Blogowa zabawa: Jaką jestem czytelniczką?

Bombla_JaCzytelniczkaUsłyszałam zew. Podwójny nawet. Wołali mnie Taki i Marta. A jak wywołują, to nic tylko odpowiadać. Tak oto słów kilka o mnie, jako pożeraczu buków, czyli obsesyjnej czytelniczce. A ja wywołuję Ewelinę, Ankę i Monikę: AUUU! (tak trochę jakby niechcąco wyszły „team Dżejkob” i inne „Forever Lycans”, ale zupełnie niespecjalnie) – odpowiedzcie na mój zew jeśli tylko macie na to ochotę 😀

  • To po moich rodzicach odziedziczyłam bezwarunkową miłość do książek, literatury i czytania w ogóle. Od najwcześniejszych lat Mama z Tatą podrzucali mi co smaczniejsze kąski i kształtowali mój literacki gust. W ten sposób, już w wieku kilku lat wielbiłam Muminki, baśnie Braci Grimm (ulubiona to do dzisiaj „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka”), a razem z Tatą na głos cytowaliśmy pierwsze zdania „Szczęśliwego Księcia” Oscara Wilde’a. 🙂
  • Jestem mistrzynią planowania. Planuję wszystko, więc siłą rzeczy także kolejne lektury i kolejne wpisy. Często sto lat do przodu; np. obecnie mam 20 bukowych tytułów już wyczekujących w kolejce (poza listą tych obowiązkowych do przeczytania w ogóle). No i wpisy poukładane też 😀
  • Nieistotna jest dla mnie forma. Nieważne czy to audiobook, ebook, czy tradycyjna papierowa książka – liczy się wyłącznie opowieść.
  • Uwielbiam zakładki do książek. Zbieram od lat, nie nałogowo, ale małą kolekcję już mam i wielbię je bardzo.
  • Nie pożyczam książek. Albo nie. Inaczej – pożyczam. Ale tylko jednej osobie (poza rodzinnymi wymianami) – mojej zaufanej Goshi, która książki wielbi i szanuje tak jak ja. Zbyt wiele buków nie wróciło do nas z okolicznych wojaży niestety, nie udało mi się ich odzyskać, więc zaufanie prysło raz dwa.
  • Gdybym nagle, ni stąd ni zowąd, musiała przenosić się na bezludną wyspę, a miałabym wybrać TYLKO jedną książkę, to byłoby to „Sto lat samotności” Gabriela García Márqueza. To mój pierwszy naprawdę bardzo, bardzo Duży Buk, do którego wracam co kilka lat, a który zainspirował mnie do stworzenia tego bloga.
  • Czytam wszędzie, gdzie tylko się da. Zawsze jest przy mnie chociaż jedna książka, która mogę nadgryźć w wolnej chwili np. w kolejce w banku, u fryzjera, czy przy rodzinnym obiedzie 😉
  • Mogłabym nosić koszulkę z napisem: „Czytam. Nie przeszkadzać.” – gdy ktoś przerywa mi lekturę na zwyczajne pogaduchy, zamieniam się w Królową Śniegu, Lodu i Chłodu. Ewentualnie w Białą Czarownicę i odwracam uwagę takiej gaduły jakimś rachatłukum.
  • Zawsze analizuję i przeszukuję treść danej książki w poszukiwaniu jednego, konkretnego zagadnienia.
  • Uwielbiam nadinterpretować, co zdarza mi się dość często.
  • Mam słabość do dzieł Markiza de Sade. Jakoś tak wszyło dziwnie, że w ogóle mam słabość do literatury krwawej, gore, pełnej flaków i przemocy i nie mam na to wytłumaczenia (chociaż to pewnie wina tych Braci Grimm i Wilde’a) 😉
  • Jestem czytelniczką wielojęzyczną – czytam po polsku, angielsku, francusku i po hiszpańsku (niestety w tym ostatnim wyjątkowo rzadko), co daje mi kupę radochy i otwiera mnóstwo możliwości pożerania różnorakich historii.

Bo warto czytać.

O.

A na zakończenie selfie-shelfie, czyli kawałek biblioteczki, aktualnie czytany buk i ja i pozdrowienia dla Was 😀

Shelfie

Podsumowanie miesiąca – KWIECIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieKwiecieńKilka dni temu, tak a propos wpisu na blogu DarkAngelOfRevolution (klik! klik!) i kolejnej powieści, którą MUSZĘ przeczytać, doszłam do wniosku, że czas już przenieść się do swojego tajnego laboratorium i rozpocząć pracę na skonstruowaniem maszyny do przedłużania doby w nieskończoność lub/i zatrzymywania czasu (może uda się żeby miała takie podwójne działanie). Co miesiąc marudzę Wam, że „nie wiem kiedy to wszystko minęło” i zaczyna mnie to przerażać, bo no właśnie: KIEDY MINĄŁ KWIECIEŃ?! Nie wiem. Nie wiem totalnie, ale wiem, że już nawet jest maj i czas na podsumowanie.

To jak to było na Wielkim Buku? Tak myślę, że był to naprawdę fajny i udany pod względem bukowym miesiąc. Opublikowałam 11 tekstów, w tym post MAJÓWKOWY, który wciąż idealnie nadaje się do inspiracji czytelniczych na wolne dni. I zrobiłam Wam całkiem sympatyczną i trochę straszną niespodziankę wprowadzając nowy cykl, czyli BEZSENNE ŚRODY, które uważam za niezwykle udany. Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radocha, że chcecie czytać i Wam się podoba! 😀 I przypominam, że wciąż czekam na polecanki w tym kierunku – krótkie historie/opowiadania/nowele z gatunku grozy/horroru/thrillera. Tak informacyjnie, kto ciekaw, to w zakładce indeks, pod hasłem „Bezsenne środy” znajdują się linki do wszystkich dotychczas opublikowanych tekstów.

Za mną 8 przeczytanych książek + dodatkowe dwie nadgryzione, czyli klasycznie, trzymam czytelniczy poziom, jak pod linijkę i na bukowym froncie bez zmian 😉 Tym razem tylko 3 książki były czytane w oryginale, a reszta w przekładzie. Uważam za wyjątkowe zjawisko pojawienie się w jednym miesiącu dwóch polskich tytułów (bo wiecie, że z polską literaturą u mnie bywa krucho, ale nadrabiam). Dwa poniższe tytuły to audiobooki, co również mnie cieszy, bo lubię różnorodność formy.

W tym miesiącu przeczytane:

„Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – o tym jak naprawić bieg wydarzeń, raz za razem – do poczytania TUTAJ.

„Śpiewaj Ogrody” Paweł Huelle – ogromne pozytywne zaskoczenie i literacki zachwyt – do poczytania TUTAJ.

„The Bird Eater” Ania Ahlborn – horror/niehorror o nawiedzonym domu – do poczytania TUTAJ.

„The Flame Throwers” Rachel Kushner – jedna z głośniejszych powieści zeszłego roku, uznana nawet za tzw. „współczesny klasyk”, niestety nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia. Opowieść o kobiecości, dojrzewaniu, ale tak trochę w stylu alter ego Lany del Rey z jej teledysków. Nie przekonała mnie.

„Czas Zabijania” John Grisham („A Time to Kill”) – mocny, brutalny, świetny thriller sądowy – do poczytania TUTAJ.

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen – najpierw był film, który pokochałam od pierwszych scen, a po latach książka. Zupełnie inna niż się spodziewałam, ale wciąż magiczna i bardzo poetycka. – niebawem na Buku!

„Kochanek” Marguerite Duras („L’Amant”) – przeczytana po raz kolejny, cudowna, pełna namiętności – niebawem na Buku!

„Parabellum: Prędkość ucieczki” Remigiusz Mróz – wciągający pierwszy tom wojenno-przygodowej serii Parabellum; czekam na więcej – już w poniedziałek!

„Jurassic Park” Michael Crichton – dinozaury. Uwielbiam. Wciąż w trakcie czytania.

