Rereading: Część 2

Bombla_ReReading2Powracając do tematu re-readingu, czyli ponownej lektury… Dla przypomnienia co to i skąd się wzięło link do części pierwszej:

Rereading: część 1

Profesor Patricia Meyer w swoim książkowym eksperymencie skupiła się również na jednym z ciekawszych aspektów ponownej lektury jakim jest powrót do książek z dzieciństwa. Taki był nawet jej pierwotny cel. Pragnęła odnaleźć w ukochanych książkach sprzed lat to, co odczuwała sięgając pierwszy raz po daną opowieść. Ponadto, chciała również spojrzeć na nie okiem osoby dojrzałej, obeznanej z książkami, bo w końcu wieloletniej specjalistki od literatury.

Książki dla dzieci pisane są przez dorosłych, to oczywiste. Jednak właśnie dzięki temu stają się, w gruncie rzeczy, o wiele bardziej uniwersalne i potrafią cieszyć całe pokolenia. Mały czytelnik w lekturze, czy w słuchaniu odczytywanych mu opowieści (wtedy jest małych słuchaczem, ale opowieści to opowieści, obojętne jak przekazywane dalej) skupia się przede wszystkim na fabule, zazwyczaj delikatnie uproszczonej. Przygody przeżywane przez głównych bohaterów przekłada na swoje własne, małe jeszcze doświadczenia i  świetnie bawi się odnajdując różne analogie. Utożsamia się z bohaterami i z ich codziennością, dopasowując ją, w wyobraźni, do własnego życia.

A co dzieje się kiedy wracamy do książek z dzieciństwa po latach przerwy? Czy da się odwzorować to pierwsze „czyste” spotkanie z lekturą? Sądzę, że na swój dziwny sposób można powrócić i odtworzyć wspomnienie pierwszej lektury, bo nasz dojrzały, doświadczony życiem umysł pozwala wejść na całkowicie inny poziom książki dla dzieci. Taki, który dla małego czytelnika jest całkowicie ukryty, ale istnieje paralelnie do niego. Dorosły czytelnik spogląda na taką opowieść, jak na rodzaj pewnej alegorii, czy metafory w zależności od tego na jakim etapie życia obecnie się znajduje.

Powiem Wam (a raczej napiszę), że odczytywanie na nowo książek z dzieciństwa sprawia mi ogromną frajdę 🙂 Doszukiwanie się ukrytych wątków i odkrywanie zatajonych sensów sprawia, że czuję się jak jakiś detektyw na tropie. Dla mnie takie powroty to jak przejście na „drugą stronę lustra” i jednocześnie rodzaj autentycznego oświecenia. Dla przykładu, cały czas jestem zaskoczona czytając książki o moich ukochanych Muminkach, bo ilość filozofii, życiowych prawd i przesłań ukrytych w opowieściach Tove Jansson jest niezliczona, a przecież z założenia historie o trollach powinny być totalnie dziecinne! Najlepsze w nich jednak jest to, że ta ich „dziecięcość” nadaje im w moich oczach status bardzo starych, poczciwych przyjaciół, do których wraca się z przyjemnością i którzy nigdy Cię nie zawiodą.

I w ten sposób, specjalnie dla Was przygotowałam ranking moich ukochanych książek z dzieciństwa, do których wracam regularnie na poprawę nastroju, po poradę, po filozoficzne wsparcie, po pocieszenie, w chorobie i tak po prostu, bo się stęskniłam 🙂 

Muminki1. Seria opowieści z Doliny Muminków Tove Jansson

Nikogo nie zdziwię pisząc, że to moje ukochane lektury z dzieciństwa. Nikogo też nie powinno dziwić, że powracam do nich co roku, o różnych porach, w zależności od nastroju. Pełne melancholii, ukrytej tęsknoty i przypowieści o życiu. Niewiarygodnie smutne, takie właśnie idealnie skandynawskie, północne duchem. Dla wszystkich, którym niestraszna zima i dmący północny wicher.

Bullerbyn2. „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren

Moja pierwsza książka, którą pochłonęłam w jeden dzień, czym bynajmniej wcale nie zaskoczyłam domowników. Jedna z najzabawniejszych i najbardziej uroczych książek dzieciństwa. Przez lata żałowałam, że nie mieszkam w skandynawskiej wiosce, po nocach śniłam o poziomkowych polankach, skokach na sianie i polowaniu na raki. Czasami, jeszcze teraz, zdarza mi się zapomnieć i powracać do tych beztroskich dziecięcych marzeń.

Madika3. „Madika z Czerwcowego Wzgórza” Astrid Lindgren

Mogę bez wstydu napisać, że pani Lindgren jest literacką idolką moich dziecięcych lat. Kolejna moja niezapomniana bohaterka. Troszkę szalona, odważna Madika, której „pomysły lęgną się w głowie szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć” 🙂 Latała na parasolce, jeździła po zamarzniętej rzece, tropiła duchy, wkładała groch do nosa (siostrze), bawiła się w Mojżesza i biła ze znienawidzoną Mią. Dla mnie niezastąpiona i kultowa. Wracam często i ciągle pękam ze śmiechu.

Andersen4. Baśnie Andersena i Baśnie Braci Grimm

„Królowa śniegu”, „Mała Syrenka”, „Dziewczynka z Zapałkami”, „Świniopas”, „Czerwone Trzewiczki”, „Choinka”, „Latający Kufer”… „Jaś i Małgosia”, „Czerwony Kapturek”, „Stoliczku, nakryj się”, „Dwunastu Braci i ulubiona z ulubionych makabryczna „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka”. To tyle niektóre, najlepsze, chwytają za serce, uczą i przerażają grozą. Sami wiecie. Te baśnie, tradycyjnie przekazywane z pokolenia na pokolenie, bronią się same.

Wilde5. Baśnie Oscara Wilde’a

Trafiły do mnie jako nagroda w drugiej klasie szkoły podstawowej. Przeczytane zostały jednym tchem zanim jeszcze skończyły się uroczystości (jak widzicie od zawsze byłam nawiedzoną czytelniczką), czym bardzo zmartwiłam wychowawczynię 😉 Mało znane w Polsce, a szkoda, bo wybitne. A do tego tak smutne, że trzeba czytać z chusteczkami pod ręka, bo przyrzekam, że inaczej nie da rady. Dla zapoznania się, na początek polecam opowiadania pt. „Szczęśliwy Książę”, „Syn Gwiazd” i „Młody Król”.

O.

„Cmętarz Zwieżąt” Stephen King

Bombla_PetSemataryŚmierć to trudny temat. Mroczny i ciężki. Bardzo niepokojący. Ale trudno od śmierci uciec. Trudno się przed nią ukryć. Jeszcze trudniej przewidzieć. Kiedy umiera ktoś starszy łatwiej może pojąć przemijanie, ale kiedy umiera dziecko, zrozumieć nie sposób. Dawniej śmierć była towarzyszką codzienności. Umierały kobiety w połogu, niemowlęta przy porodzie, dzieci na choroby, mężczyźni na wojennym froncie… Mało kto dożywał sędziwego wieku. Śmierć była rzeczywistością. Dzisiaj jest inaczej. Od samego tematu śmierci pragnie się uciec, odwlec i zapomnieć. O śmierci się nie rozmawia, bo nie wypada. Nikt na śmierć nie czeka. Wolimy unikać wszelkich rozważań, żeby nie zapeszać i ukryć głęboko w zakamarkach nieświadomości. Ale kiedy wreszcie śmierć nadchodzi najtrudniej jest się z nią pogodzić.

