A Buk na to jak na lato

Bombla_LatoNadeszło lato. Jak zwykle trochę z zaskoczenia. Nagle i z przytupem. Wraz z latem słońce, upał i wakacje. Przynajmniej dla niektórych szykują się wyczekiwane od miesięcy urlopy, wyjazdy i weekendowe  wycieczki. Morze, góry, jeziora czekają otworem. Podróż i wielka przygoda. I przede wszystkim wypoczynek. A jeśli wypoczynek, to najlepiej taki książkowy. Godziny wylegiwania wypełnione czytaniem i błogim zagłębianiem się w nowe światy to właśnie to, co Wielki Buk lubi najbardziej 🙂

Specjalnie dla Was na te letnie miesiące wybrałam dziesięć powieści i – w ramach wyjątku- jedną dodatkową opowieść, które z pewnością umilą Wam wolne dni, a tym którzy nie mają takiego szczęścia pozwolą chociaż na chwilę uciec  od codzienności:

truman1. „Harfa Traw” Truman Capote („The Grass Harp”)

Piękna, ciepła opowieść o ucieczce od okrutnej rzeczywistości w bezpieczną krainę dzieciństwa. Tu wszyscy i przez cały rok mogą mieszkać w domku na drzewie, a bezduszny świat zewnętrzny nie ma tam wstępu. Poetyckie opisy rozkwitłej przyrody, atmosfery pełni lata, jak również pragnienie uchwycenia najgłębszych uczuć bohaterów to znak firmowy i magia prozy Capote’a. Hipnotyzujące.

Hollywood2. „Hollywood” Charles Bukowski

Kontrowersyjny. Męski. Genialny. Charles Bukowski, to pisarz, dla którego „wino, kobiety i śpiew” nie było jedynie powiedzonkiem. Do tego literatura. Jedyna w swoim rodzaju. Pikantna, rubaszna i nad wyraz realistyczna. Ta historia to żartobliwe wspomnienie pisarza z okresu, gdy powstawał film „Ćma barowa” (Barfly) oparty na jego powieściach, a w tworzeniu którego miał szansę brać udział. Prześmiewcza, a jednocześnie szczera wizja światka filmowego Hollywood.

virginia3. „Do latarni morskiej” Virginia Woolf („To the Lighthouse”)

Nie bez przyczyny uznana za jedną z najlepszych powieści angielskich XX wieku i jednocześnie kamień milowy w literaturze tzw. modernizmu wysokiego. To historia rodu Ramseyów, którzy spędzają przedwojenne lato w swojej nadmorskiej posiadłości, w pobliżu tytułowej latarni morskiej. Nostalgiczna, melancholijna, miejscami mocno depresyjna, dosłownie „wgryza” się w wewnętrzne przeżycia członków rodziny. A w tle morze, piasek i poczucie nieustępliwego przemijania.

Ernest4. „Zielone wzgórza Afryki” Ernest Hemingway („The Green Hills of Africa”)

Jeśli ktoś uwielbia biograficzne wspomnienia z safari, to trafi na prawdziwą perełkę w tej kategorii. Hemingway snuje opowieści ze swojego miesięcznego pobytu w Afryce. Codzienne polowania w towarzystwie żony i przyjaciół, anegdotki codzienności, a przede wszystkim rewelacyjne opisy rywalizacji między polującymi sprawią, że ci mniej wrażliwi sami zapragną zaczaić się w trawie sawanny i zapolować na nieuchwytne kudu.

pochwałaMacochy5. „Pochwała macochy” Mario Vargas Llosa („Elogio de la madrastra”)

Mocna, perwersyjna, przepełniona namiętnością historia rodziny Don Rigoberta, którego największą pasją jest jego nowa żona – doña Lukrecja i erotyczne malarstwo, a obsesją higiena osobista. Wszechobecna cielesność, „okrągłość” i kobiecość. Erotyczne uniesienia. A w tym wszystkim mały, niewinny chłopiec. Dziecko o duszy aniołka. Opowieść idealna na upalne wieczory. Daje do myślenia.

Muminki6. „Lato Muminków” Tove Jansson

Nie ma pory roku, do której nie pasowałby chociaż jeden tom Muminków. Poczciwa, ciepła i rodzinna historia, tym razem w duchu wielkiej muminkowej przygody. Wielka powódź zmusza trolle do ewakuacji z Doliny. Znajdują tajemniczy budynek na wodzie. Nietypowy. Sztuczny. Inny. Pomimo wszystko postanawiają w nim zamieszkać. Nawet jeśli trochę w nim straszy ;).

ketchum7. „Hide and Seek” Jack Ketchum

Maine. Turystyczna nadmorska miejscowość w środku sezonu. Grupa znudzonych monotonią letnich dni nastolatków. Tajemniczy dom, który skrywa mroczny sekret z przeszłości. I pewna propozycja gry w chowanego, która odmieni ich życie. Nie liczą się zasady. Nie liczy się strach. Grasz albo nie grasz. Najwyższa stawka. Klimatyczny i mocny horror, idealny by zmrozić krew w żyłach w upalny wieczór.

witajSmutku8. „Witaj smutku” Françoise Sagan („Bonjour tristesse”)

Bolączki dojrzewania nastolatki na francuskiej riwierze lat 60-tych. Cécile spędza lato z ojcem i dużo młodszą od niego kochanką. Odrzucona przez oboje rodziców, nierozumiana przez otoczenie na siłę szuka miłości u innych. To opowieść  o stawaniu się młodą kobietą i pierwszych, trudnych wyborach, które trzeba podjąć u progu dorosłości. Klimatyczna i idealna dla młodszych czytelniczek, które zmęczone są już wilkołaczno-wampiryczną para-literaturą.

pachnidło9. „Pachnidło” Patrick Süskind

XVIII-wieczny Paryż. Tętniące życiem miasto. Targ rybny. Tu zaczyna się historia pewnego mordercy. A imię jego Jean-Babtiste Grenouille. To człowiek-nieczłowiek, bardziej istota. Nieludzki. Bez sumienia. Okrutny, tak jak okrutne jest dla niego życie. Postrzega świat jedynie zmysłem węchu. Czuje wszystko i bardziej. Wszędzie. Zawsze. I jego obsesja, by stworzyć zapach zapachów. Jedyny, idealny i wszechmocny.

sen nocy letniej10. „Sen nocy letniej” William Shakespeare („A Midsummer Night’s Dream”)

Klasyczna szekspirowska komedia, w której rzeczywistość miesza się ze światem duchów, baśniową opowieścią i mitologią. Jest tajemniczo i zabawnie,  a czytelnik ma szansę zanurzyć się w magiczny świat snów, w którym zawsze triumfują dobro i miłość. Piękne i ponadczasowe.

joyland11. „Joyland” Stephen King

A na dokładkę świeżutka powieść mistrza grozy, którą przybliżyłam Wam ostatnio. To jednocześnie kryminał, thriller i melancholijna opowieść o przemijaniu i śmierci w jednym. Trochę inna na tle twórczości Kinga. Smutna i nostalgiczna. Historia Devina Jonesa, który podejmuje się letniej pracy w rodzinnym parku rozrywki, nie wiedząc, że doświadczenia wakacji zmienią go na zawsze.

Pięknego lata!

O.

„Joyland” Stephen King

Bombla_JoylandStephen King miał rację. Jest coś wyjątkowego w świeżo wydanej przez Hard Case Crime, nowiutkiej i pachnącej książce „Joyland”. Tak jak zapowiadano wcześniej, powieść ta dostępna jest tylko w wersji papierowej, czyli bardzo „retro” jak na dzisiejsze czasy. A jednak nie da się nie zauważyć, że akurat to konkretne wydanie jest właśnie tym, czym powinno być. Jedynym idealnym wyborem dla tej historii i trudno nawet pomyśleć o „Joyland w wersji zdigitalizowanej. Dlaczego? Hard Case Crime to wydawnictwo z tradycjami. Specjalizuje się od lat w powieściach „pulpowych”, czyli książkach w miękkich „gorszych” okładkach, z charakterystyczną grafiką (często w stylu noir, rysowaną ręcznie), na które składają się przede wszystkim kryminały, thrillery, czy fantastyka. Takie wydanie – miękkie, z unikatową okładką projektu Glena Orbika – to relikt przeszłości. Nawiązanie do niewinnych czasów młodości, która przeminęła i już nie wróci. Dokładnie tak, jak  „Joyland”: opowieść-wspomnienie.

Kto oczekiwał od nowej powieści Kinga, że będzie to mrożący krew w żyłach horror, po którym przebywanie w ciemnym pokoju byłoby nie lada wyczynem, może się nieco zawieść. Podobnie jak wszystkie powieści wydawane w Hard Case Crime, również „Joyland” jest przede wszystkim kryminałem z miejscowymi elementami powieści grozy. Jest tu morderstwo z przeszłości. Jest pełen tajemnic i wyjątkowych postaci park rozrywki. Jest ktoś, kto skrywa mroczny sekret. I jest nasz bohater – Devin Jones, dla którego Joyland miał być jedynie letnią, sezonową przygodą między semestrami na uczelni. Jednak to, co najbardziej rzuca się w oczy w tej opowieści, to wszechobecna i wszechogarniająca obecność śmierci.

Śmierć w „Joyland” ma nie tylko wymiar realny, ale przede wszystkim symboliczny. Całość fabuły dzieje się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. Dla Stanów Zjednoczonych był to okres przejściowy. Po aferze Watergate i nieudanej interwencji zbrojnej w Laosie i Kambodży, kraj ten w pewnym zawieszeniu czekał na dalszy rozwój wydarzeń, by pod koniec dziesięciolecia wyjść z kryzysu i rozkwitnąć na nowo. Opowieść Kinga przypada właśnie na ten dziwny moment końca pewnej ery. Devin przypomina sobie o tych letnich miesiącach będąc już u progu śmierci, kiedy przychodzi czas na rozstrzygnięcie życia i doprowadzenie pewnych spraw do końca. Tak, by wszystko stało się jasne.