„Gone Girl” Gillian Flynn – thrillerowe amerykańskie zjawisko, a już nadchodzi ekranizacja w reżyserii Davida Finchera! – w trakcie czytania.

Pod względem zdobyczy, kwiecień był wyjątkowo udanym miesiącem. Przy okazji rodzinnych spotkań rodzice podwieźli mi kilka domowych książek, o które prosiłam. Do tego powrócił do mnie jeden wielki kolos i zupełnie niespodziewanie dostałam propozycję zrecenzowania jednej z poniższych pozycji. Na czytniku pojawiło się również kilka nowości, no ale to sami zobaczcie:

ZESTAW kwietniowy (od góry):

ZESTAW Kwiecień2014

„49 opowiadań” Ernest Hemingway („The First Forty-Nine Stories”) – cudna zdobycz totalnie biblioteczna (dziękuję Tato!), na którą szykowałam się od miesięcy i po którą sięgnę już niebawem.

„Opowieści chłodnego morza” Paweł Huelle – domowe cudeńko z autografem autora dla Mamy i Taty. „Śpiewaj ogrody” zachwyciły mnie całkowicie, więc nie ma na co czekać, a kontynuować przygodę z autorem.

„Parabellum: Prędkość ucieczki” Remigiusz Mróz – odautorska niespodzianka z uroczym autografem, za który ślicznie dziękuję 🙂 – już w poniedziałek!

„Pianistka” i „Pożądanie” Elfriede Jelinek – z domowej biblioteczki. Oj długo się szykowałam na panią Jelinek. Kiedyś, kiedyś, próbowałam i odpadłam na przedbiegach, ale nadeszła w końcu upragniona dojrzałość i stwierdziłam, że książki tej autorki po prostu trzeba znać. I kropka.

„Kuchnia polska” Małgorzata Caprari – znacie już pewnie moją słabość do książek kucharskich i gotowania w ogóle, więc nikogo ta pozycja nie dziwi. A skąd takie nafaszerowane przepisami, przesmaczne cudo? Od rodziców, na zajączka 😀

„Literatura od kuchni” Bogusław Deptuła – tak tematycznie; o jedzeniu w niektórych, wybranych tekstach literackich. Przyjechało z domu i zamieszka teraz u mnie – om, nom nom!

„Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” Sir Arthur Conan Doyle – ten gigantyczny, wspaniały i grubaśny buk powrócił do nas (w końcu!) po trzyletnich wojażach rodzinnych. Tak, po trzech latach. Nawet nie zdążyłam przeczytać jednego opowiadania, a pofrunął w świat. Na szczęście powrócił. Bo czas nadrobić zaległości w przygodach Holmesa 😀

Z ebookowych nowości:

EbookiKwiecień

„Bird Eater” Ani Ahlborn i „The Flame Throwers” Rachel Kuchner

Z bukowych cudowności również w ramach zajączkowego prezentu, ale od Wujostwa tym razem, dostałam trzy cudne zakładki do mojej kolekcji – uwielbiam zakładki!

IMG_20140429_124716

A co w maju? Maj zapowiada się równie uroczo, ale z tego co mi się widzi, to nie będzie aż tylu nowości, chociaż jedna na pewno – bardzo mocno wyczekiwana już za kilka dni premiera 😀

Tłum opowieści czeka już na półkach wirtualnych i w domowej biblioteczce na poznanie, więc muszę gonić i się zaczytywać na dziko. Nawet lista następnych książek wypełniona jest już po brzegi, tylko kolejność muszę jeszcze obmyślić. Podobnie z Bezsennymi Środami –kolejne siedem strasznych historii mam już dla Was zaplanowanych 😀 Nic tylko pisać! I czytać.

Bo warto czytać.

O.

P.S. A w niedzielę moja odpowiedź na blogową zabawę: „Jakim jesteś czytelnikiem” 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „The Mask” Robert W. Chambers

Bombla_BezsenneTheMask

 

CAMILLA: You, sir, should unmask.
STRANGER: Indeed?
CASSILDA: Indeed it’s time. We all have laid aside disguise but you.
STRANGER: I wear no mask.
CAMILLA: (Terrified, aside to Cassilda.) No mask? No mask!

The King in Yellow: Act 1-Scene 2d.”*

The King in Yellow. Król w Żółci. Tom opowiadań. Zapomniana sztuka. Postać. Jeden z Pradawnych. By móc wkroczyć w świat opowiadań Roberta W. Chambersa i nie zatracić siebie gdzieś po drodze, warto najpierw poznać kilka niesamowitych faktów, które pozwolą lepiej zrozumieć czym tak naprawdę jest The King in Yellow. To sztuka. Zupełnie fikcyjna. Taka, która nigdy nie powstała. Zakazana. A jednak to właśnie jej treść jest wiodącym motywem poszczególnych historii Chambersa. Nawiedza ich bohaterów, by sprowadzić w otchłanie szaleństwa, do królestwa wiecznej żółci, gdzie dwa słońca podziwiają swoje oblicza w toni jeziora królestwa Carcossy. Nikt nie jest pewny z ilu aktów sztuka tak naprawdę się składała. Nikt do końca nie wie, co takiego kryła w sobie, że każdy kto zaczynał ją czytać pogrążał się w obłędzie i nigdy nie wracał do normalności. Jedno jest pewne – nam pozostały jedynie fragmenty, wycięte sceny i kilka symboli: tytułowy Król, władca tego szaleńczego królestwa, troje bohaterów, mieszkańców Carcosy i The Yellow Sign, czyli Żółty Znak, który przedostaje się do rzeczywistości opowiadań Chambersa, a który prowadzi bohaterów do zakazanego świata tej historii.

Along the shore the cloud waves break,
The twin suns sink behind the lake,
The shadows lengthen
In Carcosa.

„The Mask”, czyli Maska to drugie opowiadanie z tomu opowiadań Chambersa „The King in Yellow”. W dekadenckim środowisku wyzwolonych artystów, niejaki Boris Yvain wynajduje nową, wyjątkową metodę, która pozwala wszystko (WSZYSTKO) przekształcać  w marmurową rzeźbę. Boris, który inspirację do swoich alchemicznych eksperymentów odnalazł nie gdzieś indziej, a właśnie w zakazanych tomie The King in Yellow z czasem popada w obsesję, a wraz z postępującą chorobą jego twarz powoli zamienia się w bladą maskę śmierci. Jego najlepszy przyjaciel, Alec, który jest także narratorem tej historii, nie potrafi mu pomóc, jedynie biernie obserwuje przemianę Borisa i próbuje wspierać jego żonę Geneviève. Pewnego dnia, w akcie rozpaczy, będąc pod wpływem narkotyków, młoda kobieta wpada do „marmurowego” płynu i zamienia się w doskonałą, ludzką rzeźbę. Życia Borisa i Aleca staje się koszmarem. A do tego nic tutaj nie jest wcale takie jak się wydaje i wszelkie dramatyczne akty mogą mieć niesamowite rozwiązanie.

Opowiadanie Chambersa to pełna ukrytych symboli, odniesień i szalonych elementów historia, której wielowymiarowość jest jedną z jej najbardziej kluczowych cech. Obłąkana sztuka przewija się po kartach „Maski”, osacza jej bohaterów i hipnotyzuje ich umysły, przedostając się do naszego świata i wprowadzając szaleńcze motywy do naszego realnego życia. Im dalej pogrążamy się w świecie stworzonym przez autora, tym więcej rozmyślamy o Królu w Żółci, tym więcej pragniemy poznać dzieje mieszkańców upadłej Carsossy, tym bardziej marzymy o tym, by przeniknąć do tamtego świata, zobaczyć chociaż jego cień. Lub tylko zerknąć na kolejne strony tej zakazanej sztuki. Podejrzeć jej wizjonerskie oblicze zza zasłony opowieści. Tylko jeszcze jedna scena. Tylko jeszcze jeden akt.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo czuję gdzieś głęboko ukryte we mnie bliźniacze słońca Carcossy.

