„Moby Dick” Herman Melville

Bombla_MobyDick

 

„Oh, the rare old Whale, mid storm and gale In his ocean home will be A giant in might, where might is right, And King of the boundless sea.”

                                                   /Whale Song/

Mówią, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tworzy najlepsze opowieści. Kreuje największe legendy. Te dobre, pełne bohaterskich czynów i poświęcenia, ale także te najmroczniejsze, które czyhają w ciemnościach i głębinach, czekając by je odkryć. Jedną z takich historii jest mit lewiatana. Potwora morskiego, olbrzymiej istoty, która zamieszkuje oceany ziemi i tam poluje, od czasu do czasu napotykając na swej drodze człowieka. O lewiatanie krążą legendy od początku istnienia rybołówstwa. Zatopione łodzie rybackie. Zaginione załogi. Zmiażdżone olbrzymie okręty. Tysiące podobnych opowieści, w które aż trudno uwierzyć, a które w literaturze powracają od wieków. Lewiatan zawładnął wyobraźnią marynarzy i ludzi związanych z morzem. Nie ma przed nim ucieczki i nie ma odwrotu. Lewiatan jest niepodzielnym władcą swojej morskiej krainy.

Dzisiaj już wiemy, że lewiatan to jedynie legenda. Nie istnieje, a może istnieje, ale z pewnością nie jest potworem. Nie jest zabójcą, krwiożerczą bestią, która poluje wśród fal. Legendarny lewiatan to po prostu wieloryb, kaszalot – największy ze swojego gatunku, od lat zagrożony wyginięciem. Współcześnie jedno z najspokojniejszych i pokojowo nastawionych istot na ziemi. Takich, które trzeba chronić, bo w każdym momencie, w chwili nieuwagi, mogą zniknąć na zawsze i nigdy się nie odrodzić. Jednak jak to z legendami bywa, każda niesie w sobie cząstkę prawdy i oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.

W pierwszej połowie XIX wieku,  opowieści o statkach staranowanych przez gigantyczne wieloryby nie schodziły z pierwszych stron gazet. Niektóre przeszły do historii, jak na przykład zatonięcie wielorybniczej jednostki Essex w 1820 roku. Cudem ocalała załoga przez kilka miesięcy dryfowała na małych łodziach, cierpiąc głód i choroby, ostatecznie zmuszona dokonywać aktów kanibalizmu na swoich współtowarzyszach. Z jej kilkudziesięciu członków przeżyło zaledwie kilku. Historię ataku na Essex spisał jej pierwszy oficer – Owen Chase, którego relacja zainspirowała jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy – Hermana Melville’a.

„Moby Dick, albo Wieloryb” (w oryginale „Moby-Dick or the Whale”) to literackie arcydzieło należące do kanonu światowej literatury, a którego wydanie w 1851 wcale nie zwiastowało jej późniejszego sukcesu. Powieść  bardzo nietypowa, fikcyjna relacja tragedii, której autor spóźnił się z tematem o kilka lat. Jednocześnie opus magnum Hermana Melville’a, któremu poświęcił lata swojego życia, i dla którego sam zaciągnął się na statek wielorybników. Pełna symboli, biblijnych odniesień i metafor to historia obsesji tak wielkiej, że niosącej zagładę wszystkim, którzy podejmą się iść jej tropem.

Narratorem opowieści jest Ishmael, zagubiony młody marynarz, który nie do końca potrafi odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Symbolicznie oderwany od świata, wyrzutek, postanawia zaciągnąć się jako harpunnik i nadać swojemu życiu nowy sens. To jego oczami poznajemy społeczność wielorybników i ich własną, odosobnioną od ogółu świata kulturę. Zaskakuje ich otwartość i tolerancja. Wielorybnicy do wszystkiego odnoszą się z niewymuszoną prostotą i ironicznym dystansem do życia. Nie oceniają pochopnie. Na nikogo nie patrzą z góry. Każdy może zaciągnąć się na statek i dołączyć do ich grona, byleby był szczery i potrafił poświęcić się ciężkiej pracy na wielkich wodach.

Ishmael dołącza do nietuzinkowej załogi statku Pequod, której kolejny rejs planowany jest na trzy następne lata. Jednostki obytej w wodnych bojach, znanej ze swoich połowów i zysków jakie przynosi swoim właścicielom. Poza miejscowymi i pochodzącymi z nowego kontynentu, doświadczonymi oficerami, w jej skład wchodzą również trzej czarnoskórzy „kanibale”, jak ich nazywa narrator, harpunnicy równie obyci w morskich bojach i doświadczeni w wielu wielorybniczych przygodach. Bez uprzedzeń. Bez swady. Załoga, której przyświeca jeden wspólny cel. Przynajmniej tak się z początku wydaje.

Na czele wyprawy stoi kapitan Pequoda – postać, o której krążą legendy, budzący strach i respekt, przez wielu uważany za szalonego – kapitan Ahab. „Moby Dick” to tak naprawdę jego historia. Pragnienia zemsty i jego wielkiej, nieogarniętej obsesji, by upolować monumentalne zwierzę. Dla niego Moby Dick symbolizuje największe zło istniejące na ziemi. Biały wieloryb, mutacja matki natury, przemierzający fale Pacyfiku, który zatopił kilkadziesiąt statków, stoczył walkę z setkami marynarzy, a samemu Ahabowi odgryzł nogę w ostatnim pojedynku. Nieposkromiony i niebezpieczny, jest zmorą wszystkich przemierzających oceany statków i to właśnie kapitan z Nantucket jest tym jedynym, który go pokona.

Ishmael dzieli się z nami wszystkimi spostrzeżeniami początkującego wielorybnika. Każdy rozdział powieści to kopalnia wiedzy na temat tych morskich ssaków i chociaż narrator nie nazywa ich ssakami, ale rybami, wszystkie fakty, historie i opowiastki są precyzyjnie opisane, tworząc mini-encyklopedię wielorybnictwa. Czytelnik ma szansę bezwiednie zanurzyć się w ten świat, stanąć na pokładzie Pequoda i czekać na wielki połów. Ale niebezpieczna monomania Ahaba jest zaraźliwa. Z czasem słowa Ishmaela zostają skażone wizją białego wieloryba. Od tego momentu cała załoga ma obowiązek wypatrywać poharatanego harpunami grzbietu Moby Dicka, stawiając jego pokonanie za główny cel wyprawy. W oczach Ahaba wszystko inne jest drugorzędne i nie ma większego znaczenia, bo takie jest jego przeznaczenie.

A sam Moby Dick? Wieloryb-albinos stworzony został przez Melville’a na podobieństwo istniejącego naprawdę zwierzęcia, któremu kres przyniosło spotkanie jednego z polujących statków w 1838 roku. Wielki ssak, o imieniu Mocha Dick (od wybrzeży Mocha) podobno przeżył spotkanie ponad stu wielorybniczych statków, zatapiając kilkanaście z nich na przestrzeniu trzydziestu lat. Tak jak jego rzeczywisty pierwowzór, Moby Dick był jednym z większych okazów swojego gatunku, o wyjątkowym, mleczno-białym kolorze skóry, porośnięty skorupiakami i ciągnący ze sobą kilkanaście wbitych w ciało harpunów, pamiątek z poprzednich spotkań. O ile Mocha Dick zginął, to Moby Dick w powieści Melville’a zawrócił w morskie odmęty. Prawdopodobnie Pequod i jego załoga byli jedynie kolejnym statkiem na jego drodze.

Opowieść Melville’a jest doskonale uniwersalna w swoim przesłaniu i dzięki temu zrozumiała dla czytelników w każdym wieku. Co więcej, stanowi także idealną zagadkę dla wszystkich o interpretatorskim zacięciu i tych, którzy uwielbiają doszukiwać się ukrytych głęboko sensów i przesłań. Z jednej strony mamy tu rozbudowaną powieść przygodową. Marynarską historię morskiej pogoni za legendarnym potworem, wielkiej zemście i przeznaczeniu, w której marynarze z pokładu Pequod jawią się niczym grupa rycerzy na swojej ostatniej wielkiej wyprawie ku nieznanemu. A wszystko to okraszone encyklopedyczną wiedzą przemycaną między rozdziałami książki. Z drugiej zaś strony, to legenda, która jest metaforą życia i pogoni za tym co tak naprawdę od zawsze nieuniknione i do czego wszyscy zmierzamy. O mrocznej stronie ludzkości i jej wydumanych pragnieniach dążenia do celu bez względu na konsekwencje i straty. Ku zagładzie i ciemności. W końcu „Moby Dick” to po prostu opowieść o zderzeniu człowieka z naturą. O odwiecznej wojnie o panowanie na ziemi i dominację tego, który wygra ostateczny pojedynek, a którą prowokujemy my, ludzie, pragnąc spenetrować nieodgadnione. I często zapominamy, że to nie Moby Dick poszukuje nas, ale to my obsesyjnie poszukujemy jego.

