nie mogli wymarzyć piękniejszej lokacji. Okolica jest dosłownie idylliczna – przyroda w najczystszej postaci. Brzegi rzeki wydają się być nietknięte stopą człowieka, liście zdają się błyskać i tańczyć na wietrze, słońce przyświeca, a nurt rzeki lekko niesie dwóch podróżników. Tylko dlaczego w odwiedzanych po drodze wioskach mieszkańcy proszą ich, by nie płynęli w dół rzeki? Czemu wykonują znak krzyża na samo wspomnienie o wysepkach na rzece? Dlaczego wierzby nad wodą zdają się złowieszczo dotykać ich ramion? Coś dziwnego ogarnia przyjaciół, mąci ich spokój i mami wyobraźnię. Woda okazuje się pozornie bezpieczna, jej bystre nurty potrafią spędzać kajak na kamienne mielizny. Słońce oślepia zamiast ogrzewać. Drzewa nie szumią już, ale huczą złowrogo. A pewnego dnia, na powierzchni pędzącej wody przyjaciele dostrzegają dziwny kształt, przypominający ciało topielca. Rozmyślają nad powrotem do cywilizacji. Przerwaniem podróży. Ale zanim zdążą cokolwiek zrobić, jakkolwiek zareagować, okaże się, że na zawrócenie z obranego szlaku już od dawna było za późno.

Nie przez przypadek „Wierzby” zyskały w gatunku miano opowieści kultowej. Sennie i zjawiskowo wprowadzają nas w świat odizolowanej, nietkniętej przyrody, gdzie nic nie jest już przychylne człowiekowi. To prawdziwa naturalna dzicz, która zdaje się uważnie śledzić kroki tych, co odważą się w nią wstąpić, nastawiać pułapki, by w końcu nie wypuścić ze swoich szponów. A z pewnością nie o zdrowych zmysłach. Dziewicze połacie lasów znad Dunaju hipnotyzują i wciągają. Wydają się być jednocześnie piękne, jak i nieskończenie przerażające. W opowieści Blackwooda nabierają niemal mistycznego charakteru. Jego Wierzby reprezentują niepokonaną moc natury i są wszystkim tym, czym człowiek nigdy nie będzie. Są tym, czego ludzkość nigdy nie pojmie i nie zdobędzie. Ich szept, ich ruchy, niezwykły kamuflaż – one kreują zupełnie nową rzeczywistość, tworzą zupełnie nowe warunki.  Nad modrymi wodami Dunaju już niczego nie można być pewnym.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo gałęzie za oknem szepczą złowrogo, tańcząc na wietrze.

O.

*Opowiadanie „Wierzby” (org. „The Willows”) całkiem za darmo, po angielsku, znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik! klik!), podobnie jak inne jego opowieści – bardzo warto znać 😀

**A kto jeszcze się nie przekonał, a jest zaintrygowany może poczytać o prześwietnym opowiadaniu „Wendigo”, o którym pisałam w zeszłym roku TUTAJ (klik! klik!).

„Letnia Przeprawa” Truman Capote

Bombla_LetniaPrzeprawa

 

„W Grady wzbierał nieopanowany śmiech, radosne wzburzenie, przez co rozpościerające się przed nią białe lato zdawało jej się świeżym płótnem, które tylko czeka na te pierwsze gwałtowne, czyste pociągnięcia pędzlem, zupełnie wolne.”

Początek lata 1945 roku. Koniec Drugiej Wojny Światowej. Świat w rozsypce, powoli zbiera się w sobie, łapie oddech i odbudowuje ruiny. Szykują się zmiany na wielką skalę. Zmiany nie tylko polityczne, ale przede wszystkim kulturowe. Coś się kończy, coś się zaczyna. Stany Zjednoczone liczą straty, zbierają swoich chłopców z dwóch przeciwległych frontów. Prezydent Truman bierze sprawy w swoje ręce, ustanawia nowe prawa i akty, tym samym stabilizując pozycję kraju jako jednego z liderów świata. Amerykańska mentalność powoli przekształca się. Ewoluuje. Rodzi się kultura masowa, ludzie integrują się, a pozycja społeczna przestaje mieć tak istotne znaczenie. Zaczyna się powolny upadek klasowości. Idea wszechobecnej wolności inspiruje do walki o prawa człowieka, prawa rasowe i płciowe. Coś się otwiera i prowokuje do dalszych zmian. W życie wchodzi nowe pokolenie dzieciaków, nastolatków, którzy wojenne doświadczenia swoich rodziców i starszego rodzeństwa wtłaczają w swój własny, prywatny świat. Ich bunt bez bagażu doświadczeń poprzedniego pokolenia rozpoczyna nową epokę w kulturze Stanów Zjednoczonych.

Do tamtego pokolenia złotej, powojennej młodzieży należał Truman Capote, jedna z wybitniejszych postaci literatury amerykańskiej i towarzyskiej śmietanki Nowego Jorku. Nie będę ukrywać, że mam do Trumana Capote wyjątkowy sentyment. Pokochałam go niemal od razu po przerażającej, opartej na faktach powieści „Z Zimną Krwią”, by potem rozpływać się nad jego pachnącą babim latem „Harfą Traw” i kultowym już „Śniadaniem u Tiffany’ego”. Pamiętam jak świat literatury ogarnął zachwyt, gdy w 2004 roku okazało się, że prawie w dwadzieścia lat po śmierci tego niezwykłego pisarza, zupełnie przypadkiem, odnaleziono jego pierwszą, debiutancką powieść zatytułowaną „Letnia Przeprawa” (org. „Summer Crossing”). Capote zaczął pisać ją ok. 1943 roku, by zakończyć pracę na początku lat pięćdziesiątych i zaraz potem wywalić manuskrypt do kosza w jednym z wynajmowanych mieszkań. Gdyby nie ciekawość nadzorcy budynku „Letnia Przeprawa” nigdy nie ujrzałaby światła dziennego! Na szczęście tekst się odnalazł, i pomimo iż krytycy zgodnie uznali, że nie jest to arcydzieło, a także, że widać w nim dopiero zalążek wielkiego autora jakim był Capote, to ta niewielka objętościowo powieść, nowela nawet, zdecydowanie ma w sobie magię oraz stanowi jedną z piękniejszych historii o dojrzewaniu i pierwszej miłości w literaturze amerykańskiej.

