Bezsenne Środy: JAK ZABIJA LAS?

TO PRZYSZŁO Z LASU. Jak większość dziwnych rzeczy.

Oto motto tej Bezsennej Środy zaczerpnięte z przerażającego tomu „Przez Las” Emily Carroll.

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „Jesteś dla mnie wszystkim” Edward Lee – white trash gothic w pigułce!

Amerykański król white trash gothicu powraca z opowieścią, która łączy w sobie wszystko to, co najlepsze u tego wyjątkowego pisarza horroru ekstremalnego – „Jesteś dla mnie wszystkim” Edwarda Lee to kwintesencja jego twórczości.

White trash gothic*. Kto raz pozna znaczenie tego zlepka słów, ten od razu domyśli się, do czego też zmierzam w owym tekście. Tak drogi czytelniku spragniony zdegenerowanej ekstremy! Znów zajdziemy dzisiaj gdzieś do serca samych Appalachów, do miasteczka, któremu daleko jest do jakiejkolwiek cywilizacji, gdzie nazwy dróg i traktów noszą robaczywe nazwy, do  zgęstniałych lasów, których ścieżki i szlaki służą za kryjówkę mieszkańcom, a ci wyróżniają się pewnymi szczególnymi cechami… Pędzenie bimbru, prostytucja, kłusownictwo – to ich hobby, to ich praca, bo chociaż nie potrzebują wiele, to potrzebują tyle, by przeżyć. A przeżywają mnożąc się między sobą, przekazując genetyczne skazy i umiłowanie do wszelkiej degeneracji, bez jakichkolwiek hamulców moralnych – kazirodztwa, alkoholizmu, narkomanii, zoofilii i innych intrygujących zjawisk nieczęsto penetrowanych przez zwykłych, cywilizowanych w pełni ludzi. Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „HEADER” Edward Lee – recenzja

bombla_header

To jest pewne, że człowiek, co knuje zemstę, zachowuje świeże swe rany, które w przeciwnym razie zagoiłyby się i zarosły.

Francis Bacon

Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno, a na dokładkę ma słodki smak. Nie ma nic przyjemniejszego ponad pyszną wendetę, czyli tradycyjne oko za oko, ząb za ząb, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Podnosi się poziom adrenaliny, serce pompuje krew szybciej i szybciej, a kiedy nadchodzi spełnienie ma w sobie coś szczególnego, coś, co porównać można z najwspanialszą cielesną rozkoszą, bo w końcu cudza krzywda, zdobyta w odwecie, nabiera jeszcze większego znaczenia. Ludzkość od początku swoich dziejów prześcigała się w najwymyślniejszych, najokrutniejszych sposobach, by zemścić się na tych, którzy zawinili. Tortury, zabójstwa, gwałty, podrzucanie trupów, urządzanie uczt z ludzkiego mięsa – to w zasadzie kropla w morzu niepojętej przemocy, a wszystko po to, by oczyścić swoje imię i honor, które im odebrano.

Zemstę obrzydliwą, zemstę tak zboczoną i wypaczoną, że aż śmieszną,  zemstę, która stała się swoistą tradycją amerykańskich wzgórz i przechodziła z pokolenia na pokolenie opisuje niedościgniony mistrz horroru ekstremalnego, czyli Edward Lee w powiastce „Header”.

Czytaj dalej

„Minotauress” Edward Lee

Bombla_MinotauressTen tekst z pewnością ucieszy wszystkich tych, których zafascynował „Bighead” Edward’a Lee. „Minotauress” (dosłownie Minotaurzyca, ale nie tłumaczmy tego tytułu nigdy więcej) jest kontynuacją, a raczej luźnym prequelem do wyżej wymienionej książki. Ponownie wracamy do zwyrodniałego miasteczka gdzieś w sercu Appalachów. Do końca nie wiadomo, czy to dokładnie to samo miasteczko co w poprzedniej historii, czy może sąsiednie, ale spotykamy kilka wspólnych, znanych już postaci. Mamy szansę zobaczyć jak mordercza para, czyli Dicky i Balls, zaczynała życie zbrodni i okrucieństwa. Natomiast głównym narratorem pierwszej z dwóch pojawiających się w tomie opowieści jest Pisarz, postać przez lata powracająca i wielokrotnie obecna, chociażby epizodycznie, w opowiadaniach Edward’a Lee. Bighead również ma swoje momenty, ale jak na razie pozostaje jedynie legendą, jeszcze ukrytą głęboko w lasach, która dopiero uczy się korzystania ze swoich „wyjątkowych” przymiotów.

