„Dziewczyna z Sąsiedztwa” Jack Ketchum

Bombel_DziewczynaSasiedztwa


„Piekło to drugi człowiek”, napisał kiedyś Jean-Paul Sartre. A Jack Ketchum udowadnia nam tą smutną tezę, raz po raz, w każdej ze swoich opowieści. Jego proza pełna jest

przemocy, gwałtu i nienawiści. Odpowiada na nasze najskrytsze lęki i bawi się nimi, ukazując to co najgorszego może się wydarzyć. Najgorszego lub jeszcze gorszego. Bo zawsze istnieje transgresja, zawsze można przekroczyć granice zła. Ten amerykański pisarz za każdym razem potrafi zaskoczyć wytrawnym i wyrafinowanym wcielaniem w teksty słów francuskiego egzystencjalisty i na nowo przywołać ukrytą w podświadomości grozę.

Ketchum tworzy horrory, ale nie ma u niego wątków paranormalnych. A jeśli jakieś są, to bywają bardzo sporadyczne i ograniczone. Jeśli przydarza się coś nie do końca wyjaśnionego,
coś czego nie można pojąć rozumem, to jest to tylko mały, zwykle nic nie znaczący element. Kawałeczek fabuły, bardziej nawet ułamek, dopełniający całość. Ale Jack Ketchum wie, że takie wątki oderwałyby czytelnika i jego uwagę od tego co najważniejsze, czyli od okrucieństwa człowieka. Zła drzemiącego w każdym z nas, które czasami, gdy spełnione zostają odpowiednie warunki, budzi się do życia i atakuje.

„Dziewczyna z sąsiedztwa”, na tle całej kontrowersyjnej twórczości Ketchuma, jest w pewnym sensie wyjątkowa. A przez swoją wyjątkowość staje się (przynajmniej dla mnie) jego najbardziej przerażającą powieścią. I zanim zabierzecie się do lektury, sądzę, że powinniście wiedzieć, że „Dziewczyna z sąsiedztwa” jest w całości oparta (chwilami bardziej, chwilami mniej) na prawdziwych wydarzeniach i na autentycznej zbrodni dokonanej w Indianapolis w 1965 roku.

Najpierw fakty. W lipcu 1965 roku 16-letnia Sylvia Likens i jej młodsza siostra Jenny zostają oddane do domu niejakiej Gertrude Baniszewski. Rodzice dziewczynek, pracownicy wędrujących wesołych miasteczek, nie mając warunków, by opiekować się dziećmi, mają płacić Gertrude 20 dolarów tygodniowo w zamian za dach nad głową, jedzenie i opiekę. Gdy pieniądze nie pojawiają się na koncie, już po pierwszym tygodniu od zawarcia umowy, rozpoczyna się piekło, które trwa do śmierci Sylvii 26 października. Na ciele ofiary znaleziono kilkaset śladów po przypalaniu papierosami, nacięcia, siniaki, fragmenty ciała pozbawione skóry, ślady po poparzeniach wrzątkiem, jak i wyrytą, wypaloną ostrym narzędziem w skórze na klatce piersiowej cyfrę „3” i na brzuchu napis „I’M A PROSTITUTE AND I’M PROUD OF IT!” („Jestem dziwką i jestem z tego dumna”). Sekcja zwłok dziewczyny wykazała, że przyczyną zgonu był krwotok wewnętrzny, wstrząs i uszkodzenie mózgu, niedożywienie i liczne obrażenia wewnętrzne (uszkodzenia narządów rodnych i pęcherza), uszkodzenia mięśni i nerwów. Do tortur
prowadzących do śmierci przyczyniły się dzieci w wieku od 11 do 17 lat, pod czujnym okiem i namową Gertrude.

Jack Ketchum w „Dziewczynie z sąsiedztwa”, na podstawie policyjnych raportów, zeznań świadków i uczestników potwornych wydarzeń spróbował uzupełnić brakujące luki, które miały miejsce w domu Baniszewski. Powieść napisana jest jako pamiętnikarskie wyznanie jednego z chłopców, sąsiada z domu obok (stąd tytuł „Girl Next Door”), rodzaj przyznania się do winy i oczyszczenia z trwających całe życie wyrzutów sumienia. Kiedy napominam o świadkach, to mam dokładnie na myśli ludzi, którzy widzieli, że dom Ruth (książkowe imię Gertrude), w którym przebywała Meg (tak Ketchum nazwał Sylvię), odwiedzali ludzie z zewnątrz i dostrzegali krzywdę dziewczyny. Kilku sąsiadów widziało jak inne dzieci kopią ją i biją, widzieli jej siniaki i przypalenia, ale nikt nie zareagował. Trzeba dodać, że w końcu, gdy Meg została zamknięta w piwnicy i przywiązana na hak za ręce, do Baniszewskich przyszła policja, a nawet nauczyciele i ksiądz pytać o „zaginioną” dziewczynę. Co prawda wszyscy zastanawiali się nad jej nieobecnością, ale jednak kłamstwa CAŁEJ rodziny i dzieci sąsiadów wystarczały im za tłumaczenie. Nikt nie przeszukał mieszkania, ani opieka społeczna nie wymusiła oddania dziewczynek po opiekę stanu, ani nawet starsza siostra Meg, która wczesną jesienią chciała się z nią zobaczyć, absolutnie nikogo nie zastanowiło, czemu zniknęła…

Historia opowiedziana przez Ketchuma i rzeczywistość nie przestają się na siebie nakładać. Można zastanowić się, co skłoniło Ruth/Gertrude do dokonania tak straszliwej zbrodni. Czemu wierzyła, że pozostanie całkowicie bezkarna dokonując okrutnego morderstwa. Jak to się stało, że nie tylko jej własne dzieci, ale ich koledzy i koleżanki wzięli udział w chorym, ciągnącym się miesiącami linczu na rówieśniczce? Dlaczego żaden z rodziców niczego nie podejrzewał? Dlaczego nie zareagowała policja? Skąd taka ślepa obojętność?

Koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych w Stanach był początkiem nowej ery. Nastały złote czasy. Po kryzysach wojennych, w trakcie „ocieplenia” stosunków w zimnej wojnie, nagle nadszedł okres niesamowitego rozwoju, ekonomicznej ekspansji i czas narodzin społeczeństwa konsumpcyjnego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Z dnia na dzień podskoczył standard życia klasy średniej, budując tym samym w ludziach poczucie sukcesu i dobrobytu. Rodzina i dom stały się priorytetem, a dzięki ułatwieniom technicznym (dom większości wyposażony był w zmywarki, pralki, telewizory, ogrzewanie i klimatyzację) codzienność stała się „przyjemnością”. Wysyp bliźniaczo podobnych domów na przedmieściach, bliźniaczo podobne do siebie dzieci, idealne panie domu i wszyscy jak z obrazków, dokładni, jak pod linijkę. O dzieciństwie i dojrzewaniu w tych latach Stephen King napisał raz, że było pełne zakłamania i ukrytego okrucieństwa. Wiele domów „na pokaz” kryło w środku rodzinne tragedie, nieszczęścia i rodzinne dramaty, bardzo często drastyczną przemoc.

