„Incubi” Edward Lee

Bombla_Incubi copy

O powieściach Edward’a Lee można napisać wiele. Bywają drastyczne. Albo inaczej: są drastyczne. Nie owijajmy w bawełnę. Prawie zawsze pełne przemocy. Przesiąknięte lejącą się strumieniami krwią. Wszechobecnymi walającymi się tu i ówdzie flakami. Upstrzone dosadną cielesnością. Zezwierzęconą seksualnością. Oparte na okrucieństwie i ludzkiej przedmiotowości. Odkrywają mroczną stronę ludzkiej natury jak i jego zwyrodniałej wyobraźni. Poszerzają horyzonty percepcji i psychicznej wytrzymałości czytelnika. Bawią się naszym kosztem i balansują na granicy dobrego smaku.

Jednak w odróżnieniu do pisarzy, którzy wyolbrzymiają te cechy i traktują je jako główny punkt zawieszenia dla historii, opowieści Lee zawsze mają drugie dno. Znaczą więcej niż można by się po nich spodziewać. Tylko trzeba się troszkę najpierw napracować. By móc odczytać ich symboliczność faktycznie czytelnik musi być silny psychicznie. Powinien nauczyć się najpierw odfiltrowywać cały ten gore. Zobojętnieć odrobinę. Uodpornić się na okrucieństwo. Na  kipiącą seksualność. Buchającą cielesność. Przyzwyczaić się do ich istnienia. I uznać za kluczowe do zrozumienia tego typu prozy.

W powieściach Lee odnaleźć można również pewien dodatkowy element, który wyróżnia jego historie nadając im odpowiednią głębię jednocześnie zwiększając fabularne napięcie. Najprościej nazwać go składnikiem paranormalnym. Tajemniczym elementem, którego korzeni należy doszukiwać się poza światem zwykłych śmiertelników. Raczej wywodzącym się z ich wierzeń, mitów i legend. Opartym na pradawnych rytuałach i kultach, jeszcze sprzed czasów chrześcijaństwa lub przez chrześcijaństwo  z czasem zaadoptowanych. Kultów, których wyznawcy wyginęli, zniknęli w mrokach historii lub zeszli do podziemi i ukryli czekając na nadejście lepszych czasów.

Nie inaczej jest z jedną z pierwszych i jednocześnie uznaną za jedną z najlepszych powieści w dorobku pisarza, czyli „Incubi” wydaną w 1991 roku. Czym są tytułowi incubi? Według „Malleus Maleficarum” incubus, inaczej zwany również demonem nocy, jest męskim odpowiednikiem seksualnego demona nawiedzającego kobiety we śnie. Przybiera zazwyczaj postać przystojnego mężczyzny o nieodpartej uwodzicielskiej mocy, którego magiczne szeptane zaklęcia zmuszają jego ofiary do uległości. Słowo „incubus” pochodzi od łacińskiego „incubare”, czyli spoczywać na czymś (w tym wypadku na kimś). Te erotyczne demony mają umiejętność przybierania ludzkiej postaci, inkarnacji, czyli wstępowania w ciało wybranego mężczyzny i spółkowania ze swoimi ofiarami, które często kończy się dla nich śmiercią, rzadziej szaleństwem.

To właśnie ich seksualny rytuał stał się filarem powieści. Rytuał skąpany w największej namiętności. Zrodzony z „najczulszej” miłości. Oczywiście miłości takiej, jak mogą rozumieć ją demony. Czyli miłości ukierunkowanej. Uprawianej w konkretnym celu. Całkowicie obrzędowej. Opartej na pradawnym kulcie, tak by przypodobać się istotom potężniejszym i starszym niż sam świat. Kulcie wszechwładnego mężczyzny, doskonałego stworzyciela, pradawnego ojca wszystkich inkubów. By zaspokoić jego nienasycony głód zstępują na ziemię, by owładać umysłami wrażliwych kobiet. Tych najbardziej podatnych na ich odurzający wpływ. Pisarek, malarek, rzeźbiarek… Artystek. Tych, dla których głównym źródłem natchnienia w procesie kreacji jest doświadczenie. Poznanie. Wyzwolenie swoich pragnień, przekroczenie ich, by potem móc oddać tą prawdziwą intensywność doznań w swojej twórczości.

Dla takich kobiet stały mężczyzna, życiowy partner często bywa tylko niepotrzebnym dodatkiem. Komplikującym sprawy. Wchodzącym w drogę ich „dzikim” pragnieniom i potrzebie nowych doznań. Te kobiety potrzebują ciągłej iskry. Ich miłość jest w gruncie rzeczy miłością własną. Nakierowaną na odbiór, nigdy na dawanie. Dzięki nim współczesne inkuby, które zesłał Edward Lee ,mają czym karmić swojego mistrza. Odnajdują źródła największej seksualnej kobiecej energii i kumulują je, oddając silniejszym mocom.

