Niespodzianka: nowy cykl na Wielkim Buku

Bombla_Podstawa_BezsenneZAPOWIEDŹ

Moi Drodzy!

Dzisiaj mam dla Was niespodziankę 😀

Nigdy nie kryłam się z moim uwielbieniem do horrorów, opowieści grozy i wszelkiej makabry. Straszydła, duchy, potwory, a także krew i wszechobecny gore to zdecydowanie jest to co uwielbiam i pewnie gdyby nie zdrowy rozsądek i potrzeba umiaru, to zaczytywałabym się tylko w takich lekturach. W okopaniu się w ciemnościach i poświęceniu mojego czytelniczego życia wyłącznie na zgłębianie tajemniczych otchłani hamuje mnie przede wszystkim mój wielki i nieokiełznany strach, który często prowadzi do sytuacji absurdalnych, bo podobno nie wypada dorosłym bać się mroku, czy samotnego przebywania w pokoju, gdy nadchodzi noc. Ale co tam – uwielbiam to, nawet kosztem mojego psychicznego zdrowia, które pożera straszne opowieści, przetwarza je i mutuje, tylko na swój własny użytek.

Tak sobie pomyślałam, że trochę już tych horrorowych historii poznałam. Opowieści z dreszczykiem, raz lepszych, raz gorszych, ale zawsze nieuchronnie prowadzących do paniki w oczach, szybszego bicia serca i halucynacji, gdy tylko zgaśnie światło. I wymyśliłam, specjalnie dla Was, zupełnie nowiutki, cieplutki i pachnący świeżością cykl, który nazwałam: BEZSENNE ŚRODY. 

Co spotkacie na Wielkim Buku w każdą środę, już od przyszłego (przedświątecznego) tygodnia zaczynając? Opowiadania, nowele, czy inne krótkie historie (powieści zostawiam na klasyczne Nocne Łowy), a wszystkie potworne, makabryczne i niesamowite. Klasyki literatury i te współczesne. Takie, które zazwyczaj nie pojawiają się samodzielnie, ale wychodzą w tomach, tomiszczach lub antologiach, a które zdecydowanie warto poznać.

Kogo spotkacie? Między innymi moich największych ulubieńców z możliwych, czyli Stephena Kinga, H.P. Lovecrafta, Edgara Allana Poe, Shirley Jackson, Jacka Ketchuma, Roberta Chambersa, Edwarda Lee, Algernona Blackwooda, Clive’a Barkera. I jeszcze pewnie wielu innych, jak na nich wpadnę na mrocznych ścieżkach 🙂 Oczywiście, jeśli ktoś chciałby o kimś poczytać albo polecić – piszcie koniecznie!

Znając moją obsesję planowania i postowania zawsze w konkretne dni, to BEZSENNE ŚRODY, krótsze, mniejsze, do pożarcia na jeden chaps, będą co tydzień w każdą środę (totalnie nowatorsko), a wpisy klasyczne, z wtorku i piątku przeniosą się na poniedziałek i piątek 😀

W ten sposób będzie jeszcze więcej czytania dla Was 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Jej wszystkie życia” Kate Atkinson

Bombla_JejWszystkieŻycia

 

„A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy? Czy to nie byłoby wspaniałe?”

Déjà vu. Poczucie, że obecna chwila wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości i teraz przeżywamy ją od nowa. Dotyczy całych sytuacji, wyciętych z życia momentów, które jakoby miałyby się powtarzać i nieść za sobą wspomnienia. Podobno, według przeprowadzonych w skali światowej badań, uczucie „już widzianego” przydarza się od 30-96% zdrowej populacji i towarzyszy mu zawsze pewność, że to przecież niemożliwe. Nie można przeżywać od nowa czegoś, co dopiero się dzieje. Bo nie ma przecież alternatywnych rzeczywistości, nie ma innych światów tuż obok naszego, czas płynie, a nie zawraca raz po raz. A co jeśli déjà vu to faktycznie krótkie „zwarcie” w czasoprzestrzeni? Kilkusekundowe okno do innego świata? Innego życia, które gdzieś tam trwa, albo trwało w przeszłości i jego wyrwane z kontekstu fragmenty, nacechowane intensywnymi emocjami, potrafią pokonywać bariery, przedostając się do naszego życia tu i teraz?

Déjà vu jest najprawdziwszą rzeczywistością dla bohaterki powieści „Jej wszystkie życia„, czyli najnowszej, dziewiątej już książki wielokrotnie nagradzanej brytyjskiej pisarki Kate Atkinson. Autorka wykorzystuje znaną koncepcję, wtłaczając ją w przestrzeń historyczną Europy pierwszej połowy dwudziestego wieku. Czytelnik ma szansę z zapartym tchem śledzić losy Ursuli Todd, od czasów narodzin aż do śmierci, na różnych etapach, w kolejnych osiach czasowych, zawsze jednak u progu światowych zmian, które doprowadzą do wielkich tragedii i potwornych wydarzeń na całym świecie. Ukazując kolejne życia Ursuli, od ich najwcześniejszych momentów, Kate Atkinson poprzez subtelne mikro-zmiany, pozornie nieistotne przekształcenia zdań i znaczeń, buduje napięcie i kreuje dzieje swojej bohaterki wciąż od nowa, dając jej nowe możliwości, tworząc szanse zaprzepaszczone w innym życiu. Ursula rodzi się, żyje i umiera wciąż od nowa, zawsze na innych etapach i w innych konfiguracjach,

Powieść rozpoczyna się w listopadzie 1930 roku, gdy młoda kobieta wkracza do zatłoczonej niemieckiej kawiarni. Dosiada się do stolika pewnej pary – on wyjątkowo pewny siebie „niemęski mężczyzna” i ona – wyzywająca blondynka. Po chwili niezobowiązującej konwersacji kobieta wyciąga pistolet i strzela prosto między oczy mężczyzny. Właśnie ginie niedoszły Führer, Adolf Hitler. Piękna wizja, prawda? Jeden celny strzał, jeden moment i znika on, a wraz z nim znika idea tysiącletniej Rzeszy, obozy zagłady i prysznice, które wcale nie były prysznicami.  Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości nie będzie II wojny światowej, nie wydarzą się czystki etniczne, bombardowania, czy anihilacja milionów niewinnych ludzi. Idylla, piękna wizja, która pryska jak bańka mydlana w chwilę później, gdy młoda zamachowiec ginie przeszyta kulami ochrony Hitlera i… rodzi się na nowo w 1910 roku podczas śnieżnej zawiei, by umrzeć raz jeszcze, zanim złapie pierwszy oddech. I rodzi się ponownie.

Cykle narodzin i śmierci Ursuli wydają się wydłużać z każdym kolejnym przeżytym przez nią dniem. Nawet godziny mają tutaj znaczenie, małe gesty, nieodbyte rozmowy domowników, czy kłótnie między rodzeństwem. Wszystko się liczy – każdy podjęty wybór ma znaczenie i realnie wpływa na dalszy ciąg historii. W ten sposób mamy szansę wiele razy przeżywać narodziny dziewczynki i jej kolejne śmierci. Ursula raz umiera zaraz po przyjściu na świat, przyduszona pępowiną, raz na hiszpankę, raz przez utonięcie, raz podczas bombardowania i tak dalej, w kółko, jednak zawsze wydłużając swój czas przeżyty na świecie przez „wspomnienia” z innego życia. Déjà vu, które pozwala jej niejako kształtować nadchodzące wydarzenia. Tak naprawdę w „Jej wszystkich życiach” obserwujemy jedynie ułamek możliwości bohaterki. Liczba zmiennych, a co za tym idzie skutki tych zmian, są tak naprawdę nieskończone i mogą powielać się całą wieczność. Powieść nie kończy się, ale wraca do początku, do lutowej śnieżycy 1910 roku, kolejnych narodzin (w tym wypadku oryginalny tytuł Life After Life z ang. życie po życiu wydaje się być o wiele bardziej adekwatny).

W jakimś momencie podczas lektury tej powieści, czytelnik może zapytać, jaki jest w takim razie cel Ursuli? Czy w ogóle istnieje jakiś, czy po prostu żyje i metodą prób i błędów stara się naprawić nieodwracalne szkody? Odmienić swój los i tym samym wpłynąć na dzieje świata? Oszukać przeznaczenie, wykorzystać swoją wiedzę i chociaż raz nie dopuścić do tego, co i tak musi wydarzyć się gdzieś w innym świecie, naszym świecie? Cel wydaje się być jeden – jest nim niedopuszczenie Adolfa Hitlera do władzy. Co za tym idzie uratowanie milionów istnień, w tym jej ukochanego młodszego brata Teddy’ego, a może nawet całej rodziny? Jedno jest pewne – czas nie pędzi tu ciągle naprzód, ale stanowi wartość płynną, niepewną, powielającą się w nieskończoność, w której można brodzić i zawracać, jeśli tylko da się pamiętać.

W „Jej wszystkich życiach” Kate Atkinson podjęła dość ryzykowny, niemniej niezwykle intrygujący motyw fabularny. Takie przeżywanie swojego życia wciąż od nowa, umieranie i powracanie do punktu wyjścia, by zacząć wszystko od początku, wydaje się o wiele bardziej pasować do tematyki science fiction, światów i opowieści wyobrażonych, gdzie historia nie powiela prawdziwej rzeczywistości, nie biegnie alternatywnie, ale wręcz przeciwnie, tworzy się w zupełnie nowym świecie wyobraźni. Niestety to, cojuż się wydarzyło nigdy się nie zmieni, a bolesne dzieje świata na zawsze już takimi pozostaną.

