„Wiedźmin: Ostatnie życzenie” Andrzej Sapkowski

Bombla_Wiedźmin01

 

„Bo my ludzie byliśmy tu intruzami. Tą ziemią władały smoki, mantikory, gryfy i amfisbeny, wampiry, wilkołaki i strzygi, kikimory, chimery i latawce. I trzeba było im tę ziemię odbierać po kawałku, każdą dolinę, każdą przełęcz, każdy bór i każdą polanę. I udało nam się to nie bez nieocenionej pomocy wiedźminów. Ale te czasy minęły, Geralt, minęły bezpowrotnie.”

„Ostatnie życzenie” Andrzej Sapkowski

Nadszedł czas, by zacytować pierwsze słowa z magicznej gry Fable2, którymi rozpoczynałam rozgrywkę, a które pamiętam do dziś: „And so our story begins…”. Początek przygody i zarazem początek opowieści idealnie odnosi się do tego, czym chcę się z Wami dzisiaj podzielić – po latach mijania się i zwlekania, na mojej bukowej, czytelniczej drodze w końcu stanął… Wiedźmin! Nie jestem dokładnie pewna dlaczego tak długo zajęło mi zapoznanie się, z pierwszym tomem serii Andrzeja Sapkowskiego, ale najwidoczniej były ku temu jakieś bardzo ważkie powody. Wiedźmin zawitał na moich półkach i już wiem, że jeszcze dużo czasu spędzę zaczytując się w jego przygodach.

Zbiór opowiadań „Ostatnie życzenie” to jednocześnie wstęp i pierwszy tom serii, który poprzedza sagę i powoli wprowadza w świat Geralta z Rivii. To wojownik-hybryda stworzony w Wiedźmińskim Siedliszczu Kaer Morhen, gdzie od dziecka był szkolony i przystosowywany do walki. Dzięki odpowiednim eksperymentom i eliksirom, poddawany mutacjom i wielu próbom, Geralt jako jeden z nielicznych, a zarazem najlepszych rusza w świat. Jest inny. Wyjątkowy. Zawieszony między tym co ludzkie i magiczne, niespokojnie przewalające się na okrągło po zmieniającym się świecie.  Zyskał nadludzkie zdolności – jest silniejszy, szybszy i zwinniejszy. Ma lepszy wzrok, słuch i refleks. Jego celem jest pilnowanie zachowania biologicznej równowagi, czyli polowanie i zabijanie potworów, które zagrażają bądź niepokoją napotkane po drodze siedliska.

Wiedźmińskie życie wydaje się być dokładnie zaprogramowanym. Doskonałym i doprecyzowanym. Geralt ma wędrować, śledzić i zabijać, w zamian otrzymując odpowiednią zapłatę. Nie mieszać się w sprawy ludzi, ich konflikty i niesnaski. Bo nie takie jest jego powołanie. Tyle tylko, że ludzie sami stają wiedźminowi na drodze. Jedni są dobrzy i gościnni, inni, uprzedzeni do jego „gatunku”, próbują wykorzystać jego niezwykłe zdolności. Jeszcze inni – zupełnie obojętni. Geralt nie jest młody, więc widział i przeżył już swoje, a obserwacja otaczającej go rzeczywistości przyniosła jedynie smutne wnioski, prowadzące do jeszcze smutniejszych rozważań. Kończy się czas wiedźminów. Kończy się czas elfów. Kończy się czas potworów i czarów. Nadchodzi epoka ludzi – straszna i okrutna w swojej potrzebie zniszczenia.

W nowym, nadchodzącym świecie nie będzie miejsca na magię, legendy i pradawne mitologie. Nie będzie nawet miejsca dla bohaterów. Wszystkie stwory będą musiały zniknąć prędzej czy później, bo panowanie człowieka to wieczny rozwój, poprzez zabijanie i postępującą dewastację. Geralt zdaje sobie z tego sprawę, dostosowuje się do nowych realiów, ale wie, że to właśnie on jest niejako narzędziem tego zniszczenia. Odpowiedzią na nieznane i tajemnicze. Jedyną siłą, która może i która potrafi ujarzmić tajemne moce wciąż kryjące się wokół. Kieruje się swoimi zasadami, jest nieufny i wycofany. Przez lata wyrobił sobie niewielu, ale za to szczerych i oddanych mu przyjaciół. Są lojalni wobec niego i zdolni do wielkich poświęceń. On odpłaca im tym samym, bo bardzo dobrze wie, że niełatwo wśród zagubionych ludzi znaleźć tych najlepszych, którzy dla wiedźmina będą gotowi oddać to co najcenniejsze, nawet swoje życie.

A wiadomo, że wiedźmiński fach nie jest łatwym kawałkiem chleba. Wyzwalanie zamienionych w strzygi księżniczek, które nocami zamieniają się w żarłoczne potwory („Wiedźmin”), przypadkowe spotkania z krwiożerczymi rusałkami („Ziarno prawdy”), czy ratowanie wiosek przed żartami sylvanów („Kraniec świata”), to tylko nieliczne, ale jakże typowe dla Geralta przygody. Do tego niechęć mieszkańców ludzkich osiedli również nie ułatwia mu codziennej pracy. Wiedźmin, nieważne jak bliski i pomocny, nigdy nie zostanie zaakceptowany przez prostych, pogrążonych w tępych zabobonach ludzi.  W ich oczach ma taką samą wartość, jak te bazyliszki, czy upiory, na które od lat poluje. Najchętniej pozbyliby się go i tylko nabożny strach przed jego siłą i mieczami chroni Geralta przed ostatecznym wykluczeniem.

W „Ostatnim życzeniu” Sapkowski zarysował świat balansujący na krawędzi, tuż przed wielkimi zmianami. Jest to świat zagubiony i zniszczony, który trwa w wiecznym konflikcie zarówno sam ze sobą, jak ze wszystkim co inne, tajemnicze, niewytłumaczalne. Geralt stoi gdzieś na przecięciu świata ludzi i magii. Brnie naprzód, godzi się z tym co nieuchronne, bo  zdaje sobie sprawę ze zmienności kolei losu. Z jednej strony, gdy nastąpią zmiany, sam odszedłby tam, gdzie wszystkie relikty dawnego świata, a z drugiej jednak, odczuwa w sobie pewne pierwiastki, które na zawsze połączyły go ludźmi – miłość i przyjaźń. Tak bliskie, a zarazem tak obce. Więc Wiedźmin trwa, a jego opowieść dopiero się rozpoczyna.

„Ludzie (…) lubią wymyślać potwory i potworności. Sami sobie wydają się wtedy mniej potworni. Gdy piją na umór, oszukują, kradną, leją żonę lejcami, morzą głodem babkę staruszkę, tłuką siekierą schwytanego w paści lisa lub szpikują strzałami ostatniego pozostałego na świecie jednorożca, lubią myśleć, że jednak potworniejsza od nich jest Mora wchodząca do chat o brzasku. Wtedy jakoś lżej im się robi na sercu. I łatwiej im żyć.”

O.

„Kostka” Iza Korsaj

Bombla_Kostka

 

“Odkąd pamiętam, odcinałem się od uczuć wybitnie grubą kreską. Nie, nie zostałem w życiu specjalnie źle doświadczony. Nie miałem dysfunkcyjnych rodziców. Nie dorastałem w paskudnej dzielnicy. Nie doświadczyłem przemocy, molestowania ani biedy. Nie tkwi we mnie żaden pierwotny czynnik, żaden zaprzeszły wyzwalacz. Po prostu taki jestem, od zawsze. Jest mi dobrze z niedającą się zmanipulować, odporną i tylko własną wolą.”

„Kostka” Iza Korsaj

Psychopatyczne, zaburzone umysły fascynują twórców, czytelników i widzów od lat. Postacie bez serca, bez emocji. Bohaterowie twardzi, o stalowych nerwach i pozbawieni jakichkolwiek skrupułów w niszczeniu drugiego człowieka. W kulturze popularnej psychopatów było wielu, a do kanonu najpopularniejszych w historii literatury światowej przeszli m.in. młodociany, zdziczały Alex z „Mechanicznej Pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, pogrążony w miłości do przemocy i krwi Patrick Bateman z „American Psycho” Breta Eastona Ellisa, najwierniejsza czytelniczka Annie Wilkes z „Misery” Stephena Kinga, a na ich czele stoi niezachwiany król -żarłoczny, kanibalistyczny Hannibal Lecter. Teraz, dzięki najnowszej, debiutanckiej powieści Izy Korsaj zatytułowanej „Kostka”, polscy czytelnicy zyskali nareszcie następcę tych największych psychopatycznych postaci. Bohatera zasługującego, by być wymienianym jednym tchem z tymi najgorszymi z najgorszych, doktora Marvina Crossa.

Ten perfekcyjnie skonstruowany, ostry i precyzyjny, jak chirurgiczny skalpel thriller psychologiczny rozpoczyna się polowaniem. Polowaniem nietypowym, bo zwierzyną łowną jest w nim człowiek, a dokładnie niejaki Jerry. Mężczyzna biegnie bez tchu po śnieżnym, leśnym poszyciu, uciekając ile sił w nogach przed nieznanymi sprawcami. Nie domyśla się, że wpędzenie go w ciemny, zimowy las było jedynie preludium do szykującego się dla niego koszmaru, bo nieświadomy niczego Jerry nie zdaje sobie sprawy, że prawdziwym drapieżnikiem jest ktoś, kto czeka spokojnie w środku leśnej głuszy, a z początku wyda się mu najlepszym wybawcą. Doktor Marvin Cross, który zaczaił się, wyczekał i zaplanował atak na zagubioną życiowo ofiarę, jaką jest Jerry. Plan jest prosty – Naprawa umysłu, najnowszy projekt terapii opracowany przez doktora, dla którego drugi człowiek to wyłącznie narzędzie do stworzenia istoty doskonalszej.