O.

„Panika” Graham Masterton

Bombla_Panika

Brytyjski filozof, Francis Bacon, napisał przed laty, że „Niektóre książki należy próbować, inne połykać, a jeszcze inne trzeba żuć i trawić.” Do tego podziału dodałabym, już od siebie, jeszcze jeden rodzaj, a mianowicie takie, które powodują silną niestrawność, przewracając się godzinami w żołądku. Nikt nie lubi trafiać na fatalne historie, ale niestety czasami można wpaść w pułapkę i nie zauważyć co kryje się za dobrze napisaną zapowiedzią, czy marketingowo ustawioną reklamą. Taką niestrawną, złą powieścią, typową bukową padliną jest najnowsze „dzieło” Grahama Mastertona zatytułowane „Panika”. A zapowiadało się naprawdę ciekawie…

„Panika”, której oryginalnego tytułu nie jestem pewna, gdyż na stronach zagranicznych brzmi „Forest Ghost”, a na okładce polskiego wydania dosłownie „The Panic”, była dostępna w naszych księgarniach zanim jeszcze pojawiła się na światowym rynku. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę polskich wielbicieli autora – fabuła opiera się niemal w całości na chicagowskiej Polonii i Polsce – ale ostatecznie wygląda to tak, jakby nasze wydawnictwa dostały wersję roboczą tekstu, na szybko do przetłumaczenia i puszczenia w obieg, przeznaczoną do promocji. Sam Graham Masterton w wywiadach dotyczących „Paniki” próbował zaintrygować opowiadając, jak to Polacy mają taką fascynującą historię, mitologię i piękne tereny, że nic tylko czerpać z tego garściami. Ucieszyłam się. Zabrzmiało to trochę, jak „swego nie znacie, cudze chwalicie”, ale faktycznie, tyle w naszym polskim folklorze jest ciekawostek, że niejednego twórcę horrorów można by tym wykarmić. I na tym skończyła się radość. Coś co miało olbrzymi potencjał i pierwotnie zapowiadało się na świetną historię o demonach, okazało się być bardzo słabą opowiastką bez ładu i składu. Do tego trochę dla Polaków obraźliwą.

Głównym bohaterem „Paniki” jest Jack Wallace – właściciel świetnie prosperującej polskiej restauracji, w polskiej dzielnicy na przedmieściach Chicago. Jack ma polskie korzenie, jego dziadkowie byli Polakami i uciekli do Stanów na początku drugiej wojny światowej. Jest wdowcem i sam wychowuje dwunastoletniego syna, chłopca cierpiącego na zespół Aspergera, Sparky’ego.  Jak każde stereotypowe dziecko cierpiące na ten specyficzny rodzaj autyzmu Sparky ma „niezwykłe” umiejętności  – potrafi przewidzieć przyszłość tworząc mapy nieba i czytając z gwiazd. Jak by tego było mało, chłopiec jest dziwny, nadzwyczaj inteligentny i niezwykle dojrzały. Gdy jego przyjaciel Malcolm popełnia samobójstwo wraz ze wszystkimi uczestnikami skautowskiego obozu, Sparky wie o tym, zanim jego ojciec przekazuje mu nowiny. Co więcej przekonany jest, że potrafi, z pomocą swoich kart nieba, rozwiązać tego makabrycznego wydarzenia.

W takiej sytuacji kolejnym „logicznym” krokiem jest sprawienie, by ten „specyficzny” chłopiec znalazł się na miejscu masowego samobójstwa i zbadał sprawę naocznie. Przynajmniej według Mastertona. Aż szkoda opowiadać dalszy ciąg, ale w końcu, dzięki równie sensownie powiązanym wątkom, bohaterowie trafiają do Polski i Puszczy Kampinoskiej. Tam również miały miejsce podobne wydarzenia, podczas wojny, gdy osaczeni lasem żołnierze podrzynali sobie gardła i nadziewali się sami na swoje bagnety. Atmosfera zagęszcza się i gmatwa, a ostateczne rozwiązanie zagadki, które miało być najpewniej niesamowitym twistem. jest jedynie kolejnym absurdem nie trzymającym się kupy.

Fabuła „Paniki” to kilka bezsensownie posklejanych wątków, które dla każdego często sięgającego do książek czytelnika od razu wydadzą sie nielogiczne, sztuczne i wymuszone. Bohaterowie nie pasują w ogóle do tej opowieści, bo nijak mieliby łączyć się z tą historią. Do tego są po prostu całkowicie nierealistyczni i trudno się z nimi w jakikolwiek sposób utożsamić, czy brać ich motywacji na poważnie. Widać, ze autor chciał zrobić przyjemność Polakom, niestety wyszła mu z tego parodia i pełen zestaw polskich stereotypów. Dla przykładu, jeśli Polonia w Chicago, to oczywistym jest, że zarówno kobiety jak mężczyźni pożywiają się jedynie gołąbkami, bigosem i pierogami. Wolne chwile spędzają pijąc piwo przed telewizorem (wersja męska) lub chodząc do wróżki (wersja damska), a na starość ich główną rozrywką jest ogólnie pojęta integracja typu uczęszczanie na pokazy tańców ludowych z ich rodzinnych stron lub, dla starszych dam o hrabiowskich korzeniach, śledzenie dziejów i drzewa genealogicznego swoich przodków. Natomiast w Polsce zawsze do wszystkiego pijemy wódkę (lub wyjątkowo prostego drinka – mieszankę wódki z tonikiem jeśli jesteśmy płci żeńskiej), nasi policjanci śmierdzą alkoholem i papierosami,  a do tego jesteśmy wyjątkowo prości w obejściu.

Na początku wspomniałam o dziwnym stylu tej książki, tak jakby powieść wciąż była w wersji roboczej i taka trafiła do tłumaczenia, o którym za chwilę. Zdania są proste. Bardzo proste. Często się powtarzają i brzmią nienaturalnie, biorąc pod uwagę kontekst i wydarzenia. Składnia miejscami bywa dziwna, pocięta i również sztuczna. Ale to może być już wina samego tłumacza, którego wykonaną tu pracę oceniam na mocno średnią. Rozumiem pośpiech, dużą liczbę zleceń i ogólne znudzenie formą, ale są pewne podstawowe zasady, których dobry tłumacz, szczególnie ten od przekładów, powinien się trzymać i pilnować. Chociażby nazwy własne i tytuły, które w popkulturze istnieją od dawna i są po prostu powszechnie znane i nie do podmienienia. GTA, to nie „Wielki złodziej samochodów”, ale seria Grand Theft Auto, której nazwa zaczerpnięta jest z policyjnego żargonu, dosłownie oznacza „kradzież pojazdu zmotoryzowanego”, a w tym przypadku jest nieprzetłumaczalna! Two and a Half Men, to po polsku Dwóch i Pół, a nie – „Dwóch i pół mężczyzny”! Nie wspominając nawet o  nowym, równie dosłownym tytule Niekończącej się opowieści (Neverending Story), który brzmi „Niekończąca się historia”… Takich językowych smaczków w „Panice” jest mnóstwo i można się nadziać co kilka stron.

Podsumowując, nowa powieść Grahama Mastertona to niewypał, zarówno pod względem historii, jak i jej formy. Jest słabo napisana i słabo przetłumaczona, jakby na kolanie, na szybko, bo trzeba zdążyć przed premierą angielską i amerykańską. Wielka szkoda, bo były i dobre chęci i ciekawy pomysł na nowatorską fabułę. Z góry uprzedzę wszystkich, którzy będą próbowali tłumaczyć to wszystko „pulpowością” twórczości Mastertona, bo z pulp horrorem nie ma to nic wspólnego. Nie polecam. A nawet odradzam.

O.

„Zgliszcza” Gregg Olsen

Bombla_Zgliszcza

Półki współczesnych księgarni, zarówno tych tradycyjnych jak i wirtualnych, uginają się pod ciężarami thrillerów. Gatunek ten rządzi od lat listami światowych bestsellerów bez względu na obecnie panującą modę i ustrój polityczny. Thrillery zdominowały księgarski rynek i jak na razie nic nie wskazuje na to, że coś może się w tym względzie zmienić. Co w takim razie przyciąga do nich wciąż nowych czytelników? Przede wszystkim dreszczyk, iskra wywołująca zarówno strach, jak i ekscytację spowodowaną wrażeniem uczestniczenia w czymś niezwykłym. Z zapartym tchem śledzimy losy detektywów, agentów specjalnych, policjantów i wraz z nimi zanurzamy się w intrygę próbując rozwikłać zagadki i znaleźć winnych.