A kiedy ktoś nie pasował do tego idealnego społeczeństwa? Taka właśnie Gertrude/Ruth, samotna matka, po dwóch rozwodach i nieudanym związku, bez pracy, z siódemką (!) dzieci, w tym jednym nieślubnym, po sześciu (!) poronieniach, zniszczona fizycznie i psychicznie, schorowana, żyjąca z całą ferajną w zniszczonym domu bez ogrzewania… Ludziom, którym udało się uciec od trudnej przeszłości i własnych kłopotów po prostu zamknęli oczy. Pewnie sama konieczność udawania perfekcyjności na codzień męczyła ich tak, że ostatecznie nie mieli już siły na problemy innych. A nawet na własne dzieci. Tym razem ta zimna obojętność kosztowała życie pewną niewinną dziewczynę.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad pięćdziesiąt lat. Zmieniły się realia, nadeszły inne czasy, jesteśmy po drugiej stronie oceanu, na innym kontynencie, a jednak człowiek pozostał tylko człowiekiem. I smutne słowa Sartre’a nigdy nie były tak aktualne jak dzisiaj. Porwania, uprowadzenia, gwałty… a wokół ludzie, niemi świadkowie, którzy nie chcą widzieć, więc nie widzą nic. I już wiem, że do końca życia nie dam rady zbyt długo siedzieć sama w ciemności, że będę uciekać przed cieniami na ścianie, odwracać wzrok od studzienek ściekowych, bać się psów-demonów (nie ma w tym nic śmiesznego), ale prawdziwy lęk, wewnętrzny niepokój i olbrzymi strach będzie wywoływać tylko jedna istota: człowiek. I nigdy się od tego strachu nie uwolnię.

O.

*Przy pisaniu wpisu korzystałam z artykułów i stron:

http://www.sylvialikens.com/

http://www.trutv.com/library/crime/notorious_murders/young/likens/1.html

http://killer.radom.net/~sermord/zbrodnia.php?dzial=mordercy&dane=likens

Zimowe Buki

Bombel_ZimoweLektury
Z uzupełnianiem domowej zimowej biblioteczki jest trochę tak, jak z uzupełnianiem zapasów spiżarni albo domowej lodówki:) Albo jak z gotowaniem. W obu przypadkach dobrze jest zaopatrzyć się wcześniej w wyczekiwane książki, by nie zostać zaskoczonym, jak ten biedny świerszcz z baśni La Fontaine’a.

Przede wszystkim sezon zimowy oznacza zapotrzebowanie na więcej, czyli na większe porcje niż zazwyczaj. Dlatego zimowy buk powinien być obfitszy, a nawet cięższy i tłustszy. Najlepiej porządna powieść. Na przykład dwu albo trzy-tomowa. Dla koneserów idealne na ten czas są wielotomowe sagi, albo wielkie serie wydawnicze. No bo dziwnie byłoby czytać malutki zwiewny tomik haiku, czy letnie, pachnące piaskiem opowieści przygodowe, kiedy za oknem zawieja i śnieżna zawierucha.

Najlepiej by było, gdyby taki zimowy buk zawierał o wiele więcej kalorii niż, powiedzmy, buk wiosenny. Konieczna jest wielowątkowość. Rozwinięta fabuła, historia opowiedziana z perspektywy różnych bohaterów. Dlatego klasyki literatury o tej porze roku czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Taki porządny buk musi być koniecznie idealnie doprawiony. Sprawdzi się w takim wypadku bogaty język, trochę poetycki, trochę przestarzały, a który z pewnością będzie nam łatwiej teraz docenić, a który sprawi, że lektura będzie ciekawsza i smaczniejsza. A jeśli nie język, to z pewnością główny wątek: poważniejszy, filozoficzny wręcz, taki dzięki któremu zatrzymamy się na chwilę i zmusimy do refleksji.

Mając właśnie taką idealną książkę można spokojnie zaszyć się głęboko pod puchatym kocem, w wełnianych skarpetkach i z kubkiem gorącej czekolady z cynamonem w dłoni. I zatopić się w lekturze. W taki sposób sama celebruję czytanie w zimie i przyznaję się, że jest to moje ulubione zajęcie 🙂

Specjalnie dla Was wybrałam dziesięć zimowych buków, z różnych kategorii, sprawdzonych i przeczytanych przeze mnie w przeciągu kilku ostatnich zim. Polujcie i zajadajcie! Miłej lektury 🙂

O.

PożegnanieJesieni1. „Pożegnanie jesieni” Stanisław Ignacy Witkiewicz

Niesamowita i tragikomiczna opowieść o ludziach bez właściwości, których życie to historia upadku wartości i dekadenckich wybryków. Znudzeni światem, ostatecznie znudzeni samymi sobą i sobą nawzajem, w końcu próbują nadać sens własnemu życiu. Niestety za późno, bo akurat w momencie okrutnych zmian ustrojowych przechodzących przez Europę. Jakakolwiek przemiana staje się niemożliwa, gdy nadchodzi upadek indywidualizmu, a na Polskę naciera rewolucja społeczna. Wiktacy jest okrutny dla swoich bohaterów. Nie oszczędza ich, tak samo, jak nie oszczędziła tego pokolenia sama historia. Pozbawia ich nie tylko przeszłości, ale przyszłości. Nawet teraźniejszość nie jest już pewna. Piękna polska proza, pisana niespotykanym już dzisiaj poetyckim językiem nietuzinkowego twórcy. A na dokładkę galeria niezapomnianych postaci. I genialny Ziezio Smorski.

WichroweWzgórza

2. „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte

„Nie mogę żyć bez mojej duszy. Nie mogę żyć bez mojego życia.” Czytając tą nieszczęśliwą historię miłości wydaje mi się, że duchy Heathcliffa i Cathy wciąż krążą po angielskich moczarach. Nieukojone w tęsknocie za utraconym życiem i utraconą szansą na szczęście. To opowieść, w której od początku wiemy, że nie ma szansy na dobre zakończenie, bo zaczyna się od śmierci. Zbyt wiele smutku, zbyt wiele okrucieństwa… i ten wiatr na wrzosowisku…

Lackberg3. „Księżniczka z Lodu” Camilla Lackberg

Nic tak nie oddaje mroźnego zimowego klimatu, jak obraz pogrążonej w śniegu i skutej lodem Szwecji. A kiedy jest to małe, oddalone miasteczko na szwedzkiej prowincji może być już tylko ciekawiej. W ogóle Szwecja to miejsce idealne na dobry kryminał. Pierwszy tom opowieści (każdy kolejny to odrębna historia, którą łączą główni bohaterowie pisarka Erika Falck i policjant Patrik Hedström) to mroczne kompendium zbrodni, gdzie krąg podejrzanych z każdym krokiem zacieśnia się coraz mocniej. Camilla Lackberg umiejscowiła mroczną intrygę w rodzinnym miasteczku i dzięki temu w mistrzowsko przekonujący sposób ukazuje nam zamkniętą małą społeczność i czasami dziwne, czasami niepokojące relacje jakie zachodzą wśród jej mieszkańców.