Żeby dobrze zrozumieć ideę, którą przemycił King, najlepiej będzie poznać kilka faktów na temat jednego z najbardziej amerykańskich przedsięwzięć, jakim są rodzinne parki rozrywki. Co prawda takie parki istnieją na całym świecie i od zawsze, ale w Stanach mają one szczególne, przede wszystkim ekonomiczne znaczenie. Od lat dwudziestych do pięćdziesiątych przypadał czas przyjezdnych wesołych miasteczek, zwanych w USA „carnivals”. Od tego okresu do końca lat siedemdziesiątych królowały prywatne miasteczka stacjonarne, a wraz z postępującą komercjalizacją zostały one zastąpione korporacyjnymi lunaparkami tematycznymi typu Disneyland, które tak dobrze znamy dziś.

Tytułowy Joyland to rodzinny biznes, którego okres świetności już przeminął, ostatni właściciel ma ponad dziewięćdziesiąt lat, a sama idea prywatnego lunaparku chyli się ku upadkowi. Wielka inwestycja, oparta na jednym nazwisku i pojedynczej marce przestaje być modna, a w kolejnych latach całkowicie wyginie, by przeobrazić się w franczyzowe lunaparki, identyczne na całym świecie. Devin, zupełnie się tego nie domyślając, trafia więc do umierającego wesołego miasteczka, dla którego nazwa „wesoły” (ang. joy, czyli radość), przybiera formę anachronizmu.

Główny bohater niedługo kończy dwadzieścia jeden lat, a to oficjalny wiek wyznaczający w Stanach granicę dorosłości. Dla Devina to trudny moment. Jego wieloletnia dziewczyna, Wendy, nagle odsuwa się od niego, zaczyna go ignorować i zarówno on, jak i czytelnicy wiedzą, że wraz z końcem lata nadejdzie także koniec pierwszej, wielkiej miłości. W ciężkiej pracy i codzienności lunaparku, Devin znajduje swego rodzaju ukojenie od dręczących go myśli i bólu złamanego serca. Poświęca siebie dla dobra innych, tak by każdy kto odwiedza park wychodził z niego zadowolony. Szczęśliwszy.

W Joyland Devin sprzedaje radość. Jednak on sam o smutku nie zapomina nigdy. Od śmierci matki to stałe uczucie zawsze gościło w domu, w którym został sam z kochającym ojcem. Mimo to wierzy, że takie krótkie momenty czystego zachwytu zarówno dla młodzieży, dzieciaków, jak i ich rodziców mogą zdziałać cuda i pozwolić chociaż na chwilę zapomnieć o wszelkich otaczających ich troskach. Tylko że samego Devina otacza cień. Czytając powieść może się wydawać, że śmierć obserwuje głównego bohatera na każdym kroku. Coś czai się w mroku i czeka, by schwytać go w swoje szpony i nic nie można na to poradzić.

Głównym wątkiem spajającym „Joyland” jest tajemnicze morderstwo sprzed lat. Cztery lata wcześniej, w jednej z największych atrakcji, jakim jest Dom Strachu, młody mężczyzna zadźgał nożem swoją domniemaną dziewczynę – Lindę Grey. Ciało odnaleziono dopiero na drugi dzień, a jej duch podobno wciąż widziany jest w jednej z alejek strasznej kolejki. Gdy Devin poznaje tę historię całość nabiera tempa, a kolejne puzzle układanki tworzą coraz bardziej spójny i koszmarny obraz. Dalej wydarzenia przybierają dramatyczny obrót, by zakończyć się wielkim, „filmowym” finałem.

Stephen King po raz pierwszy w swojej pisarskiej karierze stworzył historię tak nostalgiczną i tak otwarcie dotykającą tematu śmierci i przemijającego czasu. Pokazał, że nic nie jest stałe. Niczego ani nikogo nie można mieć na wieczność. Na pewnym etapie egzystencji zamiast zyskiwać zaczyna się tracić, a ta strata jest nieodwracalna i nieodwołalna.  Nie można skoczyć w przeszłość, czy powrócić do okresu niewinności. Wszystko jest ulotne, a najbardziej życie człowieka. I właśnie ta myśl staje się największym koszmarem, jaki pozostaje nam po lekturze „Joyland”.

O.

joyland

„Gwiazdozbiór Psa” Peter Heller

Bombla_Gwiazdozbior

 

„Zastanawiam się: Czy to właśnie znaczy umrzeć? Być tak samotnym? Nieść w sobie morze miłości i lecieć dalej?”

Bardzo rzadko wzruszam się czytając książki. W zasadzie tak rzadko, że potrafię przypomnieć sobie tylko dwa takie przypadki, a tak naprawdę jeden konkretny – „Wielkie Nadzieje” Dickensa, przeczytane po raz pierwszy dopiero na początku tego roku. Ale to było jedynie wzruszenie, takie tyci, tyci, łezka w oku. Aż do czasu… Na Dzień Dziecka dostałam w prezencie „Gwiazdozbiór Psa” Petera Hellera. Historia porównywana nieudolnie do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego nie ma z nią prawie nic wspólnego. Może poza głównym założeniem, czyli wizją świata w kilka lat po apokalipsie, a przecież takich pozycji jest teraz na rynku setki. Książka okazała się być jedną z najpiękniejszych i najsmutniejszych powieści, na jakie udało mi się w życiu natrafić. Tym razem czytając nie wzruszyłam się, ale popłakałam. Trzy razy.

Aby w pełni docenić i zrozumieć „Gwiazdozbiór Psa” (tytuł oryginału „The Dog Stars”) przyda się najpierw kilka słów o jego autorze. Peter Heller to twórca wielokrotnie nagradzanych reportaży dla takich czasopism jak „Outside Magazine”, „Men’s Journal” i „National Geographic Adventure”, czyli skierowanych na zajęcia typu outdoor, tzn. plenerowe. Pisarz jest zapalonym surferem, uczestnikiem wielu ekspedycji kajakarskich, miłośnikiem wędkarstwa, pilotem, survivalowcem i wielbicielem ogólno pojętych wypraw przygodowo-podróżniczych. Zna się na broni i na sztuce przetrwania w trudnych warunkach. Wiedząc to wszystko o Peterze Hellerze zrozumiemy, że to co zamieścił w swojej powieści, nawet każdy najmniejszy szczegół, nie jest jedynie wymysłem pisarza, wybrykiem wyobraźni, ale konkretną wiedzą, podpartą latami doświadczenia.

Fabuła „Gwiazdozbioru Psa” zaczyna się w dziewięć lat po wielkiej epidemii grypy. Choroba, której zmutowany gen spustoszył naszą planetę, zabrała ok. 95% całej populacji. Z grupy ocalałych kolejne 4% zmarły w kilka lat później, w wyniku powikłań, wywołanym rzadko spotykanym zapaleniem krwi. Co więcej, po nagłych i nienaturalnych zmianach klimatycznych na Ziemi wyginęła również część fauny i flory. Zmienia się pogoda, krajobraz powoli przekształca się w preriowo-pustynny, lata są dłuższe i bardziej dokuczliwe. Ludzkość rozsypana po świecie, pomimo wspólnej tragedii, jest jeszcze bardziej wrogo nastawiona wobec siebie nawzajem. Pojedyncze grupki, niczym maruderzy umierającego świata, napadają, zabijają, kradną… bez pytań, bez próby nawiązania kontaktu, czy udzielenia pomocy.

Główny bohater powieści to Hig, zwany również Dużym Higiem, który po śmierci swojej ukochanej żony Melissy, w obliczu upadku i wszechobecnej zagłady, przeniósł się z miasta na wiejskie tereny małego, podmiejskiego lotniska. Przed epidemią Hig był przedsiębiorcą budowlanym, którego największą pasją było wędkarstwo i latanie małym samolotem Cessną. Uwielbiana maszyna, zwana Bestią, jest jedynym co pozostało po jego dawnym życiu. Teraz Hig jest sam. No prawie. Towarzyszy mu ukochany pies Jasper i jego sąsiad, od czasu do czasu nazywany przyjacielem, były żołnierz jednostki specjalnej Navy SEAL, Bruce Bangley.

Ich życie polega na wspólnej zależności. W czasach, w których każdy może okazać się wrogiem, każdy może nagle pojawić się, napaść i zabić, Hig i Bangley nie mają wyjścia, jak zostać partnerami w przeżyciu. Mieszkają w zabudowaniach przy lotnisku, w sąsiadujących domach. Bangley, który jest specem od wszelkiego rodzaju broni, a tej po apokalipsie jest pod dostatkiem, dysponuje wszelkimi jej rodzajami i organizuje doskonałą ochronę przez światem zewnętrznym lotniska. Z drugiej strony Hig, wraz z towarzyszącym mu zawsze Jasperem, każdego dnia oblatują okolicę, by zrobić rekonesans i zdobyć potrzebne zapasy. Razem, we trójkę, Hig, Jasper i Bangley, stawiają czoła światu i za wszelką cenę próbują żyć.

Codzienność opisana w „Gwiazdozbiorze Psa” jest bolesna. Każdy krok, każdy lot, każda, nawet najprostsza czynność, wywołują w Higu wspomnienia. Przychodzą nagle falami i równie szybko odchodzą, zostawiając go jeszcze bardziej osamotnionym niż był na początku. Dziewięć lat to niby nie jest długo dla kogoś kto żyje normalnie, otoczony rodziną, przyjaciółmi, w świecie z przyszłością. Jednak dla Higa, który żyje, ale z dnia na dzień, pogrążony w smutnej i nic nieznaczącej rutynie, dziewięć lat to prawdziwa wieczność. On nie potrafi naprawić świata i czuje, że pewnego dnia także dla niego nadejdzie koniec. Ten człowiek wręcz oczekuje śmierci i wypatruje jej z nadzieją. Bo może wtedy będzie lepiej. Może wtedy będzie miał szansę na odrobinę szczęścia.