By odróżnić thriller dobry od słabego nie potrzeba zdolności detektywistycznych. Wystarczy przyjrzeć się, czy autor przestrzegał kilku podstawowych zasad. Główni bohaterowie dreszczowca muszą być wykreowani tak, by łatwo można było się z nimi utożsamić: otwarci, ludzcy, z konkretnym charakterem i zarysowaną przeszłością. Równie ważny jest inteligentnie skonstruowany wątek zbrodni. Trudno teraz o nowe koncepty i nowatorskie pomysły, ale pomimo nieuniknionej przewidywalności fabuła thrillera powinna zaciekawić, trzymać w napięciu aż do ostatniej strony i zaskoczyć czymś niespodziewanym. Idealnie byłoby, gdyby thriller wciągnął czytelnika tak, że po zakończeniu lektury z chęcią zgłębiłby on dalsze losy bohaterów – stąd tak popularne dzisiaj serie „z dreszczykiem”.

Powieść „Zgliszcza” (tytuł oryginału „A Cold Dark Place”) Gregga Olsena doskonale wpisuje się w powyższą konwencję. Sama w sobie może i nie wnosi do gatunku niczego nowego, nie przekazuje żadnej wyrafinowanej treści, a jednak spełnia swoją rolę i sprawia frajdę sięgającemu po nią czytelnikowi. Jest tu wszystko, czego potrzeba dobrze skrojonemu thrillerowi – dziwna zbrodnia, rodzinne tajemnice, sekrety z przeszłości i mroczny morderca.

Główną bohaterką powieści jest Emily Kenyon – policjantka i samotna matka, która wychowuje nastoletnią córkę Jennę. Akcja rozgrywa się w miasteczku Cherrystone w stanie Waszyngton, gdzie nigdy nie dzieje się nic ważnego, po ulicach nie grasują przestępcy i wszyscy znają się przynajmniej z widzenia. Jest początek tygodnia po ciężkim weekendzie, w trakcie którego przez miejscowość przewinęło się silne tornado. Mieszkańcy liczą straty, policja i inne służby porządkowe pomagają w usuwaniu szkód i odwiedzają okoliczne farmy. Okazuje się jednak, że nie wszystko jest tak, jak być powinno.

Jedną z farm, dom rodziny Martinów, dosłownie zmiotło z powierzchni ziemi. Pozostały jedynie walające się deski i rozszarpane przez żywioł przedmioty. A wśród tego wszystkiego trzy ciała – kilkuletniego Donny’ego i jego rodziców, Marka i Peg Martinów. Wszystko to można by uznać za nieszczęśliwy wypadek, gdyby nie jeden mały szczegół – rany postrzałowe. Cała trójka została zamordowana. W tej układance brakuje tylko jednego świadka – Nicholasa, starszego syna państwa Martinów. Nie odnaleziono jego ciała, ślady wskazują na ucieczkę i nikt nie wie, gdzie nastolatek obecnie przebywa. Może poza jedną osobą w mieście… Gdy okazuje się, że w wieczór rozpoczęcia śledztwa znika także Jenna, Emily musi zmierzyć się ze świadomością, że jej córka popełniła nieodwracalny błąd i wplątała się w coś, co może zagrozić jej życiu.

Zaczyna się wyścig z czasem, giną kolejne osoby, a nasi bohaterowie muszą stanąć twarzą w twarz się nie tylko z makabryczną zbrodnią, ale także z własną przeszłością, która ni stąd ni zowąd zaczyna ich prześladować. Skrzętnie poukrywane sekrety wychodzą na jaw, powracają wspomnienia i starzy, „dobrzy” znajomi. Nic nie jest już takie jak się wydawało i nawet najbliżsi okazują się prowadzić podwójne życie. Dla Emily sprawa morderstwa staje się osobistym rozliczeniem z dramatycznymi przeżyciami sprzed lat i śledztwem, po którym trauma zmusiła ją do przeprowadzki do „spokojnego” Cherrystone.

Greggowi Olsenowi udało się w „Zgliszczach” zbudować olbrzymie napięcie pomiędzy tym, co dzieje się „tu i teraz”, a wydarzeniami z przeszłości. Skonfrontował swoich bohaterów z wydarzeniami, które w ich mniemaniu już dawno odeszły w zapomnienie. Nierozwiązane konflikty, sekrety, o których nikt nie chciał pamiętać, złe decyzje, których konsekwencje ciągną się za ludźmi przez całe ich życie. Pokazał, że zła nigdy do końca nie da się pokonać – może zostać uśpione, częściowo wyciszone, czekając w mroku na moment przebudzenia. Wtedy już nie da się o nim zapomnieć. Nie da się go ominąć. Konfrontacja jest nieunikniona i pozostaje jedynie stawić jej czoła. Zacząć od nowa, poświęcając wszystko, na czym nam najbardziej zależy.

„Zgliszcza” to idealna opowieść na wieczór, tak wiosenno-letni jak i jesienno-zimowy. Niby na końcu nie ma specjalnego zaskoczenia. Niby kolejne kroki bohaterów miejscami są zbyt przewidywalne. Ale muszę przyznać, że świetnie się tę historię poznaje, odkrywa kolejne sekrety, a do samej postaci Emily Kenyon z chęcią powrócę w kontynuacjach.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 16 sierpnia, a którą można przeczytać także TUTAJ.

Wielki Buk poleca: KONKURS LITERACKI

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki,

Lubię wspierać dobre i oryginalne pomysły, a taką właśnie świetną inicjatywą jest konkurs literacki organizowany przez blog literacki prozaicy.blogspot.com . Zasady są miłe, proste i każdy z Was może wziąć w nim udział 🙂

KONKURS LITERACKI
Ballada o muzie

KonkursProzaicy

Piosenka jest dobra na wszystko, jak śpiewał kiedyś Jeremi Przybora. Piosenka jest dobra na łączenie obyczajów, na poprawę humoru, na opowiedzenie historii albo na wywołanie tysiąca różnych emocji.

Muzyka jest dobra na wszystko. Jest częścią życia. I jest też inspiracją.

Niech więc melodia i Ciebie zainspiruje do stworzenia własnego, literackiego utworu.

Napisz opowiadanie, w akcję którego wpleć swoją ulubioną piosenkę – nieważne, czy słuchasz jazzu, hard rocka czy rapu – i wygrywaj nagrody książkowe. Puść wodze fantazji, a w tle niech rozbrzmiewa dźwięk gitary, pianina albo saksofonu.

Więcej szczegółów na stronie: “BALLADA O MUZIE” na PROZAICY.BLOGSPOT.COM

Zapraszam i polecam wszystkim 🙂

O.

„Poza sezonem” Jack Ketchum

Bombla_PozaSezonem

Czy mieliście kiedyś szansę odwiedzić małe, turystyczne miasteczko już po wakacjach, gdy lato się skończyło i magia urlopowych chwil minęła? Takie odizolowane miejsce, uwielbiane przez przyjezdnych w sezonie, do którego na raz zjeżdżają się dzikie tłumy, by równie szybko wyjechać wraz z ostatnimi promieniami słońca? Trochę odizolowane, na uboczu, ukryte przed wzrokiem ciekawskich, które po zakończeniu letniej gorączki zamyka swoje podwoje i czeka rok na tłumy nowych i powracających gości? A jeśli tak, to czy Wy również zauważyliście, że nic tam nie jest już tak bajeczne i kolorowe, jak w te urocze, beztroskie chwile lata, tylko pełne cieni i niedomówień? Uśmiech miejscowych bardziej sztuczny, wymuszony. Nikt nie oferuje sam pomocy, nie podaje ręki. Zewsząd padają podejrzliwe spojrzenia, a okiennice domów pozostają zamknięte. Mroczna wizja miasteczka, poza sezonem…

Urok takich miejsc polega na tym, że dla ich rdzennych mieszkańców cykl roku jest zawsze stały, zawsze ten sam – przed sezonem, początek sezonu, wakacje, koniec sezonu, zwyczajne życie, przygotowanie do lata itd., rok w rok. Przyzwyczajeni do napięcia i ciężkiej pracy, gdy mija lato rozluźniają się i powracają do swoich „zwyczajnych” zajęć i obowiązków. Nagłe przybycie posezonowych turystów zaburza ten porządek i wprowadza niepokój. Tym bardziej jeśli miasteczko i jego mieszkańcy mają swoje głęboko skrywane tajemnice przeszłości.  Natomiast wyludniona okolica przyciąga na nowo z ukrycia swoich potwornych rezydentów.