O.

*Tom opowiadań „The King in Yellow” inspirował największych z największych gatunku weird fiction. Król w Żółci, jako postać, trafił do mitologii Cthulhu Lovecrafta, stając się elementem kanonu, a jako zakazana sztuka, sprowadzająca ludzi w obłęd, zainspirował samego Edgara Allana Poe. Zachęcam do eksplorowania tego mythosu na własną rękę (i własną odpowiedzialność), zerkając chociażby na tę stronę: TUTAJ (klik! klik!)

**Pełny tom opowiadań Roberta W. Chambersa „The King in Yellow” znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik!klik!)

***A kto chciałby przeczytać tylko „The Mask”, to cały tekst opowiadania znajdzie TUTAJ (klik!klik!)

***A Tommyknocker z Samotni podrzucił link do polskiej edycji wydanej niedawno, do kupienia TUTAJ.

„Czas zabijania” John Grisham

Bombla_CzasZabijania

 

„That Mississippi Magic, is Mississippi madness now.
Whites don’t like black people.
Blacks don’t like white nohow.”

The Klan, Patsy Sims, str.44

„A band of faithful Klansmen
Knights of the K.K.K.
We all will stand together
Forever and for aye.”

Ku Klux Klan: America’s First Terrorists Exposed, ed. P. O’Donnell, str. 236

Mississippi. Uznany za jeden z najbardziej rasistowskich stanów USA. W niechlubnej czołówce wraz z Alabamą, Teksasem i Tennessee. Jedno z tych miejsc, w których, nieważne w jakiej epoce, nieistotne w jakim wieku, bezpieczniej jest urodzić się białym, lepiej być stamtąd, być „czystej krwi” Amerykaninem niż należeć do społecznej mniejszości. To właśnie w tych stanach, pomimo wszelkich światowych zmian i pomimo, wydawałoby się, pełnej integracji i tolerancji, znaleźć można miasteczka, w których wciąż władzę ma pewne stowarzyszenie. Społeczno-polityczne ugrupowanie, które przeszło do najmroczniejszych rozdziałów historii Stanów Zjednoczonych wraz ze swoimi linczami, płonącymi krzyżami i białymi kostiumami. Ugrupowanie zwane Niewidzialnym Imperium, czyli Ku Klux Klan. Jeśli myślicie, że jest to jedynie relikt przeszłości, smutne wspomnienie z czasów Wojny Secesyjnej, to z pewnością zaskoczy Was wiadomość, że KKK ma się całkiem dobrze. Istnieje, rozwija się i trwa, a ich ideologia „rasowej czystości” i „stuprocentowego amerykanizmu” zbiera swoje żniwo w XXI wieku, podobnie jak zbierała w wieku XX. I nic nie można na to poradzić.

Przepełnioną okrucieństwem, terrorem KKK i rasową nienawiścią historię opowiada John Grisham w pierwszej w dorobku powieści z 1989 roku zatytułowanej „Czas zabijania” („A Time to Kill”). Na początek kilka faktów z życia autora. Grisham, z zawodu prawnik, zanim jeszcze został bestsellerowym pisarzem, swoje pierwsze kroki w fachu stawiał właśnie w sądach stanu Mississippi. Prawo zna od podszewki, nieobce są mu sądowe konflikty o podłożu rasistowskim. W końcu to jego rodzinny stan przoduje w rasowej nienawiści. Do napisania jednego ze swoich najlepszych sądowych thrillerów, w których triumfuje do dziś, zainspirowały go prawdziwe wydarzenia, których świadkiem był w połowie lat osiemdziesiątych. Była to jedna ze spraw tak potwornych, tak niezwykle brutalnych, że nikt o zdrowym rozumie nie powinien mieć wątpliwości co do wymiaru kary.

„Czas zabijania” zaczyna się prawdziwym ciosem w czytelnika. Mimowolnie stajemy się świadkiem zbrodni. John Grisham doskonale dobrał sposób narracji, byśmy czuli się jak bierni obserwatorzy, postawieni przed wydarzeniami, na które nie mamy żadnego wpływu, a które od pierwszych chwil chcemy zatrzymać. Na polance, do pojedynczego drzewa, przywiązana jest sznurem dziesięcioletnia, czarnoskóra dziewczynka, Tonya Hailey. Tuż obok stoją jej porywacze, para doskonałych reprezentantów tego,  co nazywa się białą chołotą, czyli James Louis „Pete” Willard i Billy Ray Cobb. Piją piwo i obserwują zniszczenia, jakich udało im się dokonać na prawie bezwładnym już ciele dziewczynki. Brutalnie ją zgwałcili, wielokrotnie, na różne sposoby. Pobili w taki sposób, że jej twarz ledwo przypomina dziecięce rysy. Jej nagie ciało pokrywają serie siniaków, krwiaków i nacięć. Dwaj mężczyźni naśmiewają się, wydają z siebie serię rasistowskich okrzyków, oddają na dziecko mocz, po czym dochodzą do wniosku, że najlepiej pozbyć się jej dobijając ją i wrzucając ciało po drodze do rzeki. A mała Tonya jedyne o czym myśli, to jej tata, który nigdy nie przyszedł jej na ratunek.

Cudem dziewczynce udaje się przeżyć. Trafia do szpitala zmasakrowana, z poważnymi obrażeniami szczęki, nie mówiąc o obrażeniach wewnętrznych, przez które Tonya już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Para jej zidiociałych oprawców zostaje wkrótce złapana, gdy po pijaku w barze chwalili się, że „udało im się znaleźć jedyną czarnoskórą dziewicę w całym stanie”. Dziesięcioletnie dziecko. Przerażenie dotyka wyłącznie nielicznych. Jest rok 1984, prawie dekada po zniesieniu ostatnich oznak segregacji rasowej w USA, jednak w mentalności mieszkańców Clanton wszystko jest tak jak dawniej. Matki Pitta i Billego wypłakują oczy nad swoimi „biednymi synami, którzy przecież nie zrobili nic złego”, biała społeczność nie potrafi reagować poprawnie, bo to przecież „czarna dziewczynka”, więc zapowiada się proces, który wcale nie musi skończyć się tak jak powinien.  I wtedy wkracza ojciec Tonyi, Carl Lee, wraz ze swoim automatycznym karabinkiem. W sądzie, za jednym zamachem, zabija obu mężczyzn. Robi to z pełną świadomością czynu. W zemście. Całkiem otwarcie. I daje się aresztować. Jego obrony podejmuje się młody prawnik, nasz główny bohater, Jack Brigance, dla którego proces zrozpaczonego ojca stanie się najgłośniejszym procesem życia.

„Czas zabijania” na każdej stronie stawia tak swoim bohaterom, jak i czytelnikom jedno podstawowe pytanie: „A co ty byś zrobił?”. Łatwo, czysto teoretycznie, postawić się na miejscu Carla Lee. Gdy nie ma odpowiedzialności, gdy pozostają jedynie idee, łatwo jest określić swoją stronę. Ale gdy w grę wchodzi moralność czynu, kwestia osądzenia za podwójne morderstwo z premedytacją, sprawa nabiera odcieni szarości i już nic nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. John Grisham nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Tutaj nie można nie podjąć wyboru. Dostajemy pełny obraz wszystkich stron konfliktu. Rodziny Pitta i Billego. Rodzinę Tonyi i Jacka Brigance’a. Członków KKK, którzy zjeżdżają się z całego kraju, siejąc grozę i nienawiść. Sędziów i ławę przysięgłych. Gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce przez moment staje się najgłośniejszą sprawą w stanie Mississippi i wkrótce w całym kraju, bo wstrząsa opinią publiczną, a do tego generuje dyskusje na temat rasowych konfliktów. Znowu płoną krzyże. Klan ustanawia lincze. Wybuchają bomby. Giną kolejni ludzie. Nie ma końca przemocy. Nie ma końca nienawiści.

