Bukowa jesień

Bombla_JesienneBuki

Już prawie jesień! Tuż, tuż, tylko dwa dni! Nareszcie! Doczekałam się i w końcu nadeszła. Większość z Was pewnie marudzi, że koniec lata i zimno, ale dla mnie dopiero teraz zaczyna się to, co lubię najbardziej na świecie. Rześkie, chłodne powietrze, które już niebawem przeobrazi się w kujące igiełki o poranku. Piękne, żółte liście na drzewach, odurzająca kolorem, cudna jarzębinowo-czerwona jarzębina. I kasztany – dobrze, że sobie przypomniałam, bo muszę pobiec pozbierać, zanim dzieciaki powybierają najlepsze.

Nadchodzi czas swetrów, szalików i kurtek. Nie wspominając o wysokich butach, które uwielbiam. Czas Dziadów i Halloween. W powietrzu zapach liści i cynamonu. Będzie padać i wiać tak intensywnie, że siedzenie w kulce pod kocem będzie w pełni uzasadnione. W ręku kubek gorącej herbaty z imbirem. Ewentualnie ciepłej czekolady. A na talerzyku ciasto, najlepsze z najlepszych – dyniowe! Tak, zdecydowanie uwielbiam jesień. I uwielbiam typowo jesienne lektury, w których jest mrocznie, wietrzenie i deszczowo.

Z tej okazji, specjalnie dla Was, na (moim zdaniem) najpiękniejsze miesiące w roku, wybrałam dziesięć lektur doskonałych na jesienne dni, gdy za oknem pada i wieje:

iris1. „Czas aniołów” Iris Murdoch („The Time of the Angels”)

Smutna historia pewnej londyńskiej plebanii. Niby w angielskiej stolicy, a na obrzeżach, we mgle, mocno odcięta od całego świata. Pogrążona w mroku, w zimnym, w przesiąkniętym wilgocią budynku. I jej mieszkańcy, tak samo mroczni, pełni tajemnic i odizolowani. To opowieść o samotności, niezrozumieniu i utracie wiary w Boga. Mistrzowskie dialogi, wyraziści bohaterowie i brytyjska melancholia. Miejscami trudna, miejscami bluźniercza. Zmusza do myślenia.

Frankenstein2. „Frankenstein” Mary Shelley („Frankenstein”)

O tej opowieści nie sposób napisać, że nie jest kultowa. Historia Victora Frankensteina to tragiczna w skutkach próba odkrycia sekretu życia. Wyrwania bogom umiejętności stworzenia i wskrzeszenia drugiego człowieka, bez względu na skutki. O ucieczce od odpowiedzialności za swój własny twór, za „dziecko” nauki i potworności ambicji, która zniszczyła jego samego i jemu najbliższych. Na zawsze aktualna, lektura obowiązkowa.

poe3. „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” Edgar Allan Poe

Dla tego amerykańskiego pisarza powinnam stworzyć osobą kategorię, tylko i wyłącznie dla niego i jego twórczości. Zbiór opowieści to wszystkie najważniejsze teksty pełne mroku, pasji, miłości, zbrodni, ciemności i śmierci. Są odpowiedzią na grozę ludzkiego istnienia i poruszają najważniejsze dla ludzkiej kondycji kwestie. W prozie Poe nie ma ucieczki – bohaterowie konfrontowani są ze swoimi obsesjami, często półsennej atmosferze rodem z koszmaru, gdzie nie do końca wiadomo, czy to jeszcze sen, czy już rzeczywistość.

jane4. „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë („Jane Eyre”)

Stanowczo jedna z moich ulubionych, klasycznych opowieści o wielkiej miłości, w jesiennym, gotyckim stylu. Pachnie deszczem, mgłą i angielskim powietrzem XIX wieku. Młoda dziewczyna, tytułowa Jane, zostaje guwernantką w posiadłości pana Edwarda Fairfaxa Rochestera. Między właścicielem a dziewczyną rodzi się uczucie, na przekór czasom i na przekór ich pozycjom społecznym. Jednak zarówno Rochester jak i jego posiadłość skrywają mroczne tajemnice z przeszłości, które jak na złość zaczynają wychodzić z cienia, gdy wszystko układa się prawie perfekcyjnie. Ponadczasowa.

Ksiaze5. „Książę Mgły” Carlos Ruiz Zafón („El Príncipe de la Niebla”)

Debiutancka powieść uwielbianego hiszpańskiego pisarza. Młodzieżowa opowieść z pogranicza horroru i opowieści grozy. Stara legenda, zatopiony statek sprzed wieków, tajemnice i sekrety mieszkańców małego nadmorskiego miasteczka, z terrorem wojny w tle. Historia pierwszej wielkiej miłości, pierwszej męskiej przyjaźni i wielkiego poświęcenia. Także klątwy i obietnicy przekazywanej z ojca na syna, z pokolenia na pokolenie. Poetyckie YA, w najlepszym gatunku.

dorian6. „Portret Doriana Greya” Oscar Wilde („The Picture of Dorian Grey”)

Jedyna powieść irlandzkiego pisarza, która nic nie straciła na aktualności. Historia pięknego jak greccy bogowie Doriana, który za wszelką cenę pragnie zachować perfekcyjny wygląd, wieczną młodość i piękno. Doskonały na zawsze. Pokonać czas, pokonać śmierć, zdystansować się wobec tego co nieuniknione, brzydkie i ostateczne. To wszystko w próżnym światku brytyjskiej wyższej sfery, która uwielbia takich młodzieńców. Do czasu. A w tle ten tajemniczy portret…

dracula7. „Drakula” Bram Stoker („Dracula”)

Najsłynniejszy wampir świata. Z czasów zanim jeszcze pojawiły się świecące w słońcu bladolice chłopaczki, a bycie wampirem oznaczało być enigmatycznym potworem, drapieżnikiem, który zawsze szuka ofiar i gotowy jest wypić krew wszystkich, którzy wpadną w jego sidła. Tylko czasami w pozornie ludzkiej skórze. Powieść częściowo epistolarna, totalnie gotycka, o siłach ciemności, namiętności ,miłości i nieśmiertelnej mocy zła.

dolina8. „Dolina Muminków w listopadzie” Tove Jansson

Ostatnia książka muminkowego cyklu. Pełna nostalgii, melancholii i nadchodzącej zimy. Dom Muminków stoi pusty, pozostawiony na czas wyprawy całej rodziny na Wyspę. Do tej pory ukryte w tle postacie drugoplanowe, czyli różni mieszkańcy Doliny, przejmują dowodzenie, wspominają i snują opowieści o uwielbianych, nieobecnych Muminkach. Jednocześnie zmagają się z własnymi, poważnymi problemami, po raz kolejny udowadniając, że Tove Jansson pisała z myślą o dorosłych czytelnikach.

shirley9. „We Have Always Lived in a Castle” Shirley Jackson

Ostatnia powieść autorki „Nawiedzonego”. Mary Katherine „Merricat” Blackwood i jej starsza siostra Constance żyją wraz ze schorowanym wujem w swojej odizolowanej od świata wiejskiej posiadłości. Constance od sześciu lat nie opuściła terenu domu, wciąż zmagając się z narastającą agorafobią. A kilka lat wcześniej tętnił życiem, aż do dnia, w którym cała rodzina, poza tą trójką, została wytruta arszenikiem podczas rodzinnego obiadu. Jakie tajemnice kryją mieszkańcy tego azylu zbrodni?

needful10. „Sklepik z marzeniami” Stephen King („Needful Things”)

Każdy człowiek jest na sprzedaż. Każdy czegoś pragnie. Każdy jest w stanie poświęcić wiele, by zrealizować swoje najskrytsze marzenia. Z zazdrości, z zawiści, z miłości, namiętności, nienawiści… Bez względu na cenę. Motywów jest wiele, a korzyści? Może, ale raczej wyłącznie dla sprzedającego. Tym bardziej jeśli sprzedawca jest z miejsca poza czasem i przestrzenią, a ludzką chciwość obserwuje i wykorzystuje od początku świata. A jego ceną jest mała przysługa, którą musisz dla niego wykonać. Obojętnie o co poprosi. Jedna z najlepszych powieści Kinga, obnażająca słabe strony człowieczeństwa.

Pięknej i zaczytanej jesieni w gotyckim, deszczowym stylu!

O.

„Night Film” Marisha Pessl

Bombla_NightFilm

 

„Mortal fear is as crucial a thing to our lives as love. It cuts to the core of our being and shows us what we are. Will you step back and cover your eyes? (…) Will you curl up with your eyes closed and die? Or can you fight your way out of it and fly?”

Stanislas Cordova

Wielu czytelników marzy, by choć raz znaleźć się w jednym z książkowych światów. Magicznie przenieść się i zostać współtowarzyszem bohaterów opowieści. Gorzej jednak, gdy tą opowieścią jest mroczny, miejski thriller. Kryminał z tajemnicą i morderstwem w tle. Tym bardziej, gdy historia w nim przedstawiona nie tylko wciąga czytelnika do swojego świata, ale sama wychodzi do niego i płynnie integruje się z naszą rzeczywistością. Koncepcja augmented reality, czyli rzeczywistości rozszerzonej, rzadko bywa wykorzystywana w promowaniu literatury. Mogłoby się wydawać, że akurat w promocji książki taka kampania wcale nie musi się sprawdzić, a jednak w przypadku najnowszej, długo wyczekiwanej powieści Marishy Pessl zatytułowanej „Night Film” sprawiła, że snuta opowieść stała się pełniejsza i na swój sposób wielowymiarowa.

