Bezsenne Środy: JAK ZABIJA LAS?

TO PRZYSZŁO Z LASU. Jak większość dziwnych rzeczy.

Oto motto tej Bezsennej Środy zaczerpnięte z przerażającego tomu „Przez Las” Emily Carroll.

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „Świnia”, „Wyrywacz rogów” & „Kartki wyrwane z podróżnego dziennika” Edward Lee

„Świnia”, „Wyrywacz rogów” i „Kartki wyrwane z podróżnego dziennika” to wszystko co najlepsze u Edwarda Lee, wszystko, co możemy odnaleźć w jego twórczości i przepaść w niej bez reszty (lub odejść w innym kierunku).

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „Folk” Tomasz Czarny & Marcin Piotrowski | KONKURS!

Leśne ostępy na bieszczadzkim odludziu, ludzka rzeźnia i rodzina kanibali, czyli horror ekstremalny w najlepszym wydaniu – „Folk” Tomasza Czarny i Marcina Piotrowskiego.

Z horrorem ekstremalnym jest jak z operą – jedni z obrzydzeniem odwrócą głowy, przełykając gorzkiego pawia, a inni pokochają go już od pierwszych chwil, od pierwszych strumieni krwi, od pierwszych opisów makabrycznej jatki. To podgatunek grozy, który wymaga specyficznej „wrażliwości”, a raczej odporności na wszystko to, co należy do tematyki tabu, a co horror ekstremalny z samego swojego założenia nagina i przekracza, by móc w pełni ujawnić całe swoje perwersyjne oblicze.  Teatr okrucieństwa, przesyt potworności, hardcore przemocy – czytelnika czeka pławienie się w nadmiarze, w galonach juchy,  w tonach wnętrzności. Kto jest na to gotowy, ten przepadnie bez reszty. Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „Jesteś dla mnie wszystkim” Edward Lee – white trash gothic w pigułce!

Amerykański król white trash gothicu powraca z opowieścią, która łączy w sobie wszystko to, co najlepsze u tego wyjątkowego pisarza horroru ekstremalnego – „Jesteś dla mnie wszystkim” Edwarda Lee to kwintesencja jego twórczości.

White trash gothic*. Kto raz pozna znaczenie tego zlepka słów, ten od razu domyśli się, do czego też zmierzam w owym tekście. Tak drogi czytelniku spragniony zdegenerowanej ekstremy! Znów zajdziemy dzisiaj gdzieś do serca samych Appalachów, do miasteczka, któremu daleko jest do jakiejkolwiek cywilizacji, gdzie nazwy dróg i traktów noszą robaczywe nazwy, do  zgęstniałych lasów, których ścieżki i szlaki służą za kryjówkę mieszkańcom, a ci wyróżniają się pewnymi szczególnymi cechami… Pędzenie bimbru, prostytucja, kłusownictwo – to ich hobby, to ich praca, bo chociaż nie potrzebują wiele, to potrzebują tyle, by przeżyć. A przeżywają mnożąc się między sobą, przekazując genetyczne skazy i umiłowanie do wszelkiej degeneracji, bez jakichkolwiek hamulców moralnych – kazirodztwa, alkoholizmu, narkomanii, zoofilii i innych intrygujących zjawisk nieczęsto penetrowanych przez zwykłych, cywilizowanych w pełni ludzi. Czytaj dalej

Bezsenne Środy: Do piekła i z powrotem” Tomasz Czarny – recenzja

Tomasz Czarny snuje ekstremalną wizję życia po śmierci i zabiera czytelnika na lubieżnie straszną wyprawę „Do piekła i z powrotem”.

