„Kongo” Michael Crichton

Bombla_KongoKongo. Tajemnicza i mroczna kraina w sercu Afryki. Dom plemion pigmejskich i skłóconego ludu Bantu. Wojny domowe. Legendy o kanibalizmie. Dziewicza, dzika dżungla, zaledwie muśnięta stopą białego człowieka. Miejsce występowania tysięcy wyjątkowych gatunków roślin i zwierząt. Kolebka górskich goryli. Otoczona wulkanicznymi pasmami, które co jakiś czas dają o sobie znać ledwie wyczuwalnym wybuchem. Jedno z najbogatszych złóż surowców mineralnych na ziemi. Miedzi, kobaltu, złota i… diamentów. Perfekcyjna lokacja na wielką, niezapomnianą przygodę.

A jeśli wielka przygoda, eksploracja i mroczne sekrety, to musi być nie kto inny, a tylko Michael Crichton. Mam wrażenie, że gdyby nie ten wyjątkowy pisarz o nieskończonej, bogatej wyobraźni  i umiejętności ujmowania myśli w słowa, nie pojawiłyby się w naszej kulturze koncepty, które uważamy dzisiaj za kultowe. Wskrzeszone dinozaury z „Jurassic Park”i „Zaginionego Świata”, śmiercionośne nanoroboty z „Roju”, atak śmiertelnego wirusa z przyszłości w „Andromeda Strain” czy bawiący się ludzkimi umysłami zatopiony statek kosmiczny z „Kuli”. I wiele, wiele innych koncepcji, które stały się podstawą współczesnej popkultury.

Nie inaczej jest z „Kongo” wydanym w 1980 roku. To hołd złożony wszystkim wielkim podróżnikom i eksploratorom przeszłości, a zarazem ostatni, zamykający rozdział pewnej niezapomnianej epoki. Koniec czasów niestrudzonego Indiany Jones’a i obalenie mitu o odważnej samotniczce Larze Croft. Zakończenie i podsumowanie ery wielkich odkrywców i symboliczne wypełnienie ostatnich luk na mapie świata. Bo takich miejsc po prostu już nie ma.

Ale zanim pogrzebiemy całkowicie marzenia o odkrywaniu świata jak wielcy odkrywcy sprzed lat, to mamy przed sobą kawał porządnej literatury do nadgryzienia. Kąsek, w którym znajdziemy wszystko to, co dla podróżników najważniejsze. Jest tutaj bestialski atak na obóz jednostki badawczej przez niezidentyfikowane istoty przypominające goryle. Jest ekspedycja prawie ratunkowa, której głównym celem jest kontynuowanie początkowej  misji na tym samym terenie i odzyskanie danych z ich sprzętu. Są rywalizujące ze sobą konsorcjum, którzy za nic mają ludzkie życie, a każda kolejna wyprawa, to ludzie zbyteczni, jednorazowi, których łatwo w razie czego wymienić i zastąpić nowymi. Są konflikty zbrojne wchodzące w drogę bohaterom. I wreszcie jest dżungla Kongo, a dokładnie tereny Parku Narodowego Virunga, z ciągnącym się pasmem uśpionych i drzemiących wulkanów.

Właśnie ta kongijska dżungla jest tłem dla najważniejszych wydarzeń. A może nawet nie tylko samym tłem (chociaż tło dla fabuły na pewno stanowi),ale także jakby dodatkowym, indywidualnym elementem samej historii. Bohaterowie powieści Crichtona zauważają, że dżungla sama w sobie jest wielkim żywym organizmem. Potężną istotą. Całkowicie samowystarczalną. Niezależną od tego co ludzkie. Tym samym człowiek jest tam bardziej intruzem niż przechodniem. Czymś, czego trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Nie pozwolić mu brnąć dalej. Zamęczyć go po drodze i zmusić do zawrócenia z drogi. Gigantyczne drzewa o wielkich, opasłych  pniach, w których można by zbudować mały dom. Wielkie korzenie plączące się pod nogami. Trujące, rzadko rosnące kwiaty. Panosząca się, wszędobylska „zieloność”, do której nie docierają nawet promienie słońca tłumione przez nieprzeniknione korony drzew. Brak źródeł wody. Wieczna wilgotność i nieznośny, duszący upał. Wszystko to broni dostępu do jej serca. Do wielkiej tajemnicy i zagadki przeszłości. Zaginionego miasta Zinj.

Jednak zanim bohaterowie trafią do tej wrogiej, „trującej” krainy muszą najpierw przygotować się i zorganizować całą podróż. Michael Crichton nie owija w bawełnę. Nie mydli oczu. Pokazuje nam prawdziwe oblicze nowoczesnej eksploracji. Całość nie zależy wcale od wyjątkowych pasjonatów, specjalistów, czy owładniętych odkrywczą obsesją naukowców. Oni wszyscy nie mają tu nic do powiedzenia. Są kolejnymi twarzami w aktach, interesującymi jedynie ze względu na zakres swoich umiejętności.  Każdy element musi być dopięty na ostatni guzik. Wyliczony, ujęty w tabelki, idealnie wykalkulowany. Nie ma miejsca na pomyłki, kiedy pod uwagę wchodzą setki tysięcy dolarów. A wszystko to  w rękach kilku właścicieli konsorcjum, których głównym celem jest odkrycie nowej rudy błękitnych diamentów, które zmienią losy współczesnej technologii. Tego kto uzyska do nich dostęp uczyni na całe lata największym dostawcą handlowym świata. Kusząca perspektywa. Warta postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Właśnie dlatego na tą konkretną misję mają wyruszyć najlepsi z najlepszych. Otoczeni najnowocześniejszym sprzętem naukowym i najbardziej niezawodną bronią na świecie muszą przedostać się do serca Virungi, zorientować się co wydarzyło się z poprzednią ekipą. Oszacować straty, posprzątać, usunąć przeszkodę i kontynuować pierwotny cel. Kierującą kilkunastoosobową wyprawą zostaje młoda ambitna informatyk Karen Ross, która opętana jest narzuconym jej przez zarząd zadaniem. Towarzyszy jej specjalista behawioralny od zwierząt naczelnych Peter Elliot i jego kilkuletnia podopieczna gorylica Amy. Przewodzi im doświadczony najemnik Munro, którego zadaniem jest odnaleźć obóz i bezpiecznie przeprowadzić ekspedycję przez kongijską dżunglę.

Każdy z bohaterów kieruje się innymi pobudkami. Dla Ross priorytetem są błękitne diamenty. Będąc technologiczną maniaczką nie wyobraża sobie już świata bez nowatorskiej technologii czerpiącej z ich wyjątkowych właściwości. Elliot pragnie rozpoznać nowy, niezidentyfikowany gatunek drapieżnego goryla jednocześnie badając reakcje Amy. Munro pragnie jedynie przedostać sie przez tropikalną puszczę, odebrać zapłatę i wrócić do siebie. Wszyscy odgrywają przed sobą wyuczone role. Szczerość nie wchodzi w rachubę, gdy stawki są tak wysokie. Jednak skonfrontowani z rzeczywistością i nowymi możliwościami, jakie dała im dżungla, zrzucają swoje „maski”. Prawda okazuje się wyjątkowo bolesna.

W „Kongo” nie ma magii. Nie występują zjawiska nadprzyrodzone. Nie ma tajemnic. Są ludzie. I jest swego rodzaju przygoda. Może nie taka, o której marzy każdy, kto w dzieciństwie chciał być Indianą Jones’em. Bardziej przygoda pozbawiona złudzeń. I fałszywych pobudek. Eksploracja pozbawiona kolorowych piórek. Naga prawda. I ta prawda ma raczej gorzki smak. Odarta zostaje z mitów i dziecinnych snów. Ta historia pozwala uświadomić sobie, że w odkrywaniu nowych światów nie ma nic tajemniczego. Wszystko jest wykalkulowane. Obliczone co do centa. Doprecyzowane. Nie ma tu miejsca na brawurę. Wszystkim kierują ludzie. A ludźmi żądza zysku i pragnienie sławy.

I nagle zdajemy sobie sprawę, że przecież tak było od zawsze. Kolumb nigdy by nie popłynął w drogę do Indii, gdyby nie pragnienie królowej Izabeli pozyskania nowych wyznawców chrześcijańskiej wiary. Tym samym poszerzenie swoich wpływów w Watykanie. Magellan nie dostałby statków, gdyby nie wizja nowego, szybszego strategicznego szlaku dla handlu przyprawami. A Jacques Cartier nigdy nie namówiłby króla Franciszka I na wyprawę na północ Ameryki, gdyby nie pragnienie odnalezienia nowych złóż złota…

Człowiek uzyskał nowe technologie. Unowocześnił techniki nawigacji. Pojawiły się satelity, GPS, internet… Zorganizowanie podróży trwa teraz zaledwie kilka dni, a nie całe lata jak za czasów Kolumba. Nie musimy bać się zabójczych ludożerców. Nie musimy błądzić całymi dniami po nieznanych terenach z tonami ekwipunku. Wszystko jest szybsze i łatwiejsze. Zorganizowane perfekcyjnie i idealnie. Tylko ludzie i ich motywacje nic a nic się nie zmienili.