Historia zemsty kochającego ojca za gwałt na swojej córeczce to wyidealizowana wizja smutnej rzeczywistości, w której zazwyczaj brakuje happy endów. Wymiar sprawiedliwości często operuje niedoskonałymi paragrafami, które łatwo podważyć. Tym bardziej w systemie amerykańskim, w którym gra na emocjach ławy przysięgłych jest znanym chwytem stosowanym przez prawników. Takich przypadków, jak ten małej Tonyi, było w trudnej historii konfliktów Stanów Zjednoczonych najprawdopodobniej dziesiątki, jeśli nie setki. Te dziewczynki, bez względu na swoją przynależność rasową, rzadko doczekiwały się jasnej sprawiedliwości. Często musiały stawać ze swoim oprawcą twarzą w twarz, krótko po zapadnięciu niefortunnego wyroku. Córka Carla Lee miała szczęście pod postacią ojca, który w przypływie największej rozpaczy nie wahał się sam wymierzyć należnej kary. My byliśmy świadkami całej sceny, on nie. My mieliśmy dostęp do myśli Tonyi, gdy bezbronna wisiała na drzewie, on nie. My obserwowaliśmy czyny jej oprawców i słyszeliśmy ich chore motywacje.  My, poprzez słowa, czuliśmy jej ból, a jej ojciec mógł sobie go jedynie wyobrazić. I zrobił to, co wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. A ja nie muszę zadawać sobie pytania co bym zrobiła na jego miejscu – ja już to wiem i wiedziałam od początku.

O.

Majówka 2014

Bombla_Majówka2014Wiem, wiem – do majówki jeszcze prawie tydzień, a ja już przeżywam i planuję 😉 Sami wiecie – rozplanowywanie kolejnych lektur to jedno z moich ulubionych zajęć, a jeśli do tego dorzucić wybieranie najciekawszych pozycji tematycznych specjalnie dla Was, to już w ogóle jest wielka radość na bukowym ryjku. No a poza tym, to znając umiłowanie naszych rodaków do dni wolnych, urlopowania i łączenia sobie świąt różnorakich w jeden wolny od pracy ciąg, to pewnie dla niektórych majówka rozpoczyna się już dzisiaj i będzie trwać jeszcze trochę.

No właśnie. Majówka. Słonko (zazwyczaj, chociaż bywa i deszcz), leżakowanie, grillowanie, spacerowanie i różnorakie cuda urlopowe, z relaksem na czele. A dla mnie najpiękniejszym sposobem spędzania wolnego czasu jest jak zwykle czytanie. W zeszłym roku majówka była totalnie o tematyce wyjazdowej, skupiona przede wszystkim na opowieściach drogi, na idei podróży – kto nie pamięta, ten może zerknąć tutaj klik! klik!.

A  w tym roku, specjalnie dla Was, obmyśliłam pięć buków doskonałych na spędzanie czasu w domu, mieście, czy podróży różnorakiej. Podróże raczej symboliczne, oparte na fikcyjnych wspomnieniach, legendach, czy zasłyszanych historiach. Pięknej lektury!

Wendigo1. „Wendigo” Algernon Blackwood

Coś dla biwakowiczów, wielbicieli leśnej głuszy i namiotów.

Początek XX wieku. Październikowa dzicz kanadyjskich lasów. Mroczne, niepoznane szlaki i ciemne ostępy. Indiańska puszcza, pełna legend. I czterech myśliwych, którzy poszukują miejsca na idealne     polowanie. A wśród drzew słychać tajemnicze krzyki i nawoływania. Na ziemi widać tropy, które nie należą do żadnego znanego zwierzęcia. I pierwszy śnieg. Pustka, zimno, samotność w ciemności. Odpowiedź natury. Nadchodzi Wendigo. Więcej do poczytania TUTAJ.

Flamethrowers2. „The Flamethrowers” Rachel Kushner

Coś dla mieszczuchów, wielbicieli miast, które nigdy nie śpią.

Lata 70-te XX wieku. Nowy Jork. Stany Zjednoczone. I Reno – młoda dziewczyna u progu życia, która swoje uwielbienie do prędkości, motocykli i wyścigów przekłada na dekadencką sztukę i życie wśród artystycznej śmietanki Wielkiego Jabłka z przystojnym Włochem Sandro Valerą na czele. Jest miłość, jest poszukiwanie siebie, jest kobiecy bunt. A gdzieś w tle europejskie strajki, włoskie bogactwo i polityczne przemiany. O kobiecości. O dziewczęcości. O dorastaniu.

Joyride3. „Joyride” Jack Ketchum

Coś dla miłośników podróżowania samochodem i łapania stopa.

Carole ma dość swojego brutalnego, maltretującego ją męża. Nie potrafi się od niego uwolnić. Razem ze swoim kochankiem Lee planują morderstwo doskonałe. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie pewien świadek. Wayne. Ale Wayne wcale nie chce na nich donieść. Nie chce iść na policję. W morderczej parze widzi doskonałych przyszłych przyjaciół. Ludzi, którzy pozwolą mu eksplorować swoją głęboko skrywaną sadystyczną naturę. Wystarczy mały szantaż i cała trójka wyrusza na morderczą przejażdżkę, pozostawiając za sobą ciąg trupów. Dobre i mocne. Oparte na faktach. Ketchum.

imiona-kwiatow-i-dziewczat-b-iext33510324. „Imiona kwiatów i dziewcząt” Elizabeth Gilbert („Pilgrims and other stories”)

Coś dla wielbicieli krótkiej formy i podglądaczy życia.

12 opowiadań. 12 życiowych historii. 12 oderwanych momentów. Migawki. Przelotne spojrzenia. Uchwycone chwile. O poszukiwaniu własnej życiowej drogi. O ratowaniu miłości. O  przeszłości. Zwyczajni ludzie. Zwyczajne problemy. Wspomnienia. Myśli. Okruszki. Bez konkretnego czasu. Bez jednolitej przestrzeni. Bez początku i bez końca. Klimatyczne i intrygujące. Pozostawiające pozytywny niedosyt. Na małe chapsy.

Opactwo5. „Opactwo Northanger” Jane Austen („Northanger Abbey”)

Coś dla leniuchów i spragnionych dreszczyku przeżyć rozmarzonych domatorów.

Stare, mroczne zamczysko. Rodzinne tajemnice. I duchy w opuszczonych komnatach. Wielbicielka klasyki powieści gotyckiej Catherine Morland, zupełnie przypadkiem poznaje rodzeństwo Tilney i zostaje zaproszona do ich domu, tytułowego Opactwa Northanger. Tam, podążając tropem swoich ulubionych bohaterek, doszukuje się potworności, strzeżonych sekretów i popada w gotycką obsesję. Trochę parodia straszności. Trochę klasyczna Jane. I jak zawsze prześwietna.

A Wy macie jakieś sprawdzone, godne majówkowe czytadła? Dzielcie się koniecznie 😀

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Koty Ultharu” H.P. Lovecraft

Bombla_BEZSENNEKotyUltharu

 

„Rozmawiano o starym wieśniaku i jego żonie, o taborze dziwnych wędrowców, małym Menesie i o wyglądzie nieba podczas jego modlitwy, o tym, co robiły koty w noc, kiedy tabor odjechał, i o tym, co później znaleziono w starej chacie, pośród mrocznych drzew, przy zaniedbanym, zarośniętym chwastami, odrażającym poletku.”