Bohaterką „Letniej Przeprawy” jest Grady McNeil, siedemnastoletnia młodsza córka jednego z bogatszych finansistów z Wall Street. Jej rodzina to wyższa sfera Nowego Jorku. Ludzie, którzy od pokoleń dziedziczą domki w Hamptons, mieszkania na Piątej Alei z widokiem na Central Park, należą do śmietanki Manhattanu, a ich dzieci uczęszczają do elitarnych klubów. Tego roku, jesienią 1945, Grady ma debiutować na swoim pierwszym balu i zostać wprowadzona do towarzystwa, co oznaczać będzie gotowość do zamążpójścia i kontynuowania zacnych tradycji rodzinnych. Ale to dopiero jesienią. Na razie rozpoczyna się lato. Rodzice dziewczyny wypływają w rejs do Europy, by oporządzić domek na Riwierze, a ona ma po raz pierwszy w życiu zostać sama. A Grady ma sekret. Pisałam już kiedyś, że bohaterowie historii Trumana Capote są tylko pozornie szczęśliwi. Ich pełne wewnętrznych konfliktów i tajemnic życie naznaczone jest smutkiem, melancholią i jakąś trudną do uchwycenia tęsknotą za czymś, czego nie potrafią zdobyć. I taką postacią jest także Grady. Bo widzicie, ona jest zakochana.

Przed nią i wybrankiem jej serca rozciąga się długie, pełne rozkosznych chwil lato we dwoje w mieście, które nigdy nie śpi. Rozpalone do czerwoności, duszne ulice Nowego Jorku wydają się opuszczone przez wszystkich jego stałych mieszkańców. Rodziny z sąsiedztwa Grady, podobnie jak jej rodzice, wyjechali na letnie miesiące, by doglądać zaoceanicznych posesji, nadmorskich domków, czy południowych rancz. Miasto wydaje się snuć bez celu, topić się w upale i szykować na nocną zabawę, opanowane jedynie przez klasę robotniczą. A do niej należy właśnie chłopak Grady, dwudziestokilkuletni weteran wojenny, obecnie stróż parkingowy – Clyde Manzar. Wraz z wyjazdem rodziców dziewczyna, zachłyśnięta wolnością i natłokiem możliwości, wpada w wir zabawy, miłosnych uniesień i dramatów, jakie te ze sobą niosą. Gdzieś po drodze traci kontrolę nad tym, co się dzieje, nad tym latem, które chwyciło ją w swoje szpony, by w końcu stało się coś nieodwracalnego, czego ani nie naprawią pieniądze tatusia, ani pozycja rodziny. Grady, jak mityczny Ikar pędzący prosto w słońce, pomimo tego, że czuje jego żar i topnienie skrzydeł, leci na łeb na szyję, byle zdobyć to, czego nigdy w pełni nie potrafiła odnaleźć w sobie – szczęście.

„Letnia przeprawa” porywa czytelnika w wir niespełnionych pragnień, miejskiej zabawy i wolności życia bez zobowiązań. Już w chwilę po rozpoczęciu lektury, gdzieś podświadomie zapala się lampka, że rodzice Grady wcale nie powinni byli wyjeżdżać. A z pewnością nie zostawiać nastoletniej córki samej w środku rozgrzanego Manhattanu. Im dalej w lato, tym szaleństwo miasta ogarnia jego mieszkańców do reszty, prowokując do przekraczania barier, do burzenia granic moralności. Wydaje się nawet, że to właśnie ta przewrotna, okrutna natura miasta wybudza w ludziach obłęd. Capote nadał Nowemu Jorkowi cechy zwierzęce i namacalne, przekazując władzę nad umysłami mieszkańców. W jakimś momencie nasza bohaterka postanawia poddać się temu na ślepo. Rozumie, że popełniła błąd, ale nie jest już w stanie zawrócić z drogi. Więc brnie nieprzerwanie przez ciąg coraz bardziej absurdalnych sytuacji, dokonując coraz bardziej tragicznych w skutki wyborów, ciągnąc za sobą jak jeńców Clyde’a, jego rodzinę, swoją siostrę Apple i najlepszego przyjaciela Petera Bella. „Przeprawia” się na drugą stronę, zostawiając za sobą dziewczynę i stając się kobietą. Pali za sobą wszystkie mosty, zamyka ścieżki i poddaje przeznaczeniu.

Prawdę powiedziawszy, aż trudno jest mi uwierzyć, że przez wszystkie te lata Truman Capote uważał, że „Letnia Przeprawa” nie jest warta publikacji. Bo powiem Wam, że to naprawdę wspaniała opowieść. Jedna z tych, które wbijają się w umysł i zostają z czytelnikiem na dłużej. Niby nic się takiego nie dzieje, ot życie zakochanej nieopatrznie nastolatki, a przecież na naszych oczach sypie się w gruzy. Z narastającą  fascynacją mamy szansę obserwować upadek złotego dziecka, perfekcyjnej statecznej panienki, która na swoje barki wzięła zbyt wiele. Poddała się bezmyślnie rozgorączkowanemu miastu. Popędziła naprzód nie zwracając zupełnie uwagi, że horyzont płonie i powinna zawrócić zanim będzie za późno. Z każdym kolejnym rozdziałem, kolejnym poetyckim zdaniem, czuć Trumana Capote i jego uczucie do Nowego Jorku. Jest w tym geniusz i tak trochę, zupełnie za mgłą, jakby podejrzenie przyszłości, lotu w szaleństwo, zapowiedź jego własnego upadku.

O.

„Jurassic Park” Michael Crichton

Bombla_JurassicPark

 

„Life breaks free. Life expands to new territories. Painfully, perhaps even dangerously. But life finds a way.”

Fascynacja światem dinozaurów towarzyszy mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Już jako obtoczony w książkach maluch, zupełnie przypadkiem dostałam w nagrodę w przedszkolu atlas dinozaurów i od tamtej chwili tylko pogłębiałam swoją obsesję. Książki, gry, edukacyjne programy komputerowe – dinozaury były jednym z moich ulubionych tematów i mało kto mógł mi z moich kolegów i koleżanek w tamtych czasach dorównać wiedzą o nich. I wtedy nadszedł niepokonany Steven Spielberg i jego wspaniały „Park Jurajski”… Ile było radości! Ile szczęścia! Wierzyłam, że gdzieś tam, na niedostępnych dla mnie oceanach, istnieje skąpana w mgłach wyspa, a na niej cały ten zaginiony świat. Latami marzyłam o zostaniu paleontologiem i jeszcze długo po filmie pragnęłam wierzyć, że takie klonowanie jest jak najbardziej możliwe. Marzenia i wiarę zweryfikowało życie, ale uwielbienie do dino-świata zostało już we mnie na zawsze. I właśnie dlatego, po latach, powróciłam tam, gdzie to wszystko się zaczęło – do powieści  Michael Crichtona zatytułowanej „Jurassic Park”.

Wszystko zaczyna się od idei. Od wielkiej wizji, która powraca i prowadzi do obsesji. Obsesji tak intensywnych, że nie można o nich zapomnieć. Nie można ich powstrzymać. Wpijają się w szpony wyobraźni i pozwalają jej dryfować po szalonych konceptach. Zmuszają do poszukiwań i do działania na niespotykaną skalę. Tym bardziej, gdy ich realizacja nagle staje się zupełnie realna. Możliwa i na wyciągnięcie ręki. Koniecznie będą oczywiście wielkie pieniądze, wielkie inwestycje i wielkie korporacje, które urzeczywistnią pomysł i nadadzą całości konkretnej biurokratycznej formy. W „Jurassic Park” Crichtona takim wizjonerem jest John Hammond – twórca i właściciel InGen, firmy która zajmuje się badaniami nad genetyką i klonowaniem zwierząt. Hammond ma pieniądze, wie, gdzie szukać partnerów i sponsorów. Przyciąga ich swoimi pomysłami, marzeniami, a przede wszystkim planem ich realizacji. On wie, że za odpowiednie środki finansowe można stworzyć wszystko. No prawie wszystko, ale z pewnością to, na czym mu zależy przede wszystkim. Tym razem jest to park rozrywki, inny niż wszystko co do tej pory widziano. Park, w których powraca przeszłość i minione epoki. Park Jurajski.

