„Alicja w Krainie Czarów” Lewis Carroll

Bombel_alicja
Poziomkowa Dolina to miejsce wyjątkowe. Uroczy, ukryty zakątek, do którego tylko nieliczni znają prowadzące ścieżki. To właśnie tutaj zakwitają książkowe perełki pisane zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Takie, które rosną razem z czytelnikami. To opowieści ponadczasowe, opowieści dzieciństwa, stare znajome, takie, po które warto sięgnąć po latach, by na nowo odkryć ich sens.

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis’a Carroll’a należy właśnie do takich historii. Absolutny klasyk literatury dziecięcej, który ani trochę się nie zestarzał, ale dojrzał i przekradł do świata dorosłych. Powieść dwuznaczna. I to nie tylko z powodu licznych gier językowych czy smaczków słowotwórczych, w których Carroll się specjalizował i którymi mistrzowsko operował. Z jednej strony „Alicja w Krainie Czarów” to ukłon w stronę wyobraźni i otwartego „dziecięcego” umysłu, z drugiej smutna, miejscami przerażająca karykatura codzienności świata dorosłych, widziana oczami wrażliwego dziecka.

Z początku wyobraźnia tytułowej Alicji jest wyraźnie przytłumiona. Trudno zauważyć nawet jej czułość i wrażliwość. Bo oto siedzi sobie na ogrodowej ławeczce znudzona i senna dziewczynka. Jest znudzona i czeka aż nastanie pora podwieczorku. Jesteśmy w epoce wiktoriańskiej, a tutaj dzieci, a szczególnie małe dziewczynki, obowiązują narzucone z góry, surowe zasady. Nic nie jest przypadkowe. Nic nie jest spontaniczne. Dzieciństwo w koronkach i wykrochmalonych fartuszkach. W dotychczasowym życiu Alicji nie ma miejsca na niekonkretne opowieści i bujanie w obłokach. Historie muszą mieć formę, opatrzone muszą być obrazkami i podparte jednoznacznym dialogiem.

„Na co komu książka bez obrazków i bez rozmów?”, pyta Alicja. Niedawno pytanie to zadano na oficjalnej stronie portalu xiegarnia.pl, zachęcając czytelników do odpowiedzi. Ponieważ fascynuje mnie zarówno świat Alicji, jak i pytanie o celowość czystego tekstu i czytelnictwa w ogóle, podesłałam moją własną odpowiedź, którą wklejam poniżej (swoją drogą udało mi się wygrać egzemplarz nowego przekładu „Alicji w Krainie Czarów”, o którym więcej opowiem przy okazji zagadnienia tłumaczeń i przekładów).

Gdyby jej siedząca obok na ławeczce siostra usłyszała pytanie dziewczynki z łatwością odpowiedziałaby tak:

Kochana Alicjo, czy podziwiając błękit nieba masz pewność, że widzimy ten sam odcień? Czy rozmawiając o miłości i oddaniu możemy być pewne, że mamy to samo na myśli? Czy śpiew rudzika o poranku dla ciebie i dla mnie oznacza dokładnie to samo? Tak jak świat wokół nas, jak nasze myśli i słowa dla każdego znaczą coś innego, tak samo książka bez obrazków i bez rozmów dla każdego otwiera nowy, magiczny świat.

To świat iluzji i niedomówień, gdzie wszelkie sposoby interpretacji stają się możliwe. Gdzie wiek, czas, doświadczenie i stan ducha zmieniają perspektywy, jak taniec cieni na ścianie. Raz po raz zadajesz sobie pytanie, czy to jeszcze jest gałąź, czy już dłoń starej czarownicy? To jak zanurzenie się w głębiny i bezkresne otchłanie, gdzie światło gra i migocze i nic nie wydaje się być tym czym wydało się być na początku.

Taka książka to zaproszenie do świata, w którym króluje wyobraźnia, gdzie nikt ani nic nie stawia barier ani nie rysuje granic dla twoich myśli i obrazów.  To wkroczenie na terytorium, gdzie „są tylko smoki”, gdzie jeden kolor ma wszystkie możliwe odcienie, a postać po tysiąc różnych twarzy, jak niebo, które w każdym miejscu na ziemi wygląda odrobinę inaczej. Ta „odrobina” tworzy prawdziwą różnicę. Dzięki niej książka będzie rosnąć i dojrzewać wraz z tobą, a powroty do niej będą niekończącą się przygodą. Słowa ułożą się w setki kombinacji,  jak w barwnym kalejdoskopie i żaden układ nigdy się nie powieli.

Taka książka to jak móc tworzyć boskie dzieło. Dostajesz zarys, pomysł jedynie, a wszystko co się wydarzy będzie miało twoją iskierkę, twoją twórczą namiastkę i będzie należeć wyłącznie do ciebie. Bo książka bez obrazków i bez rozmów to wyzwanie, Alicjo. Jedyne w swoim rodzaju. Jak skok do króliczej nory, jak początek magicznej podróży do pięknej i zarazem strasznej krainy. Takiej, która będzie mieć tę jedną wyjątkową właściwość: będzie TYLKO twoja i to od ciebie właśnie będzie zależeć jak potoczą się jej dzieje i jak będzie wyglądać, a granicą będzie jedynie twoja wyobraźnia.

W ten upalny, letni dzień, gdy rozum usypia, budzi się prawdziwa Alicja. Alicja, która z otwartym, ufnym sercem wskakuje za Białym Królikiem do własnej magicznej Krainy Czarów, krainy dziwów (Wonderland), tworząc sen- nie sen. Ten nowy świat to zlepek luźnych elementów rzeczywistości, wyolbrzymionych, wykręconych do granic absurdu. To, co do tej pory było hamowane przez sztywne reguły, wyzwala się, ujawniając wizje niespotykane nigdy wcześniej. Biały Królik, Szalony Kapelusznik, Księżna, Kot z Cheshire, czy Królowa Kier, to wytwory wyrafinowane i jedyne w swoim rodzaju. Prawa panujące w Krainie Czarów to również prawa snu, bo są niekonkretne, rozmyte i mgliste. To Kraina bez jednego wejścia i bez wyjścia.