Fabuła „Night Film” to doskonała mieszanka thrillera z elementami horroru, sensacji i klasycznej powieści kryminalnej, a wszystko w nowoczesnym duchu rzeczywistości wirtualnej. Historia rozpoczyna się tajemniczą śmiercią Ashley Cordovy – dwudziestoczteroletniej córki Stanislasa Cordovy, znanego reżysera filmów grozy. Stanislas Cordova od ponad trzydziestu lat nie był widziany publicznie. Nie udziela wywiadów, wydaje się, że zakończył działalność filmową,  a jego życie i wszystko co go otacza owiane jest tajemnicą. Nie wiadomo jak reżyser aktualnie wygląda, nie można być nawet pewnym tego, czy jeszcze żyje. Wiadomo, że Ashley, utalentowana pianistka, była jego ukochaną córką, a jej samobójcza, niewyjaśniona śmierć nadaje całości dodatkowego, niepokojącego czynnika.

Zanim „Night Film” trafiło na księgarskie półki i do wirtualnej sprzedaży, w Internecie pojawił się filmowy zwiastun, w którym młoda dziewczyna znika w ciemnych, wilgotnych nowojorskich podziemiach, ścigana przez zamaskowanego napastnika. Na ścianach można dojrzeć namalowane sprayem znaki,  odbicia twarzy i fragmenty tekstu, a wszystko to przerażające w swoim niedopowiedzeniu. Jakiś czas później pojawił się wywiad ze znanym filmoznawcą, który opowiada o filmach Stanislasa Cordovy – kontrowersyjnego reżysera, który w swoich filmach przekracza granice strachu. Wywiad urywa się nagle, gdy pada pytanie o wyniki śledztwa, jakie przeprowadził dziennikarz Scott McGrath, a które dotyczyło śmierci Ashley. Wypuszczono także archiwalne plakaty najbardziej znanych dzieł Cordovy takich jak „The Legacy”, „Isolate 3”, czy „Small Evil”. Znalazły się również fragmenty przesłuchań aktorek i nagranie z ulicznej kamery video, na której przez krótki moment, najprawdopodobniej widać sylwetkę reżysera wyłaniającego się z mroku.

Kolejnymi elementami dość nietypowymi, które wykorzystała Marisha Pessl w stworzeniu swojej opowieści, a za które jest często krytykowana, to wtłoczenie w tekst m.in. kopii raportów policyjnych, zdjęć, wycinków wywiadów, artykułów i internetowych screenów, nie tylko uzupełniających fabułę, ale kreujących ją na takim samym poziomie, jak język. Wszystko to, by dać czytelnikowi złudzenie realności, namiastki prawdziwości świata i dać wzgląd we wszystko to, co widzą bohaterowie. Pozwala to samemu wyciągnąć wnioski, czy odnaleźć ukryte wskazówki. Można odnieść wrażenie, że granica pomiędzy naszym światem, a  tym z kart powieści zamazuje się, by każdy mógł na własną rękę znaleźć odpowiedzi na najważniejsze, nękające go od początku śledztwa pytania.

Chociaż Ashley i jej samobójcza śmierć stanowią element zapalny całej fabuły i napędzają następujące wydarzenia, to osobą którą śledzimy przez cały czas i odkrywamy kolejne kroki jest tak naprawdę Stanislas Cordova.  „He’s a myth, a monster, a mortal man.” („Jest mitem, potworem, śmiertelnikiem.”) Człowiek, który od samego początku tworzy własną legendę. Nazywany jest filmowym geniuszem i niedoścignionym mistrzem, którego dzieła wciąż żyją, pomimo iż on sam oficjalnie zakończył działalność i wycofał się w jeszcze bardziej nieprzebrany mrok. Jego najwięksi miłośnicy, na wzór swojego idola, ukrywają się z seansami filmów Cordovy, uznanymi za tak potworne, że wycofanymi z legalnego obiegu. Trzymają się na uboczu, chroniąc tożsamość, dbając o anonimowość, jedynie podsycając plotki na temat życia i działalności reżysera.

Filmy, tak okrutne i obnażające prawdziwą naturę człowieka, również tworzył w odosobnieniu, na strzeżonym terenie wielohektarowej posiadłości The Peak, którą odciął od zewnętrznego świata i wyposażył tak, by stać się całkowicie samowystarczalnym. W poznaniu Cordovy nie pomaga fakt, iż w jego otoczeniu wszystko i wszyscy rozmywają się. Każdy kto brał udział w produkcji jego filmów, zaraz po ukończeniu stawał się nieuchwytny, jak sam reżyser. Co więcej, często kończył pracę w przemyśle filmowym i znikał lub odchodził, by rozpocząć nowe życie, jako inna osoba. Mówiono, że jego wpływ na aktorów był tak brutalnie niesamowity i tak silny, że konfrontowani z samymi sobą, po ukończeniu scen przypominali raczej wyssane do cna skorupy, niż ludzi, którymi byli dawniej. Porównywano go do wampira, który karmi się energią innych i wysysa współpracowników do ostatniej kropli.

Gra w jego filmach, jak samo przebywanie w jego otoczeniu stanowiła nie lada wyzwanie. Stanislas Cordova kierował się zasadą życia ponad wszystko. Wgryzania się w nie i wykorzystywania aż po same kości lub głębiej. Penetrowania głębin, odkrywania najciemniejszych zakamarków duszy człowieka, eksplorowania tego, czego boimy się najbardziej. To wszystko w całkowitej samotności. W odosobnieniu. Dla niego nie istniały żadne ograniczenia – wszystkiego trzeba poznać na własnej skórze, doznać najgorszego, by, nawet jeśli pozostawiłoby to na zawsze blizny, przekroczyć nieprzekraczalne i wynieść z tego doświadczenia nową lekcję. Tylko wtedy życie ma jakiś sens i tylko wtedy życie ma prawdziwy smak. Co więcej to od nas zależy, czy zdecydujemy się w pełni skorzystać  z okazji, jakie nam oferuje, czy poświęcić ten czas na płytkie, „zwyczajne” doznania – „Sovereign. Deadly. Perfect.”

Świat Stanislava Cordovy i jego filmów to skomplikowana łamigłówka, na którą składają się miejskie legendy, magia kina, miraż produkcji filmowych, światek aktorów, życie reżysera i jego relacje z bliskimi. Czynnik ludzki zostaje zaburzony przez ten diabelski i plotkarki, często o wiele bardziej przez nas zrozumiały niż prawdziwa, namacalna rzeczywistość. Bywa, że o wiele łatwiej jest uwierzyć w to, co najbardziej iluzoryczne, bo prawda nie tylko może nas zawieść, ale sprawić, że przestaniemy wierzyć w to co niecodzienne i magiczne. Lepiej dać się ponieść, tak jak bohaterowie „Night Film”, ponad rozum, ponad ziemię, ponad niebo, życie i śmierć. Ponad to co zwyczajne i typowe. Stać się legendą, postawić wszystko na jedną kartkę i dotrzeć w mroczne otchłanie, za głosem Cordovy, za nęcącym z ciemności głosem syren.

O.

„Anthem” Ayn Rand

Bombla_Anthem

„And here, over the portals of my fort, I shall cut in the stone the word which is to be my beacon and my banner. The word which will not die should we all perish in battle. The word which can never die on this earth, for it is the heart of it and the meaning and the glory.

The sacred word:

EGO”

Dzisiaj mam dla Was kogoś bardzo wyjątkowego. Unikalnego. Nie do pomylenia z nikim innym. Amerykańską pisarkę, scenarzystkę i myślicielkę, która po dziś dzień wzbudza w świecie literatury i filozofii nie lada emocje. Ayn Rand. W Stanach Zjednoczonych przez wielu uznawana za koszmar młodości i wspomnienie wielu godzin spędzonych nad męczącą lekturą, ma też tysiące wielbicieli, a nawet instytut jej imienia. Pisarka kontrowersyjna, a jednak nietuzinkowa. 

Urodzona na początku XX wieku, w Sankt Petersburgu w Rosji, autorka dorastała w najbrutalniejszym i jednocześnie najistotniejszym momencie przemian na wschodzie. Nadchodząca krokami wielka rewolucja, wzrost siły partii bolszewickiej i przejęcie władzy przez komunistów z Leninem na czele. Wraz z nastaniem nowego porządku rodzina Rand straciła swój mały biznes i została zmuszona do nagłego upadku, w największą, bolesną biedę. Zostali pozbawieni wszystkiego na co tak ciężko pracowali. Odebrano im ich niewielki, rodzinny majątek i zrównali do swojego, idealnego w ich oczach poziomu. Gdy dowodzenie nad Związkiem Radzieckim przejął Józef Stalin, Ayn Rand pozbawiona złudzeń co do przyszłości swojego kraju, uciekła do Chicago, a stamtąd do Hollywood, kontynuując obraną przez siebie karierę scenarzystki, a z czasem pisarki.

Bukowe giganty Ayn Rand, czyli kultowy „Atlas Zbuntowany” („Atlas Shrugged”) i „Źródło” („The Fountainhead”) to wielkie, opasłe i mięsiste tomiska, zarówno w treści, jak i w formie, które z pewnością dla niektórych mogą być zbyt przytłaczające. Dlatego to właśnie „Anthem” („Hymn”), nowela wydana w 1938 roku, jest najlepszym wyborem, by rozpocząć przygodę z twórczością Rand i poznać najbardziej kluczowe i podstawowe zagadnienia jej wyjątkowej, miejscami dość skrajnej filozofii, czyli obiektywizmu.  Co więcej, tekst ten uznawany jest także za swoisty manifest polityczny, za którego podstawę przyjąć można pogardę Rand dla wszystkiego co oparte jest na socjalistycznych marzeniach o wspólnocie i narodzie jako „jednym, żywym organizmie”, którego złotą dewizą są „wolność, równość i braterstwo”.