Dla wielu z nas psy, koty i inni przydomowi pupile to, jak powiedział kiedyś Św. Franciszek z Asyżu, „nasi bracia mniejsi”, włochaci (lub niewłochaci) członkowie naszej rodziny, może mniej uprzywilejowani, ale nie znaczy to wcale, że mniej ważni. Gdy mowa o znęcaniu się nad zwierzętami, biciu ich i umęczaniu, każdy normalny człowiek wzdrygnie się na samą myśl. Właściciel, który szanuje i traktuje swoje zwierzę jak wiernego towarzysza wzdrygnie się prawdopodobnie z podwójną mocą, a przed oczami przelecą mu potworności, o których wcale nie chciałby myśleć. Wierzy, że byłby w stanie ochronić swojego zwierzęcego przyjaciela i za nic na świecie nie pozwoliłby go skrzywdzić. Ale opowieści, szczególnie te straszne, kierują się swoimi prawami, a czasami ich elementy możemy odnaleźć w naszej rzeczywistości. Jakkolwiek próbowalibyśmy udawać czy oszukiwać, że to się wcale nie dzieje, że świat się zmienia, a natura człowieka ewoluuje, to wciąż można usłyszeć o ludziach pokroju pewnej pary, np. takiej z jednego ze Snów Terroru i Śmierci.

„Koty Ultharu” to jedna z pierwszych opowieści legendarnego już Samotnika z Providence, ojca mitologii Cthulhu, czyli H.P. Lovecrafta. Jest to historia niezwykła na tle całej twórczości pisarza, bo dotykająca jedynie kawałka tego co niedopowiedziane, tajemnicze, a czego mistrzem był Lovecraft. W mieście Ulthar nie wolno zabijać kotów. Niby prosta sprawa, prawda? A jednak kiedyś, zanim przydarzyło się to, o czym opowiada ta historia, nie było to znowu takie oczywiste. W tym spokojnym mieście przepadano za kotami. Prawie w każdym domu był jeden i każdy z nich był ulubieńcem swoich właścicieli.  Ale nie wszystkim podobał się taki układ rzeczy, a raczej nie wszystkich dotyczyło to uwielbienie. Bo zawsze są jakieś wyjątki. Czasami okrutnie skrajne. Na przedmieściach, w ruderze wśród chaszczy, mieszkała dwójka złośliwych i zapijaczonych staruszków. Ta odrażająca para każdej nocy, w ramach zabawy, wyłapywała jednego kota i katowała go w sobie tylko znany, zwyrodniały sposób. Mieszkańcy wiedzieli o tym, ale milczeli ze strachu. Dlaczego? Nie wiem. I pewnego dnia przyjechała do miasta tajemnicza karawana z Południa, a wraz z nią mały chłopiec i jego ukochany koci pupil. A reszta to już legenda Ultharu. Ku przestrodze.

To krótkie opowiadanie Lovecrafta zawiera w sobie wszystko to, z czym, niestety możemy spotkać się i dzisiaj wszędzie tam, gdzie panuje ciemnota i niezrozumienie dla poszanowania zwierząt. Bo skoro wielu ludzi wciąż nie potrafi poprawnie zidentyfikować podstawowych praw człowieka, to tym bardziej nie będą potrafili ogarnąć swoim ograniczonym rozumem praw do życia wszystkich innych istot. Ale najważniejsze to nie pozostawać obojętnym. Nie zamykać oczu. Nie udawać, że nic się dzieje, gdy ktoś kogo znamy, lub którego mamy świadomość, maltretuje słabszych od siebie. Bo tego nie robi się kotu. Ani żadnej innej żyjącej istocie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę tęskne zawodzenie za oknem i już wiem, że to człowiek jest największym z największych potworów.

*Pełny tekst, w oryginale (Lovecraft pięknie pisał – kto zna angielski niech koniecznie spróbuje!) znajdziecie tutaj (klik! klik!).

**A w ramach uzupełnienia, kto chętny i kto natrafi, polecam prześwietny esej Lovecrafta zatytułowany Koty i Psy, w którym skrupulatnie udowadnia wyższość tych pierwszych nad drugimi, a który znajdziecie w „Koszmarach i fantazjach”. Co prawda jestem wielką psiarą, ale nie umiem nie cieszyć się z tego zabawnego tekstu i również Wam polecam.

„The Thief of Always” Clive Barker

Bombla_ThiefOfAlways

 

„The great grey beast February had eaten Harvey Swick alive.”

Poczucie wszechogarniającej, obezwładniającej nudy od zawsze kojarzy mi się z beztroskim okresem dzieciństwa. Co prawda wychowywana byłam w przeświadczeniu, że tylko głupi człowiek nudzi się sam ze sobą, więc wynajdowałam masę prześwietnych rzeczy jakimi można było zająć sobie mijający czas (origami, rysowanie, czytanie, różne plastyczne cuda). Tamte dziecięce lata to był niezwykły, krótki czas, kiedy można było robić cokolwiek się chciało, oczywiście w granicach rozsądku.  Jednak bywały momenty, szczególnie gdy za oknem panowała zimowo-wiosenna szaruga, a wszystkie koleżanki wydawały się nieadekwatne do moich pomysłów, że chciało się czegoś więcej. Tak jakby nie starczało przestrzeni dla mnie, gdy książki to było zbyt mało, zabawki były jakoś tak wybawione już i marzyłam o wielkich przygodach. Tak niezwykłych, tak niesamowitych, że równocześnie totalnie nierealnych, ale co to znaczyło dla mnie? Dziewczynki, którą ponosiła wyobraźnia?

Pewnego lutowego, bardzo deszczowego i szarego dnia, w zwyczajnym domu na przedmieściach, wynudza się śmiertelnie dziesięcioletni Harvey Swick – bohater niezwykłej powieści Clive’a Barkera „The Thief of Always” (w Polsce przetłumaczono jedynie powieść graficzną pod tym samym tytułem, pt. „Złodziej wszystkich czasów”). Harvey jest potwornie znudzony dosłownie wszystkim – kolegami, szkołą, nauczycielami, no po prostu wszystkim. Pogoda za oknem nie pomaga mu w jego chłopięcym cierpieniu. Nie pomagają mu również rodzice, którzy zmartwieni apatią syna próbują wynajdować mu ambitne zadania w postaci prac domowych. Harvey po prostu chce uciec, wyrwać się z tego nudnego miejsca i przeżyć przygodę swojego życia. I niefortunnie wymawia to życzenie na głos. Takich właśnie życzeń wymęczonych przez życie dzieciaków wysłuchuje niejaki Rictus, który ni stąd ni zowąd pojawia się w oknie pokoju Harveya i proponuje mu pobyt w wyjątkowym domu zwanym Holiday House (Dom Wakacji), całkiem niedaleko, zupełnie blisko. Ale Harvey musi wyjść już teraz i podążyć za Rictusem.

Jak się pewnie domyślacie chłopak przystaje na propozycję nieznajomego i wyrusza do Holiday House. Według jego wyjątkowych mieszkańców to prawdziwy raj na ziemi dla wszystkich znudzonych dzieci. Bo widzicie, każdy dzień jest tam najpiękniejszym dniem. W ciągu doby mija wiosna, lato, jesień i zima, wraz ze swymi najlepszymi momentami. Każdego dnia o poranku cała przyroda budzi się do życia i rozkwita szaleństwem kolorów. W południe, letni skwar można przesiedzieć w domku na drzewie popijając lemoniadę, a zaraz po obiedzie przebrać się w halloweenowy kostium i zbierać słodycze. A wieczorem? Delikatne płatki śniegu wirują w powietrzu, wszystko pachnie piernikiem, cynamonem, a przy kominku czekają wymarzone, idealne prezenty. I tak codziennie. W kółko. Harvey jest oczarowany. Tak bardzo, że z początku nie zauważa, że coś w tej sielankowej atmosferze nie gra. Chociażby ospała dziewczynka imieniem Lulu, która z każdym dniem ich znajomości coraz bardziej snuje się bez celu. Albo jego nowy przyjaciel Wendell, dla którego wszystko w tym domu jest najwspanialsze i bez skazy. Harvey spędza w Holiday House trzydzieści jeden dni, w trakcie których próbuje rozwiązać zagadkę domu i jego ekscentrycznego, wiecznie nieobecnego właściciela, jakim jest niejaki Mr. Hood.