Sądzę, że tylko dziecko mogło coś takiego przyśnić. I to nie byle jakie dziecko, ale takie, które „przemieni się kiedyś w dorosłą kobietę i zachowa przez wszystkie swoje lata szczere i kochające serce z czasów dzieciństwa.” Dziewczynka, która dzięki potędze swojej wyobraźni nigdy nie wpadnie w przepaść szarej codzienności i zawsze będzie umiała znaleźć drogę do swojej Krainy Czarów.

O.

* Fragmenty pochodzą z nowego wydania „Alicji w Krainie Czarów” w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej;

Świąteczne polowanie

NaTropieChoinkoweUwielbiam książki! Żadna nowość, ale jak tylko dostaję coś nowego i dobrego (Greyów żadnych pod choinką nie znalazłam) od razu skacze mi adrenalina i chodzę uśmiechnięta od ucha do ucha 🙂

W tym roku Gwiazdor wiedział dokładnie, co sprawi mi największą radość. Podzielę się z Wami moimi nowymi zdobyczami książkowymi. Potraktujcie to jako dalszą część zapowiedzi i zachętę do dzielenia się Waszymi literackimi prezentami.

Jedną z podchoinkowych zdobyczy są wyczekiwane przeze mnie „Baśnie Japońskie” wydawnictwa National Geographic z etnicznej serii opowieści. Już nie mogę się doczekać, kiedy zaproszę Was na tą orientalną i fascynującą przygodę do krainy gejsz i samurajów!

Gwiazdor przyniósł mi również genialną historię „W Kleszczach lęku” Henry’ego James’a, którą uważam za jedną z bardziej wieloznacznych powieści w historii literatury.

Kolejnym pięknym prezentem jest „Między Nami” Chris’a Cleave’a, której opis jest bardzo tajemniczy i nie chce zdradzać czytelnikowi szczegółów 🙂 i „Geim” Anders’a de la Motte, na przykładzie którego mam nadzieję udowodnić depresyjność i melancholijność współczesnej Szwecji.

A z domowej biblioteczki, by jeszcze poszerzyć blogową półeczkę z książkami, przyjechały w odwiedziny rosyjski romans, rozwijające myśl Marie Janion (bo nie jedna), Muminki i mroczny McCarthy.

Zabieram się do czytania i pisania!

Poświąteczne polowanie czas zacząć!

O.

BlogChoinkowe

„Opowieść Wigilijna” Charles Dickens

Bombla_CrhistmasCarol2

„Opowieść Wigilijna” to historia, do której powracam każdego roku. Nie wyobrażam sobie grudnia bez tej pięknej zimowej opowieści. Charles Dickens we wspaniały i niepowtarzalny sposób pozwala nam zanurzyć się w przedświąteczną atmosferę wiktoriańskiej Anglii. Nie jest to jednak obrazek jak ze starej uroczej pocztówki, a raczej smutny przekrój przez brytyjskie społeczeństwo. Nic nie ucieknie przed wzrokiem tego pisarza, który wielokrotnie poruszał temat biedy i różnic między ludźmi. Który widział i sam przeżył smutki i problemy nękające rodziny z marginesu, osierocone dzieci i żebraków.

W tym roku postanowiłam spojrzeć na „Opowieść Wigiliją” inaczej. Zostawiając za sobą obrazy ludzkiej nędzy i społecznej rozpaczy skupiłam się na postaci głównego bohatera i jego głębokiej melancholii i samotności.

Od kiedy pamiętam Ebenezer Scrooge stanowił symbol chciwości. Był uznany za człowieka zimnego i bez serca. Wydarzenia przedświątecznej nocy były konieczne, by zmienić go przede wszystkim dla innych, by otworzył serce i… swoją sakiewkę. A co z samym Ebenezerem? Kim jest człowiek, który posłużył Dickensowi za przykład przemiany idealnej?

Ebenezer Scrooge z pewnością nie jest postacią, na której możemy się wzorować. Idąc tym tropem stwierdzam, że Scrooge to raczej antybohater. Jego działania są z założenia złe, samolubne i antypatyczne. Jest „starym grzesznikiem”, którego rysy twarzy, a nawet postura wyznaczają zło. Samotny, bez bliskiej rodziny i bez przyjaciół, o zaciętych ustach, zimnym oceniającym spojrzeniu… Za Scroogem idzie ciemność i chłód, a w prozie Dickensa to symbole śmierci. Śmiercią zaczyna się sama powieść i to dzięki śmierci Scrooge ma szansę poznać samego siebie, wędrując w czasie pod opieką duchów.

Skąd przeświadczenie o zagubieniu tego dickensowskiego antybohatera? Już na samym początku poznajemy codzienność Scrooge’a. Dla niego liczy się tylko biznes. Biznes jest wszystkim. Biznes to Scrooge. I Marley. Wychodzi na to, że wszystko jedno jakim nazwiskiem zwrócimy się do Ebenezera, gdyż reaguje zarówno na swoje, jak zmarłego przed laty wspólnika. Dla niego forma działania jest całkowicie obojętna, podobnie jak dla jego towarzyszy w biznesie. Liczą się tylko ostateczny wynik i zysk, jaki czerpią z danego układu. Życie Scrooge’a to seria transakcji, wyliczeń opłacalności, tabelek strat i podpisywania powiadomień o eksmisji ubogich lokatorów.

Scrooge sam siebie zdehumanizował. Utracił integralność na rzecz biurokracji, tej najgorszego sortu, tej którą rządzi jedynie pieniądz i w której nie ma miejsca na jakiekolwiek uczucia, bo uczucia to „brednie”, humbug, co powtarza raz po raz. Ma się wrażenie, że Scrooge to maszyna, kalkulator, któremu na niczym nie zależy. Jednak czy jest chciwy i samolubny z serca, czy to profesja i uwielbienie pracy doprowadziły go w takie, a nie inne miejsce? W końcu on sam nic nie zyskuje na tym, co robi, sam siebie ogranicza i… wszyscy wokół niego wydają się mieć tego świadomość, tylko nie on sam.

Czas Świąt Bożego Narodzenia jest niezwykły, bo pozwala zapatrzonym w zaczarowaną pocztówkową wizję, otworzyć oczy na to, co dzieje się wokół i przypomnieć o co w Świętach tak naprawdę chodzi. To właśnie teraz najłatwiej podjąć decyzję o zmianie, nadrobić zaległości w działalności charytatywnej i dzięki udzielonej komuś pomocy samemu poczuć się lepszym człowiekiem.