O.

„Cujo” Stephen King

Bombla_Cujo

„Tylko, że potwory nigdy nie umierają. Czy będzie to wilkołak, czy wampir, czy upiór, czy tajemniczy stwór z pustkowi. Potwory nigdy nie umierają. I potwór nawiedził Castle Rock znowu wiosną 1980 roku.”

Castle Rock to małe miasteczko w stanie Maine w Stanach Zjednoczonych. Trzeba dodać, że to miasteczko bardzo typowe. Z mieszkańcami charakterystycznymi właśnie dla takich miejsc w Nowej Anglii. Zazwyczaj spokojne, kryje w zanadrzu swoje mroczne i tajemnicze zakamarki . I ciemne, ukryte głęboko sekrety. Czasami ma się wrażenie, że Castle Rock przyciąga ciemność. Przyciąga zło. Przyciąga to, co czai się i tylko czeka na bezksiężycową noc, na słabą przesiąkniętą strachem psychikę wrażliwych dorosłych i dzieci, by nagle wyskoczyć. I zaatakować. Tak. Dokładnie takim miejscem jest Castle Rock. A jeśli jeszcze o tym nie wspomniałam, to twórcą tego wyjątkowego miasteczka jest nie kto inny tylko Stephen King. 

To właśnie tutaj zrodziła się kolejna legenda. Wykreował się z czeluści nowy potwór. Dotychczas ukryty w kilku komórkach i krwinkach połączył się z niewinną istotą i zrodził idealnego zabójcę. „Cujo”. Minęło już ponad trzydzieści lat odkąd pojawił się w literackim świecie King’a, a jednak wciąż pozostaje żywym wspomnieniem. I wraca w innych historiach mieszkańców Castle Rock.

Kim albo czym jest Cujo? Cujo to pies. Dokładnie bernardyn. Jeden z największych psów według kynologii. Jego właścicielami jest rodzina Camberów prowadząca warsztat samochodowy na obrzeżach miasta. Cujo pełni rolę psa pilnującego. I sprawdza się w tej roli perfekcyjnie. Jest tak olbrzymi, że nawet ci, którzy odwiedzają warsztat dość często wahają się, gdy Cujo wychodzi z obejścia albo siedzi w drzwiach stodoły. Porównywany jest do małego kucyka czy kudłatej góry. Jego charakter natomiast jest całkowitym przeciwieństwem wyglądu. Uwielbia dzieci. Daje się im ujeżdżać, jak na koniku. Pozwala wkładać rączki głęboko do pyska.  Tarmosić się za potężną kufę. Głaskać w nieskończoność. Wszystkie te „zabiegi” znosi z anielską cierpliwością. Bo w gruncie rzeczy Cujo ma duszę psiego anioła.

Tej nienaturalnie upalnej, strasznej wiosny wydarzyło się coś, co zamieniło tego łagodnego, kochanego psa w prawdziwego demona. Wypełniło go całkowicie i podmieniło. A zaatakowało nagle i niespodziewanie, jak atakują wszystkie najgroźniejsze istoty. Całkowicie przypadkiem, w trakcie pogoni za małym królikiem, Cujo został ukąszony przez zarażonego wścieklizną nietoperza. Prosto w nos. W najbardziej delikatne i narażone miejsce w ciele zwierzęcia. Od tej sekundy ugryzienia, gdy chore komórki zaczęły atakować układ nerwowy biednego bernardyna, Cujo zupełnie nieświadomie zaczął przekształcać się w potwora. No, może niezupełnie nieświadomie.

Bowiem Stephen King daje nam wgląd w myśli i odczucia Cujo. Pozwala nam podejrzeć prawdziwy charakter psa i z każdym kolejnym zdaniem widzimy, jak bardzo bezradny staje się on wobec postępującej szybko choroby. Jak zupełnie nie jest w stanie pojąć co się z nim dzieje. Nie rozumie, dlaczego nietoperz dziwnie pachniał, ale wie, że na pewno coś było nie tak jak powinno. Próbuje zmyć z siebie piętno „brzydkiego psa” za jakiego w swojej naiwności się uważa. Wie i rozmyśla w swojej wielkiej psiej głowie o konsekwencjach i boi się. A kiedy się boi szuka tego kogo kocha najbardziej, czyli CHŁOPCA (tak myśli o swoim młodym właścicielu Cujo).

Postęp choroby oznacza zanikanie prawdziwej dobrej natury potężnego bernardyna. Do tego nieznośny upał tylko przyspiesza metamorfozę. Zmiana w zachowaniu Cujo jest wyjątkowo gwałtowna i praktycznie od razu zauważalna. Nagle, na dniach, przestaje odczuwać głód i pragnienie. Z pyska zaczynają toczyć się strużki śliny. Jest mu niewygodnie z samym sobą. Wszystko go boli. Palące słońce razi w oczy. Jego samego to drażni. Czuje wewnątrz, że coś złego się z nim dzieje. Warczy na ukochanych właścicieli. Sam siebie tłumaczy w głowie złym samopoczuciem. Nadchodzą jeszcze większe upały. W miasteczku miejscowa wieszczka przepowiada nadchodzące zło. A Cujo zmienia się nieubłaganie. Jego myśli stają z dnia na dzień bardziej chaotyczne i niezrozumiałe. Zapachy nakładają się jeden na drugi. Przestaje je rozpoznawać, tak samo jak przestaje rozpoznawać jego własne znajome, domowe otoczenie. Wie tylko, że kiedyś kochał CHŁOPCA. Wszystko wydaje się być przeciw niemu, a rana na nosie zaognia się i boli jak nigdy dotąd.

Ostatnim stadium choroby jest zanik prawdziwego Cujo. Jego tożsamość zostaje całkowicie wycofana. Głęboko ukryta. Umierająca i zagubiona w nie swoim ciele. Wielki bernardyn zamienia się w maszynę do zabijania. Przed którą nie ma ucieczki. W głowie kołują mu się myśli o mordzie, rozrywaniu ludzi i smaku krwi. Z zewnątrz wygląda tragicznie. Jak smutna parodia tego pięknego psa, którym był jedynie kilkanaście dni wcześniej. Przekrwione, malutkie oczy, utkwione martwo w jednym punkcie. Lejąca się strumieniami z pyska piana. Wykrzywione w warkliwym uśmiechu wargi. Zyskuje nowy cel.  I on sam staje się nagle czyimś przeznaczeniem.

Jak to z legendami bywa utrwaliła się w Castle Rock i okolicach myśl, że Cujo od zawsze był potworem. Zawsze był zły. Zawsze groźny. Że od takiego gigantycznego zwierzęcia nie można było spodziewać się niczego innego. Niewiele osób pamiętało tego dobrego i kochającego psa, jakim był naprawdę. Jeszcze zanim pochłonęła go potworna choroba. Zanim zawładnęła jego ciałem i umysłem. Dla Cujo nigdy nie było ucieczki. On nigdy nie miał wyboru. Skradziono my wszystko i podmieniono to co uważał za najpiękniejsze na groteskowe, wykrzywione bólem. Ten prawdziwy Cujo zniknął wraz z nieszczęśliwym ukąszeniem. Umarł, gdy tylko przestały ustał ruch skrzydeł nietoperza.

Stephenowi Kingowi udało się w makabryczny sposób ziścić największy horror wszystkich właścicieli psów, którzy zdają sobie sprawę, że nawet najlepsza szczepionka przeciw wściekliźnie nie jest w stanie uratować zwierzaka przy niefortunnym ukąszeniu w okolice głowy.  Dziwnie i przejmująco udowodnić, że czasami może wydarzyć się coś całkowicie niezależnego od intencji samego zwierzęcia. Coś totalnie przypadkowego i do końca niewytłumaczalnego. I tym bardziej koszmarnego. Bo to co najbardziej budzi grozę w tej historii to fakt, że tak naprawdę Cujo

„nigdy nie chciał nikogo zabijać. Coś upatrzyło go sobie na swoją ofiarę – być może przeznaczenie, być może ślepy los, a może tylko choroba zwana wścieklizną, wyniszczająca układ nerwowy. Świadoma wola nie miała tu nic do rzeczy.” *

O.

* Użyte w tekście fragmenty „Cujo” Stephen’a King’a w tłumaczeniu Jacka Manickiego.