„Poza sezonem” („Off Season„) Jacka Ketchuma to opowieść o jednej z takich turystycznych enklaw, dokładnie Dead River w stanie Maine, które przywołuje spóźnionych „letników” nawet po okresie wakacyjnym. Tych bardziej szalonych, dekadenckich i otwartych na nowe doznania.  Grupy przyjaciół z dużych miast, dla których magia „wiejskich” okolic zaczyna się wtedy, gdy wyjadą hordy stałych bywalców z dziećmi. W powieści taka właśnie nowojorska „paczka” wynajmuje domek w środku lasu, niedaleko dzikiej plaży, mając w planach oderwanie się od wielkomiejskiej rzeczywistości i tygodniowy, spokojny wypoczynek. Nie spodziewają się, że między drzewami ktoś ich obserwuje, czyha ukrywając się w cieniu i  tylko czeka na odpowiednią chwilę, by zaatakować.

Ketchum po raz kolejny, a raczej po raz pierwszy, bo „Poza sezonem” jest debiutancką powieścią tego amerykańskiego autora i zarazem częścią literackiej trylogii, udowadnia, że by wywołać w czytelniku obłąkańczy strach i przerażenie nie potrzeba wcale potworów, istot pozaziemskich, czy duchów, ale wystarczy to, co najbardziej znamy i z czym najłatwiej jest nam się utożsamić, czyli… drugi człowiek. Ktoś kto niby wcale nie powinien zagrażać nam w ten sposób, a jednak okazuje się okrutniejszy i o wiele bardziej wyrafinowany niż mogliśmy sobie wyobrazić. Tylko jaki człowiek wywoła w nas takie ostateczne poczucie strachu, nadchodzącej nieuniknionej śmierci i sprawi, że będziemy potrafili zniżyć się do naszych najniższych instynktów, by przetrwać? Taki, który nigdy nie miał szansy poznać rządzących ucywilizowanym światem reguł, nie miał styczności ze współczesnością, a ziemia i natura są jego jedynymi sprzymierzeńcami… Człowiek pierwotny. Przynajmniej wtórnie.

Podobno tworząc tę historię pisarz zainspirował się pewną szkocką legendą z przełomu XV i XVI wieku, według której kanibalistyczny klan Sawneya Beana dokonał masakry ponad tysiąca osób w przeciągu kilkudziesięciu lat swojego istnienia. Blisko spokrewnieni, zdziczeli członkowie jednej rodziny, pochodzili od wykluczonej pary – Beana i jego wyjętej spod prawa towarzyszki, którzy osiedlili się w odizolowanej od świata, nadmorskiej jaskini i tam przez lata mnożyli, prowadząc życie na marginesie, jak z czasów kamienia łupanego. Polowali grupowo, a raczej stadnie, by swoje ofiary torturować, więzić i na końcu pożerać, kawałek po kawałku.

I o ile w przypadku Beana można mówić o swoistym wybraniu kanibalistycznej ścieżki i próbie sprzeciwienia się społeczeństwu, które nie rozumiało jego chorych potrzeb i niejako wymusiło wykluczenie, o tyle w „Poza sezonem” najbardziej zaskakuje to, jak teoretycznie zdrowe, młode rodzeństwo opuszczone przez rodziców, z biegiem lat przekształciło się w dowódców zdegenerowanego klanu o zezwierzęconych, wykoślawionych instynktach. Mentalne mutanty, które z wyglądu przypominają ludzi, a atakując zachowują się jak wytrenowana, bezwzględna sfora istot gotowych by zabijać, bez względu na konsekwencje. Ich jedynym celem jest upolować, nasycić swoje nienaturalne potrzeby i najeść się.

W swoich działaniach są niezwykle metodyczni. Obserwują i uczą się, w jaki sposób zmylić swoje przyszłe ofiary. Zastawiają skomplikowane pułapki, a jednocześnie zaznaczają teren w najprymitywniejszy sposób z możliwych. To właśnie ze względu na swoje szczątkowe „człowieczeństwo” kanibale Ketchuma zdolni są dokonać najbrutalniejszych i najbardziej zakazanych aktów. Kanibalizm w zachodniej kulturze to w końcu jedno z największych tabu, bez szansy na usprawiedliwienie. W bohaterach wychodzi ta „ciemna strona” ludzkiej natury, na którą składają się sadyzm, rozkosz dominacji i potrzeba pokazania swojej siły, a także potrzeba zabawy jedzeniem.

Podobnie dzieje się z ich ofiarami. Nowojorska gromadka w zastraszającym tempie zrzuca ostatnie pęta cywilizacji, by ostatecznie poniżyć się do poziomu swoich ciemiężycieli. Upaść jak najniżej, by resztką najsilniejszego instynktu człowieka, czyli instynktem przetrwania, wyrwać się ze szponów swoich oprawców. Tempo upadku istoty rozumnej przeraża. Zostają obnażone wszelkie słabości człowieka jako gatunku, a cienka granica pomiędzy tym co ludzkie a zwierzęce zostaje niebezpiecznie zachwiana.

Czytając opowieść Jacka Ketchuma nie sposób nie postawić sobie pytania o podstawę człowieczeństwa i o to, co tak naprawdę czyni nas ludźmi. „Poza sezonem” w brutalny i bezkompromisowy sposób rzuca nam w twarz odpowiedzi, na które z pewnością nie jesteśmy przygotowani i których wolelibyśmy raczej nigdy nie usłyszeć. Zostawia nas wyprutych i umęczonych, utaplanych w tej całej posoce, moralnie zagubionych i roztrzęsionych. A przede wszystkim świadomych swoich wewnętrznych ciemności.

O.

„W ciemność” Cormac McCarthy

Bombla_WCiemnosc

 

Mt 25,30: „A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.”

Twórczością Cormaca McCarthy’ego zachwycałam się już niejednokrotnie. Niejednokrotnie również polecałam Wam jego niesamowite powieści. I tym razem nie obejdzie się bez krótkiej chwili podziwu dla tej mocnej, klasycznej prozy Południa Stanów Zjednoczonych, czerpiącej inspiracje z najlepszych tradycji amerykańskiego gotyku. Bo jak pisałam już wcześniej, powieści McCarthy’ego potrafią dać do myślenia i wystraszyć. Często lepiej niż niejeden horror. Porażają realizmem i dosadnością treści. Zabierają nas w smutny, surowy świat, pozbawiony kolorów i esencji, w którym życie, czyli dobro, jedynie tli się w ukrytych głęboko zakamarkach, a wokół niego króluje śmierć i zło. To krajobraz swoistej apokalipsy, w której to nie ludzie zginęli, ale ich pozytywne uczucia i emocje. Nadzieja umarła, a świat pogrążył się w nieszczęściu. I ciemności.

Wydana w 1968 roku „W Ciemność” („Outer Dark”) to druga w kolejności  powieść McCarthy’ego, która jest jednocześnie jedną z jego najmocniejszych i najokrutniejszych, wpasowującą się idealnie w mroczny literacki nurt zapoczątkowany w twórczości Williama Faulknera, czy Flannery O’Connor. Czas jest tutaj rozmyty, epoka niepewna, wszystko jest płynne i zaskakująco do siebie podobne. Można się jedynie domyślać, że opisane wydarzenia mają miejsce gdzieś na przełomie wieku XIX i XX,  a dzieją się w lasach i na drogach rejonu Appalachów.

„W Ciemność” to historia wielkiego grzechu i pokuty, która nigdy się nie kończy, a wybaczenia próżno szukać, czy oczekiwać. Grzechu, który zaczyna się we wnętrzu głównych bohaterów z pokusy i zagubienia, a który jednocześnie nadaje ich życiu cel i motywację, gdy tylko przychodzi na świat.  To również opowieść o iskierce nadziei tam, gdzie Bóg jest jedynie wielkim obserwatorem, obecnym paradoksalnie przez swoją nieobecność. O wyborze, którego skutki są zawsze takie same i niezmienne od wieków.

Historia rozpoczyna się narodzinami chłopca. W środku lasu młoda kobieta – Rinthy rodzi dziecko swojemu bratu imieniem Culla. Kazirodcza para od lat żyje w odizolowanym od reszty świata domku, pozostawieni samym sobie, moralnie zagubieni. Jednak mężczyzna czuje, że to co się wydarzyło między nimi nie jest naturalne i gdy rodzi się ich syn, Culla wynosi go do lasu, zostawia na pastwę losu, okłamując siostrę, że wątłe dziecko umarło z osłabienia. Porzucone i poranione niemowlę odnajduje wędrowny druciarz, który przygarnia je i zabiera ze sobą, w drogę. Rinthy czuje, że została okłamana i gdy mija czas połogu potajemnie rusza w podróż, by odnaleźć swojego synka. W kilka dni później rusza za nią Culla, osamotniony i nękany wyrzutami sumienia.