Narratorem „Hymnu” jest Equality 7-252 (dosłownie: Równość 7-252), młody mężczyzna, który stanowi nieodłączną, niewyróżniającą się część pracującej społeczności. Jego życie to anty-utopijny koszmar ukazujący codzienną walkę o byt, strach przed okiem „wielkiego brata” w formie wszechwiedzącej Rady, która śledzi każdy, najmniejszy ruch swoich podwładnych i tłumi wszelkie zapędy wyjątkowych jednostek. W tym świecie nie ma pojedynczych osób, są tylko ludzie. Jako tłum. Bezkształtna masa, która ma podporządkowywać się wszelkim żądaniom rządzących i codziennie, aż do śmierci wykonywać narzucone z góry zadania. Próba wyróżnienia się i zwrócenia na siebie uwagi, poprzez mówienie prawdy, zwrócenie uwagi Radzie, czy wyróżnienia siebie na tle innych zawsze kończy się ostatecznym ucieszeniem, czyli egzekucją.

W dzieciństwie Equality 7-252 był świadkiem takiej właśnie egzekucji. Dokonano jej na tym, którego zwano Głosicielem Niewypowiedzianego Słowa (the Transgressor of the Unspeakable Word), czyli słowa, które użyte przez kogokolwiek zachwiałoby porządkiem kolektywu, a nawet mogłoby zburzyć porządek rzeczy i wywołać bunt. Słowo, którego nie można wymawiać to „ja”. Wyraz, forma najbardziej zakazana na świecie, wyznacznik trucizny, która okaleczyłaby biedną, nieprzygotowaną,  jednolitą społeczność. Za użycie tego słowa Głosiciel został publicznie spalony na stosie, ku uciesze nic nie rozumiejącej gawiedzi. I tylko Equality 7-252 zaczął rozumieć co skazaniec miał na myśli.

Jego własny, osobisty bunt zaczął kiełkować w momencie, gdy upadły marzenia o zostaniu myślicielem i wynalazcą na rzecz kolektywu. W zamian, Rada przyznała mu „zaszczytne”, dożywotnie miejsce jako… sprzątacza ulic. Po cichu, w jego sercu zagnieździło się poczucie niesprawiedliwości. To wtedy pojawiła się motywacja i pragnienie zmiany. Equality na własną rękę, ryzykując życiem, zaczął prowadzić małe eksperymenty. W krótkim czasie odkrył zjawisko elektryczności, by w końcu wynaleźć pierwszą żarówkę. Wszystko to z myślą o polepszeniu życia swoich współrodaków, z którymi chciał podzielić się przełomowym wynalazkiem, tak bardzo usprawniającym ich życie. Jak możecie się domyślić Equality zostaje przywołany do porządku, a Rada ze strachu odrzuca projekt i grozi mu śmiercią.

W społeczności przedstawionej przez Rand nie ma miejsca na wyjątkowość. Nie ma miejsca na unikalność. Nie można się wyróżniać, czy nawet wykazać się oryginalnością, a działania młodego sprzątacza zagrażają wszelkim ustanowionym prawom. Żywy organizm jakim jest kolektyw musi zawsze być stały. Jednolity. Oddychać miarowo, poruszać się tym samym, monotonnym ruchem. Ten świat, z góry skazany jest na upadek i porażkę, a w szarej ludzkiej masie zawsze musi znaleźć się swoisty Prometeusz. Ktoś, kto otworzy innym oczy, a przynajmniej spróbuje. Przestanie się bać nieznanego i postawi się przeciw kategorycznym zakazom tyranii. Ktoś, kto rozświetli tunel i wskaże, chociażby nielicznym, przeciwną ścieżkę, którą można podążyć przy odrobinie wysiłku.

Historia Equality 7-252 to opowieść stara jak świat. O pierwszym buntowniku. Kimś wyjątkowym, kto narażając swoje życie przeciera szlaki innym. Otwiera nowe możliwości. Oczywiście, by on mógł istnieć, musi istnieć także bezkształtny tłum, w kółko powtarzający te same frazesy, zastygły umysłowo, żyjący w strachu przed nowościami i tymi, którzy potrafią manipulować jego prostymi instynktami. Z tego strachu rodzi się nienawiść – do inności, do pomysłowości, do indywidualizmu. Tę nienawiść zbiorowości Ayn Rand brutalnie odrzuca tworząc nowy nurt, oparty na silnym antropocentryzmie, gdzie to człowiek, jako stabilna jednostka, kierująca się autonomicznym rozumem, ma pełne prawo decydować sam o sobie, podążać za własnymi pragnieniami i do upragnionego celu, którym jest szczęście. Wszystko to w obrębie racjonalnego prawa i moralności, w państwie, w którym zawsze można być sobą, wybierać swoją ścieżkę i rozwijać wyjątkowe umiejętności.

Filozofia Ayn Rand ma to do siebie, że można jej albo nienawidzić całym sobą i definitywnie odrzucać, albo potraktować ją jako inspirację do samodoskonalenia i ulepszania siebie. Można ślepo podążać za wszystkimi – tym niemym, głuchym i bezkształtnym tłumem, który mówi dużo i jednym głosem, lub oderwać się, zyskać autonomię i stać się samodzielną, wyjątkową jednostką, która nie pędzi za kolektywem. Odważyć się być sobą i całe życie podążać za własnymi ideałami, podwyższając poprzeczkę. Nie zwracając uwagi na innych, zawsze mieć własne zdanie i nie bać się nim dzielić. Być wyzwolonym od przymusu myślenia ogółu i nigdy nie dać się zniewolić, dążąc naprzód jako człowiek, nigdy ludzie.

O.

„Angelfall” Susan Ee

Bombla_Angelfall

Po wilkołakach, wampirach i wszelkiego innego rodzaju nieumarłych na literackich salonach zapadła moda na anioły. Tym razem jednak nie w przesłodzonej, zaróżowionej romantycznymi wizjami, eterycznej postaci, ale w wersji mrocznej. Anioły straciły swoją niewinną poświatę, przestały być wysłannikami odwiecznego dobra i Boga. Nastała era aniołów z pogranicza życia i śmierci, światła i ciemności, nieba i piekła. Nawet ich charakter nabrał dwuznaczności, upodabniając ich bardziej do śmiertelników niż istot ukazywanych dotąd jako idealne. Stali się słabsi, bardziej ludzcy, podatni na czające się w mroku zło, a jednocześnie na tyle silni, by móc zagrozić chwalącej je i modlącej się do nich ludzkości. Jedną z takich demoniczno-anielskich wizji pokazała Susan Ee, tym samym rozpoczynając swoją najnowszą młodzieżową trylogię zatytułowaną „Angelfall”.

Pomysł na fabułę był prosty i intrygujący. Na niespodziewającą się niczego Ziemię napadają bezwzględni wysłannicy nieba, czyli anioły. W kilka miesięcy świat zamienia się w krwawą arenę i jest świadkiem upadku ludzkości. Inwazja postępuje systematycznie, część ludzi godzi się z nowym porządkiem, inni schodzą do podziemia i zaczynają walkę o wolność, żyjąc niczym szczury i chowając się przed skrzydlatym najeźdźcą. Kim są anioły stworzone przez Susan Ee? To istoty niemal perfekcyjne. Piękne, dostojne, potężne zarówno w wielkości, jak i sile. Z wyglądu przypominają doskonałe rzeźby, bez żadnej, najmniejszej nawet skazy. Są muskularni, wysocy, o nieskazitelnej skórze. Różnią się między sobą płcią, karnacją i kolorem włosów, oczu i skrzydeł. Są wyszkoleni i zorganizowani, przywodząc na myśl niebiańską armię. Jednak jak to w każdej armii bywa (tym bardziej armii bez jednego konkretnego dowódcy), od czasu do czasu zdarzają się buntownicy. Ktoś, kto nie do końca zgadza się z narzuconymi rozkazami i ustalonymi zasadami. Taki właśnie ktoś, tutaj anioł Raffe, zostaje skazany na najbrutalniejszą karę z możliwych – odcięcie skrzydeł i śmierć wśród żerujących na osłabione ciało ludzi.

Tak zaczyna się historia „Angefall”. Jej narratorką jest siedemnastoletnia Penryn, która już od pierwszej strony w prosty i dosadny sposób kreśli obecną sytuację. Bohaterka codziennie musi przemieszczać się z miejsca na miejsce, uciekać pod osłoną zmierzchu, szukając schronienia w opuszczonych i zdewastowanych budynkach. Nie jest sama, bo razem z nią ucieka jej matka i młodsza siostra – Paige, siedmiolatka ze sparaliżowanymi nogami, przykuta do wózka inwalidzkiego. Nie mają wystarczającej ilości prowiantu, nie mają domu, a śmierć czeka nie tylko z ręki aniołów, ale także szwendających się po ulicach brutalnych ludzkich gangów.

Akcja rozgrywa się bardzo szybko, bez dodatkowych, zbędnych opisów. Wszystko dzieje się tu i teraz – kilku aniołów skazuje na śmierć jednego ze swoich i zostawiają go na pastwę losu. Penryn ratuje nieprzytomnego anioła, ukrywa go i jego odcięte skrzydła w jednym z opuszczonych budynków, pielęgnuje i jednocześnie próbuje chronić matkę i siostrę. Niestety, ich kryjówka zostaje odnaleziona, Paige zostaje porwana do tak zwanego „gniazda”, czyli głównej siedziby najeźdźców, a oszalała matka ucieka, zostawiając córkę na pastwę losu. Ocalały anioł o imieniu Raffe postanawia pomóc Penryn odnaleźć siostrzyczkę, jednocześnie sam mając własny plan odzyskania odciętych skrzydeł i powrotu do swoich pobratymców.