„Beowulf”

Bombla_Beowulf„Beowulf”. Jedna z czołowych pozycji literackiego kanonu na całym świecie. Absolutny klasyk. Epickie arcydzieło. Perełka wśród światowych opowieści. Jednocześnie koszmar studentów filologii i konik wykładowców literatury angielskiej. Dlatego wielu za „Beowulfem” po prostu nie przepada, wyśmiewa go i wypiera. Jeśli Wam również kojarzy się z nieprzespanymi nocami, kilkutygodniowymi niezrozumiałymi wykładami i ledwo zdanym egzaminem, to mam dla Was sposób na docenienie tej historii. Przeczekajcie okres studiów, zawieruchy i „zaliczania” lektur. By pokochać „Beowulfa” potrzebny jest po prostu czas. Wolna chwila. Moment spokoju i myślowej wolności. Bo to nie jest tekst do czytania na wyścigi razem z Chaucerem. To nie jest opowieść na poznawanie jej na szybko w drodze na uczelnię z jakiegoś skrótowca, streszczeń czy notatek kolegów. Docenić „Beowulfa” można tylko wtedy, gdy chce się go przeczytać, a nie zmuszać na siłę, najlepiej na wczoraj. I dopiero w takim wypadku, gdy na spokojnie zasiądzie się do lektury, poznamy jego kultową legendę.

Ten anglosaski poemat jest w gruncie rzeczy ludową opowieścią. Odczytując kolejne wersy z łatwością można sobie wyobrazić, jak ktoś opowiadał dzieje Beowulfa przy ognisku, w czasie uczty, czy wyśpiewywał na głos przed zgromadzonym tłumem. Można nawet wyobrazić sobie wojów, dla których dzieje tego bohatera były swego rodzaju inspiracją. Wspierały marzenie o staniu się prawdziwym herosem i motywowały ich działania. W końcu „Beowulf” to heros modelowy. Symboliczny. Idealny.

Beowulf, czyli „pszczeli wilk”, czyli Niedźwiedź. Jego imię nie jest oczywiście przypadkowe, jak rzadko przypadkowe bywa cokolwiek w literaturze i opowieściach w ogóle. W wierzeniach ludów pierwotnych niedźwiedź to symbol siły i odwagi, czyli tego co wyróżnia każdego herosa. Według poematu Beowulf miał siłę kilku rosłych mężczyzn. I nie bał się niczego. Podejmował każde wyzwanie. Ruszał na każdą przygodę. Niedźwiedź prowadzi samotniczy tryb życia. W tym wypadku oznacza silną osobowość bohatera. Jego wyjątkowość jako jednostki, nietypowe w czasach, gdzie człowiek znany był z czynów i nazwiska swojego ojca. Niedźwiedź to także symbol ochrony i opieki. Ta cecha także pasuje do Beowulfa, który na wieść, że dwór króla Hrothgara jest w niebezpieczeństwie niezwłocznie przybywa z pomocą i gotów jest poświęcić swoje życie, by uwolnić innych od niechybnej śmierci. Ciekawa również jest symbolika zimowego snu i wiosennego przebudzenia, którą można zinterpretować jako porównanie czasu śmierci i ciemności z porą odrodzenia i życia, którą bezsprzecznie reprezentuje nasz heros.

By równowaga została zachowana i Beowulf mógł być  w ogóle nazywany herosem, musi mieć przeciwników. Kogoś kogo mógłby pokonać. Kogoś kto nada sens jego istnieniu. Kogoś, dla którego każdy jego czyn jest obrazą. Jest raną. Jest ciosem, który należy oddać. Tymi istotami są potwory. W mitologii to cienie zrodzone z chaosu. Elementy odwiecznie istniejących sił natury, wytworzonych przez umysł człowieka, wtłoczone w kulturę, by tłumaczyć świat wokół niego.

W porządku religijnym to córy i synowie z rodu Kaina, którzy kontynuują jego dzieło, więc utożsamiają zło. Są złem i to zło personifikują. To demony, diabły, sprzymierzeńcy szatana. Upadłe anioły, które być może kiedyś stanęły przed wyborem swojej życiowej drogi i podniosły bunt przeciw zastanemu systemowi.

Jednocześnie, w porządku pogańskim potwory są głosami tego wszystkiego co nieludzkie, niepochodzące od człowieka. W pewien sposób strzegą naturalnego porządku i są głosem otaczającego ludzi świata przyrody. Tworzą przeciwieństwo cywilizacji, ciemną stronę, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Ich świat jest mroczny, bo do nich należy noc. Do nich należą zakamarki, w których żaden człowiek nie postawił jeszcze kroku. Wszystkie miejsca nieznane, niebezpieczne, jeszcze nieodkryte. Nie mogą istnieć jeśli nie istnieje dobro.

Herosi i potwory są połączeni nierozerwalną więzią od początków istnienia cywilizacji. Zło nie może istnieć jeśli nie istnieje dobro. Pierwiastek ładu nie ma sensu, gdy nie uzupełnia go pierwiastek chaosu. Światło i ciemność. Jasność i mrok. Tak jest w przypadku Beowulfa i Grendela. Tam gdzie Beowulf jest mężny i silny, tam Grendel jest słaby i tchórzliwy. Tam gdzie heros wykazuje hojność i sprawiedliwość, tam potwór okazuje się chciwy i bezlitosny. Podobnie jest ze zezwierzęconą matką Grendela i lata później ze złotym smokiem atakującym gród Beowulfa.

A jednocześnie jest w Grendelu i innych potworach coś znajomego. Przebłysk podobieństwa. Jakiś element wspólny. Coś człowieczego. Jeśli na poziomie moralnym istnieje silny kontrast dobrych i złych czynów, to w przypadku motywacji i działania te różnice często się zacierają. Przenikają się. My wiemy, że potwór musi zostać zgładzony. A jednak już na sam koniec czujemy lekkie ukłucie żalu. Dlaczego? Może ta ciemna strona tak naprawdę nie jest do końca przeniknięta tym co my postrzegamy jako zło, ale jest po prostu inna? A może tak naprawdę i herosi i potwory pochodzą z jednego pierwotnego świata, jednej siły sprawczej, a ich więź jest tak nierozerwalna i trwała, że gdy jeden ma upaść, drugi powinien zginąć razem z nim?

Decyzję pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy. Dobro i zło. Życie i śmierć. Światło i ciemność. Cywilizacja i natura. Anioł i demon. Człowiek i zwierzę. Heros i potwór. Nierozerwalny dualizm. Coś przed czym nigdy nie będzie ucieczki, bo jest samą istotą bytu. Jego konieczną cząstką. Bo historie Beowulfów i Grendeli wciąż trwają. I nigdy nie przeminą.

O.

„Pan Lodowego Ogrodu” Jarosław Grzędowicz

Bombla_PanLodowegoOgroduPrzez ostatnie kilka tygodni żyłam jak we śnie. Trochę jak pod działaniem jakiegoś zaklęcia. Urzeczona odkryciem Midgaardu. Trochę tu, trochę tam. Zaklęta w przygody nie z tego świata. Z innej planety. Taka totalnie oczarowana. Nawet zaczarowana. Pod urokiem „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Niewątpliwie wywarł na mnie niezapomniane wrażenie. Nie mylili się krytycy, nie mylili recenzenci, że tą opowieść przeżywa się niezwykle intensywnie. I kto raz przeczyta z pewnością jeszcze przez długi czas będzie o niej myślał.

Minęło już kilka dni odkąd skończyłam wszystkie cztery tomy i wciąż nie mam siły zabrać się za czytanie kolejnej książki. Rozmyślam i emocjonuję się na nowo. I trochę żałuję, że to już koniec, bo z chęcią poczytałabym jeszcze trochę. Tak nawet nie za dużo. Małą książeczkę z dodatkowym zakończeniem. Tak, by wszystko było jasne i nie było niedomówień. Całe szczęście, że tego literackiego odkrycia dokonałam całkiem niedawno, już po wydaniu czwartej, ostatniej części cyklu, więc nie muszę w nerwach oczekiwać na dalszy ciąg wydarzeń. To nie jest George R.R. Martin 😉 Nie muszę czekać wieczność na kontynuację, nie będąc pewną, czy w ogóle się jej doczekam.

Nie chcąc niszczyć Wam zabawy w odkrywanie kolejnych wydarzeń ograniczę się do podstaw. Czym jest Midgaard? To odległa planeta, na którą już od jakiegoś czasu ludzkość ma możliwość podróżować. No może nie cała ludzkość, ale naukowcy i badacze. Na Midgaardzie mieszkają istoty prawie ludzkie, różniące się od mieszkańców Ziemi kilkoma szczegółami: kolory skóry, włosy, źrenice. Cywilizacyjnie są mniej więcej na naszym etapie Średniowiecza, z kilkoma odstępstwami. Nie mają zaawansowanych technologii. Nie mają pojazdów kosmicznych. Nie mają super broni. Ale mają coś innego. Pozostałość dawnego świata, dawnego porządku. Mają magię.