Powieść rozpoczyna się serią niepokojących wypadków, które mają miejsce wzdłuż wybrzeży Kostaryki. Coś atakuje ludzi. W szczególności dzieci – pożerane noworodki, ugryzione na plaży małe dziewczynki i strach wśród tubylców. Szepczą o wampirach, bazyliszkach i potworach z dżungli. Coś czai się na wybrzeżach. Coś nowego i niebezpiecznego. Wysłane próbki angażują coraz to nowe osoby, powstają nowe powiązania, a wszystko to prowadzi właśnie do Johna Hammonda i InGenu. Tak się złożyło, że InGen jest właścicielem wyspy Isla Nublar (dosł. Mglista Wyspa), znajdującej się w niewielkim oddaleniu od wybrzeży Kostaryki właśnie. Na zaproszenie właściciela, który szykuje niezwykłą niespodziankę dla całego świata, przybywają paleontolog Alan Grant, paleobotaniczka Ellie Sattler, znany matematyk i  wyznawca teorii chaosu Ian Malcolm. Na dokładkę prawnik Donald Gennaro i… dwoje wnuków Hammonda, kilkuletni Lex i Tim. Teoretycznie celem przybycia jest sprawdzenie bezpieczeństwa Parku, a tak naprawdę zrobienie wielkiego wrażenia na gościach i pochwalenie się latami genetycznej zabawy. Tyle tylko, że Park Jurajski może i zapiera dech w piersiach, poraża ogromem laboratoryjnych dokonań, ale jednocześnie wcale a wcale nie jest bezpieczny, nie wszystkie systemy dopracowane, a nie każdy pracownik lojalny.

W umyśle Hammonda jego park jest w stu procentach zabezpieczony i gotowy do użytku. Nie ma w nim nic, co wymagałoby poprawki. Każdy szczegół jest według niego dopięty na ostatni guzik. Wydał przecież olbrzymie pieniądze, a pieniądze w jego świecie przekładają się na niezawodną jakość. Błąd ludzki, błąd statystyczny, czy błąd maszyny nie mieszczą się w ogóle w głowie. Dla niego każde ze zwierząt Parku jest samicą, bo tak je zaprogramowali. Każdy z systemów działa bez zarzutu, bo tak został ustawiony. Każdy z komputerów prowadzi nieomylne obliczenia. Dinozaurów na wyspie jest jedna konkretna ilość, tylko w laboratoryjnej wersji. Działają siatki zabezpieczające, ograniczenia terenowe i  każda z maszyn.  Skoro sam to zaplanował i za to zapłacił, to jakżeby mogło być inaczej?

Po drugiej stronie marzeń Hammonda stoi człowiek, który na Isla Nublar przybywa jedynie po to, by potwierdzić swoje obawy. Ian Malcolm, matematyk i wyznawca teorii chaosu od początku wróży Parkowi Jurajskiemu czarną przyszłość i ostateczny upadek. Pomysł właściciela InGenu jest dla niego tak bardzo zuchwały, tak bezczelny wobec samej natury, że nie ma możliwości, by osiągnął sukces. Malcolm wie, że w takiej inicjatywie wcale nie chodzi o pieniądze, ale tysiące pomniejszych możliwych niedociągnięć i niedoskonałości, które skumulowane wyzwolą ciąg niekontrolowanych wydarzeń i zaburzą perfekcyjny porządek Hammonda. Dla Malcolma istnieją elementy po części możliwe do opanowania, ale nie należy do nich sam człowiek, który podobnie jak każda żywa istota nie jest idealny. Jedno drobne odchylenie od normy powoduje zmiany na niewyobrażalną skalę, a Park Jurajski wydaje się być tej teorii modelowym przykładem.

John Hammond stworzył wokół siebie iluzję bezpieczeństwa i gotowy jest kurczowo trzymać się jej aż do końca, byle projekt, któremu poświęcił lata życia w końcu wystartował. I zadziwił świat. Przyciągnął rozgorączkowane tłumy. Zarobił miliony. W jego wyobraźni setki dzieci miało biegać wokół pozamykanych szczelnie wybiegów podziwiając na żywo ukochane tyranozaury, stegozaury, czy triceratopsy. Miało być pięknie. Miało być sielankowo. Czego Hammond nie wziął nigdy pod uwagę, to samej iskry dawnego życia, która ucieknie mu spod mikroskopijnych szkiełek i kriopojemników, by w końcu sforsować bramy pod napięciem i wkroczyć dumnie we współczesny ekosystem. Ekosystem, który może okazać się za słaby na przystosowanie do zwierząt sprzed milionów lat. A co wtedy stałoby się z człowiekiem? Co z naszą historią, minionymi cywilizacjami? Latami ewolucji?

Michael Crichton miał tą niezwykłą umiejętność wyprzedzania swoich czasów jeśli chodzi o różne koncepty naukowo-technologiczne. Wielokrotnie do popkultury wprowadził zalążki idei, które od tamtego momentu były już eksploatowane na wszystkich frontach. W „Jurassic Park” Crichton wskrzesił zwierzęta, które wyginęły dziesiątki milionów lat temu, niezwykłe wydarzenia ubrał w ekscytującą, pełną zwrotów akcji fabułę, a całości nadał ton przypowieści ku przestrodze. Przypomina to kultowego już „Frankensteina” Mary Shelley, czy „Wyspę Doktora Moreau” H.G. Wellsa, czyli dwie historie ukazujące mroczną stronę człowieka, który nie potrafi powstrzymać się przed zabawą w boga. John Hammond to taki współczesny Wiktor Frankenstein – wizjoner, który przekracza granice moralności, by wpaść w otchłań, którą sam otworzył. Bo przecież nie da się zatrzymać życia. Nie da się zapanować nad czymś, co ma władzę nad samym człowiekiem. Nad pierwotną siłą, która trwa nieskończenie od miliardów lat i samotnie przemierza kosmos.

O.

 

BEZSENNE ŚRODY: „Karabin” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneKARABIN

 

„I wtedy już wiedziała.
Spojrzała mu w oczy i zobaczyła, czym był naprawdę.
Wiedziała, kim mógł się stać.”