W kolejnych rozdziałach akcja przyspiesza, robiąc się niepotrzebnie przewidywalna. Pojawia się ruch oporu, a między aniołem i dziewczyną rodzi się – a jakże! – intensywne, romantyczne uczucie. Złowieszczy anioł staje się ujarzmionym potworem, kolejnym bohaterem bez skazy, mężczyzną doskonałym, którym Penryn zachwyca się co kilka stron, i o którym snuje śmieszne erotyczne fantazje, nijak mające się do rzeczywistości. To właśnie główna bohaterka jest największym minusem całej historii. O ile przewidywalność treści można by spokojnie przełknąć i dać ponieść się opowieści o zemście i miłości, tak Penryn miejscami dość skutecznie nas od tego odciąga.

Jej główną wadą jest to, że tak naprawdę jest wtłoczoną w ciało siedemnastolatki mieszanką dorosłej kobiety i rozchwianego dziecka. Autorka nie potrafiła stworzyć rzeczywistej postaci, która pozwoliłby na utożsamienie się z nią i zwyczajne polubienie jej. Penryn dziecinnie się przekomarza, jest emocjonalnie niedojrzała, a jednak próbuje stwarzać iluzję dorosłości i dojrzałości, opisując fantazje o Raffem, a także posiadając umiejętności dorosłej kobiety i… wyszkolonego żołnierza. Jest silna, zna sztuki walki, była odpowiedzialna za losy całej rodziny i w związku z tym ma za sobą dramatyczne przeżycia, które mają nadać jej życiu mroczny element. Wszystko to nie przeszkadza w zamianie co jakiś czas w femme fatale i próbach uwiedzenia kroczącego u jej boku męskiego ideału. Całość wychodzi sztucznie, a Penryn staje się kolejną przerysowaną i wyidealizowaną Mary Sue literatury młodzieżowej **.

Szkoda, bo „Angelfall” ma świetnie zarysowane podstawowe koncepcje, które być może autorka pociągnie w kolejnych tomach. Najlepszym przykładem są same anioły, które poza tworzeniem świetnie wykwalifikowanej armii są potraktowani w powieści jako rasa doskonała – „naziści nieba”, którzy dopuścili się holokaustu ludzkości. Po apokalipsie, w odosobnionych placówkach, prowadzą genetyczne eksperymenty i wykorzystują naiwnych przy tworzeniu demonicznych mutacji.

Na tle pop-literatury młodzieżowej, która szturmem zdobywa w ostatnich latach rynek wydawniczy, Angelfall wypada korzystnie – jest dobrze napisaną, porządną historią (o nieco niefortunnie dobranej głównej bohaterce), która może sprawić swoim czytelnikom wiele radości i umilić książkowe wieczory. Pomimo paru niedociągnięć, historia Penryn wciąga, a anielska postapokalipsa to przyjemny, świeży pomysł fabularny, który przykuwa uwagę i zaciekawia. „Angelfall” – jako urban fantasy i paranormalny romans w jednym – wypada naprawdę nieźle w porównaniu ze „Zmierzchem” i wieloma podobnymi mu klonami.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 7 września, a którą można przeczytać także TUTAJ.
** Kilka słów o koncepcie MARY SUE: http://pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Sue

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman

Bombla_DziewczynaZeSniegiem

Szwecja. To dziwne miejsce. Już kiedyś napisałam to zdanie, przy okazji „[geim]” Andersa de la Motte i szwedzkiego umiłowania zbrodni. Wciąż uważam je za jak najbardziej aktualne i świetnie określające atmosferę tego północnego kraju. O ile powieść „[geim]”, podobnie jak trylogia Millenium Stiega Larssona opowiadały przede wszystkim o zbrodniach typowo miejskich, których akcja działa się w szwedzkich metropoliach, o tyle powieść „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman za miejsce fabuły obrała sobie Hadfors – małe miasteczko na północy kraju. Oczywiście niezupełnie przypadkowo. Autorka oparła swoją historię, przynajmniej po części, na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce właśnie tam, w 2001 roku.

Sami wiecie jak to bywa z małymi miasteczkami. Tym bardziej takimi odizolowanymi. Na uboczu. Gdzieś w środku lasu. Na pierwszy rzut oka wydają się być enklawami spokoju. Panująca wokół cisza, z dala od zgiełku miejskiego życia i uśmiechnięte twarze mieszkańców stwarzają pozory małego raju na ziemi. Każdy wydaje się być pomocny, otwarty i taki… dobroduszny. Ale jak każda odosobniona miejscowość, której społeczność od lat żyje sama ze sobą, wśród tych samych twarzy, i w której każdy zna innych na wylot, kryje w sobie sekrety, znane wyłącznie miejscowym. A ci gotowi są bronić i chronić ich do ostatniej kropli krwi. Bywa, że te tajemnice są niewinne, nawet błahe, przynajmniej z perspektywy obcego przybysza nic nieznaczące. Jednak bywa, że są to mroczne i smutne sekrety, ukrywane od lat przed oczami ciekawskich. Często zaskakujące i straszne. Takie, które doprowadziły do krzywdy wielu niewinnych osób.

Właśnie taką historię opowiada w „Dziewczynie ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman. Wszystko zaczyna się morderstwem. My, czytelnicy, jesteśmy świadkami okrutnej zbrodni wyrządzonej na młodej dziewczynie. Mężczyźnie udaje się ukryć ciało i bezpiecznie uciec, nie zwracając niczyjej uwagi. Jest środek typowej szwedzkiej zimy, prawie dwadzieścia stopni mrozu. Na dodatek trwa sylwestrowy wieczór i większość mieszkańców spędza ten czas w domach ze znajomymi i rodziną. Nie trzeba martwić się o niewygodnych świadków. Tak wstępnie zarysowuje się fabuła powieści, której główna bohaterka Magdalena Hansson, dziennikarka, która po latach wraca w rodzinne strony, próbuje zrozumieć i rozwikłać tajemnice dręczące Hadfors.

Nie przez przypadek bohaterka jest mieszkańcem powracającym, kobietą od dziecka znaną i lubianą w społeczności.  W ten sposób jest „swoja” od zawsze i nie musi wkupywać się od nowa w łaski miejscowych. Jej powrót nikogo nie dziwi, tym bardziej w jej życiowej sytuacji. Nie musi niczego nikomu udowadniać, wszystko jest dokładnie tak jak dawniej, a przynajmniej tak się jej z początku wydaje. Gdy na własną rękę rozpoczyna dziennikarskie śledztwo zaczyna odkrywać, że nie wszystko w Hadfors jest takie idealne i spokojne, jak myślała z początku i prawdopodobnie nigdy do końca takie nie było. Jednocześnie, Magdalena czuje się silnie związana z tym małym światkiem i po części rozumie motywacje swoich współmieszkańców.

Ninni Schulman dotknęła w powieści tematu, który pisarze szwedzkich kryminałów bardzo często wspominają w swoich książkach. A mianowicie: nielegalnego handlu ludźmi, a dokładnie kobietami z krajów Europy wschodniej. Co za tym idzie prostytucji, przemocy wobec kobiet i wielkiej skali tego zjawiska, traktowanego jako intratny biznes i dodatkowa, prowadzona na boku działalność. Autorka była świadkiem procesu, jaki miał miejsce właśnie w Hadfors, a który dotyczył zmuszania nastolatek z Mołdawii do prostytuowania się przez jednego z miejscowych. I chociaż fabuła „Dziewczyny…” jest jedynie luźno oparta na tej sprawie, to przeraża sama świadomość zbrodni „prawie doskonałych”, tej gry pozorów i podwójnego życia sielankowego miasteczka.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny portret miasteczka i jego mieszkańców, którzy szczelnie ukrywają się za perfekcyjnie zbudowanymi fasadami. Panuje między nimi zmowa milczenia. Odwracają wzrok od tego co mogłoby zwrócić uwagę obcych, więc wypierają to za wszelką cenę i udają, że nie istnieje. Byle nie skompromitować siebie, swojej rodziny i przyjaciół w oczach reszty świata. Niepotrzebny jest rozgłos, a ciekawość może jedynie prowadzić do ujawnienia prawdziwego stanu rzeczy. Dla nich to codzienność. Normalność i nie widzą w tym nic złego. W końcu robią to, by chronić najbliższych. Ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

Wymiar społeczny ukazany przez Schulman w powieści jest najważniejszym jej aspektem. Realia szwedzkiej prowincji ukazane strona po stronie rysują prawdę na temat mieszkańców Hadfors. Miejsca, w którym przemoc wobec kobiet jest na porządku dziennym. I to nie tylko ta związana ze handlem ludźmi, czy prostytucją. Gdzie zastraszanie lub „delikatna” perswazja dają lepsze rezultaty niż zwykła, szczera rozmowa. Gdzie kryzys dotarł tak samo, jak do reszty kraju. Miasteczka na wskroś szwedzkiego, w którym króluje ukryta depresja i pragnienie ucieczki jak najdalej od czujnych oczu sąsiadów, od lat powielanych schematów i zastoju kulturowego.

„Dziewczyna ze śniegiem we włosach” to idealny szwedzki kryminał. Ninni Schulman zadbała o realia i perfekcyjne dopracowanie swoich bohaterów. Jak to w Szwecji bywa, nie ma tu niczego na wyrost. Atmosfera jest mroźna, surowa i prosta. Nikt niepotrzebnie się nie wypowiada. Każda akcja podejmowana jest metodycznie i bardzo konkretnie.  Najważniejszy jednak jest realizm tej opowieści. Przeraża, że została oparta na faktach i to nadaje jej dodatkowego elementu, który sprawia, że nie można się od niej oderwać. I w końcu ostrzega nas, by zawsze być ostrożnym i nie dać zwieść się pozorom, bo prawda może nas w każdej chwili nieprzyjemnie zaskoczyć.

O.

