„Minotauress” Edward Lee

Bombla_MinotauressTen tekst z pewnością ucieszy wszystkich tych, których zafascynował „Bighead” Edward’a Lee. „Minotauress” (dosłownie Minotaurzyca, ale nie tłumaczmy tego tytułu nigdy więcej) jest kontynuacją, a raczej luźnym prequelem do wyżej wymienionej książki. Ponownie wracamy do zwyrodniałego miasteczka gdzieś w sercu Appalachów. Do końca nie wiadomo, czy to dokładnie to samo miasteczko co w poprzedniej historii, czy może sąsiednie, ale spotykamy kilka wspólnych, znanych już postaci. Mamy szansę zobaczyć jak mordercza para, czyli Dicky i Balls, zaczynała życie zbrodni i okrucieństwa. Natomiast głównym narratorem pierwszej z dwóch pojawiających się w tomie opowieści jest Pisarz, postać przez lata powracająca i wielokrotnie obecna, chociażby epizodycznie, w opowiadaniach Edward’a Lee. Bighead również ma swoje momenty, ale jak na razie pozostaje jedynie legendą, jeszcze ukrytą głęboko w lasach, która dopiero uczy się korzystania ze swoich „wyjątkowych” przymiotów.

„Minotauress”, jak wspomniałam powyżej, to dwie osobne opowieści. Jedna zatytułowana jest, co oczywiste, „Minotauress”, a druga to „Horncranker” (dosłownie „Łamacz rogów”)zwieńczenie całej historii. Oczywiście obie napisane są w taki sposób, że niekoniecznie możemy traktować je poważnie. I znowu zamiast strachu wywołują bardziej dziki śmiech i szaleństwo. Ale już w lepszym gatunku niż „Bighead”. Odrobinę bardziej wyrafinowane. Tym razem to horror typu B, którego czytanie sprawia obłąkaną przyjemność. Jeśli znamy już niektóre historie Lee (szczególnie opowiadania) znajdziemy bardzo dużo odniesień i znajomych fragmentów np. legendy, wspomnienia, piosenki… Trzeba również dodać, że Lee to pisarz, który uwielbia zabawę archetypami i symbolami. Zamienia je,  wymienia, tasuje, miesza i wygina. Powstaje trochę taki potwór Frankensteina, którego dokładne mikroskopijne oglądanie z każdej strony cieszy czytelnika. Co prawda nigdy nie jesteśmy do końca przygotowani na to, co tam dojrzymy, ale chodzi właśnie o ten element zaskoczenia.

Jednak przede wszystkim to na co musimy się przygotować czytając „Minotauress” to nowe zjawisko jakim jest White Trash Gothic. Uwielbiam tą nazwę. Dla mnie to w końcu odkrycie całkowicie unikalnego gatunku literackiego. Dzięki tej nazwie w końcu mogę stworzyć osobną kategorię dla niektórych historii, które poznałam. Dodam, że nazwa ta jest całkowicie fikcyjna, stworzona przez Pisarza, jako tytuł pisanej w hipnotycznym transie książki. Jednak Edward Lee wiedział dokładnie, co wymyśla i pewnie również w jakiś sposób bawiło go, że jego tworów nie można jednolicie zakwalifikować do jednego albo drugiego odłamu z zakładki horror. Ale teraz już można, bo White Trash Gothic jest idealnym miejscem dla „Bighead’a” i dla „Minotauress” (nie wliczając wielu jego opowiadań).

Czym jest White Trash Gothic? Dla ułatwienia w zrozumieniu rozłożę to sformułowanie na części. White Trash, to dosłownie „białe śmiecie” a po polsku tzw. „biała hołota”. Wyrażenie bardzo rzadko spotykane w Europie, tym bardziej w Polsce (nie wiem dlaczego, bo nadzwyczaj często mogłoby być adekwatnym określeniem co do niektórych… )Określa, co oczywiste, w sposób pejoratywny, ludzi rasy białej, którzy znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, o najniższych dochodach, niewykształconych, bardzo często bezrobotnych, żyjących z czynności nielegalnych, np. pędzenie bimbru, prostytucja czy kłusownictwo lub na rachunek państwa. Błędnie utożsamiani z „redneckami”, którzy są po prostu normalnymi mieszkańcami głębokiej prowincji, a przede wszystkim stanów dawnego Południa.

Zachowanie „white trashów” odbiega od normalności. Jest wyjątkowo patologiczne i dysfunkcyjne. Na porządku dziennym spotyka się przemoc mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci, przemoc w ogóle, gwałty, kazirodztwo, zoofilię, głęboki alkoholizm i inne zjawiska rzadko penetrowane przez zwykłych ludzi. Z chorych związków rodzą się kalekie dzieci, dotknięte często kretynizmem, debilizmem, zniekształcone i zdeprawowane już od najmłodszych lat. „Biała hołota” nie ma konkretnych hamulców moralnych. Kierują się zasadą, że „wszystko zostaje w rodzinie” i to sprawia, że pozwalają sobie na więcej od innych. Tortury, uprowadzenia, morderstwa uchodzą w tym dziwnym świecie na sucho i nie ma kto za nie odpowiadać. Ot, taka sobie codzienność. Lepiej omijać z daleka, a najlepiej unikać kontaktu w ogóle.

„Gothic” jest łatwiejszy do rozgryzienia, gdyż odnosi się po prostu do powieści gotyckiej, albo do tworu wystylizowanego na takową, która jest o wiele lepiej znana w kręgach literackich. Jej główne założenia to atmosfera grozy, strachu, nawiedzone budowle, duchy i widziadła, legendarne zbrodnie piętnujące całą fabułę. W formie bardziej nowoczesnej można odnaleźć okultyzm, składanie ofiar i morderstwa.

Połączenie White Trash i Gothic może z początku wydawać się nierealne, jednak kiedy przeczytacie „Minotauress” zrozumiecie, jak idealnie pasuje i jak wiele wyjaśnia. Edward Lee udowodnił, że taka fuzja jest jak najbardziej możliwa i doprawdy nie rozumiem, jak można było wcześniej jej nie wykorzystać 🙂

Za podstawę pod powieść posłużył mit o Pazyfae. Kto nie pamięta tego fragmentu mitologii greckiej już pędzę z przypomnieniem. Otóż, Pazyfae, żona Minosa, królowa Krety, bardzo niefortunnie zakochała się w świętym byku podarowanym przez Posejdona Minosowi. Oczywiście nie przez przypadek, ale w ramach klątwy. Niezaspokojona w żądzy postanowiła oddać się zwierzęciu. Pomógł jej w tym Dedal, który zbudował drewnianą krowę, w której Pazyfae ukryła się i podsunęła bykowi. Została ukarana wydając na świat potwora o imieniu Minotaur, czyli postrach Krety. Tu mit się kończy, a wkracza Edward Lee. Pazyfae po śmierci trafiła w otchłanie piekielne i stała się odrażającym demonem.

Nie zdradzę Wam fabuły, ale powiem jedno: Pazyfae powraca. Wciąż niezaspokojona. Stęskniona za swoim zmutowanym synem. Okoliczne lasy otwierają dla niej zupełnie nowe możliwości działania. A nieświadomi i głupkowaci mieszkańcy stanowią doskonałe ofiary. Pradawne mity, okultyzm, magiczne rytuały i ofiary z ludzi. Trochę filozofii, dużo krwi, dużo seksu, bardzo dużo przemocy. White Trash Gothic w najczystszej postaci. Dla wielbicieli tego nowego gatunku.  I jak poprzednio ostrzegłam teraz również nie omieszkam zapomnieć: najlepiej nie jeść i nie pić w czasie lektury. Co prawda to nie jest „Bighead”, ale jak cała proza Lee również ta książka kryje w sobie zaskakujące smaczki.  Tak na wszelki wypadek.

O.

Bram Stoker Awards 2013

Bombla_BramStokerAwardsWszyscy fani Jack’a Ketchum’a mogą zacząć trzymać kciuki i zastygnąć w oczekiwaniu!

Nowa powieść zatytułowana „I’m not Sam”, napisana wspólnie z reżyserem i scenarzystą Lucky’m McKee, niedawno pojawiła się na rynku i już zdążyła podbić serca czytelników i krytyków. A wczoraj została nominowana do Bram Stoker Awards* w kategorii „Best Long Fiction” („Najlepsza dłuższa forma literacka”).