Ebenezer Scrooge nie potrafi przełamać się i wyjść poza stworzony przez siebie świat. Co roku powtarza te same, smutne frazy, przegania ludzi w potrzebie, przymyka oczy na nieszczęścia, których jest świadkiem, a nawet odgania swojego ukochanego siostrzeńca! O tak, bo Scrooge kocha go bardzo. Tak samo, jak jego zmarłą matkę, swoją siostrę, tylko tak jakoś nie umie już tego pokazać. Zagubił się we własnych rytuałach, rutynie codzienności, okrutnej i niezmiennej od lat. Zjawa Jacob’a Marley’a przybywa właśnie po to, by go obudzić i uwolnić z kajdanów, które sam na siebie nakłada, a które nękać go będę po śmierci, jeśli nic w swoim życiu nie zmieni.

Gdy Marley zwraca się bezpośrednio do Scrooge’a, imiennie, przekonuje go o jego własnej cielesności i człowieczeństwie, bo przecież odczuwany przez niego strach to wyjątkowo ludzkie uczucie. Na tą jedną noc, nasz antybohater staje się nareszcie sobą, by ostatecznie uświadomić sobie, jakim wielkim był głupcem, że zmarnował życie, największy dar, jaki możemy otrzymać. By to życie odzyskać, chociażby częściowo, Scrooge musi wyjść z cienia, opuścić mrok, którym się otacza i na nowo narodzić się dla świata, tym razem w jasności.

Nie przez przypadek pierwsza zjawa, Duch Przeszłych Świąt, cały otoczony jest światłem. Jego celem jest pokazanie Scrooge’owi tego co było jasne w jego historii, czyli dobre i pełne życia. Były to czasy, gdy pieniądze nie były jedynym celem, a Ebenezer miał możliwość wyboru. Kiedy jeszcze liczył się drugi człowiek: koledzy, siostra, ukochana Belle. Ich odrzucenie poskutkowało zgorzniałą, wyalienowaną egzystencją. Konfrontacja z przeszłością wywołuje wstyd, ale także ponownie otwiera serce Scrooge’a, a Duch Przeszłości dzieli się z nim swoim światłem.

Duch Tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia (ubolewam nad nieprzetłumaczalnością pięknych wyrażeń Dickensa) pokazuje mu to, co stanie się, kiedy wydarzenia będą biegły wybraną przez Scrooge’a ścieżką. Czyli, gdy nic się nie zmieni, a Ignorancja i Bieda będą panowały na ziemi. Niby szara codzienność, znane twarze, a jednak te obrazy świątecznej radości w każdym, nawet najbiedniejszym zakątku miasta poruszają naszego antybohatera niezrównanie. Ten Duch otwiera Scrooge’owi oczy i kieruje jego wzrok na innych. Po raz kolejny Scrooge wstydzi się i rozumie, jak bardzo zmarnował życie.

Gdy pojawia się Duch Świąt, które Mają Nadejść (of Christmas Yet to Come), Ebenezer już wie, że zmiana jest konieczna i nieunikniona. Świadomość utraty tak wielu ludzi i ich miłości nie pozwoli mu już powrócić do tego, co było. Duch Przyszłości otwiera mu umysł i w dramatyczny sposób ukazuje, jak mógłby się taki smutny żywot zakończyć. Duch ten jawi się jako mroczna, ciemna zjawa, niosąca smutek i śmierć. Wizje, jakie niesie ze sobą np. okradzenia ciała czy pokazanie nagrobnej płyty z nazwiskiem Ebenezera wywołują w Scrooge’u silniejsze emocje i większą potrzebę przemiany niż cokolwiek do tej pory.

Dickens po mistrzowsku pokazuje nam, że nie warto marnować życia. Daje nadzieję, że nigdy nie jest zbyt późno, by obrócić własny los. Udowadnia również, że pieniądze potrafią naprawiać życie i mają wielką siłę, ale tylko wtedy, gdy to nie namnażanie ich jest celem, ale dzielenie się z potrzebującymi.

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam i sobie, byśmy nie stali się Scrooge’ami. Byśmy otworzyli serca, oczy i umysły! Żyjmy teraz i dziś zarówno ze wspomnieniem przeszłości w sercach jak i z pomysłem na przyszłość! Nie tylko w Święta Bożego Narodzenia, ale zawsze, o każdej porze roku.

Wesołych Świąt!

O.

P.S. Poniżej piękna piosenka z genialnej muppetowej adaptacji powieści „Muppet Christmas Carol” Jima Hansona śpiewana przez Maleńkiego Tima.

Zapowiedzi Wielkiego Buka

NaTropie1

Już jutro świeżutki nowy post o pewnej pięknej świątecznej historii, a dzisiaj kilka zapowiedzi na przyszły rok. Nie łatwo będzie mi wybrać z masy przeczytanych i czytanych
książek te, które chcę omówić i pokazać Wam na blogu, ale z pewnością wykorzystam te, których ciekawe wątki sprawiają, że zaliczyć je można do Dużych Buków.

Po raz pierwszy zaprowadzę Was do Poziomkowej Doliny i spróbuję udowodnić, że literatura dziecięca czasami wcale taka dziecięca nie jest i warto po latach wrócić do książek
dzieciństwa, by odkryć je na nowo. Na pewno odwiedzimy Dolinę Muminków Tove Jansson, Bulerbyn Astrid Lindgren i Krainę Czarów Lewis’a Carroll’a.

Po niedoszłym końcu świata pokażę Wam wizję apokalipsy u Cormaca McCarthy’ego. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czemu literacka Szwecja to kraina krwi i zbrodni. Zaprowadzę
Was tam, gdzie żyją Starzy Bogowie Lovecrafta skąd mam nadzieję powrócimy w pełni władz umysłowych. Razem zapolujemy na odwieczne wampiry King’a i demony Poe’go. Poznamy
rozpacz i smutek porzuconej rosyjskiej kochanki i uprzedzoną miłość pewnego angielskiego arytokraty. Pokażę Wam na podstawie prozy Jack’a Ketchuma, że zbrodnia ma wiele twarzy
i to drugi człowiek może stać się naszym największym przekleństwem. Zbuntowane atlasy uniosą na nowo świat, a na ziemię powrócą Amerykańscy Bogowie.

Już nie mogę się doczekać, a to tylko zapowiedź na pierwsze tygodnie Nowego Roku 🙂

Jeśli ktoś z Was ma propozycję Dużego Buka, o której chciałby przeczytać na blogu, piszcie!