Męskim „piątym kołem u wozu” jest główny bohater „Incubi” otoczony przez garstkę silnych, artystycznie nienasyconych kobiet. Detektyw Jack Cordesman. Lee sprawił, że to właśnie on został najważniejszą postacią powieści. Straumatyzowany oficer policji, zmagający się ze swoim alkoholizmem zostaje opuszczony przez ukochaną Veronicę. Nie muszę dodawać, że Veronica jest jedną z najbardziej „gorących” malarek nowego pokolenia, której prace zostają uznane za wyjątkowo obiecujące. Zaczyna być również rozchwytywana przez popularne galerie, a jej nazwisko oznacza w branży prestiż. Oczywistym staje się fakt, że nie może poświęcać swojego „wyjątkowego” życia dla jakiegoś detektywa po przejściach. Veronica pragnie miłości. Jednak takiej, w której będzie mogła odbijać się niczym w lustrze. Tym razem skierowanej wyłącznie na jej potrzeby.

I właśnie taką miłość odnajduje. A raczej ona odnajduje ją.  Przyjmuje ona postać ekstremalnie przystojnego cudzoziemca o nieziemskiej sile przyciągania delikatnie usposobionych kobiet o artystycznych zapędach. Dla każdego czytelnika jej pochopne decyzje wydają się być po prostu naiwne, a sama Veronica i jej towarzyszki po prostu głupawe. Osłabione swoimi własnymi oczekiwaniami, które przerosły rzeczywistość, na siłę szukają wrażeń w momencie, gdy są najbardziej narażone na ciosy z zewnątrz. I dlatego wiemy, że Lee wcale nie chodziło o te kobiety, ale właśnie o tego jednego opuszczonego mężczyznę.

Jego siła leżała w doskonałej umiejętności rozwiązywania najtrudniejszych spraw. W idealnej zdolności dedukcji. Niestety sprawa z przeszłości nie daje mu o sobie zapomnieć. Wracają koszmarne wspomnienia. Wyrzuty sumienia. Bez pomocy Jack popada w alkoholizm. A gdy miasto zalewa fala rytualnych zbrodni dokonanych na ładnych artystkach, w opóźnionym tempie łączy kolejne fakty. Razem z nim musimy brnąć przez kolejne tropy. Badać poszlaki. Iść na przód. Wyjazd i w końcu tajemnicze zaginięcie Veroniki i jej przyjaciółki tylko dolewa oliwy do ognia. Śledztwo staje się walką z własnymi słabościami.

Gdyby nie „detektywistyczna” postać Jack’a Cordesman’a nie byłoby w tej historii pewnie nic specjalnie wyjątkowego. Poznawalibyśmy kolejne fakty z perspektywy oprawców i ich ofiar. Topilibyśmy się w kolejnych opisach krwawych rytuałów, nie wyciągając nic dla siebie. Dzięki historii opowiedzianej z punktu widzenia Jack’a zyskujemy nowy punkt zaczepienia. Inną wizję rzeczywistości, której głównym celem nie jest ślepe dążenie za pragnieniami, ale pokonywanie kolejnych osobistych barier.

W historiach Edward’a Lee jego bohaterowie nigdy nie zaznają pełnego odkupienia. Ich zemsty nigdy nie bywają w pełni spełnione. Za obcowanie z mocami nie z tej ziemi zawsze przychodzi odpowiednia cena. Zazwyczaj jest to czyjeś życie. Osoby, która najwięcej dla nich znaczy. Którą kochają lub chcieliby pokochać. Dla której poświęcili się w pierwszej kolejności. I ostatecznie okazuje się, że oni wszyscy robili to tylko dla siebie. Wyłącznie po to, by wyzwolić się spod własnej osobistej klątwy. Pokonać swoje głęboko skrywane lęki, pozbyć się słabości. Wyjść poza siebie i poświęcić się w ofierze. By móc narodzić się na nowo. I zacząć od początku.

O.

„Minotauress” Edward Lee

Bombla_MinotauressTen tekst z pewnością ucieszy wszystkich tych, których zafascynował „Bighead” Edward’a Lee. „Minotauress” (dosłownie Minotaurzyca, ale nie tłumaczmy tego tytułu nigdy więcej) jest kontynuacją, a raczej luźnym prequelem do wyżej wymienionej książki. Ponownie wracamy do zwyrodniałego miasteczka gdzieś w sercu Appalachów. Do końca nie wiadomo, czy to dokładnie to samo miasteczko co w poprzedniej historii, czy może sąsiednie, ale spotykamy kilka wspólnych, znanych już postaci. Mamy szansę zobaczyć jak mordercza para, czyli Dicky i Balls, zaczynała życie zbrodni i okrucieństwa. Natomiast głównym narratorem pierwszej z dwóch pojawiających się w tomie opowieści jest Pisarz, postać przez lata powracająca i wielokrotnie obecna, chociażby epizodycznie, w opowiadaniach Edward’a Lee. Bighead również ma swoje momenty, ale jak na razie pozostaje jedynie legendą, jeszcze ukrytą głęboko w lasach, która dopiero uczy się korzystania ze swoich „wyjątkowych” przymiotów.