Okladka_Gra o tron.indd4. „Gra o Tron” i saga Pieśń Lodu i Ognia George R.R. Martin

Pierwszy tom wielkiej sagi o nadchodzącej zimie. Zimie ludzkości, zimie królestwa i zimie całego świata. Fantasy doprowadzone do mistrzostwa, bo nie ma tu zbyt wielu elementów fantasy. Jest za to genialna opowieść. Fabuła wciąga tak, że można stracić oddech i nie przespać kilku nocy. Traci się również ulubionych bohaterów, na pęczki, bo pan Martin znany z tego znany, że postaci giną nagle i nieprzewidywalnie. A ja krzyczałam i płakałam i… nie mogłam przestać czytać.

próbnyłowca5. „Łapacz Snów” Stephen King

Śnieg. Las. Czterech przyjaciół, którzy co roku spotykają się na polowaniu, a których łączy niezwykła więź. I pewien uratowany przez nich dawno dawno temu bardzo chory chłopiec. Ale las się zmienia. Coś przybywa, by zniszczyć człowieka, wyżreć tkanki i zarazić potwornym wirusem. A wszystko się łączy, niczym w starym indiańskim amulecie. I nic nie jest przypadkowe. Straszne i porażające, jak to u Stephena Kinga.

zimamum6. „Zima Muminków” Tove Jannson

„Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji.” A tutaj nagle Muminek budzi się w środku zimy i nie może zasnąć. Wokół śpiąca rodzina, pusty dom, a za oknem pierwszy w życiu śnieg. I zaczyna się zimowa przygoda. Jednak jak na muminkowe opowieści przystało nie ma tu pustej wesołości, czy spotkań, które nie niosą za sobą żadnych treści. Zima w Dolinie Muminków to czas samotności i melancholii. Czas tęsknoty za wiosną. Czas rozmyślania o śmierci, przemijaniu i o sensie życia. Czas Lodowej Pani i Buki, dla której zima to spełnienie marzeń i jej idealny świat. Uśpiona kraina nauczy Muminka pokory, spokoju i radości z małych codziennych spraw. I że czasami nie wszystko jest takie, jak się z początku może wydawać.

millen7. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” i trylogia Millennium Stieg Larsson

Trylogia, która zapoczątkowała księgarski boom na szwedzkie thrillery. I nie ma się co dziwić. Mroczna historia bogatej szwedzkiej rodziny staje się pretekstem do obnażenia smutnej rzeczywistości. Niesprawiedliwość społeczna, brak tolerancji, nienawiść, okrucieństwo, dewiacje, niepohamowana przemoc… I uwikłane w intrygę i siebie nawzajem dwie postacie dziennikarz Mikael Blomkvist i zniszczona niepokorna Lisbeth Salander. Nie tylko klimat jest tutaj lodowaty, ale również ludzie i ich relacje. A na deser polecam ekranizacje: zarówno realistyczną trylogię szwedzką z Noomi Rapace w roli Lisbeth, ale także niewiarygodnie przejmującą pierwszą część „A Girl with the Dragon Tatoo” z Danielem Craigiem w roli Mikaela.

eco8. „Imię Róży” Umberto Eco

Odizolowane opactwo benedyktynów w mrocznym Średniowieczu, seryjny morderca braci zakonników, tajemnica antycznej księgi i biblioteka, jedyna taka na świecie, a w tle początki okrutnej inkwizycji. Buk Duży, aż prawie Wielki. Lektura obowiązkowa.

 

materie9. „Złoty Kompas” i trylogia Mroczne Materie Philip Pullman

Nie wiem kto w Polsce zdecydował się wypromować „Złoty Kompas”, jak i kolejne części trylogii „Zaczarowany Nóż” i „Bursztynową Lunetę” jako książki dla dzieci i młodzieży. Cykl ten ma z literaturą dziecięcą niewiele wspólnego, bo porusza tematy filozoficzne, metafizyczne, a przede wszystkim teologiczne. To historia wojny i rewolucji, która ostatecznie prowadzi do upadku Autorytetu, czyli śmierci Boga. Historia wędrówki, dojrzewania i podążania za przeznaczeniem, a także wielkiego poświęcenia. Buki nietypowe i inne, próbujące odnaleźć odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne.

hugo10. „Nędznicy” Victor Hugo

Zbliża się kolejna ekranizacja, tym razem w wersji opartej zarówno na powieści, jak i na musicalu. Sądzę, że zanim pobiegniemy do kina warto przeczytać samą powieść Hugo. Wielkie, epickie, bo czterotomowe dzieło to wyjątkowo smutna historia galernika Jean’a Valjean, który niesłusznie oskarżony o kradzież bochenka chleba, całe życie ucieka. Przed policją i nieugiętym komisarzem Javertem, przed swoją przeszłością, a nawet przed sobą samym. Jego walka o wolność (o uwolnienie własnej tożsamości) zbiega się z walką o wolność paryskiego ludu. Nędznicy to bogata, wielowątkowa historia o miłości, obsesji, zdradzie, nienawiści, ale przede wszystkim o miłości bliźniego i wierze w dobro człowieka i jego bezinteresowność. Hugo pozwala nam się zanurzyć w swój literacki świat, który wykreowany jest w sposób nie do podrobienia, jedyny w swoim rodzaju. „Nędznicy” to jednocześnie romans, powieść historyczna, powieść obyczajowa i powieść romantyczna. Arcydzieło, w którym każdy odnajdzie coś dla siebie.

„Alicja w Krainie Czarów”

Bombla_CytatyAlicja1_Blog
 

„The dream-child moving through a land
Of wonders wild and new,
In friendly chat with bird or beast-
And half believe it true.”

„We’re all mad here. I’m mad. You’re mad.”
„How do you know I’m mad?”said Alice.
„You must be”, said the Cat, „or you wouldn’t have come here.”

“You used to be much more…”muchier.” You’ve lost your muchness.”

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis Carroll

Bombel_alicja
Poziomkowa Dolina to miejsce wyjątkowe. Uroczy, ukryty zakątek, do którego tylko nieliczni znają prowadzące ścieżki. To właśnie tutaj zakwitają książkowe perełki pisane zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Takie, które rosną razem z czytelnikami. To opowieści ponadczasowe, opowieści dzieciństwa, stare znajome, takie, po które warto sięgnąć po latach, by na nowo odkryć ich sens.