A ja wracam na szlak! Gruby Zwierz nadchodzi!

O.

„Witch Water” Edward Lee

WitchWater

Czas wybrać się na nocne łowy i upolować coś wyjątkowo mrocznego, coś co chociaż na chwilę zaburzy nasz wewnętrzny spokój i rozstroi nerwy, dodając przy tym dreszczyk emocji do naszej codzienności.

Nie przez przypadek jako pierwszą z tej kategorii wybrałam powieść „Witch Water” Edwarda Lee. Niestety nie jestem pewna, czy książka ta została już przetłumaczona na język polski. Jeśli nie, to z pewnością niedługo doczeka się przekładu i wydania przez Wydawnictwo Replika, jak niektóre z powieści tego autora.

Edward Lee to jedno z ciekawszych nazwisk wśród twórców powieści grozy. Jest mistrzem gatunku nazywanego horrorem ekstremalnym. Jego historie są pełne elementów makabry i tego co po angielsku nazywamy „gore”, czyli lejącej się strumieniami posoki i wnętrzności. W każdej opowieści stara się przekroczyć tabu, wyjść poza ustalony porządek i z wyjątkowym wyrafinowaniem pokonać kolejną granicę tego, co uznajemy za ludzkie. W tych powieściach wątek paranormalny jest raczej niewinnym dodatkiem do tego co jeden człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi, czerpiąc z jego cierpienia rozkosz. Lee miesza wątki okultystyczne z seksualnymi dewiacjami i muszę powiedzieć, że wychodzi mu to wyjątkowo dobrze. Z pewnością nie są to powieści dla wszystkich 😉 Jeśli jednak nie wzdrygacie sie na widok krwi i nie oburzają Was opisy okrucieństwa, udziwnionych praktyk seksualnych czy wymyślnych tortur, to Edward Lee jest na pewno tym kogo warto poznać i poczytać.

„Witch Water” zaskoczyła mnie ciekawym podejściem do tematu wielokrotnie już wykorzystywanego w literaturze grozy, a często nawet nadużywanego, jakim jest historia miasteczka stylizowanego na Salem, gdzie w przeszłości odbywały się procesy o czary, a czarownice palono lub zabijano w wymyślny sposób. Może byłaby to kolejna podobna powieść, gdyby nie jej główny bohater i osobiste demony, z którymi się zmaga.

Stew Fanshawe nie jest człowiekiem, z którym łatwo się utożsamiać. Mężczyzna, w średnim wieku, któremu wyjątkowo dobrze się powodzi. Miliarder, który zdobył fortunę na giełdzie. Pojawia się w Haver-Towne niejako incognito. Nie chce zostać rozpoznany (bywał niejednokrotnie na okładkach Forbes’a) i woli pozostać w szarym tłumie. Bo to co musicie wiedzieć o naszym bohaterze, to to, że cierpi on na pewną manię. Manię perwersyjną, zboczoną nawet (tak myśli sam o sobie), przed którą zmuszony był uciec z miasta i po roku terapii odpocząć na prowincji. Ta perwersyjna mania to voyeuryzm, czyli podglądactwo.

Uważam, że by poznać drugą stronę „Witch Water” jako powieści, konieczna jest konkretna wiedza na temat tego zaburzenia. Voyeuryzm to rodzaj fetyszu, parafilii, czyli zaburzenia seksualnych preferencji, polegająca (tutaj posłużę się definicją profesora Lwa Starowicza) „na powtarzającej się lub utrwalonej skłonności do oglądania ludzi uczestniczących w zachowaniach seksualnych lub intymnych, takich jak rozbieranie się, związana z pobudzeniem seksualnym i masturbacją. Nie towarzyszy temu ani zamiar ujawnienia swej obecności ani zamiar kontaktu seksualnego z obserwowaną osobą”.

Stew walczy ze swoim uzależnieniem, jednak jak to z silnymi, impulsywnymi uzależnieniami bywa, w nieodpowiednim środowisku, przy odpowiednich warunkach, takie uzależnienie może powrócić w jeszcze silniejszym stopniu niż dotychczas.

Haver-Towne na pierwszy rzut oka wydaje się być uroczym, turystycznym miasteczkiem. Jego mroczna przeszłość jest wykorzystywana jedynie w nazwach szlaków, hoteli i restauracji i innych przygotowanych dla odwiedzających atrakcjach.

My, czytelnicy, spoglądamy na to miasto oczami Stew. Dlatego, z początku, nasze postrzeganie jest mocno ograniczone. Bohater odwraca często wzrok, karci sam siebie za zbytnią ciekawość i tłumi w sobie naturalne instynkty obserwatora. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy zaczyna interesować się i poznawać, krok po kroku, historię miasteczka i jego mieszkańców. Czarownik, wiedźmy, tortury… Traktat z diabłem, Compendium Maleficarum i tytułowa „witch water”, czyli woda czarownic, antyteza wody święconej (nie chcę zdradzać szczegółów). I luneta. Nie byle jaka, bo magiczna.

To właśnie ten przedmiot na nowo rozbudza uśpioną percepcję Fanshaw’a. Nagle na nowo rozkwita w nim rządza patrzenia. Jego oczy stają się z chwili na chwilę wszystkowidzące, spragnione penetracji. Widzi więcej i bardziej. W ogóle dziwna rzecz z tymi oczami…

Georges Bataille widział w oczach lustra. Oko było symbolem, służyło transgresji, czyli przekraczaniu. Nasz bohater dzięki oczom przeżywa podróż w głąb samego siebie, bo to właśnie oko wychodzi poza granice, obraca się, by ostatecznie skierować się do wnętrza Stew, jego „czarnego serca”, jego wewnętrznej ciemności, czarnej strony, którą było dane mu poznać tylko dzięki własnej perwersji. To poznanie ostatecznie doprowadziłoby do obłędu, szaleństwa (jak w prozie Lovecrafta, gdzie bohaterowie widzą i nie potrafią pojąć, więc umierają ze strachu), ale w tym wypadku jest inaczej. Penetrujące oko, wzmocnione magicznymi właściwościami lunety i zboczonym umysłem, pozwala mu pójść dalej, poza to co określone i znane. Spenetrować niepenetrowalne. Zobaczyć pulsującą ciemność, czarniejszą niż najczarniejsze otchłanie. Poznać własne serce.