To właśnie doktor Marvin jest głównym bohaterem „Kostki”. Ten chirurg o specjalizacji transplantologicznej jest jednym z najlepszych w swoim fachu. Jest tak popularny, że założył nawet swoją własną klinikę, w której, za odpowiednią cenę, funduje wymiany chorych organów. Robi to niemal od ręki, poza niekończącą się kolejką w klinikach publicznych. Cross nazywa samego siebie inżynierem Naprawy, bowiem naprawia ludzkie ciała, usprawnia je i przedłuża ich egzystencję. Nieważne, że ceną może być życie, godność, czy niewinność innych. Marvin Cross to rasowy psychopata, który ma tylko jedną pasję i tej pasji od najmłodszych lat poświęca swój czas. Gdzieś w przeszłości widzimy jego żonę, nawet syna, a w teraźniejszości bliskich współpracowników, którzy nie zdają sobie sprawy, co kryje przystojne, hipnotyzujące oblicze tego wyjątkowego lekarza.

Wydawać by się mogło, że próbując przeniknąć osobowość Marvina, czytelnik natrafi na surrealistyczny, zdeformowany i niemożliwy do pojęcia obraz jego wewnętrznej rzeczywistości, skrywany za surową maską okrucieństwa. Dzięki temu łatwiej byłoby zrozumieć jego motywacje, czy odchylenia. Stworzyłoby to empatyczną więź, a psychopata zyskałby lepszą, bardziej ludzką twarz. W zamian, paradoksalnie, wnikając w psychikę doktora natrafiamy na… sterylną przestrzeń. Nawet to miejsce, podobnie jak jego właściciel, jest dokładnie zaplanowane i poukładane; doprecyzowane i dopięte na ostatni guzik. Nie plączą się tu żadne zagubione myśli, żadne szczelnie skrywane wyrzuty sumienia, czy bolesne wspomnienia z przeszłości. Umysłu Marvina nie przenikają chore wizje, ani maniakalne sny – jest cicho i bardzo spokojnie. Każda myśl jest skatalogowana w jego prywatnej Bibliotece Umysłu, czyli archiwum, w którym nic nie może umknąć, a każdy człowiek napotkany na jego życiowej drodze posiada tam swoją teczkę i folder.

Doktor Marvin Cross jest po prostu z gruntu zły. Nie przeżył nigdy żadnej traumy. Nie pochodzi z patologicznej rodziny. Nikt się nad nim nie znęcał, nikt go nie molestował. Jest inny. Intelektualnie zniekształcony, ale jednocześnie swoiście bardziej przejrzysty, bo nie posiada konkretnych emocji, czy rozbudowanej siatki uczuć. W jego zachowaniu każdy ruch jest precyzyjny, specjalnie wyreżyserowany. Każda czynność zaplanowana. Nie ma w nim nic przypadkowego.  Do tego jest mistrzem samodoskonalenia. Narzuca sobie dyscyplinę i podporządkowuje się swojej wewnętrznej programowej prostocie. Marvin jest po prostu psychopatą z krwi i kości, który nie potrzebuje dodatkowego wyjaśnienia, by być dokładnie tym, kim jest. Doskonale skonstruowany. Idealnie apatyczny. Wierny sobie i swoim przekonaniom. Wyjątkowo idealistyczny. Ma swoje pasje, ma swój cel, a tym celem jest stworzenie lepszego człowieka.

Koncepcję człowieka-idealnego, nadczłowieka, który wykroczy poza to, co tak zwyczajne i ludzkie, czyli po prostu słabe, od wieków próbowali wykreować filozofowie i myśliciele. Był literacki Człowiek Integralny Markiza de Sade, był artystyczny Nadczłowiek w teatrze okrucieństwa Antonina Artaud i wreszcie filozoficzny, tak często komentowany Übermensch Fryderyka Nietzschego. O ile wizje snute przez wszystkich bohaterów pogrążonych w marzeniach o lepszej istocie ludzkiej były wyłącznie mrzonkami, nierealnymi filozoficznymi konceptami o górnolotnych zamysłach, to już wizja Marvina Crossa jest jak najbardziej realna. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wystarczy posiadać odpowiednie warunki, konkretny zasób wiedzy i umiejętności, by zabrać się za budowę człowieka od nowa, za wielką Naprawę. W Marvinie jest ten sam pierwiastek, który można odnaleźć także w postaci Viktora Frankensteina z powieści Mary Shelley – obsesja i wizja, ale w tej najmroczniejszej wersji, pozbawiona słabości, czy moralnego kręgosłupa. Pozbawiona strachu i wszelkich skrupułów. Marvin jest bogiem, jest twórcą, a jego ostatecznym dziełem pewnego dnia, będzie nowy wspaniały człowiek. Na razie pozostaje on w fazie eksperymentów, ale porażki nie są wcale w jego oczach porażkami, a tylko kolejnym krokiem naprzód.

Izie Korsaj udało się w „Kostce” stworzyć postać, której od lat brakowało zarówno w naszej rodzimej literaturze, jak i literaturze światowej. Stworzyła psychopatę modelowego, wykorzystując zapomniany już koncept wcielonego zła, w którym ludzki element istnieje wyłącznie jako kamuflaż.  Ta maska nie chroni Marvina przed rzeczywistością, ale otaczających go ludzi przed nim samym. On jest Innym, w bardzo dosłownym sensie. Jak w twórczości H.P. Lovecrafta nieprzenikniony obraz ostatecznego okrucieństwa i zła doprowadza bohaterów do szaleństwa, tak też prawdziwy, niedozowany kontakt z doktorem kończy się psychicznym załamaniem – śmiercią umysłu, bo nikt normalny nie jest w stanie znieść tak dużej dozy całkowitej apatii i odhumanizowania. Dla ofiar, za maską twarzy Marvina kryje się ciemność, wielkie nieznane. I sama tego świadomość jest już gorsza od śmierci.

O.

*Dziękuję Izie Korsaj za podarowanie mi „poranionego Marvina”, który odnalazł nowy dom, a już w najbliższych dniach rusza na czytelnicze tournée 😀

Wielkie podsumowania 2013

Bombla_Podsumowanie2013Rok 2013 – wyjątkowy, bo to przecież pierwszy pełny rok istnienia Wielkiego Buka! Tyle pięknych książkowych chwil przeżyłam, zaskoczeń i przygód. Aż sama nie wiem, jak to w pełni podsumować, żeby wyrazić wszystko co chciałabym napisać. Przede wszystkim jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie, komentowanie i kontakt, bo to dla mnie największa radość i szczęście. To zawsze miło jest wiedzieć, że nie piszę wyłącznie dla siebie, ale jesteście Wy – miłośnicy wszelkich buków, czytelnicy na dobre i złe, dla których książka to nie tylko zwyczajny przedmiot, ale przede wszystkim portal do innych światów 🙂

W tym roku, na dzień dzisiejszy przewinęło się przez moje oczy i ręce aż 77 książek, razem 28010 stron (!), czym oficjalnie przekroczyłam zakładaną liczbę buków przewidywanych na ten rok o dwa i dwukrotnie przekroczyłam liczbę stron z roku poprzedniego. Najgrubaśniejsza z nich to „Bastion” Stephena Kinga, w wersji wydłużonej, a posiadająca ponad 1300 stron w oryginale.

Należę do osób, które już w tym momencie życia wiedzą i zdają sobie sprawę, że nigdy nie będą w stanie przeczytać tego wszystkiego, co sobie założyły i co czeka na nich w świecie buków napisanych i dopiero zaplanowanych. Uwzględniając ten fakt, jak i to, że nie lubię marnować czasu na książki niepewne lub uznawane za złe z założenia, czy zupełnie nieprzeznaczone treścią dla mnie (jak cały zestaw uwielbianej w środowisku literatury młodzieżowej), przeczytane przeze mnie pozycje prawie zawsze cieszyły mnie i dawały dużo czytelniczej radochy. Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć, tym bardziej jeśli pędzi się z lekturą lub zabiera się za totalną nowość na światowym rynku wydawniczym.

I w ten sposób wybrałam zarówno spośród klasyków, jak i książek nowszych, buki, które zapamiętałam najbardziej i o których nie da się tak łatwo zapomnieć. Stworzyłam kilka mini-zestawień, ale napiszę Wam całkiem szczerze, że nie było łatwo 🙂

Najlepsze powieści tego roku, czyli TOP 5 nowości:

W tym zestawie znalazło się pięć całkowicie bukowych świeżynek, które dopiero w tym roku pojawiły się w literackim świecie i zagościły na księgarskich półkach, a które z marszu, po pierwszych stronach podbiły i pochłonęły mnie całkowicie:

Nos4A2„NOS4A2” Joe Hill

To moja pierwsza czytelnicza przygoda z twórczością syna Stephena Kinga i wychodzi na to, że wcale nie ostatnia. W powieści Joe Hilla odnalazłam to, co w najnowszych dziełach jego ojca gdzieś się zagubiło i zniknęło. Jest dużo strachu, potworności i mroku, bez zbędnych, rozwlekłych treści. I jest Charlie Manx, dzięki któremu pozytywny, świąteczny sezon utracił coś ze swojej sielankowości. Więcej do poczytania TUTAJ.

NightFilm„Night Film” Marisha Pessl

Lubię pozytywne zaskoczenia i ciekawe, intrygujące fabuły, które angażują mnie w pełni. I taki jest właśnie ten mroczny thriller, z elementami augmented reality. Marisha Pessl wyszła do nowoczesnego czytelnika z opowieścią przejmującą, o śmierci i poświęceniu sztuce. Stworzyła świat, który sam do nas wychodzi i miesza się z naszą rzeczywistością, miejscami bardzo przekonująco. Więcej do poczytania TUTAJ.