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis’a Carroll’a należy właśnie do takich historii. Absolutny klasyk literatury dziecięcej, który ani trochę się nie zestarzał, ale dojrzał i przekradł do świata dorosłych. Powieść dwuznaczna. I to nie tylko z powodu licznych gier językowych czy smaczków słowotwórczych, w których Carroll się specjalizował i którymi mistrzowsko operował. Z jednej strony „Alicja w Krainie Czarów” to ukłon w stronę wyobraźni i otwartego „dziecięcego” umysłu, z drugiej smutna, miejscami przerażająca karykatura codzienności świata dorosłych, widziana oczami wrażliwego dziecka.

Z początku wyobraźnia tytułowej Alicji jest wyraźnie przytłumiona. Trudno zauważyć nawet jej czułość i wrażliwość. Bo oto siedzi sobie na ogrodowej ławeczce znudzona i senna dziewczynka. Jest znudzona i czeka aż nastanie pora podwieczorku. Jesteśmy w epoce wiktoriańskiej, a tutaj dzieci, a szczególnie małe dziewczynki, obowiązują narzucone z góry, surowe zasady. Nic nie jest przypadkowe. Nic nie jest spontaniczne. Dzieciństwo w koronkach i wykrochmalonych fartuszkach. W dotychczasowym życiu Alicji nie ma miejsca na niekonkretne opowieści i bujanie w obłokach. Historie muszą mieć formę, opatrzone muszą być obrazkami i podparte jednoznacznym dialogiem.

„Na co komu książka bez obrazków i bez rozmów?”, pyta Alicja. Niedawno pytanie to zadano na oficjalnej stronie portalu xiegarnia.pl, zachęcając czytelników do odpowiedzi. Ponieważ fascynuje mnie zarówno świat Alicji, jak i pytanie o celowość czystego tekstu i czytelnictwa w ogóle, podesłałam moją własną odpowiedź, którą wklejam poniżej (swoją drogą udało mi się wygrać egzemplarz nowego przekładu „Alicji w Krainie Czarów”, o którym więcej opowiem przy okazji zagadnienia tłumaczeń i przekładów).

Gdyby jej siedząca obok na ławeczce siostra usłyszała pytanie dziewczynki z łatwością odpowiedziałaby tak:

Kochana Alicjo, czy podziwiając błękit nieba masz pewność, że widzimy ten sam odcień? Czy rozmawiając o miłości i oddaniu możemy być pewne, że mamy to samo na myśli? Czy śpiew rudzika o poranku dla ciebie i dla mnie oznacza dokładnie to samo? Tak jak świat wokół nas, jak nasze myśli i słowa dla każdego znaczą coś innego, tak samo książka bez obrazków i bez rozmów dla każdego otwiera nowy, magiczny świat.

To świat iluzji i niedomówień, gdzie wszelkie sposoby interpretacji stają się możliwe. Gdzie wiek, czas, doświadczenie i stan ducha zmieniają perspektywy, jak taniec cieni na ścianie. Raz po raz zadajesz sobie pytanie, czy to jeszcze jest gałąź, czy już dłoń starej czarownicy? To jak zanurzenie się w głębiny i bezkresne otchłanie, gdzie światło gra i migocze i nic nie wydaje się być tym czym wydało się być na początku.

Taka książka to zaproszenie do świata, w którym króluje wyobraźnia, gdzie nikt ani nic nie stawia barier ani nie rysuje granic dla twoich myśli i obrazów.  To wkroczenie na terytorium, gdzie „są tylko smoki”, gdzie jeden kolor ma wszystkie możliwe odcienie, a postać po tysiąc różnych twarzy, jak niebo, które w każdym miejscu na ziemi wygląda odrobinę inaczej. Ta „odrobina” tworzy prawdziwą różnicę. Dzięki niej książka będzie rosnąć i dojrzewać wraz z tobą, a powroty do niej będą niekończącą się przygodą. Słowa ułożą się w setki kombinacji,  jak w barwnym kalejdoskopie i żaden układ nigdy się nie powieli.

Taka książka to jak móc tworzyć boskie dzieło. Dostajesz zarys, pomysł jedynie, a wszystko co się wydarzy będzie miało twoją iskierkę, twoją twórczą namiastkę i będzie należeć wyłącznie do ciebie. Bo książka bez obrazków i bez rozmów to wyzwanie, Alicjo. Jedyne w swoim rodzaju. Jak skok do króliczej nory, jak początek magicznej podróży do pięknej i zarazem strasznej krainy. Takiej, która będzie mieć tę jedną wyjątkową właściwość: będzie TYLKO twoja i to od ciebie właśnie będzie zależeć jak potoczą się jej dzieje i jak będzie wyglądać, a granicą będzie jedynie twoja wyobraźnia.

W ten upalny, letni dzień, gdy rozum usypia, budzi się prawdziwa Alicja. Alicja, która z otwartym, ufnym sercem wskakuje za Białym Królikiem do własnej magicznej Krainy Czarów, krainy dziwów (Wonderland), tworząc sen- nie sen. Ten nowy świat to zlepek luźnych elementów rzeczywistości, wyolbrzymionych, wykręconych do granic absurdu. To, co do tej pory było hamowane przez sztywne reguły, wyzwala się, ujawniając wizje niespotykane nigdy wcześniej. Biały Królik, Szalony Kapelusznik, Księżna, Kot z Cheshire, czy Królowa Kier, to wytwory wyrafinowane i jedyne w swoim rodzaju. Prawa panujące w Krainie Czarów to również prawa snu, bo są niekonkretne, rozmyte i mgliste. To Kraina bez jednego wejścia i bez wyjścia.

Sądzę, że tylko dziecko mogło coś takiego przyśnić. I to nie byle jakie dziecko, ale takie, które „przemieni się kiedyś w dorosłą kobietę i zachowa przez wszystkie swoje lata szczere i kochające serce z czasów dzieciństwa.” Dziewczynka, która dzięki potędze swojej wyobraźni nigdy nie wpadnie w przepaść szarej codzienności i zawsze będzie umiała znaleźć drogę do swojej Krainy Czarów.

O.

* Fragmenty pochodzą z nowego wydania „Alicji w Krainie Czarów” w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej;

Świąteczne polowanie

NaTropieChoinkoweUwielbiam książki! Żadna nowość, ale jak tylko dostaję coś nowego i dobrego (Greyów żadnych pod choinką nie znalazłam) od razu skacze mi adrenalina i chodzę uśmiechnięta od ucha do ucha 🙂

W tym roku Gwiazdor wiedział dokładnie, co sprawi mi największą radość. Podzielę się z Wami moimi nowymi zdobyczami książkowymi. Potraktujcie to jako dalszą część zapowiedzi i zachętę do dzielenia się Waszymi literackimi prezentami.