W tym życiu Hig utracił już wszystko. Prawie. Wszystko odchodzi, życie najbliższych najszybciej, a ta myśl przeraża go jak nic innego. On boi się straty, boi się śmierci, sam niosąc śmierć i czasami nawet sam tą stratę prowokując. W jego umyśle jest tylko przemijanie. Wszystko ma swój czas i ten czas się powoli kończy. Hig podziwia wszystko tak, jakby już zniknęło. Umarło, pomimo, iż wciąż jeszcze istnieje i walczy o przetrwanie. Czasami próbuje się pocieszyć. A pocieszenia szuka w małych rzeczach. Uroczych, prostych elementach swojej codzienności. Czuje, że żyje, gdy idzie z Jasperem nad leśny strumień łowić ryby. Cieszy się, gdy wsiada za ster Bestii i wzbija się w chmury. Z tej perspektywy świat wciąż wygląda na uporządkowany. Im wyżej, tym bardziej znikają spalone miasta, wraki samochodów, zrujnowane domy… Prawie normalność.

Gdy Hig staje u kresu straty, gdy uznaje, że więcej wewnętrznej krzywdy nie można już przeżyć, kiedy prawie z bólu pęka mu serce, pewnego dnia pojawia się nowa możliwość. Nadzieja. Coś zaczyna się na nowo. Nie da się wymazać przeszłości, ale będzie można w końcu spojrzeć w przyszłość. Ujrzeć chociaż mały jej zalążek, dzięki któremu będzie warto utrzymać się przy życiu. Nawet na siłę.

Peter Heller bardzo mnie zaskoczył. Prostymi słowami, prostymi konstrukcjami przekazał idealnie wszystko to, co większości pisarzy nie udało się nigdy. W tej powieści jest coś takiego, co sprawia, że nie można o niej przestać rozmyślać. Nie da się zapomnieć. Pozwala przemyśleć wszystko od nowa i przypomnieć sobie, jak piękne jest życie. Duży, bardzo duży buk.

O.

„The Forge of God” Greg Bear

Bombla_Forge

 

„A moon is bigger than a mountain, and if a mountain, or the river, disappeared without a trace, wouldn’t you be afraid?” *

W opowieściach o końcu świata jest coś fascynującego. Apokalipsa wciąga, przywołuje i od wielu lat nie schodzi z list bestsellerów. Nieważne, czy to opowieść o zagładzie wywołanej przez zmutowany wirus grypy, przez atak obcych na naszą planetę, czy przez zmiany klimatyczne, które spowodowały kolejną epokę lodowcową. Każda z tych historii ma jeden wspólny element, który większość czytelników uwielbia, a którym jest determinacja i siła gatunku ludzkiego. Jego umiejętność przeżycia na przekór wszechświatowi. Gdzieś w głębi czujemy, ba, jesteśmy przekonani, że człowiek, nawet w minimalnej liczbie przetrwa.  Do tego sama koncepcja rozpoczęcia wszystkiego od nowa, białej kartki dla ludzkości, kusi swoją odświeżającą i oczyszczającą mocą. 

Wśród gatunku literatury apokaliptycznej można również odnaleźć takie perełki, jak opowieści, w których ludzkość (nawet nie wiadomo jak silna i zdeterminowana) nie ma nic do gadania. Wydarzenia przebiegają według pewnego ułożonego dawno temu planu, a jego zrealizowanie nie zależy wcale od poczynań naszej planety, ale narzucone jest z góry i nic nie jest w stanie pokonać pradawnego porządku rzeczy.

Właśnie taką powieścią jest „The Forge of God” („Kuźnia Boga”, książka nie jest przetłumaczona jeszcze na język polski) autorstwa Grega Beara, pierwsza powieść z dwutomowego cyklu, której fabuła kontynuowana jest w „The Anvil od Stars” („Kowadło gwiazd”). Koncepcja tytułowej kuźni boga, to dość pesymistyczna i ponura filozoficzna wizja, w której najwyższa istota, tworząca siła, najwyższa inteligencja, nazywana od wieków Bogiem, kreuje świat według swojego wyobrażenia, nadaje mu kształt, „wytwarza” życie, by w końcu – niezadowolona wynikiem – odebrać iskrę, na powrót obrócić w materię i zacząć proces od nowa.

„The Forge of God”  rozpoczyna się od dziwnego i niepokojącego wydarzenia, a mianowicie od zniknięcia jednego z księżyców Jowisza – Europy. Niezrozumiałego poczucia grozy dodaje fakt, że nigdzie nie widać odłamków, ani w ogóle żadnych pozostałości po satelicie. Ot, puste miejsce w przestrzeni. Jakby wyparowała i wszelki ślad po niej zaginął, pomimo iż orbitowała wokół planety od miliardów lat. Z pozoru to zdarzenie nie ma większego znaczenia dla losów naszej planety. W końcu Jowisz oddalony jest o lata świetlne, więc astronomowie, pomimo zaskoczenia, nie przewidują żadnych większych zmian i częściowo ignorują to wydarzenie. Do czasu.

Mijają miesiące, śladów Europy brak, a w zamian, już na Ziemi, pojawia się… góra. A raczej coś na kształt góry, bo zupełnie pozbawione śladów życia, nawet bakterii, roślinności, czy zwierząt. Sztuczny, nienaturalny twór na wspinaczkowym szlaku Doliny Śmierci w Kalifornii. W krótkim czasie okazuje się, że na pozór podobny wytwór ni stąd ni zowąd odnaleziony zostaje w Australii. Z amerykańskiego obiektu wyłania się pterodaktylopodobna istota, która od razu oznajmia, że nasza planeta jest w wielkim niebezpieczeństwie. Natomiast na Antypodach ludziom na spotkanie wychodzą roboty przypominające wizje spodków z początku lat pięćdziesiątych, które zapewniają o przyjacielskich zamiarach. Zarówno istota jak i roboty umiejętnie przekonują wszystkich o swoich racjach, a że ich wersje wzajemnie się wykluczają, zamiast zgody następuje rodzaj kosmicznej zimnej wojny. A czas mija i z pewnością nie na korzyść mieszkańców Ziemi.

„The Forge of God” nie pokazuje nam zmagań ludzkości z kosmicznym wrogiem. Nie pokazuje przygotowań do ratowania zagrożonej planety. Nie opisuje krwawej inwazji. Greg Bear ukazał w swojej powieści ludzką niemożność działania w chwili, gdy powinny być podjęte najważniejsze decyzje. Załamanie instynktów i charakterów. Wielką bezsilność, w której tylko grupka pojedynczych osób próbuje coś zdziałać na własną rękę. I strach, który paraliżuje lepiej niż niejedna trucizna. Ogłupia zmysły i ukierunkowuje mózg na mało racjonalistyczny sposób myślenia.

Wśród ludzi, którzy pragną za wszelką cenę uratować Ziemię jest jeden z pierwszych, którzy ujrzeli brak Europy na nieboskłonie, Arthur Gordon. To między innymi z jego perspektywy poznajemy większość najważniejszych wydarzeń. To jego oczami oglądamy upadający świat i jego rozumem próbujemy pojąć, co tak naprawdę dzieje się w kosmosie. W rozwiązaniu zagadki pomaga mu jego wieloletni przyjaciel Harry Feinman. To dzięki jego rozmyślaniom dowiadujemy się o koncepcji kuźni boga, a także o paradoksie Fermiego, którego jedno z możliwych rozwiązań pokazał Greg Bear w swoim cyklu.

Na czym polega paradoks Fermiego? Najprościej rzecz ujmując paradoks Fermiego zakłada, że skoro wszechświat pełen jest planet podobnych do Ziemi i na ich powierzchni z pewnością istnieje inteligentne życie, to powinniśmy już natrafić na ślady jego istnienia. Jeśli obce cywilizacje istnieją, to z pewnością niejedna z nich byłaby w stanie odwiedzić Ziemię lub przynajmniej odpowiedzieć na nasze próby komunikacji. Jeśli więc wszechświat jest tak pełen życia, jak zakłada statystyka, należy sobie zadać pytanie: gdzie są wszyscy? Bear, podążając za jedną z możliwych odpowiedzi udzielonych przez Fermiego, przyjmuje że cisza ta pochodzi z wyboru. Wszechświat pełen jest niebezpieczeństw i lepiej nie zapraszać do siebie cywilizacji, które mogą okazać się wrogie. Nasz wysyłany bez przerwy w kosmos sygnał przypominać może wrzaski nieświadomego zagrożeń dziecka.

Czytając powieść Beara miałam wrażenie, że jej akcja zawieszona jest niejako w czasoprzestrzeni. Przerażona ludzkość zamiast zmotywować się do walki, złożyła broń i poddała się. Z góry uznała, że wszystko to nie ma większego sensu, bo od zawsze było już za późno. Czas by materia powróciła do kuźni. Czas rozpocząć wszystko od nowa. I tylko główni bohaterowie, wciąż próbujący powstrzymać zagładę, zdają sobie sprawę, że nie oznacza to wcale, że Ziemia powstanie jeszcze kiedyś na nowo. Że odrodzi się w magiczny sposób, a porządek dziejów powróci i powtórzy swój bieg. Koniec świata – jeśli się wydarzy –  będzie ostateczny. Nieodwołalny. Wszechświat nie będzie tęsknił, a jedyne co po nas zostanie, to ostatni krzyk ludzkości zawieszony w pustce.

O.

* „Księżyc jest większy od góry, a gdyby to góra, albo rzeka, zniknęły nagle bez śladu, to czy nie bałbyś się?”