„Jej wszystkie życia” to świetnie napisana powieść dla wszystkich czytelników, którym niestraszne są powielane motywy, wyszukiwanie niuansów i zmian w każdej kolejnej odsłonie życia bohaterów, czy usilne próby naprawiania świata przez główną bohaterkę powieści przeżywającą raz za razem déjà vu.  Ciekawie poprowadzona fabuła, świeża odsłona klasycznej rodzinnej sagi oraz próba odpowiedzi na nurtujące pytania o egzystencję człowieka i sens wszystkiego sprawiają, że powieść Kate Atkinson robi wrażenie i nie daje o sobie zapomnieć.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Sourland” Joyce Carol Oates

Bombla_Sourland

Żałoba nie należy do najłatwiejszych tematów w literaturze. Podobnie jak śmierć i lęk przed stratą. Niełatwo się czyta. Trudno się sprzedaje. Z pewnością jeszcze trudniej się ją opisuje, tym bardziej gdy za podstawę fabularną opowieści służą prawdziwe doznania i wewnętrzne przemyślenia twórcy. Utrata bliskiej osoby, ta nagła, nieprzewidziana, potrafi złamać człowieka, doprowadzić na skraj rozpaczy i wykończyć emocjonalnie. A jednak śmierć jest jak najbardziej uniwersalna. Dotyka tak samo wszystkich, nie wybiera i nie czeka. Po prostu nadchodzi. Nieważne, czy ktoś jest na nią przygotowany. Bo czy w ogóle można przygotować się na śmierć? Tak swoją, jak czyjąś? Raczej nie. Prawie nigdy nie jest to możliwe.  Potwierdza to i udowadnia jedna z najbardziej cenionych współczesnych amerykańskich pisarek, twórczyni intensywnych w doznania i zmuszających do myślenia historii, mistrzyni krótkiej formy, czyli Joyce Carol Oates.

W swoim najnowszym wydanym w Polsce tomie zatytułowanym „Sourland” ta amerykańska pisarka zebrała szesnaście opowiadań napisanych i opublikowanych w różnych czasopismach w trakcie dwóch lat żałoby po nagłej śmierci ukochanego męża w 2008 roku. Czytelnik nie znajdzie tu jednak wzruszających historii, anegdot, czy wspomnień z życia kochającego się małżeństwa, tylko brutalne i bardzo dogłębne opowieści z życia po śmierci bliskich lub tych, którzy stoją u progu straty. Walczące wdowy, które muszą ostatnimi siłami trzymać się życia, by nie dać się pokonać i zniszczyć tym, którzy tylko czekają na ich moment słabości. Kobiety, których ostatnimi deskami ratunku przed zapadnięciem w otchłań cierpienia jest godzenie się na fizyczną przemoc, często w jej najbardziej seksualnym kontekście.

Z niemocy i smutku rodzi się przepełniona perwersją namiętność. Osamotniona kobieta w opowiadaniach Joyce Carol Oates musi na nowo otworzyć się na przepełniony gwałtownością i siłą świat mężczyzn. Po raz kolejny przeniknąć do niego i pogrążyć się w pożądaniu, męsko-damskich zagrywkach. Odłożyć ból na bok lub, co częściej ukazuje pisarka, zastąpić jeden ból innym. Jej kobiece bohaterki, delikatne i wrażliwe, same z siebie, z własnego wyboru budują swoje przeznaczenie i stają się ofiarami nie-ofiarami. By wrócić na nowo do życia przechodzą pewien etap i dzięki niemu nie pozwalają się osłabić. Dają się posiąść, by siłą przywołać się do rzeczywistości, byle nie stracić poczucia realności. Nie pozwalają od nowa utopić się we własnej rozpaczy. Gwałty, okaleczenie, praktyki sadomasochistyczne są ich krzykiem o pragnienie życia. O przypomnienie samym sobie, że one same jeszcze nie umarły.

Z drugiej strony, poza osamotnionymi wdowami, w „Sourland” mamy innych bohaterów, przede wszystkim dzieci i młodzież, synów i córki, którzy z dystansu obserwują rozpad rodziny i tym samym przeżywają swoistą dezintegrację własnej tożsamości. Poza samym obliczem śmierci Oates pokazuje nagłość choroby bliskich osób i to, co robi z ludźmi wokół nich. Godziny wydłużają się w nieskończoność. Dotychczas uporządkowane i usystematyzowane życie domowe wali się w gruzy. Zrozpaczone przyszłe wdowy przestają kontrolować otoczenie. Dzieci zostają odstawione w tryb zawieszenia. Pozostawione samym sobie, by kręcić się samotnie po szpitalnych korytarzach, na swój sposób radząc sobie z poczuciem straty, nawet jeśli ta strata jeszcze nie do końca nastąpiła. W „Sourland” te osamotnione dzieci narażone są na najgorsze ataki. Są bezbronne, bo nagle pozbawione wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ich perfekcyjne światy chylą się ku upadkowi, a one mogą tylko patrzeć, stając się idealnie wyeksponowanym kąskiem dla tych, co szukają sposobu jak je wykorzystać.

Świat opowiadań Joyce Carol Oates zamyka się w dosłownie trzech przestrzeniach. Przede wszystkim w pustym domu, który z oazy spokoju i ogniska domowego zamienia się w pusty budynek, ogołocony z murów obronnych. Nagle jest za duży, zbyt obszerny dla samotnej kobiety, pozostawionej samej sobie. Po pokojach kręcą się obcy, w zapuszczonych krzakach w ogrodzie czają się drapieżcy, a własne łóżko nie daje już ukojenia. W okresie choroby to szpitalne korytarze, sterylne pomieszczenia i zimne poczekalnie zastępują domy. Nie ma w nich nic pozytywnego, nic ciepłego. W „Sourland” pokazane są jak miejsca przejścia z jednego świata do drugiego. Bezosobowe, puste, dosłownie nieludzkie – nieme na wszelkie nieszczęścia. Podobnie jest z sądami, które tuż po śmierci dają żałobnikom namiastkę ich dalszego życia naszpikowanego problemami. W sądach panuje bezlitosna biurokracja, kierowana przez ludzi bez serca, niczym roboty ślepo podążające za paragrafami i kodeksami. Czynnik ludzki jest zupełnie nieistotny w obliczu pieczątek, podpisów i testamentów.

„Sourland” to niezwykle prawdziwe, brutalne i przejmujące studium żałoby. Każde kolejne opowiadanie jest pełne rozpaczy i smutku, przepełnione dojmującym poczuciem straty. Czytając opowieści Joyce Carol Oates ma się wrażenie, że wstępuje się do świata za mgłą, pogrążonego w niespokojnych snach, zdeformowanego przez wyciągnięte z koszmaru wizje przypadkowo ze sobą połączone, zawieszone między tym co rzeczywiste a wyobrażone. Miejscami groteskowe, absurdalne, ale zawsze przenikliwe do szpiku czytelniczych kości. Nie jest to lektura łatwa. Nie jest to lektura lekka. Co prawda każdy z tekstów czyta się z zapartych tchem, mocno bijącym sercem, ale opowieści niosą za sobą taki ładunek emocjonalny, że trudno jest czytać kilka pod rząd, nie mówiąc o zaczytywaniu się w całym zbiorze naraz.

Joyce Carol Oates wyciąga najgłębsze lęki, najbrutalniejsze emocje i dokonuje na nich swoistej wiwisekcji, nie dając odetchnąć tak sobie, jak i swoim czytelnikom. I robi to z perfekcyjną precyzją kobiety, która doskonale wie, o czym pisze i jakie uczucia chciałaby wywołać w odbiorcy. Z rozmachem i przemocą przenika emocje, dogłębnie penetruje je i analizuje w jedynie sobie znanym poetyckim, nieustraszonym stylu. Tym samym „Sourland” staje się klasyką pięknie napisanej prozy obyczajowej, która demaskuje prawdziwą naturę człowieka.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Terror” Dan Simmons

Bombla_Terror

 

„(…)yet for all these accumulated associations, with whatever is sweet, and honorable, and sublime, there yet lurks an elusive something in the innermost idea of this hue, which strikes more of panic to the soul than that redness which affrights in blood.”

Moby Dick Herman Melville

Jest coś hipnotyzującego w opowieściach, które zaczynają się sformułowaniami typu „oparte na faktach”, „zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami”, czy „ta historia wydarzyła się naprawdę”. Nieistotne czy to opowieść książkowa, czy też filmowa – dodając ten jeden element na samym jej początku nadaje się dalszej historii zupełnie nowy ton, przyciąga uwagę i podwójnie angażuje emocjonalnie czytelnika/widza. Wykazując prawdziwość i rzeczywistość danej opowieści włączają się zupełnie nowe zmysły, tryb poszukiwacza, który kalkuluje prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń i sprawdza krok po kroku wszelkie możliwości. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. I wcale to nieważne czy ta historia jest jak najbardziej krwawym thrillerem, dramatem obyczajowym, czy pocieszną powieścią przygodową –  sam fakt, że chociaż niektóre momenty fabuły mogły być prawdziwe, mogły być fragmentem czyjegoś jak najbardziej realnego życia, wprawiają mnie w chorobliwą ciekawość, uruchamiają głębokie pokłady wyobraźni i przerażenia. Tym bardziej gdy opowieść ta jest horrorem. 