„I’m not Sam” opowiada historię kobiety, która w ciągu jednej nocy w dziwny sposób zmienia się w trakcie snu i nie jest już tym kim była, gdy zasnęła. To historia o poszukiwaniu tożsamości i o tym, czy naprawdę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka.

Poniżej do podziwiania okładka:

notSam

Na Wielkim Buku powieść już upolowana i niedługo podzielę się z Wami moim łupem 🙂

O.

*Bram Stoker Awards, nagrody przyznawane przez Horror Writers Association (Stowarzyszenie Pisarzy Horrorów)przyznawane corocznie od 1987 roku.

„Dziecię Boże” Cormac McCarthy

Bombla_DziecieBoze

Cormac McCarthy potrafi przerazić. Zazwyczaj lepiej niż niejeden pisarz thrillerów czy horrorów. Jest coś takiego w twórczości tego amerykańskiego pisarza, co sprawia, że po przeczytaniu chociażby jednej z jego opowieści nie ma się już ochoty wychodzić z domu. Traci się wiarę w dobro drugiego człowieka. A czasami po prostu traci się wiarę w ludzkość w ogóle.  

Świat jego powieści to świat smutny. Bardzo surowy. To wieczna wizja pewnego rodzaju apokalipsy, w której to nie ludzie zginęli, ale ich pozytywne uczucia i emocje. Umarła nadzieja. A dobro musiało zaszyć się w niedostępnych ciemnościach. Świat Cormac’a McCarthy’ego to świat zły. Przesiąknięty nieszczęściem do szpiku swoich fabularnych kości. Jego bohaterowie zmagają się życiem, nie by swój byt polepszyć w jakikolwiek sposób, ale by po prostu przetrwać. Przeżyć kolejny nadchodzący dzień. By dotrwać do kolejnego brzasku.

W tym swoim pragnieniu wytrwania są niezwykle obojętni. Obojętni na życie i na śmierć. Obojętni na przebłyski dobra, ale przede wszystkim obojętni na zło. Na panującą wszechobecną zbrodnię. Na cierpienie. Jego bohaterowie to wieczni podróżnicy. Tułacze brnący  po przygranicznej pustyni, po stepie, po surowych górach. Otaczający ich krajobraz jest pozbawiony intensywnych kolorów, pozbawiony konkretnych kształtów i punktów zaczepienia.  Wydaje się być wyszlifowany. Obojętny, jak sam człowiek.  Słońce w nim nie grzeje, ale skwierczy. Mróz nie ochładza, ale pożera ciało. Wszystko jest wybielone. Człowiek jawi się jako dziwna istota błąkająca się i wyblakła.

Nawet czasu nie można być do końca pewnym. Kolejne epoki wydają się być do siebie zaskakująco podobne. Trudno oddzielić koniec  wieku dziewiętnastego od połowy dwudziestego i na odwrót. W pewnych miejscach na ziemi nic się nie zmienia. I pewnie nigdy się nie zmieni.

W tej dziwnej monotonnej krainie przebłysk dobra jest wyrafinowanym wyjątkiem. Czymś niesamowitym. Co więcej, wydaje się być czymś bardziej niepokojącym niż zło panoszące się po świecie. Zła możemy być tutaj zawsze pewni. Dobra nigdy nie oczekujemy. Kiedy w końcu pojawia się znikąd, razem z bohaterami stajemy się wobec niego nieufni. Wolimy uciec na utarte rozmyte moralnie ścieżki niż poddać się czemuś tak niezrozumiałemu.

Ten świat, który wykreował Cormac McCarthy, ma swoich stałych bohaterów. Wyzuci z chęci życia po prostu trwają. Przenoszą się z miejsca na miejsce. Niosą ze sobą albo ukrytą misję schowaną pod pozorem szarej obojętności albo, to zdecydowanie częściej, zło w najczystszej postaci. Raz mogą być ofiarami, ale częściej ciemiężycielami.  Mordercami o zimnej krwi. Bez sumienia. Bez uczuć. Takimi, którzy nie stawiają zbędnych pytań, ale niczym kameleony dopasowują się do świata wokół nich.

Tak właśnie dzieje się w trzeciej powieści McCarthy’ego, zatytułowanej niezwykle złowieszczo, w porównaniu do treści, „Dziecię Boże”. Jej bohaterem jest Lester Ballard, młody mieszkaniec miasteczka Sevierville w stanie Tennessee. To właśnie przez jednego z mieszkańców, zaraz na samym początku, zostaje on opisany jako „dziecię boże, prawdopodobnie takie jak ty”. Jeśli jakiekolwiek „dziecię boże”  podobne jest  do Lester’a Ballard’a, to tylko podkreśla potworność rzeczywistości w tej powieści i rzeczywistości w ogóle.

Lester Ballard faktycznie jest nijaki. Mógłby być każdym z nas. Człowiek-celofan. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie ma żadnej wyjątkowej cechy. Mógłby wydawać się całkiem normalny. Mógłby mijać nas każdego dnia. Codziennie nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Mógłby… Ale Lester Ballard z pewnością nie jest normalny. Co więcej, Lester Ballard jest przeciwieństwem normalności.

Jego historia podzielona jest na trzy części. Każda z nich odzwierciedla, zarówno stylem, jak i charakterem dokładnie to, co dzieje się z głównym bohaterem. McCarthy przeciwstawia w nich mieszkańców miasteczka z perwersją i przemocą Lestera. Ten kontrast jest dziwny i trochę niewyraźny. To w sumie nie jest nawet kontrast. Lester koegzystuje z nimi. Wypełnia luki. Wpisuje się w otaczający go świat.

Pierwsza część jest niczym reportaż. Poznajemy Lester’a tak, jak widziany jest w oczach znających go ludzi.  Opowiadają jego historię jakby opowiadali o życiu zwykłego chłopaka. Jednego spośród nich, który niefortunnie zszedł na złą drogę. Dowiadujemy się niektórych szczegółów z jego dzieciństwa i młodości. Elementów życia rodzinnego. Jednocześnie, obserwujemy codzienność Lester’a. Widzimy jak nieuchronnie zaczyna oddalać się od normalności. To co widzi jest jakby rozmyte. Nie zgadza się z obrazem zwykłego człowieka. Lester Ballard dziwaczeje. Zaczyna podglądać, podpatrywać, wdzierać się swoim wzrokiem w życie innych. Ofiarami jego dziwnego voyeuryzmu stają się młode dziewczęta, kochające się pary, ale też wypaczone, chore związki kazirodcze i gwałty. Lester widzi i przyswaja. Widzi, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a normalność nie zawsze jest „normalna”.

Druga część to powolne odejście od cywilizacji. Lester Ballard popełnia pierwsze morderstwo. Podwójne. Jak lawina włączają się w nim kolejne zboczone instynkty. Bawi się trupami. Przebiera je. Uprawia nekrofilię. Próbuje znaleźć bliskość w martwych ciałach. Znowu zabija. Nie ma konkretnych powodów. Przynajmniej nigdy ich nie podaje. Jest zimny w swoich czynach. Robi tak, bo może. Oddala się i w strachu przez oskarżeniem postanawia odizolować się od miasteczka. Pomaga mu w tym otaczający go krajobraz, góry pełne jaskiń. Zaszywa się w jednej z nich. Tam tworzy swoje schronienie.  I właśnie tam zaczyna zbierać kolejne eksponaty swojej makabrycznej „kolekcji”.

Ostatnia część, to historia życia w sieci górskich jaskiń. To próba ucieczki przed tym co nieuchronne. Mieszkańcy okolicznych miasteczek wiedzą już, że to właśnie Lester jest mordercą. Poszukują go. Próbują odnaleźć ostateczne dowody. Natomiast Lester staje się jeszcze bardziej maniakalny. Mówi sam do siebie. Przemieszcza się między swoimi kryjówkami. Pojawia się przebrany w damskie ubrania, a na głowie nosi kobiece skalpy. Popełnia coraz więcej błędów. A błędy to jedna z tych rzeczy, na która seryjny morderca nie powinien sobie pozwalać.

Życie Lester’a Ballard’a to historia wzlotu i upadku. Początku i końca. Triumfu i przegranej. Narodzin i śmierci. Tak jak dla każdego z nas. Poraża swoją zwykłością. W tym świecie, realnym i fikcyjnym, nie ma niesamowitych zakończeń. Tak samo jak nie ma wyjątkowych początków. Dla każdego los ma taki sam tor. Tylko czasami, w międzyczasie, życie wypełnia się inaczej. Odbiega od tego co ustalone i idealne. Przebiega troszkę w inny sposób niż życie zwykłych śmiertelników. Pod tym względem Lester Ballard jest wybrańcem. Mesjaszem zła. Wyjątkiem, który nigdy nie powinien móc potwierdzać reguły. Ale pozory mogą zwieść niejedną osobę. I niech każdy ma się na baczności przed tym idealnym dzieckiem Boga.