Trylogia pogranicza: „Rącze konie” Cormac McCarthy

Bombla_KonieW prozie Cormaca McCarthy’ego zdecydowanie jest coś hipnotycznego. Każda jego opowieść poczynając od „W ciemność” i „Dziecię Boże”, aż po kultową „Drogę” jest na swój sposób niesamowita i pozwala czytelnikowi przenieść się na prerię, dzikie ostępy  i tajemniczy interior Stanów Zjednoczonych.  Nie znajdziemy tu buchającej intensywnością akcji. Nie doświadczymy przepełnionej rozmachem opowieści, w której bohaterowie mieszają się i zmieniają niczym układy w kalejdoskopie. Historie Cormaca McCarthy’ego są przypowieściami o ludzkiej sile charakteru. Przenoszą nas w zapomniany świat Dzikiego Zachodu i wydają się pasować idealnie do słuchania ich przy pustynnym ognisku. 

Trylogia Pogranicza, na którą składają się „Rącze Konie”, „Przeprawa” i „Sodoma i Gomora”, jest w twórczości tego amerykańskiego pisarza  wyjątkowym punktem zaczepienia. Odgradza nas zarówno od pełnych ciemnych instynktów, mrocznych powieści z początku kariery McCarthy’ego, jak i od tych późniejszych, pełnych zagubienia i ludzkiej niegodziwości. W Trylogii świat i jego bohaterowie są zawieszeni w czasie. Z początku nie do końca wiadomo, kiedy przedstawione wydarzenia mają miejsce, dopiero wraz z postępem fabuły wyszukujemy odpowiednie znaki i symboliczne wskazówki pozostawione nam przez autora. Wszystkie trzy części są na swój sposób autonomiczne, pomimo iż ostatnia łączy bohaterów pierwszej i drugiej.

„Rącze Konie”, których oryginalny tytuł brzmi „All the Pretty Horses” i  jest zaczerpnięty z dziecięcej kołysanki, jest pierwszą w cyklu i zarazem najbardziej pozytywną (pomimo swej melancholii) powieścią w całej twórczości Cormaca McCarthy’ego. Kto czytał inne jego dzieła wie co mam na myśli. Są one bardzo smutne i bolesne, a bohaterowie – poddawani największym próbom – często muszą poświęcić siebie i swoje człowieczeństwo, by przetrwać. W „Rączych Koniach” ta wizja ostatecznego nieszczęścia jest bardzo rozmazana. Nie czujemy nadchodzącej zagłady. Co więcej główny dramat rozgrywa się tutaj na innej płaszczyźnie, a zło, które dotyka bohatera nie jest narzucone z góry, tylko dzieje się z jego winy, będąc wynikową jego niefortunnych decyzji i błędów młodości.

Głównym bohaterem „Rączych Koni” jest John Grady Cole, szesnastoletni cowboy z Teksasu. Całe swoje życie spędził na rodzinnym ranczu. Konie to wszystko na czym się zna i co kocha. Jest świetnym ujeżdżaczem, intuicyjnie rozumie koński umysł, zna się na swoim fachu i pomimo młodego wieku potrafi ciężko pracować, poświęcając cały swój czas koniom. Fabuła powieści rozpoczyna się, gdy dowiadujemy się wraz z naszym bohaterem, że rodzinne ranczo idzie na sprzedaż. Razem z nim znikają marzenia Johna i jego wizja przyszłości. Ranczo to wszystko co miał i na czym mu zależało. Teraz, gdy wszystko przepadło nie pozostaje mu nic innego, jak odejść i szukać lepszego życia po drugiej stronie granicy.

Sposób prowadzenia głównego bohatera, jak i sama narracja, pozwalają nam wierzyć, że świat wokół niego jest otwarty, relatywnie przyjazny i pełen nowych możliwości dla młodego, pewnego siebie i swoich umiejętności człowieka. Razem z Johnem i jego przyjacielem wyruszamy w podróż niczym dawni eksploratorzy dzikich ostępów prerii. Podobnie jak John czujemy się cowboyami z krwi i kości. Idealizujemy podróż na końskim grzbiecie, podczas której jedynym bagażem są ubrania i przewieszona przez ramię strzelbę.

Kiedy tylko mężczyźni mijają granicę, krajobraz pozostaje taki sam, ale zmieniają się realia, a piękny sen o beztroskim przemierzaniu meksykańskiej krainy zmienia się ni stąd ni zowąd w koszmar. Ludzie mieszkający w tym zapomnianym zakątku świata nie są do końca dobrzy. Wywalczyli swój kawałek ziemi i pamiętają tych, którzy próbowali im go odebrać. Częściowo żyją wciąż w poczuciu niższości, a jednocześnie z góry traktują wszystkich, którzy nie próbują się w żaden sposób wywyższać. Dla Cole’a i jego przyjaciela Meksyk okazuje się być miejscem koślawej biurokracji, przekupstwa i taniego łapówkarstwa. Krajem ludzi, którzy każdego dnia walczą o byt, próbując wybić się ponad innych. Nieważne czyim kosztem. W tym dzikim światku człowiek może zniknąć i nikt nigdy nie dowie się, co takiego mu się przytrafiło. To miejsce, gdzie kobiety nie mają praw, a ich cnota jest jedynym, co należy choć odrobinę do nich. Dlatego nawet młodzieńcza miłość ma tu swoją cenę i smutne konsekwencje, a związane z nią pierwsze uniesienia i magiczne chwile pękają jak bańki mydlane. To co wydaje się być tak podobne, przy bliższym poznaniu okazuje się być całkowicie inne. Ta namiastka dawnego porządku wciąż na nowo przyciąga kolejnych romantyków pogrążonych w pragnieniu odnalezienia lepszego życia.

W tekście o „Dziecięciu Bożym” napisałam, że czas w powieściach McCarthy’ego jest względny. Nie można być go nigdy do końca pewnym. Poszczególne epoki nakładają się na siebie,  upodabniają się i w końcu czytelnikowi trudno jest odróżnić wiek XIX od XX. Razem z naszymi bohaterami dryfujemy pomiędzy czasem a historią. Największy dramat następuje nagle, gdy spadamy na ziemię i zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje coś takiego jak bezczas, a nasz bohater bezkarnie marzył o świecie, który już nie istnieje i zniknął w innej epoce, albo – co gorsza – był tylko wytworem zagubionego umysłu.

Tak właśnie dzieje się w przypadku Johna Grady’ego Cole’a. Z czasem zauważamy, że to tylko szesnastoletni marzyciel, o silnej woli i pragnieniu nowego życia, ale jednocześnie niedojrzały, kierujący się niemądrymi uczuciami. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z jego nieszczęścia i zagubienia. Uświadamiamy sobie czas i epokę, w której obserwujemy wydarzenia i już wiemy, że bohater nigdy nie zazna spokoju. Cole jest wykorzeniony. Wyrwany z czasu i przestrzeni. Jego idealistyczny punkt widzenia okazuje się być jedynie pustą mrzonką, a sam bohater utracił przynależność i pozostały mu tylko stracone złudzenia.

Czas cowboyów już dawno przeminął. Nie ma miejsca na beztroskie przemierzanie prerii. Nie ma już miejsca dla tych, którzy utknęli między światami.

O.

P.S. By zrozumieć za czym tęskni John Grady Cole specjalnie dla Was nostalgiczna piosenka Deana Martina z filmu „Rio Bravo”, zatytułowana „My rifle, my pony and me”:

„Filozofia w buduarze” Markiz de Sade

Bombla_Sade01

„Teraz dopiero nadejdzie godzina wielkiego południa, teraz dopiero wyższy człowiek stanie się panem. (…) Teraz dopiero rodzi w bólach góra ludzkiej przyszłości. Bóg umarł; teraz jest naszą wolą – aby żył nadczłowiek.”

/”Tako rzecze Zaratustra” Fryderyk Nietzsche/

Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zaprezentowania na Buku twórczości Markiza de Sade. W końcu minęły już dwa lata odkąd ostatni raz miałam przyjemność o nim pisać. Stęskniłam się już ogromnie i pomyślałam, że teraz nadszedł odpowiedni moment, by trochę tą wyjątkową postać przybliżyć. Dlaczego akurat teraz? Od czasu niedoścignionych „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, w magazynach wydawniczych i na półkach księgarskich, mnożą się i narastają tony niefortunnych kopii i nieudanych podróbek erotycznych czytadeł. Co więcej, ten przyrost popularnego soft porno nie kończy się wcale, ale wciąż trwa i trwa, a jego egzystowaniu końca nie widać. Nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie pewne sformułowanie, jakim posługują się wydawcy, by wypromować te książki, czyli: „Markiz de Sade w spódnicy”, czy „Powieść na miarę Markiza de Sade” itp.

Kiedy pierwszy raz natknęłam się na te hasła reklamowe pomyślałam, że może to taki żart. Ale później zrozumiałam, że o Markizie i jego twórczości tak naprawdę mało osób wie coś więcej ponad słowo „sadyzm”, którego samej definicji jakoś nikomu nie chciało się doczytać do końca. A przecież idea sadyzmu jest istotnym punktem odniesienia i bardzo pomocna w odróżnieniu powieści de Sade’a od czytadeł erotycznych E.L. James i jej podobnych.

Sadyzm jest rodzajem seksualnego zaburzenia, w którym dominujący partner jest zdolny odczuwać jakiekolwiek podniecenie TYLKO poprzez zadawanie bólu fizycznego i psychiczne upokarzanie drugiej osoby, obserwując jej ewidentne oznaki cierpienia tj. krzyk, płacz, krew, rany, znaki na skórze, omdlenie. Prawdziwy sadyzm nie ma nic wspólnego z pluszowymi, czerwonymi ścianami, wyprofilowanymi pejczykami, skórzanymi akcesoriami czy jedwabną opaską na oczy i ręce. Nie wywołuje jęków rozkoszy i niekończących się orgazmów, bo sadysta nigdy do końca nie jest zadowolony ze swojego zaspokojenia. Opisy sadystycznych praktyk nie przywołują rumieńców podniecenia i wzmożonego bicia serca, tylko strach i przerażenie. Bliżej im do potwornych filmów snuff (filmy ostatniego tchnienia), niż do romansów z Ryanem Goslingiem w roli głównej.