Theluminariescover„The Luminaries” Eleanor Catton

Nagroda Bookera dla najmłodszej pisarki w historii tego wyróżnienia nie przekonała mnie do końca, ale za to doskonała fabuła i piękny, stylizowany język już tak. Jest w tym historycznym kryminale coś tak bardzo wciągającego, że nie ma innej rady, jak tylko czytać do utraty tchu i rozwikłać zagadki miasteczka Hokitika na wyspach Nowej Zelandii. Więcej do poczytania TUTAJ.

Signature„The Signature of All Things” Elizabeth Gilbert

Przyznaję, że twórczość tej pisarki należy do moich „guilty pleasures”, bo całkiem niesłusznie utożsamiana jest wyłącznie z autobiograficznymi „Jedz, módl się, kochaj” (które nomen omen również uwielbiam). Ale ta monumentalna, fikcyjna biografia dziewiętnastowiecznej botanik Almy Whittaker to coś o wiele więcej niż zwykłe czytadło na poprawę nastroju. To doskonale napisana kronika życia badaczki, naukowca, feministki i przyrodnika. Bardzo kobieca. Bardzo współczesna. Więcej do poczytania TUTAJ.

Ocean„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman

Ta krótka, mini-powiastka na jeden chaps zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wzruszyła i zadziałała jak katalizator i nie jestem do dzisiaj pewna, czy wywołała we mnie jakieś smutne wspomnienie, coś o czym chciałam zapomnieć… Być może. I może nie jest doskonała, ale warto ją poznać, bo jest po prostu piękna. Mroczna baśń dla dorosłych, którzy pragną przypomnieć sobie magię dziecięcych lat. Więcej do poczytania TUTAJ.

joylandKing„Joyland” Stephen King

Nareszcie doczekałam się kingowej powieści, której bohaterami nie są wcale mieszkańcy miasteczka użerający się z ufo, kopułami, czy innymi tworami spoza czasu. „Joyland” jest piękną i filozoficzną przypowieścią, a do tego wyjątkową w twórczości Króla, bo tak nostalgiczną i tak otwarcie dotykającą tematu śmierci i przemijającego czasu. O ulotności życia człowieka i koszmarach niosących tę myśl. Więcej do poczytania TUTAJ.

Najlepsze klasyki poznane w tym roku:

Trzymam się zawsze twierdzenia, że aby móc czytać literaturę współczesną z pełnym zrozumieniem należy znać literacki kanon i klasykę literatury światowej. Właśnie dlatego zawsze wracam do buków doskonałych, niosących za sobą przeszłość i geniusz pokoleń, które przeminęły lub których przemijanie niechybnie się rozpoczęło. Wybrać pięć z całego zestawu, który przeczytałam w tym roku było prawdziwym wyzwaniem, ale to właśnie są te powieści, które powinien poznać każdy miłośnik dobrej literatury.

AnnaKArenina„Anna Karenina” Lew Tołstoj

Porywająca i zatrważająca opowieść o miłości, poświęceniu i poszukiwaniu szczęścia. To także historia niezrozumienia, straconych złudzeń i nieszczęścia płynącego z niespełnionych marzeń. O kobiecie, która poszukując własnej drogi do szczęśliwości, zniszczyła tych, którzy najbardziej ją kochali. Bardzo duży buk, tak duży, że prawie Wielki. Więcej do poczytania TUTAJ.

wielkienadzieje„Wielkie Nadzieje” Charles Dickens

Kolejny Duży Buk, ale to Dickens, więc nie spodziewałabym się inaczej. Jedna z piękniejszych historii o miłości, poświęceniu i dojrzewaniu, jaką czytałam w ogóle. O błędach młodości. O marzeniach, które nie mogą się spełnić. O zemście, która trwa pokolenia. O miłości bez szansy na wzajemność. O zdradzie i samotności. O życiu przeżytym dla kogoś innego. I o nadziei, która umiera ostatnia. Więcej do poczytania TUTAJ.

Beloved„Beloved” Toni Morrison

To jedna z tych historii, które powalają czytelnika autentyzmem i realizacją niesprawiedliwości. Niby opowieść zawieszona pomiędzy snem, magią a prawdą, ale ciężar emocjonalny jest tak silny, że nie da się o tej powieści zapomnieć. I dobrze, bo pisarka poprzez swoje złamane, pozbawione tożsamości bohaterki pokazała smutek i cierpienie całych pokoleń niewolników. Więcej do poczytania TUTAJ.

dracula„Dracula” Bram Stoker

Z miłości i tęsknoty za wampirami poprzednich epok. Tych najprawdziwszych, potwornych, z czasów zanim jeszcze pojawiły się świecące w słońcu bladolice chłopaczki, a bycie wampirem oznaczało być enigmatycznym drapieżnikiem, który zawsze szuka ofiar i gotowy jest wypić krew wszystkich, którzy wpadną w jego sidła. Tylko czasami w pozornie ludzkiej skórze. Także z miłości do gotyckiej atmosfery i nieśmiertelnych historii o siłach ciemności, namiętności ,miłości i mocy zła. Więcej do poczytania TUTAJ.

Mechaniczna„Mechaniczna pomarańcza” Anthony Burgess

Najpierw w moim życiu był wizualnie porywający brutalnością film Kubricka, a w tym roku dopiero książka. Perełka językowa do czytania w oryginale, bo żaden przekład nie odda jej genialności. I Alex. Dzieciak. Zwierzak. Nastolatek wchodzący w dorosłość impetem własnych hormonów, niebezpieczny, niemożliwy do opanowania uwikłany w brutalną rzeczywistość, w której rządzi przemoc i prawo silniejszego. Fascynująca historia o kolejach życia i niemożnością ucieczki od niezmiennego przeznaczenia. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Więcej do poczytania TUTAJ.

 Najgorsza powieść 2013 roku:

Panika„Panika” Graham Masterton

Nie spodziewałam się, że na taką powieść w tym roku trafię, tym bardziej całkiem przypadkiem, samodzielnie dokonując wyboru lektury, no ale najwidoczniej od czasu do czasu taki czytelniczy zbuk napatoczyć się po prostu musi. Szkoda tylko, że to mój pierwszy kontakt z tym pisarzem, który przecież uznawany jest za twórcę doskonałych powieści grozy. „Panika” jest niestety fatalna na wszystkich frontach i nikomu jej nie polecam. Więcej do poczytania TUTAJ.

Największy zawód 2013:

doctor_sleep_full„Doktor Sen” Stephen King

Czekałam i doczekałam się. Miał być doskonały horror, przerażająca kontynuacja kultowego „Lśnienia”, a wyszło jak wyszło – średnia powieść przygodowa, jednak jak to z ręki Kinga, na całkiem przyzwoitym poziomie. Tylko to nie było to. Pokładałam w niej zbyt wielkie nadzieje, a skończyło się straconymi złudzeniami. Szkoda. Więcej do poczytania TUTAJ.

Największe odkrycie 2013:

Kostka„Kostka” Iza Korsaj

Debiutancka powieść (bo nie debiut całkowity) polskiej młodej autorki z Sopotu, która moim zdaniem stworzyła jedną z ciekawszych postaci psychopatycznych w literaturze. Cięty, ostry jak brzytwa styl. Surowa i męska narracja, brak wzruszeń, jednorożców i wszędobylskiego miłosnego różu – świat „Kostki” jest chłodny i przenikliwy jak chirurgiczna stal. A główny bohater idealnie sadyczny i apatyczny w swojej zbrodni i wizji nowego, lepszego człowieka. Do poczytania TUTAJ.

Ulubiony nowy Duży Buk:

Gwiazdozbiór„Gwiazdozbiór Psa” Peter Heller

Wylane morze łez, a ja przecież nie płaczę na książkach (chociaż czuję nadchodzącą starość, bo mijający rok udowodnił coś zupełnie innego 😉 O poszukiwaniu sensu życia w zniszczonym świecie bez przyszłości, gdy człowiek traci wszystko co kocha. Męska, postapokaliptyczna, a jednak chwytająca za serce. W tej powieści jest coś takiego, co sprawia, że nie można o niej przestać rozmyślać. Nie da się zapomnieć. Pozwala przemyśleć wszystko od nowa i przypomnieć sobie, jak piękne jest życie. Jedna z najpiękniejszych. Więcej do poczytania TUTAJ.

Nowy ulubiony klasyk i Duży Buk:

gatsby„Wielki Gatsby” F. Scott Fitzgerald

Zachwyciła mnie świeżość, niezwykła uniwersalność i ponadczasowość tej powieści o straconym pokoleniu idealistów, którzy zniszczyli samych siebie w pogoni za szczęściem za wszelką cenę. Próbowali dogonić przeszłość, marzenia i miłość, które dawno umarły i które nigdy już nie powrócą, pozostawiając ich pusto spoglądających na rozpadający się przed ich oczami świat pozorów i iluzji. Sto lat później nie straciła nic, a tylko zyskała, tym bardziej dla dzisiejszego pokolenia zagubionych trzydziestolatków. Więcej do poczytania TUTAJ.

Wyczekiwana powieść 2014:

Painter„The Painter” Peter Heller

Premiera zapowiadana na 6 maja, a książka zakupiona przeze mnie już na przedbiegach, bo nie mogłabym sobie odpuścić. Czuję nadciągające wzruszenie, bo jeśli główny bohater zabija, nie mogąc zdzierżyć tego, jak obcy człowiek znęca się nad zwierzęciem musi być emocjonalnie. Zapowiada się kolejna męska powieść o samotności, ucieczce i walce z demonami przeszłości. Nie mogę się doczekać!