Z prozą Jacka Ketchuma tak już bywa, że potrafi porazić lepiej niż niejeden klasyczny horror. Kierując się bolesnym, ale jakże prawdziwym stwierdzeniem Jean-Paul Sartre’a, że „piekło to drugi człowiek”, Ketchum powraca wciąż do tej tezy i udowadnia ją w każdej swojej opowieści. Pokazuje, że transgresja zła jest ciągle możliwa, a zdeprawowana wyobraźnia ludzka nie zna granic okrucieństwa i wciąż pędzi naprzód. Od lat zastanawiam się nad tym, czy zło jako takie, pierwotne i nieubłagane, może być cechą wrodzoną, czy może jednak jedynie nabytą, poprzez cały bagaż doświadczeń zdobywany z wiekiem. Ta odwieczna filozoficzna polemika zawsze uderza we mnie, gdy zabieram się za teksty tego amerykańskiego autora, zmusza mnie do myślenia o korzeniach gwałtu, przemocy i nienawiści. Chciałabym wierzyć w wersję, że rodzi się z czasem. Chciałabym móc mieć nadzieję, że zła da się oduczyć poprzez odpowiednią terapię, jakieś alternatywne leczenie. Ale chyba jednak nie umiem już w to wierzyć, bo historia raz za razem udowadnia, że dzieje się zupełnie odwrotnie i nic nie można na to poradzić. 

Polemikę zła nabytego i wrodzonego otwiera jedno z opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowane „Karabin”. Już pierwsza scena wzbudza w czytelniku niepokój. Mama dziesięcioletniego Danny’ego, sprzątając, natrafia w szafie syna na karabin. Naładowany. Karabin kradziony, dawną broń jej ojca. Niezwykłe, niebezpieczne znalezisko prowokuje kobietę do rozmyślań o ostatnich, chuligańskich wyczynach syna i kłamstwach z jakimi musiała się zmagać od miesięcy. Analizuje każde nietypowe zachowanie Danny’ego, każdy problem i orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Z chłopcem stało się coś nieodwracalnego, co rozrasta się i nie pozwala mu być takim, jak inni. Danny ma tylko dziesięć lat, powinien być wesołym ciekawym świata, wkraczającym w życie rozrabiaką, a nie złodziejem, podpalaczem i oszustem. Coś w nim przekształciło się… A może od zawsze tam było i tylko czekało, wychylając łeb z ciemności? Matka decyduje się na szybką reakcję, zabiera karabin i rusza leśną ścieżką do kryjówki syna, by spotkać przeznaczenie.

Miłość matki do dziecka ma to do siebie, że potrafi wybaczyć wiele. Często zbyt wiele. Rzadko bywa obiektywna, raczej bezwarunkowa. Każdy morderca, gwałciciel, czy pedofil ma przecież matkę. Nie powstał z próżni. Niestety, często matczyna miłość potrafi być po prostu ślepa. Nie pozwala dojrzeć najbardziej oczywistej z rzeczy. Najgorszej ze zmian. Bo jak w takim wypadku nie obwiniać siebie? Nie czuć wyrzutów sumienia, że gdzieś po drodze wydarzyło się coś znaczącego, a rodzic nic nie zauważył? Nie zwrócić uwagi, że ktoś kto przysłonił kiedyś cały świat nie jest wcale tym, kim nam się wydaje? Ponieważ najtrudniej zrozumieć, że czasami tak już jest – rodzi się człowiek z gruntu zły. Po prostu. Nic dodać, nic ująć. Kontrowersyjny „Karabin” Jacka Ketchuma dotyka tej czarnej strony rodzicielstwa, a w zasadzie macierzyństwa. Pokazuje to, czego nikt nie chciałby zobaczyć – czarną stronę ludzkiej natury. Mroczną stronę dziecka, które już dzieckiem nie jest.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że nie każdy miałby odwagę podjąć ostateczną decyzję.

O.

*”Karabin” znajdziecie w tomie opowiadań Jacka Ketchuma zatytułowanym „Królestwo Spokoju” (org. ” Peaceable Kingdom”), w Polsce wydanym przez Replikę.

„Pobojowisko” Michael Crummey (PREMIEROWO!)

Bombla_Pobojowisko

 

„Nie wiedź mię do tego, abym cię opuścić i od ciebie odejść miała; owszem gdziekolwiek pójdziesz, z tobą pójdę, a gdziekolwiek mieszkać będziesz, z tobą mieszkać będę; lud twój lud mój, a Bóg twój Bóg mój.”

Druga Wojna Światowa pozostawiła po sobie zgliszcza i świat pogrążony w nieskończonej żałobie. Europa jeszcze długo dławiła się swądem palonych ciał w piecach krematoriów. Całe lata echem wciąż odbijały się wywrzaskiwane słowa potwora, przywódcy „nieśmiertelnej” Rzeszy.  Miliony ciał, setki tysięcy zbiorowych mogił… Poświęcenie niezliczonych ilości dusz. Zagubione rodziny, utraceni na zawsze kochankowie. Miasta rozszarpane na strzępy, w gruzach nie do odbudowania. Gdy mówimy o koszmarach tamtej wojny wspominamy obozy zagłady, Normandię, krwawy szlak Sowietów, zbombardowane połacie ziemi, tajne operacje i Berlin. Bardzo rzadko stają nam przed oczami rajskie wysepki porośnięte mroczną dżunglą, lazurowe wody oceanu czy uderzające samobójczym lotem, spadające z nieba samoloty. W naszych książkach od historii zatopienie Floty Pacyfiku i zmiecenie z powierzchni ziemi Hiroszimy i Nagasaki figurują prawie od razu po sobie. Tak jakby wszystko to, co wydarzyło się pomiędzy, cztery lata krwawej, bezkompromisowej walki na wodach Oceanu Spokojnego nie były warte nadmienienia. Jakby tamte działania, które zakończyły się śmiercią setek tysięcy żołnierzy, nuklearnym atakiem i upadkiem bóstwa nie były jednakowo ważne.

Mniej znaną europejskim czytelnikom część historii Drugiej Wojny Światowej przybliża w swojej świeżo wydanej w Polsce powieści zatytułowanej „Pobojowisko” (org. „The Wreckage„) – Michael Crummey. Pisarz znany przede wszystkim ze swojej realistyczno-magicznej umiejętności ukazywania nowofundlandzkich wiosek i ich chłodnych, oddalonych mieszkańców i tym razem powraca na wyspy, by opowiedzieć wielowymiarową historię miłości, żalu i nienawiści. Wspomnienia wojny i niemożności powrotu. Piękną i jednocześnie niezwykle brutalną powieść o pierwszej zakazanej miłości młodziutkiej protestantki Mercedes „Sadie” Parsons i katolika Wisha Fureya, który przybywa do jej rodzinnego Cove, jednej z rybackich osad Nowej Funlandii. Chłopak i dziewczyna pragną poznać się bliżej, pragną po prostu móc się pokochać, ale purytańskie środowisko, w jakim wychowała się Sadie swoją zaściankowością zamyka się na rozkwitające uczucie tych dwojga i doprowadza do ich nagłego rozstania.