Jedną z podchoinkowych zdobyczy są wyczekiwane przeze mnie „Baśnie Japońskie” wydawnictwa National Geographic z etnicznej serii opowieści. Już nie mogę się doczekać, kiedy zaproszę Was na tą orientalną i fascynującą przygodę do krainy gejsz i samurajów!

Gwiazdor przyniósł mi również genialną historię „W Kleszczach lęku” Henry’ego James’a, którą uważam za jedną z bardziej wieloznacznych powieści w historii literatury.

Kolejnym pięknym prezentem jest „Między Nami” Chris’a Cleave’a, której opis jest bardzo tajemniczy i nie chce zdradzać czytelnikowi szczegółów 🙂 i „Geim” Anders’a de la Motte, na przykładzie którego mam nadzieję udowodnić depresyjność i melancholijność współczesnej Szwecji.

A z domowej biblioteczki, by jeszcze poszerzyć blogową półeczkę z książkami, przyjechały w odwiedziny rosyjski romans, rozwijające myśl Marie Janion (bo nie jedna), Muminki i mroczny McCarthy.

Zabieram się do czytania i pisania!

Poświąteczne polowanie czas zacząć!

O.

BlogChoinkowe

„Opowieść Wigilijna” Charles Dickens

Bombla_CrhistmasCarol2

„Opowieść Wigilijna” to historia, do której powracam każdego roku. Nie wyobrażam sobie grudnia bez tej pięknej zimowej opowieści. Charles Dickens we wspaniały i niepowtarzalny sposób pozwala nam zanurzyć się w przedświąteczną atmosferę wiktoriańskiej Anglii. Nie jest to jednak obrazek jak ze starej uroczej pocztówki, a raczej smutny przekrój przez brytyjskie społeczeństwo. Nic nie ucieknie przed wzrokiem tego pisarza, który wielokrotnie poruszał temat biedy i różnic między ludźmi. Który widział i sam przeżył smutki i problemy nękające rodziny z marginesu, osierocone dzieci i żebraków.

W tym roku postanowiłam spojrzeć na „Opowieść Wigiliją” inaczej. Zostawiając za sobą obrazy ludzkiej nędzy i społecznej rozpaczy skupiłam się na postaci głównego bohatera i jego głębokiej melancholii i samotności.

Od kiedy pamiętam Ebenezer Scrooge stanowił symbol chciwości. Był uznany za człowieka zimnego i bez serca. Wydarzenia przedświątecznej nocy były konieczne, by zmienić go przede wszystkim dla innych, by otworzył serce i… swoją sakiewkę. A co z samym Ebenezerem? Kim jest człowiek, który posłużył Dickensowi za przykład przemiany idealnej?

Ebenezer Scrooge z pewnością nie jest postacią, na której możemy się wzorować. Idąc tym tropem stwierdzam, że Scrooge to raczej antybohater. Jego działania są z założenia złe, samolubne i antypatyczne. Jest „starym grzesznikiem”, którego rysy twarzy, a nawet postura wyznaczają zło. Samotny, bez bliskiej rodziny i bez przyjaciół, o zaciętych ustach, zimnym oceniającym spojrzeniu… Za Scroogem idzie ciemność i chłód, a w prozie Dickensa to symbole śmierci. Śmiercią zaczyna się sama powieść i to dzięki śmierci Scrooge ma szansę poznać samego siebie, wędrując w czasie pod opieką duchów.

Skąd przeświadczenie o zagubieniu tego dickensowskiego antybohatera? Już na samym początku poznajemy codzienność Scrooge’a. Dla niego liczy się tylko biznes. Biznes jest wszystkim. Biznes to Scrooge. I Marley. Wychodzi na to, że wszystko jedno jakim nazwiskiem zwrócimy się do Ebenezera, gdyż reaguje zarówno na swoje, jak zmarłego przed laty wspólnika. Dla niego forma działania jest całkowicie obojętna, podobnie jak dla jego towarzyszy w biznesie. Liczą się tylko ostateczny wynik i zysk, jaki czerpią z danego układu. Życie Scrooge’a to seria transakcji, wyliczeń opłacalności, tabelek strat i podpisywania powiadomień o eksmisji ubogich lokatorów.

Scrooge sam siebie zdehumanizował. Utracił integralność na rzecz biurokracji, tej najgorszego sortu, tej którą rządzi jedynie pieniądz i w której nie ma miejsca na jakiekolwiek uczucia, bo uczucia to „brednie”, humbug, co powtarza raz po raz. Ma się wrażenie, że Scrooge to maszyna, kalkulator, któremu na niczym nie zależy. Jednak czy jest chciwy i samolubny z serca, czy to profesja i uwielbienie pracy doprowadziły go w takie, a nie inne miejsce? W końcu on sam nic nie zyskuje na tym, co robi, sam siebie ogranicza i… wszyscy wokół niego wydają się mieć tego świadomość, tylko nie on sam.

Czas Świąt Bożego Narodzenia jest niezwykły, bo pozwala zapatrzonym w zaczarowaną pocztówkową wizję, otworzyć oczy na to, co dzieje się wokół i przypomnieć o co w Świętach tak naprawdę chodzi. To właśnie teraz najłatwiej podjąć decyzję o zmianie, nadrobić zaległości w działalności charytatywnej i dzięki udzielonej komuś pomocy samemu poczuć się lepszym człowiekiem.

Ebenezer Scrooge nie potrafi przełamać się i wyjść poza stworzony przez siebie świat. Co roku powtarza te same, smutne frazy, przegania ludzi w potrzebie, przymyka oczy na nieszczęścia, których jest świadkiem, a nawet odgania swojego ukochanego siostrzeńca! O tak, bo Scrooge kocha go bardzo. Tak samo, jak jego zmarłą matkę, swoją siostrę, tylko tak jakoś nie umie już tego pokazać. Zagubił się we własnych rytuałach, rutynie codzienności, okrutnej i niezmiennej od lat. Zjawa Jacob’a Marley’a przybywa właśnie po to, by go obudzić i uwolnić z kajdanów, które sam na siebie nakłada, a które nękać go będę po śmierci, jeśli nic w swoim życiu nie zmieni.

Gdy Marley zwraca się bezpośrednio do Scrooge’a, imiennie, przekonuje go o jego własnej cielesności i człowieczeństwie, bo przecież odczuwany przez niego strach to wyjątkowo ludzkie uczucie. Na tą jedną noc, nasz antybohater staje się nareszcie sobą, by ostatecznie uświadomić sobie, jakim wielkim był głupcem, że zmarnował życie, największy dar, jaki możemy otrzymać. By to życie odzyskać, chociażby częściowo, Scrooge musi wyjść z cienia, opuścić mrok, którym się otacza i na nowo narodzić się dla świata, tym razem w jasności.