Plany na Nowy Rok:

Gdybym miała wypisać Wam wszystkie buki, jakimi chcę podzielić się z Wami w nadchodzącym roku musiałabym chyba założyć osobnego bloga 😉 Mogę Was jedynie zapewnić, że tym razem nie będzie tematycznie, czy gatunkowo. W Nowym Roku, a przynajmniej w pierwszych miesiącach, planuję dosłownie dzikie zróżnicowanie: będą nowości, klasyki, powieści i opowiadania. Horrory, thrillery, obyczajówki i romanse. Będą wzruszenia, kontrowersje, filozofowania i strachy. Mała podpowiedź na nadchodzące w najbliższych dniach wpisy – zacznę nietypowo, bo tekstami polskich autorów, doskonałym dreszczowcem i fantasy 🙂 To tak w ramach zapowiedzi.

A w nadchodzącym Nowym Roku 2014 życzę Wam mnóstwa bukowych, niezapomnianych doznań z książką, moc szczęścia i radości każdego dnia!

O.

Bukowe zdobycze

Bombla_BukoweZdobycze

Po świątecznej nieobecności nadszedł moment, by nadrobić czas stracony na odpoczynkowe walanie się, nicnierobienie i odłączenie od rzeczywistości. A moment to nie byle jaki, bo poświęcony WIELKIM podsumowaniom na Wielkim Buku. Zacznę od tych grudniowych, związanych z obdarowywaniem, butami, skarpetami i choinką.

W te Święta i Mikołajki wszystkie przyjacielskie, rodzinne i miłosne Mikołaje i Gwiazdorki (którym dziękuję bardzo mocno i obficie) postanowiły obradować mnie tym co uwielbiam najbardziej. W ten sposób, ku mojej wielkiej radości i wzruszeniu, uzbierały mi się dwa naprawdę obfite zestawy książkowe, a w każdym z nich znalazły się zarówno pozycje przeze mnie wyczekiwane, jak i przyjemne niespodzianki. Nie mam pojęcia, kiedy uda mi się to wszystko przeczytać! Powtórzę raz jeszcze i będę powtarzać do końca moich dni, na każdą okazję – dobry buk to najlepszy prezent jaki można sobie wymarzyć. Nie potrafiłabym nie uwielbiać i cieszę się jak dziecko (bo dziecięcy entuzjazm to również moja mocna strona) 🙂

Przed Wami PIERWSZY ZESTAW:

Zestaw1

Od góry:

  • „Najnowsze przygody Mikołajka” na MP3 – totalne, ale jak miłe zaskoczenie podchoinkowe. Mikołajek od małego bawił mnie do łez, nowych przygód nie znam i już nie mogę się doczekać.
  • „Gourmet Cooking By The Clock” – antykwaryczne cudeńko z 1962 roku. Książka kucharska, a w niej klasyczne amerykańskie przepisy na różne lobstery, chickeny i shrimpy.
  • Ciemno, prawie noc” Joanny Bator – czaiłam się już na początku roku, a po Nike jeszcze bardziej.
  • „Sezon burz” Andrzeja Sapkowskiego – w końcu rozpoczęłam wiedźmińską przygodę, więc i tej pozycji nie mogło zabraknąć wśród prezentów.
  • „Zbyt wiele szczęścia” Alice Munro – nie wiem, jak udało mi się tak długo przeżyć bez poznania jej twórczości.
  • Drugi tom „Correspondance” Baudelaire’a, po francusku, w wydaniu Plaiady – kolejny antykwaryczny kąsek, do podczytywania.
  • „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen – znalezione w bucie. Długo wyczekiwane, bo nie umiałabym żyć ze sobą, gdybym po genialnym filmie nie przeczytała książki.
  • „Hobbit. Filmowe postacie i miejsca.” – niespodziankowe, albumowe wydanie do drugiej części filmowej adaptacji.

ZESTAW DRUGI:

Zestaw2

Od góry:

  • „Miecz przeznaczenia” Andrzeja Sapkowskiego – po „Ostatnim życzeniu” musiałam mieć.
  • „Taniec szczęśliwych cieni” i „Drogie życie” Alice Munro – jak wyżej. Wyczekane, upragnione, znalezione pod choinką.
  • „Wołanie kukułki” J.K. Rowling – wielkie halo, wielkie kontrowersje, ale również pozytywne recenzje zanim wyszło na jaw czyjego autorstwa.
  • „2666” Roberto Bolaño – w moim liście wysłanym na Biegun Północny ten buk był na pierwszym miejscu, bo być musiał.
  • „Duchy polskich miast i zamków” – po genialnym „Bestiariuszu słowiańskim”, który ciągle jest u mnie w użyciu, duchy nie mogły nie trafić do mojej biblioteczki.

A czy u Was również Święta minęły w tak pozytywnym i bukowym nastroju? Pochwalcie się koniecznie!

O.

„Wielkie Nadzieje” Charles Dickens

Bombla_WielkieNadzieje

 

„Suffering has been stronger than all other teaching, and has taught me to understand what your heart used to be. I have been bent and broken, but – I hope – into a better shape.”

„Great Expectations”

Dzisiaj dzień uroczysty. Dzień obżarstwa, rodzinnych spotkań i prezentów. Czas spokoju i błogiego relaksu wieczorną porą, gdy można w końcu oderwać się od codziennego życia i zwolnić bieg. Właśnie dlatego, nie przez przypadek, podobnie jak w zeszłym roku, na wigilijny wieczór wybrałam dla Was powieść idealną, autorstwa Charlesa Dickensa. Twórczość tego pisarza od zawsze i nieodłącznie kojarzy mi się ze okresem około-świątecznym i ogólnie zimowym. Przywodzi na myśl mgliste wrzosowiska, mokre ulice Londynu, deszcze i śniegi. Jest w niej coś przytłaczającego, ciężkiego i właśnie takiego, co sprawia, że mrocznym i mroźnym sezonie czyta się go najlepiej. Z pewnością przyczynia się także do tego niełatwa tematyka, pogrążeni w cierpieniu i smutku bohaterowie oraz panująca w jego świecie niesprawiedliwość, wychylająca się na każdym kroku.

Historią zawodu, niezrozumienia i złamanego serca jest jedna z najpiękniejszych powieści literatury angielskiej i jednocześnie jedna z najlepszych w dorobku Dickensa, czyli „Wielkie Nadzieje”. To historia niewyobrażalnych kontrastów, doskonale obrazująca społeczne i industrialne zmiany, jakie zaszły i jakie wciąż zachodziły w tym czasie w XIX-wiecznej Anglii. Epoka wiktoriańska odznaczała się zachodzącymi na szeroką skalę przemianami kraju, którego mieszkańcy z dotąd licznie zasiedlonych terenów wiejskich tłumnie przenieśli się do będących w stałym rozwoju miast. Londyn stał się mekką dla wszystkich, którzy szukali pracy, łatwego zysku i lepszych warunków życia, jednak masowe przenosiny tylko nielicznym pozwoliły polepszyć warunki bytu. Podział klas stał się jeszcze bardziej widoczny, a reguły przynależności do tych najwyższych, jeszcze bardziej restrykcyjne. Ulice Londynu wypełniał nieustający zgiełk, a wśród tłumów można było dojrzeć cały przekrój sfer, od arystokratycznej śmietanki po najbiedniejszych, wygłodzonych żebraków.

W takim kształtującym się od nowa świecie urodził się Pip. To osierocony chłopak, którego wychowania podjęła się kochająca go, ale surowa siostra i jej dobroduszny mąż – kowal Joe. Mieszkają w małym domku, na angielskiej wsi w hrabstwie Kent, obok nadrzecznych bagien i cmentarza. To właśnie w tej mglistej atmosferze Pip dorasta, gdzieś w środku przekonany o swojej wyjątkowości i o tym, że opatrzność stworzyła go do wyższych celów. Pewnego dnia, gdy rozmyśla na grobie swoich rodziców, znikąd wyłania się zbiegły więzień, terroryzuje chłopca i zmusza, by ten przyniósł mu jedzenie i narzędzia do przecięcia kajdanów. Zastraszony chłopiec zgadza się, uwalnia mężczyznę, nie wiedząc nawet, że właśnie uśmiechnęło się do niego przeznaczenie. Jeszcze wiele czasu minie, zanim Pip będzie miał szansę się o tym przekonać.

Pip dorasta, a jego kolejny wielki dzień nastaje, gdy jeden z jego dalekich krewnych zabiera go w odwiedziny do starej posiadłości Satis House. To miejsce jest niczym zatrzymane w czasie, a jego posiadaczką jest ekscentryczna i, jak to dziwne miejsce, jakby „zakurzona” Miss Havisham. Tam poznaje śliczną protegowaną właścicielki – Estellę – wyniosłą, młodą osóbkę, której serce jest równie zimne, jak serce jej opiekunki. Dziewczynka odrzuca Pipa z założenia, jako niegodnego chłopaka z nizin, a on natomiast, na swoje nieszczęście zakochuje się w niej i wtedy podejmuje decyzję, że tylko dla Estelli wyniesie samego siebie ponad stan i zostanie bogatym dżentelmenem. Przeznaczenie znów uśmiecha się do niego i powraca pod postacią prawnika, który oznajmia chłopcu i jego rodzinie, że tajemniczy dobroczyńca pragnie sfinansować naukę Pipa w Londynie i sprawić, że prosty chłopak faktycznie stanie się bogatym młodzieńcem. Ale nawet tam, nawet gdy miną lata, cel Pipa będzie jeden – zdobyć serce Estelli.

Tytułowe wielkie nadzieje (z ang. great expectations), to nic innego, jak umożliwienie młodemu człowiekowi predyspozycji do pobierania nauki i zdobycia godnego wykształcenia, by ten wypełnił oczekiwany plan i w przyszłości został godnym obywatelem klasy wyższej. Wielkie nadzieje to również oczekiwanie w ogóle, że może w końcu coś, gdzieś, ziszczą się najskrytsze marzenia. Także szczera wiara, że coś może się udać i pójść zgodnie z planem, a ten plan ustalony jest z góry, dla każdego człowieka. Bohaterowie powieści Dickensa pielęgnują właśnie takie wielkie nadzieje i oczekiwania. Ich wzrok wciąż wędruje naprzód, ich przeszłość jest jedynie motorem do tworzenia przyszłości, a ich motywacje nie mają zawieszenia w teraźniejszości. Ale nie bez powodu mówi się, że „nadzieja jest matką głupich”, bo i w tym przypadku to przykre powiedzenie sprawdza się co do joty. Nadzieje i marzenia pryskają, raz za razem, przynosząc za sobą kolejne smutki i stracone złudzenia.