O.

„Wendigo” Algernon Blackwood

Bombla_WendigoPierwszy raz usłyszałam o Wendigo kilka lat temu przy okazji powieści „Cmętarz Zwieżąt” Stephen’a King’a. Nie wnikałam w temat aż do momentu mojego powrotu do tej powieści przed kilkoma tygodniami. Tym razem historia Wendigo zaintrygowała mnie. Zaczęłam szperać i węszyć. Wpadłam na trop. Duch Wendigo zawładnął moim umysłem i rozpoczęłam polowanie. 

W powieści King’a Wendigo to demon lasu, uśpiony na pozostałościach cmentarzyska należącego do plemienia Mi’kmaq’ów. Demon żarłoczny i okrutny. Taki, który wstępuje w ciała pogrzebanych i zamienia ich w krwiożerczych kanibali. I tak sobie pomyślałam: skoro plemię Mi’kmaq’ów istnieje naprawdę i wciąż zamieszkuje północne regiony Stanów Zjednoczonych i Kanady, to w legendzie o Wendigo musi być chociaż element prawdy.

Jeśli chodzi o folklor rdzennych plemion indiańskich to faktycznie, w Europie, dostęp do wiarygodnych źródeł jest nieco utrudniony. Problematyczna wydaje się również indiańska tradycja przekazywania legend i historii metodą werbalną. Te historie często nie są w ogóle uwiecznione w żadnej formie, ale jedynie przekazywane innym członkom plemienia, z ust do ust. Większość legend została spisana dopiero po latach, przez antropologów, etnografów i badaczy konkretnych regionów. Podobnie było z legendą Wendigo.

Ponieważ raz już wpadłam na trop, to nie mogłam odpuścić. I trafiłam na bardzo interesujący artykuł, fragment szerszej dysertacji, zatytułowany „Reviving Witiko (Windigo): An Ethnohistory of “Cannibal Monsters” in the Athabasca District”. („Ożywiając Witiko (Windigo): Historia i pochodzenie Ludożerczych Potworów w rejonie Athabasca”). Lektura bardzo zaskakująca i pełna opisów autentycznych, udokumentowanych przypadków nawiedzenia Wendigo.

Zapytacie się skąd moje tak obszerne zainteresowanie tematem? Bo również przy okazji powyższego artykułu i „Zewu Cthulhu” H.P. Lovecraft’a natrafiłam, zupełnie przypadkowo, na opowiadanie Algernon’a Blackwood’a zatytułowane po prostu „Wendigo”. Napisane w 1910 roku, opowiada historię czterech myśliwych, którzy polując na łosie w leśnych ostępach Kanady, postanawiają rozdzielić się, by lepiej poznać teren i ocenić zasięg zwierzyny. Dają sobie trzy dni na rekonesans. Po tym czasie cała czwórka ma powrócić do obozu głównego i zaplanować konkretne łowy i plan działania. Jednym z myśliwych jest Joseph Défago, tropiciel indiańskiego pochodzenia. Postać wyjątkowa. Przedstawiony jako typ melancholijny. Cichy myśliciel o wielkiej wyobraźni.

Wrażliwa wyobraźnia w październikowej, odległej i zapomnianej krainie dziczy, z dala od cywilizacji, może niestety być dużą wadą. Tym bardziej, gdy razem z drugim członkiem rozdzielonej grupy trafia na puszczę po drugiej stronie rzeki, która według wierzeń jego przodków zamieszkała jest przez „złego ducha”. Razem z nastaniem nocy zaczyna się koszmar dwójki myśliwych. Défago najpierw doznaje dziwnych omamów słuchowych i węchowych. Potem nawiedza go gorączka i dziwne podniecenie. W nocy płacze przez sen, by ni stąd ni zowąd wybiec w zimną, jesienną noc. Słychać tylko jego krzyki. Przez jakiś czas widać trop na śniegu, z czasem coraz dłuższy w odległości. Podobny raczej do tropu dziwnego zwierzęcia niż do zwykłego człowieka. I nagle urywa się. Poszukiwania nie dają rezultatów i gdy po kilku dniach zrezygnowani współtowarzysze postanawiają wrócić do obozu głównego znajdują w nim wrak człowieka. Odmrożonego, majaczącego Défago, który cierpi na silną amnezję i wyczerpanie. Nie pamięta kim jest, kim są otaczający go ludzie, nie wie nic. Zatracił siebie. Pozostaje tylko wspomnienie o Wendigo.

O Wendigo przetrwały przede wszystkim legendy. Nazywany również Witiko, Weendigo, Windigo, czy po prostu „pożeraczem ludzi”, jest człekopodobną istotą (często przedstawianą z porożem i pyskiem jelenia lub oczami sowy) lub duchem o naturze kanibala, który żywi się ludzkim mięsem i jest nienasycony w swoim pragnieniu polowania na ludzi. Tak bardzo złakniony, że według niektórych podań pożarł własne usta i straszy groteskowym obliczem. Jest drapieżnikiem o potężnej sile, który zawsze głoduje i zawsze szuka kolejnej ofiary.

Jednocześnie, w medycynie, istnieje kompulsywno-obsesyjna przypadłość nazwana Syndromem Wendigo lub Psychozą Wendigo. Jest ona typowa tylko dla indiańskich mieszkańców północnych terenów Stanów i Kanady, szczególnie dla plemienia Algonkinów. Jej głównym objawem jest właśnie… kanibalizm. Wyjątkowo częste przypadki tej nietypowej choroby zostały szczegółowo udokumentowane przez różnych badaczy, którzy wyróżnili jej podstawowe symptomy. Są to: nagły wzrost agresji i instynktów morderczych, omamy słuchowe, halucynacje, omamy węchowe, gorączka, wizje, nagły wzrost nienaturalnej siły i wydawanie zwierzęcych dźwięków. W wyniku choroby, nawiedzenia, ofiara Wendigo napada często swoich bliskich i członków rodziny, zabija ich i pożera. Szczególnie często ofiarami padają dzieci. Według wierzeń jedyną możliwością pokonania demona jest zabicie jego ofiary (najlepiej ciosem toporem w głowę), zakopanie głęboko w ziemi i przygniecenie miejsca pochówku dużym drzewem lub gałęziami, by duch nie wyleciał i nie wstąpił w kolejną osobę.

Czym jednak jest Wendigo w opowiadaniu Blackwood’a? Co tak naprawdę symbolizuje? Z jednej strony może być ucieleśnieniem strachu przed wielkim głodem i mrozem, który napotyka myśliwych w lesie. Ziszczeniem najgorszych myśli. Najokrutniejszych wyobrażeń. Kiedy „pochłonięci” przez złowrogie ostępy mogą na zawsze zgubić się i nigdy już nie trafić do świata żywych. Z drugiej strony u Blackwood’a Wendigo nie ma związku z kanibalizmem. Nazywany jest „moss-eater”, czyli „pożeraczem mchu”. W tym wypadku Wendigo to raczej symbol ucieczki. Chęci ponownego oddalenia się od cywilizacji. Powrotu do natury. To ucieleśnienie zewu dziczy. Szaleńczy bieg przez tajemnicze ścieżki jest biegiem ku wolności. Ku pojednaniu z dziką przyrodą. Pierwotnie, w indiańskich wierzeniach, pokutowała wiara w silną więź człowieka ze światem zwierząt i roślin, gdzie człowiek był częścią tego świata, nie jego zaprzeczeniem. Z czasem ten silny związek utracił częściowo znaczenie, a plemiona zmuszone były „ucywilizować” się, nawet na siłę i poddać nastaniu nowej ery.

Może Wendigo nie jest wcale prawdziwym demonem… Może wspomnieniem czegoś od dawna już zapomnianego? Wspomnieniem wolności pierwszych istot? Czymś co wciąż poszukuje uwrażliwionych, pamiętających stare plemienne opowieści, by odnawiać swoje siły? W końcu Défago jest właśnie dlatego taki wyjątkowy. Bo uwierzył. I udało mu się odpowiedzieć na wezwanie. Przeżył niezapomniane momenty i doświadczył czegoś wyjątkowo pierwotnego w swojej naturze.  Ale powroty zawsze są najtrudniejsze. I nikt nie może być tym samym człowiekiem, gdy raz napotka Wendigo. Gdy powróci z krainy zapomnianych przesądów i  prehistorycznych legend. Świata

„niesamowitych mocy, które wciąż czają się w duszach ludzi i które może same w sobie nie są złe, jednak instynktownie wrogie temu co najbardziej ludzkie.”*

O.