To jedynie zarys głównej fabuły, której ciąg dalszy rozgrywa się, jak to u Cormaca McCathy’ego bywa, na Drodze. Droga, nie przez przypadek pisana przez duże „D”, jest najważniejszym elementem powieści. Osią, po której idą bohaterowie, napotykając na ścieżce innych, tak jak oni podróżnych i jej mieszkańców. Większość z nich zmaga się z  życiem, tak jak Rinthy i Culla, próbując przetrwać i jakoś przeżyć kolejny nadchodzący dzień i dotrwać do następnego poranka. Wieczni podróżnicy. Tułacze brnący po kamieniach, po pustyni, po stepie, po surowych górach. Otaczający ich krajobraz jest pozbawiony intensywnych kolorów i kształtów. Wydaje się być wyszlifowany i obojętny, jak sam człowiek.  Obojętny na życie i na śmierć. Obojętny na przebłyski dobra, ale przede wszystkim obojętny na zło. Na panującą wszechobecną zbrodnię. Na cierpienie. Słońce w nim nie grzeje, ale skwierczy. Mróz nie ochładza, ale pożera ciało. Wszystko jest wybielone. Jak w sennym koszmarze. Za białą, jaskrawą mgłą. Człowiek jawi się jako dziwna istota błąkająca się i wyblakła.

W tym porzuconym przez Boga monotonnym świecie, na Drodze, jakakolwiek forma dobra staje się czymś niesamowitym, nienaturalnym, a czasami nawet czymś bardziej niepokojącym niż zło panoszące się po świecie. Zła możemy być tutaj zawsze pewni. Dobra nigdy nie oczekujemy. Jest zaskakujące i pozostawia bohaterów nieufnymi i jeszcze bardziej zagubionymi. Wtedy lepiej uciec na utarte rozmyte moralnie ścieżki niż poddać się czemuś tak niezrozumiałemu. O ile Rinthy, jako matka-tułaczka dość często spotyka się z pewnym rodzajem życzliwości i biernie mu się poddaje, o tyle za Cullą kroczy jedynie zbrodnia i cierpienie.

Na tej samej Drodze, za para bohaterów, podróżuje trzech tajemniczych wędrowców. Ucieleśnienie zła i ręki sprawiedliwości. Popełniają makabryczne zbrodnie: pożerają ludzi, torturują ich, wieszają, czy dźgają. Są w tym bardzo metodyczni i obojętni. Bez sumienia. Podążają śladem grzesznego rodzeństwa i „oczyszczają” wszystkich, którzy się na nich natknęli. Wiedzą o dziecku i to właśnie ono jest ich głównym celem. To wieczni wędrowcy, którzy sprowadzają równowagę tam, gdzie została ona zachwiana. W tej krainie nie ma miejsca na dobro, dlatego tłumią je złem i skazują na śmierć tych, co udzielają Culli schronienia. Rinthy jawi się im jako żałosna, smutna istota, która przecież znajdzie się sama, ślepo podążając śladem druciarza.

Ale gdzieś Droga się kończy. Prowadzi do tego co nieuniknione i wyczekiwane od samego początku. Dla druciarza, dziecka i Rinthy będzie już za późno. Zgaśnie ostatnia iskierka nadziei. A Culla? Dla niego to dopiero początek włóczęgi i próby ostatecznego odkupienia. Trzej wędrowcy poszli dalej, a raczej zawrócili, by podążyć tam gdzie potrzebuje ich przeznaczenie.

Powieść McCarthy’ego to przepełniona symbolami i metafizycznymi odniesieniami przypowieść o życiu. O wygnaniu z raju za ostateczny grzech i tułaniu się po ścieżce, która ma tylko jeden cel. Miejscami wydaje się, że człowiek jest tu narzędziem Boga, jego zabawką, ale to nie jest prawda. W momencie wyboru grzechu bohaterowie po raz pierwszy wykazują się własną, nieprzymuszoną wolą. Podobno świat rozpoczął się od upadku ludzkości, od wyjścia z wewnętrznego mroku w wielką, przepełnioną cierpieniem ciemność.

O.

„Idealne matki” Doris Lessing

Bombla_IdealneMatki

Niewielu jest pisarzy na świecie, którzy za pomocą prostych zabiegów stylistycznych, nieskomplikowanej składni i niewyrafinowanego słownictwa potrafią w tak dogłębny sposób zobrazować rodzinny dramat, jak robi to, raz po raz, Doris Lessing. Wznowione z okazji filmowej ekranizacji opowiadanie noblistki zatytułowane „Idealne matki” – którego pierwotnym polskim tytułem były „Dwie kobiety”, a oryginalny brzmi „Grandmothers” („Babcie”) – to druga opowieść Doris Lessing, po którą miałam przyjemność sięgnąć. I po raz kolejny przekonałam się, że to niekwestionowana mistrzyni ukazywania cichych konfliktów między najbliższymi, ukrytych pod maską pozornego szczęścia, ideału wyłącznie na pokaz. W jej prozie nie ma rodzin doskonałych, podobnie jak w prawdziwym życiu trudno o takie. Dominują tu przede wszystkim smutek i tajemnice. Sekrety przez lata skrywane nawet przed najbliższym otoczeniem. Gra, w której uczestnikami są matki, ojcowie, żony, mężowie i ich dzieci.

W takiej grze uczestniczyła sama pisarka. Jak powiedziała po latach: nieszczęśliwe dzieciństwa tworzą idealnych pisarzy. Wspomina o ciągłej potrzebie ucieczki i wyzwolenia się spod czujnych oczu matki, Brytyjki, która obsesyjnie próbowała wychować „córkę idealną”, na modłę edwardiańskiego społeczeństwa. Tyle tylko, że Doris Lessing nie dorastała w Wielkiej Brytanii, ale w Persji (dzisiejszym Iranie), a później w Południowej Rodezji (dzisiejszym Zimbabwe), na terenie ówczesnych kolonii. W wieku trzynastu lat została wydalona ze szkoły i od tamtego czasu edukowała się sama, by w kilka lat później odejść z domu od neurotycznej matki, podjąć pracę pielęgniarki i zacząć życie na własną rękę. Wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci, ale w życiu rodzinnym nie potrafiła odnaleźć sielanki, tylko niewolnicze więzy, od których nie było ucieczki. Niemniej, Lessing znowu odeszła, rozpoczynając pisarską karierę i łącząc się z różnymi politycznymi ruchami.

Dzięki swoim przykrym wspomnieniom pisarka w tak bolesny sposób potrafi ukazać rodzinne dramaty, bliskie wielu kobietom tego i tamtego pokolenia. Bo to właśnie silne postacie kobiece są wyznacznikiem jej historii. To przez ich charakterystyczne cechy często uznawana była nawet za pisarkę anty-kobiecą, gdyż jej bohaterki potrafią okazywać olbrzymią frustrację, złość i agresję, przez wielu wciąż przypisane jedynie płci męskiej.

Nie inaczej jest w „Idealnych matkach”. Bohaterkami noweli są Roz i Lil, dwie przyjaciółki, które od dzieciństwa są w zasadzie nierozłączne. Poznały się jako dziewczynki w szkole, dorastały razem, razem uczyły się, by wspólnie przenosić się z kolejnego szczebla na następny i wszelkie przeszkody pokonywać razem. Ich przyjaźń jest tak wielka i głęboka, że od lat mieszkają w domach naprzeciw siebie, wzięły ślub wspólnie, w jednym dniu i razem nawet zaszły w ciąże, by urodzić jedna po drugiej dwóch chłopców. Oni, ze względu na swoje matki, zmuszeni byli zostać najlepszymi przyjaciółmi, upodabniali się do siebie wizualnie i tak jak ich rodzicielki w towarzystwie uważani byli za braci. Zarówno związek Roz, jak i Lil rozpadł się w tym samym czasie i obie kobiety zostały same, wciąż naprzeciw siebie, z dwoma nastoletnimi chłopakami.

Wszystko to ma miejsce w modnej, nadmorskiej miejscowości. Dni płyną wolno, niespiesznie, w otoczeniu szumu morza, słonego wiatru i skrzeku mew. Roz i Lil zauroczenie swoimi synami zauważają, kiedy obie są po trzydziestce, obie zabezpieczone finansowo i obie wolne. Podziwiają ich i oglądają, leżąc na plaży i komentując ich wygląd „młodych Adonisów”. Same sobie zazdroszczą i gratulują takich męskich aniołów, jakie udało im się stworzyć. Trzeba także dodać, iż obie panie wychowują synów wspólnie, pomagając jedna drugiej, tak więc w tej czwórce nikt nie ma przed sobą żadnych tajemnic.