Pamiętacie opowieść o Orfeuszu i Eurydyce? Miłości wielkiego greckiego poety, który potrafił hipnotyzować muzyką, a który utracił ukochaną nimfę Eurydykę i postanowił wyrwać ją ze szponów Hadesa? Wbrew wszystkiemu zstąpił do świata podziemia, oczarował władców tego strasznego królestwa, ale mimo to jego misja nie powiodła się, bo zawiódł na samym końcu. Ta historia przetwarzana jest od wieków, odkąd uwierzono w wędrówkę dusz. Bez względu na religię, bez względu na szerokość geograficzną, w kulturach świata odnajdziemy niejednego takiego Orfeusza. To archetyp wrażliwca, który gotowy jest pokonać samą śmierć w imię miłości. Z tego mitu czerpie również Tomasz Czarny, którego bohater zstępuje w piekielne otchłanie, które nijak jednak nie przypominają spokojnej czeluści Hadesu. Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „HEADER” Edward Lee – recenzja

bombla_header

To jest pewne, że człowiek, co knuje zemstę, zachowuje świeże swe rany, które w przeciwnym razie zagoiłyby się i zarosły.

Francis Bacon

Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno, a na dokładkę ma słodki smak. Nie ma nic przyjemniejszego ponad pyszną wendetę, czyli tradycyjne oko za oko, ząb za ząb, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Podnosi się poziom adrenaliny, serce pompuje krew szybciej i szybciej, a kiedy nadchodzi spełnienie ma w sobie coś szczególnego, coś, co porównać można z najwspanialszą cielesną rozkoszą, bo w końcu cudza krzywda, zdobyta w odwecie, nabiera jeszcze większego znaczenia. Ludzkość od początku swoich dziejów prześcigała się w najwymyślniejszych, najokrutniejszych sposobach, by zemścić się na tych, którzy zawinili. Tortury, zabójstwa, gwałty, podrzucanie trupów, urządzanie uczt z ludzkiego mięsa – to w zasadzie kropla w morzu niepojętej przemocy, a wszystko po to, by oczyścić swoje imię i honor, które im odebrano.

Zemstę obrzydliwą, zemstę tak zboczoną i wypaczoną, że aż śmieszną,  zemstę, która stała się swoistą tradycją amerykańskich wzgórz i przechodziła z pokolenia na pokolenie opisuje niedościgniony mistrz horroru ekstremalnego, czyli Edward Lee w powiastce „Header”.

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „Ludzie z bagien” Edward Lee – recenzja

Bombla_LudzieZbagien

Pierwsze spotkanie z horrorem ekstremalnym przypomina pierwsze spotkanie z operą – albo czytelnik zakocha się od pierwszej, ociekającej krwią strony, albo zniesmaczony odłoży książkę i już więcej nie sięgnie po ten wyjątkowy gatunek. Bo horror ekstremalny, jak powszechnie wiadomo, oznacza równie ekstremalne doznania podczas lektury. Przemoc doprowadzona często do granic absurdu, seks oscylujący na pograniczu wycia z rozkoszy i bólu jednocześnie, połyskujące połacie mięcha, zazwyczaj ludzkiego, a wreszcie te oklepane flaki, krew i posoka. Powszechny gore w najczystszej postaci, makabra, splatterpunk czasami tak szokujące, że przekraczające pewien pułap i paradoksalnie nudne, o ile oczywiście czytelnik ma co nieco mocniejszych kęsów tej prozy za sobą, ma otwarty umysł na wyrafinowane formy cielesnych zabaw i potrafi zdystansować się wobec hardcorowej ludzkiej krzywdy. Bo dla wytrawnego czytelnika szaleństwo przemocy już nie wystarcza, a seksualne dewiacje nudzą, jeśli nie ma tego „czegoś”, iskry, fabularnej ciekawostki, która ukaże coś więcej poza rozlewem krwi.

Fanom horroru ekstremalnego nie trzeba przedstawiać nazwiska Edwarda Lee, jednego z czołowych twórców gatunku, któremu nasi wydawcy dali szansę zaistnieć na polskim rynku, wydając swojego czasu kilka tytułów spod jego pióra, w tym „Ludzi z bagien” (w oryg. „Creekers”), po których warto sięgnąć zarówno jeśli zaczynamy przygodę z gatunkiem, na próbę, ale także jeśli co nieco z gatunku udało nam się już uszczknąć.