Sadystą doskonałym jest idealny libertyński bohater sadyczny, podstawa jego filozofii, czyli Człowiek Integralny, zwany także Suwerennym Potworem. On lub jego idea powraca w twórczości Markiza de Sade raz za razem i obrazuje wykrzywione i wyolbrzymione do n-tej potęgi główne założenia filozofii epoki Oświecenia. U de Sade’a człowiek integralny jest centrum swojej egzystencji, jej jedynym panem i głównym podmiotem (bez Boga, czy wyższego władcy), a jego głównym celem jest obalanie kolejnych barier i nieskończona transgresja pragnień. Ogarnięty ostateczną formą egoizmu przekracza wciąż na nowo samego siebie, swoje człowieczeństwo, by w końcu stanąć ponad nim i zostać swoistą formą wyższej jednostki, czyli nadczłowiekiem.

Bohaterowie wykreowani przez Markiza dążą do tego doskonałego stanu „potworności” pokonując kolejne tabu, naruszając porządek społeczny i samo człowieczeństwo. Gardzą ideą humanizmu, bo sam człowiek i jego życie (w tym ich własne) nie stanowi dla nich żadnej wartości.  Umiłowali sobie seksualne perwersje, bo z łatwością prowadzą one do destrukcji ciała, a odpowiednio kierowane, potrafią doprowadzić także do śmierci umysłu. Nie potrzeba wielkiego wyrachowania. Wystarczy umiejętność manipulacji ludzkich najprymitywniejszych instynktów.

Aby zapoznać się z podstawą filozofii Markiza i jego pisarskim stylem, jednocześnie nie będąc epatowanym ekstremalnym okrucieństwem obecnym chociażby w „Juliette, czyli powodzenie występku”, czy w „120 Dniach Sodomy”, podzielę się z Wami opowieścią dobrze wypośrodkowaną, a mianowicie „Filozofią w buduarze, czyli dialogami przeznaczonymi dla edukacji młodych panien.” De Sade, w siedmiu filozoficznych dialogach prozą, zaprezentował przepis doskonały na człowieka integralnego, w stylu oświeceniowych edukacyjnych podręczników. Wszystko okraszone czarnym humorem i rozbuchaną seksualnością. Dzięki temu sama historia nabrała prześmiewczego i paradoksalnie anty-edukacyjnego tonu.

Głównymi bohaterami „Filozofii w buduarze” są  niewinna Eugenia, przyjaciółka rodziny Madame de Saint-Ange, jej brat Chevalier de Mirvel i przyjaciel Dolmancé. Miejscem akcji staje się zaciszny buduar na ukrytej przez ciekawskimi oczami wsi. Celem spotkania jest nauczanie poprzez totalne zdeprawowanie młodziutkiej Eugenii i nakierowanie jej na jedyną prawidłową drogę, czyli występek i swobodę seksualną, tak by stała się „najokrutniejszą istotą, jaka chodziła po ziemi.” Nauka polega na opanowaniu trzech najważniejszych konceptów, czyli: myślenia, działania i przekraczania, czyli transgresji. Jednocześnie zadaniem Eugenii jest pozbyć się dziewczęcej naiwności, religijnych zabobonów, rodzinnych tradycji , czyli „wykorzenić się” i narodzić na nowo, jako istota integralna.

Głównym nauczycielem zostaje Dolmancé, salonowy bywalec i zwyrodniały libertyn. Eugenia odpowiada na wyzwanie i zaczyna się orgia, przeplatana niekończącą się konwersacją, bo u de Sade’a język traktowany jest jako kolejna strefa erogenna. Rozmowa i komentowanie czynności daje nam czytelnikom pełny podgląd w emocje i działania bohaterów, którzy niczego nie ukrywają, bo tajemniczość nie jest tutaj zaletą. Wszystko musi wydarzać się otwarcie, na oczach, tak by zawsze istniał dowód.  Naszą rolą jest czuć się pełnoprawnym obserwatorem wydarzeń i przyswajać kolejne zagadnienia filozoficzne. Tutaj nie ma podglądactwa. Nie ma dreszczyku emocji. Jest ciało, jest słowo, a w końcu ofiara, ból i cierpienie.

Dodatkowym elementem, sprytnie zamaskowanym między kartami książki, a jednocześnie bardzo istotnym w twórczości Markiza, jest polityczny pamflet zatytułowany „Francuzi, jeszcze jeden wysiłek, by stać się republikanami”. Doskonale obrazuje on czas wydarzeń, bolączki epoki i nadaje „Filozofii w buduarze” ważny kontekst historyczny, bez którego sama idea człowieka integralnego nie miałaby punktu zaczepienia.

Jak widzicie Markiz de Sade i jego twórczość nie mają zbyt wiele wspólnego z E.L. James i jej podobnymi pisarskimi wytworami. Nie znajdziecie tutaj żadnych elementów soft porno, tylko opis złowieszczego niszczenia drugiej jednostki. Bez konsekwencji. Bez wyrzutów sumienia. Kara nie nadchodzi znikąd, bo żaden system nie jest idealny. Karę wymierza tylko ten, kto znajduje się na piedestale. Najwyżej. Ponad innymi. A jego okrutny śmiech unosi się w przestrzeni. Człowiek integralny. Suwerenny potwór. Nadczłowiek.

O.

„Żółta tapeta” Charlotte Perkins

Bombla_Yellow

Depresja. Choroba duszy. Choroba umysłu. Choroba ciała. Jedno z zaburzeń psychicznych, które nieleczone może prowadzić do śmierci. Jak każda choroba. Nawet jeśli jest to śmierć przez samozniszczenie. Depresja latami była bagatelizowana. Jej symptomy trywializowane. Sama przypadłość przez wieki przypisywana była ludziom „zbyt” wrażliwym. Szczególnie kobietom, których burze hormonalne i różnorodne histerie (rzekomo związane z płcią) miały źle wpływać na zmiany nastroju i fluktuacje płynów w organizmie. Dzisiejsze podejście do depresji w niczym nie przypomina tego dawnego – została ona uznana za pełnoprawną chorobę. Mimo to, i mimo iż cierpią na nią miliony ludzi na świecie, wciąż nie jest łatwa do zdiagnozowania, a tym bardziej do wyleczenia.

„Żółta tapeta” to opowiadanie opublikowane po raz pierwszy w 1892 roku, któremu przypisuje się zmianę nastawienia ówczesnych środowisk lekarskich do depresji. Jego autorka, Charlotte Perkins, opisała w nim swoje osobiste doświadczenia z chorobą. Pisarka, która od lat młodzieńczych uznawała siebie za kobietę wolną i wyzwoloną, po ślubie z wymarzonym mężczyzną popadła w życiową apatię. Przestała czytać. Pisanie, które było jej wielką pasją, zaczęło ją nagle nużyć. Nie potrafiła cieszyć się ze swojego nowego życia, którego sama tak bardzo z początku pragnęła.

Narodziny córki tylko pogłębiły ten stan. Przestała radzić sobie sama ze sobą. Miała myśli samobójcze. Znany lekarz dr S. Weir Mitchell, który postawił diagnozę, na ten depresyjny „kobiecy” stan przepisał jedyne stosowane do tej pory lekarstwo, czyli… odpoczynek. Wysiłek intelektualny Charlotte Perkins został ograniczony do minimum, maksymalnie dwóch godzin dziennie. Żadnego pisania. Żadnego czytania. Ten kto wie czym jest pisarskie natchnienie i potrzeba twórczego dzielenia się, rozumie jak bardzo pani Perkins musiała cierpieć. To właśnie wtedy, po trzech miesiącach całkowicie nieefektywnej „terapii”, pisarka zamiast wyzdrowieć, popadła w totalną psychiczną ruinę.

Jej historia zakończyłaby się z pewnością tragedią, gdyby nie jej wielka siła i determinacja, by – na przekór lekarzowi – powrócić do swojego ukochanego zajęcia, czyli pisania. Celem „Żółtej tapety” było obnażenie poważnego błędu medycznego, jakiego w XIX wieku często dopuszczano się w stosunku do pogrążonych w „baby blues” kobiet. Udało się. Dzięki Charlotte Perkins wiele rodzin chorych pacjentek, w obawie przed opisanymi w opowiadaniu reperkusjami, zmieniło dotychczasowy sposób ich terapii. Nawet środowisko medyczne zrewidowało przepisywane do tej pory kuracje i zmieniło swoje podejście tak do chorych, jak i samej choroby.

Historię głównej bohaterki poznajemy z pierwszoosobowej perspektywy, a dokładnie z dziennika, który ta prowadzi potajemnie, w tajemnicy przed mężem, Johnem, również znanym lekarzem. Jest młodą mężatką i świeżo upieczoną matką, która w żaden sposób nie potrafi cieszyć się zaistniałym stanem rzeczy, a tradycyjne role narzucone jej przez życie i społeczeństwo nie potrafią współgrać z jej własnymi pragnieniami.

Dowiadujemy się, że wraz z mężem i jego siostrą (która pełni rolę opiekunki i tymczasowej, zastępczej pani domu) bohaterka ma spędzić wakacyjne, letnie miesiące w wielkim domu na wsi, który jej mąż wynajął specjalnie dla niej. Jego głównym lekarskim zaleceniem jest, by żona jak najwięcej odpoczywała i w żaden sposób nie absorbowała swoich myśli życiem domowym, intelektualnym, czy jakąkolwiek pracą. Zabrania jej podejmowania wszelkich aktywności, które mogłyby ją zmęczyć i pogłębić „histeryczny” stan.