„Minotauress”, jak wspomniałam powyżej, to dwie osobne opowieści. Jedna zatytułowana jest, co oczywiste, „Minotauress”, a druga to „Horncranker” (dosłownie „Łamacz rogów”)zwieńczenie całej historii. Oczywiście obie napisane są w taki sposób, że niekoniecznie możemy traktować je poważnie. I znowu zamiast strachu wywołują bardziej dziki śmiech i szaleństwo. Ale już w lepszym gatunku niż „Bighead”. Odrobinę bardziej wyrafinowane. Tym razem to horror typu B, którego czytanie sprawia obłąkaną przyjemność. Jeśli znamy już niektóre historie Lee (szczególnie opowiadania) znajdziemy bardzo dużo odniesień i znajomych fragmentów np. legendy, wspomnienia, piosenki… Trzeba również dodać, że Lee to pisarz, który uwielbia zabawę archetypami i symbolami. Zamienia je,  wymienia, tasuje, miesza i wygina. Powstaje trochę taki potwór Frankensteina, którego dokładne mikroskopijne oglądanie z każdej strony cieszy czytelnika. Co prawda nigdy nie jesteśmy do końca przygotowani na to, co tam dojrzymy, ale chodzi właśnie o ten element zaskoczenia.

Jednak przede wszystkim to na co musimy się przygotować czytając „Minotauress” to nowe zjawisko jakim jest White Trash Gothic. Uwielbiam tą nazwę. Dla mnie to w końcu odkrycie całkowicie unikalnego gatunku literackiego. Dzięki tej nazwie w końcu mogę stworzyć osobną kategorię dla niektórych historii, które poznałam. Dodam, że nazwa ta jest całkowicie fikcyjna, stworzona przez Pisarza, jako tytuł pisanej w hipnotycznym transie książki. Jednak Edward Lee wiedział dokładnie, co wymyśla i pewnie również w jakiś sposób bawiło go, że jego tworów nie można jednolicie zakwalifikować do jednego albo drugiego odłamu z zakładki horror. Ale teraz już można, bo White Trash Gothic jest idealnym miejscem dla „Bighead’a” i dla „Minotauress” (nie wliczając wielu jego opowiadań).

Czym jest White Trash Gothic? Dla ułatwienia w zrozumieniu rozłożę to sformułowanie na części. White Trash, to dosłownie „białe śmiecie” a po polsku tzw. „biała hołota”. Wyrażenie bardzo rzadko spotykane w Europie, tym bardziej w Polsce (nie wiem dlaczego, bo nadzwyczaj często mogłoby być adekwatnym określeniem co do niektórych… )Określa, co oczywiste, w sposób pejoratywny, ludzi rasy białej, którzy znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej, o najniższych dochodach, niewykształconych, bardzo często bezrobotnych, żyjących z czynności nielegalnych, np. pędzenie bimbru, prostytucja czy kłusownictwo lub na rachunek państwa. Błędnie utożsamiani z „redneckami”, którzy są po prostu normalnymi mieszkańcami głębokiej prowincji, a przede wszystkim stanów dawnego Południa.

Zachowanie „white trashów” odbiega od normalności. Jest wyjątkowo patologiczne i dysfunkcyjne. Na porządku dziennym spotyka się przemoc mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci, przemoc w ogóle, gwałty, kazirodztwo, zoofilię, głęboki alkoholizm i inne zjawiska rzadko penetrowane przez zwykłych ludzi. Z chorych związków rodzą się kalekie dzieci, dotknięte często kretynizmem, debilizmem, zniekształcone i zdeprawowane już od najmłodszych lat. „Biała hołota” nie ma konkretnych hamulców moralnych. Kierują się zasadą, że „wszystko zostaje w rodzinie” i to sprawia, że pozwalają sobie na więcej od innych. Tortury, uprowadzenia, morderstwa uchodzą w tym dziwnym świecie na sucho i nie ma kto za nie odpowiadać. Ot, taka sobie codzienność. Lepiej omijać z daleka, a najlepiej unikać kontaktu w ogóle.

„Gothic” jest łatwiejszy do rozgryzienia, gdyż odnosi się po prostu do powieści gotyckiej, albo do tworu wystylizowanego na takową, która jest o wiele lepiej znana w kręgach literackich. Jej główne założenia to atmosfera grozy, strachu, nawiedzone budowle, duchy i widziadła, legendarne zbrodnie piętnujące całą fabułę. W formie bardziej nowoczesnej można odnaleźć okultyzm, składanie ofiar i morderstwa.