A chłopcy? Tom i Ian są w wieku, gdy nie ma zbyt wielu konkretnych barier. Tym bardziej, jeśli jest się zamożnym, zadowolonym z siebie synkiem mamusi, a raczej dwóch mamuś, które robią wszystko, byle byli piękni i szczęśliwi. Gdy ich ojcowie ich opuszczają (jeden zakłada drugą rodzinę na przeciwległym końcu kraju, drugi ginie w wypadku), tylko na Lil i Roz mogą liczyć. Tak było od zawsze. Czytając opowiadanie, czujemy, że to była tylko kwestia czasu, gdy zacznie wyzwalać się między całą czwórką swoista „chora” chemia. Pewnej nocy całkiem „naturalnie” rodzi się między nimi romans, który przeradza się w zaborczą, podszytą kazirodczymi uczuciami miłość.

Bo to, co rzuca się w oczy w opowiadaniu i o czym Doris Lessing wspomina, niby mimochodem, co kilka stron, to fakt, że Tom i Ian są do siebie wizualnie bardzo podobni. Prawie identyczni. Uczucie niesmaku u czytelnika wywołuje także scena, w której jeden z chłopców rzuca się na swoją matkę, niby w ramach zabawy, niby tak dla swady, ale wykonując taki gest, że cała scenka kończy się policzkowaniem chłopaka raz po raz i krzyczeniem Ani mi się waż o tym myśleć! I wtedy widzimy najgorszą, najbardziej ukrytą i złowieszczą prawdę „Idealnych matek”. Pragnienie niemożliwej miłości i sztuczne przerzucenie uczuć na „podobny” obiekt, jako namiastkę i zastępstwo. Niby sytuacja jest perfekcyjna, niby wszystko układa się idealnie, ale czuć sączącą się między stronami truciznę, która powoli niszczy wszystkich bohaterów. I prowadzi do nieuchronnego końca, który jest zarazem początkiem tej noweli.

Twórczość Doris Lessing pozostawia głęboki niepokój w czytelniku. Wciąga, fascynuje i nie daje o sobie zapomnieć. Stawia trudne pytania, zanurza się w odmęty ludzkiej natury i nie przedstawia oczywistych rozwiązań. Zostawia zarówno bohaterów, jak i czytelników w zawieszeniu. Trochę jak w bańce mydlanej, leniwie płynącej po niebie, która lada moment pęknie i zamieni się w krople brudnej wody. Czar pryśnie, pozostanie gorycz i rozczarowanie. Ale życie trwa dalej. Tak jak dla bohaterów „Idealnych matek”, zagubionych, zaskoczonych przemijaniem czasu, niemogących pogodzić się z następstwem swoich decyzji. To opowieść o samotności w pigułce, marzeniach, które napędzają autodestrukcję i ich utracie. Smutne, ale jak bardzo fascynujące, bo tak bardzo ludzkie. Polecam wszystkim.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się  3 sierpnia, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Wielki Gatsby” F. Scott Fitzgerald

Bombla_Gatsby

 

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”

Istnieją na świecie powieści, które podobno najlepiej jest przeczytać do pewnego wieku. Zanim jeszcze osiągnie się pewną wiekową granicę, która sprawi, że nie będziemy czerpać z historii takiej przyjemności jaką powinniśmy. Całe szczęście, udało mi się jeszcze przed trzydziestką zdążyć z poznaniem jednego z największych klasyków dwudziestowiecznej literatury, powieści o miłości, zdradzie i straconych złudzeniach, czyli „Wielkiego Gatsby’ego” F. Scotta Fitzgeralda. Książki, która w tym roku powróciła na szczyty list bestsellerów dzięki swojej najnowszej ekranizacji i po raz kolejny zawładnęła wyobraźnią czytelników z całego świata.

„Wielki Gatsby” („The Great Gatsby”) to opowieść niesamowita i przejmująca, która trafia do czytelnika tak dziś, jak prawie dziewięćdziesiąt  lat temu. Przepełniona symbolami, komentująca ówczesną rzeczywistość i porządek społeczny to także historia o niespełnionej miłości, ulotności marzeń i amerykańskiego snu o życiu idealnym, w pełni szczęścia. Narratorem „Wielkiego Gatsby’ego” jest Nick Carraway, młody wykształcony makler z Minnesoty, który w Nowym Yorku nabiera doświadczenia na rynku papierów wartościowych. Ma stabilną, spokojną pracę, prowadzi proste i w miarę ułożone życie kawalera, wprowadzając się do wyrafinowanej dzielnicy West Egg, na Long Island. Nick jest miły, sympatyczny i tolerancyjny. Jest szczery, ale nikogo nie ocenia, tylko obserwuje i dzięki temu towarzyska śmietanka uwielbia zwierzać mu się ze swoich sekretów.

A towarzystwo faktycznie jest wyjątkowe i ma o czym plotkować. Szalone lata dwudzieste XX wieku,   rozkwit ekonomiczny i pełna, chwilowa stabilizacja, tuż po pierwszej wojnie światowej wzmagają w ludziach, szczególnie tych z wyższych sfer, poczucie totalnego rozpasania. To czas nowych, kontrowersyjnych artystów, jazzu i lejącego się strumieniami szampana.  Pogoni za wielkim pieniądzem i… wielkim szczęściem, bez względu na poniesione koszty. Największe miasta Europy i Stanów Zjednoczonych co wieczór rozbrzmiewają gwarem, śmiechem i muzyką, trwa rozkwit kulturalny i nastaje czas bohemy.

Jednocześnie trwa obyczajowa odwilż. Dotychczasowe wartości moralne przestają mieć znaczenie, społeczeństwo zatraca się w dekadencji i upada coraz niżej. Liczy się tylko pieniądz, świecidełka i dobra, niekończąca się zabawa. Bohaterowie Fitzgeralda, tak jak jego znajomi z tamtych czasów, są rozpieszczeni, cyniczni, chciwi i pragną pławić się w sztucznym poczuciu przepychu i szczęśliwości. Wraz z ekonomicznym wzrostem rodzi się konsumpcjonizm napięty do granic możliwości, w którym pieniądze, złoto, diamenty i alkohol wydają się przepływać i rozpraszać bez końca.

Tamte postacie to ludzie około trzydziestoletni. Młodzi mężczyźni, bohaterowie wojny, która sprawiła, że wszystko co dotąd znali, ich wartości i pragnienia, obróciły się w proch, a po powrocie do domu wywołały euforyczną potrzebę nadmiaru i szaleństwa. Kobiety, które czekały z niecierpliwością na powrót narzeczonych i ukochanych, stały się księżniczkami otoczonymi wszelkim zbytkiem. Taki właśnie jest świat odmalowany ze wszystkimi szczegółami w „Wielkim Gatsbym” i towarzystwo, które przypadkiem poznaje Nick odwiedzając swoją bogatą kuzynkę Daisy Buchanan.

Daisy i jej mąż Tom są wręcz niebotycznie bogaci. W swoim własnym mniemaniu nie muszą robić już nic, bo osiągnęli wszystko co można i jedyne co im pozostało to walanie się po kanapach w ciągu dnia i wydawanie lub uczęszczanie na pełne przepychu przyjęcia u podobnych sobie ludzi. Są zblazowani i znudzeni tak sobą, jak i swoim życiem. Mają wrażenie, że widzieli już wszystko, byli wszędzie i przeżyli razem to co para mogła przeżyć.  U nich po raz pierwszy Nick słyszy plotki o swoim sąsiedzie – panu Jayu Gatsbym, który wydaje legendarne przyjęcia, tak szalone i przepełnione bogactwem jak tylko się dało w tamtych czasach, a nawet bardziej. Sam Gatsby jest równie legendarny jak jego przyjęcia, a po mieście i okolicach krążą o nim niesamowite historie, których nikt nie potrafi ani podważyć ani potwierdzić. Gatsby jest „wielki” w oczach wszystkich, bo wszyscy u niego bywają, ma największy dom, największy i najlepszy samochód, po prostu wszystko czym powinien imponować. On pierwszy zaprasza do siebie naszego narratora, dla którego żywi uczucia szczerego szacunku, bo ten nie pchał się do niego sam, tak jak wszyscy wokół, ale po prostu był jego sympatycznym sąsiadem i go obserwował, a przynajmniej tak wydaje się być z początku.