Podążając śladem Pipa, wynurzając się z jego przydomowych, dobrze znanych mgieł, stajemy się świadkami zmiany jego punktu widzenia wraz ze zmianą warunków życia – jego wstydu i niemożności pogodzenia się z prawdziwym pochodzeniem. Chłopak przez większość życia czuje się gorszy, Estella tylko utwierdza go w tym przekonaniu, a podziwiana z daleka Miss Havisham przyklaskuje podopiecznej. Tożsamość Pipa chwieje się przez całą powieść, jego los miejscami staje się bardzo niepewny, a wszystko w wiecznym poczuciu nieszczęścia i nadchodzącej, nienazwanej katastrofy. I tylko czasami, tylko momentami, można złapać się na poszukiwaniu iskierki na horyzoncie i próbować przekonać samego siebie, że nie wszystko jeszcze stracone. Wciąż jest szansa, by starte w proch marzenia spełniły się. Może. Kiedyś. Pewnego dnia.

O.

Zimowe buki 2013

Bombla_ZimoweBuki2013Cold winds are rising – winter is coming! I niby zima nadchodzi faktycznie, już na dniach, już tuż tuż, a jakoś tak wcale za oknem biało nie jest. Co więcej, na dniach Święta, powinno być śnieżnie, ślicznie i magicznie, jak w we wszystkich zimowych piosenkach, a tu zapowiada się totalnie nie puchato i zupełnie nie mroźnie. Trochę szkoda, ale to dopiero początek, a jak wiemy, w naszej strefie klimatycznej niczego nie można być do końca pewnym 😉 Pozostaje uzbroić się w cierpliwość, w miękki, grubaśny koc, wełniane skarpetki, okopać się z książką w łapkach i oczekiwać.

Jak już pisałam w zeszłym roku, a przemawia przeze mnie mój wewnętrzny hobbit, kompletowanie zimowych lektur jest jak uzupełnianie spiżarni – nigdy za dużo, nigdy zbyt obficie, nigdy zbyt tłusto, czy tucząco. Zimowy buk powinien odznaczać się porządną ilością kalorii i substancji odżywczych, żeby utrzymywać nasz leniwy humor i zaczytanie jak najdłużej. A co więcej musi być dobrze doprawiony. Na nic zdadzą się delikatne i zwiewne tomiki poezji, bo zamiast grubaśnego udźca z dzika przypominają raczej smoothie z alg (a to jeszcze nikogo zimą nie wykarmiło).

Na śnieżno-wietrzny sezon sprawdzą się więc duże serie wydawnicze, sagi i oczywiście opowieści z zimą w tle, w porządnych tomiszczach. Warto też zajrzeć do poważnych i intensywnych w treść klasyków literatury światowej, do których wiosną i latem sięgać nie mamy ochoty. Ma być długo, fabularnie i wielowątkowo, tak by zimowe wieczory trwały jak najdłużej. Może być również filozoficznie, a na pewno refleksyjnie – łatwiej trawić poważne tematy, gdy nic nas nie goni, a my mamy czas na rozmyślanie w ciepełku.

Ale koniec tego żarłocznego wstępu 🙂 Specjalnie dla Was przygotowałam zestawienie dziesięciu zimowych buków, z różnych kategorii i gatunków. Są to opowieści sprawdzone, przeczytane przeze mnie w ostatnich latach lub polecone na zimę przez bliskie mi mole książkowe i oczekujące na liście obowiązkowej. Do czytelniczego obżarstwa 🙂

Nos4A21. „NOS4A2” Joe Hill

Nie ma to jak porządnie nastraszyć się zimową, przedświąteczną porą. Christmasland i jego uroczy mieszkańcy wzywają dźwiękami ukochanych kolęd i śnieżnych przebojów. Wzywają, bo Boże Narodzenie to przecież ulubiona chwila każdego dziecka. Czas wyczekiwania i prezentów. To także ulubiony czas Charliego Manxa – władcy tej uśpionej w zakamarkach umysłu krainy, porywacza i mordercy dzieci. Opowieść o światach wyobrażonych i horror doskonały. Więcej do poczytania TUTAJ.

Mann2. „Czarodziejska Góra” Thomas Mann

W sanatorium Berghof, wysoko w górach Szwajcarii można odnieść wrażenie, że czas jakby się zatrzymał. Gdy Hans Castorp przybył tam na krótką wizytę w odwiedziny do kurującego się kuzyna nie sądził, że jego pobyt przedłuży się o siedem lat. Siedem lat wypełnionych nie tylko rutyną dnia codziennego ośrodka na górze, ale przede wszystkim rozmowami, które doprowadzą do przemiany duchowej i emocjonalnej bohatera. Powieść pełna symboli, metafor i zawieszonej w czasie atmosfery, której nie da się zapomnieć.

Targowsiko3. „Targowisko Próżności” William Makepeace Thackeray

Nie ma drugiej takiej bohaterki w literaturze jak Becky Sharp Thackeraya. Zdolna, zmyślna i przebiegła. Zna swoją wartość, potrafi wykorzystywać swoje wyjątkowe umiejętności i oplatać sobą innych. Dominująca w każdej sytuacji, silna i zdolna przetrwać każdy życiowy upadek, tworzy sobą portret kobiety wyzwolonej, samowystarczalnej, która by osiągnąć upragniony cel zostawi za sobą morze ofiar. Powieść jest satyrą na brytyjskie społeczeństwo początku XIX wieku, pogrążone w marazmie i opętane pragnieniem wzbogacania się i wspinania po społecznej drabinie za wszelką cenę. I pomimo wszystko – uwielbiam Becky.

AnnaKArenina4. „Anna Karenina” Lew Tołstoj

“Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne; każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.” – legendarne zdanie i równie legendarna powieść. Uniwersalna opowieść o miłości, poświęceniu i poszukiwaniu szczęścia. To także historia niezrozumienia, straconych złudzeń i nieszczęścia płynącego z niespełnionych marzeń. O kobiecie, która poszukując własnej drogi do szczęśliwości, zniszczyła tych, którzy najbardziej ją kochali. Bardzo duży buk, tak duży, że prawie Wielki. Więcej do poczytania TUTAJ.

Ludzka5. „Ludzka przystań” John Ajvide Lindqvist

Na małej wysepce Domarö, na lodowych połaciach przy latarni morskiej, śniegowy krajobraz jak z bajki podziwia młode małżeństwo i ich córeczka Maja. Czar pryska, gdy dziecko ni stąd ni zowąd… znika. Mieszkańcy wyspy patrzą na koszmar rodziców z dystansu. W końcu Domarö to ich dom, nawet jeśli to wyspa przeklęta, gdzie nieuchwytne zło czai się i obserwuje ich w milczeniu z otchłani morza. Trochę tu Twin Peaks, trochę Lovecrafta, dużo lodowatej, beznamiętnej północy. Horror psychologiczny w najlepszym stylu.

Pan6. Saga „Pan Lodowego Ogrodu” Tom 1-4 Jarosław Grzędowicz

Na odległej planecie Midgaard ginie grupa ziemskich naukowców. By ich odnaleźć wysłany zostaje żołnierz idealny – Vuko Drakkainen. Cel misji jest prosty: odnaleźć, odbić i wrócić albo zabić i zatrzeć wszelkie ślady. Ale nowy, przedziwny świat hipnotyzuje Vuka i wciąga go w wyjątkową podróż do zapomnianej krainy magii, potworów i dawnych praw. Świat, który czeka na swojego nowego bohatera. Cztery tomy, dla których można spokojnie zrezygnować z życia na co najmniej tydzień. I kac bukowy murowany. Więcej do poczytania TUTAJ.

Lśnienie7. „Lśnienie” Stephen King

Hotel Panorama. Baśniowe miejsce położone wysoko, w niedostępnych Górach Skalistych. Wymarzone, zimowe schronienie dla opiekuna budynku na sezon zimowy, gdy hotel usypia i czeka spokojnie na wiosnę. Tym bardziej pisarza z problemami, którzy szuka wyciszenia i natchnienia. Ale nie dla Jacka Torrence’a i jego rodziny. I nie Panorama, w której murach wciąż żyją i czają się w zakamarkach sekrety, które nigdy nie powinny wyjść na jaw. Po trzydziestu latach wciąż świeże i kultowe. I Stephen oczywiście.

Kroniki8. „Kroniki Portowe” Annie Proulx

Życie pisze różne scenariusze, sprawia zaskakujące niespodzianki, nawet gdy wydaje się, że już wszystko stracone. Quoyle, dziennikarz najniższych lotów, nieatrakcyjny i złamany człowiek, po tragicznej śmierci żony przenosi się wraz z córkami w swoje rodzinne strony na wybrzeże Nowej Funlandii. Tam okazuje się, że można zacząć wszystko od nowa, zostawić za sobą ból, cierpienie, a nawet w końcu onaleźć upragnioną miłość. Morska perełka.

Narnia9. „Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i Stara Szafa” C.S. Lewis

Jest takie miejsce, gdzieś daleko stąd, w którym panuje wieczna zima. Narnia. Lasy, doliny i rzeki są skute od lat lodem. Życie tętni ukryte głęboko w norach, jamach i jaskiniach, byle z dala od zimna i królowej tej śmiertelnie pięknej krainy – Białej Czarownicy. I tęskni za powrotem lata i swego jedynego władcy, Aslana. Całkiem przypadkiem, bo przez magiczne przejście w wielkiej szafie, do Narnii trafia rodzeństwo Pevensie, nie wiedząc, że to dzięki nim rozstrzygnie się los lodowej krainy. Magiczne na zawsze.