„Cmętarz Zwieżąt” Stephena King’a (błędy są w pełni świadome, tytuł oryginału „Pet Sematary”) to opowieść o niemożności pogodzenia się z odejściem bliskich, ale także przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie: jak daleko posunie się człowiek, by cofnąć śmierć? Czy da się przed nią uciec? A może istnieje coś gorszego od śmierci?

Bezmiar tragedii w „Cmętarzu Zwieżąt” zaczyna się całkiem niewinnie, bo od przeprowadzki pewnej rodziny do małego miasteczka Ludlow w Maine. Każdy kto zna Stephena Kinga domyśla się, że w Maine nie ma normalnych miasteczek i zawsze w okolicach dzieje się coś dziwnego. Tutaj dziwna jest DROGA, przelotowa stanówka, na której, zginęło mnóstwo domowych pupili z okolicy. Nie bez przyczyny napisałam mnóstwo, bo faktycznie ta „droga” ma tendencje do dziwnego „przyciągania i kuszenia” małych bezbronnych istot. Drugim dziwnym elementem jest tytułowy „pet sematary”, czyli cmętarz zwieżąt, na którym miejscowe dzieci (stąd dziecięce błędy w pisowni) chowają zabite na drodze ukochane zwierzaki. Cmentarz znajduje się w pobliskim lesie, za domem bohaterów i  jest  trochę niesamowitym miejscem, które jednak przede wszystkim wywołuje strach w dorosłych.

To właśnie ten strach, próba ucieczki przed tematem śmierci, paradoksalnie przyzywa śmierć w powieści Kinga. Rachel, straumatyzowana w dzieciństwie przez długie umieranie starszej siostry, za wszelką cenę unika rozmów o śmierci ze swoją córką. Wpada w histerię, gdy trafiają przypadkiem na „cmętarz”. Dzieci mają tą wyjątkową umiejętność przyjmowania trudnych zagadnień w sposób naturalny i dziewczynka nie wykazuje paniki ani strachu, ale reaguje na zachowanie rodziców i histeria matki udziela się dziecku. King idealnie pokazuje, że strach przed śmiercią jest problemem przede wszystkim dorosłych.

Wizyta na „cmętarzu”, reakcja żony i zachowanie dzieci, wywołują na nowo w Louis’ie, głównym bohaterze (który jako lekarz ze śmiercią jest przecież zaznajomiony), lęk. A na ten lęk czekało przez wieki pewne miejsce ukryte daleko w lesie. Miejsce, które jest prawdziwym starym i odwiecznym cmentarzyskiem. Miejsce, które, jak mawiał H.P. Lovecraft, ma duszę. W tym wypadku to miejsce jest bardzo pierwotne i złe, leżące na dawnym terytorium plemienia Mi’kmaq. Według legendy, o czym niestety zbyt późno dowiaduje sie nasz bohater, cmentarz nawiedza teraz indiański demon Wendigo. Co prawda Indian już tam od dawien dawna nie ma, ale wiecie przecież, że jeśli znajduje się chociaż jedna osoba wierząca, to demon wciąż istnieje (według teorii z „Amerykańskich Bogów” Gaimana). A co wiemy o Wendigo? Wendigo to istota, duch, demon, która nawiedzała ludzi, zabijała i zmuszała do aktów kanibalizmu. Według podań, Wendigo jest zawsze w poszukiwaniu nowych ofiar i nigdy nie poprzestaje na jednej. Karmi się śmiercią i potrzebuje jej, chociaż jego czas już dawno przeminął.

Stąd DROGA i jej prawdziwy związek. Zwierzęta giną, przyzywane instynktownie przez dawnego demona lasu, jako jego ofiary. Chowane są w samym lesie, rytualnie przez dzieci, dla których śmierć to konieczność istnienia życia. W prosty sposób zamyka się koło wypadków. Ale kiedy ktoś próbuje śmierć oszukać, jak Louis? Kiedy w sztuczny sposób wypiera konieczność pogodzenia się z odejściem? Naturalny cykl zostaje zaburzony. To zaburzenie w opowieści Kinga (którą czytałam, jak legendę, historię, którą można dzielić się przez pokolenia) spowodowane jest kłamstwem i próbą ukrycia śmierci ukochanego kota córki.

Stephen King w typowy dla siebie, mroczny sposób pokazał, jak strach może przywołać nieszczęście, jeśli zachowane są odpowiednie warunki, odpowiedni czas, a przede wszystkim „idealne” miejsce. Miejsce przesiąknięte złem, starszym od zła, które znają współcześni. Takim, którego nie da pokonać, a jedynie ograniczyć i okiełznać znaną mu magią. Lawina tragedii w „Cmętarzu Zwieżąt”: śmierć Victora, śmierć Church’a, śmierć Gage’a, to nie jest przypadkowy ciąg zdarzeń, ale powiązany ciąg ofiar, spowodowany wywołanym strachem. Przeznaczenia w Ludlow nie można oszukać, bo po prostu przeznaczenie i los nie mają z tymi wydarzeniami nic wspólnego.  Jest tam tylko pradawna śmierć, a od niej nie ma ucieczki.

O.

P.S. Na dokładkę do lektury, specjalnie dla Was, moja ukochana piosenka „Pet Sematary” The Ramones, oparta w pełni na książce, z fragmentami z filmu pod tym samym tytułem:)

„And the night when the moon is bright.
Someone cries, something ain’t right…”

„W Kleszczach Lęku” Henry James

Bombla_KleszczeLekuPisząc ten tekst miałam dylemat, czy „W Kleszczach Lęku” Henry’ego James’a opisać i zinterpretować  jako mroczny horror, czy może raczej jako thriller psychologiczny. Doszłam do wniosku, że o ile powieść ta posiada i wywołuje w czytelniku emocje identyczne z opowieściami grozy, o tyle nie taka była jej główna intencja. W związku z tym, przy pomocy niezastąpionej Marii Janion i jej eseju „Pułapka James’a”, wgłębiłam się w to, co w powieści jest ukryte, a co można odkryć spoglądając tylko pod pewnym kątem. 