Sama bohaterka jest kobietą o niebywałej wyobraźni, bardzo wrażliwą i jednocześnie świetną narratorką. Opisuje dom tak, jak dawniej heroiny pierwszych powieści opisywały wielkie, tajemnicze posiadłości ziemskie. Porównuje go nawet do nawiedzonego domu i zastanawia się nad jego dziwnym, odosobnionym stanem i wieloletnim opuszczeniem. Wynajduje nowe szczegóły, które sprawiają, że razem z nią widzimy, że coś tu jednak może być nie tak. Przykładem jest tutaj sypialnia, pokój przygotowany specjalnie dla naszej bohaterki. Jest duży, oszklony, z wielkim łóżkiem przy ścianie. Niby wszystko normalnie, gdyby nie specyficzne elementy, takie jak: łóżko przybite do ziemi, tak by nie dało się go ruszyć, kraty w oknach i… tytułowa żółta tapeta.

Ta żółta tapeta z czasem stanie się wielką obsesją bohaterki. Jej kolor, nienaturalny, przywołujący chorobę i niestrawność. Wzór, który nie ma konkretnej powtarzalności, ale przelewa się i urywa, by na nowo okalać ścianę. Ta nietypowa płynność deseni, ich ruchliwość i wyodrębnione fragmenty, które mają charakter niemalże przestrzenny. Prawie że… żywy. Z czasem bohaterka dostrzega w tapecie kobietę, uwięzioną za kratami papierowej klatki. To wszystko to wyolbrzymione do nieskończoności projekcje chorego umysłu, który nie potrafi poradzić sobie z dziejącą się mu krzywdą.

Paradoksalnie, im bardziej bohaterka oddala się od otaczającej ją rzeczywistości, tym bardziej zagłębia się  w swoje własne mroczne wnętrze. Fascynacja tapetą i „uwięzioną” w jej wzorze kobietą chorobliwie pobudza jej wyobraźnię i przekształca otaczający ją świat w wykręcony sen rodem z Krainy Czarów. A my, czytelnicy, razem z nią pogrążamy się w tej iluzji i przestajemy odróżniać prawdę od wyobrażeń. Brniemy dalej przez pochłoniętą symbolami psychikę, sami przekształcając się i zarażając stanem naszej bohaterki, by w końcu zostać wessanym na „drugą stronę lustra”.

„Żółta tapeta” to historia ku przestrodze. Pokazuje, że czasami najlepszym lekarstwem nie jest tępy, nieefektywny odpoczynek, tylko ciężka, efektywna praca. Fizyczna bądź umysłowa. Jedynym oderwaniem od własnego ciała i psychiki może być skupienie uwagi na czymś zupełnie innym niż własne, pogrążone w depresji wnętrze. Charlotte Perkins udowodniła, że każdy człowiek, nie tylko kobieta, może podnieść się z otchłani ciemności i triumfalnie wybić na powierzchnię. Sprawiła, że ci, którzy dotarli do granicy szaleństwa mają szansę powrócić do normalnego życia. „Żółta tapeta” to kolejne potwierdzenie siły oddziaływania dobrej literatury na rzeczywistość.

O.

P.S. Kto chciałby przeczytać opowiadanie pani Perkins odnajdzie je w polskim tłumaczeniu pod tym adresem:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,3900218.html

„Bastion” Stephen King

Bombla_Bastion

„I hear hurricanes ablowing.

I know the end is coming soon.

I fear rivers over flowing.

I hear the voice of rage and ruin.” *

Postapokaliptyczne literackie i filmowe wizje fascynowały mnie od zawsze. Koniec świata takiego jakiego znamy. Nagły. Nieprzewidywalny. Katastroficzny. Pełen bólu i cierpienia. Koniec ludzkości. Śmierć milionów, a nawet miliardów ludzi. Powodów mogą być setki. Tysiące. Wielka erupcja hiperwulkanu, a wraz z nią nadejście nowej epoki lodowcowej. Wybuchy na słońcu prowadzące do zwiększenia jego aktywności. Wojna atomowa i toksyczny deszcz. Uderzenie asteroidy, która zmieni na zawsze klimat ziemi. A ostatnio, jedno z najpopularniejszych zagrożeń, czyli epidemia. Ale nie taka zwyczajna, ograniczona, tylko nieokiełznana. Ciągle mutujący z minuty na minutę śmiertelny wirus. Zabija w przeciągu kilku dni, a nawet godzin. Pochodzenie nieznane. Albo utajnione. Liczba ofiar niezliczona.

Z taką apokalipsą mamy właśnie do czynienia w „Bastionie” Stephen’a King’a (tytuł oryginału to „The Stand”). Nazywana przez wielu największym i najlepszym spośród wszystkich dzieł mistrza horroru. Jego magnum opus, wydawane dwukrotnie. Raz w 1978 roku, w wersji skróconej (dla King’a skrócona oznacza ok.  ośmiuset stron). I ponownie, po latach, w 1990 roku, tym razem w wersji pełnej, czyli ponad tysiąc dwieście stron maszynopisu. Dzisiaj, w erze nieograniczonego internetu, gdzie informacje o nowych wirusach wychodzą praktycznie codziennie, a paranoiczne wizje końca ludzkości mnożą się z prędkością światła, powieść ta jest aktualna jak nigdy dotąd.

Jeśli spojrzeć na budowę fabularną tej olbrzymiej powieści, to zadziwi nas jej prostota. Głównym bohaterem tej historii jest nie jedna osoba, czy dwie, ale cała, duża grupa obywateli Stanów Zjednoczonych, która przez tygodnie lata roku 1980 próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości i stworzyć nowe społeczeństwo. Albo spróbować je odtworzyć. A zaczyna się wszystko zwykłym laboratoryjnym wypadkiem.

W tajnej bazie wojskowej, gdzieś na środku pustyni, uszkodzony fabrycznie pojemnik wypuszcza w powietrze laboratoryjnie wykreowany wirus grypy. W przeciągu kilku minut cała placówka zostaje zainfekowana, a zanim udaje się ją odizolować i zamknąć, ucieka z niej jeden ze strażników. Dodajmy, że całkowicie nieświadomy zakażenia. Zaraża swoją żonę i małą córeczkę, pakuje manatki w pragnieniu ucieczki na południe. Niestety nie wie, że dla niego, jak i dla całej jego rodziny jest już za późno. Podobnie jak dla wszystkich, których mija po drodze. Wirus ten, nazwany Kapitanem Trips, jest wyjątkowo agresywny, przenosi się drogą powietrzną i kropelkową. Oryginalnie stworzony jako broń biologiczna do szybkiej eksterminacji na terenie izolowanym, niekontrolowany przez nikogo ogarnia cały świat. W męczarniach umiera 99% populacji. A pozostały 1% zaczyna walkę o życie.

Nigdy nie dowiemy się, dlaczego część ludzi była odporna. Nigdy się nie dowiemy, czy istnieje jakaś konkretna szczepionka zwalczająca Kapitana Trips. W zamian Stephen King serwuje nam kilkanaście smakowitych i perfekcyjnie stworzonych portretów psychologicznych swoich bohaterów. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy. Każdy przeżył wiele, by móc spróbować zacząć swoje życie na nowo, wśród nowych ludzi. Każdego historia nakierowuje na nową przyszłość. Każdy z bohaterów dostaje wybór. Objawia się on wszystkim tym, którzy przetrwali, w postaci snów i wizji. Możemy mieć wrażenie, że ocalonych łączy pewna paranormalna więź. Każdy z nich jest „wrażliwy”, tzn. ma pewne wyjątkowe zdolności, dzięki których wyczuwa zmiany, jakie zachodzą na świecie. Z tymi zmianami związany jest właśnie ten wybór. Mianowicie dobro i zło.

Proste, prawda? Jednak w nowym świecie, po zagładzie nie jest to tylko kwestia moralności. I dobro i zło zależne są od wielu czynników, ale najważniejszym z nich jest fakt, że obydwa są spersonifikowane. Wysłannikiem dobra, można powiedzieć Wyższego Dobra, czyli Boga, jest Matka Abigail (Mother Abigail). Od razu sprostuję, że nie jest ona żadnym aniołem. To człowiek, kobieta z krwi i kości. Najstarsza osoba chodząca po ziemi, bo ponad stuletnia. Jej życie naznaczone miłością Boga i silną, niezachwianą nigdy wiarą jest idealnym przykładem życia nowej prorokini. Kogoś kto swoją miłością jest w stanie zarazić innych. Podzielić się swoim dobrem i pomóc pokonać nadchodzące przeszkody.

Wysłannikiem zła jest osoba o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się to z początku wydawać. Imię jego to Randall Flagg. Miewa również inne imiona, większość z nich właśnie o inicjałach R.F. Ci, którzy nie chcą wymawiać jego imienia mówią o nim Walking Dude, The Dark Man, czy Man in Black. Jest ziszczeniem całego zła. Odpowiedzią Szatana na unicestwienie gatunku ludzkiego. Przyciąga do siebie ludzi o problemach psychicznych, zachwianych emocjonalnie, zniszczonych przez życie, zagubionych, żądnych zemsty, morderców, gwałcicieli, narcyzów itp. Widzi nowe możliwości, tam gdzie nie ma już nadziei. Jego jedynym celem jest zniszczenie. Ogólnie pojęta destrukcja. Kim jest Randall Flagg? On sam o sobie wie niewiele, a to co o nim wiadomo na pewno warto zachować w tajemnicy, aż do czasu lektury.