Nie przez przypadek pierwsza zjawa, Duch Przeszłych Świąt, cały otoczony jest światłem. Jego celem jest pokazanie Scrooge’owi tego co było jasne w jego historii, czyli dobre i pełne życia. Były to czasy, gdy pieniądze nie były jedynym celem, a Ebenezer miał możliwość wyboru. Kiedy jeszcze liczył się drugi człowiek: koledzy, siostra, ukochana Belle. Ich odrzucenie poskutkowało zgorzniałą, wyalienowaną egzystencją. Konfrontacja z przeszłością wywołuje wstyd, ale także ponownie otwiera serce Scrooge’a, a Duch Przeszłości dzieli się z nim swoim światłem.

Duch Tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia (ubolewam nad nieprzetłumaczalnością pięknych wyrażeń Dickensa) pokazuje mu to, co stanie się, kiedy wydarzenia będą biegły wybraną przez Scrooge’a ścieżką. Czyli, gdy nic się nie zmieni, a Ignorancja i Bieda będą panowały na ziemi. Niby szara codzienność, znane twarze, a jednak te obrazy świątecznej radości w każdym, nawet najbiedniejszym zakątku miasta poruszają naszego antybohatera niezrównanie. Ten Duch otwiera Scrooge’owi oczy i kieruje jego wzrok na innych. Po raz kolejny Scrooge wstydzi się i rozumie, jak bardzo zmarnował życie.

Gdy pojawia się Duch Świąt, które Mają Nadejść (of Christmas Yet to Come), Ebenezer już wie, że zmiana jest konieczna i nieunikniona. Świadomość utraty tak wielu ludzi i ich miłości nie pozwoli mu już powrócić do tego, co było. Duch Przyszłości otwiera mu umysł i w dramatyczny sposób ukazuje, jak mógłby się taki smutny żywot zakończyć. Duch ten jawi się jako mroczna, ciemna zjawa, niosąca smutek i śmierć. Wizje, jakie niesie ze sobą np. okradzenia ciała czy pokazanie nagrobnej płyty z nazwiskiem Ebenezera wywołują w Scrooge’u silniejsze emocje i większą potrzebę przemiany niż cokolwiek do tej pory.

Dickens po mistrzowsku pokazuje nam, że nie warto marnować życia. Daje nadzieję, że nigdy nie jest zbyt późno, by obrócić własny los. Udowadnia również, że pieniądze potrafią naprawiać życie i mają wielką siłę, ale tylko wtedy, gdy to nie namnażanie ich jest celem, ale dzielenie się z potrzebującymi.

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam i sobie, byśmy nie stali się Scrooge’ami. Byśmy otworzyli serca, oczy i umysły! Żyjmy teraz i dziś zarówno ze wspomnieniem przeszłości w sercach jak i z pomysłem na przyszłość! Nie tylko w Święta Bożego Narodzenia, ale zawsze, o każdej porze roku.

Wesołych Świąt!

O.

P.S. Poniżej piękna piosenka z genialnej muppetowej adaptacji powieści „Muppet Christmas Carol” Jima Hansona śpiewana przez Maleńkiego Tima.

Zapowiedzi Wielkiego Buka

NaTropie1

Już jutro świeżutki nowy post o pewnej pięknej świątecznej historii, a dzisiaj kilka zapowiedzi na przyszły rok. Nie łatwo będzie mi wybrać z masy przeczytanych i czytanych
książek te, które chcę omówić i pokazać Wam na blogu, ale z pewnością wykorzystam te, których ciekawe wątki sprawiają, że zaliczyć je można do Dużych Buków.

Po raz pierwszy zaprowadzę Was do Poziomkowej Doliny i spróbuję udowodnić, że literatura dziecięca czasami wcale taka dziecięca nie jest i warto po latach wrócić do książek
dzieciństwa, by odkryć je na nowo. Na pewno odwiedzimy Dolinę Muminków Tove Jansson, Bulerbyn Astrid Lindgren i Krainę Czarów Lewis’a Carroll’a.

Po niedoszłym końcu świata pokażę Wam wizję apokalipsy u Cormaca McCarthy’ego. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czemu literacka Szwecja to kraina krwi i zbrodni. Zaprowadzę
Was tam, gdzie żyją Starzy Bogowie Lovecrafta skąd mam nadzieję powrócimy w pełni władz umysłowych. Razem zapolujemy na odwieczne wampiry King’a i demony Poe’go. Poznamy
rozpacz i smutek porzuconej rosyjskiej kochanki i uprzedzoną miłość pewnego angielskiego arytokraty. Pokażę Wam na podstawie prozy Jack’a Ketchuma, że zbrodnia ma wiele twarzy
i to drugi człowiek może stać się naszym największym przekleństwem. Zbuntowane atlasy uniosą na nowo świat, a na ziemię powrócą Amerykańscy Bogowie.

Już nie mogę się doczekać, a to tylko zapowiedź na pierwsze tygodnie Nowego Roku 🙂

Jeśli ktoś z Was ma propozycję Dużego Buka, o której chciałby przeczytać na blogu, piszcie!

A ja wracam na szlak! Gruby Zwierz nadchodzi!

O.

„Witch Water” Edward Lee

WitchWater

Czas wybrać się na nocne łowy i upolować coś wyjątkowo mrocznego, coś co chociaż na chwilę zaburzy nasz wewnętrzny spokój i rozstroi nerwy, dodając przy tym dreszczyk emocji do naszej codzienności.

Nie przez przypadek jako pierwszą z tej kategorii wybrałam powieść „Witch Water” Edwarda Lee. Niestety nie jestem pewna, czy książka ta została już przetłumaczona na język polski. Jeśli nie, to z pewnością niedługo doczeka się przekładu i wydania przez Wydawnictwo Replika, jak niektóre z powieści tego autora.

Edward Lee to jedno z ciekawszych nazwisk wśród twórców powieści grozy. Jest mistrzem gatunku nazywanego horrorem ekstremalnym. Jego historie są pełne elementów makabry i tego co po angielsku nazywamy „gore”, czyli lejącej się strumieniami posoki i wnętrzności. W każdej opowieści stara się przekroczyć tabu, wyjść poza ustalony porządek i z wyjątkowym wyrafinowaniem pokonać kolejną granicę tego, co uznajemy za ludzkie. W tych powieściach wątek paranormalny jest raczej niewinnym dodatkiem do tego co jeden człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi, czerpiąc z jego cierpienia rozkosz. Lee miesza wątki okultystyczne z seksualnymi dewiacjami i muszę powiedzieć, że wychodzi mu to wyjątkowo dobrze. Z pewnością nie są to powieści dla wszystkich 😉 Jeśli jednak nie wzdrygacie sie na widok krwi i nie oburzają Was opisy okrucieństwa, udziwnionych praktyk seksualnych czy wymyślnych tortur, to Edward Lee jest na pewno tym kogo warto poznać i poczytać.