Połączenie White Trash i Gothic może z początku wydawać się nierealne, jednak kiedy przeczytacie „Minotauress” zrozumiecie, jak idealnie pasuje i jak wiele wyjaśnia. Edward Lee udowodnił, że taka fuzja jest jak najbardziej możliwa i doprawdy nie rozumiem, jak można było wcześniej jej nie wykorzystać 🙂

Za podstawę pod powieść posłużył mit o Pazyfae. Kto nie pamięta tego fragmentu mitologii greckiej już pędzę z przypomnieniem. Otóż, Pazyfae, żona Minosa, królowa Krety, bardzo niefortunnie zakochała się w świętym byku podarowanym przez Posejdona Minosowi. Oczywiście nie przez przypadek, ale w ramach klątwy. Niezaspokojona w żądzy postanowiła oddać się zwierzęciu. Pomógł jej w tym Dedal, który zbudował drewnianą krowę, w której Pazyfae ukryła się i podsunęła bykowi. Została ukarana wydając na świat potwora o imieniu Minotaur, czyli postrach Krety. Tu mit się kończy, a wkracza Edward Lee. Pazyfae po śmierci trafiła w otchłanie piekielne i stała się odrażającym demonem.

Nie zdradzę Wam fabuły, ale powiem jedno: Pazyfae powraca. Wciąż niezaspokojona. Stęskniona za swoim zmutowanym synem. Okoliczne lasy otwierają dla niej zupełnie nowe możliwości działania. A nieświadomi i głupkowaci mieszkańcy stanowią doskonałe ofiary. Pradawne mity, okultyzm, magiczne rytuały i ofiary z ludzi. Trochę filozofii, dużo krwi, dużo seksu, bardzo dużo przemocy. White Trash Gothic w najczystszej postaci. Dla wielbicieli tego nowego gatunku.  I jak poprzednio ostrzegłam teraz również nie omieszkam zapomnieć: najlepiej nie jeść i nie pić w czasie lektury. Co prawda to nie jest „Bighead”, ale jak cała proza Lee również ta książka kryje w sobie zaskakujące smaczki.  Tak na wszelki wypadek.

O.

Potwory w ciemnościach

Bombla_HorroryJestem czytelniczką horrorów i lubię się bać. Inaczej nie sięgałabym  po ten gatunek. To oczywiste. Lubię przeżywać moje najskrytsze lęki i obawy. Rzecz jasna na niby. Pod kontrolą. Tak, żeby wyrzucić te emocje z systemu i nie martwić się już więcej.

Paradoksalnie, w prawdziwym życiu, staram się unikać sytuacji stresowych. Uciekać, zanim nadarzy się jakieś niebezpieczeństwo. Nie kuszę  losu. Bo wiem, że w ciemnościach i tajemniczych otchłaniach czają się rzeczy od mnie większe. Całkowicie niezależne.

Czytając, zgadzam się na ich istnienie. Wybieram powolne ich oswajanie, bo to pozwala mi chociaż na chwilę zdominować zło poza mną. Poczuć złudną przewagę. I pokonać samą siebie.

Co więcej, daje mi to wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jestem przygotowana na najgorsze. A nawet na to, co jeszcze potworniejsze. Ale to tylko wrażenie. Tylko cień i nieprawda. W tym obsesyjnym czytaniu horrorów i poddawaniu się strachom jestem uzależniona.

Uzależniona od zła i od okrucieństwa. Jestem podglądaczką najgorszych zakamarków ludzkiej natury. Baczną obserwatorką narodzin zbrodni. Cichym współwyznawcą tajemniczych kultów łamiących prawa natury. Poszukiwaczką paranormalnych zjawisk. Łowczynią duchów i wampirów. Alchemikiem okultyzmu.

Jestem opętana przez pragnienie poznania. By móc sobie wyobrazić „więcej”. Więcej wszystkiego. I karmić moje własne lęki. Przekraczać granice. Pokonywać kolejne tabu. Czytać jeszcze więcej. Jeszcze intensywniej. Bo nigdy nie przestaję się bać.

Nic tak dobrze nie wpasowuje się w moją teorię, jak czytanie opowiadań grozy. Opowiadania mają tą ważną zaletę, że występują w wersji combo. Dostajemy wiele historii naraz. Jeśli trafimy na dobrego opowiadacza, to każda z tych historii sprawi, że podskoczy nam mocno adrenalina. A na pewno jeszcze bardziej otworzy nam się umysł.