A teraz wyobraźcie sobie pozostawionych samym sobie naukowców, którzy mając wyrafinowaną wiedzę i nadrzędne umiejętności zaczynają eksperymentować. Próbują wykorzystywać ten świat i jego niezwykłe właściwości dopasowując go do swoich pragnień. Podporządkowują go swojej wyobraźni. Tacy ludzie mogliby mieć nieograniczone możliwości działania. Nieskończone perspektywy. Mogliby stać się bogami.

Gdy dowództwo Ziemi traci kontakt z placówką badawczą na Midgaardzie program kosmiczny jest już w fazie końcowej. Stał się nieopłacalny, a problemy na naszej planecie przyszłości wykluczają powoli jego istnienie. By odnaleźć zagubiony w kosmosie team wysłany zostaje żołnierz idealny, Vuko Drakkainen. Cel misji jest jeden: odnaleźć, odbić i wrócić albo zabić i zatrzeć wszelkie ślady ich bytowania. Tak by nie naruszyć porządku i biegu historii.

Vuka trudno nie lubić. Tym bardziej, że narracja jest w połowie pierwszoosobowa i to jego oczami poznajemy odległy świat. Razem z nim uczymy się go od nowa. Zwiedzamy. Czasami, tak jak on, czujemy się jak turyści, czasami jak wojownicy. Wkraczamy w Midgaard, zatapiamy się w nim, aż staje się nam coraz bliższy i wiemy już, że trudno będzie powrócić na Ziemię. Trudno będzie powrócić do „prawdziwego” życia, pełnego konkretnych celów nowoczesności.

Do tego Midgaard zaskakuje. Vuko trafia na bardzo trudny czas dla tej planety. Dowiaduje się, że trwa wojna bogów. Kolejne krainy owładnięte zostały siłami, których nie można pokonać niczym innym, tylko właśnie magią, zwaną tutaj pieśniami bogów. Dzieją się rzeczy niewyjaśnione. Równowaga została zaburzona i ludzie obawiają się, że nastąpi koniec ich świata. Z uroczysk powstają potwory. Wstają zmarli. Nadszedł czas duchów i demonów. Czas zła.

Jak łatwo się domyślić, Drakkainen oczywiście nie odnajduje zagubionej załogi. Część z naukowców, których miał za zadanie przywieźć z powrotem na Ziemię została wymordowana, a ostatnia czwórka ocalałych zniknęła. Rozpierzchła się po nowym świecie i słuch po niej zaginął. Przynajmniej tak z początku wydaje się nam i naszemu bohaterowi.

Tak jak już wspomniałam wcześniej, czasami naukowcy mogą poczuć wielką siłę. Pełną władzę w miejscu, w którym nie ma tak skomplikowanych relacji jak na Ziemi, a ludzi łatwo przestraszyć i zwabić na swoją stronę. Można małym kosztem pobawić się trochę. Zaszaleć. Zobaczyć jak to jest stać się najsilniejszym władcą, jedyną doskonałą istotą. Jak zostać bogiem, gdy nie ma już nikogo, kto zdołałby nas zatrzymać.

Właśnie dlatego jedna z krain opanowana jest przez tyrana i obłąkanego wizjonera owładniętego marzeniem o kulcie siły i rasie idealnej. Takiej, której nic nie będzie w stanie pokonać. Nie będzie mocy, która jej się oprze. Świat stanie się piekielnym snem, z którego nie będzie ucieczki.

W innym, bardziej odległym miejscu, za morzami, w pustynnych miastach zaczyna powracać kult jedynej matki, podziemnej bogini. Jedynej sprawiedliwej. Żądnej krwi i zemsty. Zjednoczenia i całkowitej równości. W jej wizji nie będzie lepszych czy gorszych. Nie będzie bogatych i biednych. Nie będzie jednostek. Będzie jedna wielka masa, dla której największym poświęceniem stanie się śmierć w imieniu ukochanej władczyni.

Podobnie rzeczy mają się na jednej z morskich wysp i w pewnej górskiej dolinie. Trwają społeczne i kulturowe eksperymenty. Zabawy życiem. Zabawy ciałem. Zabawy człowiekiem. Próby odnalezienia złotego środka do stworzenia ludzi idealnych. Miast doskonałych. Społeczności opartych na perfekcyjnych ideach i doskonałych założeniach.

Oni wszyscy wierzą, że można naprawić życie. Stworzyć optymalny świat. Można odwrócić bieg wydarzeń i wykreować pewien wzór dla reszty ludzkości. Tak, by nigdy nie było pomyłek. Nie było nieszczęść. Cel ma być otwarty i jasny dla wszystkich. Bez żadnych niedomówień. Jest tylko jedna droga i nikt nie ma wyboru. Bo to ludzkie wybory niszczą życie.

Gdy walczą bogowie trudno jest o bunt. Ludzie nie mają potrzebnej wiedzy, nie mają motywacji. Potrzebny jest symbol. Jakiś znak. Na przykład spadająca gwiazda. I potrzebny jest bohater. Ktoś kto poprowadzi innych. Taki, co zarazi ich swoją siłą i wiarą. Potrzebny jest wojownik. Potrzebny jest ktoś, kto gdyby zechciał również mógłby zostać bogiem, ale nie cechuje go egoizm. Ktoś kto wierzy w siłę człowieka. I jednostki. Na przykład Ulf Nitj’sefni, Ulf Nocny Wędrowiec. Vuko Drakkainen.

O.

P.S. „Pan Lodowego Ogrodu” wydaje się być opowieścią doskonałą. Prawie Wielkim Bukiem. Prawie, bo pomimo świetnej historii, niezapomnianych doznań i literackich przeżyć każdy czytelnik, który miał w ręku kultowe powieści fantasy, czy science fiction np. „Władcę Pierścieni” Tolkiena, cykl „Pieśń Lodu i Ognia” wspominanego wyżej George’a R.R. Martin’a czy „Amerykańskich Bogów” Neil’a Gaimana, zauważy jak wiele elementów Jarosław Grzędowicz po prostu zapożyczył i na nich oparł całą fabułę. Są to na tyle istotne składniki, że bez nich całość zapadłaby się i umarła po prostu. Szkoda. Oczywiście od najlepszych czerpać można, ale nie tak dosłownie, całymi garściami, żeby nie dałoby się tego nie zauważyć. To niestety psuje odbiór całości i zniechęca tych, którzy co nieco o tych gatunkach wiedzą. Pomimo to, wciąż po „Pana Lodowego Ogrodu” sięgnąć warto i zatopić się w lekturze. I przymrużyć oczy. Nie rozmyślać zbyt wiele.

Kilka słów o kanonie literatury

Bombla_KanonJakiś czas temu, całkiem niedawno, przeczytałam, że z opowieściami należącymi do tak zwanego kanonu jest problem. Co prawda sama takiego problemu nie mam i nigdy nie doświadczyłam, ale problem jest. Nie tylko u nas, w Polsce, ale także na świecie. Od czasu do czasu wybucha internetowo-medialna bitwa, w której każdy z uczestników czuje potrzebę zmiany i pragnie narzucić swoje zdanie innym, za wszelką cenę. A kilka dni później burza cichnie, a walczący wycofują się za swoje mury i marudzą pod nosem, bo po raz kolejny nie rozwiązano żadnych znaczących kwestii. Pozostaje napisać kolejny esej, mądrą rozprawę, a resztę zakopać pod dywan.

Z kanonem walczą wszyscy (uczniowie i ich rodzice, nauczyciele, studenci, wykładowcy, a na końcu politycy) i zapierają się, że kanon jest „fe”, w ogóle „fuj” i trzeba go zmienić, dopasować i uwspółcześnić. Tylko wtedy kanon nie byłby już kanonem. Po prostu byłaby to nowa lista lektur, również obowiązkowych. Super nowoczesna, a może nawet postmodernistyczna. A jak wszyscy wiemy, postmodernizm jest bardzo w modzie i trwa w historii literatury niezmiennie od lat dwudziestych XX wieku aż do dzisiaj i pewnie wybitni krytycy literatury przedłużą mu życie o kolejne lat sto. Wszyscy będziemy postmodernistami i tylko czytanie postmodernistów będzie godne uwagi.