„The Thief of Always” ma w sobie coś zarówno z baśni, przypowieści, jak i typowej historii grozy. Świat wykreowany przez Clive’a Barkera jawi się jako piernikowy domek czarownicy – czarujący, hipnotycznie pyszny z zewnątrz, a w środku zgniły i pełny czołgającego się robactwa. Wszystko jest tutaj na pokaz. Otoczenie ma kusić i przyciągać potencjalnych bywalców. Oferuje w końcu to, czego pragną wszystkie dzieci na świecie – spokój, zabawę i wieczne wakacje. Zawsze słoneczny, ciepły, pachnący… Co więcej, zmienia się jak w kalejdoskopie – pory roku to godziny dosłownie, wszystko przekształca się tak szybko, że nikt nie jest w stanie się nudzić. A nawet jak najdzie kogoś na zadawanie trudnych pytań lub na myślenie w ogóle, to zawsze czeka na niego kubek ciepłego kakao i łóżko, w którym mija ochota na wszelkie bunty, czy niepotrzebne rozważania. Cel dla przybyszów jest jeden – cieszyć się i bawić, korzystać z wyjątkowych chwil, póki trwają.

Powieść Barkera mami czytelnika iluzjami i wyprowadza na manowce. Z jednej strony można od razu spojrzeć na sytuację zdroworozsądkowo, oczami dorosłego – wtedy wszystko jest jasne już w chwili, gdy na oknie ląduje podejrzany nieznajomy. W końcu dla dorosłych wszystko jest podejrzane. Wszystko ma drugie dno i lepiej się go doszukiwać nawet na siłę, niż później żałować swoich decyzji. Z drugiej strony, gdy spojrzymy na Holiday House oczami Harveya, oczami znudzonego dziecka, to od razu zrozumiemy jego naiwność. Nagle wszystko staje się jasne, a ta „bezmyślna” decyzja, jaką podejmuje wychodząc z domu, zyskuje jakieś wytłumaczenie. Bo marzył o przygodzie. Marzył o doskonałej zabawie. Chciał przestać się nudzić. A w takich chwilach wszelkie piernikowe domki, „wakacyjne rezydencje”, ciężarówki z lodami, bywają dla dziecka pokusą nie do odepchnięcia. No chyba, że ktoś dorosły nie pozwoli mu popadać w taką apatię. Zainteresuje czymś. Wyciągnie z marazmu marnowania czasu. I ostrzeże, że nie wszystko co wydaje się być piękne z zewnątrz jest tak samo piękne w środku.

„The Thief of Always” jest horrorem zupełnie nietypowym. Bo nie ma tu konkretnej ciemności. Z początku nie ma bezpośredniego zła. Nie ma mroku. Jest za to buzujące słońce. Są tęcze, drzewa w rozkwicie i anielski zapach świeżo skoszonej trawy. I same piękne chwile, te najlepsze z najlepszych. Clive’owi Barkerowi udało się napisać opowieść, której jasność i kolorowość przytłacza bardziej niż cienie, a to natomiast prowadzi czytelnika do swoistej klaustrofobii. Nagle odechciewa się tych wszystkich łakoci, odechciewa się przygód i tęskni do zwykłej codzienności. Nieważne jak szarej. Nieważne jak nudnej. Po prostu własnego życia, rodziny i domu, niekoniecznie uchwyconego w tym jednym doskonałym momencie.

O.

„Śpiewaj Ogrody” Paweł Huelle

Bombla_ŚpiewajOgrody

 

„Pamiętam, że tamtej nocy śniłem Szczurołapa: stał w naszym dolnym parku i grał swoją nieskończoną melodię na flecie. Z lasu – przez górny park – nadchodziły zwierzęta: sarny, daniele, lisy, borsuki, zające; nadlatywały sowy, sójki, kawki, dzięcioły, a cały ten pochód zamykał wilk. Jego ślepia były dziwne: raz świeciły mocnym niebieskim światłem, to znów zamieniały się w jasne jak szkło kryształy, z których błyskała księżycowa poświata. Szczurołap, nie przestając grać, ruszył aleją w dół […].”

Śpiewaj Ogrody str. 214-215

Wspomnienia mają to do siebie, że wraz z mijającymi latami zacierają się, rozrzedzają, by w końcu zniknąć gdzieś za wyobrażeniami czy sennymi wizjami sprzed lat. Powroty do czasów beztroskiego dzieciństwa i wczesnej młodości mają tę właściwość, że z łatwością mogą nabierać kształtów baśniowych, legendarnych, onirycznych, gdzieś z pogranicza jawy i marzeń. Coś było prawdziwe, coś zmyślone, a coś okazało się być jedynie wytworem wyobraźni. Takim wspomnieniom z łatwością można dać się ponieść. Podążyć za nimi ciemnym szlakiem, za jedną nutką, za jednym okrzykiem, za jednym obrazem i zagubić się w odmętach własnych historii.

Ta hipnotyzująca siła wspomnień napędza bohaterów magicznej, wielowątkowej i bardzo trójmiejskiej powieści Pawła Huelle „Śpiewaj Ogrody”. Ten nietypowy tytuł zaczerpnięty został z XXI Sonetu do Orfeusza Rainera Marii Rilkego i niejako stał się mottem i tłem dla wszystkich wątków opowieści. To właśnie w sonetach tego austriackiego poety znaleźć można dyskretny trop (Orfeusz oczarowujący leśne zwierzęta w pierwszych strofach), który prowadzi czytelnika do głównej osi powieści, jaką jest zupełnie przypadkowe odnalezienie przez jednego z bohaterów niedokończonego manuskryptu wagnerowskiej opery opartej na baśni Braci Grimm – Szczurołap z Hameln. Według legendy, (bo według faktów historycznych coś na pewno zabrało dzieci z miasteczka), gdy plaga szczurów nawiedziła miasteczko Hameln, jego mieszkańcy wynajęli szczurołapa. Ten za pomocą cudownego fletu wywabił gryzonie z miasta prosto w rzeczne odmęty. Ale chciwi mieszkańcy nie chcieli zapłacić szczurołapowi, a on w ramach zemsty, grając swoją tajemniczą melodię wyprowadził z Hameln wszystkie dzieci i słuch po nich zaginął. Podobno, na potwierdzenie grimmowskiej opowieści, odnaleziono w okolicach niemieckiego miasteczka masowy grób pełen szczątków i malutkich szkieletów.

Motywy obezwładniającej siły muzyki, masowej ucieczki, czy wyprowadzenia szczurów i dzieci powracają w „Śpiewaj ogrody” raz po raz, przyjmując tu zarówno formę dosłowną jak i  symboliczną, gdzie szczurami są nazistowscy żołnierze, dziećmi – Żydzi i Polacy, natomiast  pieśnią jest tu retoryka Hitlera. Sama powieść zbudowana jest na zasadzie operowego libretta – dramatycznej, wielogłosowej akcji, pojedynczych scen i partii kolejnych bohaterów. Przeszłość dalsza i bliższa łączą się z teraźniejszością, a czas płynnie przechodzi między kolejnymi wątkami. Klamrą spinającą całość, niczym głos cudownego fletu Szczurołapa, jest wspomnienie lat młodzieńczych narratora spędzonych w domu przy ulicy Polanki w Gdańsku. Domu, a dawniej dworku, który po wojnie i przymusowym podziale, stał się ostoją dla kilku rodzin, w tym dla rodziny anonimowego chłopca, który (co pozostaje w sferze domysłów) jest alter ego samego autora. Tam, chłopiec poznaje panią Gretę, przyjaciółkę ojca, Niemkę, która opowiada o przedwojennych losach swojego domu.