Ta anamorfoza obecna we  „W Kleszczach Lęku”, czyli zmiana obrazu, przy zmianie perspektywy, od lat intryguje i sądzę, że interpretacji jest tyle samo, co samych interpretatorów. Jakby nie było, jest to jedna z najbardziej dwuznacznych opowieści w literaturze pięknej, przepełniona symbolami i niedomówieniami, a ponowne odczytywanie zawsze daje inny obraz, zwodzi, sprowadza czytelnika na manowce i każe rozpoczynać grę od nowa. Co więcej, nigdy nie daje odpowiedzi, nie zaspokaja rozwiązaniem, pozostaje całkowicie otwarta na odbiór, obojętnie z jakiej strony do niej podejdziemy.  Ale najlepiej zacząć od początku 🙂

Polski tytuł „W kleszczach lęku” jest odrobinkę mylący. Nawet nie mylący, bo kleszcze i lęk istnieją w powieści, jak najbardziej, ale jego poetyckość pomija niestety jedną bardzo istotną kwestię. Pomija to, co najbardziej znaczące dla głównego wątku, czyli „skręt śruby”. Pojawia się on w tytule „Turn of the Screw” oraz zaraz na początku, kiedy przysłuchujemy się opowieści Douglas’a: „If the child gives the effect another turn of the screw, what do you say to two children?”(w polskim przekładzie Witolda Pospieszały: „Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwojgu dzieci…?). Tłumacz potraktował to jako oczywistą metaforę, poetycką i piękną, jednak odbiera ona to co w oryginale jest najważniejsze, czyli MECHANIZM podkręcania napięcia. Mechanizm, którym kieruje dwoje dzieci i który nadaje nam kierunek czytania i podwójne widzenie całości.

Według Janion, tutaj zgadzam się z nią bezsprzecznie, fakt, że ten skręt jest podwójny wyznacza nam możliwość podwójnej perspektywy, narzuconą już przez samego James’a i przez jego sposób prowadzenia narracji. A w czym przejawia się podwójne widzenie, ta wyjątkowa anamorfoza opowieści James’a? Przede wszystkim dwójką dzieci, rodzeństwem, które wprawia w ruch całą historię. Miles jest dziesięcioletnim chłopcem, Flora młodszą, kilkuletnią dziewczynką. Mamy więc tutaj pierwiastek męski i żeński postaci dziecięcej, a jak dodamy duchy Peter’a Quinta i Miss Jessel, to także w postaci dorosłej. Już na samym początku sposób narracji staje się podwójny, bo wspomnienia guwernantki odczytywane są po latach przez Douglas’a, czyli męski głos, który czyta wyznanie kobiety. Niby słowo w słowo, ale jednak. Co więcej, obecna jest różnica postrzegania pomiędzy dorosłym i dzieckiem (kolejna dwoistość), co jest zapalnikiem opowieści, bez którego Douglas w ogóle nie podjąłby się całego wyzwania. Pytaniem kluczowym było, czy osoba dorosła, opiekun jest w stanie przejść na drugą stronę postrzegania, tak jak dziecko, które z założenia jest istotą podatną i wrażliwą na doznania nie z tego świata. Czyli pytanie o to, co jest prawdziwe i realne, a co eteryczne i nierealne, gdzie leży ta cienka granica i czy w ogóle taka granica istnieje?

„Pamiętam, że wszystko rozpoczęło się szeregiem kolejnych wzlotów i upadków, jak gdyby huśtawką poruszającą się na przemian w sposób właściwy i błędny.” Im zapędzamy się dalej w meandry opowieści i jesteśmy wciągani coraz głębiej w historię guwernantki, tym bardziej udziela się nam, czytelnikom, ta dziwna podwójność wszystkiego. Z jednej strony obraz dzieci jest sielsko-anielski, są idealne i przesłodkie, by zaraz zostać nazwanymi przebiegłymi i fałszywymi. Nagle czytelnikowi przez myśl nie może przejść, że jeszcze kilka stron temu myślał inaczej. Idąc tym tropem, z jednej strony skontrastowana jest niewinność typowa dla małych dzieci z wielkim zepsuciem. Czystość Miles’a i Flory zaraz obok deprawacji i zła Quint’a i Miss Jessel. Te dwa obrazy istnieją równocześnie i z czasem zaczynają nakładać się na siebie. Widząc Miles’a nie możemy nie widzieć Quint’a, a spoglądając na Florę od razu narzuca się obraz Miss Jessel. W ten sposób łączą się ze sobą przeciwstawne rzeczywistość, czy jawa ze złudzeniem i snem. Razem z guwernantką tracimy zdolność postrzegania prawdy i wpadamy w niedomówienia, których ta książka jest pełna. Na niczym nie można polegać, bo nawet zmysły zawodzą. Jednocześnie dostrzegamy w dzieciach piękno, by od razu odkryć niewiarygodną brzydotę. Podziwiamy światło dnia, by być zaskoczonym przez ciemność. Nakładają się na siebie odgłosy i „pożera” je nagle przejmująca cisza. Aż wreszcie dostrzegamy to, co narzuca się prawie od razu, czyli życie symbolizowane przez dzieci i śmierć symbolizowana przez obydwa duchy. To wszystko zaskakuje nas niespodziewanie, bo świat wykreowany przez James’a jest bardzo ulotny, złudny, nasze pole percepcji jest w ciągłym ruchu, a to co jawne i ukryte miesza się i „przepływa” przed naszymi oczami.

Interpretacja staje się podwójna także dlatego, że obserwujemy wydarzenia oczami opiekunki oraz kierujemy się swoją wyobraźnią. Możemy przypuszczać, że duchy istnieją naprawdę, a jeśli podejrzewamy, że duchów nie ma, że guwernantka oszalała, to również wskazujemy na nasze własne szaleństwo, bo jej oczami śledzimy całą historię. A jeśli nie możemy ufać zmysłom, to co nam pozostaje? James’owi za pomocą prostych środków narracyjnych udało się zapętlić nas i zgubić we własnym odczytywaniu powieści!

W takim razie co wydarzyło się w Bly? Po lekturze powieści James’a i ja także wpadłam w interpretatorską pułapkę.  Wyszłam z założenia, że tam już wcale nie było dzieci. Dziwne? Już tłumaczę, co mam na myśli. Oczywiście brak dzieci nie jest tutaj dosłowny. Istnieją, są cielesne i żyją, ale… tylko jako naczynia dla Quint’a i Miss Jessel. Są inkarnacją swoich opiekunów. Tropem było dla mnie wyjątkowo sztuczne zachowanie Miles’a i Flory. Oboje są pokazani jako istoty prawie magiczne, idealne. Kiedy analizujemy ich zachowanie, tak jak guwernantka, coś jednak w tym zachowaniu jest nie tak. Nie ma w nim dziecięcego entuzjazmu, nie ma tam dziecinności. One są przerysowanie grzeczne, niewinne tylko na pokaz. Kiedy odwraca się od nich wzrok okazuje się, że prowadzą swoje dziwne gry, zupełnie niezwiązane z byciem dziećmi. Są, szczególnie Miles, przesiąknięci seksualnością. On rozmawia z guwernantką nie tak jak chłopiec rozmawia z dorosłym, tylko tak jak mężczyzna z kobietą. On jest w pełni świadomy. Tak jak świadomy i seksualnie zdeprawowany był Quint. Za życia oskarżony o bycie złym, zboczonym (wzmianki o molestowaniu dzieci i służby przewijają się przez całą powieść) wchodzi w ciało chłopca, by ukrywać się za twarzą małego gentlemana. Za to Miss Jessel wchodzi w ciało niewinnej Flory, by znów poczuć się czystą i dziewiczą. Jeśli prawdziwi Miles i Flora są jeszcze gdzieś w swoich ciałach, to są to tylko uśpione duchy, najprawdopodobniej bardzo skrzywdzone i całkowicie wycofane.  Tylko wiara guwernantki w dziecięcą niewinność powoduje, że Quint musi odejść, a wraz z nim odchodzi Miles, którego już dawno tam nie było…

Moja interpretacja może nie jest doskonała, nie jest pełna i sama pozostawia wiele niedomówień, ale jest i pewnie za kilka lat, jak powrócę do „W kleszczach lęku” wymyślę coś nowego. Po to właśnie ta historia istnieje, a interpretowanie jej to wyzwanie samo w sobie rzucone nam przez Henry’ego James’a.