Jak wspomniałam wyżej wszyscy bohaterowie King’a mają wybór. Wszyscy śnią i każdego z nich kieruje określona motywacja, a kolejne wydarzenia budują nowe charaktery. Jedni wybierają Matkę Abigail, której ostateczną siedzibą będzie miasteczko Boulder w stanie Kolorado, a inni Randall’a, który na siedzibę wybrał sobie Las Vegas. Między nimi niewzruszone góry i upalna pustynia. Celem grupy z Vegas jest pokonanie innych za wszelką cenę. Natomiast Boulder staje się jakby ostatnim bastionem tego co jeszcze do niedawna było Stanami Zjednoczonymi. Randall skupia się na materialnym aspekcie bytu: przywrócenie elektryczności, stworzenie wojska, otwarcie nowych szkół, gdzie ocalałe dzieci mogą pobierać naukę. Celem ostatecznym jest zawładnięcie społecznością Boulder, zniszczenie i śmierć. Grupa skupiona wokół Matki Abigail przede wszystkim opiera się na relacjach międzyludzkich. Stara się odbudowywać zniszczone morale, przywrócić wiarę w ludzkość i w możliwości człowieka. Udowodnić, że natura człowieka jest przepełniona dobrem. Główny celem jest przywrócenie wartości duchowym. Prawdziwego amerykanizmu.

Konfrontacja jest nieuchronna. Wydaje się, że obie te grupy nie mogą koegzystować na tych samych prawach na jakich koegzystowały wcześniej. Możliwe, że nie ma tu żadnych pół rozwiązań. Kapitan Trips nie tylko zniszczył świat, ale podzielił go bardzo skrajnie i ostatecznie. I dopóki wybór nie zostanie dokonany, to ostatecznym pozostanie. Jest czerń i jest biel. Jest dzień i noc. Jest zło i jest dobro. Są anioły i są demony. Jest Bóg i Szatan. Jest piekło i niebo. To co pomiędzy przestaje być ważne, gdy ostatnią wielką bitwą jest bitwa o duszę człowieka.

O.

* Fragment piosenki zespołu Creedence Clearwater Revival pt. „Bad Moon Rising”, czyli coś do posłuchania, w kingowskim klimacie:

10 najczęściej czytanych książek na świecie

Bombla_NajczseciejCzytaneCzy zastanawialiście się kiedyś jakie książki są najczęściej czytane na świecie? Najczęściej kupowane? Te najpopularniejsze z całej literatury? Ja rozmyślałam o tym dość często. W końcu książkowo ciekawska jestem z natury.  I wyruszyłam na poszukiwania. Całkiem przypadkiem natrafiłam na genialną grafikę Jared’a Fanning’a, potem na artykuł przygotowany przez James’a Chapman’a* i od razu wiedziałam, że pewnego dnia przyjdzie czas na ten wpis. Trochę odczekałam na odpowiedni moment. Ten dzień nadszedł dzisiaj 🙂

Top_10_books

TOP 10 brzmi trochę jak lista przebojów. I może faktycznie tak jest. Literacka lista najpopularniejszych książek. Książek wydrukowanych i sprzedanych w ostatnich pięćdziesięciu latach. Czy są to te najlepsze? Te bez których ludzkość nie mogłaby się obejść? Niestety, jak to z listami przebojów bywa można tu znaleźć pozycje nad wyraz godne, te przyzwoite i te, których nie powinno być wcale, ale niestety sprzedaż, druk jak i konieczność ich posiadania mówią same za siebie i nie było wyboru.

Przed Wami literackie TOP 10. Tym razem zacznijmy od końca:

Anne10. „Dziennik Anne Frank” Anne Frank

Uznany za jedno z największych dzieł literatury światowej, pamiętnik Anne Frank to dokładna, nad wyraz dojrzała relacja z ponad dwuletniego ukrywania się Anne i całej jej rodziny podczas nazistowskiej okupacji Holandii. Trudno nie czytać „Dziennika…” ze smutkiem i swego rodzaju poczuciem straty, gdy wiemy już, że kryjówkę zdradzono, a bohaterka zmarła w obozie kilka miesięcy później… Lektura trudna przez poczucie nadchodzącej zagłady, a jednocześnie przyjemna, bo Anne w błyskotliwy sposób udało się opisać te ostatnie lata swojego życia.

Hill9. „Myśl! i bogać się” Napoleon Hill („Think and grow rich”)

Ten napisany w 1937 roku poradnik wciąż bije na świecie rekordy popularności. Chociaż może „poradnik” to trochę zbyt uproszczone słowo na opisanie tej książki. Jest to raczej zachęcenie do pracy i przyjęcie pewnej filozofii sukcesu, dzięki której, w przyszłości, dzięki ciężkiej pracy, wysiłkowi i odpowiedniemu nastawieniu, każdy jest w stanie stać się dobrze prosperującym człowiekiem. W każdej dziedzinie życia. Coś dla samorozwoju, budowania motywacji i pewności siebie. Napisane w czasach Wielkiej Depresji, dzisiaj w czasie kryzysu sprawdza się jak nigdy dotąd.

przeminelo8. „Przeminęło z Wiatrem” Margaret Mitchell („Gone With the Wind”)

Tej powieści pewnie nikomu nie muszę przedstawiać, tym bardziej, że już wcześniej do niej zachęcałam. Dla przypomnienia to pełna namiętności, miłości i zdrady historia pięknej belle z amerykańskiego Południa: Scarlett O’Hary. A w tle wojna secesyjna, krwawy upadek Południa, obalenie niewolnictwa i wielkie zmiany, nie tylko dla całych Stanów Zjednoczonych, ale przed wszystkim dla głównej bohaterki. I jej niezapomniane, kultowe motto: „Bo jutro też jest dzień”.

zmierzch7.  Saga „Zmierzch” Stephenie Meyer („Twilight Saga”)

Bardzo chciałabym nie pisać o tej pozycji, a raczej pozycjach kilku, bo to przecież cztery porządne tomiszcza. Ale najwidoczniej nie mam wyboru 😉 Hit wśród młodzieży. Kultowe powieści nastolatków. Wampiry kontra wilkołaki. Odwieczny konflikt. A w tym wszystkim zagubiona, stłamszona i ciamajdowata Bella, która nie może zdecydować się kogo wybrać, czy bladolicego Edwarda, czy śniadego Jacoba. I cierpi. A potem w końcu wybiera. I jeszcze więcej wampirów i wilkołaków.

Kod6. „Kod Leonarda da Vinci” Dan Brown („The Da Vinci Code”)

Jedna z najbardziej popularnych powieści ostatnich lat, wciąż na pierwszym miejscu wśród czytelników Wielkiej Brytanii. Pełen wartkiej akcji, tajemnic i morderstw thriller, którego głównym bohaterem jest Robert Langdon. Ten historyk, profesor, specjalista od symboli zostaje wplątany w odwieczny religijny spisek i niczym współczesny rycerz okrągłego stołu wyrusza na poszukiwanie Świętego Graala. A w tle Paryż i oczywiście obrazy Leonardo da Vinci. Typowy przykład literatury pop, dla każdego kto nie wymaga zbyt wiele.

alchemik5. „Alchemik” Paolo Coelho („The Alchemist”)

Jedna z książek, których rewelacyjnego odbioru zupełnie nie rozumiem. Przez wielu uznawana za niesamowitą, pełną odwiecznej mądrości, ekstremalnie przeładowaną filozofią powieść.  W gruncie rzeczy jest wyjątkowo tanim chwytem na zbolałe życiem serca naiwnych czytelników, zapełnioną pustymi „rozważaniami” w stylu: „W życiu bo­wiem is­tnieją rzeczy, o które war­to wal­czyć do sa­mego końca”, czy „To oczywiste, że ludzkość zdoła zachować moc.” Po przeanalizowaniu „filozofii” Coelho, wycięciu nic nieznaczących frazesów zostaje może dziesięć stron słabej prozy. Najlepsza dla wciąż „szukających swojej drogi ” zagubionych gimnazjalistów, prawdziwa filozofia light, bez kalorii i żadnych wartości odżywczych.

Tolkien4. „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkien („Lord of the Rings”)

Pozycja obowiązkowa. Kultowa powieść, która jest podstawą całego współczesnego fantasy, a sam Tolkien został mianowany „ojcem” gatunku. To on sklasyfikował elfy, krasnoludy, orków i gobliny. To dzięki niemu po Śródziemu biegają hobbity. Można się kłócić skąd czerpał inspiracje. Można próbować ubliżyć jego umiejętnościom kreowania światów. Ale bez Tolkiena popkultura, w tym filmy, literatura, gry komputerowe, byłaby o wiele uboższa… Nawet jeśli dzisiaj staje się modne bycie anty-Tolkienem.

Harry3. „Harry Potter” J.K. Rowling

Siedem tomów opowiadających dzieje młodego czarodzieja, który walczy ze swoim odwiecznym wrogiem Voldemortem zmieniły życie całego pokolenia. Przez lata czekaliśmy na kolejne tomy, obawiając się o ukochanych bohaterów, razem z nimi przeżywając rozterki i wykłócając się o przynależność do domów Hogwartu. Potem równie długo czekaliśmy na kolejne części ekranizacji. Rowling udało się odświeżyć literaturę dziecięcą i młodzieżową. Wprowadzić element zapomnianej magii we współczesność. Odrealnić trochę rzeczywistość. Baśń, legenda, thriller i dobrze opowiedziana historia dla małych jak i dla dużych czytelników.

mao2. „Wyjątki z dzieł przewodniczącego Mao Tse-Tunga” (Czerwona Książeczka) Mao Tse-Tung

Co by tu dużo pisać… Obowiązkowa pozycja dla WSZYSTKICH obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. NIE do odrzucenia. NIE do podważenia. Prawie czterdzieści lat po śmierci Mao wciąż na szczycie.

biblia1. „Pismo Święte”

Czy ktoś jest mocno wierzący, wierzący tylko trochę, prawie wcale, czy w ogóle niewierzący, obojętnie, Biblia jest świetną, pełną niezapomnianych historii lekturą. Są tu przypowieści, legendy, baśnie, piękna poezja. Mieszają się wszystkie gatunku: horror, thriller, sensacja, melodramat i powieść obyczajowa, a nawet elementy erotyki. I tony symbolicznych odniesień i odwiecznych archetypów. Stary Testament, Nowy Testament, tysiące stron zapisanych maczkiem dla wytrwałego czytelnika może starczyć naprawdę na długo.