A teraz bez żartów. Mark Twain powiedział kiedyś, że „Klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać”. Minęły lata i doszło do tego, że już samo poznanie tych historii stanowi dla ludzi barierę nie do pokonania (a sam Mark Twain bywa uznawany za nudnego)! To właśnie dlatego, gdy pojawia się na horyzoncie temat kanonu zaczynam nerwowo podrygiwać. Troszkę miotać się w sobie. Oburzam się. Stąd poruszenie tematu na Buku. I zastanawiam się… Czy wszyscy nagle postanowili zapomnieć skąd pochodzi ta cała postmodernistyczna gorączka? Że bez znienawidzonego i od lat traktowanemu po macoszemu kanonu w ogóle nie miałaby racji bytu? Bez klasyki literatury (bo kanon jest klasyką i podstawą) współczesność byłaby niczym wyciągnięta z pustej nicości i znaczyłaby tyle co nic? Każda historia, każdy jej najmniejszy element byłby zawieszony w pustce, jakby nic nie znaczący? Symbolika płaska i nieodgadnięta? Problematyka jednowymiarowa i po prostu bezosobowa? A może zdają sobie z tego sprawę, tylko już im nie zależy? Znudzeni są jednostajnym, od lat nic nowego nie wnoszącym dyskursem literackim, a zmiana kanonu wydaje się być jedyną drogą do odświeżenia zastałych postaw?

W takim razie czym dla czytelnika jest kanon? Z czego składa się ta cała klasyka literatury? I w końcu, dlaczego sprawia tyle boleści i cierpienia?

Według mnie, kanon literacki jest podstawą tradycyjną i kulturową, którą powinien poznać każdy uczeń i student w trakcie swojej wieloletniej edukacji. W jego skład wchodzą wszystkie te nielubiane pozycje, od „Bogurodzicy” i „Beowulfa” zaczynając, przez „Boską Komedię i Shakespeary idąc i kończąc na „Przedwiośniu” czy „Sklepach Cynamonowych”. A zahaczając po drodze o wszystko inne. O poezję, prozę i dramaty. Tak naprawdę nie powinno być tutaj miejsca na „nie lubię”, czy „nie podoba mi się”, bo kanon jest ważny z innych względów niż tylko subiektywny odbiór czytelnika. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze: dlaczego kilkuletnie, czy kilkunastoletnie dziecko miałoby oceniać i wybierać pozycje z kanonu?

Gdy mowa o klasyce należy obalić kilka mitów. Te mity powstawały od lat, spiętrzały się i stanowią argumentację dla wszystkich cierpiących od nadmiaru nauki i czytania klasyki literatury.

Po pierwsze, książki należące do kanonu są przestarzałe i nijak mają się do współczesności. Nieprawda. Spójrzmy na dzisiejsze bestsellery i przemyślmy sytuację. Bez „Beowulfa” nie byłoby „Wiedźmina” Sapkowskiego. Bez romantyzmu nie miałby sensu zaistnieć bladolicy Edward ze „Zmierzchu”. Bez tzw. powieści kobiecej XVIII wieku typu „Roxana” Daniela Defoe, czy „Księżnej de Clèves” Madame de la Fayette (niestety), szarooki Grey z  „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” E.L.James nigdy by nie powstał. Nie wspominając o Shakespearze, bez którego wiele dzieł literackich nie miałoby sensu albo po prostu by się nie pojawiło. Literaturą kierują bowiem takie same zasady i mechanizmy, jak wszystkim innym. Jest przyczyna i jest skutek.

Po drugie, książki z kanonu napisane są archaicznym, niezrozumiałym już językiem. No tak. Może lepiej byłoby, gdyby Charles Dickens ograniczyłby się do kilku prostych zdań, podparł je obrazkami i dodał emotikonki, a nie wypacał te kilkaset niepotrzebnych stron? Problem nie leży w długości dzieła i trudności języka, ale w samym odbiorcy. Zauważmy, że z pokolenia na pokolenie skupienie uwagi jest coraz krótsze. Dzieciaki (i dorośli coraz częściej również) nie są wstanie zawiesić wzroku na tekście dłużej niż półtorej minuty. Jak nie są bombardowani hasłami i obrazkami, to po chwili nie wiedzą gdzie są i co się wydarzyło. Tekst do czytania, klasyczny, taki wymagający myślenia i włączenia procesu zwanego wyobraźnią może tylko pomóc, a z pewnością nie zaszkodzić.

Po trzecie, obowiązkowość kanonu jest nudna i w szkole dobrze byłoby omawiać książki nieobowiązkowe. Tu następuje paradoks, bo wszystko co narzucone z góry staje się obowiązkowym z założenia i nie da się tego przeskoczyć. Pozostaje nie buntować się, ale skupić i zrozumieć, że nawet życie codzienne wiąże się z przestrzeganiem praw i wykonywaniem pewnych czynności regularnie. Więc czemu nie dostosować się także do czytania?

A nad tym wszystkim góruje instytucja oświaty i można się załamać i płakać nad jej „nowatorskim” podejściem. W nowym spisie lektur szkolnych na ten rok dodano komentarz Sławomira Jacka Żurka, w którym wytłumaczył, dlaczego tak naprawdę lektury wcale nie są kanonem i wszystko zależy od pozycji nauczyciela:

„Otóż spis ten bywa przez opinię publiczną postrzegany jako kanon, co nadaje mu charakter ideologiczny i polityczny oraz wzbudza niepotrzebne emocje. Wielu przypuszcza, że wyznacza on hierarchię wartości nie tylko literackich, lecz także moralnych, światopoglądowych i społecznych. Tak jest jednak tylko w pewnym stopniu. Owszem, spis lektur stanowi dla młodego człowieka punkt odniesienia w jego poznawaniu kultury, nie można jednak zapominać, że w obecnej epoce funkcjonują różne źródła informacji, a szkoła – co należy podkreślić z przykrością – nie jest wśród nich autorytetem. (…)Dlatego szkolny spis lektur to bardziej propozycja hierarchizacji niż gotowa hierarchia i dlatego też w swej istocie nie jest kanonem. (…)należy w jak największym stopniu dopuścić możliwość wyboru poszczególnych pozycji przez nauczyciela lub (…) przez nauczyciela wespół z uczniami.”*

Wszystko pięknie. Ręce umyte. A odpowiedzialność w delikatny biurokratyczny sposób przeniesiona na nauczycieli. I nic się nie zmienia. Tylko niektóre książki znikają po cichutku ze szkolnych ław, a na lekcjach część z nich nigdy nie jest wybierana. Bo za trudne, za nudne, za długie, za „stare” i takie nie na czasie… Lepiej film obejrzeć. Albo zrobić lekcję wychowawczą i omówić PRAWDZIWE problemy. Jak napisał Michał Rusinek:

” Szkoła uczy czytać po to, by coś wykazać, na przykład, że Słowacki wielkim poetą był. Nie uczy nas czytać po to, byśmy w tym czytaniu coś dla siebie znaleźli. Coś, co nie będzie może tłumaczyło idei, nie będzie świadectwem epoki, ani wielkości Gombrowiczowskiego Słowackiego – ale będzie jakimś przekazem dla nas. Tu i teraz.”**

W tym względzie zgadzam się z panem Rusinkiem całkowicie. Tylko do nas samych należy czytanie klasyki. Otrząśnięcie się z przestarzałych terminów i odrzucenie negatywnego odbioru. Nie trzeba skazywać książek na banicję. Na margines. Zostawmy to szkołom, uniwersytetom, i innym instytucjom. Bo kiedy się zastanowimy, to zauważymy, że kanon jest nie tylko dla stałych czytelników, ale istnieje po to, by ludzie, którzy nigdy nie sięgnęli po książki i którzy już NIGDY po książki, jakiekolwiek, nie sięgną ( bo nie mają nawyku czytania, więc nie szukają tego rodzaju rozrywki) liznęli i poznali chociaż odrobinkę naszą kulturę i literacką przeszłość. Żeby mieli minimalną świadomość tego kim są, skąd się wzięli i dokąd zmierzają. Tak na zapas. Tak na przyszłość. Bo przecież już nikt nigdy ich nie uświadomi i w tej kwestii nie ma już kogo oszukiwać.

O.

*Cytat pochodzi z wykazu lektur szkolnych na rok 2012/2013 do zapoznania się pod tym adresem: http://gwo.pl/wykaz-lektur-obowiazujacych-w-roku-szkolnym-m302

**Cytat pochodzi z artykułu Michała Rusinka „Kłopoty z kanonem” dla portalu Xiegarnia.pl, który znajdziecie pod adresem: http://xiegarnia.pl/artykuly/klopoty-z-kanonem/

O tłumaczeniach tekstów literackich

Bombla_Tłumaczenie

WAŻNE: Drodzy, ten tekst powstał w 2013 roku. Mamy koniec roku 2019. Dzisiaj sama ze sobą mogłabym polemizować w wielu poruszonych poniżej kwestiach. Mogłabym się nie zgadzać i dyskutować. Wiele w tym czasie się zmieniło. Niemniej – wpis na blogu powstał i na blogu zostanie. Zaznaczam jednak dla wszystkich, którzy tu zaglądają po latach.

Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Bombla_HungerGamesKiedy pierwszy raz usłyszałam o trylogii „Hunger Games” Suzanne Collins nie byłam do końca pewna co mam o niej naprawdę sądzić. Z różnych stron nadchodziły sprzeczne komunikaty. Amerykańskie media zachwycały się fabułą, bohaterami, niesamowitą historią i odkrywczością. Natomiast polscy recenzenci porównywali powieści do cyklu „Zmierzch” i stawiali na półkach pomiędzy innymi „dziełami” literatury młodzieżowej. Pisano o miłosnym trójkącie, o głodzie i o „igrzyskach śmierci”, które rozdzielają zakochanych. Nie brzmiało zbyt zachęcająco. Minęły miesiące. Po nieudanej promocji filmu i szybkim wydaniu w formie dvd skusiłam się i pomyślałam: „A niech tam. Jakby pachniało Stefą to wyłączę.” Nie pachniało. Ekranizacja okazała się być piękną opowieścią o dziewczynie, która za wszelką cenę pragnie przeżyć, by pozwolić przeżyć innym. Tym, których kocha najbardziej. I wcale nie jest to bladolicy młodzieniec rodem z wampirycznej sagi.

Sięgnęłam po książki (użyczone przez Cornuncję, której bardzo dziękuję) i pochłonęłam wszystkie części w przeciągu niecałego tygodnia. Zachwyciłam się. Napisane wartkim językiem, w pierwszoosobowej narracji trzy tomy „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay” pozwalają zanurzyć się w dystopijną, przerażającą czarną wizję świata przyszłości stworzoną przez Suzanne Collins. I dają do myślenia. A co najważniejsze, w żaden sposób nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Państwo Panem. Dawne terytoria kraju stylizowanego na Stany Zjednoczone. Post apokaliptyczna kraina po niewyjaśnionej katastrofie i następujących po niej wojnach domowych. Terror, totalitaryzm, propaganda… Głód, obozy pracy nazwane „dystryktami”, miasteczka robotników bez szans na normalne życie. Ogrodzone liniami wysokiego napięcia. Wieczny stan wojenny. Łapanki, porwania i godziny policyjne. A nad tym wszystkim bogata stolica, czyli Capitol. Całkowicie oderwana od otaczającej ją rzeczywistości. Z mieszkańcami, którzy nie zdają sobie w ogóle sprawy, że wokół nich panuje nędza i nieszczęście. Przerysowani do cna, ogłupieni wykreowanymi wiadomościami, reklamą i prowadzeni egoistycznym pragnieniem spełnienia własnego szczęścia na co dzień żywią się jedynie dzięki pracy ludzi z dystryktów. To królestwo jedynego i niepodważalnego autorytetu, prezydenta Snow. Pełna kontrola. Nic nie może wyjść poza ustalony porządek. A raz do roku uwielbiane przez tłumy Capitolu tytułowe Hunger Games, czyli Igrzyska Głodu.

W ten zrujnowany i zaburzony świat wkraczamy dzięki głównej bohaterce, szesnastoletniej mieszkance dystryktu 12-go, Katniss Everdeen właśnie w dzień losowania uczestników igrzysk. Czym są Igrzyska Głodu? To wielkie, organizowane z niesamowitym rozmachem od siedemdziesięciu czterech lat reality show. Tak moi drodzy. Reality show. Dwudziestu czterech uczestników wchodzi na wykreowaną wirtualnie i skopiowaną do rzeczywistości arenę. Wychodzi tylko jeden. Żeby było pikantniej w „grze” biorą udział chłopcy i dziewczęta w wieku od dwunastego do osiemnastego roku życia. Losowani przypadkowo. Wyrywani z dnia na dzień z życia, by najpewniej nigdy już nie powrócić. Igrzyska te traktowane są jako rodzaj historycznej tradycji. Forma ukarania dystryktów i przypomnienia im o rebelii, jakiej podjęły się wiele lat wcześniej. Są także podkreśleniem nieograniczonej władzy i siły Capitolu.

Wracając do Katniss… Dziewczyna niezwykła. Codziennie walczy o byt i przetrwanie jej małej rodziny: mamy i młodszej siostry Prim. Po śmierci ojca w wybuchu szybu kopalni (Dystrykt 12 to dystrykt kopalniany) została chcąc nie chcąc jedyną żywicielką rodziny. Jej matka pogrążona w głębokiej depresji na ponad rok straciła kontakt ze światem. Każdego dnia Katniss naraża własne życie wychodząc poza granice dystryktu i poluje przy pomocy łuku, tak jak wcześniej nauczył ją ojciec. Dzięki niej ani jej siostra ani matka nie chodzą głodne, a to właśnie głód jest główną przyczyną zgonów w dystryktach.

Postać Katniss jest wyjątkowa. Nie jest to typowa nastolatka. Odpowiedzialna, silna, zdeterminowana nie pozwala nikomu się pokonać. Nikomu kierować. Jej cele są proste i nie daje nikomu decydować za siebie. Gdy w dzień losowania pada imię jej siostry nie waha się, by zająć jej miejsce w igrzyskach. Jako ochotniczka. Jedyna ze wszystkich dystryktów. Każdy jej ruch jest spontaniczny, kierowany bardziej sercem niż rozumem. Katniss nie jest wyrachowana. To przetrwanie jest dla niej najważniejsze, bo na każdym kroku zdaje sobie sprawę, że to od jej życia zależy życie jej rodziny. Jednak dla Capitolu, jak i dla wszystkich mieszkańców dystryktów uciskanych przez tyle lat, wszystkie jej gesty, wszystkie słowa jakie padną z jej ust natychmiast stają się formą wołania o rewolucję. Próbą wzniecenia buntu. Wzniecenia ognia. W dniu losowania uczestników Igrzysk Katniss staje się, zupełnie nieświadomie, symbolem nadchodzących zmian, rebelii i powstania ludu.

Igrzyska Głodu są wykalkulowane od A do Z. Areny przygotowywane cały rok, przez rzeszę programistów pod okiem Mistrza Gry, tak by nigdy się nie powtarzały. Może to być np. wrząca pustynia bez kropli wody, podziemny labirynt, „zwykły” las albo mała wysepka na środku oceanu. W tej zabawie nie ma miejsca na przypadek. Nie ma miejsca na improwizację. Ma być krwawo, widowiskowo i z jak największą dawką emocji. Uczestnicy przygotowywani są przez miesiąc. Każda para ma swojego opiekuna, trenera, projektanta i ekipę kosmetyczną. A tłum Capitolu ma się cieszyć. Aż chce się wrzeszczeć „Panem et circenses!”, „Chleba i igrzysk Prezydencie Snow!”.

I ludzie wrzeszczą. Przez cały okres trwania Igrzysk wszyscy mieszkańcy Panem (także dystrykty) oglądają jak dzieciaki zabijają się na oczach wszystkich. W Capitolu trwają zakłady, niekończące się uczty, imprezy, show ma trwać jak najdłużej się da i zwabić jak najwięcej widzów. A dystrykty obserwują i pozostaje im tylko opłakiwać swoje dzieci. Wtedy pojawia się Katniss i cała ta idealna machina zaczyna się walić.

Jak widzicie z powieścią młodzieżową nie ma ta historia zbyt wiele wspólnego. Nie za wiele również odnaleźć w niej można romansu. Bo niby jest tu wątek miłosny, o ile to dziwne uczucie miłością można nazwać, niby jest ten „trójkąt”, czyli Katniss-Peeta-Gale, ale to tylko stanowi  dramatyczne wewnętrzne  tło dla zewnętrznych społecznych konfliktów i nieuniknionej wojny. Tylko dorzuca drew do ognia. I nieubłaganie przybliża ten świat do wielkiego wybuchu. Do ostatniego powstania o wolność człowieka.

O.

Bukowe Zapowiedzi

Bombla_WiosenneZapowiedziPowoli widać już nadchodzącą wiosnę. Słońce przygrzewa coraz mocniej i zachodzi coraz później. Co prawda nie do końca jeszcze czuć ciepły powiew świeżości, ale moje bukowe półki już zdecydowanie są odświeżone. I wybrałam nawet kilka obowiązkowych pozycji na nadchodzące miesiące.

Na Nocnych Łowach możecie być pewni, że upoluję Edward’a Lee, moje niekończące się źródło uciechy, zawsze niezawodnie pełne krwi i przemocy. Kilka strasznych historii czai się już na półkach. Sądzę, że pojawi się także nowa kategoria specjalnie dla Edgar’a Allan’a Poe, który stanowi przecież bazę czytelniczą dla każdego miłośnika opowieści grozy. Powrócę także do Algernon’a Blackwood’a, którego uważam za wielkie tegoroczne książkowe odkrycie. Uwielbiam takie niespodzianki!