Chciałoby się wierzyć, że „Pobojowisko” to przede wszystkim historia o uczuciu dwojga młodych ludzi rozdzielonych przez ślepy los. Chciałoby się zamknąć tę powieść w pojedynczej ramie romansu, skupiając uwagę czytelnika jedynie na fascynującej historii ich wyklętej miłości. Tylko to wcale nie tak. Albo jedynie z jednej najprostszej perspektywy. Ponieważ dzieje tej pary posłużyły tutaj czemuś zupełnie innemu. Crummey pozwala czytelnikowi przywiązać się do tej dwójki naiwnych dzieciaków, pozornie nieskalanych jeszcze do końca złem, które czai się wokół. To oni sami przyciągają nienawiść, niezrozumienie i niejako zmuszeni zostają do podjęcia ostatecznych wyborów, które na zawsze odmienią ich życie. Ona w poszukiwaniu ukochanego ucieka z wyspy, a on nie zdając sobie sprawy z zamiarów Sadie, rzuca się na wielkie wody Pacyfiku i zaciąga do Armii Brytyjskiej, by wyruszyć na wojnę. W obliczu przyszłych wydarzeń konflikt religijny w małej rybackiej wiosce wydaje się już nie mieć znaczenia.

I tak naprawdę dopiero tutaj zaczyna się ta opowieść. W obozie jenieckim Nagasaki #14, do którego trafia Wish po upadku Singapuru. To w tym obozie pozna co oznacza prawdziwe okrucieństwo, spotykając człowieka, który stanowi klucz do znaczenia „Pobojowiska” – japońskiego tłumacza, bezwzględnego i sadystycznego Noburo Nishino, który nosi w sobie smutny sekret z przeszłości. To przez tę postać Michael Crummey przekazał wszystko to, z czym musieli się zmierzyć żołnierze walczący na wodach Oceanu Spokojnego. Dwie różne siły, dwa wojskie, które zderzyły się ze sobą jako dwie zupełnie odrębne cywilizacje. Różnica kultur, jeszcze przed epoką globalizacji, była tak ogromna, że część walczących po amerykańskiej stronie żołnierzy nie potrafiła zrozumieć ich zaślepienia i chorych motywacji. Japończycy okazali się być zdolni do wielkich, ostatecznych poświęceń nie tyle za ojczyznę, ale za swojego jedynego dowódcę, ich najważniejszego boga i wschodzące słońce, czyli cesarza Hirohito. Japoński kodeks i szkolenie wymuszały istnienie samobójczych jednostek kamikadze, ścinania głów mieczem i umiejętności pozbawiania jeńców człowieczeństwa. Byli gotowi na wszystko.

Wish pisze z Nagasaki #14 listy do Mercedes w zabawnym, humorystycznym tonie. Bo w jaki sposób miałby opisać ukochanej dziewczynie potworności jakich stał się świadkiem i uczestnikiem? Tortur, jakich stał się ofiarą? W jaki sposób miałby zobrazować dziewczynie głód jaki odczuwał i chorobę, która go dręczyła? Jak ukazać ból po uderzeniach bambusowego kija na wychudzone, nagie ciało? Jak opisać przyjaciela, który leży obok umierając na dyzenterię, pijąc zakażoną wodę? Zderzenie dwóch cywilizacji doprowadziło do ostatecznych rozwiązań i niezrównanych okrucieństw. Pewne siebie chłopaki, którzy zdecydowali się wyruszyć na wody Pacyfiku już nigdy tak naprawdę nie wrócili. Część zginęła na podjazdowych wojnach prowadzonych na pomniejszych wysepkach, część na japońskich ziemiach, a część już na zawsze utraciła swoją tożsamość. Zostali złamani, uszkodzeni, wewnętrznie zniszczeni tym, czego stali się świadkami. Do kraju powróciły duchy, skorupy mężczyzn, którymi byli dawniej, niczym mityczni Odyseusze, którym przytrafiło się zbyt wiele, by mogli powrócić do rzeczywistości. Do swoich wiecznie wyczekujących Penelop, które tak jak Sadie, pragnęły jedynie wytrwać i doczekać momentu ponownego złączenia.

W ten sposób okazuje się, że powieść Crummeya nie jest wcale historią miłości, ale opowieścią o tym co z tej miłości pozostało po konfrontacji z koszmarem wojny. Całkiem metaforycznie i zupełnie prawdziwie, tak jak cały świat po tym okrutnym konflikcie, miłość Mercedes i Wisha legła w gruzach. Stała się tytułowym „pobojowiskiem”, które nie zna do końca swojego przeznaczenia. Sadie, wkładając nawet całą swoją siłę i pokłady czułości, nigdy nie będzie potrafiła go do końca zrozumieć. Nie będzie mogła za nim podążyć. Ich miłość na zawsze może pozostać zrujnowana, ale może także spróbować odbudować się na nowo. To już nigdy nie będzie to samo uczucie. Nigdy nie będzie ta pierwsza młodzieńcza miłość pełna motyli w brzuchu i skrywanych pieszczot. To będzie uczucie naznaczone mnóstwem blizn, koszmarem, którego nie da się zapomnieć i podbite nienawiścią, która na zawsze zalęgła się w sercu Wisha. Widmem znad Pacyfiku, które do śmierci będzie snuć się za jego żołnierskim duchem. Ale jednak będzie to miłość. I być może mocniejsza, bardziej świadoma, która już nigdy nie pozwoli się pokonać.

* Za egzemplarz recenzencki „Pobojowiska” pięknie dziękuję panu Michałowi Alenowiczowi z wydawnictwa Wiatr od Morza.

** Kto historii bitw na Pacyfiku nie zna, a jest choć trochę zaintrygowany, to polecam bardzo bardzo mocno dziesięcioodcinkowy, cudowny serial produkcji HBO i niezrównanego Stevena Spielberga zatytułowany ” The Pacific”, a na dokładkę prześwietny film w reżyserii Petera Webbera „Cesarz” (org. „Emperor”).

„The Painter” Peter Heller

Bombla_ThePainter

 

„Most of us are never seen, not clearly, and when we are we likely jump and run. Because being seen can be followed by the crack of a shot or the twang of an arrow.”

Czy znacie to uczucie, gdy w waszym wyjątkowym, zorganizowanym życiu coś zaczyna szwankować i rozpadać się, ale zupełnie poza waszą kontrolą? Gdy stajecie się biernymi obserwatorami zniszczenia czegoś co budowaliście przez tyle lat, mozolnie i z poświęceniem wszystkich swoich możliwych sił? Gdy wali się wasze życie i nic nie potraficie z tym zrobić? Gdy ktoś rani kogoś bliskiego, zupełnie niespodziewanie, całkowicie przypadkowo, a wam nie pozostaje nic innego jak patrzeć na ich cierpienie i czekać na lepsze chwile? Ci, których spotyka takie smutne przeznaczenie dzielą się zazwyczaj na  dwie, nierówne grupy. Jedni zwieszają głowę i godzą się ze swoim losem. Są gotowi nadstawić drugi policzek i niczym biblijny Hiob czekać na kolejny cios. Natomiast drudzy, ta mniejsza grupa, to tacy, dla których już nawet ta jedna tragedia, jeden moment zawahania równowagi to zbyt wiele. To ci, którzy mają w sobie brutalną siłę i wiarę w możliwość odbicia przeznaczenia. Każde kolejne załamanie prowadzi do momentu ostatecznego przejścia – przekroczenia punktu, z którego już nie będzie powrotu. Wybór ścieżki stanie się ostateczny, a przyszłość na ścieżce zemsty mocno niepewna.