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „Love Letters from the Rain Forest” Edward Lee & Jack Ketchum

Bombla_BEZSENNELoveLetters

 

„He’d already discovered several dozen unindexed thallophytesbodied fungus. Zoned polyphores, clitopili, tricholomas, rough-stemmed paneoli. The grid-by-grid burning of the forests was making passage to areas virtually unexplored. The collection teams were all going nuts – new insects, new reptiles, new birds, new plants. Everywhere. And lots of new fungi.”

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale odkąd pamiętam fascynowały mnie tematy przyrodnicze. Od dzieciństwa wgapiałam się w ekran, chłonąc każde słowo sir Davida Attenborough, który w „Na ścieżkach życia” krył się w krzakach, czy za skałami i przybliżał świat natury, do którego nie miałam dostępu. Mikro i makrokosmosy, w których kryły się miriady nieodgadnionych tajemnic. Sekretów do tej pory niezbadanych jeszcze przez ludzkie oko. Czułam, że tak naprawdę wszystko może wciąż ukrywać się przed ludzkim okiem – nowe gatunki, niepoznane brakujące ogniwa, a może nawet dinozaury gdzieś tam, w tropikalnym lesie? Ta potrzeba zbadania najbardziej intrygujących tajemnic natury zwróciła się w stronę miłości do wszystkiego co pochodzi z oceanicznych głębin, do marzeń o Cthulhu i innych cudach podwodnego świata.

Z drugiej zaś strony, od zawsze widziałam siebie na wyprawie w głąb Amazonii, by niczym jakiś Indiana Jones historii naturalnej i biologii, odkrywać dziewicze tereny, przedzierać się przez dżunglę, znajdując odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Niefortunnym byłoby jednak odkryć coś, co wcale nie powinno było być nigdy odkryte. Powiedzmy, że na przykład byłby to wyjątkowo drapieżny, zaraźliwy i żarłoczny gatunek pewnego grzyba… Tak jak to przytrafiło się bohaterowi doskonałego opowiadania Edwarda Lee i Jacka Ketchuma zatytułowanego „Love Letters from the Rain Forest”.

Howard Moley jest specjalistą od grzybów. Wybitny w swojej dziedzinie, prawdziwy pasjonat, a w dodatku tak się złożyło, że udało mu się zdobyć stypendium i ruszyć wraz z pokaźną uniwersytecką drużyną badaczy w głąb amazońskiej dżungli. Na kampusie, w Stanach, zostawił swoją „dziewczynę”, niejaką Clarę Holmes, która według wszystkich i jej samej sądzi, że Howardowi jak tej przysłowiowej ślepej kurze trafiło się ziarno. Howard, nudziarz i obsesyjny nerd, naprawdę się w niej zakochał, a Clara, korzystając z wolności, chodzi do łóżka z kim popadnie, nie odpisując na kolejne listy Howarda. A Howard ma o czym opowiadać – otóż, pewnego dnia, podczas spaceru po dżungli odkrył truchło oposa, a na nim wyjątkowy, piękny i unikatowy nieznany gatunek czerwonego grzyba. Grzyb okazuje się być wyjątkowo agresywny, szybko się rozprzestrzenia, a kolejni członkowie ekipy Howarda umierają w męczarniach. Natomiast Clara ma dość Howarda i postanawia raz na zawsze zakończyć ten „związek”, wysyłając mu swój ostatni i jedyny list, na który wkrótce doczeka się odpowiedzi, już po jego śmierci.