*” (…)formidable Potencies lurking behind the souls of men, not evil perhaps in themselves, yet instinctively hostile to humanity as it exists.” /Algernon Blacwood „Wendigo”/

„Zew Cthulhu” H.P. Lovecraft

Bombla_Cthulhu
 

„Nie jest wykluczone, że są pozostałości tych wielkich sił i istot… pozostałości bardzo odległego okresu, kiedy… świadomość wyrażała się, być może, w kształtach i formach dawno już zanikłych, jeszcze przed zalewem rozwijającej się ludzkości… formach, o których tylko poezja i legenda zachowały przelotne wspomnienie, zwąc je bogami, potworami, mitycznymi istotami wszelkiego gatunki i rodzaju…”

Algernon Blackwood

Niełatwo jest pisać o twórczości H.P.Lovecraft’a. I nie tylko dlatego, że sam Lovecraft był pisarzem trudnym, o skomplikowanym życiu wewnętrznym. Jednak przede wszystkim dlatego, że jego opowieści, to historie przewodzone lękiem. Chociaż lęk to zbyt mało, by opisać uczucie wszechobecne w jego historiach.  To niesamowity strach, a nawet horrendalne przerażenie. Strach przed czymś tak bardzo nienazwanym, tak potwornie monstrualnym i niezmierzonym, że nie można tego ogarnąć umysłem. Co więcej ten strach jest mocno zaraźliwy. A to niedobrze. Bo strach Lovecraft’a  prowadzi prosto w objęcia szaleństwa. Obłędu totalnego. Katatonii. I śmierci.

Twórczość  Pustelnika z Providence, jak zwano Lovecraft’a, to także ucieczka od znienawidzonej rzeczywistości. Przed ułożonym życiem dorosłych, bez wyobraźni, bez snów. Przed życiem dla samego życia. Jego opowieści otwierają umysł na nowe światy. Na przestrzenie ukryte za zasłoną złudzeń i iluzji. Prawdziwy wszechświat jest pełen okrucieństwa. Człowiek jest w nim samotny. Pozostawiony samemu sobie. I nic nie znaczy. Ale lepiej poznać prawdę, ujrzeć cały ogrom ohydy czający się w przestworzach niż nie widzieć nic. Lepiej poszukiwać istoty wszelkiego zła, poświęcić radość swojego życia niż być nieświadomym. Brak świadomości i ucieczka przed poznaniem to poddanie się  realizmowi. A dla Lovecraft’a nie istniało nic gorszego od prawdziwości życia.

Poszukiwaczami, artystami, pisarzami czy podróżnikami są wszyscy bohaterowie prozy Lovecraft’a. To właśnie oni penetrują najgłębsze zakamarki najciemniejszego kosmosu. To oni poświęcają swoje życia, by poznać oblicze zła. Dokopują się do najgłębszych jaskiń, najmroczniejszych zakamarków ziemi i najgłębszych czeluści oceanów. Badają niezbadane. Próbują nazwać nienazwane. Aż wreszcie udaje im się zobaczyć to co niewidzialne. Przeżywają wielkie objawienie. W obliczu koszmaru mogą tylko patrzeć, przykuci, sparaliżowani strachem są obserwatorami zagłady własnego umysłu. Pozwalają się pożreć i zmiażdżyć, by wreszcie oddać się w ramiona obłędu. Ich śmierć nie ma znaczenia. Nie zostają męczennikami. Nikt o nich nie wspomina. To konieczne ofiary odwiecznego zła.

„Zew Cthulhu” („Call of Cthulhu”) napisany w 1926 roku to pierwszy z serii tzw. wielkich tekstów H.P. Lovecraft’a. Właśnie to opowiadanie zapowiada cały ciąg serii opowieści o Wielkich Pradawnych i zapoczątkowało  to, co dzisiaj nazywamy mitologią Cthulhu.  A czym jest Cthulhu?

Na to właśnie pytanie próbuje sam sobie odpowiedzieć główny bohater opowiadania „Zew Cthulhu”. Po swoim wuju Angellu, tragicznie zmarłym emerytowanym profesorze języków semickich na  Brown University w Providence Rhode Island (miejsce nie jest wybrane przypadkowo) dziedziczy zagadkową skrzynkę. Jej zawartość stanowiły dziwne, niezrozumiałe zapiski i pewna prehistoryczna płaskorzeźba. Przedstawiała ona koszmarne monstrum. Dziwne, nienaturalne połączenie ośmiornicy, człowieka i smoka na tle „cyklopowej architektury”. Zbiór zapisków zatytułowany był „Kult Cthulhu” i zawierał spisane ręcznie relacje dziwnych zdarzeń i zjawisk na przestrzeni kilku lat.

I w tym momencie nasz główny bohater, a my razem z nim, zostajemy wciągnięci w śledztwo i poszukiwanie pochodzenia dziwnej płaskorzeźby. Razem zapuszczamy się odmęty psychicznych schorzeń, tajemnych stowarzyszeń, by wreszcie natrafić na trop pewnego  zapomnianego pierwotnego kultu. Starszego od samej ludzkości. Kultu tak monstrualnie okrutnego, nieznanego i niezwykłego, że każdy z ich rytuałów wydaje się być nieludzki, a opowieści z nim związane niewiarygodne. Ich podstawą są ofiary z ludzi, a ostatecznym spełnieniem wezwanie Wielkiego Starego Bóstwa.

Tym bóstwem jest Cthulhu. Istota istniejąca od eonów wieczności. Śpiąca w otchłaniach oceanów. Która czuwa i czeka. Czeka, by powstać ponownie, zbudzić innych i wspólnie opanować ziemię siejąc chaos i zniszczenie. Ich przebudzenie i przybycie zwiastuje koniec ludzkości. Upadek świata. Pogrążenie w wiecznej ciemności.

„Bóstwa nie mogą żyć. Ale choć teraz nie żyją, to naprawdę nie umierają nigdy. Spoczywają w kamiennych domach w swoim wielkim mieście R’lyeh, zabezpieczone czarami potężnego Cthulhu do czasu chwalebnego zmartwychwstania, kiedy to gwiazdy i ziemia będą znowu gotowe na ich przybycie.”

A do tego czasu sieją strach i obłęd. Bo w swoim uśpieniu wciąż czuwają i rozmyślają. A ich myśli płyną przez wszechświat i tylko najwrażliwsi mogą ich usłyszeć. Zdarza się to jednak niezwykle rzadko. Najczęściej w okresie wiosennego przesilenia. W dni takie jak dzisiaj, kiedy przyroda zaczyna budzić się do życia. Przychodzą w snach, by nawiedzać ludzi straszliwymi wizjami. Uchylają rąbka swojego ogromu i niewypowiedzialnego terroru, jaki potrafią wywołać. Ale tylko odrobinę, by całkowicie nie zniszczyć swojej ofiary. Ich cel jest prosty: nie można o nich zapomnieć. W niesamowitych wizjach przekazują obrazy i słowa, które maja stanowić natchnienie twórczości wrażliwych. Przywołują obłęd konieczny przy tworzeniu cyklopowej twórczości. Przy próbie uchwycenia nieuchwytnego. Tego co nie ma kształtu, koloru czy formy. Tego co nie mieści się w euklidesowych kątach i rozumowaniu człowieka.

H.P. Lovecraft zastawił na nas pułapkę. Podzielił się swoim koszmarem. Zaraził nas swoim przerażeniem. Jego opowieści nie da się zapomnieć. Kto raz wkroczył w ten świat już wie, że nie do końca jest tym samym człowiekiem. Teraz trzeba bardzo uważać. Żeby nie oddać się całkowicie szaleństwu. Nie wpaść w czeluści strachu. Ale już zawsze będziemy pamiętać o Nich, którzy śpią w otchłaniach czasu i że:

„Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami,

Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.”*

O.

* Tłumaczenia tekstów w przekładzie Ryszardy Grzybowskiej.