Woda czarownic otwiera granice, przełamuje tabu, załamuje czas i miejsca. W ten sposób opowieść o czarowniku i zaklętym miasteczku otrzymuje całkowicie nowy wymiar. My również, jako czytelnicy, przekraczamy nieprzekraczalne, wstępujemy w ciemność, a dalej są tylko czary.

O.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James

Bombel_Padlina1

Padlina. Brzmi obrzydliwie, ale właśnie o brzydkiej stronie czytelnictwa (szeroko rozumianego)  będzie ten wpis.

Wyobraźcie sobie, że spacerujecie po lesie. Jest uroczy wiosenny dzień. Ptaki śpiewają, cała przyroda zielenieje w rozkwicie. Nagle, coś przyciąga Wasz wzrok. I bynajmniej nie jest to urocza sarenka, czy piękny kwiat. Podchodzicie bliżej. Wzdrygacie sie z obrzydzeniem. Przed Wami leżą zwierzęce zwłoki w początkowym stadium rozkładu. Odchodzicie w pośpiechu.

Gdybyście jednak powstrzymali odruch ucieczki i w przyrodniczej fascynacji zaczaili się za pobliskim krzakiem, niczym legendarny David Attenbourough, zauważylibyście coś dziwnego. Otóż do padliny, z każdej strony, zaczęły by ściągać miriady zwierzątek, robaków i innych leśnych mieszkańców, a samo truchło zniknęłoby w przeciągu dwóch, trzech dni. Największy ruch byłby zapewne w nocy, bo padlinożercy (nazwijmy ich po imieniu), to zazwyczaj dość skryte istoty w naszej strefie klimatycznej. Co więcej, spoglądając na nie w innych okolicznościach, nikt z nas nie pomyślałby o nich w takich kategoriach. Czając się dalej w krzakach, dostrzeglibyśmy od czasu do czasu jakieś dumne zwierzę. Może koneser padliny (trochę jak to jedzenie chińskich starych jaj, wykopanych z ziemi). Może wygłodniały drapieżnik.

Wiem, troszkę zboczyłam z literackiej ścieżki, ale ta leśna metafora to jedyny sposób żeby zobrazować  to co w ostatnich miesiącach dzieje się na światowym rynku wydawniczo-czytelniczym.

Bo widzicie, jako nieustraszona łowczyni opowieści trafiłam właśnie na taka padlinę. I postanowiłam dziabnąć kąsek. Okazało się, że to nie byle jaka padlina, tylko ta z gatunku najgorszych. Taka, która umarła w męczarniach w wyniku zarażenia jakimś bliżej niezidentyfikowanym wirusem (niczym opos w opowiadaniu „Listy z Dżungli”Jack’a Ketchuma i Edward’a Lee). Taka, która powinna być omijana, a nawet objęta [literacką] kwarantanną i ostatecznie spalona miotaczem ognia. A jest zupełnie odwrotnie.

To „Fifty Shades of Grey”, czyli „Pięćdziesiąt Twarzy Greya”. Nie umiem ukryć mojego zdziwienia, a raczej szoku, po przeczytaniu pierwszych rozdziałów. Nie dałam rady przełknąć całości. Ciężko mi nawet o tym pisać, bo całość zakończyła się moją histerią i utratą wiary w ludzkość.

„Pięćdziesiąt Twarzy Greya” E.L. James to najgorsza, zarówno pod względem fabuły (pustej i sztucznej), jak i języka (E.L. James to absolutna GRAFOMANKA) książka, jaką kiedykolwiek było mi dane przeczytać.

To, że z tą książką jest coś nie tak zauważyłam już po dedykacji (pozwólcie, że nie będę cytować, szkoda miejsca). Dalej, z każdą kolejną stroną, kartką, było tylko gorzej:

– regularne powtarzanie wyrazów aż do 4 (!) razy na stronę: nie wyolbrzymiam. Przeraża mnie tylko myśl, że to „coś” musiało przejść przez ręce edytora (wstyd);

– używanie słów niezgodnie z ich znaczeniem: E.L. James nie rozumie co znaczą pojęcia „psyche” lub „podświadomość”, ale po co sobie zawracać głowę takimi głupotami?;

– wykreowanie najgłupszej bohaterki w historii literatury, chociaż będę obstawać przy tym, że to w ogóle nie powinno być nazywane literaturą, ale piśmienniczą mutacją.

To tylko trzy z listy kilkudziesięciu elementów, składających się na smutną całość. Brzmi to jak kiepski żart? Tak, ale żartem nie jest.

Miliony sprzedanych egzemplarzy „żywej” książki.

Miliony sprzedanych e-booków.

Miliony sprzedanych audiobooków.

NA CAŁYM ŚWIECIE.

Patrzę i nie mogę uwierzyć. I wtedy wykluwa się mojej głowie straszne pytanie: jaki jest poziom [intelektualny] tych milionów czytelników? Kim są ludzie, którzy wygenerowali takie liczby?

Nie mi to oceniać, przynajmniej nie publicznie. W zamian postawię inne pytanie: po co w ogóle nam opowieści , bo niestety do opowieści „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” wciąż się zalicza?

Dawniej celem dobrej historii była właśnie historia sama w sobie i ciekawi bohaterowie, z którymi można się było identyfikować. Miała uczyć i bawić. Czasami przestrzegać. Miała uzupełniać życie, wychodzić poza najniższe potrzeby człowieka. Miała karmić nasze umysły, nasze super ego (posługując się terminologią Freuda). Nawet do dziś postrzegane za perwersyjne „Opowieści Kanterberyjskie” Chaucera, „Dekameron” Bocaccia, czyli dzieła Markiza de Sade, uderzały w prostych odbiorców filozoficzną prawdą o człowieku, o tym co cielesne i nieuchronne.