„Minotauress”, jak wspomniałam powyżej, to dwie osobne opowieści. Jedna zatytułowana jest, co oczywiste, „Minotauress”, a druga to „Horncranker” (dosłownie „Łamacz rogów”)zwieńczenie całej historii. Oczywiście obie napisane są w taki sposób, że niekoniecznie możemy traktować je poważnie. I znowu zamiast strachu wywołują bardziej dziki śmiech i szaleństwo. Ale już w lepszym gatunku niż „Bighead”. Odrobinę bardziej wyrafinowane. Tym razem to horror typu B, którego czytanie sprawia obłąkaną przyjemność. Jeśli znamy już niektóre historie Lee (szczególnie opowiadania) znajdziemy bardzo dużo odniesień i znajomych fragmentów np. legendy, wspomnienia, piosenki… Trzeba również dodać, że Lee to pisarz, który uwielbia zabawę archetypami i symbolami. Zamienia je,  wymienia, tasuje, miesza i wygina. Powstaje trochę taki potwór Frankensteina, którego dokładne mikroskopijne oglądanie z każdej strony cieszy czytelnika. Co prawda nigdy nie jesteśmy do końca przygotowani na to, co tam dojrzymy, ale chodzi właśnie o ten element zaskoczenia.

Jednak przede wszystkim to na co musimy się przygotować czytając „Minotauress” to nowe zjawisko jakim jest White Trash Gothic. Uwielbiam tą nazwę. Dla mnie to w końcu odkrycie całkowicie unikalnego gatunku literackiego. Dzięki tej nazwie w końcu mogę stworzyć osobną kategorię dla niektórych historii, które poznałam. Dodam, że nazwa ta jest całkowicie fikcyjna, stworzona przez Pisarza, jako tytuł pisanej w hipnotycznym transie książki. Jednak Edward Lee wiedział dokładnie, co wymyśla i pewnie również w jakiś sposób bawiło go, że jego tworów nie można jednolicie zakwalifikować do jednego albo drugiego odłamu z zakładki horror. Ale teraz już można, bo White Trash Gothic jest idealnym miejscem dla „Bighead’a” i dla „Minotauress” (nie wliczając wielu jego opowiadań).

Czym jest White Trash Gothic? Dla ułatwienia w zrozumieniu rozłożę to sformułowanie na części. White Trash, to dosłownie „białe śmiecie” a po polsku tzw. „biała hołota”. Wyrażenie bardzo rzadko spotykane w Europie, tym bardziej w Polsce (nie wiem dlaczego, bo nadzwyczaj często mogłoby być adekwatnym określeniem co do niektórych… )Określa, co oczywiste, w sposób pejoratywny, ludzi rasy białej, którzy znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, o najniższych dochodach, niewykształconych, bardzo często bezrobotnych, żyjących z czynności nielegalnych, np. pędzenie bimbru, prostytucja czy kłusownictwo lub na rachunek państwa. Błędnie utożsamiani z „redneckami”, którzy są po prostu normalnymi mieszkańcami głębokiej prowincji, a przede wszystkim stanów dawnego Południa.

Zachowanie „white trashów” odbiega od normalności. Jest wyjątkowo patologiczne i dysfunkcyjne. Na porządku dziennym spotyka się przemoc mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci, przemoc w ogóle, gwałty, kazirodztwo, zoofilię, głęboki alkoholizm i inne zjawiska rzadko penetrowane przez zwykłych ludzi. Z chorych związków rodzą się kalekie dzieci, dotknięte często kretynizmem, debilizmem, zniekształcone i zdeprawowane już od najmłodszych lat. „Biała hołota” nie ma konkretnych hamulców moralnych. Kierują się zasadą, że „wszystko zostaje w rodzinie” i to sprawia, że pozwalają sobie na więcej od innych. Tortury, uprowadzenia, morderstwa uchodzą w tym dziwnym świecie na sucho i nie ma kto za nie odpowiadać. Ot, taka sobie codzienność. Lepiej omijać z daleka, a najlepiej unikać kontaktu w ogóle.

„Gothic” jest łatwiejszy do rozgryzienia, gdyż odnosi się po prostu do powieści gotyckiej, albo do tworu wystylizowanego na takową, która jest o wiele lepiej znana w kręgach literackich. Jej główne założenia to atmosfera grozy, strachu, nawiedzone budowle, duchy i widziadła, legendarne zbrodnie piętnujące całą fabułę. W formie bardziej nowoczesnej można odnaleźć okultyzm, składanie ofiar i morderstwa.