Wiosenne weekendy ze Stephenem Kingiem, zanim oczywiście pojawią się tak długo oczekiwane premiery (ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo to przecież dopiero latem i jesienią), spędzimy w towarzystwie wampirów (umknęły tej zimy), podziemnych demonów i szalonych psów 🙂

Podzielę się także kolejnymi opowieściami kosmicznej pustki Pradawnych uśpionych w mieście R’lyeh i znów pogrążymy się w odmętach Lovecraftiańskiego szaleństwa i przerażenia.

Dla uśmierzenia osaczonego strachem umysłu pospaceruję po Poziomkowej Dolinie, bo dawno tam nie zaglądałam, a w Dolinie wiosna jest przecież wieczna.

Ponadto gruba zwierzyna powróci na wiosenne szlaki. Powstaną atlasy, spłoną biblioteki, upadną smoki, a na arenie walczyć będą wygłodniali ludzie. Podsłuchamy rozmowę o przyszłości książek i o bibliotekach. Wspólnie wybierzemy się do Japonii, krainy smutku, melancholii  i kwitnących wiśni. Potem do Barcelony, pospacerować książkowym szlakiem… I w końcu do osiemnastowiecznej Francji, by odwiedzić pewne buduary, alkowy, lochy i poznać władcę tego całego przybytku rozpustnej ułudy.

Mam nadzieję, że tym razem ominę padlinę. Ale nigdy nic nie wiadomo. Takich wypadków nigdy nie można być przecież pewnym, a padliny mnóstwo czai się za każdym zakrętem.

Tak. Stanowczo czuję się przygotowana. Pozostaje mi jedynie wyruszyć w drogę 🙂

A że Wielkanoc już tuż tuż, to wszystkim bukowym czytelnikom  życzę:

Pięknych i radosnych Świąt, smacznego jajka, bogatego zająca i mokrego dyngusa, bo dyngus być musi na szczęście. I radosnej, spokojnej atmosfery, kulinarnych doznań i mnóstwa czytelniczych uciech!

ROBIN

Do zobaczenia!

O.

„I’m not Sam” Jack Ketchum, Lucky McKee

Bombla_ImNotSamObiecałam w zeszłym tygodniu i dzisiaj tej obietnicy dotrzymałam. Już jest upolowana bukowa świeżynka: „I’m Not Sam”. Opowiadanie, nowela (a raczej nowele dwie) literacki owoc  współpracy Jack’a Ketchum’a i Lucky’ego McKee. Jack’a Ketchum’a przedstawiać nie muszę, ale przyda się kilka słów o drugim twórcy. Lucky McKee jest reżyserem i scenarzystą wielokrotnie współpracującym przy adaptacjach filmowych powieści Ketchum’a (np. „Kobieta”czy „Red”). „I’m not Sam” pierwotnie miała być tylko filmem. W zamyśle powstawała jedynie jako scenariusz.

Jednak jak to czasami bywa, opowieść zaczęła żyć własnym życiem. Pojawiły się komplikacje i utrudnienia fabularne, które mogło rozwiązać jedynie odpowiednie poszerzenie historii bohaterów i dodanie epilogu zamykającego wątki. Epilog ten zatytułowany jest „Who’s Lily?” i stanowi bezpośrednią krótką kontynuację poprzedniej opowieści. Jest dodatkiem, jednak nie obowiązkowym. „I’m not Sam” broni się samo jako historia, a epilog odpowiada na dręczące czytelników pytania i zostawia nas jeszcze bardziej zagubionych. I tak jak radzi sam Ketchum w przedmowie proponuję pomiędzy jedną i drugą zrobić sobie małą przerwę.

Mam mały problem jeśli chodzi o tę historię. Wywołała ona dość burzliwą dyskusję u mnie w domu, pozostawiła wiele pytań i jeszcze więcej nieodnalezionych odpowiedzi. Ketchum’owi udało się po raz kolejny mocno zadrapać ludzką moralność. Udało się wzniecić pragnienie poznania i wiedzy. Ta opowieść jest jak silne uderzenie i sprawia, że trudno jest o niej zapomnieć. Trudno wyzwolić się z nachodzących myśli i pojawiających się w głowie teorii.

Bo widzicie, „I’m Not Sam” stawia duży problem nie tylko natury moralnej, ale może przede wszystkim natury filozoficznej. Zadaje pytanie o tożsamość człowieka. O to co stanowi o naszej tożsamości. Czy jest to ciało? Charakter? Wiek? Wspomnienia?

Trudno jest pisać o tej opowieści nie zdradzając najważniejszych szczegółów, a jednocześnie wiem, że zdradzenie ich zrujnowałoby dla wielu jej lekturę. Postaram się ograniczyć do ogólnego zarysowania problemu i tym samym zmusić samą siebie i Was do zastanowienia się nad pewnymi zagadnieniami.

„I’m Not Sam” zaczyna się małżeńską sielanką. Patrick i Samantha (w skrócie Sam) są parą idealną. Żyją razem ponad osiem lat. Znają siebie na wylot. Swoje charaktery. Swoje ciała.  Każdą swoją zachciankę. Każde marzenie. Każdy kaprys. Ich miłość jest wyjątkowa, tak jak wyjątkowe jest to czym zajmują się na co dzień. On jest rysownikiem komiksów, a dokładnie znanej krwawej serii o niejakiej Samancie. Ona jest patologiem. Pracuje w kostnicy nad najgorszymi przypadkami: brutalne morderstwa, gwałty, samobójstwa, ofiary strzelanin itp. Rozumieją się bez słów. Są szczęśliwi.

Pewnej nocy dzieje się coś dziwnego. W najciemniejszą godzinę, godzinę wilka, Patrick’a budzi rozdzierający szloch. Znajduje swoją żonę skuloną w kącie pokoju, z podkurczonymi nogami, nagą (tak jak zasnęła), która zupełnie nie swoim, dziecięcym głosikiem oznajmia mu, że nie chce, by on ją już dłużej krzywdził. Co więcej, ten sam głosik stanowczo zaprzecza, że ma  na imię Sam wykrzykując „Nie jestem Sam!” („I’m not Sam”) i przedstawia się jako Lilly. Konsternacja i strach Patrick’a są niewyobrażalne. Obawia się, że jego żona nagle, znikąd, zaczęła cierpieć na rozdwojenie jaźni, albo co gorsze, na syndrom tożsamości mnogiej.

Jego reakcje są zadziwiające. Od razu ubiera kobietę/dziewczynkę, by nie była naga, zmienia się jego ton i zachowanie. Zaczyna opiekować się żoną i traktować ją dokładnie tak, jak oczekuje jej nagła przemiana. Nagle Sam staje się dziewczynką o imieniu Lilly, około pięcioletnią, która pamięta prawie wszystko, tylko nie pamięta samego Patrick’a. Lekarze nie widzą żadnych zmian w mózgu, nic fizycznie jej nie dolega. Po prostu, z dnia na dzień dorosła Sam zamieniła się w kilkuletnią Lilly. Sytuacja staje się dramatyczna i nic nie jest w stanie „wybudzić” Sam z tego transu. Mijają dni…

Resztę pozostawię Wam do poznania. Streszczając tę opowieść nie udało mi się ominąć takich zwrotów jak „Sam staje się”, „Sam zamienia się”. No właśnie. Ale nie chodzi tu tylko o czasowniki, ale  o sam proces. Czy jest możliwe, by nagle dorosła kobieta „stała się” dzieckiem? Gdy jej ciało nie potrafi kłamać, a jej mózg jednocześnie działa na falach pełnej kobiecości (reakcje ciała i procesy fizjologiczne) i totalnej dziecinności(charakter, tożsamość). Kim w tym momencie jest żona Patrick’a? Czy jest Sam, czy może Lilly? Jest kobietą czy dziewczynką? W jaki sposób dorosły mężczyzna ma traktować taką dorosłą i bliską mu  kobietę? Jak córkę, czy może jak żonę? Jak daleko można się posunąć, by uratować ukochaną osobę?

Czytając „I’m Not Sam” nie przeżyłam zaskoczenia. Przeczuwałam to co nadchodzi i nie zszokowało mnie kiedy w końcu się wydarzyło. Czytałam opinie i recenzje innych czytelników. Zdziwiła mnie ich żywiołowa reakcja na rozwiązanie Ketchum’a i McKee. Tak jakby nikt się tego w ogóle nie spodziewał… Ta reakcja w konfrontacji z moją, ostatecznie przygotowaną, dała mi dużo do myślenia.