Jednak coś się zmieniło. „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” jest tego dowodem. Trafia TYLKO do najniższych instynktów, do id, pomijając całkowicie zdrowy rozsądek, wyobraźnię i rozum w ogóle.Opiera się bezrefleksyjnie na tym co w nas najniższe, bardziej zwierzęce niż ludzkie: na seksie, zdefiniowanym przez pruderyjną onanistkę, a nie osobę nadającą seksualności jakąkolwiek myśl, czy znaczenie. I na niczym więcej. Myślałam, że odnajdę tam pozytywną, życiową bohaterkę rodem z książek kategorii „chick lit”, czyli a la „Dziennik Bridget Jones”, czy „Diabeł ubiera się u Prady”. Albo może bohatera, brutalnego i mrocznego niczym Heathcliff z „Wichrowych Wzgórz”. Nie. W zamian znalazłam ciamajdowatą idiotkę i sztucznego, wykreowanego przez hormonalnie zwichrowany umysł, bohatera opartego na podstawie sagi „Zmierzch”. Aż dziwię się, że Christian Grey też nie mieni sie w słońcu. W końcu bohaterka co drugie zdanie rozpływa się nad pięknem jego ciała, szarymi (a jakże) oczami i długimi palcami (o_O). I do tego jest milionerem! I ma tylko dwadzieścia siedem lat! No ale jest potworem, bo przecież lubi miziać się pejczem w zaciszu pluszowego pokoju. A bohaterka potrafi skwitować to tylko wyrażeniami typu: „ojejku”, „rany julek”, „o boże”. Bardzo wyrafinowana literatura.

Po lekturze nasuwa mi się tylko jeden wniosek: „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” to opowieść do samo zaspokajania się, do masturbacji i karmienia niezdrowych, bo nieprawdziwych fantazji. I są to fantazje sapiących w kierunku Justina Biebera czy Zaca Efrona podstarzałych kobiet, które jedyne czego pragną, to cofnąć się w czasie i znowu poczuć się dziewiczymi nastolatkami.  I tego potrzebują miliony.

Szkoda. Trudno. Poczekam, może nadejdą jeszcze kiedyś lepsze dni dla dobrej literatury. Może miliony czytelników opamiętają się. Przejrzą na oczy, że „król jest nagi” i nareszcie ogarnie ich wielki wstyd, że obniżyli poprzeczkę do minimum. I wiecie co? Muszę w to wierzyć, bo przeraża mnie myśl, że mogłoby stać się inaczej.

O.

Smaczek literacki: spotkanie ze Stephenem Kingiem

Dzięki kanałowi University of Massachusetts znalazłam cudny literacki smaczek z wczorajszej konferencji literackiej 🙂

Stephen King dzieli się i odpowiada na pytania słuchaczy i studentów z wydziału literatury angielskiej i pisarstwa kreatywnego swoimi przemyśleniami na temat pisania, inspiracji, pisarskiego fachu. Również opowiada o swojej technice pisarskiej, o strachu i istocie zła.

Co więcej, zapowiada swoje dwie nadchodzące powieści i komentuje popularność „Pięćdziesięciu Twarzy Greya” i tym podobnych tworów pół-literackich.

Osobisty wniosek: Stephen King jest najlepszy.

Kilka uroczych cytatów:

„Spoilers are for wussies!” (Stephen King)

„Everything scares me.” (Stephen King)

„See better, see more clearly.” (Stephen King) – porada dla piszących i pragnących pisać;

Polecam.

O.

„Misery” Stephen King

Bombel_Misery

Stephen King to zdecydowanie i niepodważalnie król horroru i powieści grozy. Jak dotąd jako jednemu z nielicznych pisarzy udaje się mu stworzyć Dużego Buka za każdym razem gdy zasiada do pisania.
A to rzecz unikatowa – wielki dar i wielka umiejętność, podparta ciężką, systematyczną pracą. Nikt tak jak Stephen King nie potrafi opowiadać strasznych historii, budować napięcia czy tworzyć niezapomnianie przeklętych bohaterów. Nikt tak jak Stephen King nie potrafi czerpać ponurej inspiracji z kultury i mitologii, by na swój jedyny i niesamowity sposób wykreować potworną opowieść wyrastającą z rzeczy codziennych bądź ich całkowitego przeciwieństwa.

Ta „potworność” wykorzystywana jest w twórczości Kinga na wiele sposobów: potworne są dosłowne potwory i potworni są ludzie. Potworne są miejsca i potworne przedmioty. Potworne są siły, których nie da się pojąć ludzkim umysłem. Ta potworność to niepohamowane zło. Zło, które w powieściach i opowiadaniach tego amerykańskiego genialnego twórcy panoszy się i opanowuje kolejne karty jego książek, a w nas, czytelnikach, wywołuje paniczny i nieogarnięty strach. Zło, którego rodzajami Stephen King żongluje jak nikt dotąd i które potrafi przyjąć różne oblicza, czasami nawet „najzagorzalszej wielbicielki” pewnego pisarza.

Przypatrując się wybranym powieściom i opowiadaniom wyodrębniłam najważniejsze rodzaje zła nękającego bohaterów opowieści Kinga – bowiem zło złu zawsze u niego nierówne. Różni się swą praprzyczyną, sposobem i miejscem występowania, siłą, umiejętnościami wpływania na ludzkie losy i – a jakże – swym ostatecznym celem, często równie pokręconym, co niezdefiniowanym.

Po pierwsze istnieje tu ZŁO ABSOLUTNE lub inaczej METAFIZYCZNE. Przede wszystkim chodzi tutaj o postać szatana, diabła, Mefistofelesa, ukrywającego się często pod ludzką postacią i zabawiającego się kosztem ludzkiego istnienia. Diabeł jest tutaj absolutem, zgodnie z wiarą chrześcijańską ostatecznym złem, którego głównym celem jest powiększanie kolekcji dusz potępionych. Jego działania opierają się na kuszeniu i spełnianiu obietnic pod pozorem pomocy, a w rzeczywistości na podpisywaniu paktów i zawieraniu umów na wieczność. Takiego zła nie można pokonać, raczej tylko wycofać lub wyciszyć, od czasu do czasu wygnać. Za przykład posłużyć tutaj mogą „Sklepik z marzeniami” lub „Coś”.

Drugi rodzaj zła, to ZŁO MITOLOGICZNE, jak demony lub duchy różnych wierzeń i religii, które wykorzystują ludzi dla swojej zemsty. Wstępują w człowieka, całkowicie go dehumanizując, wykorzystując jedynie ciało, a zabijając istotę. Takie demony są często terytorialne, związane z klątwą i mają swój słaby punkt związany z konkretnym kultem lub religią. Przykładem tutaj może być zło z „Desperacji”, czy „Cmętaża Zwieżąt”.