Kiel10. „Biały Kieł” Jack London

Dramatyczna, miejscami przerażająca i bardzo wzruszająca opowieść o Białym Kle – wilku o psim sercu, którego życie naznaczone jest cierpieniem, niesprawiedliwością i odrzuceniem. Historia samotności, tęsknoty za głuszą i tłumienia w sobie uśpionej dzikości, w mroźnych lasach Alaski. I olbrzymiej wierze, że może pewnego dnia pojawi się na zimnym, lodowym horyzoncie słońce. Więcej do poczytania TUTAJ.

A z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego co najpiękniejsze! Spokojnej, pełnej odpoczynku atmosfery przy wigilijnym stole, samych przyjemnych chwil z bliskimi i mnóstwo bukowych prezentów pod choinką! By ten czas minął Wam błogo i radośnie, bez żadnych zmartwień 🙂 Czytajcie dużo!

Bo warto czytać.

Wesołych Świąt,

O.

„Biały Kieł” Jack London

Bombla_BiałyKieł

 

„(…) życie to straszliwa zachłanność, a świat to zamknięty krąg istot zachłannych, ścigających i ściganych, tropiących i tropionych, pożerających i pożeranych – wszystko to zaś dzieje się na ślepo, w zamęcie, w gwałcie i krwawym żarłocznym bezładzie, rządzone trafem, bezlitosnym, bezmyślnym i niepojętym.”
„Biały Kieł”

W kultowym już, Disneyowskim filmie „Król Lew”, chór afrykańskich zwierząt wychwala pod niebiosa wspaniały „wieczny życia krąg”, który prowadzi nad od rozpaczy po nadzieję. Śpiewa o sensie życia, jakimś życiodajnym planie, który skrywa się w każdym zakątku ziemi i dzięki któremu wszystko trwa niezmienne, piękne i harmonijne. O tym, że los każdej istoty wpisany jest w ten krąg i nic nigdy nie idzie na marne. Wydawać by się mogło, że faktycznie tak jest w rzeczywistości. Ale tylko w pozytywnych i przyjemnych momentach egzystencji. W te gorsze dni, gdy nieszczęście i ból zbierają swoje żniwo, doskonała wizja świata z piosenki załamuje się, a z ciemności wyłania się chaos i niezrozumienie. Tym bardziej, gdy dotyczy tego co dzikie, nieujarzmione, wywodzące się leśnej, niezbadanej głuszy.

Opowieść Jacka Londona zatytułowana „Biały Kieł” (tytuł oryginału „White Fang”) należy do jednej z takich historii, która przy lekturze wywołuje skurcze smutku i niedowierzania. Jeśli do tego jesteśmy wrażliwi na los naszych braci mniejszych, a w szczególności psów i innych kudłaczy z rodzaju psowatych, możemy od razu przygotować się na lekturę wzruszającą, gdzie nadzieja częściej zastępowana jest przez dojmujący smutek. Czasami życie, lub opowieści życie przypominające, niosą za sobą grozę straszniejszą od najstraszniejszego horroru, bo wiemy, że najbardziej realną. Taką, która mogła przytrafić się tak sto lat temu, jak i dzisiaj, czy za lat dwieście. Taki właśnie jest „Biały Kieł” zainspirowany przez obserwacje Londona, zasłyszane legendy i osobiste doświadczenia z jednej z wypraw na zimną północ, na pogrążoną w gorączce złota Alasce.

Historia rozpoczyna się w czasie wielkiego zimowego głodu, gdzieś w gęstych lasach Alaski, gdy na krwawe polowanie zbiera się wataha wilków. Pomiędzy nimi jest także zdziczała suka indiańskiego psa zaprzęgowego, która dołącza do grupy i na ten trudny okres staje się równoprawnym towarzyszem morderczej grupy. Razem atakują psie zaprzęgi, śledzą osamotnionych traperów i zastawiają na nich śmiertelne pułapki. Na wiosnę, gdy świat północy powoli wraca do ustalonego porządku, suka, której udało się zdobyć jedną z najwyższych pozycji w stadzie, odłącza się od grupy wraz ze swoim partnerem – szarym, jednookim wilkiem. Niedługo powija młode, ale z całego miotu pozostaje jej tylko jeden mały wilczek. Gdy zew krwi przemija, a matka ze szczeniakiem natrafiają na indiańską wioskę, okazuje się, że suka to zaginiona Kiche, ulubiony pies jednego z wodzów. Powraca pomiędzy ludzi, a jej mały wilk, któremu dopiero co udało się powoli poznać otaczający go świat, zyskuje imię Biały Kieł. Zdobywając imię dołącza tym samym do stadła człowieka, a my zaczynamy śledzić jego smutne dzieje.

Biały Kieł nie jest ani do końca psem, ani w pełni wilkiem. Po ojcu odziedziczył pragnienie wilczej wolności, potrzebę przebiegania głuszy, polowania i wycia do księżyca. Po matce wiarę w siłę człowieka, jego moc i władzę na innymi żyjącymi istotami. To właśnie jej geny zdominowały wilczy zew i Biały Kieł ostatecznie pozostał psem. Wyjątkowym, dzikim i bardzo silnym, który przez całe swoje psie życie będzie musiał sam ujarzmiać swoją dziką naturę, podporządkowując się prawom człowieka. Te prawa zostaną mu narzucone bardzo brutalnie – przemocą i siłą. W tym wybranym przez niego świecie, wilk nie może liczyć na miłość, przyjaźń towarzyszących mu psów, bo zawsze w ich oczach pozostaje intruzem, którego instynkt ochronny karze wyrzucać poza obręb domowego stada. U ludzi, białych traperów, czy nastawionych na praktyczne, surowe życie Indian, zagubiony pies nie może liczyć na uczucie, pomoc, ani wzbudzenie silnych więzi. Dla nich zwierzę to narzędzie, jak każde inne.

Tym samym Biały Kieł ciągle musi walczyć ze swoją tożsamością. W głębi duszy, gdzieś głęboko czuje uśpiony w nim zew i wpisane w jego krew odwieczne prawa natury. Z drugiej strony, pozwolił się tej wilczej części zagubić i oswoić, w zamian zyskując schronienie, ciepło ogniska i posiłek na zawołanie. Zaufał człowiekowi, a to właśnie człowiek w świecie opisanym przez Jacka Londona jest jedną z najokrutniejszych i zmiennych istot na ziemi. Gdy w życiu Białego Kła pojawia się czynnik ludzki nic nie jest już takie jak dawniej. Wieczny krąg życia zamienia się w piramidę, z człowiekiem jako największym, najbrutalniejszym i mściwym drapieżnikiem. Ludzie są niestali, okrutni i władczy. Nie okazują zwierzęciu uczuć, a wyłącznie swoją dominację. Wilk poznaje ich najgorsze strony, ale wiele lat minie zanim pozna prawdziwą, pozytywną stronę człowieka, czyli współczucie i ludzkie serce. Dopiero wtedy Biały Kieł stanie się prawdziwym psem, gotowym zrobić wszystko, by uchronić swojego jedynego pana.

Opowieść Jacka Londona to przejmująca historia zwierzęcia, który dokonując wyboru i poddając się władzy człowieka, skazuje samo siebie na samotność, wygnanie z własnego gatunku i morze cierpień, dopiero pod koniec okraszone błogą szczęśliwością. To opowieść o naturze ujarzmionej, wtłoczonej w tryby ludzkiej mentalności, gier i złośliwości człowieka. Biały Kieł żyje by służyć innym, traci siebie, by oddać się w pełni swoim bogom, panom, którzy często nie znają litości. To także historia o wielkiej psiej samotności, niezrozumieniu i walce, którą toczyć trzeba samemu ze sobą każdego dnia, wbrew przeciwnościom losu. I olbrzymiej wierze, że może pewnego dnia pojawi się na zimnym, lodowym horyzoncie słońce. Ktoś kto pokocha i da drugą szansę złamanej duszy, a ta odwdzięczy się całym sobą i odda na zawsze, na śmierć i życie, poświęcając wszystko po raz ostatni.

O.

„Modlitewnik amerykański”, „Luizjański Blues” , „Viator” Lucius Shepard

Bombla_Modlitewnik

Gdy mowa o gatunku literackim, jakim jest realizm magiczny, zazwyczaj przychodzą na myśl przykłady literatury iberoamerykańskiej. Bardzo rzadko termin ten nasuwa się, gdy wspominamy o literaturze Stanów Zjednoczonych, a przecież realizm magiczny rejonów amerykańskiego południa jest równie wyjątkowy i specyficzny, jak ten z rejonów hiszpańskojęzycznych. Doskonałym przykładem mieszanki świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym, w którym nadnaturalne elementy przenikają do zwykłej codzienności jest twórczość Luciusa Sheparda – amerykańskiego pisarza, twórcy utworów science fiction i fantasy.

Wydawnictwo MAG, w ramach serii Uczta wyobraźni, w jednym tomie zebrało i opublikowało trzy wyjątkowe, mroczne utwory Sheparda„Modlitewnik Amerykański”, „Luizjański Blues” i „Viator”. Każda z tych opowieści przenosi czytelnika w inny rejon Stanów Zjednoczonych: do pustynnej Arizony, bagnistej Luizjany i na mroźną Alaskę. Każda sprawia, że zanurzamy się w przepełnioną dziwnością, tajemnicą i nietypową wiarą rzeczywistość bohaterów i pogrążamy się niemal od razu w ich zagubionym świecie, gdzieś na granicy wyobraźni. Nic do końca nie jest pewne. Żadnemu z narratorów, ani głównych bohaterów nie możemy w pełni zaufać. Razem z nimi przenikamy światy i razem próbujemy poradzić sobie z narastającymi problemami.