Czym jest w takim razie ludzka tożsamość? O tożsamości mówimy właśnie w stosunku do innych osób. Tożsamość jest tym co nas wyodrębnia z tłumu. Jednak przede wszystkim, tożsamość to własna wizja samego siebie , na co zawiera się nasz wygląd, psychika i zachowanie. Do tego dochodzi także poczucie, czyli jak my sami czujemy się ze sobą. Według tej definicji jestem tym kim chcę być, w ramach własnego ciała. Czyli np. nie mogę być koniem, ale mogę być inną kobietą. Czy to oznacza, że mogłabym być małą dziewczynką, gdybym chciała? Gdybym miała poczucie bycia dzieckiem? Jeśli zgadzałyby się zachowanie i psychika, ale trzecia stała nie, to czy pomimo to, stałabym się dziewczynką?

„I’m Not Sam” zaskakuje i szokuje. Z chwili na chwilę opowieść staje się coraz bardziej kontrowersyjna. Ketchum i McKee nie moralizują, nie pokazują jednolitej ścieżki, nie dają konkretnych odpowiedzi. W zamian zostawiają nas moralnie zagubionych, czasami wzburzonych, a czasami po prostu zamyślonych. Ale na pewno nie pozostawiają nas obojętnymi. Ta opowieść to majstersztyk horroru psychologicznego. Wizja potwornego koszmaru, z którego nie dobrej drogi ucieczki. Pozostaje tylko wybór i czytelnik na rozstajach, a w głowie jedno pytanie: kim jest człowiek?

O.

Wiosenna lekkość bytu

Bombla_WiosenneBukiPodobno już jutro pierwszy dzień wiosny. Podobno, bo za oknem raczej śnieżnie i zimno i jakoś tak nie zapowiada się na zmiany. Ale wiosna nadchodzi i sądzę, że to dobry moment, by się na tą okazję  bukowo przygotować i odpowiedni uposażyć.  Odświeżyć półki z książkami i uporządkować pliki z e-bookami.

Z wyborem lektur na wiosnę nie jest zbyt łatwo. W odróżnieniu od zimowych muszą być lekkie i rześkie jak wiosenny poranek. Nie za puchate, nie za ciężkie. Powinny zawierać w treści dużo substancji odżywczych i witamin, które pozwolą zmęczonym czytelnikom ożywić się i nabrać sił na nowa porę roku. Mogą traktować o tematach poważnych, melancholijnych nawet, jednak w milszej dla umysłu formie. Wiosna to czas świeżości i odrodzenia, więc dobrze byłoby gdyby czytane historie równie odświeżająco działały na duszę czytelnika.  Tak, by móc przeżyć katharsis i narodzić się na nowo.  A im dalej w wiosenną porę tym opowieści mogą być lżejsze . Wiosną wszystko zielenieje i pachnie. Chrupią nowalijki pod zębami. Dlatego zachęcam do takiej przyjemnej lektury. Do podgryzania. Do wąchania i wyczekiwania na pierwsze słoneczne promienie.

A ja specjalnie dla Was, już wcześniej wyruszyłam na wiosenny szlak i upolowałam dziesięć opowieści idealnych na wiosnę. Z każdej kategorii.  Do podgryzania i wąchania. I do poczytania 🙂 Miłej lektury!

 

tiffany1. „Śniadanie u Tiffany’ego” Truman Capote („Breakfast at Tiffany’s”)

Kto nie zna Holly Golightly? Dzięki niezapomnianej kreacji Audrey Hepburn prawie wszyscy zapomnieli, że Holly zaistniała najpierw na kartach powieści. I że tak naprawdę jej historia potoczyła się troszkę inaczej niż w filmie. Co więcej, że sama książkowa Holly wcale nie jest tą „kultową” postacią z filmu. Więcej przemyśleń, więcej smutku i życiowej prawdy. Holly jakiej nie spodziewa się nikt.

marina2. „Marina” Carlos Ruiz Zafón

Niezwykła, magiczna historia piętnastoletniego Oscara i fascynującej Mariny. Łączy w sobie thriller, horror, powieść przygodową i opowieść gotycką. I romans. A wszystko na tle Barcelony, która dzięki Zafonowi stała się jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie. Miasto żyje sekretnym życiem na kartach książki, oddycha i nawet jeśli początkowym zamysłem autora „Marina” miała być książką dla młodzieży, to im dalej w lekturę, tym bardziej oddala się od tej koncepcji. Tajemnice, śledztwa, namiętność, pierwsza miłość i śmierć. O marzeniu z młodości.

Hobbit13. „Hobbit” J.R.R.Tolkien

Hobbity nie lubią przygód, ale czasami pewien czarodziej może stanąć na ich drodze i zmienić przeznaczenie. Tak Bilbo Baggins z Shire wyrusza z bandą krasnoludów przeciw Smaugowi. By wyzwolić królestwo Thorina Oakenshield’a i zapisać się na kartach historii Śródziemia. A my wyruszamy razem z nim. Nie zapominając tym razem chusteczki do nosa 🙂

 

wielkienadzieje4. „Wielkie Nadzieje” Charles Dickens („Great Expectations”)

Ta opowieść to Duży Buk. Jedna z piękniejszych historii o miłości, poświęceniu i dojrzewaniu, jaką czytałam w ogóle. Gdyby nie powieść Balzac’a sądzę, że nosiłaby tytuł „Stracone Złudzenia”. O błędach młodości. O marzeniach, które nie mogą się spełnić. O zemście, która trwa pokolenia. O miłości bez szansy na wzajemność. O zdradzie i samotności. O życiu przeżytym dla kogoś innego. I o nadziei, która umiera ostatnia.

drozd5. „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill a Mockinbird”)

Jedyna książka autorki. Kanon literatury amerykańskiej. Dotyka najbardziej delikatnego tematu w historii Stanów Zjednoczonych, jakim jest rasizm. Wszystko na tle południowego stanu Alabama, z czasów Wielkiej Depresji. Historia widziana oczami dziewczynki, której ojciec podejmuje się obrony czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Opowieść o nienawiści i uprzedzeniach. Ale także o nadziei i wierze w dobro ukryte w drugim człowieku.

hunger6. Trylogia „Hunger Games” Suzanne Collins

Największe zaskoczenie tego roku. „Hunger Games”, „Catching Fire” i „Mockingjay”  (nie używam polskich tytułów, bo tłumaczom coś się pomyliło). Panem et circenses. Smutna wizja dystopii, w której ludzie walcząc każdego dnia o przetrwanie raz do roku wystawiają swoje dzieci, by walczyły w Igrzyskach Głodu. Na śmierć i życie. Wszystko zmienia się, gdy wyzwanie podejmuje Katniss Everdeen i staje się symbolem nowej rewolucji. Totalitarna wizja przyszłości, w której słowa „May the odds be ever in your favor” brzmią jak mroczny żart.

it7. „To” Stephen King („It”)

Na wiosnę nie mogło zabraknąć „Króla” horroru. Jedna z najstraszniejszych powieści, w której w niezwykły sposób ożywają wszystkie strachy z dzieciństwa. Wszystkie pod postacią clowna Pennywise, który potrafi przekształcać się w to, czego jego ofiara boi się najbardziej. Walka z koszmarami z dzieciństwa staje się jednak dla bohaterów powieści czymś więcej niż walką ze strachem. Stają się przypadkowymi świadkami odwiecznej walki pomiędzy siłami dobra i zła. Siłami kosmosu, które niełatwo pokonać.

iris8. „Morze, Morze” Iris Murdoch („The Sea, The Sea”)

Idealnym miejscem na czytanie tej powieści, to miejsce blisko morza, gdzieś na wybrzeżu, gdzie często wieje wiatr, a w powietrzu unosi się zapach soli. To historia obsesji bohatera i próby powrotu do czasów młodości. Walka z czasem, ze starzeniem się i własnymi słabościami. To opowieść o egoizmie w kryzysie wieku średniego.  I o wyobrażeniu samego siebie.

 

emma9. „Emma” Jane Austen

O tej uroczej powieści pisałam już wcześniej, w związku z Ucztą Miłości. Lekka, wiosenna i zabawna komedia pomyłek pełna perypetii i powiedzonek o związkach i stosunkach damsko-męskich w ogóle. Romans idealny. Jak dla mnie najlepsza wśród wszystkich opowieści napisanych przez angielską pisarkę.

 

Plath10. „Szklany Klosz” Sylvia Plath („The Bell Jar”)

Zmagania młodej dziewczyny Esther Greenwood z dojrzewaniem i dorastaniem. Historia nieudanej próby pogodzenia marzeń o wolności i niezależności z oczekiwaniami i rolą jaką narzuciło jej społeczeństwo, rodzina i epoka, w której żyje. O walce wrażliwego umysłu z samozagładą i depresją. O poddaniu się szaleństwie i odrodzeniu z popiołów. Trochę autobiograficznie Sylvia Plath o samej sobie.

Od koloru do wyboru. Na wiosnę do czytania.

O.