Połączenie White Trash i Gothic może z początku wydawać się nierealne, jednak kiedy przeczytacie „Minotauress” zrozumiecie, jak idealnie pasuje i jak wiele wyjaśnia. Edward Lee udowodnił, że taka fuzja jest jak najbardziej możliwa i doprawdy nie rozumiem, jak można było wcześniej jej nie wykorzystać 🙂

Za podstawę pod powieść posłużył mit o Pazyfae. Kto nie pamięta tego fragmentu mitologii greckiej już pędzę z przypomnieniem. Otóż, Pazyfae, żona Minosa, królowa Krety, bardzo niefortunnie zakochała się w świętym byku podarowanym przez Posejdona Minosowi. Oczywiście nie przez przypadek, ale w ramach klątwy. Niezaspokojona w żądzy postanowiła oddać się zwierzęciu. Pomógł jej w tym Dedal, który zbudował drewnianą krowę, w której Pazyfae ukryła się i podsunęła bykowi. Została ukarana wydając na świat potwora o imieniu Minotaur, czyli postrach Krety. Tu mit się kończy, a wkracza Edward Lee. Pazyfae po śmierci trafiła w otchłanie piekielne i stała się odrażającym demonem.

Nie zdradzę Wam fabuły, ale powiem jedno: Pazyfae powraca. Wciąż niezaspokojona. Stęskniona za swoim zmutowanym synem. Okoliczne lasy otwierają dla niej zupełnie nowe możliwości działania. A nieświadomi i głupkowaci mieszkańcy stanowią doskonałe ofiary. Pradawne mity, okultyzm, magiczne rytuały i ofiary z ludzi. Trochę filozofii, dużo krwi, dużo seksu, bardzo dużo przemocy. White Trash Gothic w najczystszej postaci. Dla wielbicieli tego nowego gatunku.  I jak poprzednio ostrzegłam teraz również nie omieszkam zapomnieć: najlepiej nie jeść i nie pić w czasie lektury. Co prawda to nie jest „Bighead”, ale jak cała proza Lee również ta książka kryje w sobie zaskakujące smaczki.  Tak na wszelki wypadek.

O.

„Bighead” Edward Lee

Bombla_BigheadNapiszę Wam całkiem szczerze, że nie planowałam wpisu o „Bighead” Edward’a Lee na Buku. Miał to być raczej mój mały przerywnik, kolejny horror do kolekcji, nic nadzwyczajnego. Jednak jak tylko zaczęłam czytać, wiedziałam, że nie uda mi się powstrzymać od podzielenia się z Wami tą opowieścią. Bo widzicie, jak się okazało, według internetowych recenzji i recenzji tej książki w ogóle, „Bighead” jest NAJOBRZYDLIWSZĄ  historią opowiedzianą kiedykolwiek, przez kogokolwiek. Jako uodporniona na wszelkie okrucieństwo i obrzydlistwo (w końcu bycie badaczką twórczości Markiza de Sade zobowiązuje) podjęłam wyzwanie, a sama lektura zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.

I tu muszę zaznaczyć, że tylko prawdziwe twardzielki i twardziele będą w stanie przebrnąć przez tę opowieść. Nie wyolbrzymiam, nie udaję, nie namawiam przez obrzydzanie i negację. Stwierdzam fakt. Nawet nie zachęcę Was do czytania „Bighead’a”, bo wiem, że skończyłoby się to dla niektórych z Was źle. Ale mi się udało. Dzięki wieloletniemu obcowaniu z Boskim Markizem i niejako uodpornieniem umysłowym na sieczkę, krew, gore, ekstremalną przemoc, wyjątkowo hardcorowe i brutalne momenty pornograficzne, sceny zadawania wyrafinowanej śmierci itp. jestem w stanie przez to przebrnąć, nawet przy jedzeniu. Takie moje małe zboczenie zawodowe.

To właśnie „suche” podejście pozwoliło mi odnaleźć w tej „niezwykłej” powieści wątek porównywalny w pewien sposób z wątkami sadycznymi, czyli takimi, które można znaleźć w twórczości Markiza. Jest to wątek NADMIARU. Nadmiaru i wyolbrzymienia.