O.

„Bighead” Edward Lee

Bombla_Bighead

Napiszę Wam całkiem szczerze, że nie planowałam wpisu o „Bighead” Edward’a Lee na Buku. Miał to być raczej mój mały przerywnik, kolejny horror do kolekcji, nic nadzwyczajnego. Jednak jak tylko zaczęłam czytać, wiedziałam, że nie uda mi się powstrzymać od podzielenia się z Wami tą opowieścią. Bo widzicie, jak się okazało, według internetowych recenzji i recenzji tej książki w ogóle, „Bighead” jest NAJOBRZYDLIWSZĄ  historią opowiedzianą kiedykolwiek, przez kogokolwiek. Jako uodporniona na wszelkie okrucieństwo i obrzydlistwo (w końcu bycie badaczką twórczości Markiza de Sade zobowiązuje) podjęłam wyzwanie, a sama lektura zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.

Czytaj dalej

Rereading: część 1

ReReading_BlogRereading, czyli ponowne czytanie. Powrót do książek z przeszłości. Niby nic niezwykłego, a jednak. O tym, że rereading jest fenomenem dowiedziałam się czytając artykuł „Chwała półkownikom” w grudniowym numerze magazynu Książki. Dziwne, bo przecież wracanie do opowieści z przeszłości nie jest niczym nowym, ale jak widać wszystko da się wypromować, nawet coś tak oczywistego.

Jak z każdym fenomenem zaczęło się niewinnie. Pewna starsza profesor, pani Patricia Meyer Spacks, napisała książkę „On rereading”. Książka ta jest opisem jej powrotów do najważniejszych książek życia, jej emocji i wspomnień, jakie wywołała ponowna lektura. Trzeba dodać, że pani Spacks przez lata wykładała literaturę jako profesor na University of Virginia, więc książek w jej życiu przewinęło się sporo. Eksperyment z rereadingiem zaczęła, gdy przeszła na emeryturę, trwał rok, a „On rereading” jest jego zwieńczeniem. Książkę wydano i… stała sie bestsellerem, a w środowisku intelektualistów zawrzało. Okazało się, że wielbicieli „ponownej lektury” jest mnóstwo. Co więcej, czytelnicy wyróżniają różne metody rereadingu. Mamy tutaj najbardziej otwartych, którzy powracają co jakiś czas do książek z dzieciństwa. Są też tacy, co mają jedną ukochaną książkę, którą czytają raz w roku. Istnieją także rereadingowi maniacy, czyli ludzie, którzy w jakimś momencie życia postanowili, że będą czytać, tylko to, co czytali już wcześniej i nic nowego. Śledząc wybitne historyczne jednostki dowiedziono również, że rereading zdobył już dawno temu olbrzymią popularność, ale dopiero teraz, po wydaniu książki profesor Spacks powrócił na literackie salony. Jak widać o rereadingu mówi się i pisze.

Skąd taka popularność tego nowego-nienowego fenomenu? Może dlatego, że ponowna lektura jest nie tylko modna, ale również wyjątkowa. Za każdym razem, gdy wracamy do książek jesteśmy już innymi ludźmi, naznaczonymi nowymi doświadczeniami i dzięki temu odbiór lektury jest inny. Nie ma dwóch takich samych odczytań. Za to wybrana książka jest niezmienna, jest stałą i wyjątkowym punktem odniesienia. Jak ładnie napisał Wojciech Nowicki w swoim artykule: „Chyba o to właśnie chodzi w czytaniu w kółko. O budowanie wyspy własnej, jednoosobowej, o pewność następnego zdania (…).”

Jako czytelniczka zakochana w literaturze od dziecka (u nas to rodzinne) nigdy nie potrafiłabym zostać rereaderką, która ogranicza czytanie do kilkunastu książek. Co prawda myśl, że nigdy nie uda mi się przeczytać WSZYSTKIEGO bywa porażająca, to i tak dążę nieustannie do tego, by przeczytać i poznać jak najwięcej. Po to właśnie są opowieści, by zostać odkryte, odnalezione i poznane. Mnisia lektura niech pozostanie w średniowiecznych wspomnieniach.

Jednak pomimo obsesji poznawania nowych historii, sama również lubię powracać do ulubionych książek. Niektóre czytałam tylko raz i tęsknię za nimi, jak za długo wyczekiwanymi przyjaciółmi, a niektóre są ze mną zawsze. Czasami czytam tylko fragmenty, a czasami wracam do nich w całości regularnie, raz w roku, czy raz na dwa lata.

Specjalnie dla Was przygotowałam ranking moich ulubionych rereadingowych lektur  i Was również zachęcam do podzielenia się doświadczeniami z ponowną lekturą.

Na początek opowieści upolowane przed laty, do których wracam regularnie, książki ukochane i niezapomniane:

StoLat1. „Sto lat samotności” Gabriel Garcia Márquez

Historia wielopokoleniowej rodziny Buendia z fikcyjnej kolumbijskiej wioski Macondo. Historia niesamowita, wciągająca, pełna niewiarygodnych zwrotów akcji. Arcydzieło realizmu magicznego.

Lovecraft

2. “Antologia: ponad 50 dziwnych opowieści” H.P. Lovecraft (“Anthology: More than 50 Weird Tales”)

Najbardziej inspirujący, najlepszy i najgenialniejszy mistrz horroru. Wywołał Przedwiecznych z najczarniejszych otchłani wszechświata. Wśród ulubionych powieści przerażające „Kolor z przestworzy”, „Koty Ultharu”, „Widmo nad Innsmouth”, „Zew Cthulhu” i  „Koszmar w Dunwich”.

Poe3. „Opowieści Niesamowite” Edgar Allan Poe

Klasyk powieści grozy. Poetycki, gotycki, porażający. Wśród ulubionych opowiadań „Ligeja”, „William Wilson”, „Czarny Kot”, „Zagłada domu Usherów” i „Złoty Żuk”. Do czytania w oryginale lub w pięknym tłumaczeniu Bolesława Leśmiana.

Plath4. „Szklany Klosz” Sylvia Plath

Ponadczasowa opowieść o dojrzewaniu młodej dziewczyny i poszukiwaniu siebie. Depresyjna i ponura, tak jak depresyjne i ponure było życie samej autorki, ale pełne wnikliwych komentarzy, które jak na razie wcale się nie starzeją.