Ponadto opowiadania nie są przeciążone „niepotrzebnymi” wątkami i „uciążliwymi” pobocznymi bohaterami. Jeśli miałabym porównać opowiadania do jedzenia, to powiedziałabym, że to najlepszy fast food z możliwych. Albo, bardziej abstrakcyjnie, pralinka z pudełka pełnego cukierków o niezliczonych smakach. Rarytasik na jeden chaps. Bo już po jednym jesteśmy syci i zadowoleni. A zawsze można się jeszcze porządnie obeżreć i przeczytać na raz wszystkie 🙂

Specjalnie dla Was wybrałam pięć zbiorów opowiadań moich ulubionych pisarzy grozy, czyli Edward’a Lee, Jack’a Ketchum’a i Stephen’a King’a. Wszystkie przeczytane w przeciągu ostatniego roku. Wszystkie za jednym podejściem.

Krolestwo1. „Królestwo Spokoju” Jack Ketchum („Peaceable Kingdom”)

Najgorsze instynkty człowieka i trawiące nas lęki zebrane w jednym tomie. Po raz kolejny Ketchum sprawia, że strach wychodzić z domu. A na pewno nie warto ufać innym. Nawet tym najbliższym. Po przeczytaniu całości ma się wrażenie wyzucia z emocji. Że już nic nie może nas zmartwić. Prawdziwe królestwo spokoju. Ulubione opowieści z tomu to: „Karabin”, o konieczności poświęcenia tego, co kocha się najbardziej; „Pasować do Zbrodni”, o zemście idealnej; „Przesyłka”, o pewnym fanie filmów „snuff”; „Pudełko”, o głodzie i „Bliźniaki”, o miłości kazirodczej, bez granic.

Carnal2. „Carnal Surgery” Edward Lee (nieprzetłumaczone na język polski)

Jeśli powieści Lee są pełne seksu i nieuzasadnionej przemocy, to jego opowiadania, wręcz odwrotnie, są mocne, ale raczej bardziej filozoficzne niż krwawe. Zbrodnia i perwersja są tutaj powodem do rozmyślań, nie do przyciągania kolejnych ofiar. Każda historia dopracowana do perfekcji, z zaskakującą puentą. Ulubione to: „The Seeker”, o pisarzu (postać powracająca w twórczości Lee), poszukiwaczu prawdziwej natury człowieka; „Please Let me Out”, o sile obsesyjnej miłości; „Hands”, o fetyszu mordercy (spokojnie mogłaby być filmem z Kevinem Spacey w roli głównej) i „Table”, o niebezpiecznych seksualnych fascynacjach.

Skeleton3. „Szkieletowa Załoga” Stephen King („Skeleton Crew”)

Drugi tom opowiadań.  King jest mistrzem krótkiej formy. O ile w niektórych powieściach zatraca wątki i sens, w opowiadaniach (wszystkich) każdy element jest idealny. Są tylko te najlepsze i lepsze, nie ma gorszych. Ulubione z tomu (a wyjątkowo trudno wybrać) to: „Mgła”, ponadczasowa historia o strachu przed eksperymentami i o tym, co czyha na ludzkość w innym wymiarze; „Małpa”, o zabawce, która ma duszę; „Skrót Pani Todd”, o świecie w podróży na skróty; „Edytor Tekstu”, o rzeczywistości, którą można zmieniać; „Szkoła Przetrwania”, o tym, do czego zdolny jest głodny człowiek i „Babcia”, o rodzinnych tajemnicach, które nie miały prawa wyjść na światło dzienne.

disorder4. „Sleep Disorder” Jack Ketchum i Edward Lee (nieprzetłumaczone na język polski)

Dwóch pisarzy. Jeden tom opowiadań. Fuzja perfekcyjna. Pisali oddzielnie, by ostatecznie poprawić samych siebie, nawzajem. Połączenie odrębnych stylów dało bardzo mroczne, tajemnicze historie, które niełatwo zapomnieć. Bardziej do rozmyślań niż do strachu. A na koniec bonus: jak wyglądały historie napisane tylko przez jednego z pisarzy. Ulubione z tomu: „Love Letters From the Rain Forest”, o zranionym sercu w środku dżungli; „Masks”, o szukaniu nowych doznań seksualnych; „I’d Give Anything For You”, o poświęceniu siebie dla dobra miłości.

Czarna5. „Czarna Bezgwiezdna Noc” Stephen King („Full Dark, No Stars”)

Gdy rozum śpi budzą się demony… Cztery opowiadania o ciemnej stornie człowieczeństwa. Bez nadziei. Bez przebaczenia. Jak na razie jest w mojej czołówce opowiadań w ogóle. Żadnej skazy. Pozostawia poczucie olbrzymiego niepokoju. I niedosytu. Bo chciałoby się jeszcze więcej takiego Kinga. „1922”, o odmowie i spirali zbrodni, do której doprowadziła; „Wielki Kierowca”, okrutne i niebywale rzeczywiste, o pragnieniu zemsty za wszelką cenę; „Dobry Interes”, o tym, że nie ma prawdziwych przyjaciół, tylko zazdrośni wrogowie; „Dobrane Małżeństwo”, oparta na faktach próba wyjaśnienia, czy to możliwe, że najciemniej jest pod latarnią.