To właśnie dzięki temu zmysłowi obserwacyjnemu Nicka zauważamy, że całe to bogactwo otaczające jego wyjątkowego sąsiada to nic więcej jak maska. Fasada, skrywająca człowieka smutnego, pełnego tajemnic i ukrytej za sztucznymi uśmiechami melancholii. Gatsby tęskni za czymś zupełnie nieuchwytnym, czymś co utracił bezpowrotnie wiele lat wcześniej, zanim jeszcze został najbardziej majętnym człowiekiem w mieście.  Za swoją pierwszą i jedyną miłością – Daisy Buchanan. Nie widzieli się od pięciu lat, a jednak dla niego ta kobieta pozostaje najważniejszą istotą na ziemi, zwieńczeniem poszukiwań i wieloletniej ciężkiej pracy. Bo o ile wielu młodych mężczyzn z towarzystwa dziedziczyło fortuny po rodzicach i wielopokoleniowej wysokiej pozycji społecznej, tak twórcą sukcesu Jaya Gatsby’ego jest sam Jay Gatsby. Jego historia to ziszczenie amerykańskiego snu o karierze od pucybuta do milionera, gdzie ciężką pracą możesz wyjść na szczyt i pokonać uprzywilejowanych ich własną bronią.

Gwiazdą nakierowującą Gatsby’ego na sukces było czyste, nieskalane uczucie do Daisy, któremu towarzyszyła poczciwa wiara, że tak jak on lata czekał na nią, tak ona czekała na niego. Na jego nieszczęście stało się jednak zupełnie inaczej. Utraconej bezpowrotnie przeszłości nie da się przywrócić pragnieniem. Żadne pieniądze i bogactwa świata nie przywrócą miłości, jeśli ta miłość była jedynie chwilowa, podszyta pustym kaprysem młodości. Nie można odnaleźć nadziei tam, gdzie korupcja i libertyńskie zapędy zabiły szczere uczucia. Nie można cofnąć się w czasie i rozpocząć wszystkiego od nowa. Ciąg nieszczęśliwych wypadków, obietnic bez pokrycia i zazdrości zdradzonego serca doprowadza do tragicznego zakończenia tej opowieści o człowieku, którego życie i jego olbrzymi potencjał zostały pokonane przez pustotę i głupotę kobiety bez właściwości.

Uniwersalizm „Wielkiego Gatsby’ego ” tkwi w ideałach, do których początkowo mieli dążyć bohaterowie powieści, ale które zaginęły gdzieś po drodze, w trakcie ich niespełnionego, smutnego życia. W wartościach, które tkwią u podstawy człowieczeństwa, a które wtłoczone są w moralny system Stanów Zjednoczonych, czyli ciekawość świata, indywidualizm i dążenie do szczęścia. W szalonym pokoleniu straceńców, które od czasu do czasu odradza się, przybierając jego pomniejsze formy i dążąc ku nieuniknionej zagładzie dokładnie tak samo jak ich przodkowie sprzed lat. Próbujące dogonić przeszłość, marzenia i miłości, które dawno umarły i które nigdy już nie powrócą, pozostawiając ich pusto spoglądających na rozpadający się przed ich oczami świat pozorów i iluzji.

O.

„Piąta fala” Rick Yancey

Bombla_PiataFala

W ostatnich latach dział literatury młodzieżowej w księgarniach na całym świecie powiększył się o setki, a nawet tysiące nowych pozycji. Pisanie dla młodszej publiczności stało się modne dzięki globalnemu sukcesowi powieści typu „Zmierzch”, a z czasem na tyle popularne, że każdy pisarz, który nie wie o czym chce pisać, zabiera się za książkę o wampirach w liceum, czy wilkołakach w gimnazjum, by choć trochę zyskać na popularności. Cykl „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, w którym ukazana jest bezwampiryczna, dystopijna wizja przyszłości i sensowni, realistyczni bohaterowie pozbawieni paranormalnych zdolności, jest nie lada perełką na półkach zatłoczonych identycznymi powieściami dla młodzieży.

Nie inaczej jest z najnowszą książką Ricka Yanceya, pierwszą częścią jego nowej, apokaliptycznej trylogii, zatytułowaną „Piąta fala”. W tym wypadku stara, dobra inwazja kosmitów jest pozytywnym oderwaniem się od kopiujących paraliteracki twór Stephenie Meyer nastolatkowych historii. Tym bardziej, że sama opowieść do tematu podchodzi bardzo nowocześnie i z ciekawym fabularnym twistem. Widać, że autor miał własny pomysł na temat kosmicznego konfliktu i umiejętnie wykorzystał swoje pisarskie doświadczenie, by stworzyć coś świeżego. Miejscami można nawet rozpoznać inspiracje Yanceya, jak na przykład powieść Grega Beara „The Forge of God”, czy serial produkcji Stephena Spielberga Falling Skies.

„Piąta fala” to historia o rodzinie, sile przetrwania, wierze w ludzkość i samego człowieka. Skąd tytuł? Otóż, inwazja obcych przebiega tu etapowo, falami właśnie. Cel jest prosty: pozbyć się ludzkości, powodując jak najmniej strat dla samej planety. Pierwsza fala była potężnym impulsem elektromagnetycznym, który sprowadził na Ziemię ciemność i zniszczył sieci energetyczne. Pochłonęła około miliona ofiar.  Druga fala to wielka powódź, która unicestwiła 3 miliardy osób. Trzecia fala to zaraza, mutacja krwawej gorączki, czyli wirusa Eboli. Ta trwała najdłużej, zabijając około 97% z pozostałych czterech miliardów. Czwarta fala wciąż trwa, a jest to przebudzenie uśpionych agentów, zwanych uciszaczami. Ludzkość powoli odchodzi w zapomnienie, a ostatnie grupy niedobitków walczą o przetrwanie. Piąta fala, czyli ostateczne rozwiązanie, nadchodzi nieuchronnie. Wydaje się, że nic już nie będzie w stanie jej powstrzymać, a losy Ziemi i jej mieszkańców są przesądzone.

Akcja powieści rozgrywa się w trakcie trwania czwartej fali. Poznajemy główną bohaterkę, która jest zarazem narratorką opowieści i wprowadza nas w opustoszały, smutny świat u schyłku zagłady. Cassie ma niesamowite szczęście, o ile można w ogóle mówić o szczęściu w tych okolicznościach. Wraz z nią przetrwał jej ojciec i młodszy brat – Sam. Po śmierci mamy, którą zabił śmiercionośny wirus, rodzina wyrusza szukać schronienia w pobliskich lasach, gdzie podobno zebrała się grupa tych, co przeżyli. Niestety, inwazja sprawiła, że ludzie nie są już tacy jak przedtem. Nikomu nie należy ufać. Wybór sojuszników nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać. Ostatecznie Cassie zostaje sama. Musi walczyć. A cena jest bardzo wysoka – życie lub śmierć ukochanego braciszka. I jak się z czasem okazuje, jej i jego człowieczeństwo.

Przy tworzeniu dobrych historii dla nastolatków sprawdza się znajomość tematu i kontakt ze współczesną młodzieżą. Rickowi Yanceyowi w kreowaniu bohaterów i realistycznych relacji między nimi pomagał młodszy syn. Dzięki temu postacie, jakie poznajemy w „Piątej fali”, są wiarygodne i naturalne. Wzięte prosto z życia i ze szkolnych korytarzy. Po prostu realistyczne. Zarówno monolog Cassie, jak i dialogi między innymi bohaterami płyną wartko i płynnie. Ta płynność odbioru tekstu nie jest hamowana sztucznością, czy żenującymi słownymi wstawkami sprzed ćwierćwiecza, co często zdarza się u dojrzałych pisarzy.

Paradoksalnie to, co jest największym atutem tej powieści, jest także jej największym minusem, jeśli spojrzeć na tę historię z perspektywy dorosłego odbiorcy tekstu. Autor stworzył na tyle realistycznych bohaterów, że pozostaje nam jedynie obserwować zmagania dojrzewającej dziewczyny czy chłopaka, bez żadnych elementów, które przypasowałyby starszym czytelnikom. Opisy są proste, niezbyt szczegółowe. Sytuacja i to, co wydarzyło się na świecie, opowiedziane są w szczery, prosty sposób – bardzo uczuciowo, z dużą dawką buzujących hormonów, prosto na papier. Bez zbędnego filozofowania. Nic na wyrost, ale dokładnie tyle, żeby nie znudzić młodego czytelnika. Biorąc do ręki tę książkę, nie trzeba się obawiać niepoprawnych treści – wtłoczonych na siłę w świat nastolatków fantazji kobiet w średnim wieku. Nic z tych rzeczy. „Piąta fala” to książka o i dla młodych ludzi.