Nie każda z tych książek jest idealna (o nie), ale dobrze zobaczyć, że ludzie czytają, lubią czytać i z pewnością zawsze czytać będą 🙂

O.

*Cały artykuł do poczytania na stronie:  http://www.squidoo.com/mostreadbooks

** Grafiki Jared’a Fanning’a do pooglądania na jego stronie: http://www.jaredfanning.com/

„Koszmar w Dunwich” H.P.Lovecraft

Bombla_DunwichHorror

Wielcy Przedwieczni. Śpiący Pradawni. Yog-Sothoth, Azathoth Shub-Niggurath, Nyarlathotep, Cthulhu i tylu innych. Przybyli z pustki kosmosu. Z eonów czasu poza czasem. Z przeszłości i przyszłości. Z wymiarów niepojętych ludzkim rozumem. Z odwiecznych ciemności. Z czarnych otchłani. Zrodzeni z umęczonego umysłu. Jest oczywistym, że to właśnie oni stanowią niepodważalną podstawę twórczości H.P.Lovecraft’a. To oni są głównym filarem łączącym każdy kolejny wątek. Każdą opowieść Samotnika z Providence. Są ich fundamentalnym elementem. Pradawni są tym, co tworzy i buduje wszystkie historie. Są osobnym ich działem. Odrębną mitologią. Bez nich nie byłoby Lovecraft’a. Nie byłoby jego snów.

Jednak, pomimo iż to o nich i przede wszystkim dla nich poznajemy każde kolejne opowiadanie, żadna z tych opowieści nie mogłaby zaistnieć bez swoich głównych bohaterów. Bo Wielcy Przedwieczni bohaterami nie są. Są motywacją. Są tym co nakierowuje owładniętych ich obsesją ludzi. Są tym co odpowiada na modlitwy, błagania i prośby. Wynikową krwawych rytuałów. Bogami pradawnych pogańskich kultów. Są ostatecznym wyzwoleniem. Ostatnim koszmarem. Przeklętym przeznaczeniem. Tym co nieuchronnie nadchodzi i zabiera życie. W każdym znaczeniu.

„Koszmar w Dunwich” („The Dunwich Horror”)to kolejny z serii Wielkich Tekstów Lovecraft’a. Główny rdzeń mitologii Cthulhu. Żeby nikomu nie zepsuć lektury i zabawy odkrywania kolejnych zakamarków fabuły streszczę tylko jej główny punkt wyjścia. Otóż, całość dzieje się w małej, rozpadającej się, zapomnianej przez współczesny świat wiosce, gdzieś na wzgórzach Doliny Miskatonic (czyli jednym z ulubionych miejsc wydarzeń pisarza). Pewna zdegenerowana, szalona kobieta Lavinia Whateley pewnego dnia rodzi syna. Ojciec dziecka pozostaje nieznany. Okoliczności narodzin co najmniej tajemnicze i niewyjaśnione. Sam noworodek, nazwany Wilbur’em, rozwija się nadnaturalnie szybko. I zdrowo, pomimo swojej chorej matki. A z czasem, w okolicy zaczynają ginąć bydło, inne zwierzęta domowe i psy. Mogę dodać jedynie to, że dziadek dziecka znany był w wiosce z bluźnierczych, rytualnych praktyk, których tajemnic nie udało się do końca odkryć nikomu.

Ale nie o samej fabule chciałabym tutaj pisać. Czytając po raz kolejny „Koszmar z Dunwich” zauważyłam pewną istotną cechę całej twórczości H.P.Lovecraft’a. Jest to podział jego bohaterów. Może to zabrzmi dziwnie, ale zauważyłam pewien schemat ich tworzenia. Każdego z ich działań. I głównej charakterystyki. Jak pisałam już wyżej, każda historia opiera się na kulcie jednego z Wielkich Przedwiecznych.  To główna jej podstawa. I te właśnie historie szczegółowo poznajemy dzięki lovcraftiańskim protagonistom.

W uproszczeniu można ich podzielić na trzy podstawowe grupy, oczywiście z możliwością rozszerzenia zakresu, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Gdybym miała przedstawić konkretny schemat, to byłby on pewnie kształtu piramidy. Zaczynając od dołu. Pierwsza grupa to mieszkańcy wiosek, miasteczek i okolic tajemniczych wydarzeń. Druga, to policjanci i inni przedstawiciele prawa, detektywi, urzędnicy, czy naukowcy. Trzecią grupą są natomiast główni uczestnicy wydarzeń, występujący zazwyczaj w pojedynkę, rzadziej grupowo np. stary profesor zajmujący się okultyzmem, bratanek sławnego profesora, księgarz, bibliotekarz, czasami detektyw. To z ich relacji poznajemy wydarzenia. I podobnie jak oni mamy ograniczony punkt widzenia.

Zacznijmy od mieszkańców. Biernych obserwatorów i równie biernych uczestników potwornych wydarzeń. To ludzie, którzy z dziada pradziada żyją na tych samych terenach. W tych samych domach. Obsiewają te same pola. Hodują te same zwierzęta. Zajmują się dokładnie tym samych, co wszyscy w ich rodzinie zajmowali się od wieków. Ich pula genów jest zazwyczaj drastycznie ograniczona. Wszyscy w jakiś dziwny sposób do siebie podobni. Często zdeformowani, albo dotknięci inną chorobą genetyczną. W zależności od miejsca przyjmują cechy swojego otoczenia. Także te fizyczne. Są pogodzeni z losem. Nie walczą o żadne prawa dopóki ich ziemia pozostaje ich ziemią i nikt obcy nie próbuje im jej odebrać. Żyją w zgodzie z naturą. Przynajmniej na tyle ile im ta natura pozwala. Każdy z nich zna siebie na wylot. Wszystkie plotki. Legendy. Zabobony. Zjawiska nadprzyrodzone traktują jako kolejny element, do którego można się przyzwyczaić. Z którym da się żyć. Mieszkańcy Dunwich i okolic są tego idealnym przykładem.

Do drugiej grupy, jak już wspomniałam, należą osoby z zewnątrz, których głównym zadaniem jest pomóc, gdy problem przerasta miejscowych. Są to stróże prawa, osoby z kręgów naukowych itp. Zjeżdżają oni na miejsce wydarzeń, kiedy następuje zbyt duża eskalacja problemu. Kiedy wszystko wymyka się spod kontroli. Swoim zachowaniem przypominają mi tzw. „czerwone koszule” z serii Star Trek: przypadkowe osoby, które przyjeżdżają tłumnie i tłumnie giną. Bardzo często anonimowo, zanim zdążą w jakiś oryginalny sposób zaistnieć. Nie umieją poradzić sobie z własną paniką i niezrozumieniem sytuacji. Próbują za wszelką cenę racjonalnie tłumaczyć to, co zdecydowanie do rozumu nie należy. Wierzą, że w grupie jest siła, a siłą można pokonać wszystko, bo tylko wtedy stają się wystarczająco odważni i zdecydowani.

Trzecia grupa, to szczyt „bohaterskiej” piramidy. To z ich oczu poznajemy wydarzenia. To ich motywacją nieświadomie kierujemy się przekładając kolejne strony książki. Z nimi najłatwiej nam się utożsamić, bo wiemy bardzo konkretnie, co ich prowadzi. Pewni siebie, ciekawscy świata, eksploratorzy „niepoznanego” o otwartych umysłach. Dla nich nie ma ograniczeń. Mają niesamowite szczęście jeśli chodzi o wpadanie na kolejne tropy np. pradawne manuskrypty, okultystyczne dzienniki, pogańskie statuetki itp. Kieruje nimi wiedza i wiara. Zdają sobie sprawę z zagrożeń. Przygotowują się najlepiej jak potrafią i nie biorą pod uwagę swojej porażki. Jeśli taka nastąpi i uda im się przeżyć, to nie omieszkają spisać swoich wspomnień ku przestrodze. Ich ciąg nigdy się nie kończy. W „Koszmarze w Dunwich” takich bohaterów jest aż trzech: doktor Armitrage, profesor Rice i młody doktor Morgan.

Mogłoby się wydawać, że żadna z tych grup bohaterów nie ma chociażby jednej cechy wspólnej. Każda z nich jest na tyle wyjątkowa, że nic tak naprawdę ich nie łączy. Błąd. Lovecraft w swoim geniuszu „sprezentował” im jeden podstawowy szczegół, dzięki któremu wszyscy jego bohaterowie są tak bardzo podobni. I każdy z nich stanowi odzwierciedlenie całej lovecraftiańskiej filozofii.  A mianowicie: bezsilność. Każdy z bohaterów, nieważne czy będzie tylko obserwującym mieszkańcem wioski, zagubionym policjantem, czy nawet narratorem opowieści, wszyscy oni w obliczu Wielkich Przedwiecznych są nikim. Nie mają żadnej władzy. Nic od nich nie zależy. Nie mają wystarczającej siły i wystarczających umiejętności fizycznych na pokonanie zagrożenia. Ich psychika nie umie poradzić sobie z tym co widzą. Ich umysły dosłownie „topią” się od nadmiaru bodźców.  W końcu zatracają się i często umierają nie dowiadując się tego, co było dla nich tak istotne.

Bohaterowie Lovecraft’a nie znaczą nic. Dla samego pisarza byli tylko symbolami, by pokazać, że w otchłani kosmosu człowiek jest nikim. Pyłkiem, który najłatwiej zdmuchnąć. Natomiast dla nas, czytelników, są tylko narzędziami w zgłębieniu wiedzy. Ich losy to tylko kolejna opowieść. Kolejny trop. Następna ścieżka, która zbliża nas do poznania największej prawdy. Zgłębienia najczarniejszej mocy. Podczołgania się przed tytaniczne oblicza Pradawnych. I tylko łudzimy się, że będziemy w stanie ich przeżyć. W jakiś nadludzki sposób pokonać. Bo gdy bogowie powrócą na ziemię, nie będzie przed nimi ucieczki.

O.