Wszystkie te opowieści, z każdego tomu, są sprawdzone i godne polecenia. Każda byłaby idealna do postraszenia. Najlepiej przed snem, gdy potwory czają się w ciemnościach. I tylko czekają, aż ktoś je zauważy.

O.

„Bighead” Edward Lee

Bombla_BigheadNapiszę Wam całkiem szczerze, że nie planowałam wpisu o „Bighead” Edward’a Lee na Buku. Miał to być raczej mój mały przerywnik, kolejny horror do kolekcji, nic nadzwyczajnego. Jednak jak tylko zaczęłam czytać, wiedziałam, że nie uda mi się powstrzymać od podzielenia się z Wami tą opowieścią. Bo widzicie, jak się okazało, według internetowych recenzji i recenzji tej książki w ogóle, „Bighead” jest NAJOBRZYDLIWSZĄ  historią opowiedzianą kiedykolwiek, przez kogokolwiek. Jako uodporniona na wszelkie okrucieństwo i obrzydlistwo (w końcu bycie badaczką twórczości Markiza de Sade zobowiązuje) podjęłam wyzwanie, a sama lektura zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.

I tu muszę zaznaczyć, że tylko prawdziwe twardzielki i twardziele będą w stanie przebrnąć przez tę opowieść. Nie wyolbrzymiam, nie udaję, nie namawiam przez obrzydzanie i negację. Stwierdzam fakt. Nawet nie zachęcę Was do czytania „Bighead’a”, bo wiem, że skończyłoby się to dla niektórych z Was źle. Ale mi się udało. Dzięki wieloletniemu obcowaniu z Boskim Markizem i niejako uodpornieniem umysłowym na sieczkę, krew, gore, ekstremalną przemoc, wyjątkowo hardcorowe i brutalne momenty pornograficzne, sceny zadawania wyrafinowanej śmierci itp. jestem w stanie przez to przebrnąć, nawet przy jedzeniu. Takie moje małe zboczenie zawodowe.

To właśnie „suche” podejście pozwoliło mi odnaleźć w tej „niezwykłej” powieści wątek porównywalny w pewien sposób z wątkami sadycznymi, czyli takimi, które można znaleźć w twórczości Markiza. Jest to wątek NADMIARU. Nadmiaru i wyolbrzymienia.

Po pierwsze w „Bighead” wszystko jest duże. Nie tylko mowa o tytułowym bohaterze, czyli Wielkogłowym (nigdy nie tłumaczę imion czy przezwisk, tutaj jednak robię wyjątek dla pewności zrozumienia), który cierpi na autentycznie ekstremalny przypadek wodogłowia. Jako że Lee kieruje się w swojej powieści zasadą „więcej, znaczy obrzydliwiej i dosadniej”, to nasz „potwór” ma nie tylko wielką głowę, ale do tego jedno oko „wielkie jak grejpfrut”, a drugie „malutkie jak winogrono”. Dodatkowo, sam jest wielki, a co za tym idzie ma potężne przyrodzenie, którym rozrywa gwałcone na pęczki kobiety. I mężczyzn. Bo Bighead ma też nienasycone, wielkie libido. Oczywiście, jest również kanibalem o wielkich, ostrych jak brzytwa zębach. I potrafi pożreć wszystko. Nie będę jednak wdawać się w szczegóły, bo nie brzmią one zbyt świeżo. Ale Bighead świeży nie jest.

Ponadto w książce wszystkiego jest dużo i do tego to „dużo” jest dość mocno nasycone, a nawet w tym wypadku przesycone. Główna bohaterka jest nieśmiała, zakompleksiona, ma nieudane życie miłosne i samo jej życie nie jest spełnieniem marzeń. Druga bohaterka, całkowite przeciwieństwo poprzedniej, jest śliczna, spełniona i bogata. Do tego jest nimfomanką i jeszcze, jeśli to za mało, uzależnioną od kokainy. Mamy też księdza, w sile wieku, przystojnego i męskiego, który zanim został powołany przez Boga, był żołnierzem z jednostki specjalnej. Wszystko naraz. Te trzy postacie spotykają się przypadkiem w małym miasteczku w Virginii, w sercu Appalachów.