„The Complete Stories” Flannery O’Connor

Bombla_Flannery

Już od dłuższego czasu myślałam o tym, w jaki sposób opisać Wam moje pierwsze spotkanie z twórczością Flannery O’Connor. Jak zmieścić wszystko co chciałabym napisać, gdy w grę wchodzi ponad trzydzieści opowiadań i nowel – prawie cały literacki dorobek twórczy tej wyjątkowej pisarki amerykańskiego Południa? Z pewnością zauważyliście już, że jeszcze nigdy nie pisałam na Buku o opowiadaniach. Różne ich tomy pojawiały się w rekomendacjach i poszczególnych zestawieniach, ale wpis jako taki o żadnych z nich jeszcze nie powstał. Jednak Flannery O’Connor jest na tyle istotna dla współczesnej kultury Stanów Zjednoczonych, a jej dorobek tak ciekawy, że postanowiłam zaryzykować i wprowadzić mały wyjątek na bukowe strony.

Flannery O’Connor to tajemnicza i nietuzinkowa postać w amerykańskiej kulturze. Urodzona w Georgii pisarka wychowana była na nowoczesną dziewczynę z Południa  – dumną, wyniosłą i głęboko wierzącą, ale jednocześnie porządnie wykształconą młodą myślicielkę. Uczęszczała do najlepszej szkoły, zdobyła wyższe wykształcenie i swoim talentem podbiła serca wykładowców prestiżowej uczelni. Z łatwością wślizgnęła się w śmietankę towarzyską Nowego Yorku, pozostając ekscentrycznym odludkiem pisarskiego światka, ciągle rozwijającym warsztat i stawiającym sobie coraz wyższą poprzeczkę. Gdy okazało się, że podobnie jak jej ojciec cierpi na dziedziczną chorobę układu odpornościowego, z czasem, Flannery wróciła na Południe i tam zamieszkała na farmie, hodując pawie i inne ozdobne ptactwo. Zmarła mając trzydzieści dziewięć lat, pozostawiając po sobie eseje, dwie powieści i najbardziej znane – opowiadania.

Zbiór „The Complete Stories” wydany w 1971 roku mieści wszystkie trzydzieści jeden opowiadań i noweli napisanych przez autorkę między rokiem 1947 a 1965, a które osobno pojawiały się przez lata w różnych czasopismach i mniejszych zestawieniach. Zbiór zdobył Narodową Nagrodę Literacką przyznawaną za wybitne osiągnięcia i wkład w literaturę amerykańską obywatelom Stanów Zjednoczonych. O każdym z nich z osobna można by napisać esej i w każdym z nich można by pewnie wciąż odkrywać coś nowego. Niemniej jest kilka głównych tematów, które stanowią podstawę twórczości Flannery O’Connor, na których opierała i budowała swoje poszczególne historie.

Po pierwsze, dychotomia dobra i zła. Może zabrzmi to banalnie, ale u Flannery O’Connor nawet „poczciwa” walka dobra ze złem nie jest wcale tak oczywista, jak z pozoru mogłaby się wydawać. W jej opowiadaniach zło kamufluje się i przybiera formy tych najbardziej niewinnych osób, których nikt o zdrowym rozsądku nie posądziłby o niecne intencje.  Zło przywdziewa nieprawdopodobne maski i operuje najbardziej wyrafinowanym językiem, byle nie wyjawić swojej obecności. Jest tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. Bywa, że chowa się w niewinnej, małej dziewczynce, której prawdziwa natura objawia się tuż przed śmiercią. W młodym, sympatycznym i szczerym komiwojażerze sprzedającym Biblie po okolicznych farmach. A nawet w eleganckiej kobiecie z wyższych sfer, która życie poświęca na działalność charytatywną i pomoc biedniejszym od siebie. Zło zaskakuje na każdym kroku i „napada” na bohaterów, którzy nijak tego ataku się nie spodziewali. Jednocześnie, uważny obserwator jest w stanie wychwycić te „tiki” zła, przebłyski okrucieństwa i czekać na ich wybuch, który O’Connor potrafi przedłużać się aż do ostatniego zdania.

Najbardziej przeraża podatność na wszechobecną niegodziwość. Naiwne postacie, które zagubione podejmują zawsze złe decyzje wpadają w sprytnie zastawione sidła i płynnie zmierzają ku niechybnej zagładzie. Napięcie budowane w opowiadaniach bywa miejscami bolesne i pozostawia czytelnika, jak i wielu bohaterów, z poczuciem niemocy, a nawet pustki w sercu. Szok i zawód są tak wielkie, że nie można sobie nawet wyobrazić co odczuwają ludzie na kartach książki.

Drugim aspektem wszechobecnym w prozie amerykańskiej pisarki jest rasizm. Problem naturalnie wpisany w świadomość Południa i przekazywany „we krwi”  z pokolenia na pokolenia. Flannery O’Connor w zupełnie pozbawiony świadomości wyrządzanej krzywdy, jedyny sobie znany sposób, posługuje się przez te wszystkie lata słowem „nigger” (dosłownie, bardzo obraźliwie „czarnuch”) w stosunku do wszystkich swoich czarnoskórych bohaterów. Zaskakuje ten dziwny brak ogłady, tym bardziej że sama pisarka uważana była za ekscentryczną, ale dobrze wychowaną młodą kobietę, obytą w świecie. A jednak, O’Connor nawet w prywatnej korespondencji opisywała w ten sposób współmieszkańców okolic i znajomych o odmiennym kolorze skóry. Wielu przypisuje to właśnie tej wyrazistej „południowości” z jaką całe życie miała styczność pisarka, a od której nigdy tak naprawdę się nie odżegnała.  Przysłużyły się ku temu również zmiany obyczajowe, jakie zachodziły w społeczeństwie i kulturze okresu powojennego i walki o wolność rasową. Były one zupełnie niezrozumiałe i nie do przyjęcia przez zatwardziałych Południowców z jej otoczenia. Za pewnik możemy przyjąć, że w pewnych miejscach nic się nigdy nie zmienia i już nigdy nie zmieni.

A to z kolei prowadzi do trzeciej, ważnej kwestii poruszanej u O’Connor, czyli konfrontacji nowego i starego porządku. Wpisują się w to zarówno zderzenie Północy i Południa, które w tamtych latach były bardzo intensywnie widoczne, różnice światopoglądu starego i nowego pokolenia i te pomiędzy farmerską wsią, a mentalnością miejską. Te trzy elementy kumulują się tworząc smutne opowieści o wykorzenionych starcach, wtłoczonych w nowojorską, porażającą rzeczywistość, gdzie wszystkie tak widoczne na Południu różnice zacierają się na ulicach wielkiej metropolii. Kobiety równe mężczyznom. Brak szacunku do tradycji. Mieszkanka kulturowo-rasowa nie do pomyślenia za starych, „lepszych” czasów. Bohaterowie pojawiają się niczym uchwyceni między przenikaniem przeszłości z przyszłością, nierozumiejący istoty zmian i konieczności przystosowania się. Z tego rodzi się ignorancja, poczucie niemocy, a w końcu alienacja i pozostawienie samemu sobie na śmierć, z dala od wyimaginowanego „domu”, gdzieś na polach kukurydzy, wśród „swoich”.

Wszystko to w duchu głęboko zakorzenionej w mentalności Południa wiary i religijnego poświęcenia mieszkańców tzw. pasa biblijnego, czyli Bible Belt. Wydarzenia są tu opisywane niczym przez krzywe zwierciadło, które wyolbrzymia każde złe przyzwyczajenie, każdy zły nawyk i w ogóle każdy aspekt zła drzemiącego w człowieku. Bo człowiek, według Flannery O’Connor, to zlepek wielu wad, zdeformowany przez własne złe instynkty. Ta deformacja nie jest tu fizyczną ułomnością (fizycznie zdeformowane postacie są zazwyczaj dobre i na swój sposób czyste i nieskalane), ale ułomnością ducha, która wychodzi z nas na każdym kroku. Fizyczne piękno często idzie w parze z „gnijącym” wnętrzem. Doskonałość zewnętrzną równoważy zdeprawowany charakter. Wszystko ma swój cel, idealnie zazębia się, tworząc doskonały portret ludzkości jako ogółu, który pisarka podsumowała kiedyś słowami: „We’re all grotesque” („Wszyscy jesteśmy groteskowi”).

W swojej twórczości pisarka ukazuje nam zwykłych ludzi w niecodziennych sytuacjach, wystawionych na dziwne próby i doświadczenia, trudne do zrozumienia i odbiegające od normalności. Odstają od niej, a jednocześnie mieszczą się w tym co realne i prawdziwe. Chodzi tu o realizm zachowania i reakcji bohaterów na to co nieoczekiwane, często zagadkowe. O’Connor konfrontuje ze sobą światopogląd każdego ze swoich bohaterów ze światopoglądem innych, czyli jedną prawdę z drugą, ukazując dystans pomimo pozornej, zarysowanej poprzednio bliskości.

Gdybym miała zaryzykować pewną teorię powiedziałabym, że groteska Południa to bardziej udramatyzowana i stąpająca twardo po ziemi amerykańska wizja realizmu magicznego. Swojskie zjawisko, które nie mogło zajść nigdzie indziej poza waśnie tradycyjnym Południem Stanów Zjednoczonych, gdzie zwyczajność co krok napotyka inność i wchłania ją, przystosowując do własnych potrzeb.

Jak pisała sama Flannery O’Connor, czytelnicy wkraczający w ten groteskowy świat nie za bardzo są przygotowani na to co tu napotkają. Każdy chciałby być albo skazany na pozorne potępienie („mock damnation”) albo na pozorną niewinność („mock innocence”), a jej wizjonerskie opowiadania zostawiają nas raczej w stanie swoistego zawieszenia. Osaczonych przez własne, wielokrotnie powielane, wyostrzone odbicia, które uzmysławiają nam naszą prawdziwą naturę. I wiecie co, coś w tym jest… Łatwiej nam pogodzić się z ostatecznością, napotkać wyczekiwany kres, niż zostać sam na sam z samym sobą, będąc zmuszonym do wiecznego poszukiwania własnej autentyczności.