To dzięki opowieści pani Grety narrator, a czytelnicy wraz z nim, odkrywają sekrety, które skrywa dworek na ulicy Polanki. Oba sekrety mają w sobie coś sensacyjnego i niezwykle tajemniczego. Budują trudną historię tego miejsca, wpływają na losy jego mieszkańców, ale przede wszystkim nadają rezydencji pani Grety namiastkę legendy. Sekrety są dwa i oba przyjęły formy rękopisów. Pierwszy z nich to wspomniana już zaginiona opera Richarda Wagnera, odnaleziona w antykwarycznych stosach przez męża pani Grety, kompozytora Ernesta Teodora. Drugim jest osiemnastowieczny pamiętnik szalonego libertyna François de Venancourta, pierwotnego właściciela posesji, w którym spisywał on swoje makabryczne i wyjątkowo sadystyczne dokonania. Miejsce zamieszkania narratora „Śpiewaj ogrody” naznaczone jest  zatem niewidzialną krwawą łuną, która być może w jakiś sposób wpłynęła na dalsze losy najbliższych pani Grety i jej samej.

Całości dopełniają wspomnienia wojenne bohaterów z czasów, gdy Wolne Miasto Gdańsk utraciło swoją wolność, a jego wielonarodowi mieszkańcy stali się ofiarami wysiedleń, masowych mordów i niesprawiedliwych egzekucji. Widmo II wojny światowej prześladuje Ernesta Teodora, który całe lata poświęcał rekonstrukcji wagnerowskiego utworu, częściowo wbrew własnym przekonaniom, by stać się kolejną ofiarą nazistów i naiwnie dać się ponieść wierze w uniwersalną wartość muzyki. Narratorowi o wojennych przygodach opowiadają także od najwcześniejszych lat jego ojciec i przyjaciel ojca, rodowity Kaszub – pan Bieszk, „choć może nazywał się Bieszke, na pewno nie Bieszczański”, by z czasem, im starszy jest chłopiec, ich opowieści nabierały okrutnych detali. Wnikamy w świat kaszubskich przypowieści, legend, rodzinnych wspomnień i obrazów z przeszłości. Przyjaźń chłopca, a później dorosłego już mężczyzny i wdowy Grety spaja wszystko, przetykając wątki i nadając powieści cel, jakim jest zrekonstruowanie dziejów mieszkańców dworku przy ulicy Polanki.

„Śpiewaj ogrody” to misternie skonstruowana powieściowa kompozycja, której wątki mijają się, uzupełniają i przepływają tuż obok siebie, tworząc niezwykłą opowieść o miłości, wojnie i wszechogarniającej sile muzyki. Niczym w wielowarstwowej szkatułce jedna historia tworzy drugą i kolejną, legendy przechodzą w baśnie, wspomnienia codzienności w pełną pasji historię życia kompozytora i jego ukochanej żony. A wszystko to połączone niewidzialną, bo przecież zupełnie fikcyjną linią melodyczną wagnerowskiej opery, która nigdy nie powstała, a która jest i żyje w tym magicznym, chociaż brutalnym i naznaczonym wojną świecie powieści Pawła Huelle. Nie pozostaje nic innego jak dać się ponieść dźwiękom fletu i podążyć w piękną opowieść za Szczurołapem z Hameln.

O.

*Recenzja napisana dla księgarni internetowej Dybook, a którą możecie przeczytać również TUTAJ.

A na zakończenie życzenia dla Was 😀

WielkanocŻyczenia

BEZSENNE ŚRODY: „Berenice” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneBERENICE

 

„Berenice! Wymawiam jej imię – Berenice! – i ze zmurszałych ruin mej pamięci na skinienie tego dźwięku wynika tysiąc burzliwych wspomnień! Ach, postać jej żywcem stoi mi w oczach, jak w pierwszych dniach naszych uniesień i naszego wesela! O, wspaniałe, a jednak fantastyczne piękno, o, sylfida z gajów Arnheimskich! O, najada pośród kaskad! A potem – a potem wszystko staje się tajemnicą i zgrozą, powieścią, która nie chce się wypowieścić.”

Miłość. Niezwykłe uczucie. Intrygujące, bo tak bardzo wielowymiarowe. Zawierające w sobie zarówno pierwiastki dobra, jak i zła. Bo przecież kryje się w niej tyle podległych odcieni i innych emocji. W miłości zawierają się porażające siłą doznania, które potrafią zwalić z nóg i nawet najbardziej rozsądnego człowieka znieść na ścieżki szaleństwa. W miłości, chociaż wydaje się, że tam tylko miłość jest (a to złudne wrażenie i bardzo mylące), dostrzec można razem, w konfiguracjach szalonych lub całkiem osobno, a czasami w ogóle: namiętność, poświęcenie, zazdrość, obsesję, przyjaźń, nienawiść, uległość, czy szczęście, które z biegiem dni przeradza się w mękę.

O miłości szalonej, obsesyjnej, która prowadzi do tragedii i pomieszania zmysłów opowiada Edgar Allan Poe w pierwszej historii z cyklu Śmiertelny uścisk miłości, zatytułowanej „Berenice”. Jej dzieje poznajemy z ust Egeusza, który wspomina swoją ukochaną – młodą dziewczynę imieniem Berenice. Wychowywali się razem w jego rodzinnej posiadłości, para całkowitych przeciwieństw, pokochali się trochę na przekór. Ona pełna życia, urocza i zwinna. On chorowity, pogrążony w marzeniach i zawsze zamknięty w murach domowej biblioteki. I gdy sny o małżeństwie mają się ziścić, ona zapada na tajemniczą chorobę. Niknie w oczach, traci samą siebie, ból odbiera jej tożsamość, a Egeusz nie poznaje już jej, załamuje się i popada w dziwny rodzaj depresji. Depresji, która wywołuje manię, obsesję na punkcie szczegółów. Godzinami wpatruje się w jeden punkt, w jedno zdanie w księdze, powtarza jedno słowo. Wraz z chorobą Berenice sen o miłości rozmywa się i rozpada na kawałki.

Okrutna choroba ukochanej wyzwala w Egeuszu pokłady manii na punkcie samego siebie. Snuje rozważania natury osobistej, wspomina Berenice, a tak naprawdę, w jakiś perwersyjny sposób zachwyca się jej zanikaniem, „widmowością” chorobowej aury, jej przekształcaniem się w ducha, z maską zamiast twarzy.  Z jednej strony dopiero wtedy uświadamia sobie, że ją kocha, a z drugiej czuje do jej nowego ciała odrazę, boi się jej. Przeraża go  jej widok – wychudzenie, wyniszczenie i wyssanie przez chorobę. Ale to co poraziło go doszczętnie, to co odebrało Egeuszowi resztki samokontroli i zepchnęło w otchłań obłędu, to widok jej wielkich, białych, nieskalanych zepsuciem zębów. To zęby wprawiły go w opętańczy zachwyt i podniecenie. Zbudziły w nim potwora, dziwoląga, owładniętego jedną, jedyną makabryczną myślą:

„– Zęby! – Zęby! – Były tu, były tam – były wszędzie.”

Opowieść Edgara Allana Poe to historia miłości, która w chwili największej próby przekształciła się w potworną obsesję. Tak silną, że rozum nie miał w tym przypadku już nic do powiedzenia. Tylko czas pozwala Egeuszowi spojrzeć na Berenice z dystansu. Pozwala mu spróbować nadać sens temu, co się wydarzyło. Historia okrutna i niezwykła, tchnąca klaustrofobią dusznej komnaty gotyckiego zamczyska, gdzie nie ma słońca, nie ma orzeźwiającego wiatru, nie ma życia. Tylko śmierć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo przed oczami mam makabryczną maskę śmierci o zapadniętych wargach.

O.