A miasteczko i jego mieszkańcy, to panteon postaci TAK przerysowanych, że chyba zbudowanych całkowicie w oparciu o żarty z „rednecków” (redneck, to mieszkaniec amerykańskiej głębokiej prowincji; nieprzetłumaczalne, bo nasze popularne „wieśniak” nie oddaje w ogóle jego charakterystyki). Mieszka tutaj stara ciotka głównej bohaterki, właścicielka przydrożnego motelu, w którym wszyscy przebywają. Pracuje u niej prosty, lekko upośledzony chłopak o zapędach podglądacza i seksualnego ogiera. A w okolicy grasują dwaj wyrafinowani zboczeńcy, którzy sami realizują swoją własną legendę, będąc najokrutniejszymi i najbardziej wyrachowanymi zboczeńcami na tej półkuli.

Jeśli Wam jeszcze za mało, to oczywiście brakuje tutaj samego Bighead’a i jego przeszłości, a może nawet nawiedzonego zakonu i indiańskiego zapomnianego kultu. Tak, tak, u Lee występują oba, w jednej książce.

Czytanie tej książki to trochę tak, jak oglądanie klasycznego horroru typu C, ale spotęgowanego powiedzmy do dziesięciu. Wychodzi z tego TAKIE ekstremum, że na końcu nie można już tego brać na poważnie, a na pewno nie można się takiego tworu bać. Kumulacja tego wszystkiego, we mnie przynajmniej, wywołała salwy śmiechu. Czasami był to śmiech lekko obłąkańczy (bo czy zjadanie niemowląt jest zabawne, to nie jestem pewna), ale sam fakt, że co drugie zdanie dzieją się rzeczy tak „transgresyjne” dla samego naszego poznania, to nie da się przyjąć „Bighead’a” na zdrowy rozsądek. Trzeba lekko oszaleć, zdystansować się od zaraźliwej treści i uleczyć umysł śmiechem. I o to właśnie chodziło Edward’owi Lee.

Od pierwszych stron nie ma tu tonu poważnego, „strasznego”. Być może czegoś takiego oczekuje czytelnik, ale nie udawajmy, że tytuł „Bighead” nie mówi już wszystkiego. A jak zerkniemy na okładkę, na której ten zmutowany stwór jest narysowany i czai się w krzakach, jakby zerkając na czytelnika, to od razu mamy pewność, że to raczej parodia powieści grozy. I o ile czytając Markiza de Sade jesteśmy świadkami smutnego upadku człowieczeństwa i rozczłonkowania (dosłownego i metaforycznego) ludzkiego bytu, to czytając Lee mam wrażenie spoglądania na szaleńczą, obłąkańczą orgię, siejącą spustoszenie, ale bynajmniej nie smutną, tylko pełną chorej radości i nienormalnego zadowolenia.

Dlatego nie polecam Wam moi Drodzy tej książki, przynajmniej nie wszystkim, a jedynie koneserom splatterpunka i wszelkich obrzydliwości. Jeśli jednak natkniecie się kiedykolwiek na nią przypadkiem, albo na jej fragment, to spróbujcie. Tylko na własne życzenie i  z dużym dystansem. I może na początek bez żadnego jedzenia, czy napojów w okolicy. Tak na wszelki wypadek.

O.

„Witch Water” Edward Lee

WitchWater

Czas wybrać się na nocne łowy i upolować coś wyjątkowo mrocznego, coś co chociaż na chwilę zaburzy nasz wewnętrzny spokój i rozstroi nerwy, dodając przy tym dreszczyk emocji do naszej codzienności.

Nie przez przypadek jako pierwszą z tej kategorii wybrałam powieść „Witch Water” Edwarda Lee. Niestety nie jestem pewna, czy książka ta została już przetłumaczona na język polski. Jeśli nie, to z pewnością niedługo doczeka się przekładu i wydania przez Wydawnictwo Replika, jak niektóre z powieści tego autora.

Edward Lee to jedno z ciekawszych nazwisk wśród twórców powieści grozy. Jest mistrzem gatunku nazywanego horrorem ekstremalnym. Jego historie są pełne elementów makabry i tego co po angielsku nazywamy „gore”, czyli lejącej się strumieniami posoki i wnętrzności. W każdej opowieści stara się przekroczyć tabu, wyjść poza ustalony porządek i z wyjątkowym wyrafinowaniem pokonać kolejną granicę tego, co uznajemy za ludzkie. W tych powieściach wątek paranormalny jest raczej niewinnym dodatkiem do tego co jeden człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi, czerpiąc z jego cierpienia rozkosz. Lee miesza wątki okultystyczne z seksualnymi dewiacjami i muszę powiedzieć, że wychodzi mu to wyjątkowo dobrze. Z pewnością nie są to powieści dla wszystkich 😉 Jeśli jednak nie wzdrygacie sie na widok krwi i nie oburzają Was opisy okrucieństwa, udziwnionych praktyk seksualnych czy wymyślnych tortur, to Edward Lee jest na pewno tym kogo warto poznać i poczytać.