Tak stało się ostatnio w przypadku niezwykle wciągającej, skutej lodem i spowitej w arktycznych zawiejach niesamowitej powieści Dana Simmonsa zatytułowanej „Terror” (tytuł oryginału „The Terror”). Ten potężny kawał mrocznego buka rozpoczyna się kilkoma faktami właśnie, a w zasadzie szczegółowymi mapkami, uzbrojonymi w konkretne przypisy i fakty historyczne, a dotyczące ostatniej polarnej ekspedycji Sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył na poszukiwanie przesmyku na północnych morzach. Szlaku, który umożliwiłby przepłynięcie między  Morzem  Baffina a Morzem Beringa. Sir Franklin, wraz z doświadczoną załogą liczącą sobie 129 ludzi, wypłynęli na dwóch statkach ochrzczonych imionami Erebus (któremu dowodził Franklin) i Terror (którego kapitanem został Francis Crozier). Wyprawa, która według wstępnych oszacowań miała trwać około roku, najwyżej dwóch przy niesprzyjającej pogodzie i trudnych prądach wód okręgu polarnego, zaginęła na ponad trzy lata, by nigdy już stamtąd nie wrócić. Po latach poszukiwań i kolejnych nieudanych wyprawach ekip poszukiwawczych i ratunkowych, okazało się, że Erebus i Terror na ponad dwa lata utknęły w lodzie. Nikt nie przeżył. Tak przynajmniej mówiono. Co działo się na pokładach obu okrętów? To pozostaje już jedynie legendą, gdzieś w sferze domysłów i wielkich tajemnic historii. I to właśnie ten etap pomiędzy, niedopowiedziana historia zagubionej załogi, zainspirowała Dana Simmonsa do wysnucia niesamowitej i porażającej opowieści o zaginionej ekspedycji sir Johna Franklina.

Opowieść zaczyna się tam, gdzie kończą się konkretne fakty. Gdzie zaczyna się cień i trwająca w nieskończoność noc polarna. Erebus i Terror stanęły w lodzie, w odległości około mili, przytrzymane ni stąd ni zowąd przez szpony napierającej, czarnej morskiej masy. Po niebie przetacza się zorza polarna, temperatura sięga ok. -45 st. Celsjusza, a po pokładzie Terroru snuje się mrożąca i pochłaniająca wszystko mgła. Życie na obu statkach płynie prawie zwyczajnym trybem. Prawie, bo żaden ze statków nie porusza się. Wciąż jednak trwają wachty, rotacje i zmiany. Co tydzień kapitan Franklin organizuje nabożeństwo dla marynarzy. Każdego dnia czterech chirurgów walczy z coraz częstszymi odmrożeniami, a z każdym mijającym miesiącem wykwita na horyzoncie widmo plagi szkorbutu. Pojawia się również problem racji żywnościowych, które zebrane w magazynach w najniższych pokładach statków zaczynają gnić, a puszki z gotowymi daniami (zupełnie nowatorska i wciąż niedoskonała metoda pakowania żywności) korodują, wydzielając gazy i zatruwając jedzenie. A lód wcale nie zamierza pękać.

Wyczekiwane lato wcale nie nadeszło. Lodowe pokrywy zamiast rozpuścić się, utwardziły się tylko i zgromadziły, tworząc przeszkodę nie do pokonania. Nie powróciły morskie stworzenia, nie ma wielorybów, nie ma fok, nie ma nic. Tylko zimno. A do tego coś dziwnego czyha na załogę obu statków w zimowej ciemności. Coś co pojawiło się nagle, wraz z przybyciem tajemniczej Inuitki zwanej przez załogę Lady Silence (Pani Cisza). Młoda dziewczyna ma wycięty język i w ogóle nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Lady Silence z wyboru staje się gościem kapitana Croziera, mieszka na pokładzie Terroru, co nie przeszkadza jej od czasu do czasu oddalać się i znikać w lodowej zawiei. Jednak tajemnicza przybyszka, która wydawała się zupełnie bezbronna, przyciągnęła za sobą coś monstrualnego. Coś co porywa ludzi Erebusa i Terroru, pożerając ich żywcem, rozrywając ciała i czasami pozostawiając ich szczątki w dziwnych aranżacjach na umazanym krwią i wnętrznościami lodzie.  Potwór poluje, a ludzie zaczynają się niecierpliwić. Nadchodzi bunt. Nadchodzi czas wyborów. Nadchodzi czas białego szaleństwa.

Nie przez przypadek powieść Dana Simmonsa prowadzi od początku cytat zaczerpnięty z klasycznego, równie niezwykłego dzieła Hermana Melville’a „Moby Dick”, udowadniający horror jaki niesie za sobą niekończące się widmo bieli. Nieskończona pustka, której nie można pojąć ludzkim rozumem. Jasność, która w niezbadanym nadmiarze przenika myśli, wżera się w nie i prowadzi nieuchronnie ku granicom szaleństwa. Wielka, biała istota powstała  z lodu, która prześladuje załogi Terroru i Erebusa wywodzi się właśnie z tej białej obsesji. Istnieje zarówno na poziomie realnym, jak i symbolicznym. Jest elementem mitologicznym, zakorzenionym w najgłębszych inuickich legendach i wierzeniach, a jednocześnie jak najbardziej prawdziwym. Innym, który rozrywa na strzępy marynarzy, doprowadza ich na krawędź normalności i w końcu odwraca od siebie, wymuszając niejako poddanie się lodowym przestrzeniom.

„Terror” to opowieść, która może pochłonąć czytelnika w całości. Simmons udowadnia jak szerokim pojęciem jest strach i jak wielowarstwowym gatunkiem potrafi bywać horror. W powieści w przejmujący sposób odtworzył codzienność załogi, ich walkę o zdrowie i życie tam, gdzie wszystko wokół zdaje się czaić na człowieka, pragnąć złamać go i rozszarpać wśród obłąkanych wrzasków. A przede wszystkim, Simmons w perfekcyjny sposób odmalował śnieżne, nieskończone lodowe otchłanie oraz labirynty Arktyki i kręgu polarnego, których nigdy do końca nie można być pewnym. Którym lepiej nie ufać, bo nie wypuszczą podróżnika ze swoich szponów. To także opowieść o końcu pewnej epoki. Czasie, który zwiastuje upadek i zdobycze przyszłości.

Jedno jest pewne – kto raz wszedł na pokład „Terroru” będzie miał sporo trudności, by zejść z niego w pełni władz umysłowych. By znowu z polarnych otchłani  i wszechogarniającego zimna wyjść w światło i pełne ciepła słońce. O tej historii nie da się zapomnieć. Nie da się nie myśleć. Ja chyba tam trochę zostałam. Wśród gór lodowych, świszczącego wiatru i skrzypienia niszczonego czarnymi falami kadłuba. Nasłuchując wycia z ciemności. I wcale nie mam zamiaru wracać.

O.

Podsumowanie miesiąca – marzec 2014

Bombla_PodsumowanieMarzec2014

I ni stąd ni zowąd minął marzec! Przemijające pory roku, pędzące miesiące i dni na kalendarzu zawsze mnie zaskakują swoją szybkością. Wciąż nie udało mi się wynaleźć sposobu na przedłużenie zbyt prędko mijającej doby, a lista książek, które koniecznie muszę przeczytać wydłużyła mi się (po raz kolejny!) o kilkanaście „obowiązkowych” pozycji. A codziennie wynajduję kolejne buki, które tak bardzo chciałabym przeczytać… Nie mam już pojęcia kiedy się z tym wyrobić, tym bardziej że ostatnio, po kilku spokojnych tygodniach, machina recenzencka znowu ruszyła u mnie z kopyta. Zakładałam, że marzec będzie totalnie spokojny i ubogi w doznania, gdy nagle, ku mojej wielkiej radości i zaskoczeniu, przyfrunęły do mnie paczki i różne prześwietne niespodzianki, a na dokładkę same miłe rzeczy się wydarzyły :).

Ale po kolei. Opublikowałam 10 tekstów, w tym podwójną edycję Liebster/Lobster Blog (poczułam się intensywnie nominowana i doceniona) i Wiosenną Lekkość Bytu, czyli 10 idealnych buków na wiosnę. Czytelniczo trzymam godnie poziom, bo po raz kolejny udało mi się przeczytać prawie 8 książek (jedna totalnie na wykończeniu), w tym dwie całkiem grubaśnie i porządne pozycje i już dziewiąta sobie leci, więc po raz kolejny na bukowym froncie bez zmian. Rozpoczęłam wyzwanie uzupełniające na Goodreads, czyli ambitny plan przeczytania w tym roku 12 horrorów (chociaż nie wiem, czy taki ambitny, bo 5 już za mną, a dopiero marzec minął). Zmiana jednak zaszła lekka w formie, bo aż 4 z poniższych tytułów były audiobookami! Dodatkowo wyrównałam poziom pozycji oryginalnych – tym razem 6 buków było w oryginale, czyli po angielsku, a dwie po polsku:

  • „2666” Roberto Bolaño, czyli mój nowy Duży Buk. Wspaniały bukowy potwór, intensywny w doznania i porażający przerażającą opowieścią – do poczytania TUTAJ.
  • „The Thief of Always” Clive Barker, czyli idylliczny horror, idealny na wiosnę i moje pierwsze spotkanie z prozą Barkera – do poczytania TUTAJ.
  • ” Jestem Legendą ” Richard Matheson („I am Legend „), czyli totalna klasyka gatunku  – do poczytania TUTAJ.
  • „Bracia Sisters” Patrick DeWitt („The Sisters Brothers”), melancholijny western w stylu braci Coen – do poczytania TUTAJ.
  • „Boy, Snow, Bird” Helen Oyeyemi, czyli nowiutka świeżynka i niezwykły retelling baśni o Królewnie Śnieżce  – do poczytania TUTAJ.
  • „Rój” Michael Crichton („Prey”), czyli powieść, która zawiodła mnie mocno, ale wciąż warto ją poznać – do poczytania TUTAJ.
  • „Terror” Dan Simmons („The Terror”), czyli KAWAŁ pięknej opowieści, wśród dmiących lodowatych wiatrów i śnieżnobiałych przestrzeni – już wkrótce na Buku.
  • „Czas zabijania” John Grisham („A Time to Kill”), czyli klasyka thrilleru sądowego i genialna opowieść – już wkrótce na Buku.
  • „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – w trakcie lektury.