* Wszystkie opowieści Edgara Allan Poe, całkiem za darmo i w pełni legalnie, do ściągnięcia w oryginale, znajdziecie na stronie Project Gutenberg (klik! klik!) – „Berenice” jest w tomie 2. 🙂

A Lolanta z LolaCzyta odnalazła „Berenice” po polsku, w różnych formatach do wyboru,  na Wolnych Lekturach (klik! klik!), również za darmo i w pełni legalnie  – dziękuję! 🙂

„The Bird Eater” Ania Ahlborn

Bombla_BirdEater

 

“We all go a little mad a little, we all go a little mad…”

Nie ma to jak porządna opowieść o nawiedzonym domu. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że boję się podwójnie. Kilka razy sprawdzam, czy nic nie czai się za firanką, czy drzwi są zamknięte, czy cień w rogu pokoju to tylko cień, czy już shutter, czy jakiś inny splicer podwiesił mi się pod sufitem. Bo przecież nigdy do końca nie można być pewnym. Tym bardziej, gdy całkiem na poważnie wierzy się w słowa H.P.Lovecrafta, że istnieją miejsca, które mają duszę, a bywa, że ta dusza może być naprawdę zła. Czasami jest to wina jego mieszkańców. Czasami przyczyna tkwi w dalekiej przeszłości. Czasami pochodzi prosto z miejsca, na którym stoi taki dom. A czasami, po prostu, duszą takiego domu jest ktoś lub coś, jakaś obecność, pozostałość po kimś sprzed lat.

Opowieść o nawiedzonym domu snuje w swojej najnowszej książce zatytułowanej „The Bird Eater” amerykańska pisarka polskiego pochodzenia – Ania Ahlborn. „The Bird Eater”, dosłownie pożeracz ptaków, czerpie swoje inspiracje z literackich klasyków takich jak chociażby „Nawiedzony” Shirley Jackson – horrorów nietypowych, które za swój cel obierają nie samo zło, nie jego genezę, ale przede wszystkim jego wpływ na psychikę głównych bohaterów i to w jaki sposób poszczególne postacie reagują, gdy nic nie jest takie jak powinno być. Ania Ahlborn stworzyła niezwykłą opowieść grozy o bólu, wyrzutach sumienia i nieuchronnie nadchodzącym szaleństwie, przed którym nie ma ucieczki.

Głównym bohaterem „The Bird Eater” jest Aaron Holbrook, który spędził całe swoje dzieciństwo w miasteczku Ironwood w stanie Arkansas. W dużym domu, na odludnej ulicy, wychowywany przez ukochane wujostwo, które przejęło nad nim opiekę po samobójstwie matki. Życie dla młodego Aarona, jak to dziecięce lata, jest beztroskie – ma świetnych przyjaciół, spędzają razem czas szwendając się po okolicach, bawiąc się i poznając świat. Do czasu. Najpierw w wyniku niefortunnego upadku z drabiny ginie jego wuj, a kilka lat później, po powrocie ze szkoły, chłopak znajduje zmasakrowane równie „niefortunnym” upadkiem ze schodów zwłoki swojej ciotki. Nim Aaron zdąży cokolwiek powiedzieć zostaje wywieziony do dalekich krewnych i tam dorasta, by w końcu sam założyć własną rodzinę. Mija dwadzieścia lat. I po raz kolejny jego wydawałoby się ułożone życie lgnie w gruzach, gdy podczas wypadku samochodowego (w którym to on był kierowcą) ginie jego kilkuletni syn Ryder. Przygnieciony wyrzutami sumienia, otępiony cierpieniem, alkoholem i lekami, w żaden sposób nie potrafi sobie poradzić ze śmiercią syna, ani z samym sobą. I postanawia wrócić do Ironwood.

Miasteczko dzieciństwa i rodzinny dom Holbrook House mają mu pomóc podnieść się z wyniszczającej żałoby i odzyskać utracone nagle życie. Tylko o czym Aaron nie wie i nigdy nie wiedział to fakt, że jego dom od zawsze był tematem lokalnych plotek. Przez lata wujostwo ukrywało przed nim przeszłość i śmierć jego matki. To o czym szeptali wszyscy, pozostawało w sferze totalnej niewiedzy (a może wyparcia?) przez głównego bohatera. Teraz, po latach, nie ma już nikogo, kto mógłby go przed tym wszystkim bronić.  Więc przeszłość napiera. I pojawia się dziwny, natarczywy chłopiec, który kręci się wokół domu Aarona. Śledzi go i bacznie obserwuje. Chłopiec, zwany Birdiem, powraca raz za razem, jego zachowanie przestaje być jakkolwiek naturalne i prześladuje go tak na jawie, jak i w makabrycznych snach. W tych sennych wizjach Birdie pożera żywe ptaki, krzywiąc się i czając jak gargulec pośród drzew.

A okolica zieje dziwną pustką. Tak jakby z Ironwood  wyssano całą życiową energię. Opuszczone ruiny spalonej szkoły, stojący latami pusty dom,  leśne ostępy i omijane szerokim łukiem szlaki – to wszystko podkreśla uczucie osamotnienia i poddania się Aarona. Złamany, zrozpaczony i całkowicie pozostawiony samemu sobie w domu, który tylko czekał na nowego lokatora. A tak naprawdę czekał właśnie na Aarona i jego nieszczęście. Co więcej, ta niepokojąca pustka otoczona jest czujnymi obserwatorami, którzy nigdy nie odpuszczają, nigdy nie uciekają, ale patrzą, spoglądają z zainteresowaniem podziwiając przebieg tragicznych wydarzeń. Mowa tu o ptakach, które w jakiś sposób prowadzą do niezwykłej obsesji, zarówno Aarona, jego syna Rydera i samego Birdie’go, którego człowieczeństwo lub też jego brak, pozostaje niewyjaśnioną zagadką.

Świat wykreowany przez Anię Ahlborn jest po części światem iluzji. Małe, senne Ironwood, w którym nic się nie dzieje, z którego ludzie uciekają, a ci co zostają, powielają życie swoich rodziców, wydaje się być tylko prowincjonalnym miasteczkiem w czasach kryzysu. Pozornie spokojne, w miarę przyjazne, po prostu zwyczajne, wywołuje jednak poczucie niepokoju detalami. Przypomina to nagłe znalezienie odwróconego krzyża w domu uroczej starszej dewotki, która częstuje nas ciasteczkami i lemoniadą – otwiera oczy i uzbraja wszystkie zmysły. Bo coś tu się nie zgadza. Co nie gra tak jak powinno. W „Bird Eaterze” panuje miejscami właśnie taki odwrócony porządek rzeczy. Dom, który powinien był być zrównany z ziemią i omijany szerokim łukiem wciąż na nowo znajduje nowych mieszkańców. Fakty, które przecież powinny być znane wszystkim są niepotrzebnie ukrywane i szczelnie pilnowane, by tylko nie wyszły na jaw. Przedwcześnie umierają dzieci, ludzie popełniają samobójstwa, co burzy naturalny cykl i przeraża, a jednak nikt nie próbuje odnaleźć konkretnej przyczyny. Ironwood odbiera potrzebę poszukiwania, tworzy umysłową bańkę wokół swoich mieszkańców, a tajemnica Holbrook House na zawsze pozostaje niewyjaśniona.

„The Bird Eater” miejscami pozostawia niedosyt, ale jest to niedosyt całkowicie wytłumaczalny, wykreowany z pustki, samotności i wyrzutów sumienia głównego bohatera. Ironwood jest jego prawdziwym domem, jego miejscem na ziemi, a skoro samo miasteczko jest jak wydrążone ze zdrowego rozsądku, pozbawione elementarnych reakcji, to w jaki sposób Aaron miałby na nowo stanąć na nogi? Jak miałby wyleczyć rany, czym wypełnić psychiczną dziurę, jak przeżyć żałobę? U Ani Ahlborn nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania, tak jak bohaterowie nie potrafią na nie odpowiedzieć. Coś się dzieje, coś tak niepokojącego, że łatwiej jest odwrócić wzrok i przyjąć rzeczy takimi jakie są. Nie zastanawiać się nad przyczynami. Nie myśleć o konsekwencjach.  Bo na ucieczkę nie ma już siły. A Birdie siedzi przyczajony wśród drzew, przekrzywia zabawnie głowę i szczerzy swój krwawy uśmiech, gdy tylko wypatrzysz go wśród gałęzi.

O.