„Witch Water” zaskoczyła mnie ciekawym podejściem do tematu wielokrotnie już wykorzystywanego w literaturze grozy, a często nawet nadużywanego, jakim jest historia miasteczka stylizowanego na Salem, gdzie w przeszłości odbywały się procesy o czary, a czarownice palono lub zabijano w wymyślny sposób. Może byłaby to kolejna podobna powieść, gdyby nie jej główny bohater i osobiste demony, z którymi się zmaga.

Stew Fanshawe nie jest człowiekiem, z którym łatwo się utożsamiać. Mężczyzna, w średnim wieku, któremu wyjątkowo dobrze się powodzi. Miliarder, który zdobył fortunę na giełdzie. Pojawia się w Haver-Towne niejako incognito. Nie chce zostać rozpoznany (bywał niejednokrotnie na okładkach Forbes’a) i woli pozostać w szarym tłumie. Bo to co musicie wiedzieć o naszym bohaterze, to to, że cierpi on na pewną manię. Manię perwersyjną, zboczoną nawet (tak myśli sam o sobie), przed którą zmuszony był uciec z miasta i po roku terapii odpocząć na prowincji. Ta perwersyjna mania to voyeuryzm, czyli podglądactwo.

Uważam, że by poznać drugą stronę „Witch Water” jako powieści, konieczna jest konkretna wiedza na temat tego zaburzenia. Voyeuryzm to rodzaj fetyszu, parafilii, czyli zaburzenia seksualnych preferencji, polegająca (tutaj posłużę się definicją profesora Lwa Starowicza) „na powtarzającej się lub utrwalonej skłonności do oglądania ludzi uczestniczących w zachowaniach seksualnych lub intymnych, takich jak rozbieranie się, związana z pobudzeniem seksualnym i masturbacją. Nie towarzyszy temu ani zamiar ujawnienia swej obecności ani zamiar kontaktu seksualnego z obserwowaną osobą”.

Stew walczy ze swoim uzależnieniem, jednak jak to z silnymi, impulsywnymi uzależnieniami bywa, w nieodpowiednim środowisku, przy odpowiednich warunkach, takie uzależnienie może powrócić w jeszcze silniejszym stopniu niż dotychczas.

Haver-Towne na pierwszy rzut oka wydaje się być uroczym, turystycznym miasteczkiem. Jego mroczna przeszłość jest wykorzystywana jedynie w nazwach szlaków, hoteli i restauracji i innych przygotowanych dla odwiedzających atrakcjach.

My, czytelnicy, spoglądamy na to miasto oczami Stew. Dlatego, z początku, nasze postrzeganie jest mocno ograniczone. Bohater odwraca często wzrok, karci sam siebie za zbytnią ciekawość i tłumi w sobie naturalne instynkty obserwatora. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy zaczyna interesować się i poznawać, krok po kroku, historię miasteczka i jego mieszkańców. Czarownik, wiedźmy, tortury… Traktat z diabłem, Compendium Maleficarum i tytułowa „witch water”, czyli woda czarownic, antyteza wody święconej (nie chcę zdradzać szczegółów). I luneta. Nie byle jaka, bo magiczna.

To właśnie ten przedmiot na nowo rozbudza uśpioną percepcję Fanshaw’a. Nagle na nowo rozkwita w nim rządza patrzenia. Jego oczy stają się z chwili na chwilę wszystkowidzące, spragnione penetracji. Widzi więcej i bardziej. W ogóle dziwna rzecz z tymi oczami…

Georges Bataille widział w oczach lustra. Oko było symbolem, służyło transgresji, czyli przekraczaniu. Nasz bohater dzięki oczom przeżywa podróż w głąb samego siebie, bo to właśnie oko wychodzi poza granice, obraca się, by ostatecznie skierować się do wnętrza Stew, jego „czarnego serca”, jego wewnętrznej ciemności, czarnej strony, którą było dane mu poznać tylko dzięki własnej perwersji. To poznanie ostatecznie doprowadziłoby do obłędu, szaleństwa (jak w prozie Lovecrafta, gdzie bohaterowie widzą i nie potrafią pojąć, więc umierają ze strachu), ale w tym wypadku jest inaczej. Penetrujące oko, wzmocnione magicznymi właściwościami lunety i zboczonym umysłem, pozwala mu pójść dalej, poza to co określone i znane. Spenetrować niepenetrowalne. Zobaczyć pulsującą ciemność, czarniejszą niż najczarniejsze otchłanie. Poznać własne serce.

Woda czarownic otwiera granice, przełamuje tabu, załamuje czas i miejsca. W ten sposób opowieść o czarowniku i zaklętym miasteczku otrzymuje całkowicie nowy wymiar. My również, jako czytelnicy, przekraczamy nieprzekraczalne, wstępujemy w ciemność, a dalej są tylko czary.

O.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James

Bombel_Padlina1

Padlina. Brzmi obrzydliwie, ale właśnie o brzydkiej stronie czytelnictwa (szeroko rozumianego)  będzie ten wpis.

Wyobraźcie sobie, że spacerujecie po lesie. Jest uroczy wiosenny dzień. Ptaki śpiewają, cała przyroda zielenieje w rozkwicie. Nagle, coś przyciąga Wasz wzrok. I bynajmniej nie jest to urocza sarenka, czy piękny kwiat. Podchodzicie bliżej. Wzdrygacie sie z obrzydzeniem. Przed Wami leżą zwierzęce zwłoki w początkowym stadium rozkładu. Odchodzicie w pośpiechu.

Gdybyście jednak powstrzymali odruch ucieczki i w przyrodniczej fascynacji zaczaili się za pobliskim krzakiem, niczym legendarny David Attenbourough, zauważylibyście coś dziwnego. Otóż do padliny, z każdej strony, zaczęły by ściągać miriady zwierzątek, robaków i innych leśnych mieszkańców, a samo truchło zniknęłoby w przeciągu dwóch, trzech dni. Największy ruch byłby zapewne w nocy, bo padlinożercy (nazwijmy ich po imieniu), to zazwyczaj dość skryte istoty w naszej strefie klimatycznej. Co więcej, spoglądając na nie w innych okolicznościach, nikt z nas nie pomyślałby o nich w takich kategoriach. Czając się dalej w krzakach, dostrzeglibyśmy od czasu do czasu jakieś dumne zwierzę. Może koneser padliny (trochę jak to jedzenie chińskich starych jaj, wykopanych z ziemi). Może wygłodniały drapieżnik.

Wiem, troszkę zboczyłam z literackiej ścieżki, ale ta leśna metafora to jedyny sposób żeby zobrazować  to co w ostatnich miesiącach dzieje się na światowym rynku wydawniczo-czytelniczym.