A teraz czas na pięknego newsa! Wiecie jak bardzo podobała mi się „Botanika duszy” („The Signature of All Things”) Elizabeth Gilbert. To żadna nowość. I wiecie też jak bardzo lubię prozę tej amerykańskiej pisarki. To również nic nowego. Ale nowością i przeuroczą nowiną jest to, że wydawnictwo Rebis postanowiło opublikować moją wypowiedź na okładce polskiego tłumaczenia powieści! 😀 Tak więc Wielki Buk razem z Annie Proulx i redaktorem „The Times” trafił na okładkę „Botaniki duszy”, która dokładnie dzisiaj, 01 kwietnia, ma swoją premierę – jest radość, jest szczęście i same pozytywne emocje.

BotanikaBombla

A teraz czas na ekstremalną bukowość, która wyraziła się w trzech niespodziankowych paczkach i tłumie nowiutkich książek, które pojawiły się na półkach, tworząc dwa urocze zestawy w stylu zimowo-wiosennym. Zimowym, bo trafiły do mnie tłumy kryminałów i thrillerów, większość z nich w totalnie śnieżnym stylu (ale będę miała czytania w oczekiwaniu na jesień!) i wiosennym, bo zobaczcie na te cukierkowe, kwiatkowe okładki:

ZESTAW 1 (od góry):

Zestaw01

  • „Botanika Duszy” Elizabeth Gilbert wersja audiobook i tradycyjna – główny element niespodziankowej paczuchy od wydawnictwa Rebis i moja wielka radość 😀
  • „Kuchnia Prababci” Margaret Yardley Potter (prababci Elizabeth Gilbert) – cudna niespodzianka od wydawnictwa Rebis, a jest cudna tym bardziej, bo ja uwielbiam pichcić dla najbliższych! Zachwycam się zawsze książkami kucharskimi i zaczytuję się, wyszukując najlepsze przepisy do wypróbowania. Piękny prezent.
  • „Śpiewaj ogrody” Paweł Huelle – kolejna książka do recenzji od księgarni Dybook. Brzmi magicznie i już nie mogę doczekać się czytania.
  • „Ciemny Eden” Chris Beckett („Dark Eden”) – planeta pozbawiona Słońca? Spowita w ciemności? To musi być Eden 😀
  • „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson („Life After Life”) – zeszłoroczny bestseller, do zrecenzowania dla Gildii Literatury.

ZESTAW 02 (od góry):

Zestaw02

  • „Jedyna prawda” Olle Lönnaeus – śnieg, Szwecja, polityczno-społeczne tło i już mi się podoba.
  • „Nie chcesz wiedzieć” Lisa Jackson – samotna wyspa, niewyjaśnione morderstwa i tajemnica z przeszłości.
  • „Arka zabójców” Asa Schwartz – szwedzki thriller, więc nie umiałam powiedzieć nie.
  • „Śladem zbrodni” Tess Gerritsen – czytałam same pozytywne opinie o twórczości tej pisarki, więc jak nadeszła możliwość poznania, nie wahałam się ani chwili.
  • „Prawo krwi” Tess Gerritsen – jak wyżej.
  • „Anioły śniegu” James Thompson – morderca z okręgu polarnego. Wystarczyło mi 🙂
  • „Profesor” John Katzenbach – thriller psychologiczny z psychopatycznym mordercą i klimatycznym pomysłem.
  • „Krwawa blizna” Val McDermid – podobała mi się bardzo „Gorączka kości” i tutaj też czuję godny potencjał.

Pewnie zdążyliście już zauważyć, że bardzo, ale to bardzo lubię robić moim bliskim prezenty w postaci książek. Akurat kwiecień jest takim uroczym miesiącem, że zbliżają się urodziny mojego Taty i trójki przyrodzinnych dzieciaków. Tata jest dla mnie wzorem książkowego mola i filologicznego językoznawcy, a że ostatnio zasmakował w szwedzkich thrillerach i spodobała mu się pierwsza część trylogii Andersa de La Motte [geim], to na urodziny nadeszła część druga, czyli [buzz] (którą mam oczywiście w planach pożyczyć i również zrecenzować 🙂 ).

Co do dzieciaków. Razem z G. jesteśmy uważani za „wujostwo od książek”, bo nie ma to jak dobry buk, wiek nieistotny. Oboje uważamy, że od małego warto poznawać dobre i godne historie, a nie wypełniać czas dziecka „zapychaczami” z kiosku bez ładu i składu, a przede wszystkim bez ciekawej treści. Tym razem dla pary męskich bliźniaków, dumnie kończących trzy lata, zakupiłam totalną klasykę, w pięknym odnowionym wydaniu Naszej Księgarni, czyli pierwszy tom „Poczytaj mi mamo”. Co prawda z początku planowałam coś innego, czyli „Piotrusia Pana i Wendy” (cudne wydanie upatrzone u Potłuczonej Literatki), ale ostatecznie zdecydowałam się na ten zbiór historyjek, bo są krótsze i przystępniejsze dla takich maluchów. Jak dla mnie perełka, a na „Piotrusia Pana i Wendy” przyjdzie czas na Święta, tak sądzę 🙂  Za to dla dwuletniego synka mojej kuzynki wybrałam uroczą książeczkę z pięknymi ilustracjami i formatem doskonałym do czytania z rodzicami o misiach i przytulaniu – „Proszę mnie przytulić” Przemysława Wechterowicza.

Prezenty

A na zakończenie w ramach świeżutkiego newsa ze świata Wielkiego Buka mam niezwykle buczną wiadomość: Monika z Wyrażone słowami zgłosiła mojego bloga do tegorocznej eBuki za co ślicznie dziękuję! :*

I to wszystko moi Drodzy! Szykuje się czytania a czytania, czyli totalnie bukowe szaleństwo – tak lubię 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Bracia Sisters” Patrick DeWitt

Bombla_BraciaSisters
 

„To dziwny czas na życie na ziemi.”

Był taki okres, gdzieś w początkach drugiej połowy dwudziestego wieku, kiedy gatunek zwany westernem zawojował popkulturę i stał się niezwykle lubiany zarówno w swojej wersji filmowej, jak i literackiej. Szalony Dziki Zachód przyciągał awanturnictwem, przygodą i dzikimi preriami zamieszkanymi przez wojownicze indiańskie plemiona. Przygody banitów, rewolwerowców, poszukiwaczy złota i kowbojów biły rekordy popularności i prawie każdy dzieciak w tamtych czasach naśladował ulubione postacie żywcem wyciągnięte z ukochanych filmów, czy książek. Potem przyszła epoka anty-westernów, by w końcu western wycofał się w cień i został zastąpiony innymi i bardziej nowoczesnymi gatunkami. Próby wskrzeszenia legend Dzikiego Zachodu podejmowało w ostatnich latach wielu twórców i jak to bywa ze wskrzeszaniem czegokolwiek, ze średnio ciekawym skutkiem. Jest jednak coś takiego w początkach nowego tysiąclecia, co pozwala na zabawę formą, odświeżanie zastanych  gatunków i co daje szansę na wzniecenie nowej mody na to, co niby już przeminęło i zaginęło w odmętach historii popkultury.

Ożywają uśpione saloony i spowite pyłem amerykańskie miasteczka, wracają poszukiwacze złota, a szlaki znowu wypełniają się awanturnikami w doskonałej,westernowej powieści Patricka DeWitta zatytułowanej „Bracia Sisters”. Stany Zjednoczone. Rok 1851. Oregon. W najlepsze trwa Gorączka Złota. Kwitnie handel, a gospodarka rozwija się w zaskakującym tempie. Po złoty kruszec ukryty w rzekach Kalifornii, z całego kraju zjeżdżają tłumy spragnionych bogactwa ludzi. Szlaki pełne są kupieckich karawan zmierzających na południe, maruderów i złodziei, którzy w zaślepionych rządzą zysku poszukiwaczach widzą łatwy i szybki łup. W stronę Kalifornii zmierzają także Eli i Charlie Sisters – wyjątkowi bracia uznawani za postrach Dzikiego Zachodu. Czarne charaktery, czarne serca i okrucieństwo zapisane w genach. Płatni zabójcy, doskonali strzelcy, awanturnicy, których zła sława wyprzedza na każdej drodze. Wszyscy ich znają, wszyscy się ich boją. Słyną ze swojej brutalności i z tego, że zawsze wykonują powierzone im zadania, nie zadając zbędnych pytań co do losu tych, których życie oddano w ich ręce.