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum Lucky McKee

Bombla_NotSam2

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tożsamością człowieka? Nad tym, kim człowiek jest, tam  głęboko w środku? Co świadczy o byciu tą, a nie inną osobą? Czy kieruje nami ciało, czy może umysł? Gdzie leży ta cienka granica pomiędzy naszą osobowością a tożsamością? Czy jest pomiędzy nimi jakaś konkretna różnica? Te i wiele innych filozoficznych pytań może zadać sobie czytelnik po lekturze najnowszej noweli Jacka Ketchuma napisanej wspólnie z Luckym McKee, zatytułowanej „I’m Not Sam” (tak naprawdę noweli „I’m Not Sam” i epilogu „Who’s Lilly?” wydanych pod jednym wspólnym tytułem).

Jack Ketchum to pisarz wyjątkowy. Zawsze kontrowersyjny. Przywołuje na papierze najniższe ludzkie instynkty. Opisuje nasze najgorsze lęki. Zbrodnie, o których boimy się nawet mówić na głos, a co dopiero o nich czytać. Ten pisarz bawi się naszym strachem i jest w tym przerażająco dobry. A kim jest Lucky McKee? McKee to reżyser, scenarzysta i dobry przyjaciel Ketchuma, z którym wielokrotnie współpracował przy filmowych adaptacjach powieści takich jak „Kobieta” (trzecia pozycja cyklu „Poza Sezonem”) czy „Red”, często współtworząc także ich fabułę. „I’m not Sam” z początku miała być jedynie scenariuszem, jednak podobnie jak w poprzednich przypadkach historia rozwinęła się na tyle, by ostatecznie stać się pełną książką.

„I’m Not Sam”, czyli „Nie jestem Sam” (nowela nieprzetłumaczona jeszcze na język polski), wydana została pod koniec 2012 roku, z miejsca podbijając serca fanów i jednocześnie wywołując liczne dyskusje na temat moralności. Bo widzicie, „I’m Not Sam” to historia wyjątkowo kontrowersyjna, poruszająca temat etycznie i filozoficzne trudny. Taki, który nie do końca można nawet wytłumaczyć, bo dotyczący tego, co w człowieku najbardziej tajemnicze. Najtrudniejsze do prostego opisania i sklasyfikowania. A mowa tu o ludzkiej tożsamości.

„I’m Not Sam” to prosta opowieść napisana przystępnym, łatwym do zrozumienia językiem. Nie ma tu zagmatwanych metafor, nie ma niezrozumiałej symboliki. A jednak Ketchum i McKee potrafili sprawić, że aż strach powrócić do tej historii. I jednocześnie ciężko o niej zapomnieć.

Czytelnik ma przed sobą małżeńską sielankę. Samantha (zdrobniale Sam) i jej mąż Patrick żyją ze sobą już od ośmiu lat. Są parą doskonałą. Oboje znają siebie na wylot. Znają wszystkie swoje sekrety. Swoje najskrytsze pragnienia. Swoje ciała i charaktery. Nie mają przed sobą żadnych tajemnic, bo nigdy nie było potrzeby ukrywania czegokolwiek. Każde z nich ma wyjątkową pracę: Sam jest patologiem, której specjalizacją są najgorsze kryminalne przypadki, czyli gwałty, samobójstwa czy brutalne morderstwa; natomiast Patrick to twórca serii krwawych komiksów. Mieszkają w dużym domu na przedmieściach i tam wspólnie dzielą swoje szczęście.

Idylla kończy się jednak pewnej nocy, po pełnym namiętnej miłości wieczorze. Patricka budzi ciche pochlipywanie. Całkowicie zaspany, nie potrafi rozpoznać głosu. Szloch pochodzi od dziecka, nie dorosłej osoby. Jego szok jest tym większy, kiedy w rogu sypialni dostrzega swoją żonę, całkowicie nagą, z wyrazem zagubienia na zapłakanej twarzy. Gdy próbuje dowiedzieć się, co takiego przydarzyło się Sam, spokojnym głosem powtarzając jej imię, ni stąd ni zowąd kobieta wykrzykuje I’m Not Sam! i podaje swoje „prawdziwe” imię, czyli Lilly. Z początku Patricka nachodzi konsternacja i niedowierzanie… A chwilę potem atakuje go wielki strach.

W ciągu kilku chwil Sam staje się Lilly – małą, wystraszoną, pięcioletnią dziewczynką uwięzioną w ciele dorosłej kobiety. Jej zachowanie zmienia się diametralnie. Sepleni, nie umie prawidłowo budować zdań złożonych, jedyne, czego pragnie, to zabawki i słodycze, podobnie jak prawie każda dziewczynka w tym wieku. Lekarze nie potrafią znaleźć racjonalnej przyczyny problemu. Nie ma żadnych konkretnych fizycznych objawów poza zmianą samego zachowania. Podejrzewają rozdwojenie jaźni albo, ku przerażeniu Patricka, syndrom osobowości mnogiej.

W tym czasie Patrick z kochającego, namiętnego męża musi zamienić się w kogoś na kształt ojca. Im dłużej Sam trwa w tym dziwnym, dziecięcym stanie, tym bardziej krępująca staje się sytuacja w domu. Bo przecież jej ciało nie potrafi kłamać. Jest dorosłą kobietą, której umysł „uprowadził” jej prawdziwe „ja”. Jej wizja samej siebie (czym wyraża się ludzka tożsamość) jest zaburzona i zablokowana – Sam nie umie walczyć o jej odzyskanie. Zwyczajnie „stała się” Lilly i nic nie można na to poradzić. Tylko w jaki sposób ma ją traktować jej własny mąż? Czy zachowanie Sam sprawiło, że faktycznie zmieniła się w jego oczach (i w oczach czytelnika) w małą dziewczynkę? By się przekonać, trzeba zrobić to, co najpotworniejsze. Trzeba poświęcić moralność.

„I’m Not Sam” to opowieść, o której nie łatwo zapomnieć. Ketchumowi i McKee udało się naruszyć tabu. Zachwiać pewną granicą. Wzburzyć czytelnikami. Wzniecić pytania i niezdrową ciekawość o to, jak daleko sięga nasza moralność, jak bardzo gotowi jesteśmy nagiąć nasze systemy etyczne. Nie znajdziemy w tej historii konkretnych odpowiedzi. Nie przeżyjemy wewnętrznego oświecenia. Zostaniemy sami ze swoimi myślami. Jedni po lekturze będą zszokowani, inni zagubieni, a jeszcze kolejni zawstydzeni akceptacją tego, co się wydarzyło. Jedno jest pewne: ta historia żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 25 maja, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Moby Dick” Herman Melville

Bombla_MobyDick

 

„Oh, the rare old Whale, mid storm and gale In his ocean home will be A giant in might, where might is right, And King of the boundless sea.”

                                                   /Whale Song/

Mówią, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tworzy najlepsze opowieści. Kreuje największe legendy. Te dobre, pełne bohaterskich czynów i poświęcenia, ale także te najmroczniejsze, które czyhają w ciemnościach i głębinach, czekając by je odkryć. Jedną z takich historii jest mit lewiatana. Potwora morskiego, olbrzymiej istoty, która zamieszkuje oceany ziemi i tam poluje, od czasu do czasu napotykając na swej drodze człowieka. O lewiatanie krążą legendy od początku istnienia rybołówstwa. Zatopione łodzie rybackie. Zaginione załogi. Zmiażdżone olbrzymie okręty. Tysiące podobnych opowieści, w które aż trudno uwierzyć, a które w literaturze powracają od wieków. Lewiatan zawładnął wyobraźnią marynarzy i ludzi związanych z morzem. Nie ma przed nim ucieczki i nie ma odwrotu. Lewiatan jest niepodzielnym władcą swojej morskiej krainy.

Dzisiaj już wiemy, że lewiatan to jedynie legenda. Nie istnieje, a może istnieje, ale z pewnością nie jest potworem. Nie jest zabójcą, krwiożerczą bestią, która poluje wśród fal. Legendarny lewiatan to po prostu wieloryb, kaszalot – największy ze swojego gatunku, od lat zagrożony wyginięciem. Współcześnie jedno z najspokojniejszych i pokojowo nastawionych istot na ziemi. Takich, które trzeba chronić, bo w każdym momencie, w chwili nieuwagi, mogą zniknąć na zawsze i nigdy się nie odrodzić. Jednak jak to z legendami bywa, każda niesie w sobie cząstkę prawdy i oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.

W pierwszej połowie XIX wieku,  opowieści o statkach staranowanych przez gigantyczne wieloryby nie schodziły z pierwszych stron gazet. Niektóre przeszły do historii, jak na przykład zatonięcie wielorybniczej jednostki Essex w 1820 roku. Cudem ocalała załoga przez kilka miesięcy dryfowała na małych łodziach, cierpiąc głód i choroby, ostatecznie zmuszona dokonywać aktów kanibalizmu na swoich współtowarzyszach. Z jej kilkudziesięciu członków przeżyło zaledwie kilku. Historię ataku na Essex spisał jej pierwszy oficer – Owen Chase, którego relacja zainspirowała jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy – Hermana Melville’a.

„Moby Dick, albo Wieloryb” (w oryginale „Moby-Dick or the Whale”) to literackie arcydzieło należące do kanonu światowej literatury, a którego wydanie w 1851 wcale nie zwiastowało jej późniejszego sukcesu. Powieść  bardzo nietypowa, fikcyjna relacja tragedii, której autor spóźnił się z tematem o kilka lat. Jednocześnie opus magnum Hermana Melville’a, któremu poświęcił lata swojego życia, i dla którego sam zaciągnął się na statek wielorybników. Pełna symboli, biblijnych odniesień i metafor to historia obsesji tak wielkiej, że niosącej zagładę wszystkim, którzy podejmą się iść jej tropem.