„Witch Water” zaskoczyła mnie ciekawym podejściem do tematu wielokrotnie już wykorzystywanego w literaturze grozy, a często nawet nadużywanego, jakim jest historia miasteczka stylizowanego na Salem, gdzie w przeszłości odbywały się procesy o czary, a czarownice palono lub zabijano w wymyślny sposób. Może byłaby to kolejna podobna powieść, gdyby nie jej główny bohater i osobiste demony, z którymi się zmaga.

Stew Fanshawe nie jest człowiekiem, z którym łatwo się utożsamiać. Mężczyzna, w średnim wieku, któremu wyjątkowo dobrze się powodzi. Miliarder, który zdobył fortunę na giełdzie. Pojawia się w Haver-Towne niejako incognito. Nie chce zostać rozpoznany (bywał niejednokrotnie na okładkach Forbes’a) i woli pozostać w szarym tłumie. Bo to co musicie wiedzieć o naszym bohaterze, to to, że cierpi on na pewną manię. Manię perwersyjną, zboczoną nawet (tak myśli sam o sobie), przed którą zmuszony był uciec z miasta i po roku terapii odpocząć na prowincji. Ta perwersyjna mania to voyeuryzm, czyli podglądactwo.

Uważam, że by poznać drugą stronę „Witch Water” jako powieści, konieczna jest konkretna wiedza na temat tego zaburzenia. Voyeuryzm to rodzaj fetyszu, parafilii, czyli zaburzenia seksualnych preferencji, polegająca (tutaj posłużę się definicją profesora Lwa Starowicza) „na powtarzającej się lub utrwalonej skłonności do oglądania ludzi uczestniczących w zachowaniach seksualnych lub intymnych, takich jak rozbieranie się, związana z pobudzeniem seksualnym i masturbacją. Nie towarzyszy temu ani zamiar ujawnienia swej obecności ani zamiar kontaktu seksualnego z obserwowaną osobą”.

Stew walczy ze swoim uzależnieniem, jednak jak to z silnymi, impulsywnymi uzależnieniami bywa, w nieodpowiednim środowisku, przy odpowiednich warunkach, takie uzależnienie może powrócić w jeszcze silniejszym stopniu niż dotychczas.

Haver-Towne na pierwszy rzut oka wydaje się być uroczym, turystycznym miasteczkiem. Jego mroczna przeszłość jest wykorzystywana jedynie w nazwach szlaków, hoteli i restauracji i innych przygotowanych dla odwiedzających atrakcjach.

My, czytelnicy, spoglądamy na to miasto oczami Stew. Dlatego, z początku, nasze postrzeganie jest mocno ograniczone. Bohater odwraca często wzrok, karci sam siebie za zbytnią ciekawość i tłumi w sobie naturalne instynkty obserwatora. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy zaczyna interesować się i poznawać, krok po kroku, historię miasteczka i jego mieszkańców. Czarownik, wiedźmy, tortury… Traktat z diabłem, Compendium Maleficarum i tytułowa „witch water”, czyli woda czarownic, antyteza wody święconej (nie chcę zdradzać szczegółów). I luneta. Nie byle jaka, bo magiczna.

To właśnie ten przedmiot na nowo rozbudza uśpioną percepcję Fanshaw’a. Nagle na nowo rozkwita w nim rządza patrzenia. Jego oczy stają się z chwili na chwilę wszystkowidzące, spragnione penetracji. Widzi więcej i bardziej. W ogóle dziwna rzecz z tymi oczami…

Georges Bataille widział w oczach lustra. Oko było symbolem, służyło transgresji, czyli przekraczaniu. Nasz bohater dzięki oczom przeżywa podróż w głąb samego siebie, bo to właśnie oko wychodzi poza granice, obraca się, by ostatecznie skierować się do wnętrza Stew, jego „czarnego serca”, jego wewnętrznej ciemności, czarnej strony, którą było dane mu poznać tylko dzięki własnej perwersji. To poznanie ostatecznie doprowadziłoby do obłędu, szaleństwa (jak w prozie Lovecrafta, gdzie bohaterowie widzą i nie potrafią pojąć, więc umierają ze strachu), ale w tym wypadku jest inaczej. Penetrujące oko, wzmocnione magicznymi właściwościami lunety i zboczonym umysłem, pozwala mu pójść dalej, poza to co określone i znane. Spenetrować niepenetrowalne. Zobaczyć pulsującą ciemność, czarniejszą niż najczarniejsze otchłanie. Poznać własne serce.

Woda czarownic otwiera granice, przełamuje tabu, załamuje czas i miejsca. W ten sposób opowieść o czarowniku i zaklętym miasteczku otrzymuje całkowicie nowy wymiar. My również, jako czytelnicy, przekraczamy nieprzekraczalne, wstępujemy w ciemność, a dalej są tylko czary.

O.