EatPrey5. „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert

Miało to być tylko urocze letnie czytadło, a stało się moim literackim kamieniem milowym, który zmobilizował mnie do zmian, bez których dzisiaj nie byłabym tym kim jestem, nawet jeśli brzmi to nieco naiwnie 😉 Od tamtej chwili powracam do tej opowieści co roku i jeszcze nie mam dość.

C.D.N.

O.

„Amerykańscy Bogowie”

Bombla_AmericanGodsCytat
 

„Too much talking these days. Talk talk talk. This country would get along much better if people learned how to suffer in silence.”

„Ideas are more difficult to kill than people, but they can be killed, in the end.”

„What should I believe? thought Shadow, and the voice came back to him from somewhere deep beneath the world, in a bass rumble: believe everything.”

„Amerykańscy Bogowie” Neil Gaiman

Bombel_AmericanGods„A czy uwierzyłabyś, że wszyscy bogowie, jakich kiedykolwiek wykreowała ludzkość, wciąż żyją wśród nas?”. No właśnie… Co by było, gdyby bóstwa zamiast znikać, wycofywać się do odwiecznych, zapomnianych krain, żyły wciąż pośród nas, tak jak zwykli ludzie? Gdyby każdy z nich, nawet najpotężniejszy, prowadził normalne życie, gdzieś w wybranym miejscu na świecie? Co by się stało, gdyby ich istnieniu zagrażała sama ludzkość i nowi bogowie przez nią stworzeni? 

Neil Gaiman w „Amerykańskich Bogach” wykreował właśnie taki zagrożony świat bóstw, bożków i duchów. Natomiast głównym założeniem, na którym opiera się fabuła jest idea, że one istnieją dopóki ktoś w nie wierzy. Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba na świecie wierząca, to już wystarczy, by dane bóstwo przetrwało. Za główne miejsce wydarzeń, nie bez powodu, wybrał Stany Zjednoczone. To kraj o bardzo rozłożystych korzeniach kulturowych i religijnych. Ze względu na swoją przeszłość i historię, jak również ze względu na wszystkich, którzy przez wieki przybywali i odkrywali Amerykę na nowo, kraj ten jest wielkim „kotłem”, w którym mieszały się, łączyły się  i tworzyły całkowicie nowe zjawiska wyznaniowe (i wciąż się tworzą). Niektóre z tych kultów wciąż są bardzo żywe, pomimo że minęły już wieki od ich pojawienia się na tej części kuli ziemskiej. Nie wspominając również o pierwotnych kulturach i religiach samej Ameryki, zanim jeszcze pojawili się tutaj Europejczycy.

„Amerykańscy Bogowie”, to powieść intensywnie metafizyczna. Próbuje odpowiedzieć na pytanie męczące ludzkość od zawsze, czyli: skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy? I nie owija w bawełnę. Dosłownie dotyka treści, które zazwyczaj są zawoalowane i bardzo często ukryte za niezrozumiałymi metaforami. Tutaj nie ma metafor. Bogowie istnieją. Są dosłowni. Chcą przetrwać i cierpią, bo z każdym dniem stają się coraz słabsi. Na ich miejscu pojawiają sie nowe twory, w powieści Gaimana bardzo sztuczne, o cechach wyjątkowo odrażających. Są to bóstwa typowo współczesne, którym ludzie (Stany symbolizują tutaj całą ludzkość, właśnie dzięki bogactwu swojej etnicznej różnorodności) każdego dnia składają hołd nie zdając sobie z tego sprawy. To kreatury społeczeństw konsumpcyjnych (w tym najbardziej negatywnym znaczeniu), plastikowe i kuszące, kolorowe i pełne wdzięku, ale tylko z daleka. Z bliska odrażające i gnijące, pragnące jedynie „ewolucji, degeneracji i rewolucji” jednocześnie. To Media, Internet, Pieniądz itp. Czyste zło, bo sprawiają, że ludzkość zapomina o tym co najważniejsze i traci swoją tożsamość.

Właśnie ta tożsamość, a raczej jej „krzyczący” z nicości brak jest moim zdaniem najważniejszym wątkiem „Amerykańskich Bogów”. Bo jak można wierzyć w coś, cokolwiek, jeśli samemu nie ma się pojęcia kim jest się naprawdę? Jeśli jest się nawet dla siebie tak niezdefiniowanym, tak bez żadnych konkretnych wyróżniających cech, snującym się pomiędzy innymi, że zamiast człowieka stajesz się jego cieniem?

Bo właśnie głównym bohaterem tej powieści jest Shadow (czyli po angielsku: cień). Poznajemy go w momencie, gdy już za chwilę ma jakby narodzić się na nowo i rozpocząć całkowicie nowe, ulepszone życie. To skazaniec, który na dniach wychodzi z więzienia, po trzech latach odsiadywania kary za ciężkie pobicie. Shadow czuje się lepszym człowiekiem. Żałuje popełnionych czynów, sam siebie resocjalizuje i przygotowuje na powrót do świata na zewnątrz. Czyta filozofów, unika więziennych sprzeczek i nie daje manipulować się współwięźniom. Jest cichy, spokojny i zdystansowany. Prawie tak, jakby w ogóle go nie było… Ale Shadow nie jest zwykłym człowiekiem. I nie tylko człowiekiem. (Nie chciałabym nikomu psuć lektury, więc nie zdradzę najważniejszych zwrotów akcji).

I w tym momencie powieść staje się trochę mitologiczną przypowieścią o wybrańcu bogów. Shadow jest wyjątkowy i potrzebny, by starzy bogowie odzyskali świat ludzi. Chociaż na chwilę, chociaż tylko niewielki kawałeczek tego świata.

Neil Gaiman wykorzystał w powieści panteon bóstw mitologii nordyckiej i germańskiej, bożki starosłowiańskie i irlandzkie, bóstwa karaibskie, afrykańskie, staroegipskie, bogów hinduizmu i wierzeń indiańskich. Czerpał inspiracje z folkloru, starych opowieści i pieśni, zabobonów i małych codziennych wierzeń, o elementach pogańskich, do dzisiaj traktowanych jako formy rytuałów.

I w tej dziwnej, trochę szalonej nowej rzeczywistości Shadow musi odnaleźć siebie i sens swojego życia. Oddaje się temu bez słowa i wyrusza w podróż, jako specjalny pracownik pewnego pana o nazwisku Wednesday (Tutaj muszę nadmienić, że jego imię, choć niby oznacza dzień tygodnia, to zawiera derywat zdradzający jego prawdziwą tożsamość). Tożsamości Shadow’a musimy domyślić się sami. Wskazówką jest wszystko, co mu się przydarza, jego reakcje i budujący się z czasem charakter. Nie jest to łatwe zadanie, bo sam główny bohater jest zagubiony. Wskazówek na to kim jest Shadow jest wiele i ukryte są w całej fabule powieści. Po kolei dowiadujemy się, że należy do „zapomnianych”, zauważamy, że pomimo niefortunnej przeszłości Shadow, to symbol niewinności i dobra. Nie może umknąć nam, że potrafi wybaczyć wszystko, bo przecież sam sobie również przebaczył, przebaczył żonie i staremu przyjacielowi. Pamięta, że jemu życie również dało drugą szansę.