W swojej najnowszej powieści „The Painter” (dosł. „malarz”) Peter Heller snuje historię człowieka, który wybrał drugą, trudniejszą drogę. Mroczniejszą i nie do końca określoną. Poprzednia, debiutancka powieść tego niezwykłego amerykańskiego publicysty, zapalonego wędkarza, kajakarza i survivalowca, zatytułowana „Gwiazdozbiór psa”, w zeszłym roku po prostu zbiła mnie z nóg (klik! klik!). Wzruszała raz po raz, drażniła najczulsze struny i prowokowała do rozmyślań. Wszystko z męskiej surowej perspektywy człowieka, który współistnieje w zgodzie z przyrodą i swoją pierwotną częścią osobowości. W przypadku „The Painter” jest dokładnie tak samo. Powieść chwyta za serce, wzburza, podbija stawki i nie pozwala zaczerpnąć tchu. Zaskakuje niejednoznacznością, zmusza do rozmyślań i rozważań na temat ludzkiej kondycji, dychotomii dobra i zła, a także konieczności zemsty. To opowieść o zbrodni, wyrzutach sumienia i konieczności podejmowania trudnych decyzji w rzeczywistości, w której przestają obowiązywać pewne ustalone zasady, a granica pomiędzy tym do dobre i złe często rozmazuje się.

Bohaterem „The Painter” jest Jim Stegner – dzisiaj ustabilizowany, rozchwytywany malarz-ekspresjonista. Prawdziwy, lekko ekscentryczny artysta po czterdziestce, który przed światem ukrywa się w górskim domku w Kolorado, tworząc swoje niezwykłe obrazy i relaksując się poprzez wędkowanie w pobliskich strumieniach i rzeczkach. Próbuje prowadzić spokojną egzystencję, nikomu nie wadząc, z dala od innych ludzi, bez możliwości sprowokowania przemocy, czy niepotrzebnego cierpienia. Ale życie Jima kiedyś nie wyglądało tak pozornie błogo. Jim od lat zmaga się ze stratą. Wielkim bólem i żałobą, z której nie potrafi się wydostać. Kiedyś Jim miał żonę i śliczną córkę, która była dla niego całym światem. Urocza dziewczynka, która po ojcu odziedziczyła zamiłowanie do wędkowania, wspinania się po górach, leśnych wędrówek, a także wielką miłość do otaczającej ją przyrody. Ojciec i córka przeżyli ze sobą mnóstwo najszczęśliwszych w ich życiu chwil. Ale jak to bywa z dzieciakami, gdy zaczynają dorastać, córka Jima wpadła w kłopoty. Po tacie miała wybuchowy temperament i lubiła ryzyko. Miała słabość do rozrabiaków. Jeden z nich, jej pierwsza wielka miłość, wciągnął dziewczynę w narkotyki. I pewnego dnia wydarzyła się tragedia – córka Jima ginie dźgnięta nożem na parkingu, kupując kolejną działkę.

Śmierć córki złamała Jima, zniszczyła jego małżeństwo i wywołała falę niepohamowanych brutalnych emocji, które ten próbował uciszać najpierw alkoholem, a potem malowaniem. Jego świat zachwiał sie w posadach, runęły marzenia i plany, ale udało mu się jako tako ustatkować. Poprzez swoje niezwykłe obrazy kontrolował siebie. Przelewał  na płótna to co miał w sobie najlepszego. Tylko czasami domyślał się, że drzemie w nim coś, co dawno dawno temu uśpił na chwilę. Bo widzicie,  lata wcześniej Jim próbował zastrzelić człowieka. Z premedytacją. Dodam tylko, że człowiek ten był gwałcicielem, któremu udało się cudem uniknąć kary więzienia. Jim odsiedział swoje, naprawił swoje życie najlepiej jak potrafił i wyprowadził je na prostą. W tym pełnym przemocy akcie oddawał sprawiedliwość za wszystkie skrzywdzone dziewczynki. Ale pewnego dnia Jim po raz kolejny zostaje wystawiony na próbę – jest świadkiem okrutnego znęcania się nad małym koniem. Młodziutką klacz katuje znany miejscowy myśliwy, człowiek, który w małej społeczności wzbudza respekt i strach. Ale Jim nie pozostaje obojętny.

Peter Heller po raz kolejny zbudował niezwykle poruszającą scenę (jedną z bardzo wielu), w której czytelnik wraz z bohaterem staje przed niezwykle trudnym moralnie wyborem. To co wydarzy się w chwilę później naznaczy przeznaczenie Jima już na zawsze. To będzie ten ostateczny punkt, z którego nie będzie już nigdy powrotu. Jim traci coś i rozbudza w sobie instynkt, który drzemał w nim od lat. Obserwujemy z niemym okrzykiem na twarzy jak świat Malarza rozpada się i odbudowuje po chwili, raz za razem, inaczej, jak w kalejdoskopie. Bohater „The Painter” musi odzyskać siebie i jednocześnie poznać siebie na nowo. Brutalna natura człowieka, nieujarzmiona strona jego charakteru, zrodzona ze spokoju przemoc – z jednej strony nie można mu nie dopingować, ale z drugiej łatwo się domyślić do czego taka nagła wolność prowadzi. Realizm każdej kolejnej sceny nie pozwala nam zapomnieć, jak bardzo życiowym bohaterem jest Jim Stegner. Jak bardzo realne są jego cierpienie, ból i wschodząca wściekłość. Jak bardzo pragnie odzyskać to, co tak bezpowrotnie utracił. Jim zmienia się, przekształca, jego malarski styl dojrzewa wraz z nim. Sielankowe życie nabiera mroczniejszych barw, tak jak jego obrazy. A jednak coś także w tej ciemności się rodzi i wcale nie musi być to rzecz jednoznacznie zła.

„The Painter” trzyma w napięciu, torturuje czytelnika trudnością dokonania wyboru, jednocześnie wciąga w swój nostalgiczny, piękny świat harmonijnej przyrody, gdzie wszystko czemuś służy, każdy element idealnie pasuje do układanki. To proza wyzuta z „ochów” i „achów”, czysta i pierwotna, sięgająca sedna, wzruszająca swoją prostotą. Ta opowieść miejscami pachnie lasem, palonym drewnem i żywicą,  a czasami poranną rosą, górskimi potokami i czymś ulotnym, dzikim, kryjącym się wśród drzew. Czymś czego do końca nie można nazwać, co niesie za sobą metaliczny zapach krwi, piżma i strachu. Peter Heller oczarował mnie i zahipnotyzował głębią, cierpieniem, ale także miłością i wspomnieniem szczęścia. Szczęścia, które można odbudować na nowo, od podstaw, gdy tylko stawi się czoła swoim emocjom i przestanie się uciekać.