Bo widzicie, jako nieustraszona łowczyni opowieści trafiłam właśnie na taka padlinę. I postanowiłam dziabnąć kąsek. Okazało się, że to nie byle jaka padlina, tylko ta z gatunku najgorszych. Taka, która umarła w męczarniach w wyniku zarażenia jakimś bliżej niezidentyfikowanym wirusem (niczym opos w opowiadaniu „Listy z Dżungli”Jack’a Ketchuma i Edward’a Lee). Taka, która powinna być omijana, a nawet objęta [literacką] kwarantanną i ostatecznie spalona miotaczem ognia. A jest zupełnie odwrotnie.

To „Fifty Shades of Grey”, czyli „Pięćdziesiąt Twarzy Greya”. Nie umiem ukryć mojego zdziwienia, a raczej szoku, po przeczytaniu pierwszych rozdziałów. Nie dałam rady przełknąć całości. Ciężko mi nawet o tym pisać, bo całość zakończyła się moją histerią i utratą wiary w ludzkość.

„Pięćdziesiąt Twarzy Greya” E.L. James to najgorsza, zarówno pod względem fabuły (pustej i sztucznej), jak i języka (E.L. James to absolutna GRAFOMANKA) książka, jaką kiedykolwiek było mi dane przeczytać.

To, że z tą książką jest coś nie tak zauważyłam już po dedykacji (pozwólcie, że nie będę cytować, szkoda miejsca). Dalej, z każdą kolejną stroną, kartką, było tylko gorzej:

– regularne powtarzanie wyrazów aż do 4 (!) razy na stronę: nie wyolbrzymiam. Przeraża mnie tylko myśl, że to „coś” musiało przejść przez ręce edytora (wstyd);

– używanie słów niezgodnie z ich znaczeniem: E.L. James nie rozumie co znaczą pojęcia „psyche” lub „podświadomość”, ale po co sobie zawracać głowę takimi głupotami?;

– wykreowanie najgłupszej bohaterki w historii literatury, chociaż będę obstawać przy tym, że to w ogóle nie powinno być nazywane literaturą, ale piśmienniczą mutacją.

To tylko trzy z listy kilkudziesięciu elementów, składających się na smutną całość. Brzmi to jak kiepski żart? Tak, ale żartem nie jest.

Miliony sprzedanych egzemplarzy „żywej” książki.

Miliony sprzedanych e-booków.

Miliony sprzedanych audiobooków.

NA CAŁYM ŚWIECIE.

Patrzę i nie mogę uwierzyć. I wtedy wykluwa się mojej głowie straszne pytanie: jaki jest poziom [intelektualny] tych milionów czytelników? Kim są ludzie, którzy wygenerowali takie liczby?

Nie mi to oceniać, przynajmniej nie publicznie. W zamian postawię inne pytanie: po co w ogóle nam opowieści , bo niestety do opowieści „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” wciąż się zalicza?

Dawniej celem dobrej historii była właśnie historia sama w sobie i ciekawi bohaterowie, z którymi można się było identyfikować. Miała uczyć i bawić. Czasami przestrzegać. Miała uzupełniać życie, wychodzić poza najniższe potrzeby człowieka. Miała karmić nasze umysły, nasze super ego (posługując się terminologią Freuda). Nawet do dziś postrzegane za perwersyjne „Opowieści Kanterberyjskie” Chaucera, „Dekameron” Bocaccia, czyli dzieła Markiza de Sade, uderzały w prostych odbiorców filozoficzną prawdą o człowieku, o tym co cielesne i nieuchronne.

Jednak coś się zmieniło. „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” jest tego dowodem. Trafia TYLKO do najniższych instynktów, do id, pomijając całkowicie zdrowy rozsądek, wyobraźnię i rozum w ogóle.Opiera się bezrefleksyjnie na tym co w nas najniższe, bardziej zwierzęce niż ludzkie: na seksie, zdefiniowanym przez pruderyjną onanistkę, a nie osobę nadającą seksualności jakąkolwiek myśl, czy znaczenie. I na niczym więcej. Myślałam, że odnajdę tam pozytywną, życiową bohaterkę rodem z książek kategorii „chick lit”, czyli a la „Dziennik Bridget Jones”, czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Albo może bohatera, brutalnego i mrocznego niczym Heathcliff z „Wichrowych Wzgórz”. Nie. W zamian znalazłam ciamajdowatą idiotkę i sztucznego, wykreowanego przez hormonalnie zwichrowany umysł, bohatera opartego na podstawie sagi „Zmierzch”. Aż dziwię się, że Christian Grey też nie mieni sie w słońcu. W końcu bohaterka co drugie zdanie rozpływa się nad pięknem jego ciała, szarymi (a jakże) oczami i długimi palcami (o_O). I do tego jest milionerem! I ma tylko dwadzieścia siedem lat! No ale jest potworem, bo przecież lubi miziać się pejczem w zaciszu pluszowego pokoju. A bohaterka potrafi skwitować to tylko wyrażeniami typu: „ojejku”, „rany julek”, „o boże”. Bardzo wyrafinowana literatura.

Po lekturze nasuwa mi się tylko jeden wniosek: „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” to opowieść do samo zaspokajania się, do masturbacji i karmienia niezdrowych, bo nieprawdziwych fantazji. I są to fantazje sapiących w kierunku Justina Biebera czy Zaca Efrona podstarzałych kobiet, które jedyne czego pragną, to cofnąć się w czasie i znowu poczuć się dziewiczymi nastolatkami.  I tego potrzebują miliony.

Szkoda. Trudno. Poczekam, może nadejdą jeszcze kiedyś lepsze dni dla dobrej literatury. Może miliony czytelników opamiętają się. Przejrzą na oczy, że „król jest nagi” i nareszcie ogarnie ich wielki wstyd, że obniżyli poprzeczkę do minimum. I wiecie co? Muszę w to wierzyć, bo przeraża mnie myśl, że mogłoby stać się inaczej.

O.

Smaczek literacki: spotkanie ze Stephenem Kingiem

Dzięki kanałowi University of Massachusetts znalazłam cudny literacki smaczek z wczorajszej konferencji literackiej 🙂

Stephen King dzieli się i odpowiada na pytania słuchaczy i studentów z wydziału literatury angielskiej i pisarstwa kreatywnego swoimi przemyśleniami na temat pisania, inspiracji, pisarskiego fachu. Również opowiada o swojej technice pisarskiej, o strachu i istocie zła.

Co więcej, zapowiada swoje dwie nadchodzące powieści i komentuje popularność „Pięćdziesięciu Twarzy Greya” i tym podobnych tworów pół-literackich.

Osobisty wniosek: Stephen King jest najlepszy.

Kilka uroczych cytatów:

„Spoilers are for wussies!” (Stephen King)

„Everything scares me.” (Stephen King)

„See better, see more clearly.” (Stephen King) – porada dla piszących i pragnących pisać;

Polecam.

O.