Kolejny rodzaj zła to ZŁO KOSMICZNE, czyli związane z tym co OBCE, pochodzące zza chmur i gwiazd, często nierozumiejące nas tak, jak my nie rozumiemy jego. W tym przypadku głównym elementem opowieści jest inwazja i zagrożenie gatunku ludzkiego, co znajdziemy w m.in. „Pod Kopułą”, czy „Łapaczu Snów”.

Podążając naszym mrocznym szlakiem natrafimy też na ZŁO ODWIECZNE, czyli WAMPIRYCZNE, istniejące od powstania czasu, jednak z nie do końca jasną genezą. Temat wampirów poruszę jeszcze przy okazji „Miasteczka Salem” i opowiadania „Dola Jerusalem”, choć ostrzec muszę wszystkich fanów „Zmierzchu”, że nie ma tu pseudo-przystojnych, lśniących w słońcu wampiro-laleczek.

Innym rodzajem zła, które wyróżnić możemy w twórczości Kinga jest ZŁO NABYTE, które jest wynikiem zakażenia albo traumy prowadzącej do chorobliwej reakcji na otoczenie lub przedstawione wydarzenia. Jest to zło wyuczone, na które nie ma lekarstwa, atakujące ludzki – i nie tylko – umysł niczym wirus nihilistycznej, gnijącej grypy. Np. „Cujo” lub „Carrie”.

Typowym dla niektórych z tych opowieści jest również ZŁO ZALEGAJĄCE, czyli zło wywodzące się z miejsca lub istoty przedmiotu. Nie ma tu demonów, czy duchów, żadnej personifikacji, istnieje jedynie niezdefiniowana zła energia , jakaś okrutna cząstka lub aura. Przykładem tego typu zła może być hotel z „Lśnienia” czy tytułowa „Małpa”, mechaniczna zabawka o nadnaturalnych zdolnościach.

Ostatnie dwa rodzaje kingowskiego zła to ZŁO Z WYBORU i ZŁO WRODZONE, najbardziej „codzienne”, ludzkie, związane z perwersyjnymi skłonnościami, chorobami psychicznymi, uwielbieniem okrucieństwa i… zła właśnie. Idealnymi przykładami są tutaj„Worek Kości” czy „Blaze”.

Zastanawiacie się dlaczego do przedstawienia i zobrazowania tego tematu – pierwszego z cyklu „Weekend ze Stephenem Kingiem” – wybrałam akurat „Misery”, powieść z 1987 roku, o której od dawna przecież nie jest już głośno? Otóż, to właśnie zło obecne w„najzagorzalszej wielbicielce” Paula Sheldona, Annie Wilkes, jest najbardziej wielowymiarowe i trudne do skatalogowania spośród wszystkich potworów zrodzonych w opowieściach Kinga. Najbardziej myląca, więc ostatecznie najbardziej przerażająca, jest bowiem w Annie jej ludzka postać, tak nie pasująca do jej bytu, do tego kim Annie rzeczywiście jest. To trochę tak jak „garnitur z Edgara”: (fani „Men in Black” od razu zrozumieją co mam na myśli) ciało Annie jest tylko niepasującą, sztuczną powłoką kryjącą obrzydliwą abominację.

Sam bohater powieści, pisarz Paul Sheldon przyrównuje Annie do afrykańskich bożków, jawi mu się ona jako „kamienny monolit i nieuchronność losu”. To element ZŁA ABSOLUTNEGO, gdzie Annie decyduje o życiu i śmierci Sheldona, o jego „być albo nie być”, zabawia się jego kosztem i obserwuje cierpienie, raz po raz zawierając z nim umowy, od których zależy jego przetrwanie, a których nie może on uniknąć. Annie posiada władzę absolutną.

Co więcej, Sheldon ma wrażenie, że Annie często jakby nie jest sobą. To właśnie ten „garnitur”, w tym wypadku z Annie, maska, skorupa kobiety, pusta i gnijąca w środku (zauważyć warto chociażby opis nieludzkiego smrodu dobiegającego z jej ust), kiedy zło chwilowo się wycisza. To element ZŁA MITOLOGICZNEGO, podobnego do demonicznego nawiedzenia: „Pomyślał, że gdyby wyciągnął rękę w kierunku tego uśmiechu, nie natrafiłby na nic prócz jednolitego nieprzeniknionego mroku.”

Co więcej, postać Annie Wilkes zawiera w sobie elementy wampiryczne. „Wysysa” energię życiową z Sheldona, osłabia go na różne sposoby i nie pozwala wrócić mu do zdrowia: „Tak jak posąg pochłaniała wszystko inne.”

Biorąc pod uwagę całą historię opisaną w „Misery” możemy też założyć, że w Annie króluje jeszcze jeden rodzaj zła… Że jest to albo ZŁO NABYTE, od traumy lub choroby, które wywołały niebezpieczne zaburzenia, albo że jest to zło ciągnące się za Annie od momentu poczęcia – że jest ona zła już od przyjścia na ten świat. Jest to o tyle potworne, że musielibyśmy wówczas wziąć pod uwagę, że ludzie nie rodzą się jako tabula rasa, ale z góry skazani są na wewnętrzny rozkład, zaczynając życie z zalążkiem wielkiego zła. Taka właśnie może być Annie Wilkes, najpotworniejsza „najzagorzalsza wielbicielka” w literaturze grozy – fanka ostateczna, reprezentująca totalne ludzkie zło.

O.

„Hobbit, czyli tam i z powrotem”

Bombla_CytatyHobbit_Blog
 

„Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zaburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad.”

„Aby coś znaleźć, trzeba poszukać. Istotnie, zazwyczaj kiedy się szuka, w końcu się coś znajduje, nie zawsze jednak dokładnie to, o co chodziło.”

„Tak oto śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca.”

„Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien

Bombla_Hobbit


Mojej WIELKIEJ przygody z Bukowym blogiem nie mogłam rozpocząć inaczej jak właśnie od powieści o wielkiej wyprawie „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena.
Jest to dla mnie wielki klasyk, książka, którą powinien wziąć w rekę każdy, kto choć odrobinę lubi baśnie i opowieści fantasy. Dla wszystkich znawców i wielbicieli dobrej literatury jest to Gruby Zwierz, na którego warto zapolować tym bardziej, że już na dniach będzie można obejrzeć ekranizację pierwszej części (nie mogę się doczekać!), a ponadto nadchodzi zima, a kiedy indziej zaczytywać sie w pięknych przygodowych opowieściach, jak nie zimą właśnie?