 O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Lottery” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneTheLottery

„There’s always been a lottery.”

Zawsze odczuwałam swoisty lęk i dystans wobec małych, ograniczonych od lat społeczności. Wizja wniknięcia w struktury takich niewielkich wiosek, odizolowanych od reszty świata miasteczek wydaje mi się przedsięwzięciem wielce ryzykownym, prowokującym do skomplikowanych sytuacji i niekontrolowanych wydarzeń. Obcy wśród samych swoich. Gość na kolejne kilka pokoleń, zanim w pełni zostanie się zaakceptowanym. Odwieczne struktury, układy i zasady panujące w wśród takich społeczności maja w sobie coś bardzo pierwotnego, coś co pozwala powrócić myślami do czasów, zanim to wszystko tak naprawdę na dobre się rozpoczęło. W końcu cywilizacja została zbudowana na wyborze człowieka. Na ustanowieniu reguł, którymi grupa ludzi ma się między sobą kierować. Na braterstwie, miłości, ale także na umiejętności pozbywania się tego, kto ze struktur się wyłamuje, kto nie pasuje do jedynej, dobrej, ustanowionej formy. Łatwo w takich grupach stać się Innym. Wyrzutkiem, niechcianym i nienawidzonym. Wystarczyło wyłamać się tylko trochę, tylko odrobinkę, przez moment stać się wyjątkowym, by juz na zawsze przybrać formę heretyka, dziwaka, czy czarownicy. A takich trzeba się pozbyć. Szybko i łatwo. Na przykład za pomocą corocznej loterii.

W losowaniu i ostatecznym ukształtowaniu przeznaczenia jednego z nich biorą udział bohaterowie krótkiego opowiadania Shirley Jackson zatytułowanego „The Lottery” („Loteria”). W małym miasteczku, w zasadzie wiosce zamieszkałej przez trzysta osób znających się na wylot, każdego roku w pewien czerwcowy dzień od zawsze odbywa się loteria. Wszyscy mieszkańcy, co do jednego, muszą stawić się na placu i wziąć udział w losowaniu. Nikt nie zna początków tej tradycji i nie potrafi wyjaśnić jej istoty czy celu – loteria w wiosce odbywa się od zawsze i tak ma być. Zasady losowania są bardzo proste. Z czarnego pudełka (które po latach już w ogóle nie jest czarne), każdy z mieszkańców wyciąga po jednym głosie. Na jednym ze świstków papieru narysowana jest czarna kropka. Nic więcej. Nikt nie chce wylosować czarnej kropki, bo każdy, nawet najmniejsze dziecko wie, czym kończy się czarna kropka i co dla takiej osoby oznacza. I tylko tyle. Lub aż tyle. W powietrzu czuć rosnące podniecenie – na kogo tym razem padnie los?

„The Lottery” to historia społeczności ślepo trwającej w tradycji, podążającej tropami swoich przodków, nie zważając wcale na zmiany obyczajowe, czy cywilizacyjne. Zakorzenieni w okrutnej przeszłości kontynuują ustanowione przed wiekami losowanie, korzystając z reliktów śmierci z danych lat. Przeraża powszechność tego losowania, pośpiech w kolejnych, mechanicznie odgrywanych czynnościach. Bo każdy chce wrócić do swoich zadań, do domu, mieć to już za sobą. Wielkie spotkanie miejscowych, na którym każdy się śmieje, a jednocześnie śledzi nawet najmniejszy swój ruch. Groza wypływa z oczekiwania na werdykt i z jego beznamiętnej egzekucji. Nie liczą się wtedy już więzy rodzinne. Nie liczą się przyjaźnie czy miłości. Każdy jest sobie równy. Każdy może w chwilę moment stać swoim największym wrogiem. A wybór może paść na każdego. Jest zupełnie przypadkowy, niewymierzony w niczyją słabość. Przynajmniej tak się wydaje. Przynajmniej w to chcemy wierzyć. W końcu tak miało być. Tak jest co roku. Tak jest od zawsze. Bo loteria nie ma początku i nie widać jej końca. Trwa, nawet poza upalnym czerwcowym dniem, poza placem zgromadzeń, wryta w podświadomość mieszkańców, ich umysły i serca.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się, że pewnego dnia wybór padnie na mnie.

O.

*Pełny tekst tego króciutkiego opowiadania Shirley Jackson znajdziecie całkiem za darmo, w oryginale TUTAJ (klik! klik!)

„Kochanek” Marguerite Duras

Bombla_Kochanek

 

„Dziewczyna wsiada do czarnego auta. Drzwi się zamykają. Naraz pojawia się ledwie wyczuwalny smutek, jakby zmęczenie, światło na rzece blednie. Leciutkie ogłuszenie, wszędzie mgła.”

Każdego roku, zawsze jakoś tak w początkach kwietnia, ewentualnie w połowie miesiąca, przychodzi taki krótki moment wielkich upałów. Tuż po mroźnej zimie przyroda stwarza pozory wczesnego lata, wszystko naraz zaczyna budzić się do życia, czuć witalność w każdym najmniejszym pączku. A zaraz po tej dziwnej fali „truskawkowej wiosny” zaczynają się pierwsze ciepłe burze, ulewy, które zamiast ukojenia przez kilka dni tworzą aurę dusznych tropików. W powietrzu czuć wilgoć, zapach ziemi i wnoszących się roślin. Nowa pora roku przejmuje dowodzenie i wkracza pełną parą. To właśnie w te pierwsze przesycone wilgocią, pozornie gorące dni przypomina mi się pewna wyjątkowa powieść. Jedna z tych, do których wracam prawie każdego roku, gdy za oknem snuje się aura zapowiadająca prawdziwą wiosnę. Historia namiętności i niegasnącego pożądania, opowieść o miłości i odkrywaniu siebie. Jedna z najbardziej poruszających francuskich opowieści z wątkiem autobiograficznym – „Kochanek” („L’Amant”) Marguerite Duras.

Powieść ukazała się po raz pierwszy w 1984 roku i od razu stała się ewenementem wydawniczym, a jeszcze tego samego roku zdobyła prestiżową Nagrodę Goncourt. W kilka lat później, gdy powstawał film na podstawie „Kochanka” pod tym samym tytułem, o Marguerite Duras znowu stało się głośno, gdy przyznała, że to właśnie jej osobiste doświadczenia z młodości stały się podstawą do napisania powieści. Podobnie jak jej bohaterka, pisarka urodziła się w indochińskiej francuskiej kolonii, w jednym z sajgońskich miasteczek, gdzie jej rodzice prowadzili miejscową szkołę. Jednak po śmierci męża, matka Marguerite zabrała dzieci (dwóch synów i córkę) i wyprowadziła się do Sa Dec, również w jednej z prowincji Sajgonu. Opowiadana przez nią historia zaczyna się właśnie tam, pod koniec lat dwudziestych, gdy dziewczyna ma lat piętnaście i pół. I od tego momentu zapominamy o Marguerite, a wkraczamy w życie bezimiennej bohaterki „Kochanka”.