Wracając do bohaterów, pozytywnie zaskakuje również brak w ich charakterystyce cech istot idealnych, o niewiarygodnych umiejętnościach, typu doskonała znajomość technik survivalu, sztuk walki, czy posługiwania się bronią. Główna bohaterka uczy się wszystkiego po kolei, intuicyjnie. Trenuje, ponosi porażki i próbuje od nowa, by pokonać słabości typowe dla kilkunastoletniej dziewczyny. Jej ciało nie jest z tytanu – łamie się, rani i krwawi prawie non stop, odpowiadając w ten sposób na trudne i twarde warunki nowego życia. Natomiast każdy jej wybór, każda decyzja zostają dokładnie wytłumaczone i pasują do całokształtu postaci.

„Piąta fala” to opowieść o przemijaniu, śmierci i utracie, ale przede wszystkim o przetrwaniu i tej wewnętrznej sile, która pozwala iść na przód, pomimo wszelkich przeciwności losu. Nawet wtedy, gdy przyszłość wydaje się być niepewna, a totalna zagłada jest bliżej, niż myślimy. To także historia nastolatków i dzieciaków, dla których naiwne, beztroskie czasy skończyły się wraz z pojawieniem się wielkich statków na okołoziemskiej orbicie. To książka o walce o ostatnie iskry człowieczeństwa, jakie zostały w pokonanej ludzkości, i o ich próbie wskrzeszenia, pomimo iż wydają się być utracone na zawsze. O miłości, przyjaźni i nadziei. Co prawda pierwsza część trylogii Ricka Yanceya nie sprawdzi się jako lektura dla dorosłych, jednak z pewnością ma potencjał, by stać się jedną z lepszych i silniejszych pozycji literatury młodzieżowej. W końcu to z myślą o nich i dla nich Yancey napisał historię Cassie.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się przedpremierowo 21 lipca, a którą można przeczytać także tutaj.

„To” Stephen King

Bombla_To

„Come on back and we’ll see if you remember the simplest thing of all: how it is to be children, secure in belief and thus afraid of the dark.”

Czasami odnoszę wrażenie, że Stephen King odpowiada za większość irracjonalnych fobii u osobników płci obojga dorosłej populacji. Jego fabularne pomysły bywają tak potworne i niepojęte, że podświadomie wchodzą nam w umysł, penetrują go i znajdują przytulne miejsce, by ni stąd ni zowąd wyskoczyć w najmniej spodziewanym momencie. Czasami pogrążając nas i ośmieszając, gdy my nic nie możemy na to poradzić. Strach istnieje poza nami i zostaje nam jedynie bezwiednie mu się poddać. Oczywiście twórczości Kinga nie można obwiniać za wszystkie najgorsze nękające nas lęki, ale z pewnością istnieje pewna fobia, którą u wielu czytelników wywołała jedna z jego najsłynniejszych powieści. Mianowicie koulrofobia, czyli irracjonalny strach przed klaunami. Zapytacie: strach przed klaunami? Głupie. Czego tu się bać? No właśnie, czego? Jednak ten kto miał szansę przeczytać powieść „To” Stephena Kinga będzie wiedział co mam na myśli. 

„To” (tytuł oryginału „It”) to opowieść o siedmiorgu przyjaciół, którzy próbują stawić czoła tajemniczej, złowieszczej istocie spoza czasu i przestrzeni, której ofiarami padają dzieci z miasteczka i okolic Derry. Szczególnie te małe i bezbronne, o otwartym sercu i wyobraźni, niezdeprawowanych jeszcze przez ograniczenia i sztywne idee dorosłości. Istota ta poluje w przebraniu klauna, jako że to właśnie klauny przez wielu uznawane są za symbol dzieciństwa, beztroski i zabawy. Przybierając oswojoną formę, chowając prawdziwą twarz za przerysowaną maską sztuczności i uśmiechu na pokaz, istota ta z łatwością może zwabiać nic niepodejrzewające dzieci i karmić się ich strachem. Potem zabierać to co zostało do swojego królestwa ciemności i trzymać tam po wieczność. Ich zmasakrowane ciała od lat znajdowane są w odizolowanych miejscach, związanych z wodą: ciemnych studzienkach ściekowych, bagnach, nabrzeżu rzeki czy rurach kanalizacyjnych. Miasteczko Derry zmaga się ze swoją tajemniczą plagą zabójstw, która zbiera żniwo co trzydzieści lat i pochłania kolejne dziecięce ofiary. Ale jak się okazuje jest ktoś, a raczej kilka osób, które mogą pokonać odwieczną siłę czającą się w tunelach miasta i zwalczyć zło, które je pożera.

Fabuła powieści rozgrywa się w dwóch przedziałach czasowych: latem w 1957 i w 1987 roku. Wszystko zaczyna się wielką rodzinną tragedią. Sześcioletni chłopiec, George, goniąc papierową łódeczkę, w deszczowy dzień zostaje porwany do ścieku przez przyjaźnie wyglądającego klauna o imieniu Pennywise. Ten kusi chłopca balonikiem i George pozwala wciągnąć się w śmiertelną pułapkę. Kilka miesięcy później, w upalne lato, przeznaczenie łączy siedmioro młodych nastolatków, w tym starszego brata George’a, którzy zostają przyjaciółmi na dobre i na złe i zakładają The Losers’ Club („Klub Nieudaczników”), składając przysięgę wzajemnej pomocy i wiecznej przyjaźni. Te wakacje odmienią ich życie, a spotkanie z Pennywisem scali na zawsze i zmusi do powrotu w trzydzieści lat później, gdy morderczy klaun na nowo przebudzi się ze snu, rozpoczynając polowanie.

Tym razem bohaterowie będą zmuszeni postawić wszystko na jedną kartę, być gotowym na ostateczne poświęcenie i przypomnieć sobie czasy, gdy siła czystej, dziecięcej wyobraźni była największą mocą z możliwych. Największym problemem jest właśnie dorosłość i utrata szczerego podejścia do zjawisk tajemniczych i niewyjaśnionych. Przyjaciele z dzieciństwa muszą powrócić i od nowa uwierzyć w klauna Pennywise, bo tylko wtedy zyskają nad nim przewagę i zdołają go pokonać. Ten powrót to nic innego jak przypomnienie sobie i zrekonstruowanie wydarzeń własnej młodości. 

W 1957 roku całą grupę połączyły nie tylko niezwykła przyjaźń, wzajemna pomoc i wsparcie, ale także smutne doświadczenia, których w tak wczesnym okresie nie oszczędziło im życie. Uciążliwe jąkanie, utrata młodszego brata i miesiące żałoby w przypadku Billa. Znęcanie się psychiczne i molestowanie seksualne w rodzinie Beverly. Wieloletnia walka z otyłością i z niskim poczuciem własnej wartości u Bena. Hipochondria i obsesyjna matka cierpiąca na zastępczy zespół Münchhausena w przypadku Eddiego. Problem z tolerancją i poszukiwaniem swojej tożsamości z jaką zmagali się czarnoskóry Mike i wywodzący się z żydowskiej rodziny Stan. W końcu Richie, który pomimo usposobienia żartownisia i wiecznego wesołka nigdy nie zdołał osiągnąć popularności na jaką liczył.

W Derry wyparte traumy i nieszczęśliwe wypadki tamtego lata powracają do nich falami, powoli przypominając kim naprawdę jest Pennywise i jak mogą z nim walczyć. Zaczynają rozumieć, że jest on symbolem wszelkiego nieszczęścia i zła na świecie. To także żywe uosobienie koszmarów, od których przez tyle lat uciekali, i o których próbowali zapomnieć. To brutalna i nieograniczona w czynach istota, dla której życie nie ma żadnej specjalnej wartości, śmierć tym bardziej. Liczy się efekt. Im bardziej makabryczny i krwawy, tym lepiej.

Jak to z prozą Stephena Kinga bywa jego książki zawsze mają drugie, ukryte dno. Z jednej strony „To” jest po prostu opowieścią o odwiecznym demonie, który poszukuje swych ofiar wśród najbardziej podatnych istot na świecie. A z drugiej strony, jest historią ucieczki i wielkiego powrotu, wbrew własnej woli, do czasów, które wcale nie były tak sielankowe, jak mogłoby się wydawać. To przypowieść o życiu i śmierci, traumach dzieciństwa i sile pamięci człowieka, od której nikt nigdy nie będzie potrafił się w pełni wyzwolić, na zawsze pozostając więźniem przeszłości. I wesołego klauna Pennywise.

O.