** W przemyśleniach pomógł mi Michel Houellebecq i jego praca „H.P.Lovecraft, Przeciw światu, przeciw życiu”.

Potwory w ciemnościach

Bombla_HorroryJestem czytelniczką horrorów i lubię się bać. Inaczej nie sięgałabym  po ten gatunek. To oczywiste. Lubię przeżywać moje najskrytsze lęki i obawy. Rzecz jasna na niby. Pod kontrolą. Tak, żeby wyrzucić te emocje z systemu i nie martwić się już więcej.

Paradoksalnie, w prawdziwym życiu, staram się unikać sytuacji stresowych. Uciekać, zanim nadarzy się jakieś niebezpieczeństwo. Nie kuszę  losu. Bo wiem, że w ciemnościach i tajemniczych otchłaniach czają się rzeczy od mnie większe. Całkowicie niezależne.

Czytając, zgadzam się na ich istnienie. Wybieram powolne ich oswajanie, bo to pozwala mi chociaż na chwilę zdominować zło poza mną. Poczuć złudną przewagę. I pokonać samą siebie.

Co więcej, daje mi to wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jestem przygotowana na najgorsze. A nawet na to, co jeszcze potworniejsze. Ale to tylko wrażenie. Tylko cień i nieprawda. W tym obsesyjnym czytaniu horrorów i poddawaniu się strachom jestem uzależniona.

Uzależniona od zła i od okrucieństwa. Jestem podglądaczką najgorszych zakamarków ludzkiej natury. Baczną obserwatorką narodzin zbrodni. Cichym współwyznawcą tajemniczych kultów łamiących prawa natury. Poszukiwaczką paranormalnych zjawisk. Łowczynią duchów i wampirów. Alchemikiem okultyzmu.

Jestem opętana przez pragnienie poznania. By móc sobie wyobrazić „więcej”. Więcej wszystkiego. I karmić moje własne lęki. Przekraczać granice. Pokonywać kolejne tabu. Czytać jeszcze więcej. Jeszcze intensywniej. Bo nigdy nie przestaję się bać.

Nic tak dobrze nie wpasowuje się w moją teorię, jak czytanie opowiadań grozy. Opowiadania mają tą ważną zaletę, że występują w wersji combo. Dostajemy wiele historii naraz. Jeśli trafimy na dobrego opowiadacza, to każda z tych historii sprawi, że podskoczy nam mocno adrenalina. A na pewno jeszcze bardziej otworzy nam się umysł.

Ponadto opowiadania nie są przeciążone „niepotrzebnymi” wątkami i „uciążliwymi” pobocznymi bohaterami. Jeśli miałabym porównać opowiadania do jedzenia, to powiedziałabym, że to najlepszy fast food z możliwych. Albo, bardziej abstrakcyjnie, pralinka z pudełka pełnego cukierków o niezliczonych smakach. Rarytasik na jeden chaps. Bo już po jednym jesteśmy syci i zadowoleni. A zawsze można się jeszcze porządnie obeżreć i przeczytać na raz wszystkie 🙂

Specjalnie dla Was wybrałam pięć zbiorów opowiadań moich ulubionych pisarzy grozy, czyli Edward’a Lee, Jack’a Ketchum’a i Stephen’a King’a. Wszystkie przeczytane w przeciągu ostatniego roku. Wszystkie za jednym podejściem.

Krolestwo1. „Królestwo Spokoju” Jack Ketchum („Peaceable Kingdom”)

Najgorsze instynkty człowieka i trawiące nas lęki zebrane w jednym tomie. Po raz kolejny Ketchum sprawia, że strach wychodzić z domu. A na pewno nie warto ufać innym. Nawet tym najbliższym. Po przeczytaniu całości ma się wrażenie wyzucia z emocji. Że już nic nie może nas zmartwić. Prawdziwe królestwo spokoju. Ulubione opowieści z tomu to: „Karabin”, o konieczności poświęcenia tego, co kocha się najbardziej; „Pasować do Zbrodni”, o zemście idealnej; „Przesyłka”, o pewnym fanie filmów „snuff”; „Pudełko”, o głodzie i „Bliźniaki”, o miłości kazirodczej, bez granic.

Carnal2. „Carnal Surgery” Edward Lee (nieprzetłumaczone na język polski)

Jeśli powieści Lee są pełne seksu i nieuzasadnionej przemocy, to jego opowiadania, wręcz odwrotnie, są mocne, ale raczej bardziej filozoficzne niż krwawe. Zbrodnia i perwersja są tutaj powodem do rozmyślań, nie do przyciągania kolejnych ofiar. Każda historia dopracowana do perfekcji, z zaskakującą puentą. Ulubione to: „The Seeker”, o pisarzu (postać powracająca w twórczości Lee), poszukiwaczu prawdziwej natury człowieka; „Please Let me Out”, o sile obsesyjnej miłości; „Hands”, o fetyszu mordercy (spokojnie mogłaby być filmem z Kevinem Spacey w roli głównej) i „Table”, o niebezpiecznych seksualnych fascynacjach.

Skeleton3. „Szkieletowa Załoga” Stephen King („Skeleton Crew”)

Drugi tom opowiadań.  King jest mistrzem krótkiej formy. O ile w niektórych powieściach zatraca wątki i sens, w opowiadaniach (wszystkich) każdy element jest idealny. Są tylko te najlepsze i lepsze, nie ma gorszych. Ulubione z tomu (a wyjątkowo trudno wybrać) to: „Mgła”, ponadczasowa historia o strachu przed eksperymentami i o tym, co czyha na ludzkość w innym wymiarze; „Małpa”, o zabawce, która ma duszę; „Skrót Pani Todd”, o świecie w podróży na skróty; „Edytor Tekstu”, o rzeczywistości, którą można zmieniać; „Szkoła Przetrwania”, o tym, do czego zdolny jest głodny człowiek i „Babcia”, o rodzinnych tajemnicach, które nie miały prawa wyjść na światło dzienne.

disorder4. „Sleep Disorder” Jack Ketchum i Edward Lee (nieprzetłumaczone na język polski)

Dwóch pisarzy. Jeden tom opowiadań. Fuzja perfekcyjna. Pisali oddzielnie, by ostatecznie poprawić samych siebie, nawzajem. Połączenie odrębnych stylów dało bardzo mroczne, tajemnicze historie, które niełatwo zapomnieć. Bardziej do rozmyślań niż do strachu. A na koniec bonus: jak wyglądały historie napisane tylko przez jednego z pisarzy. Ulubione z tomu: „Love Letters From the Rain Forest”, o zranionym sercu w środku dżungli; „Masks”, o szukaniu nowych doznań seksualnych; „I’d Give Anything For You”, o poświęceniu siebie dla dobra miłości.

Czarna5. „Czarna Bezgwiezdna Noc” Stephen King („Full Dark, No Stars”)

Gdy rozum śpi budzą się demony… Cztery opowiadania o ciemnej stornie człowieczeństwa. Bez nadziei. Bez przebaczenia. Jak na razie jest w mojej czołówce opowiadań w ogóle. Żadnej skazy. Pozostawia poczucie olbrzymiego niepokoju. I niedosytu. Bo chciałoby się jeszcze więcej takiego Kinga. „1922”, o odmowie i spirali zbrodni, do której doprowadziła; „Wielki Kierowca”, okrutne i niebywale rzeczywiste, o pragnieniu zemsty za wszelką cenę; „Dobry Interes”, o tym, że nie ma prawdziwych przyjaciół, tylko zazdrośni wrogowie; „Dobrane Małżeństwo”, oparta na faktach próba wyjaśnienia, czy to możliwe, że najciemniej jest pod latarnią.

Wszystkie te opowieści, z każdego tomu, są sprawdzone i godne polecenia. Każda byłaby idealna do postraszenia. Najlepiej przed snem, gdy potwory czają się w ciemnościach. I tylko czekają, aż ktoś je zauważy.

O.

Smaczek literacki: „Doctor Sleep” Stephen King

„Doctor Sleep”, czyli sequel kultowego „Lśnienia” pojawi się na rynku dopiero 24 września. Ale już dzisiaj odbyła się premiera okładki do książki, którą dzielę się poniżej dzięki oficjalnej stronie Stephen’a Kinga 🙂

doctor_sleep_full

Jeśli kogoś ominął jeszcze wywiad z pisarzem o tej nadchodzącej powieści, to jest on do znalezienia tutaj:

http://wielkibuk.com/2013/02/02/smaczek-literacki-wywiad-ze-stephenem-kingiem/

A jeśli nie lubicie czytać wywiadów, to dzielę się blurbem „Doctor Sleep” również zapożyczonym z oficjalnej strony Kinga.