Narratorem opowieści jest Ishmael, zagubiony młody marynarz, który nie do końca potrafi odnaleźć się w swojej rzeczywistości. Symbolicznie oderwany od świata, wyrzutek, postanawia zaciągnąć się jako harpunnik i nadać swojemu życiu nowy sens. To jego oczami poznajemy społeczność wielorybników i ich własną, odosobnioną od ogółu świata kulturę. Zaskakuje ich otwartość i tolerancja. Wielorybnicy do wszystkiego odnoszą się z niewymuszoną prostotą i ironicznym dystansem do życia. Nie oceniają pochopnie. Na nikogo nie patrzą z góry. Każdy może zaciągnąć się na statek i dołączyć do ich grona, byleby był szczery i potrafił poświęcić się ciężkiej pracy na wielkich wodach.

Ishmael dołącza do nietuzinkowej załogi statku Pequod, której kolejny rejs planowany jest na trzy następne lata. Jednostki obytej w wodnych bojach, znanej ze swoich połowów i zysków jakie przynosi swoim właścicielom. Poza miejscowymi i pochodzącymi z nowego kontynentu, doświadczonymi oficerami, w jej skład wchodzą również trzej czarnoskórzy „kanibale”, jak ich nazywa narrator, harpunnicy równie obyci w morskich bojach i doświadczeni w wielu wielorybniczych przygodach. Bez uprzedzeń. Bez swady. Załoga, której przyświeca jeden wspólny cel. Przynajmniej tak się z początku wydaje.

Na czele wyprawy stoi kapitan Pequoda – postać, o której krążą legendy, budzący strach i respekt, przez wielu uważany za szalonego – kapitan Ahab. „Moby Dick” to tak naprawdę jego historia. Pragnienia zemsty i jego wielkiej, nieogarniętej obsesji, by upolować monumentalne zwierzę. Dla niego Moby Dick symbolizuje największe zło istniejące na ziemi. Biały wieloryb, mutacja matki natury, przemierzający fale Pacyfiku, który zatopił kilkadziesiąt statków, stoczył walkę z setkami marynarzy, a samemu Ahabowi odgryzł nogę w ostatnim pojedynku. Nieposkromiony i niebezpieczny, jest zmorą wszystkich przemierzających oceany statków i to właśnie kapitan z Nantucket jest tym jedynym, który go pokona.

Ishmael dzieli się z nami wszystkimi spostrzeżeniami początkującego wielorybnika. Każdy rozdział powieści to kopalnia wiedzy na temat tych morskich ssaków i chociaż narrator nie nazywa ich ssakami, ale rybami, wszystkie fakty, historie i opowiastki są precyzyjnie opisane, tworząc mini-encyklopedię wielorybnictwa. Czytelnik ma szansę bezwiednie zanurzyć się w ten świat, stanąć na pokładzie Pequoda i czekać na wielki połów. Ale niebezpieczna monomania Ahaba jest zaraźliwa. Z czasem słowa Ishmaela zostają skażone wizją białego wieloryba. Od tego momentu cała załoga ma obowiązek wypatrywać poharatanego harpunami grzbietu Moby Dicka, stawiając jego pokonanie za główny cel wyprawy. W oczach Ahaba wszystko inne jest drugorzędne i nie ma większego znaczenia, bo takie jest jego przeznaczenie.

A sam Moby Dick? Wieloryb-albinos stworzony został przez Melville’a na podobieństwo istniejącego naprawdę zwierzęcia, któremu kres przyniosło spotkanie jednego z polujących statków w 1838 roku. Wielki ssak, o imieniu Mocha Dick (od wybrzeży Mocha) podobno przeżył spotkanie ponad stu wielorybniczych statków, zatapiając kilkanaście z nich na przestrzeniu trzydziestu lat. Tak jak jego rzeczywisty pierwowzór, Moby Dick był jednym z większych okazów swojego gatunku, o wyjątkowym, mleczno-białym kolorze skóry, porośnięty skorupiakami i ciągnący ze sobą kilkanaście wbitych w ciało harpunów, pamiątek z poprzednich spotkań. O ile Mocha Dick zginął, to Moby Dick w powieści Melville’a zawrócił w morskie odmęty. Prawdopodobnie Pequod i jego załoga byli jedynie kolejnym statkiem na jego drodze.

Opowieść Melville’a jest doskonale uniwersalna w swoim przesłaniu i dzięki temu zrozumiała dla czytelników w każdym wieku. Co więcej, stanowi także idealną zagadkę dla wszystkich o interpretatorskim zacięciu i tych, którzy uwielbiają doszukiwać się ukrytych głęboko sensów i przesłań. Z jednej strony mamy tu rozbudowaną powieść przygodową. Marynarską historię morskiej pogoni za legendarnym potworem, wielkiej zemście i przeznaczeniu, w której marynarze z pokładu Pequod jawią się niczym grupa rycerzy na swojej ostatniej wielkiej wyprawie ku nieznanemu. A wszystko to okraszone encyklopedyczną wiedzą przemycaną między rozdziałami książki. Z drugiej zaś strony, to legenda, która jest metaforą życia i pogoni za tym co tak naprawdę od zawsze nieuniknione i do czego wszyscy zmierzamy. O mrocznej stronie ludzkości i jej wydumanych pragnieniach dążenia do celu bez względu na konsekwencje i straty. Ku zagładzie i ciemności. W końcu „Moby Dick” to po prostu opowieść o zderzeniu człowieka z naturą. O odwiecznej wojnie o panowanie na ziemi i dominację tego, który wygra ostateczny pojedynek, a którą prowokujemy my, ludzie, pragnąc spenetrować nieodgadnione. I często zapominamy, że to nie Moby Dick poszukuje nas, ale to my obsesyjnie poszukujemy jego.

O.

„Panika” Graham Masterton

Bombla_Panika

Brytyjski filozof, Francis Bacon, napisał przed laty, że „Niektóre książki należy próbować, inne połykać, a jeszcze inne trzeba żuć i trawić.” Do tego podziału dodałabym, już od siebie, jeszcze jeden rodzaj, a mianowicie takie, które powodują silną niestrawność, przewracając się godzinami w żołądku. Nikt nie lubi trafiać na fatalne historie, ale niestety czasami można wpaść w pułapkę i nie zauważyć co kryje się za dobrze napisaną zapowiedzią, czy marketingowo ustawioną reklamą. Taką niestrawną, złą powieścią, typową bukową padliną jest najnowsze „dzieło” Grahama Mastertona zatytułowane „Panika”. A zapowiadało się naprawdę ciekawie…

„Panika”, której oryginalnego tytułu nie jestem pewna, gdyż na stronach zagranicznych brzmi „Forest Ghost”, a na okładce polskiego wydania dosłownie „The Panic”, była dostępna w naszych księgarniach zanim jeszcze pojawiła się na światowym rynku. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę polskich wielbicieli autora – fabuła opiera się niemal w całości na chicagowskiej Polonii i Polsce – ale ostatecznie wygląda to tak, jakby nasze wydawnictwa dostały wersję roboczą tekstu, na szybko do przetłumaczenia i puszczenia w obieg, przeznaczoną do promocji. Sam Graham Masterton w wywiadach dotyczących „Paniki” próbował zaintrygować opowiadając, jak to Polacy mają taką fascynującą historię, mitologię i piękne tereny, że nic tylko czerpać z tego garściami. Ucieszyłam się. Zabrzmiało to trochę, jak „swego nie znacie, cudze chwalicie”, ale faktycznie, tyle w naszym polskim folklorze jest ciekawostek, że niejednego twórcę horrorów można by tym wykarmić. I na tym skończyła się radość. Coś co miało olbrzymi potencjał i pierwotnie zapowiadało się na świetną historię o demonach, okazało się być bardzo słabą opowiastką bez ładu i składu. Do tego trochę dla Polaków obraźliwą.

Głównym bohaterem „Paniki” jest Jack Wallace – właściciel świetnie prosperującej polskiej restauracji, w polskiej dzielnicy na przedmieściach Chicago. Jack ma polskie korzenie, jego dziadkowie byli Polakami i uciekli do Stanów na początku drugiej wojny światowej. Jest wdowcem i sam wychowuje dwunastoletniego syna, chłopca cierpiącego na zespół Aspergera, Sparky’ego.  Jak każde stereotypowe dziecko cierpiące na ten specyficzny rodzaj autyzmu Sparky ma „niezwykłe” umiejętności  – potrafi przewidzieć przyszłość tworząc mapy nieba i czytając z gwiazd. Jak by tego było mało, chłopiec jest dziwny, nadzwyczaj inteligentny i niezwykle dojrzały. Gdy jego przyjaciel Malcolm popełnia samobójstwo wraz ze wszystkimi uczestnikami skautowskiego obozu, Sparky wie o tym, zanim jego ojciec przekazuje mu nowiny. Co więcej przekonany jest, że potrafi, z pomocą swoich kart nieba, rozwiązać tego makabrycznego wydarzenia.

W takiej sytuacji kolejnym „logicznym” krokiem jest sprawienie, by ten „specyficzny” chłopiec znalazł się na miejscu masowego samobójstwa i zbadał sprawę naocznie. Przynajmniej według Mastertona. Aż szkoda opowiadać dalszy ciąg, ale w końcu, dzięki równie sensownie powiązanym wątkom, bohaterowie trafiają do Polski i Puszczy Kampinoskiej. Tam również miały miejsce podobne wydarzenia, podczas wojny, gdy osaczeni lasem żołnierze podrzynali sobie gardła i nadziewali się sami na swoje bagnety. Atmosfera zagęszcza się i gmatwa, a ostateczne rozwiązanie zagadki, które miało być najpewniej niesamowitym twistem. jest jedynie kolejnym absurdem nie trzymającym się kupy.