Poza tym, a może przede wszystkim, „Amerykańscy Bogowie” to również próba odpowiedzi na trudne pytanie o tożsamość samych Stanów Zjednoczonych. Próba pokazania, że być może amerykańskie społeczeństwo powinno zatrzymać się, zastanowić nad sobą i obrać nowy kierunek, bo jak powtarzają niejednokrotnie bohaterowie: „To nie jest kraina dla bogów”. Może trzeba spróbować zwrócić się do tego co bardziej pierwotne i naturalne, a odrzucić sztuczne, narzucone przez siebie ramy. Może zadać również pytanie o istotę wiary. Może to także jest próba pokazania, że warto wierzyć, bo nasza wiara nie zamiera gdzieś w niebycie, ale ma większy sens, nadaje treść życiu i pozwala odnaleźć prawdziwego siebie. A gdy już dowiemy się kim jesteśmy tylko od nas samych będzie zależeć dokąd pójdziemy i jaki będzie ostateczny cel naszej podróży.

O.

„Dziewczyna z Sąsiedztwa” Jack Ketchum

Bombel_DziewczynaSasiedztwa


„Piekło to drugi człowiek”, napisał kiedyś Jean-Paul Sartre. A Jack Ketchum udowadnia nam tą smutną tezę, raz po raz, w każdej ze swoich opowieści. Jego proza pełna jest

przemocy, gwałtu i nienawiści. Odpowiada na nasze najskrytsze lęki i bawi się nimi, ukazując to co najgorszego może się wydarzyć. Najgorszego lub jeszcze gorszego. Bo zawsze istnieje transgresja, zawsze można przekroczyć granice zła. Ten amerykański pisarz za każdym razem potrafi zaskoczyć wytrawnym i wyrafinowanym wcielaniem w teksty słów francuskiego egzystencjalisty i na nowo przywołać ukrytą w podświadomości grozę.

Ketchum tworzy horrory, ale nie ma u niego wątków paranormalnych. A jeśli jakieś są, to bywają bardzo sporadyczne i ograniczone. Jeśli przydarza się coś nie do końca wyjaśnionego,
coś czego nie można pojąć rozumem, to jest to tylko mały, zwykle nic nie znaczący element. Kawałeczek fabuły, bardziej nawet ułamek, dopełniający całość. Ale Jack Ketchum wie, że takie wątki oderwałyby czytelnika i jego uwagę od tego co najważniejsze, czyli od okrucieństwa człowieka. Zła drzemiącego w każdym z nas, które czasami, gdy spełnione zostają odpowiednie warunki, budzi się do życia i atakuje.

„Dziewczyna z sąsiedztwa”, na tle całej kontrowersyjnej twórczości Ketchuma, jest w pewnym sensie wyjątkowa. A przez swoją wyjątkowość staje się (przynajmniej dla mnie) jego najbardziej przerażającą powieścią. I zanim zabierzecie się do lektury, sądzę, że powinniście wiedzieć, że „Dziewczyna z sąsiedztwa” jest w całości oparta (chwilami bardziej, chwilami mniej) na prawdziwych wydarzeniach i na autentycznej zbrodni dokonanej w Indianapolis w 1965 roku.

Najpierw fakty. W lipcu 1965 roku 16-letnia Sylvia Likens i jej młodsza siostra Jenny zostają oddane do domu niejakiej Gertrude Baniszewski. Rodzice dziewczynek, pracownicy wędrujących wesołych miasteczek, nie mając warunków, by opiekować się dziećmi, mają płacić Gertrude 20 dolarów tygodniowo w zamian za dach nad głową, jedzenie i opiekę. Gdy pieniądze nie pojawiają się na koncie, już po pierwszym tygodniu od zawarcia umowy, rozpoczyna się piekło, które trwa do śmierci Sylvii 26 października. Na ciele ofiary znaleziono kilkaset śladów po przypalaniu papierosami, nacięcia, siniaki, fragmenty ciała pozbawione skóry, ślady po poparzeniach wrzątkiem, jak i wyrytą, wypaloną ostrym narzędziem w skórze na klatce piersiowej cyfrę „3” i na brzuchu napis „I’M A PROSTITUTE AND I’M PROUD OF IT!” („Jestem dziwką i jestem z tego dumna”). Sekcja zwłok dziewczyny wykazała, że przyczyną zgonu był krwotok wewnętrzny, wstrząs i uszkodzenie mózgu, niedożywienie i liczne obrażenia wewnętrzne (uszkodzenia narządów rodnych i pęcherza), uszkodzenia mięśni i nerwów. Do tortur
prowadzących do śmierci przyczyniły się dzieci w wieku od 11 do 17 lat, pod czujnym okiem i namową Gertrude.

Jack Ketchum w „Dziewczynie z sąsiedztwa”, na podstawie policyjnych raportów, zeznań świadków i uczestników potwornych wydarzeń spróbował uzupełnić brakujące luki, które miały miejsce w domu Baniszewski. Powieść napisana jest jako pamiętnikarskie wyznanie jednego z chłopców, sąsiada z domu obok (stąd tytuł „Girl Next Door”), rodzaj przyznania się do winy i oczyszczenia z trwających całe życie wyrzutów sumienia. Kiedy napominam o świadkach, to mam dokładnie na myśli ludzi, którzy widzieli, że dom Ruth (książkowe imię Gertrude), w którym przebywała Meg (tak Ketchum nazwał Sylvię), odwiedzali ludzie z zewnątrz i dostrzegali krzywdę dziewczyny. Kilku sąsiadów widziało jak inne dzieci kopią ją i biją, widzieli jej siniaki i przypalenia, ale nikt nie zareagował. Trzeba dodać, że w końcu, gdy Meg została zamknięta w piwnicy i przywiązana na hak za ręce, do Baniszewskich przyszła policja, a nawet nauczyciele i ksiądz pytać o „zaginioną” dziewczynę. Co prawda wszyscy zastanawiali się nad jej nieobecnością, ale jednak kłamstwa CAŁEJ rodziny i dzieci sąsiadów wystarczały im za tłumaczenie. Nikt nie przeszukał mieszkania, ani opieka społeczna nie wymusiła oddania dziewczynek po opiekę stanu, ani nawet starsza siostra Meg, która wczesną jesienią chciała się z nią zobaczyć, absolutnie nikogo nie zastanowiło, czemu zniknęła…

Historia opowiedziana przez Ketchuma i rzeczywistość nie przestają się na siebie nakładać. Można zastanowić się, co skłoniło Ruth/Gertrude do dokonania tak straszliwej zbrodni. Czemu wierzyła, że pozostanie całkowicie bezkarna dokonując okrutnego morderstwa. Jak to się stało, że nie tylko jej własne dzieci, ale ich koledzy i koleżanki wzięli udział w chorym, ciągnącym się miesiącami linczu na rówieśniczce? Dlaczego żaden z rodziców niczego nie podejrzewał? Dlaczego nie zareagowała policja? Skąd taka ślepa obojętność?

Koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych w Stanach był początkiem nowej ery. Nastały złote czasy. Po kryzysach wojennych, w trakcie „ocieplenia” stosunków w zimnej wojnie, nagle nadszedł okres niesamowitego rozwoju, ekonomicznej ekspansji i czas narodzin społeczeństwa konsumpcyjnego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Z dnia na dzień podskoczył standard życia klasy średniej, budując tym samym w ludziach poczucie sukcesu i dobrobytu. Rodzina i dom stały się priorytetem, a dzięki ułatwieniom technicznym (dom większości wyposażony był w zmywarki, pralki, telewizory, ogrzewanie i klimatyzację) codzienność stała się „przyjemnością”. Wysyp bliźniaczo podobnych domów na przedmieściach, bliźniaczo podobne do siebie dzieci, idealne panie domu i wszyscy jak z obrazków, dokładni, jak pod linijkę. O dzieciństwie i dojrzewaniu w tych latach Stephen King napisał raz, że było pełne zakłamania i ukrytego okrucieństwa. Wiele domów „na pokaz” kryło w środku rodzinne tragedie, nieszczęścia i rodzinne dramaty, bardzo często drastyczną przemoc.

A kiedy ktoś nie pasował do tego idealnego społeczeństwa? Taka właśnie Gertrude/Ruth, samotna matka, po dwóch rozwodach i nieudanym związku, bez pracy, z siódemką (!) dzieci, w tym jednym nieślubnym, po sześciu (!) poronieniach, zniszczona fizycznie i psychicznie, schorowana, żyjąca z całą ferajną w zniszczonym domu bez ogrzewania… Ludziom, którym udało się uciec od trudnej przeszłości i własnych kłopotów po prostu zamknęli oczy. Pewnie sama konieczność udawania perfekcyjności na codzień męczyła ich tak, że ostatecznie nie mieli już siły na problemy innych. A nawet na własne dzieci. Tym razem ta zimna obojętność kosztowała życie pewną niewinną dziewczynę.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad pięćdziesiąt lat. Zmieniły się realia, nadeszły inne czasy, jesteśmy po drugiej stronie oceanu, na innym kontynencie, a jednak człowiek pozostał tylko człowiekiem. I smutne słowa Sartre’a nigdy nie były tak aktualne jak dzisiaj. Porwania, uprowadzenia, gwałty… a wokół ludzie, niemi świadkowie, którzy nie chcą widzieć, więc nie widzą nic. I już wiem, że do końca życia nie dam rady zbyt długo siedzieć sama w ciemności, że będę uciekać przed cieniami na ścianie, odwracać wzrok od studzienek ściekowych, bać się psów-demonów (nie ma w tym nic śmiesznego), ale prawdziwy lęk, wewnętrzny niepokój i olbrzymi strach będzie wywoływać tylko jedna istota: człowiek. I nigdy się od tego strachu nie uwolnię.

O.

*Przy pisaniu wpisu korzystałam z artykułów i stron:

http://www.sylvialikens.com/

http://www.trutv.com/library/crime/notorious_murders/young/likens/1.html

http://killer.radom.net/~sermord/zbrodnia.php?dzial=mordercy&dane=likens

Zimowe Buki

Bombel_ZimoweLektury
Z uzupełnianiem domowej zimowej biblioteczki jest trochę tak, jak z uzupełnianiem zapasów spiżarni albo domowej lodówki:) Albo jak z gotowaniem. W obu przypadkach dobrze jest zaopatrzyć się wcześniej w wyczekiwane książki, by nie zostać zaskoczonym, jak ten biedny świerszcz z baśni La Fontaine’a.

Przede wszystkim sezon zimowy oznacza zapotrzebowanie na więcej, czyli na większe porcje niż zazwyczaj. Dlatego zimowy buk powinien być obfitszy, a nawet cięższy i tłustszy. Najlepiej porządna powieść. Na przykład dwu albo trzy-tomowa. Dla koneserów idealne na ten czas są wielotomowe sagi, albo wielkie serie wydawnicze. No bo dziwnie byłoby czytać malutki zwiewny tomik haiku, czy letnie, pachnące piaskiem opowieści przygodowe, kiedy za oknem zawieja i śnieżna zawierucha.

Najlepiej by było, gdyby taki zimowy buk zawierał o wiele więcej kalorii niż, powiedzmy, buk wiosenny. Konieczna jest wielowątkowość. Rozwinięta fabuła, historia opowiedziana z perspektywy różnych bohaterów. Dlatego klasyki literatury o tej porze roku czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Taki porządny buk musi być koniecznie idealnie doprawiony. Sprawdzi się w takim wypadku bogaty język, trochę poetycki, trochę przestarzały, a który z pewnością będzie nam łatwiej teraz docenić, a który sprawi, że lektura będzie ciekawsza i smaczniejsza. A jeśli nie język, to z pewnością główny wątek: poważniejszy, filozoficzny wręcz, taki dzięki któremu zatrzymamy się na chwilę i zmusimy do refleksji.

Mając właśnie taką idealną książkę można spokojnie zaszyć się głęboko pod puchatym kocem, w wełnianych skarpetkach i z kubkiem gorącej czekolady z cynamonem w dłoni. I zatopić się w lekturze. W taki sposób sama celebruję czytanie w zimie i przyznaję się, że jest to moje ulubione zajęcie 🙂

Specjalnie dla Was wybrałam dziesięć zimowych buków, z różnych kategorii, sprawdzonych i przeczytanych przeze mnie w przeciągu kilku ostatnich zim. Polujcie i zajadajcie! Miłej lektury 🙂

O.

PożegnanieJesieni1. „Pożegnanie jesieni” Stanisław Ignacy Witkiewicz

Niesamowita i tragikomiczna opowieść o ludziach bez właściwości, których życie to historia upadku wartości i dekadenckich wybryków. Znudzeni światem, ostatecznie znudzeni samymi sobą i sobą nawzajem, w końcu próbują nadać sens własnemu życiu. Niestety za późno, bo akurat w momencie okrutnych zmian ustrojowych przechodzących przez Europę. Jakakolwiek przemiana staje się niemożliwa, gdy nadchodzi upadek indywidualizmu, a na Polskę naciera rewolucja społeczna. Wiktacy jest okrutny dla swoich bohaterów. Nie oszczędza ich, tak samo, jak nie oszczędziła tego pokolenia sama historia. Pozbawia ich nie tylko przeszłości, ale przyszłości. Nawet teraźniejszość nie jest już pewna. Piękna polska proza, pisana niespotykanym już dzisiaj poetyckim językiem nietuzinkowego twórcy. A na dokładkę galeria niezapomnianych postaci. I genialny Ziezio Smorski.