Jak to bywa w opowieściach-wspomnieniach, historia rozpoczyna się wiele lat po wydarzeniach, gdy narratorka już z pewnej rozmytej perspektywy niby snu przypomina sobie młodzieńcze lata. Myślami powraca do smutnych dni dzieciństwa, gdy po śmierci ojca pogarszająca się z dnia na dzień finansowa sytuacja rodziny, zmusza jej matkę do przeprowadzki i podjęcia się pracy na pensji w sajgońskim Sa Dec. Od pierwszych zdań wypływających spod pióra autorki czujemy gorycz. Czujemy jakiś chłód i dystans do tych najwcześniejszych wspomnień. Czytamy o dziewczynce, która żyła w ciągłym strachu i wstydzie. Śmiertelnie bała się starszego brata, ulubieńca matki, który znęcał się psychicznie i fizycznie nad całą rodziną. Bił, wyzywał, kradł – matka wybaczała mu wszystko, bo był najstarszy i był najbardziej jej.  Prawdziwy syn. Pierwszy i jedyny. Nieistotne było wcale, że był jeszcze jeden chłopiec w domu i dorastająca dziewczynka. Oni musieli się podporządkowywać pod humory starszego brata, szeptać po kątach, uciekać wzrokiem, ukrywać, gdy nadchodziła odpowiednia pora. Nie mieli nikogo do obrony. Rządziła przemoc i humory sadysty.

Jej matka od zawsze była nieszczęśliwa. Biernie pogodzona z losem, wiecznie smutna, przekonana o utracie wszelkiej kontroli. Jednak umiała stwarzać pozory. Udawać, że to ich kolonialne życie jest takie normalne. Takie zwyczajne i szczere. Kiedy udawała, że wcale nie żyją w skrajnej nędzy i wbrew zdrowemu rozsądkowi wciąż trzymała na służbie boya. Nie dojadali, albo żywili się resztkami, ale przynoszonymi im przez służącego, jak na białą rodzinę kolonistów przystało. Pozory szczęścia stwarzała również wtedy, gdy odsyłała najstarszego syna daleko od domu. Organizowała wtedy wielkie sprzątanie, grała na pianinie i tańczyła z młodszymi dziećmi. Albo wtedy gdy nieobecnym wzrokiem spoglądała na swoją dorastającą córkę i rozmyślała o jej przyszłości. O wykształceniu, które dziewczyna musi zdobyć. I wtedy gdy kupowała jej dziwne, niedopasowane do rosnącego ciała ubrania, które na dorosłej kobiecie byłyby znoszonymi łachmanami, ale na jej córce wyglądały jakoś inaczej. Ulotnie i bardzo prowokacyjnie. Wyobraźcie sobie piętnastolatkę – jeszcze niepewne, dojrzewające ciało. Na nie narzucona znoszona, niemal przezroczysta sukienka po matce. Bez rękawów. Z dużym dekoltem. Na głowie męski, przekrzywiony kapelusz. Na stopach wieczorowe pantofelki na obcasie. Sama o sobie dziewczyna mówi „urocza”, „czarująca”, bo spoglądają na nią inni biali mężczyźni z kolonii i składają dwuznaczne propozycje, zapraszając do siebie pod nieobecność ich żon. Dziewczyna nie korzysta, ale zapamiętuje. Upaja się swoją wyjątkowością. Ta cała przeszłość prowadzi do nieuniknionego. Buduje podwaliny dla jej przeznaczenia.

I pewnego dnia, tego wyjątkowego dnia, płynąc przez rzekę Mekong do szkoły, dziewczyna wchodzi do limuzyny bogatego, przystojnego Chińczyka. Ona już wie dlaczego on ją zaprosił. I wie do czego jej zgoda doprowadzi. A jednak waha się jedynie przez moment. I on i ona wpadają w pułapkę. Godzą się oboje na przekroczenie pewnej bariery, tak rasowej, jak społecznej. Z dnia na dzień zatracają się w sobie. Są odpowiedzią na swoje potrzeby. W jego wilgotnej, dusznej garsonierze, w upalne popołudnia oddają się namiętnościom. Ona po raz pierwszy w życiu. Na własne życzenie. Romans biednej, upodlonej białej dziewczynki z bogatym, starszym od niej Chińczykiem to nadgryzanie zakazanego owocu. Tworzenie ostatecznej bariery przed jej potworną, rozpadającą się rodziną. Poznawanie ciała, upajanie się pożądaniem to bunt przeciw przemocy, przeciw zamkniętej na prawdę matce, przeciw wszystkiemu co brudne i złe. Zachodzi transgresja możliwości, transgresja oczekiwań i pragnień – byle iść dalej, byle nie patrzeć za siebie. Beż żalu. Bez miłości.

Nie jestem pewna czemu „Kochanek” powraca do mnie w wiosennej porze każdego roku, bo w Sajgonie z tej powieści wiosny nie ma. Jest tylko ciężka wisząca upalna wilgoć. Monotonia, która wysysa życiową energię i odbiera chęć do normalności. Jest w tej dusznej, przepełnionej fizycznością atmosferze coś, co przyciąga do siebie dziewczynkę i mężczyznę i prowokuje do kolejnych wydarzeń. Inspiruje do przekraczania kolejnych granic i łamania tabu. Ona buntuje sie przeciw tyranii brata i  obojętności matki, on przeciw ojcu i przeciw grupie społecznej, do której należy. Każde z nich szuka w ramionach tego drugiego siebie, odbicia i potwierdzenia, że są istotni, że sami decydują o swoim życiu. W tych pierwszych oparach namiętności chcą się przekonać, że tylko od nich zależy ich kolejny krok. Pragną wierzyć, że mogą stanąć naprzeciw przeznaczeniu.

„Kochanek” Marguerite Duras wzbudza w czytelniku różne, zupełnie skrajne emocje. To powieść kontrowersyjna, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Historia prawdziwa-nieprawdziwa, łącząca w sobie rzeczywiste wspomnienia i literacką fikcję. O dziewczynie, która w ramionach starszego kochanka poszukiwała siebie i właśnie w tej jego pogrążonej w mroku garsonierze odnalazła to, czego pragnęła. Siłę, która pozwoliła jej wyzwolić się ze szponów toksycznej rodziny i odnaleźć ścieżkę do zostania pisarką. Przestała bać się marzeń. Stała się po prostu sobą.

O.

*W ramach bukowej ciekawostki: w tym roku, a dokładnie 4 kwietnia minęła setna rocznica urodzin tej wyjątkowej francuskiej pisarki.