Fabuła „Paniki” to kilka bezsensownie posklejanych wątków, które dla każdego często sięgającego do książek czytelnika od razu wydadzą sie nielogiczne, sztuczne i wymuszone. Bohaterowie nie pasują w ogóle do tej opowieści, bo nijak mieliby łączyć się z tą historią. Do tego są po prostu całkowicie nierealistyczni i trudno się z nimi w jakikolwiek sposób utożsamić, czy brać ich motywacji na poważnie. Widać, ze autor chciał zrobić przyjemność Polakom, niestety wyszła mu z tego parodia i pełen zestaw polskich stereotypów. Dla przykładu, jeśli Polonia w Chicago, to oczywistym jest, że zarówno kobiety jak mężczyźni pożywiają się jedynie gołąbkami, bigosem i pierogami. Wolne chwile spędzają pijąc piwo przed telewizorem (wersja męska) lub chodząc do wróżki (wersja damska), a na starość ich główną rozrywką jest ogólnie pojęta integracja typu uczęszczanie na pokazy tańców ludowych z ich rodzinnych stron lub, dla starszych dam o hrabiowskich korzeniach, śledzenie dziejów i drzewa genealogicznego swoich przodków. Natomiast w Polsce zawsze do wszystkiego pijemy wódkę (lub wyjątkowo prostego drinka – mieszankę wódki z tonikiem jeśli jesteśmy płci żeńskiej), nasi policjanci śmierdzą alkoholem i papierosami,  a do tego jesteśmy wyjątkowo prości w obejściu.

Na początku wspomniałam o dziwnym stylu tej książki, tak jakby powieść wciąż była w wersji roboczej i taka trafiła do tłumaczenia, o którym za chwilę. Zdania są proste. Bardzo proste. Często się powtarzają i brzmią nienaturalnie, biorąc pod uwagę kontekst i wydarzenia. Składnia miejscami bywa dziwna, pocięta i również sztuczna. Ale to może być już wina samego tłumacza, którego wykonaną tu pracę oceniam na mocno średnią. Rozumiem pośpiech, dużą liczbę zleceń i ogólne znudzenie formą, ale są pewne podstawowe zasady, których dobry tłumacz, szczególnie ten od przekładów, powinien się trzymać i pilnować. Chociażby nazwy własne i tytuły, które w popkulturze istnieją od dawna i są po prostu powszechnie znane i nie do podmienienia. GTA, to nie „Wielki złodziej samochodów”, ale seria Grand Theft Auto, której nazwa zaczerpnięta jest z policyjnego żargonu, dosłownie oznacza „kradzież pojazdu zmotoryzowanego”, a w tym przypadku jest nieprzetłumaczalna! Two and a Half Men, to po polsku Dwóch i Pół, a nie – „Dwóch i pół mężczyzny”! Nie wspominając nawet o  nowym, równie dosłownym tytule Niekończącej się opowieści (Neverending Story), który brzmi „Niekończąca się historia”… Takich językowych smaczków w „Panice” jest mnóstwo i można się nadziać co kilka stron.

Podsumowując, nowa powieść Grahama Mastertona to niewypał, zarówno pod względem historii, jak i jej formy. Jest słabo napisana i słabo przetłumaczona, jakby na kolanie, na szybko, bo trzeba zdążyć przed premierą angielską i amerykańską. Wielka szkoda, bo były i dobre chęci i ciekawy pomysł na nowatorską fabułę. Z góry uprzedzę wszystkich, którzy będą próbowali tłumaczyć to wszystko „pulpowością” twórczości Mastertona, bo z pulp horrorem nie ma to nic wspólnego. Nie polecam. A nawet odradzam.

O.

„Zgliszcza” Gregg Olsen

Bombla_Zgliszcza

Półki współczesnych księgarni, zarówno tych tradycyjnych jak i wirtualnych, uginają się pod ciężarami thrillerów. Gatunek ten rządzi od lat listami światowych bestsellerów bez względu na obecnie panującą modę i ustrój polityczny. Thrillery zdominowały księgarski rynek i jak na razie nic nie wskazuje na to, że coś może się w tym względzie zmienić. Co w takim razie przyciąga do nich wciąż nowych czytelników? Przede wszystkim dreszczyk, iskra wywołująca zarówno strach, jak i ekscytację spowodowaną wrażeniem uczestniczenia w czymś niezwykłym. Z zapartym tchem śledzimy losy detektywów, agentów specjalnych, policjantów i wraz z nimi zanurzamy się w intrygę próbując rozwikłać zagadki i znaleźć winnych.

By odróżnić thriller dobry od słabego nie potrzeba zdolności detektywistycznych. Wystarczy przyjrzeć się, czy autor przestrzegał kilku podstawowych zasad. Główni bohaterowie dreszczowca muszą być wykreowani tak, by łatwo można było się z nimi utożsamić: otwarci, ludzcy, z konkretnym charakterem i zarysowaną przeszłością. Równie ważny jest inteligentnie skonstruowany wątek zbrodni. Trudno teraz o nowe koncepty i nowatorskie pomysły, ale pomimo nieuniknionej przewidywalności fabuła thrillera powinna zaciekawić, trzymać w napięciu aż do ostatniej strony i zaskoczyć czymś niespodziewanym. Idealnie byłoby, gdyby thriller wciągnął czytelnika tak, że po zakończeniu lektury z chęcią zgłębiłby on dalsze losy bohaterów – stąd tak popularne dzisiaj serie „z dreszczykiem”.

Powieść „Zgliszcza” (tytuł oryginału „A Cold Dark Place”) Gregga Olsena doskonale wpisuje się w powyższą konwencję. Sama w sobie może i nie wnosi do gatunku niczego nowego, nie przekazuje żadnej wyrafinowanej treści, a jednak spełnia swoją rolę i sprawia frajdę sięgającemu po nią czytelnikowi. Jest tu wszystko, czego potrzeba dobrze skrojonemu thrillerowi – dziwna zbrodnia, rodzinne tajemnice, sekrety z przeszłości i mroczny morderca.

Główną bohaterką powieści jest Emily Kenyon – policjantka i samotna matka, która wychowuje nastoletnią córkę Jennę. Akcja rozgrywa się w miasteczku Cherrystone w stanie Waszyngton, gdzie nigdy nie dzieje się nic ważnego, po ulicach nie grasują przestępcy i wszyscy znają się przynajmniej z widzenia. Jest początek tygodnia po ciężkim weekendzie, w trakcie którego przez miejscowość przewinęło się silne tornado. Mieszkańcy liczą straty, policja i inne służby porządkowe pomagają w usuwaniu szkód i odwiedzają okoliczne farmy. Okazuje się jednak, że nie wszystko jest tak, jak być powinno.

Jedną z farm, dom rodziny Martinów, dosłownie zmiotło z powierzchni ziemi. Pozostały jedynie walające się deski i rozszarpane przez żywioł przedmioty. A wśród tego wszystkiego trzy ciała – kilkuletniego Donny’ego i jego rodziców, Marka i Peg Martinów. Wszystko to można by uznać za nieszczęśliwy wypadek, gdyby nie jeden mały szczegół – rany postrzałowe. Cała trójka została zamordowana. W tej układance brakuje tylko jednego świadka – Nicholasa, starszego syna państwa Martinów. Nie odnaleziono jego ciała, ślady wskazują na ucieczkę i nikt nie wie, gdzie nastolatek obecnie przebywa. Może poza jedną osobą w mieście… Gdy okazuje się, że w wieczór rozpoczęcia śledztwa znika także Jenna, Emily musi zmierzyć się ze świadomością, że jej córka popełniła nieodwracalny błąd i wplątała się w coś, co może zagrozić jej życiu.

Zaczyna się wyścig z czasem, giną kolejne osoby, a nasi bohaterowie muszą stanąć twarzą w twarz się nie tylko z makabryczną zbrodnią, ale także z własną przeszłością, która ni stąd ni zowąd zaczyna ich prześladować. Skrzętnie poukrywane sekrety wychodzą na jaw, powracają wspomnienia i starzy, „dobrzy” znajomi. Nic nie jest już takie jak się wydawało i nawet najbliżsi okazują się prowadzić podwójne życie. Dla Emily sprawa morderstwa staje się osobistym rozliczeniem z dramatycznymi przeżyciami sprzed lat i śledztwem, po którym trauma zmusiła ją do przeprowadzki do „spokojnego” Cherrystone.

Greggowi Olsenowi udało się w „Zgliszczach” zbudować olbrzymie napięcie pomiędzy tym, co dzieje się „tu i teraz”, a wydarzeniami z przeszłości. Skonfrontował swoich bohaterów z wydarzeniami, które w ich mniemaniu już dawno odeszły w zapomnienie. Nierozwiązane konflikty, sekrety, o których nikt nie chciał pamiętać, złe decyzje, których konsekwencje ciągną się za ludźmi przez całe ich życie. Pokazał, że zła nigdy do końca nie da się pokonać – może zostać uśpione, częściowo wyciszone, czekając w mroku na moment przebudzenia. Wtedy już nie da się o nim zapomnieć. Nie da się go ominąć. Konfrontacja jest nieunikniona i pozostaje jedynie stawić jej czoła. Zacząć od nowa, poświęcając wszystko, na czym nam najbardziej zależy.

„Zgliszcza” to idealna opowieść na wieczór, tak wiosenno-letni jak i jesienno-zimowy. Niby na końcu nie ma specjalnego zaskoczenia. Niby kolejne kroki bohaterów miejscami są zbyt przewidywalne. Ale muszę przyznać, że świetnie się tę historię poznaje, odkrywa kolejne sekrety, a do samej postaci Emily Kenyon z chęcią powrócę w kontynuacjach.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 16 sierpnia, a którą można przeczytać także TUTAJ.