„Modlitewnik Amerykański” to historia Wardlina Stuarta, byłego więźnia, który dostaje drugą szansę od losu i dzięki swojej wyjątkowej umiejętności pisania modlitw-wierszy, w krótkim czasie zdobywa sławę. Jego utwory to krótkie formy literackie, bez konkretnego boskiego adresata, które mają tę ciekawą właściwość, że wypowiadane do skutku, realizują pragnienia modlącego się. Wardlin, jako twórca, staje się obiektem kultu i w szybkim czasie zyskuje miano religijnego celebryty, popadając w konflikt z fanatycznymi kaznodziejami. Istota, do której kieruje swoje modlitwy odpowiada na prośby, spełnia marzenia, skrywane życzenia i wydaje się nie chcieć nic w zamian. Gdy świat Wardlina zaczyna się załamywać, a jego wiara powoli podupada – staje na jego drodze i podaje pomocną dłoń.

„Modlitewnik Amerykański” to opowieść o poszukiwaniu wiary w świecie, w którym każdy może stać się swoim własnym bogiem. W tym sensie utwór zawiera elementy satyryczne, komentujące wykorzenione społeczeństwo współczesnych Stanów, jego samotność w wołaniu o pomoc i potrzebę wynajdowania nowych, złotych cielców. Okazuje się, że każdy bożek jest lepszy niż świat, w którym boga nie ma. Ludzie lgną do kaznodziejów, do głosicieli wiary, bez względu na to, jak absurdalni i sztuczni mogą oni być. Szukają łatwych rozwiązań, gotowych i szybkich odpowiedzi na najważniejsze pytania, bez zbędnych przemyśleń, czy konieczności poświęcenia. Jednocześnie, historia Wardlina to opowieść o odnalezieniu samego siebie i własnej, indywidualnej ścieżki wśród tych, którzy lgną do bezimiennego tłumu naśladowców.

W „Luizjańskim Bluesie”, Shepard ukazuje małe miasteczko Grail, otoczone bagnami, leśnymi ostępami i dziką, nieustraszoną przyrodą. To miejsce na granicy światów, w którym mieszkańcy mają dar jasnowidzenia, a za ich los odpowiada Dobry Szary Człowiek, z którym dawno temu pierwsi osadnicy zawarli pakt, by w zamian za oddanie otrzymać powodzenie i względny spokój. Do tej krainy dziwności przypadkiem trafia Jack Mustaine, muzyk, który pragnie dojechać na Florydę, by tam naprawić swoje życie i rozpocząć je od nowa. Jednak już po chwili miasteczko Grail wciąga go i urzeka nietypowymi mieszkańcami, tradycjami i atmosferą przesiąkniętą zapomnianymi rytuałami.

„Luizjański Blues” to najbardziej magiczna opowieść z tomu i nic dziwnego, bo jego fabuła rozgrywa się w najmroczniejszym stanie Ameryki Północnej, czyli Luizjanie. To miejsce najbardziej tajemnicze, bo mieszają się w nim zarówno kultury północne, europejskie, jak i karaibskie, których naleciałości wciąż są widoczne w codziennym życiu. Voodoo, hoodoo, bogowie Afryki, Bóg chrześcijański, Jezus, Dobry Szary Człowiek, a do tego istoty z bagien i bożki żyjące wśród drzew. W tym rejonie można znaleźć wszystko i być świadkiem, jak religie przenikają się i uzupełniają, tworząc zestaw wyznań zwyczajnie współistniejących ze sobą.

W „Viatorze” Shepard oscyluje na granicy powieści psychologicznej i horroru. Na odludnym odcinku alaskańskiego wybrzeża dwadzieścia lat wcześniej utknął na mieliźnie tytułowy Viator – frachtowiec, którego docelowym portem było złomowisko. Teraz, pięciu mężczyzn ze smutną przeszłością zostaje wysłanych z misją rozłożenia statku i zabezpieczenia pozostałości ładunku. Jednak z nową załogą zaczyna dziać się coś dziwnego. Dręczą ich chore sny, omamy, halucynacje, a do tego popadają w apatię i zafiksowanie na punkcie statku. Coś kieruje ich myślami i nie pozwala opuścić skazanego na rozkład Viatora.

Bohaterów tych trzech historii łączy konflikt z rzeczywistością. Jakieś niedopasowanie, zagubienie, niezrozumienie praw, jakimi rządzi się współczesność. Oni są nad wyraz realni, prawdziwi i naturalni w swojej dziwności. Kreują swoje własne światy, wpadają w nie i poddają się im, kierując się ich własnymi prawami. Każdy z nich jest doświadczony przez los, w swoisty sposób naznaczony przez cierpienie i ciągnie za sobą swoją przeszłość. Łączy ich także próba wyrwania się z codzienności, postawienie siebie samego w sytuacji ostatecznego wyboru, na krawędzi. Bohaterowie Sheparda to badacze i kusiciele losu, którzy nie boją się eksperymentować z własnym szczęściem, by znaleźć poszukiwane przez nich odpowiedzi i ścieżki, którymi pragną podążać.

Autor „Modlitewnika amerykańskiego”, „Luizjańskiego Bluesa” i „Viatora” w piękny i wyrafinowany sposób przekracza znane nam zasady i ćwiczy wyobraźnię swojego czytelnika. Wtłacza swoich bohaterów w sytuacje bez wyjścia, w których jedynym rozwiązaniem jest nagięcie swojego zdrowia i psychicznego komfortu. Udowadnia, że świat rządzi się swoimi, dziwnymi prawami. Jednocześnie nie daje odpowiedzi i pokazuje, że nic nie jest przesądzone – każdy jest twórcą własnego losu i tylko od niego samego i jego wyobraźni zależy, jak potoczą się jego dalsze dzieje w tej mglistej, onirycznej rzeczywistości z pogranicza jawy i snu.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl

„Karuzela samobójczyń” S.J.Bolton

Bombla_Karuzela

Nikogo nie zadziwię stwierdzeniem, że uwielbiam dobrze napisane i zaskakujące thrillery. Opowieści z dreszczykiem, które wciągają, porywają i przerażają tak, że w końcu boję się wychodzić z domu. Z tym moim uwielbieniem wiąże się również pewne stwierdzenie, że jednak mało jest, albo akurat nie mogę natrafić, dreszczowców unikatowych, których fabuły oparte są na nowatorskich, a chociażby ciekawych ideach. Czasem mam nawet wrażenie, że te najlepsze pomysły zostały już kiedyś przez kogoś niecnie wykorzystane, a współczesnym pisarzom tego gatunku pozostało niewiele nowości i powielanie w kółko tego samego. Wierząc bezsprzecznie w powyższe słowa, moja radość z czytania podwaja się, gdy w natłoku buków podobnych wpada mi w ręce coś świeżego. Może nie przełomowego, ale dobrze obróconego, wykręconego i wymieszanego, co sprawia, że dana historia wyróżnia się na tle wszystkich innych.

„Karuzela samobójczyń”, której oryginalny tytuł brzmi „Dead Scared”, autorstwa S.J. Bolton należy właśnie do tej pozytywnej kategorii. To trzeci w serii (po części pierwszej i półtora) tom, którego główną bohaterką jest młoda pani detektyw Lacey Flint, pracująca dla wydziału londyńskiej policji. Nie czytałam jeszcze poprzednich części, więc nie do końca mogę napisać o jej wcześniejszych śledztwach, ale z „Karuzeli samobójczyń” wynika, że specjalnością Lacey są przestępstwa wobec kobiet, szczególnie te dokonane na tle seksualnym. Podejmowane przez nią sprawy, to zbrodnie wyjątkowo brutalne, popełnione ze szczególnym okrucieństwem, które mają charakter seryjny. Ich sprawcy są zdeprawowani, inteligentni i przez to bardzo trudni do uchwycenia, a ich poszukiwania mogą trwać tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Motywy jakimi kierują się popełniając kolejne przestępstwa są równie symboliczne, a ich korzenie odnaleźć można jedynie przez wnikliwą analizę i powrót do przeszłości.

Lacey dostaje wyjątkowe zlecenie, które przydziela jej kolega po fachu i bliski znajomy z poprzednich części – Mark Joesbury. Jednak tym razem pani detektyw nie ma prowadzić śledztwa per se, tylko pracować pod przykrywką, jako tajna agentka. Zadanie jest niezwykle delikatne – na słynnym, brytyjskim Uniwersytecie Cambridge od miesięcy dochodzi do serii samobójstw. Wyróżnia je niezwykła brutalność i makabryczność. Młode kobiety podpalają się, rzucają z mostu, doprowadzają do samochodowych wypadków, a każda z nich tygodnie wcześniej cierpi na zaburzenia osobowości, halucynacje i ciężkie stany depresyjne. Lacey ma podszywać się pod zagubioną studentkę, pomagając jednocześnie profesor psychologii, której to pacjentki wpadają w samobójczy szał. Sprawa komplikuje się z dnia na dzień, a życie Lacey jest mocno zagrożone. Ciąg powiązań i ukrytych zależności wskazuje na to, że wszystkie dziewczyny wpadają w sieć psychologicznych manipulacji i stają się ofiarami kogoś, kto bawi się ich kosztem doprowadzając na skraj rozpaczy.Tajemnicę stanowi fakt, że wszystkie kobiety faktycznie popełniają samobójstwa, więc nie ma tu dosłownych morderstw. A jeśli nie ma morderstw trudno podjąć śledztwo w poszukiwaniu sprawcy. Podejmowane przez ofiary kolejne kroki i decyzje łączą się w logiczną całość, pozornie wykluczając z całości osoby trzecie. Liczy się każdy moment, trzeba działać szybko i sprawnie, bo śmiertelna fala uderza z coraz większą częstotliwością.