” On highways across America, a tribe of people called The True Knot travel in search of sustenance. They look harmless—mostly old, lots of polyester, and married to their RVs. But as Dan Torrance knows, and tween Abra Stone learns, The True Knot are quasi-immortal, living off the “steam” that children with the “shining” produce when they are slowly tortured to death.

Haunted by the inhabitants of the Overlook Hotel where he spent one horrific childhood year, Dan has been drifting for decades, desperate to shed his father’s legacy of despair, alcoholism, and violence. Finally, he settles in a New Hampshire town, an AA community that sustains him, and a job at a nursing home where his remnant “shining” power provides the crucial final comfort to the dying. Aided by a prescient cat, he becomes “Doctor Sleep.”

Then Dan meets the evanescent Abra Stone, and it is her spectacular gift, the brightest shining ever seen, that reignites Dan’s own demons and summons him to a battle for Abra’s soul and survival. This is an epic war between good and evil, a gory, glorious story that will thrill the millions of hyper-devoted readers of The Shining and wildly satisfy anyone new to the territory of this icon in the King canon.”

Zapowiada się mocno i bardzo mrocznie. Dokładnie za takim Kingiem mocno się już stęskniłam. Zapisuję się na pre-order i czekam z niecierpliwością 🙂

O.

„Zmierzch” Stephenie Meyer

Bombla_ZmierzchTo od tej książki wszystko się zaczęło. Zmierzch wampirów i następujący po nim upadek poziomu literatury popularnej. To „dzięki” tej powieści świat utwierdził się w przekonaniu, że wampiry skrzą w słońcu, a wilkołakami są półnadzy indiańscy chłopcy z rezerwatów. To dzięki popularności tej powieści powstały takie dzieła i bestsellery jak „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”. To właśnie ta historia zainspirowała multum pseudo-pisarzy do tworzenia jeszcze marniejszych kopii niby-wampirycznych, mroczno-młodzieżowych powiastek rodem z licealnych szatni. Właśnie ta powieść sprawiła, że wampiry stały się nagle śmiesznymi stworami, poświęcającymi swoje wieczne istnienie na powtarzanie w kółko, rok po roku dwóch lat liceum. I że idealną kobietą dla wampira jest nieogarnięta, zakompleksiona nastolatka cierpiąca na syndrom wiecznej ciamajdy. „Zmierzch”. I cała następująca po tym „saga”. I jedna osoba, która sprawiła, że świat literacki przekształcił się w pole do popisu dla hormonalnie niekontrolowanych pisarek po czterdziestce. Stephenie Meyer.

„Zmierzch” zmienił wszystko. Rynek literatury i odbiorców. Zmienił wydawców i samych pisarzy. Zmienił nawet język pisania. I formę edycji tekstów. Czyli wszystko to, co jest najważniejsze jeśli chodzi o proces tworzenia i czytania książki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przeciągu kilku lat od powstania wampiryczno-wilkołacznej sagi jakoś tak kultura popularna opadła kilka poziomów. Nie trzeba już się wysilać, by stać się wielką, poczytną pisarką. Nie trzeba trzymać się kanonów i ustalonych o wieków zasad, można napisać dosłownie wszystko. Nawet coś najgłupszego na świecie.

Stephenie Meyer wydeptała te nieuczęszczane przez lata ścieżki na nowo. Wykorzystała lukę rynku wydawniczego, jaką była powieść młodzieżowa. I uzupełniła ją o swój geniusz. Bo trzeba tu przyznać, że w działaniu pani Meyer jest jakiś ukryta wybitność. Element godny mistrzów manipulacji. Ale o tym za chwilę. Na razie skupmy się na najbardziej widocznych aspektach, dzięki którym „Zmierzch” stał się tak popularny. Wychodzi z tego swojego rodzaju dziwne równanie. Można je potraktować jako gotowy przepis na wielki sukces. Czyli:
Mrok +miłość + nastolatki + problemy ->( wampiry+wilkołaki) + pierwsze doznania seksualne + dojrzewanie + problemy = SUKCES

Ale, ale, to jeszcze nie wszystko! Bo jest tutaj jeszcze jeden magiczny składnik! Nazwijmy go składnikiem X. Jest to ten malutki, drobniutki element, dzięki któremu całość „smakuje” idealnie. Ten tajemniczy składnik sprawił bowiem, że saga „Zmierzch” jest hitem nie tylko wśród nastolatek, ale wśród kobiet w ogóle, w przedziale wiekowym 12-60. Stephenie Meyer wykorzystała moment, w którym nikt nie patrzył, ukradła ten element i wykorzystała niecnie, niczym jakiś złośliwy mastermind, i zmieniła oblicze świata na zawsze.

Gdy „Zmierzch” trafił w moje ręce nie wiedziałam jeszcze nic o pani Meyer ani o tajemniczych składnikach. Nie wiedziałam nawet czego do końca się spodziewać. Wiedziałam, że to międzynarodowy hit i że wstyd nie znać. No to poznałam. Z ciekawości. I trochę dzisiaj żałuję, bo nie mogę już odwidzieć, tego co zobaczyłam. Nie mogę „oddoznać” tego co doznałam. Dzisiaj wiem, co to było. I pojęłam znaczenie składnika X.

Język był miły i przystępny. Nie znalazłam tej abstrakcji treści i ortografii co u E.L. James, ale to jeszcze były początki para-literatury. Styl niczym się niewyróżniający. Bohaterowie zarysowani bardzo prosto i nieskomplikowanie, ale wiadomo, że w przy pisaniu dla młodzieży można ominąć ambitniejsze formy charakterystyki. Główna postać, legendarna już Bella, głupia bo głupia, ale myślałam wtedy, co ja tak naprawdę pamiętam z bycia nastolatką? Im dalej brnęłam w lekturę (w sumie brnie się z trudnością, a tutaj szło mi szybko i przyjaźnie, więc użyję czasownika „sunąć”), im dalej sunęłam w lekturę, tym czułam się bardziej zaangażowana i jakaś taka bardziej podekscytowana. Nagle cały świat ograniczył się do problemu Belli, czy kochać Edwarda, czy Jacoba. Czy poświęcić swoje życie „wiecznemu” wampirowi, czy pobiec w leśne odstępy z wilkołakiem bez koszulki? Wielkie dylematy prawdziwej młodości… Nieskończona wizja wielkiej miłości, pełnej przygód i perypetii. O mały włos, a zaczęłabym nerwowo chichotać i pąsowieć na twarzy na myśl o tych pierwszych zbliżeniach…

Czy widzicie, co się wydarzyło? Czy zgadliście już, czym jest ten tajemniczy składnik X Stephenie Meyer? To WEHIKUŁ CZASU! Całe wieki szaleni naukowcy i wynalazcy szukali możliwości, by cofnąć się w czasie. Majstrowali przy czasoprzestrzeni, przy kosmosie, budowali skomplikowane maszyny i wymyślali paliwa przyszłości, a tu taka niepozorna pisarka z Utah zgarnęła całą pulę! Pisząc JEDNĄ książkę!

Bo widzicie, pani Meyer udało się wywołać uczucie powrotu do beztroskich czasów licealnych tylko dzięki słowu pisanemu! Czy to nie jest genialne?! Takie proste! Dzięki sadze „Zmierzch” każda kobieta na ziemi (bo wątpię, czy działa to również na mężczyzn) może spokojnie, bezboleśnie i bezpiecznie wrócić do etapu bycia nastolatką. Może znowu różowić się i chichotać. Może przeżywać sercowe rozterki razem ze swoją bohaterką, by zaraz potem wybierać, czy sama należy do TEAM Jacob, czy TEAM Edward. Na krótką chwilę każda czytelniczka staje się Bellą! Czystą, dziewiczą i piękną. Kochaną przez wszystkich pomimo tępoty, nieogarnięcia i braku zdolności socjalizowania się. Dziewczyną, która jest tak bardzo nijaka, że każdy może podłożyć pod nią swoją twarz! Taką, którą pragnie i kocha nie tylko wampir, ale też wilkołak! I połowa szkoły.  I inne wampiry.

Stephenie Meyer zafundowała nam prawdziwą podróż w czasie.  Nie trzeba wydawać gór pieniędzy, by zapomnieć o rzeczywistości i przenieść się do innego, lepszego wymiaru. Nie trzeba tutaj tajemniczych firm à la Total Recall. Nie potrzeba maszyn. Nie potrzeba napojów. Nie potrzeba nawet mózgu, by naszła nas znowu burza hormonów, i  by zniknęły problemy i całe zło dorosłości poszło w niepamięć. Wystarczy tylko jedna książka.