Po pierwsze w „Bighead” wszystko jest duże. Nie tylko mowa o tytułowym bohaterze, czyli Wielkogłowym (nigdy nie tłumaczę imion czy przezwisk, tutaj jednak robię wyjątek dla pewności zrozumienia), który cierpi na autentycznie ekstremalny przypadek wodogłowia. Jako że Lee kieruje się w swojej powieści zasadą „więcej, znaczy obrzydliwiej i dosadniej”, to nasz „potwór” ma nie tylko wielką głowę, ale do tego jedno oko „wielkie jak grejpfrut”, a drugie „malutkie jak winogrono”. Dodatkowo, sam jest wielki, a co za tym idzie ma potężne przyrodzenie, którym rozrywa gwałcone na pęczki kobiety. I mężczyzn. Bo Bighead ma też nienasycone, wielkie libido. Oczywiście, jest również kanibalem o wielkich, ostrych jak brzytwa zębach. I potrafi pożreć wszystko. Nie będę jednak wdawać się w szczegóły, bo nie brzmią one zbyt świeżo. Ale Bighead świeży nie jest.

Ponadto w książce wszystkiego jest dużo i do tego to „dużo” jest dość mocno nasycone, a nawet w tym wypadku przesycone. Główna bohaterka jest nieśmiała, zakompleksiona, ma nieudane życie miłosne i samo jej życie nie jest spełnieniem marzeń. Druga bohaterka, całkowite przeciwieństwo poprzedniej, jest śliczna, spełniona i bogata. Do tego jest nimfomanką i jeszcze, jeśli to za mało, uzależnioną od kokainy. Mamy też księdza, w sile wieku, przystojnego i męskiego, który zanim został powołany przez Boga, był żołnierzem z jednostki specjalnej. Wszystko naraz. Te trzy postacie spotykają się przypadkiem w małym miasteczku w Virginii, w sercu Appalachów.

A miasteczko i jego mieszkańcy, to panteon postaci TAK przerysowanych, że chyba zbudowanych całkowicie w oparciu o żarty z „rednecków” (redneck, to mieszkaniec amerykańskiej głębokiej prowincji; nieprzetłumaczalne, bo nasze popularne „wieśniak” nie oddaje w ogóle jego charakterystyki). Mieszka tutaj stara ciotka głównej bohaterki, właścicielka przydrożnego motelu, w którym wszyscy przebywają. Pracuje u niej prosty, lekko upośledzony chłopak o zapędach podglądacza i seksualnego ogiera. A w okolicy grasują dwaj wyrafinowani zboczeńcy, którzy sami realizują swoją własną legendę, będąc najokrutniejszymi i najbardziej wyrachowanymi zboczeńcami na tej półkuli.

Jeśli Wam jeszcze za mało, to oczywiście brakuje tutaj samego Bighead’a i jego przeszłości, a może nawet nawiedzonego zakonu i indiańskiego zapomnianego kultu. Tak, tak, u Lee występują oba, w jednej książce.

Czytanie tej książki to trochę tak, jak oglądanie klasycznego horroru typu C, ale spotęgowanego powiedzmy do dziesięciu. Wychodzi z tego TAKIE ekstremum, że na końcu nie można już tego brać na poważnie, a na pewno nie można się takiego tworu bać. Kumulacja tego wszystkiego, we mnie przynajmniej, wywołała salwy śmiechu. Czasami był to śmiech lekko obłąkańczy (bo czy zjadanie niemowląt jest zabawne, to nie jestem pewna), ale sam fakt, że co drugie zdanie dzieją się rzeczy tak „transgresyjne” dla samego naszego poznania, to nie da się przyjąć „Bighead’a” na zdrowy rozsądek. Trzeba lekko oszaleć, zdystansować się od zaraźliwej treści i uleczyć umysł śmiechem. I o to właśnie chodziło Edward’owi Lee.

Od pierwszych stron nie ma tu tonu poważnego, „strasznego”. Być może czegoś takiego oczekuje czytelnik, ale nie udawajmy, że tytuł „Bighead” nie mówi już wszystkiego. A jak zerkniemy na okładkę, na której ten zmutowany stwór jest narysowany i czai się w krzakach, jakby zerkając na czytelnika, to od razu mamy pewność, że to raczej parodia powieści grozy. I o ile czytając Markiza de Sade jesteśmy świadkami smutnego upadku człowieczeństwa i rozczłonkowania (dosłownego i metaforycznego) ludzkiego bytu, to czytając Lee mam wrażenie spoglądania na szaleńczą, obłąkańczą orgię, siejącą spustoszenie, ale bynajmniej nie smutną, tylko pełną chorej radości i nienormalnego zadowolenia.

Dlatego nie polecam Wam moi Drodzy tej książki, przynajmniej nie wszystkim, a jedynie koneserom splatterpunka i wszelkich obrzydliwości. Jeśli jednak natkniecie się kiedykolwiek na nią przypadkiem, albo na jej fragment, to spróbujcie. Tylko na własne życzenie i  z dużym dystansem. I może na początek bez żadnego jedzenia, czy napojów w okolicy. Tak na wszelki wypadek.

O.