WichroweWzgórza

2. „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte

„Nie mogę żyć bez mojej duszy. Nie mogę żyć bez mojego życia.” Czytając tą nieszczęśliwą historię miłości wydaje mi się, że duchy Heathcliffa i Cathy wciąż krążą po angielskich moczarach. Nieukojone w tęsknocie za utraconym życiem i utraconą szansą na szczęście. To opowieść, w której od początku wiemy, że nie ma szansy na dobre zakończenie, bo zaczyna się od śmierci. Zbyt wiele smutku, zbyt wiele okrucieństwa… i ten wiatr na wrzosowisku…

Lackberg3. „Księżniczka z Lodu” Camilla Lackberg

Nic tak nie oddaje mroźnego zimowego klimatu, jak obraz pogrążonej w śniegu i skutej lodem Szwecji. A kiedy jest to małe, oddalone miasteczko na szwedzkiej prowincji może być już tylko ciekawiej. W ogóle Szwecja to miejsce idealne na dobry kryminał. Pierwszy tom opowieści (każdy kolejny to odrębna historia, którą łączą główni bohaterowie pisarka Erika Falck i policjant Patrik Hedström) to mroczne kompendium zbrodni, gdzie krąg podejrzanych z każdym krokiem zacieśnia się coraz mocniej. Camilla Lackberg umiejscowiła mroczną intrygę w rodzinnym miasteczku i dzięki temu w mistrzowsko przekonujący sposób ukazuje nam zamkniętą małą społeczność i czasami dziwne, czasami niepokojące relacje jakie zachodzą wśród jej mieszkańców.

Okladka_Gra o tron.indd4. „Gra o Tron” i saga Pieśń Lodu i Ognia George R.R. Martin

Pierwszy tom wielkiej sagi o nadchodzącej zimie. Zimie ludzkości, zimie królestwa i zimie całego świata. Fantasy doprowadzone do mistrzostwa, bo nie ma tu zbyt wielu elementów fantasy. Jest za to genialna opowieść. Fabuła wciąga tak, że można stracić oddech i nie przespać kilku nocy. Traci się również ulubionych bohaterów, na pęczki, bo pan Martin znany z tego znany, że postaci giną nagle i nieprzewidywalnie. A ja krzyczałam i płakałam i… nie mogłam przestać czytać.

próbnyłowca5. „Łapacz Snów” Stephen King

Śnieg. Las. Czterech przyjaciół, którzy co roku spotykają się na polowaniu, a których łączy niezwykła więź. I pewien uratowany przez nich dawno dawno temu bardzo chory chłopiec. Ale las się zmienia. Coś przybywa, by zniszczyć człowieka, wyżreć tkanki i zarazić potwornym wirusem. A wszystko się łączy, niczym w starym indiańskim amulecie. I nic nie jest przypadkowe. Straszne i porażające, jak to u Stephena Kinga.

zimamum6. „Zima Muminków” Tove Jannson

„Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji.” A tutaj nagle Muminek budzi się w środku zimy i nie może zasnąć. Wokół śpiąca rodzina, pusty dom, a za oknem pierwszy w życiu śnieg. I zaczyna się zimowa przygoda. Jednak jak na muminkowe opowieści przystało nie ma tu pustej wesołości, czy spotkań, które nie niosą za sobą żadnych treści. Zima w Dolinie Muminków to czas samotności i melancholii. Czas tęsknoty za wiosną. Czas rozmyślania o śmierci, przemijaniu i o sensie życia. Czas Lodowej Pani i Buki, dla której zima to spełnienie marzeń i jej idealny świat. Uśpiona kraina nauczy Muminka pokory, spokoju i radości z małych codziennych spraw. I że czasami nie wszystko jest takie, jak się z początku może wydawać.

millen7. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” i trylogia Millennium Stieg Larsson

Trylogia, która zapoczątkowała księgarski boom na szwedzkie thrillery. I nie ma się co dziwić. Mroczna historia bogatej szwedzkiej rodziny staje się pretekstem do obnażenia smutnej rzeczywistości. Niesprawiedliwość społeczna, brak tolerancji, nienawiść, okrucieństwo, dewiacje, niepohamowana przemoc… I uwikłane w intrygę i siebie nawzajem dwie postacie dziennikarz Mikael Blomkvist i zniszczona niepokorna Lisbeth Salander. Nie tylko klimat jest tutaj lodowaty, ale również ludzie i ich relacje. A na deser polecam ekranizacje: zarówno realistyczną trylogię szwedzką z Noomi Rapace w roli Lisbeth, ale także niewiarygodnie przejmującą pierwszą część „A Girl with the Dragon Tatoo” z Danielem Craigiem w roli Mikaela.

eco8. „Imię Róży” Umberto Eco

Odizolowane opactwo benedyktynów w mrocznym Średniowieczu, seryjny morderca braci zakonników, tajemnica antycznej księgi i biblioteka, jedyna taka na świecie, a w tle początki okrutnej inkwizycji. Buk Duży, aż prawie Wielki. Lektura obowiązkowa.

 

materie9. „Złoty Kompas” i trylogia Mroczne Materie Philip Pullman

Nie wiem kto w Polsce zdecydował się wypromować „Złoty Kompas”, jak i kolejne części trylogii „Zaczarowany Nóż” i „Bursztynową Lunetę” jako książki dla dzieci i młodzieży. Cykl ten ma z literaturą dziecięcą niewiele wspólnego, bo porusza tematy filozoficzne, metafizyczne, a przede wszystkim teologiczne. To historia wojny i rewolucji, która ostatecznie prowadzi do upadku Autorytetu, czyli śmierci Boga. Historia wędrówki, dojrzewania i podążania za przeznaczeniem, a także wielkiego poświęcenia. Buki nietypowe i inne, próbujące odnaleźć odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne.

hugo10. „Nędznicy” Victor Hugo

Zbliża się kolejna ekranizacja, tym razem w wersji opartej zarówno na powieści, jak i na musicalu. Sądzę, że zanim pobiegniemy do kina warto przeczytać samą powieść Hugo. Wielkie, epickie, bo czterotomowe dzieło to wyjątkowo smutna historia galernika Jean’a Valjean, który niesłusznie oskarżony o kradzież bochenka chleba, całe życie ucieka. Przed policją i nieugiętym komisarzem Javertem, przed swoją przeszłością, a nawet przed sobą samym. Jego walka o wolność (o uwolnienie własnej tożsamości) zbiega się z walką o wolność paryskiego ludu. Nędznicy to bogata, wielowątkowa historia o miłości, obsesji, zdradzie, nienawiści, ale przede wszystkim o miłości bliźniego i wierze w dobro człowieka i jego bezinteresowność. Hugo pozwala nam się zanurzyć w swój literacki świat, który wykreowany jest w sposób nie do podrobienia, jedyny w swoim rodzaju. „Nędznicy” to jednocześnie romans, powieść historyczna, powieść obyczajowa i powieść romantyczna. Arcydzieło, w którym każdy odnajdzie coś dla siebie.

„Alicja w Krainie Czarów”

Bombla_CytatyAlicja1_Blog
 

„The dream-child moving through a land
Of wonders wild and new,
In friendly chat with bird or beast-
And half believe it true.”

„We’re all mad here. I’m mad. You’re mad.”
„How do you know I’m mad?”said Alice.
„You must be”, said the Cat, „or you wouldn’t have come here.”

“You used to be much more…”muchier.” You’ve lost your muchness.”