Ale czy warto w ogóle wracać do tych „beztroskich” nastoletnich czasów? Przecież życie to nieustające doświadczenie i wiedza, a patrzenie wstecz oznacza jedynie nieumiejętność pogodzenia się z losem… Czy ten powrót, nie stał sie przypadkiem tożsamy ze słowem regres? Czy to nie jest przerażające, że tyle kobiet całkiem świadomie wciąż chce przeżywać najwcześniejsze uniesienia miłosne rodem z podwórka, „swój pierwszy raz” wciąż od nowa, łapiąc się po książki tego typu, zamiast ciesząc się ze swojego życia tu i teraz? Smutna to myśl i bardzo niepokojąca.
O.

„Nawiedzony” Shirley Jackson

Bombla_HillHouseH.P. Lovecraft wierzył, że niektóre miejsca maja duszę. Ta dusza może być dobra lub zła. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę doświadczenia tego mistrza horroru z Providence i opowiadanie, w którym tą tezę zamieścił, możemy być pewni, że miał na myśli ten drugi przypadek. Istnieją miejsca, które są złe. Po prostu. Nie jest to wina ich mieszkańców. Nie jest to wina przypadkowych wydarzeń i śmierci. To wewnętrzna istota tych miejsc. To właśnie ta dusza sprawia, że miejsce jest złe i wywołuje negatywny wpływ na tych co w nim przebywają. Nawiedzenie staje się skutkiem nie przyczyną, dla którego miejsce staje się złe. Dodaje to tylko dodatkowy, jeszcze bardziej mroczny element do całej układanki. 

Takim miejscem jest Dom na Wzgórzu (tytułowy Hill House) w „Nawiedzonym” Shirley Jackson. Stephen King uznał ta powieść za jedną z najbardziej dwuznacznych w literaturze i umieścił obok „W kleszczach lęku” Henry’ego James’a. Krytycy literaccy zgodnie uznali ją za najlepszą historię o „nawiedzonym domu” opowiedzianą kiedykolwiek. Czy przesadnie? Z pewnością nie. „Nawiedzony” (tytuł oryginału „The Haunting of Hill House”) pomimo, że napisany już ponad pięćdziesiąt lat temu wciąż fascynuje. Wciąż przeraża i wywołuje dyskusje.

Czym jest Dom na Wzgórzu? Czy jest tylko zwykłą budowlą, której dziwna konstrukcja wywołuje niepokój, doprowadzając ostatecznie do szaleństwa? Czy może jest potworem ukrytym za fasadą murów? Cmentarzyskiem wspomnień, które ożywają w niekontrolowany sposób? Sprawa staje się niby jasna już od pierwszego akapitu, w którym Shirley Jackson daje nam punkt zaczepienia. Wskazuje tym samym kierunek, dzięki któremu łatwiej będzie nam pojąć nadchodzące wydarzenia:

„Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo; są tacy, którzy twierdzą, że nawet skowronki i pasikoniki mają jakieś sny. Dom na Wzgórzu, szalony dom, stał samotnie pośród wzniesień, kryjąc w swym wnętrzu ciemność. Stał tak od osiemdziesięciu lat i mógł stać następnych osiemdziesiąt. Wewnątrz ściany wznosiły się pionowo, cegły ciasno przylegały do siebie, podłogi były mocne, a drzwi – starannie zamknięte. Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domu na Wzgórzu, a cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie.”*

Do tej twierdzy szaleństwa tymczasowo wprowadzają się cztery osoby: Eleanor, Theo i Luke, a przewodzi im Dr Montague, antropolog, zajmujący się hobbystycznie parapsychologią. Cel pobytu jest prosty: sprawdzić, czy Dom na Wzgórzu jest faktycznie nawiedzony. Kim są bohaterowie? Luke jest przyszłym właścicielem posesji, natomiast Eleanor i Theo dwoma młodymi kobietami, które w przeszłości przeżyły epizody paranormalne. Dr Montague jest przekonany o źle, które obrało sobie Dom na Wzgórzu za swoje mieszkanie, jednak potrzebuje konkretnych dowodów. Jego teoria przyjęta zostaje z zainteresowaniem przez uczestników eksperymentu, ale z pewną rezerwą.

My, czytelnicy, wiemy już, że z domem z pewnością jest coś nie tak. Z zewnątrz wydaje się być normalny. Olbrzymia, prawie wiekowa rezydencja. Zbudowana przez Hugh Crain’a, przez lata zamieszkiwana przez jego córki, aż do śmierci trzeciej żony właściciela. Potem opustoszała, by w końcu stać się domem dla starszej siostry i jej opiekunki. Teraz znów opuszczona. Próby sprzedaży kończyły się ucieczką potencjalnych kupców. To sama budowla wywoływała niepokój, terror i choroby u kolejnych rezydentów.

W wewnątrz wszystko wydaje się być nie takie, jak powinno być. Wydaje się, że Dom założył maskę normalności na swoją fasadę, by kusić. Ta maska nie jest idealna, bo czasami, kiedy pada na cegły odpowiednie światło, widać jakieś dziwne wykrzywienie. Niedorobione kąty, które nie pasują do całości. Coś się nie zgadza. O ile z zewnątrz można dać się nabrać, o tyle środek odsłania „chorobę” Domu. Dziwne, niepojęte dla oka i rozumu wymiary pomieszczeń, raz dłuższe, raz krótsze, w zależności od spojrzenia. Nic nie jest dokładnie proste. Ściany stoją jakoś ukośnie, wydają się poruszać i falować. Dom na Wzgórzu czai się i chowa, ale nie potrafi ukryć swoich złowieszczych zamiarów. Chce zawładnąć umysłami swoich mieszkańców i doprowadzić ich do ostatecznego szaleństwa. Zagłady rozumu.

Katalizatorem idealnym jest dla niego Eleanor. To do niej zwraca się Dom na Wzgórzu. To ją upatrzył sobie na swoją kolejną ofiarę. Eleanor jest odpowiedzią na całą tęsknotę Domu za niszczeniem i ujarzmianiem wrażliwego  umysłu. Zagubiona we własnym świecie, narcystyczna aż do bólu, jest idealnym dla niego celem. „Wygłodniały” dom woła ją, na ścianach pojawiają się krwawe napisy „COME HOME ELEANOR”, czyli „Wróć do domu Eleanor”. Ta konstrukcja zdaniowa niekoniecznie jest wezwaniem do wyjazdu, czy powrotu. ” COME HOME ELEANOR ” może również oznaczać stwierdzenie, że Eleanor jest już w domu, a tym domem jest właśnie Dom na Wzgórzu. To przyzwanie do poddania się szaleństwu. Kobieta jest tak zagubiona i tak bardzo samotna, że automatycznie zostaje ofiarą. Nie ma silnej woli, nie rozumie siebie i świata, a jednocześnie jest przeświadczona o swojej wyjątkowości i tym, że nie pasuje do życia na zewnątrz.

Dom na Wzgórzu wciąga ja w swoją grę. Udaje perfekcyjne odbicie jej podświadomości, manipuluje jej myślami, by złapać w swoją pułapkę. Eleanor jest jak ćma lecąca do ognia. Nie może zawrócić. I nawet nie chce zawrócić. Ktoś odpowiada na jej potrzebę przynależności i ona nie może powstrzymać się przed poddaniem. Nawet jeśli doprowadzi ją to do opętania i śmierci. Aż do końca wierzy, że sama kieruje swoim życiem i swoimi myślami. Aż do tego ostatecznego momentu, kiedy przed samobójczą śmiercią pyta samą siebie: „Czemu to robię? Czemu nikt mnie nie powstrzymał?”

King przyrównuje Dom na Wzgórzu do mikrokosmosu, w którym zderzają się różne siły. Krążą tam nie tylko duchy przeszłości, ale wizje podświadomości ludzi w nim przebywających. Ich lęki, frustracje i bolączki. Dom ma wpływ na tych najwrażliwszych, a na silniejszych zostawia trwały ślad. Ich podświadomość jest dla niego niczym otwarta księga i nie potrzebuje zbyt wiele czasu, by wykorzystać ich największe słabości. Dom na Wzgórzu jest najlepszym drapieżnikiem, bo zabija dając ułudę ofiarom, że jest to ich własny wybór.