W Kalifornii bracia Sisters mają do wykonania kolejne zadanie zlecone przez niejakiego Komandora, dla którego pracują w rodzinnym stanie. Po ostatniej, średnio udanej robocie, Eli i Charlie liczą na szybki zysk i równie szybki powrót do domu, odkuci i przygotowani do kolejnych zadań. Ich celem jest niejaki Hermann Kermit Warm, poszukiwacz złota, który podobno okradł Komandora. Bracia mają się go pozbyć, odebrać własność szefa, a wszystko za godną znanych zabójców zapłatę i obietnicę kolejnych zleceń. Zaczyna się dla nich podróż pełna często surrealistycznych, czasami magicznych spotkań i nowych wyzwań, jednak najważniejsza będzie przemiana, jaka zajdzie w postrzeganiu otaczającej ich rzeczywistości. W tę podróż czytelnicy wyruszają razem z młodszym z braci, czyli Eli. To jego oczami postrzegamy świat Dzikiego Zachodu, a przede wszystkim jego starszego brata, jego wzór do naśladowania, czyli Charliego.

Eli ciągle obserwuje brata, porównuje się do niego, ale te porównania nigdy nie wychodzą na jego korzyść, niestety. Charlie jest szczuplejszy, mądrzejszy i lepiej orientuje się w meandrach fachu, jakim się parają. To on zazwyczaj kieruje ich wyprawami, rozplanowuje zadania. Charlie nie ma sumienia, nie zna litości i wydaje się, że zawsze potrafi znaleźć rozwiązanie w każdej sytuacji. Oczywiście ma swoje słabości, na przykład nie potrafi pić z godnością, jest wybuchowy i nie szanuje kobiet, ale pomimo to, w oczach Eli jego brat jest po prostu lepszy. Dlatego też nie wykłóca się z nim o pieniądze, nie sprzeciwia się, gdy to Charlie dostaje lepszego konia, ani nawet wtedy, gdy Komandor mianuje go szefem wyprawy do Kalifornii. Przyjmuje swój los ze spokojem i pozostaje w cieniu. Jednak coś zmienia się w spojrzeniu Eli i coraz częściej rozmyśla on o zakończeniu pracy płatnego zabójcy. Podróż na południe otwiera przed nim nowe możliwości i daje szansę przemyślenia swojego życia na nowo.

W opowieści o braciach Sisters nie brakuje elementów baśniowo-przypowieściowych. To historia drogi, na której kolejne spotkania, kolejne przygody, przyniosą więcej filozoficznych przemyśleń niż krwawych rozliczeń. Chociaż, jak to na Dzikim Zachodzie bywa, nie obędzie się bez okrucieństwa i dziwności. O ile okrucieństwo jest jak najbardziej oczekiwane i wytłumaczalne, to elementy tajemnicze nie są już tak oczywiste w takim wydawałoby się przewidywalnym otoczeniu. Eli i Charlie napotykają po drodze tajemniczego, płaczącego wędrowca, trafiają do domu staruchy, która rzuca uroki, a jednemu z braci śni się dziwna dziewczynka niosąca ze sobą śmierć. A poza tym, każdego dnia bracia Sisters trafiają na traperów, zwykłych podróżnych i podobnych sobie zabójców. Odwiedzają burdele, saloony i  obozy poszukiwaczy złota. Niby niedługa droga z Oregonu do pławiącej się w złocie Kalifornii ukazuje pełny przekrój społeczeństwa tamtego okresu, zależności kulturowe i obyczajowe.

„Bracia Sisters” to niezwykle udany powrót do zapomnianego gatunku, jakim jest western i tym samym równie udana próba wskrzeszenia legendy Dzikiego Zachodu. Powieść DeWitta wydaje się być hołdem złożonym klasykom gatunku, czerpiącą inspiracje z najlepszych opowieści, zarówno tych filmowych, jak i literackich. Czytelnicy znajdą tutaj wszystko, czego potrzeba wciągającej i pędzącej naprzód powieści przygodowej – barwne postacie, czarny humor i mnóstwo pełnokrwistej, mocnej akcji, niepozbawionej intensywnych szczegółów. Ale najważniejsi są tutaj oczywiście dwaj bracia, Eli i Charlie, ich relacje i przemiana, jaka zachodzi gdzieś po drodze. Przemiana, która jak to w westernach bywa, prowadzi do odkupienia i nie pozwala zapomnieć, że nic nie jest tylko i wyłącznie czarne bądź białe, ale złożone z setek odcieni szarości, często trudnych do odróżnienia. „Bracia Sisters” to kawał westernu i wspaniała opowieść nie tylko dla miłośników gatunku.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, do poczytania również TUTAJ.

„Rój” Michael Crichton

Bombla_Rój

Bardzo nie lubię zawodzić się na książkach. I nie chodzi mi tutaj wcale o książki, które z założenia uznaję za złe (mam tutaj na myśli Stefy, inne Greye i niedorobione YA), skazane na łatkę para-literackiej padliny, ale o buki, które powinny były być doskonałe. Takie, których autorów podziwiam, których twórczość niezwykle sobie cenię i jestem w stanie sięgnąć po wszystko co kiedykolwiek napisali. Bo takie książki nieudane, niedociągnięte do stanu absolutnej perfekcji, odbiegające od innych pozycji tego samego pisarza, martwią i zostawiają swoistą traumę, która sięgając po kolejne jego dzieła każe nam zadawać pytanie: „A co jeśli ta również będzie niegodna?”. Ostatnimi czasy mam tak niestety z ekspresowo wydawanymi najnowszymi powieściami mojego ukochanego Stephena Kinga, który zamiast cieszyć, powoli zaczął mnie męczyć uproszczonymi fabułami, niedociągnięciami dialogów i spłyconymi bohaterami… Ale nie o Kingu będzie tutaj mowa, chociaż ten pisarz wywołał we mnie równie skrajne emocje – mam na myśli Michaela Crichtona i jedną z jego ostatnich powieści zatytułowaną „Rój”.

„Rój”, którego oryginalny tytuł brzmi „Prey” i oznacza zdobycz/ofiarę, mogłaby być jedną z najlepszych powieści Michaela Crichtona. Zawiera w sobie wszelkie elementy tak charakterystyczne dla prozy tego amerykańskiego pisarza, które obecne były w jego absolutnie klasycznych i doskonałych powieściach jak kultowy już „Jurassic Park” (tak moi Drodzy, to Crichton na nowo przywołał do życia dinozaury), perfekcyjnie przygodowe „Kongo”, przerażającej „The Andromeda Strain”, czy podwodnie mrocznej „Kuli”. A to tylko „czubek góry lodowej” jego twórczości, bo w zakamarkach skrywa się jeszcze sporo świetnych tytułów. Szkoda, że potencjał „Roju” tonie w masie fatalnych dialogów, infantylnych bohaterów i zupełnie niepotrzebnych wątków rodzinnych, bo główny zamysł, jak to u Crichtona bywa, jest genialny i obiecywał naprawdę wiele. To wszystko nie oznacza jednak ostatecznego dramatu, bo wciąż, pomimo swojej średniości, „Rój” oferuje ciekawe rozwiązania technologiczne, dość przerażające w swoim przewidywaniu przyszłości. Bo kto jeszcze nie czytał i nie zna crichtonowskiej klasyki, powinien wiedzieć, że pisarz ten czerpał zawsze inspiracje z najnowszych nowinek technologicznych, medycznych i informatycznych, wtłaczając je w swoje opowieści jako główną oś i wokół nich budując resztę fabuły.

Podobnie rzecz ma się w „Roju”. Punktem wyjścia są: niezwykle obiecująca nanotechnologia, czyli działanie na poziomie mikrocząsteczek i atomów, inżynieria genetyczna oraz tworzenie sztucznej inteligencji. Inaczej mówiąc, dość skomplikowana zabawa w Boga, na wysokim poziomie zaawansowania. Głównym bohaterem natomiast jest Jack Forman, jeden z lepszych światowych programistów, który poprzez malwersacje swojego szefa, stracił wysokie stanowisko, jak również dobrą opinię w branży. Ostatnimi czasy całe dnie spędza w roli „domowego koguta”, opiekując się trójką dzieci i parając się zadań typowo przydomowych. Finansowo całą rodzinę wspiera żona Jacka – Julia, jedna z najlepszych specjalistek w firmie Xymos, która jest pionierem na raczkującym rynku nanorobotyki. Razem z innymi inżynierami Julia opracowuje technologie, które wspomóc mając łączenie żywych tkanek z nanorobotami w celu walki z komórkami rakowymi, czy chorobami genetycznymi, tym samym wydłużając życie i dając szansę na życie tam, gdzie ciało samo nie dałoby rady. Jest to piękna i niezwykle idylliczna idea, ale jak to z ideami bywa, łatwo mogą łatwo wymknąć się spod kontroli, tym bardziej jeśli w całość zamieszana jest zabawa sztuczną inteligencją i eksperymenty na poziomie molekularnym.