S.J. Bolton w interesujący sposób wykorzystała akademickie, bardzo restrykcyjne środowisko historycznego uniwersytetu o najwyższej renomie, by w jego murach umieścić główny zarys fabularny. Co więcej, w klasycznej formie thrillera zamknęła opowieść o podłożu psychologicznym, której głównymi bohaterami są ludzie, którzy od lat żyją pod presją. Wiadomo, że nie każdy może dostać się do Cambridge. Studenci to wyselekcjonowani najlepsi z najlepszych w swoich dziedzinach, którzy wiedzą co to niekończący się stres i życiowe poświęcenie. Każdy z nich, by dostać się do wymarzonej uczelni gotów był zrobić naprawdę wiele, oddając swoją młodość i zwyczajność na rzecz lepszego wykształcenia. Tylko że nie wszyscy oczywiście podjęli się tego zupełnie samodzielnie.

W takim otoczeniu najlepszych z najlepszych łatwo z początku poddać się przerażeniu i poczuciu izolacji. Studenci dzielą się, tak jak wszędzie, a dla każdego najważniejsza jego przyszłość i jego kariera. Silne, stanowcze, nacechowane indywidualizmem jednostki z łatwością radzą sobie w codziennym kieracie uczelnianym, ale ci słabsi psychicznie często załamują się już na starcie. Nad nimi wisi widmo rodziców, rodzinnych powiązań i wydanych pieniędzy (majątków prywatnych, jak i stypendiów), a także bardzo silna presja otoczenia. Tam gdzie przede wszystkim liczy się prestiż i walka o najlepszą pozycję w hierarchii, tam nie ma ani czasu, ani miejsca na depresję i załamanie. A o takie nietrudno.

W „Karuzeli samobójczyń”, jak na świetny thriller przystało, akcja toczy się w zawrotnym tempie. Autorka nie daje swoim czytelnikom czasu na oddech, tylko z każdym kolejnym rozdziałem podkręca napięcie. Tam gdzie wszystko wydaje się już jasne, nagle wszystko się zmienia i odwraca zupełnie, by na końcu totalnie zaskoczyć nas proponowanym rozwiązaniem. Z godziny na godzinę tymczasowo uporządkowany świat Lacey Flint zaczyna się rozpadać, atmosfera zagęszczać i zacieśniać, wywołując zarówno w bohaterce, jak i w nas poczucie dziwnej klaustrofobii miejsca. A miało być tak magicznie. Tak zjawiskowo. Piękne, historyczne mury wiekowego uniwersytetu. Młodzi, otwarci studenci i otwarte ramiona poszczególnych bractw. Tylko skąd to poczucie osaczenia? I wrażenie, że z każdej strony ktoś nas bacznie obserwuje i czeka na ten jeden, niewłaściwy krok?

O.

„The Luminaries” („Wszystko, co lśni”) Eleanor Catton

Bombla_Luminaries

 

„A secret deserves a secret, and a tale deserves a tale.”

„The Luminaries” Eleanor Catton

Odkąd sięgam pamięcią nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na to, czy dana powieść była nagrodzona, czy zdobyła jakieś literackie odznaczenie, wyróżnienie, czy też może nie. Kwestia nagród była mi całkowicie obojętna i w żaden sposób nie wpływała na mój osobisty wybór lektury, czy odbioru dzieła. Nie odczuwam potrzeby zaczytywania się w twórczości tych „największych z największych”, o ile po prostu na ich książkę nie natrafię i zachwycę się tak po prostu, bądź nie i zostawię na później. Jednak od jakiegoś czasu, może ze względu na zwiększone zainteresowanie nowinkami ze świata literatury, zaczęłam zauważać zwycięzców i zdobywców podium literackich, a ich twórczość coraz częściej zaczęła pojawiać się na moich listach buków obowiązkowych do przeczytania.

Jedną z nich była najnowsza, druga w karierze powieść Eleanor Catton, „The Luminaries”, za którą zdobyła tegoroczną Nagrodę Bookera. Jest to zwycięstwo wyjątkowe, bo pisarka ma tylko dwadzieścia osiem lat i jest najmłodszą laureatką w historii tego odznaczenia, a jednocześnie dopiero drugim autorem pochodzącym z Nowej Zelandii. Sama powieść, pomimo swojej porządnej rozpiętości, jest dosłownie niezwykła, dopracowana do perfekcji i  wciągająca jak diabli. Łączy w sobie najlepszy kryminał z powieścią wiktoriańską, grozę i mistycyzm, a do tego powieść przygodową z pierwszymi kronikami odkrywców. To kawał najbardziej mięsistej opowieści sensacyjnej. Napisana jest pięknym, bogatym językiem, który tak rzadko można spotkać we współczesnej prozie i tym bardziej zaskakującym. Podobnie z budową i stylem snutej przez Catton historii, którą oparła na mapach nieba, układach planet i znakach zodiaku, wchodzących w poszczególne koniunkcje z innymi ciałami niebieskimi. To właśnie ich pozycje na niebie odpowiadają nadchodzącym wydarzeniom i to ich zależności zmieniają fabułę – stąd tytuł „The Luminaries”, gdzie słowo „luminary” oznacza jasne ciało niebieskie, które ma wpływ na inne ciała wokół niego.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1866 roku, gdy na południowo-zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii, do miasteczka Hokitika przybywa Walter Moody. To młody prawnik, który na nowym kontynencie pragnie rozpocząć nowe życie i porzucić za sobą towarzyszącego mu dotychczas pecha. Jest wietrzna, burzliwa noc, a przerażony i przemoczony do suchej nitki Moody trafia do jednego z najbliższych hoteli, czyli Crown Hotel. Tam, by ogrzać się i wypocząć, a także uspokoić naruszone nerwy schodzi do pokoju kominkowego i dołącza do towarzystwa dwunastu mężczyzn. Moody nie wie jednak, że przypadkiem wtargnął na bardzo ważne, sekretne spotkanie najbardziej wpływowych mieszkańców Hokitiki, którzy zebrali się, by omówić tajemnicze wypadki ostatnich miesięcy. Jak szybko się okazuje, także Moody może dodać coś od siebie w tej kwestii i opowiada swoje makabryczne wspomnienie, jakiego świadkiem był na statku, którym kilka godzin wcześniej przybył do wybrzeży Nowej Zelandii.

Rozpoczyna się wieczór opowieści, z którego dowiadujemy się najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w Hokitice od początku jej założenia, główne problemy i mieszkańców, z których wszyscy (jak Moody) próbują od czegoś się uwolnić i przed czymś uciec. Zeznania wszystkich zebranych w pokoju zazębiają się, uzupełniają i wyjaśniają dziwne wypadki przeszłości, a pomiędzy bohaterami tworzy się więź niczym wśród członków tajnego stowarzyszenia. Cała, skomplikowanie powiązana ze sobą historia mieści w sobie morderstwo, porwanie, wielką miłość, przyjaźń aż po grób, zemstę, a wszystko to wokół dwóch najważniejszych i naznaczonych przez opatrzność postaci, które w układzie stworzonym przez Eleanor Catton są jej głównymi „luminaries”, czyli słońcem i księżycem.

Wszyscy bohaterowie, czyli zarówno trzynastu mężczyzn z Crown Hotel, jak również cała plejada postaci uzupełniających, wciąż wymieniają się i krążą wokół siebie, w najdziwniejszych układach i zbiorach. Wszyscy wydają się wpływać na siebie, tworzyć pozornie niewidzialne związki, które z drugiej strony oddziałują na tych pozostałych, zarówno w widoczny, jak i niewidoczny sposób. Hokitika to miejsce wyjątkowych zależności, gdzie nic nie jest pewne, gdzie nic ani nikt nie jest jednoznaczne, a fabuła którą obserwujemy robi pełny obrót, jak konstelacje na niebie. Wszystko wraca tam, gdzie się zaczęło, a czytelnik staje się świadkiem prawdziwych dramatów, sytuacji absurdalnych i tych niepojętych, których do końca nikt nie będzie potrafił wyjaśnić.

Jednym z głównych założeń powieści, którym dzieli się z nami Walter Moody jest stwierdzenie, że nie istnieją zbiegi okoliczności, a zbyt wiele przypadkowych zdarzeń może wcale nie być tak przypadkowa, jak mogłoby się wydawać. Każdy z bohaterów oprócz swojej opowieści ma także ukryty w tym spotkaniu interes. Osobistą tajemnicę, którą nie chce się z nikim dzielić. Tym samym pozostawia po sobie niedomówienia, symbole zaledwie, ścieżki i znaki, które jednak zbiegają się gdzieś razem i zostają wyjaśnione w kolejnych historiach. Pozostaje pytanie, czy wcześniejsze niepokojące wypadki, spotkanie w Crown Hotel i przybycie Waltera Moody’ego, bez którego nic do końca nie mogłoby się wyjaśnić były faktycznie zupełnie przypadkowe. Czy było to zwykłe zrządzenie losu, czy może ręka przeznaczenia?

Całość „The Luminaries” jawi się jako marzenie o nowym początku, czystej karcie i odrodzeniu, które nigdy nie będzie do końca możliwe. Nowa Zelandia tamtego okresu, podczas gorączki złota, to niczym Ameryka lata wcześniej, kraj nowych szans, a raczej drugiej szansy dla tych, którzy nie odnaleźli się na starym kontynencie lub popełnili niewybaczalne błędy. Nowymi przybyszami kieruje pragnienie zysku, marzenie o bogactwie, wzniesieniu się poza ustalone pozycje społeczne i ucieczka przed samymi sobą. Tylko że nawet tam nie jest to do końca możliwe, bo „The Luminaries” udowadnia, że przeszłość zawsze nas odnajdzie i przypomni o sobie w najmniej oczekiwanym momencie, bez względu czy tego chcemy, czy nie.

O.