Możemy próbować zrozumieć co wydarzyło się w Domu na Wzgórzu. Możemy starać się to sobie tłumaczyć racjonalnie. Możemy zagłębić się w psychologiczny aspekt i potraktować całą historię, jako wspólną projekcję bohaterów. Halucynację. Ale co, jeśli to nie wystarczy? Co, jeśli uchyliliśmy już te drzwi do wiedzy i nie możemy odwidzieć, tego co za nimi ujrzeliśmy? Wtedy musimy pamiętać, że te obrazy do nas wrócą. Kiedy najmniej będziemy się tego spodziewać. Kiedy będziemy sami. Uwięzieni w pułapce własnej wyobraźni. Najsłabsi. Wtedy „nikt nie usłyszy waszego krzyku. W nocy. W ciemnościach”.**

O.

*Fragment pochodzi z „Danse Macabre” Stephen’a King’a w tłumaczeniu Pauliny Braiter i Pawła Ziemkiewicza.

**”No one will hear you if you scream. In the night. In the dark.” („Hunting of Hill House”).

„[geim]” Anders de la Motte

Bombla_GeimSzwecja. To dziwne miejsce. Piszę to z własnego doświadczenia, a nie tylko dlatego, że tak mi się wydaje. Rok temu miałam okazję przekonać się na własnej skórze, czym jest ten północny kraj zimą.  I teraz, dzięki tej krótkiej podróży, już wszystko rozumiem. Rozumiem, czemu w literaturze szwedzkiej króluje mroczny kryminał. Rozumiem, skąd tyle wątków depresji i alienacji. Rozumiem, skąd wśród bohaterów takie poczucie zagubienia i niezrozumienia. I wiem, dlaczego pisarze traktują to miejsce jako naturalny wybór seryjnych morderców i tym podobnych psychopatycznych zwyrodnialców.

Istnieje coś takiego w szwedzkiej atmosferze codzienności, co całkowicie odróżnia to miejsce od reszty Europy. Mam wrażenie, że ten element łatwo charakteryzuje całą Skandynawię. To prostota i surowość.  Razem składają się na szwedzki tryb życia. I sprzyjają tworzeniu i pisaniu okrutnych opowieści  z krainy śniegu i zbrodni.

Ta prostota i surowość życia sprzyjają izolacji. Każdy mieszkaniec Szwecji jest samotną wyspą. Całkowitym indywidualistą zakamuflowanym w tłumie podobnych sobie osób. To podobieństwo jest widoczne nie tylko w  wyrazie twarzy, spokojnym i wyciszonym, ale także w ubiorze i zachowaniu. Nie ma niepotrzebnych gestów, uśmiechów, czy artykulacji.  Nie padają zbędne słowa. Ruchy wydają się być ściśle ograniczone. Prawie wyreżyserowane. W bezpośrednim kontakcie pojawia się półuśmiech na ustach, wyuczona grzeczność i przyciszony, prawie szepczący głos.

Z zewnątrz wszystko wygląda idealnie. W każdym oknie identyczna lampka, albo dwie, z białym kloszem, i doniczka orchidei. Orchidee białe albo różowe. Nie widać innych kwiatów. Prawie nigdy nie widać innych ozdób. Prostota: lampka i roślinka. Tak jakby mówiły osobom z zewnątrz: spójrz, jesteśmy tacy jak wszyscy, jesteśmy zupełnie normalni. Ale jak w każdym miejscu na ziemi to fałszywa filozofia. I ten fałsz pokazują wszystkie skandynawskie kryminały.

[geim] (fonetyczny zapis jest tytułem powieści), Anders’a de Motte jest klasycznym przykładem swojego gatunku. Nazwę go nawet przykładem modelowym, bo czytelnik znajdzie tutaj wszystkie najważniejsze elementy składowe skandynawskiego kryminału. Oczywiście każdy pisarz używa tych  elementów na swój sposób. W zależności od charakterystyki swojego stylu i konkretnej fabuły opowieści, jednak obecne są one w każdej powieści tego typu.

Zacznę od bohaterów. W kryminale skandynawskim występują oni parami. Zazwyczaj jest to mężczyzna i kobieta. Często są to przyszli kochankowie, byli kochankowie, albo członkowie bliskiej rodziny. Mają zupełnie odrębne charaktery, co daje nam, czytelnikom, dwa różne spojrzenia na przebieg wydarzeń i nadaje szersze pole do utożsamiania się z postacią. Muszą intensywnie kontrastować ze sobą np. chaotyczny marzyciel/ułożona racjonalistka, sympatyczna, ale niedojrzała idealistka/dojrzały, surowy  egoista. Ich zawody i to czym się zajmują na co dzień również powinny być całkowicie zróżnicowane, np. policjant/pisarka, czy policjantka/złodziej. W [geim] mamy układ: brat i siostra. On, HP, jest życiowym nieudacznikiem, idealistą. Natomiast ona, Rebecca, poważną kobietą z przeszłością, twardo stąpającą po ziemi. On jest drobnym złodziejaszkiem, ona policjantką z oddziału specjalnego.

To co ich łączy, to smutne wydarzenia z przeszłości. Przede wszystkich trudne dzieciństwo w patologicznej rodzinie, w której królował ojciec-alkoholik i schorowana podległa mu matka, z czasem również nałogowa alkoholiczka. Ciągle obecna i nieodłączna przemoc werbalna i przemoc fizyczna. Na zdjęciach niczym idealna rodzina, we wspomnieniach bolesny terror i samotność. Podobnie jest w innych powieściach skandynawskich, które często wykorzystują motywy przemocy rodzinnej. Temat bardzo trudny i często ukrywany latami przez ofiary cichego terroru. Dotyczy przemocy wobec dzieci, molestowania seksualnego, przemocy wobec kobiet i znęcania się psychicznego na rodzinie.

Takie wydarzenia dzieciństwa często prowadzą do wyalienowania i odrzucenia bohaterów przez struktury „idealnego” społeczeństwa. Stają się oni wyrzutkami, skazanymi na milczenie, którzy nie odnajdują zrozumienia wśród swoich najbliższych, ani w instytucjach teoretycznie przeznaczonych do pomocy w takich przypadkach. Oskarżani są o kłamstwa, o wyolbrzymianie rzeczywistości, a w końcu o szaleństwo. W [geim] taką bohaterką jest Rebecca, która by uspokoić wyrzuty sumienia i strach przed własną bezsilnością wstępuje do policji.

Kolejnym ważnym elementem są wszechobecne spiski rządowe i tajne organizacje kierujące rzeczywistością. Intryga szwedzkich kryminałów często opiera się na takich knowaniach. Morderstwa, zniknięcia, upłynnienia ludzi i malwersacje finansowe… Nic nie jest dziełem przypadku, tylko perfidnym, wyrachowanym działaniem na szerszą skalę. Bohaterowie natykają się na nie przypadkiem, próbują odkryć i stają się automatycznie kolejnymi celami. Powoduje nimi ciekawość i niemożność pogodzenia się z ustalonymi regułami. W taką sytuację wplątuje się HP, który podejmuje grę na śmierć i życie (tytułową GAME) podnosząc przypadkowo zostawiony w metrze telefon.

Tu zahaczam o element technologiczny, który prawie zawsze jest obecny w skandynawskim kryminale. Zaawansowana technologia jest tu narzędziem tajnych organizacji i podstępnych spisków, albo odwrotnie, pomaga głównym bohaterom osiągnąć upragniony cel. Często obie strony posługują się nim na zmianę, by wyeliminować wszelkie zagrożenia i doprowadzić do finalnej konfrontacji.

[geim] sprawdza się tutaj całkowicie. Zawiera wszystko co najważniejsze w swoim gatunku. Jest perfekcyjnie szwedzki. Z zewnątrz nie wyróżnia się niczym i nie odstaje. Czyta się go szybko i przyjemnie. Ma prosty, składny język, który pcha poszczególne wątki naprzód. Każda postać ma swój konkretny cel, a fabuła nie zawiera nic niepotrzebnego. Tylko trzeba pamiętać, by nie dać zwieść się pozorom. Nie dać omamić się identycznym „lampkom i kwiatkom”, tylko zajrzeć poza wymuskane firanki. Bo może spotkać nas nie lada zaskoczenie. I pod tym względem [geim] to idealny skandynawski kryminał.

O.

P.S. Wnioski oparłam na powieściach Camilli Läckberg, trylogii Millenium Stig’a Larsson’a i wyżej opisanej [geim] Anders’a de la Motte.