Jack bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak z jego żoną, gdy ta z niezrozumiałych przyczyn zaczyna się niecierpliwić i wyjątkowo brutalnie odzywać w stosunku do ich dzieci. Szczególnie wtedy, gdy widzi, jak Julia uderza malutką Amandę i krzyczy na nią, zamiast przytulić ją i uspokoić. Zauważa zmianę zachowania, rosnącą brutalność i utratę instynktów, przede wszystkim rodzicielskiego. Z początku Jack ma wrażenie, że Julia jest po prostu przemęczona, ale z czasem dostrzega więcej niepokojących zmian. Podejrzewa romans, potrzebę ucieczki od rodziny, ale nigdy nie podejrzewałby tego, o czym dowie się, gdy zostanie wezwany do tajnej bazy Xymos, ukrytej na pustyni przed wzrokiem ciekawskich. Jack ma za zadanie pomóc naukowcom opanować skomplikowany system komputerowy, który pozwolił im na pracę nad ich wyjątkowym projektem. Jack staje się świadkiem morderczych działań eksperymentu, który wymknął się spod kontroli i sprowadził swoich twórców do biernej obserwacji narodzin perfekcyjnego drapieżnika, przed którym nie ma ucieczki.

Jest moc akcji, jest doskonały zamysł fabularny z doprowadzonym do perfekcji wątkiem technologicznym i sporo fabularnych zakrętów i twistów. Klasyczny Crichton, nic dodać, nic ująć. Tylko zabrakło spoiwa, jakim byłyby intensywne dialogi, ciekawi bohaterowie, i rozbudowane relacje między nimi. W zamian dostajemy podstarzałego, niepewnego swojej roli w społeczeństwie tatusia, który nie potrafi pogodzić się z karierą swojej żony. A gdy w końcu mu się to udaje i od nowa odzyskuje szacunek w swoich oczach, to psychicznie wraca do roli tatusia i nie umie pogodzić się ze zmianami. Całkowicie rozumiem zamysł autora – w końcu początek lat dwutysięcznych zawierał w sobie mnóstwo dyskusji na temat tradycyjnych roli mężczyzn i kobiet, a tzw. zamiana ról, gdzie to kobieta przejmuje dowodzenie finansowe i robi karierę, stała się po prostu modna. Niestety, o ile w obyczajowej powieści sprawdziłby się ten element w świetny sposób, to do gatunku Crichtona, jakim jest techno-thriller, zupełnie nie pasuje. Odrzuca od postaci i nudzi.

Kto jeszcze twórczości Michaela Crichtona nie zna, koniecznie poznać musi, ale lepiej w tym wypadku od „Roju” nie zaczynać (tutaj zawracam Was do „Kongo” i „Jurassic Park”). Kto jednak mimo powyższych wad jest wciąż ciekawy albo tak jak ja pozostaje wielbicielem jego prozy – niech przekona się na własnej skórze. Bo „Rój” pozostając pozycją średnią w rankingu dzieł Crichtona, wciąż ma coś w sobie i warto do niego zajrzeć. A do tego pozostaje świetną opowieścią ku przestrodze, dla wszystkich tych, którzy niezmiennie wierzą w bezsprzeczną siłę technologii i eksperymentowania z życiem. Czasami warto powiedzieć sobie stop, zanim będzie za późno, bo ewolucja, nawet ta wymuszona, nie będzie na nikogo czekać.

A ja zapominam o nanorobotach, nie myślę o konsekwencjach genetycznej zabawy atomami, tylko pakuję manatki i na nowo rozplanowuję powrót na ulubioną, pogrążoną w tropikalnych mgłach, crichtonowską Isla Nublar, o której napiszę Wam pewnie jeszcze tej wiosny.

O.

Wiosenna Lekkość Bytu 2014

Bombla_Wiosna2014

Podobno Pierwszy Dzień Wiosny był już wczoraj, a nowa pora roku nadeszła o 17:50 naszego czasu. No podobno, bo dla mnie, pewnie z umiłowania do tradycji i ze zwykłego zgłębiania się we własną starość, prawdziwa wiosna (czyli ta kalendarzowa) zaczyna się właśnie dzisiaj, koniec, kropka. Nikt mi tego nie odbierze i wspomnień z Dnia Wagarowicza też nie i poczucia Marzanny również. 🙂 Tak więc oto jest: nadeszła wiosna, a mi nie pozostało nic innego, jak powolutku wycofać się w cień, zasłonić zasłony na oknach (niczym wampirowi słońce mi szkodzi) i oczekiwać na nadejście sezonu dyniowego, lodowatych wiatrów i spadających liści. No ale jak wiosna to wiosna, nie będę marudzić, bo marudzenie źle wpływa na cerę. 😉

Wiosna to rześkość powietrza, pierwsze zieleniące się listki i świeży, ciepły wiaterek, więc nadszedł dobry moment, żeby się odpowiednio bukowo przygotować się i uposażyć na nową porę roku. Jak wiecie, lubię porównywać książki i lekturę do jedzenia. W tym przypadku nie omieszkam również przyrównać buków wiosennych do nowalijek, świeżutkich, chrupiących, pełnych witamin i różnych substancji odżywczych. Ma być lekko, zdrowo i odświeżająco. Książka na wiosnę ma obudzić czytelnika z zimowego snu, podnieść na duchu i zachęcić pozytywnie do działania. Oczyścić i pozwolić narodzić się na nowo.

W duchu chrupiącej zieleniny przygotowałam tak dla Was, jak i dla siebie (w ramach obietnicy nadrobienia niektórych tytułów) dziesięć opowieści idealnych na wiosenną lekkość bytu. Do podgryzania i wąchania. I do poczytania. Miłej lektury!

BotanikaDuszy1. „Botanika Duszy” Elizabeth Gilbert („The Signature of All Things”)

Mam słabość do prozy tej wspaniałej amerykańskiej pisarki. Uważam, że jest niepotrzebnie promowana poprzez bestsellerową „Jedz, módl się, kochaj”, bo zarówno jej opowiadania, powieści, jak i biografia są wyjątkowe i napisane pięknym, ujmującym językiem. „Botanika Duszy” to jak dotąd najlepsza powieść Gilbert, a do tego gigantyczny kawał dobrego buka. Magiczna, wciągająca historia życia Almy Whittaker – botaniczki, przyrodniczki i podróżniczki początku XIX wieku. Do tego świetna opowieść z elementami historycznymi, sunąca przez dzieje światowych przemian. Do poczytania TUTAJ.

*W związku z „Botaniką Duszy” będę miała dla Was małą niespodziankę, ale to dopiero niebawem. 🙂

Gwiazdozbiór2. „Gwiazdozbiór psa” Peter Heller („The Dog Stars”)

Jeden z moich Dużych Buków. Postapokaliptyczna rzeczywistość. Świat po zagładzie. A w tym wszystkim Hig, który po stracie wszystkiego co kochał, z czasem zyskał nowych towarzyszy – szalonego żołnierza Bruce’a i psa Jaspera. We trójkę od lat próbują przetrwać w trawionym wszechobecną przemocą i postępującą deprawacją świecie. Heller udowodnił, że nie potrzeba wyrafinowanej formy, skomplikowanej fabuły, czy pędzącej na oślep akcji, by przekazać najważniejsze ludzkie uczucia, największe tęsknoty, złamane serce, ból. Wystarczyły prosty język, zrozumiałe symbole i metafory, skromne otoczenie i szczery bohater. Perełka! Do poczytania TUTAJ.

ThiefOfAlways3. „The Thief of Always” Clive Barker

Jeśli myśleliście, że sielankowy horror nie jest możliwy, to koniecznie musicie poznać przypowieść o Harvey’u Swicku, dziesięcioletnim chłopcu, który nudząc się pewnego wiosennego wieczoru, przywołał do siebie wyjątkowego gościa. Gość ten zabrał go do rajskiego domu zwanego Holiday House, gdzie zawsze trwa święto, a każdy dzień jest wyjątkowym dniem. Nie ma tam nudy, nie ma szkoły, nie ma obowiązków, ale nie ma też… wyjścia. Barkerowi udało się stworzyć historię, w której miejsce idealne, perfekcyjne, wywołuje raczej strach i poczucie narastającej klaustrofobii, zamiast niczym niezmąconego szczęścia. Doskonały horror ze śpiewającymi ptaszkami w tle.

KobietZWydm4. „Kobieta z Wydm” Kōbō Abe

Japońska literatura ma to do siebie, że łączy w sobie zarówno niewiarygodną wręcz subtelność z drastyczną makabrycznością. Nikt tak nie potrafi ukazywać dziwności i inności, łącząc je razem z wyrafinowanym pięknem i prostotą. Klasyczna Japonia. Taka jest również historią Kōbō Abe, w której bohater, zupełnie przypadkiem, natrafia na nadmorską wioskę i zostaje na noc w gościnie u kobiety, która żyje w… głębokiej jamie piasku. Następnego dnia jednak okazuje się, że z jamy nie ma już wyjścia, a on sam zostaje niejako jej więźniem. To opowieść o samotności, miłości, stracie i niszczącej sile piasku. Niesamowita.

Willows5. „The Willows” Algernon Blackwood

Jeśli H.P. Lovecraft mówi, że jest to jedna z najlepszych opowieści grozy, jaka kiedykolwiek została napisana, mi nie pozostaje nic innego, jak zabrać się do czytania. I podzielać zachwyt, bo miał rację. Na spływ Dunajem wybrało się dwóch przyjaciół. Ich wspólna wyprawa wydaje się sielankowym wręcz przedsięwzięciem. Mijają magiczne wysepki na rzece, pogoda im sprzyja, przyświeca słońce i wieje przyjazny wiaterek. Tylko że miejscowi ostrzegają ich przed wybraną trasą, przed rzeką, przed drzewami. Bo coś jest nie tak. Coś szumi wśród wierzb. Coś krzyczy i woła wśród drzew. Opowieść o sile natury i słabości człowieka. Klasyka.