„Hobbit, czyli tam i z powrotem”, to powieść ponadczasowa i z pewnością „ponadwiekowa”. Docenić mogą ją zarówno dzieciaki, jak i dorośli, a nawet wyrafinowani specjaliści od językoznawstwa. Muszę koniecznie tutaj przypomnieć, że świat stworzony przez oksfordzkiego profesora języka i literatury angielskiej jakim był Tolkien, jest nie byle jakim światem. Nie wiem, czy kogokolwiek tym zaskoczę, ale dla mnie samej była to nie lada ciekawostka, że jest to pierwszy świat fantastyczny jaki w ogóle powstał, i który dał podstawy pod całą dzisiejszą literaturę jak i film kategorii fanstasy. To właśnie świat zaprezentowany nam w „Hobbicie”w 1936 roku! To dzięki Tolkienowi zaistniały krasnoludy, elfy, gobliny, orki i hobbity. Swoje inspiracje czerpał z mitologii, szczególnie germańskiej jak i literatury staroangielskiej z „Beowulfem” na czele (jeden z najpiękniejszych, epickich poematów w historii literatury).  Na końcu zebrał wszystko, uporządkował i skategoryzował stając się oficjalnym „ojcem” światów fantastycznych.

„Hobbit” porusza wiele interesujących wątków i można interpretować je na wiele sposobów. Według mnie trzy z nich wyróżniają się na tle innych.

Po pierwsze, na opowieść można spojrzeć oczami dziecka. Tym samym „Hobbit” to ciekawa, baśniowa historyjka o stworach, które wyruszają na poszukiwanie skradzionego skarbu. Jak widać jest to najbardziej uproszczona i spłycona możliwość odczytania fabuły, nie pozbawiona jednak swojego uroku. Sama jako dziecko widziałam w tolkienowskiej książce wspaniałą baśń o smoku (jako wielka fanka dinozaurów kochałam smoki od zawsze i sama pragnęłam wyruszyć na wielką wyprawę 🙂 ). W końcu w dobrych historiach nie trzeba koniecznie się niczego doszukiwać, chociaż warto czasami wyjść ponad to co tylko „widać gołym okiem”.

Kiedy juz zdecydujemy się poznać „Hobbita” od nieco innej strony, zauważymy, że to również historia o dorastaniu i poznawaniu samego siebie. O ile Bilbo Baggins młodzieniaszkiem już nie jest, o tyle sama jego przygoda staje sie właśnie metaforą młodości i ostatecznego stania sie dorosłym. Przy pierwszym spotkaniu hobbit wydaje się być poważny i stateczny, ale jednocześnie, przy rozmowie z Gandalfem, zaczyna wychodzić jego niedojrzałość i infantylność. Ciekawe jest również to, że Bilbo sam sobie wydaje się być ułożonym, pogodzonym z życiem samotnikiem, którego jedynym zmartwieniem jest pilnowanie pory posiłków (zawsze fascynowała mnie ich ilość i nazewnictwo 🙂 ), wydmuchiwanie równych kółek z dymu fajki, czy ilość zapasów w spiżarni.  Dużym zaskoczeniem staje się dla niego udział w wyprawie, bo przecież hobbity za przygodami nie przepadają…

Od pierwszej chwili wyprawa po skarb ukryty w Samotnej Górze ma największy wpływ właśnie na Bilba. Na każdym kroku musi podejmować wyzwania, jakich nie podejmował w całym swoim życiu.  Każdy krok to nowa odpowiedzialność, nie tylko za siebie, ale także wobec innych.  Udowadnia czytelnikom i samemu sobie, że przy odrobinie wewnętrznego skupienia i siły (jak również wielkiej ilości hobbickiego szczęścia) można pokonać własne słabości, nabierając jednocześnie odpowiedniej perspektywy wobec siebie samego. Ten drugi wymiar wyprawy, w głąb siebie, staje się wybawieniem dla Bilbo Bagginsa, ale jednocześnie staje się jego największym przekleństwem.

I tutaj przechodzę do interpretacji według mnie najpełniejszej, stworzonej na podstawie obecności tego o czym sam Bilbo wspomina najczęściej: TĘSKNOTY. Tęsknota jest obecna w „Hobbicie” dosłownie w każdym rozdziale! Tęsknią wszyscy, których Bilbo napotka na swojej drodze i to właśnie to uczucie staje się motorem działań wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych. To tęsknota pozwala iść wyprawie naprzód i to tęsknota pozwala bezpiecznie powrócić. Bilbo tęskni za swoim domem, „bezpieczną, ciepłą norą” przy każdej okazji: kiedy jest za zimno, kiedy robi się głodny (a hobbity głodne bywają praktycznie cały czas), kiedy napotyka niebezpieczeństwo, albo gdy udaje mu się to niebezpieczeństwo pokonać. Co więcej krasnoludy z Thorinem na czele zmierzają pokonać Smauga z tęsknoty za krasnoludzkim przepychem i wielkością, by na nowo odzyskać Górę i stać się panem swojej krainy. Gandalf, z drugiej strony, tęskni, na swój sposób, za prostszymi, bezpieczniejszymi czasami, kiedy świat miał określone prawa i nie tak łatwo można było je łamać. Niedźwiedziowaty groźny Beorn, pan miodowej krainy, tak naprawdę co wieczór siada i z tęsknotą spogląda w góry, które dawniej były jego prawdziwym domem i śpiewa pieśni o powrocie. Nawet Gollum oddaje się wspomnieniu z młodości, tak przecież już oddalonej w czasie. Tęskni również coś, co Gollum pokochał… Tajemniczy pierścień, którego przypadkiem właścicielem staje się Bilbo, również tęsknił… Za nowym panem i za złem, które może odrodzić się na nowo.

Zaskoczyła mnie ta tęsknota zawarta w tolkienowskiej powieści. Ni stąd ni zowąd można zauważyć, że w tym duchu przygody nie ma zbyt wiele radości. Inne siły rządzą w „Hobbicie”, bardziej tajemnicze i skomplikowane. Czasami nie można ich dojrzeć za pierwszym razem, ale trzeba zanurzyć się w tej magicznej przygodzie na nowo. Wystarczy wygodnie usadowić się w fotelu i otworzyć pierwszą stronę. A kto wie? Może i do nas zapuka pewnego dnia wielki Szary Czarodziej, by wyruszyć razem „Ponad gór omglony szczyt?”.

O.