Wreckage6. „The Wreckage” Michael Crummey

To jedna z tych powieści, które obowiązkowo muszę poznać tej wiosny. Nowa Funlandia. II Wojna Światowa. Para kochanków zostaje rozdzielona, by dopiero po latach móc znowu się spotkać. „The Wreckage” rozciąga się na objęte działaniami wojennymi wody Pacyfiku i rybackie nowofunladzkie wioski, opowiada o miłości, zdradzie i odkupieniu – dla mnie pozycja obowiązkowa.

 

Penelopa7. „Penelopa na wojnie” Oriana Fallaci

Ach, boska Oriana! Uwielbiam! W każdej formie, od wywiadów po jej opowieści. Przebojowa scenarzystka Gio zostaje wysłana do Stanów Zjednocznonych, by tam zaczerpnąć inspiracji do najnowszego filmu. Ma być słodko, uroczo i amerykańsko. Gio niczym Penelopa wyrusza w podróż, by za oceanem nie tylko poszukiwać miłosnej historii dla swoich bohaterów, ale także odnaleźć miłość z czasów dziecięcych. Swojego Ulissessa, żołnierza, który przez krótki okres ukrywał się w jej rodzinnym domu w czasie wojny. W powieści jest wszystko co elementarne dla twórczości Oriany – wspomnienia z dzieciństwa, trudne kontakty damsko-męskie, silna kobieta, która poszukuje siebie. I jak zwykle Oriana zmusza do myślenia.

Kroniki8. „Kroniki Portowe” Annie Proulx („The Shipping News”)

Jak jest Nowa Funlandia, zimno, wiatr i morze, to dla mnie powieść staje się automatycznie lekturą doskonałą. Od czasu genialnej ekranizacji szykuję się do czytania i tym razem nie będę czekać. Tej wiosny na Wielkiego Buka zawita historia nieudanego Quoyle’a, który na ziemi swoich przodków odnajduje samego siebie. Już nie mogę się doczekać!

 

4PoryRoku9. „Cztery Pory Roku” Stephen King („Different Seasons”)

Cztery opowieści. Cztery nowele. Cztery historie doskonałe, odpowiadające każdej z pór roku. Na wiosnę kultowi i wspaniali „Skazani na Shawshank”, na lato mroczny i badający naturę człowieka „Zdolny uczeń”, na jesień „Ciało” o niegasnącej przyjaźni i tej jednej, najważniejszej przygodzie, a na zimę makabryczna i niezwykle tajemnicza „Metoda Oddychania”. Wszystkie wspaniałe. Wszystkie idealne. Dla miłośników twórczości Mistrza pozycja absolutnie obowiązkowa, a dla zaczynających z opowieściami Kinga – doskonały początek literackiej przygody.

Fountianhead10. „Źródło” Ayn Rand („The Fountainhead”)

Ayn Rand to pisarka bardzo kontrowersyjna. Do tego niezwykle skrajna w emocjach czytelniczych. Można ją albo kochać, albo nienawidzić. Ja uwielbiam, chociaż nie wszystkie idee jej filozofii popieram. Howard Roark jest niezwykle uzdolnionym architektem z prawdziwą wizją. Ale jak każdy wizjoner musi zmagać się ze strachem innych i z własnymi marzeniami. „Źródło” to opowieść o sile jednostki, indywidualizmu i własnych przekonań. O tym, że nie trzeba iść za tłumem, ale czekać i ciężko pracować, by nadszedł twój dzień. Nie poddawać się i nie łamać, a w każdej porażce powstawać jeszcze silniejszym. Jak dla mnie – niesamowita.

Pięknej wiosny Wam życzę moi Drodzy, pachnącej, chrupiącej i zaczytanej!

O.

„Boy, Snow, Bird” Helen Oyeyemi

Bombla_BoySnowBird

 

„And maybe it’s the thief in me, but I think this girl is mine, and that when she and I are around each other, we’re giving each other something we’ve never had, or taking back something we’ve lost.”

W ostatnich latach do popkultury powróciła moda na baśnie i ich nowoczesne interpretacje. Po epoce przesłodzonych, cukierkowych ekranizacji ze stajni wytwórni Disneya baśnie znowu odzyskały swój dorosły charakter i od nowa zawojowały wyobraźnię współczesnych pożeraczy kultury wszelakiej. Nareszcie w powietrzu unosi się duch szalonych i okrutnych opowieści Wilhelma i Jacoba Grimm, smutek i rozpacz pięknych historii Andersena, czy poczciwość moralnie pewnych baśni Charlesa Perrault. Powróciła nawet zalotna Szeherezada, przyleciał Piotruś Pan, czy czarownice z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Nie ukrywam, że do klasycznych baśni mam duży sentyment. Moja ukochana od dzieciństwa, ku wielkiemu niezrozumieniu rodziców, to „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka” Braci Grimm – po tytule już widać, że od najwcześniejszych lat czułam pociąg do dziwności, a jak dodam, że w historię wchodzi również zakopywanie surowej wątroby pod gankiem, to wiadomo skąd umiłowanie do splatterpunka i gore. Jak wiecie, uwielbiam interpretować, czasami nawet nadinterpretować, a baśnie dają mi wyjątkowo szerokie pole do popisu w zależności od czasu w jakim się za nie zabieram. Bo do baśni warto powracać i czytać od nowa, dopasowywać i bawić się znaczeniami. 

Uniwersalny potencjał i wielką symboliczną siłę wypływającą z klasycznych baśni wykorzystała w swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Boy, Snow, Bird” brytyjska autorka Helen Oyeyemi. Pisarka niezwykle subtelnie i intrygująco wplątała w swoją historię czarodziejskie, nadnaturalne elementy i klasycznie baśniowe wątki, tworząc jedną z najciekawszych reinterpretacji tego typu ostatnich lat. Za podstawę w budowaniu fabuły wykorzystała jedną z najbardziej znanych opowieści na świecie, czyli kultową „Królewnę Śnieżkę” Braci Grimm. Jednak w „Boy, Snow, Bird” czytelnik poszukujący odnajdzie także echa „Śpiącej Królewny”, „Królowej Śniegu”, czy nawet „Kopciuszka”. Helen Oyeyemi wybrała tylko malutkie kawalątki tych historii, a dzieje Śnieżki wtłoczyła w burzliwą i niespokojną rzeczywistość lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku Stanów Zjednoczonych. Opowiedziała ją zupełnie na nowo, tworząc tym samym świeżą, współczesną baśń. I jak to w klasycznych baśniach bywa wypełniła ją wieloznacznością i uniwersalną symboliką, która na długo pozostanie w podświadomości czytelników.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami i wielkim oceanem, w mieście zwanym Nowy Jork żyła piękna dziewczyna imieniem Boy. Boy niestety nie wiodła szczęśliwego życia – mieszkała ze swoim okrutnym ojcem, szczurołapem, który nie mogąc pogodzić się z kwitnącą urodą córki znęcał się nad nią na różne sadystyczne sposoby. Pewnej śnieżnej nocy 1953 roku dziewczyna spakowała się i uciekła, na zawsze opuszczając swój rodzinny dom. Trafiła do Flax Hill małego miasteczka rzemieślników w stanie Massachusetts, gdzie większość mieszkańców zajmuje się produkcją „pięknych rzeczy”. Tam poznaje nowe przyjaciółki (młode kobiety na wydaniu) oraz swego przyszłego męża Arturo Whitmana. Arturo jest jednym z miejscowych twórców biżuterii i ojcem prześlicznej, uroczej dziewczynki imieniem Snow. Do tego jest wdowcem, mężczyzną z przeszłością i sporą rodziną składającą się głównie z silnych, pewnych siebie kobiet.

Wkrótce Boy zostaje częścią rodziny i tym samym macochą dla Snow. I wtedy zaczynają się problemy. Dziewczynka wydaje się być Boy zbyt idealna, zbyt układna, zbyt śliczna. W jej dziecięcej miłości doszukuje się jakiegoś podstępu, ukrytej szpili, którą mała miałaby wbić i zniszczyć to ułożone nowe życie młodej pary. Gdy Boy zachodzi w ciążę jej paranoja powiększa się z każdym miesiącem, by wybuchnąć pełną siłą zaraz po pojawieniu się na świecie córki, nazwanej Bird. Bo widzicie, narodziny Bird wyciągają na wierzch jedną z najgłębiej strzeżonych tajemnic rodziny Whitmanów i tym samym zaburzają ich pozorny spokój. Zagubiona Boy odsyła swoją małą pasierbicę do dalekiej ciotki i postanawia wbrew wszystkim toczyć zupełnie normalne życie. A mała Bird dorasta, piętrzą się niedomówienia i tylko pojawia się więcej pytań, na przykład czemu dziewczynka nie może dostrzec siebie w niektórych lustrach w domu? Czemu często nie widzi swojej twarzy? A to jedynie początek niesamowitej opowieści o trzech wyjątkowych kobietach, przeznaczeniu, tożsamości i miłości, w której Helen Oyeyemi ukryła niespodziewane zwroty akcji, zagadki i prawdy o naturze człowieka.

W „Boy, Snow, Bird” mamy szansę poznać drugą stronę znanej opowieści o Śnieżce. Ukazując dzieje „złej macochy” dostajemy nowy punktu widzenia i możliwość wejścia głębiej w jej wewnętrzny, lodowaty świat. Boy ma w sobie coś z kobiety zniszczonej, zepsutej przez swojego sadystycznego ojca, kontrolującej emocje tak swoje, jak i innych, zachowującej większość uczuć wyłącznie dla siebie. Jednocześnie obserwujemy zagubioną osobę, która do końca nie jest pewna tego kim jest naprawdę. I to właśnie tę cechę dziedziczy po matce mała Bird. Będąc idealnym mimikiem potrafi naśladować wszystkich wokół, poza matką i poza samą sobą, bo jeszcze nigdy siebie do końca nie doprecyzowała. Jej tożsamość nie może się wykształtować, bo tylko widzi siebie poprzez innych. Do tego i matka i córka otoczone są niejako kultem nieobecnej, perfekcyjnej Snow, która pomimo swojego oddalenia zdaje się być ciągle blisko rodziny Whitmanów. I jeszcze pozostają te rodzinne sekrety, o których tak ciężko mówić, a których nie można już dłużej ukrywać…

„Boy, Snow, Bird” Helen Oyeyemi to opowieść, która ciągle mnie zwodziła, kluczyła i wciągała w meandry swojej fabuły, jak w leśne odmęty. Małe amerykańskie miasteczko zdawało się tajemniczą krainą, która z pozoru urocza i „jak z obrazka” kryła w sobie brudne cienie rasowych obsesji, nietolerancji i bolączek zamkniętych społeczności, do których nie mają dostępu szerokie zmiany zachodzące w innych częściach kraju. Rodzina z obrazka w domu Whitmanów, który za jednym poruszeniem magicznej różdżki okazał się być areną walczących o akceptację kobiet, zarówno tę w oczach innych, jak w swoich własnych. No bo jak można żyć w zgodzie ze sobą, gdy nawet lustra pokazują, że nie ma nas do końca? Kiedy nawet najbliżsi zdają się nas czasami nie zauważać? Gdy za każdym spojrzeniem mamy wrażenie, że w zwierciadle niejasno?

O.

„Jestem Legendą” Richard Matheson

Bombla_IamLegend

 

„Full circle. A new terror born in death, a new superstition entering the unassailable fortress of forever. I am legend.”

O wampirach mówi się i pisze wiele. W końcu to ikony popkultury i kultury w ogóle. Mityczne stwory, nieśmiertelne i ponadczasowe. Wyciągnięte z odmętów legend i ludowych przesądów. Historii o potwornych istotach wysysających krew z niewinnych ludzi, szczególnie zamiłowanych w młodych dziewicach i dzieciach. Od czasów napisanej przez Polidoriego noweli zatytułowanej „Wampir”, a kilkadziesiąt lat później wydania kultowej już powieści, dzięki której narodziła się jedna z największych ikon literacko-filmowych świata, czyli „Draculi” Brama Stokera, wampir zadomowił się na dobre i sam został niejako wciągnięty w popkulturowe szaleństwo. Nie ukrywam, że lubię wampirze postacie. Kuszą i fascynują, oscylując na granicy największego tabu z możliwych. Oczywiście te najbardziej klasyczne, prawdziwie okrutne, skłonne do sadyzmu i walające się w oparach dekadencji.  Perwersyjne w swoim łaknieniu i potrzebie opijania się krwią do nieprzytomności. O takich wampirach warto czytać i takich wampirów warto szukać w odmętach dobrej literatury.

Czasami w swoich poszukiwaniach można natrafić na prawdziwą wampirzą perełkę. Opowieść intrygującą pomysłem, bawiącą się formą, przekształcającą mit i nadającą zdawałoby się utartym już ścieżkom całkowicie nową jakość. Taka jest właśnie doskonała, klasyczna powieść Richarda Mathesona zatytułowana „Jestem Legendą” („I am Legend”) z 1954 roku, która pomimo tylu lat wciąż pozostaje jak najbardziej aktualna i ponadczasowa. Powieść niezwykła i dość prekursorska, ukazująca jako jedna z pierwszych zagładę ludzkości w związku z pandemią nieznanego do tej pory zmutowanego wirusa.  Jednocześnie mocno zakorzeniona w swoich czasach. Akcja „Jestem Legendą” rozgrywa się dwadzieścia lat w przyszłość, czyli w latach siedemdziesiątych dwudziestego stulecia, w Stanach Zjednoczonych. Kolejny światowy konflikt przyniósł człowiekowi ostateczne rozwiązanie. Co prawda nikt już nie był zwycięzcą, ale jedno było pewne – zbrojne ataki zmieniły coś na naszej planecie. Zaraz po wojnie zaczęły się związane z użyciem broni masowego rażenia zmiany klimatu, niosące za sobą upalne wiatry, wiry powietrza i burze. A wraz z nimi nadeszła śmiertelna choroba.

Głównym bohaterem powieści jest Robert Neville – ostatni człowiek na ziemi. W związku z pandemią stracił swoich najbliższych, żonę i córkę. Stracił również sąsiadów i znajomych. Wszystkich. Neville jest całkiem sam. Od prawie dziesięciu lat. I od prawie dekady, każdego dnia objeżdża swoje miasto zabijając kolejne ofiary choroby, a nocą, gdy nadchodzi pora ich żerowania, barykaduje się w swoim domu i słucha muzyki klasycznej, czekając na świt i pierwsze promienie słońca. Bo jak pewnie zdążyliście już się domyślić, pandemia, która owładnęła ziemię, to rodzaj potwornego wirusa, który zamiast ostatecznie zabijać, zamienia ludzi w wampiry. W ten sposób wokół Neville’a wciąż piętrzą się istoty, znane sprzed lat twarze, ale wszystkie już krwiożercze, nieustające w swoim polowaniu za świeżym pokarmem. Na szczęście, o ile najbardziej aktywne są one nocami (wtedy wyją, kuszą, krzyczą i łaszą się do drzwi naszego bohatera), to w ciągu dnia chowają się po domach, ciemnych zakamarkach i śpią, czekając na nadejście zmierzchu.

Każdy kolejny dzień Neville’a jest podobny do drugiego. Po przebudzeniu, ablucjach i innych zwykłych czynnościach obwiesza się czosnkiem i przygotowuje na polowanie. Chociaż polowanie nie brzmi odpowiednio, gdy opisuje się systematyczne tropienie kryjówek i wybijanie wampirów we śnie. Ponadto Neville prowadzi także na własną rękę badania –buduje sobie laboratoryjny kącik, pobiera próbki i najpierw próbuje odizolować wirus/bakterię, którą nazwie Vampiris, a potem eksperymentując na różne sposoby marzy o odnalezieniu lekarstwa. Neville tęskni do zwykłego, normalnego życia. Wciąż wspomina ukochaną żonę, widzi jej twarz w wampirzycach kręcących się u niego pod domem. Obserwuje upadek świata, opisuje go i powraca myślami do życia „przed”, gdy miał jeszcze nadzieję, gdy jeszcze wierzył w normalność.

Im dalej przenikamy do postapokaliptycznego świata Neville’a tym wyraźniej zauważamy jego przemianę. Coraz głębiej brnie w eksperymenty i poszukiwania. Przypominając z początku wyciągniętego z klasyki literatury pogromcę wampirów Van Helsinga, z każdym kolejnym dniem zaczyna bardziej przypominać zdeprawowanego doktora Mengele. Przestaje zabijać „szybko i czysto” nabijając wampiry na osikowe kołki, ale w zamian zaczyna się bawić swoimi ofiarami – wyciąga na słońce i obserwuje jak powoli ich ciało pali się w promieniach lub wstrzykuje specjalnie wydestylowane ekstrakty z czosnku, by z fascynacją obserwować powolne rozpuszczanie się tkanek. Porównuje ich budowę, nacina, rozcina, czy bada czaszkę. Dla Neville’a nie ma już żadnego tabu, nie ma prawa, poza tym, które sam sobie tworzy. Dzięki swoim okrutnych praktykom zmniejsza się również wampirza populacja, a jego nocni goście, którzy dziesiątkami czatowali i wyli pod domem, powoli się wykruszają. Neville zaczyna pogrążać się w coraz większym szaleństwie, napędzanym jego rosnącym poczuciem osamotnienia. I wtedy w jego życiu pojawia się Ruth, a wraz z nią powraca utracona dawno nadzieja.

 „Jestem Legendą” Mathesona zaskakuje swoją uniwersalnością. Nie nudzi, co to, to nie. Wciąga i zachwyca wieloznacznością. W przeciągu tych kilkudziesięciu lat nie straciła nic ze swojej wymowy, pomimo że stworzona była jako odpowiedź na przenikliwy strach Zimnej Wojny, na wspomnienie okrutnych wojen i masowej zagłady. Samotność prowokuje emocjonalne burze, naznacza rzeczywistość, mijający czas, gdy nie ma już nikogo do kogo można się odezwać. Przychodzi horror monotonności, horror odpowiedzialności i horror podejmowania wyborów. Neville’owi pozostaje jedynie co noc słuchać wycia w ciemnościach, obserwować zrujnowany świat i samemu powoli zamieniać się w swoisty rodzaj bohatera. Legendę opartą na własnym życiu, tym samym przechodząc do historii nowej ludzkości i zostając ostatnim takim człowiekiem.

O.