Edward Lee i Jack Ketchum połączyli pisarskie siły, tworząc opowiadanie doskonale łączące seksualny mrok znany z historii Lee wraz z tajemnicą i zemstą znaną z książek Ketchuma. A wokół tego wszystkiego sekret amazońskiej dżungli – nie da się przejść obok tej historii obojętnie. Zarówno Lee, jak i Ketchum to mistrzowie grozy, w której tak naprawdę główną rolę odgrywa człowiek. Człowiek jako potwór, człowiek jako nieszczęście dla drugiego człowieka. I tutaj jest podobnie, chociaż dodatkowym elementem, podkreślającym Inność pozostaje wciąż nieznany gatunek grzyba odkryty przez Howarda. I zemsta, której ten grzyb się posłuży, w czym ja widzę akurat zemstę podwójną, bo skierowaną tak w kierunku Clary, jak i tych, którzy zdecydowali się spenetrować dolinę Amazonki, nieodwracalnie ją niszcząc. I kolejny raz, na kilku stronach otrzymujemy prosty, mroczny i smutny komunikat dla gatunku ludzkiego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo rozmyślam o tajemnicach, jakie wciąż skrywa natura.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Sleep Disorder” autorstwa Edwarda Lee i Jacka Ketchuma – duet doskonały 🙂

„Golem” Edward Lee

Bombla_GolemLee

Lubię poznawać i zgłębiać stare podania, baśnie i legendy. Co więcej, uwielbiam czytać nowe, unowocześnione wersje, jak również wariacje na ich temat w książkach, których autorzy inspirują się folklorem różnych kultur. Najbardziej intryguje mnie baśniowość i magia tych historii. Opowieści, które kształtują umysły tysięcy ludzi, w różnych zakątkach świata, a jednak odnoszących się przede wszystkim do tego co istnieje poza rzeczywistością, poza tym co zwyczajne i normalne. Tego co nawiązuje do świata tajemnic i ukrytych symboli. Baśnie, legendy i podania zawierają w sobie wszystkie najważniejsze kulturowe wskazówki, wszelkie lęki i radości danych społeczności, których członkowie przekazują je kolejnym pokoleniom, tworząc jedyne w sobie, zaklęte w słowa kulturowe dziedzictwo. 

Edward Lee, który od zawsze zaskakuje mnie ujęciem tematu, wykorzystał jedną z najważniejszych legend żydowskich i jej własną interpretację umieścił w powieści zatytułowanej „Golem”. O golemach z pewnością słyszeliście, nawet przypadkiem, tym bardziej jeśli jesteście fanami fantasy, bo tam golemy i golemopodobne twory już wiele lat temu zadomowiły się na dobre. Ale prawdziwa historia golema wyłania się z czeluści żydowskiej duchowości i najgłębiej skrywanych tajemnic o religijnych korzeniach. Z początku legenda ta była jedynie ciekawostką, ale z czasem nabrała głębokiego znaczenia, gdy obrosła w mity i nowe konotacje. Stała się także ostrzeżeniem przed niewłaściwym wykorzystaniem wiedzy i tajemnic wiary, które obrócić mogą się z łatwością przeciw temu, kto narusza ich podstawowe zasady.

Wykorzystana przez Edwarda Lee legenda praskiego golema to jedna z najbardziej znanych na świecie opowieści pochodzących z naszej części Europy. Pod koniec XVI wieku, w Pradze za rządów cesarza Rudolfa II nasiliły się ataki na żydowską społeczność, którą posądzano o okultyzm i bezbożne praktyki. Rabin Jehuda Loew ben Becalel, zwany również Maharalem, by obronić siebie i innych przed prześladowcami, za pomocą kabalistycznego zaklęcia powołał do życia potężną istotę ulepioną z gliny. Uformowane, olbrzymie ciało ożywił za pomocą tajemnych rytuałów i modłów, a na końcu, by dopełnić dzieła, wypisał na czole (lub na pergaminie włożonym w usta) magiczne słowo, które tchnęło życie w glinianą istotę. Zadaniem golema była obrona praskich Żydów, ale pewnego dnia coś się zmieniło i golem w szale zaatakował rabina i ludzi, których z założenia miał bronić. Podobno szczątki tej istoty wciąż leżą na strychu synagogi Staronowej w Pradze. Przytoczona opowieść jest najstarszą i najpopularniejszą, jednak historii o golemach było o wiele więcej na naszych terenach, gdy mit został wtłoczony do przypowieści ludowych.

Historia „Golema” Edwarda Lee rozpoczyna się w 1880 roku, gdy na parowcu płynącym przez amerykańskie rzeki, poznajemy uciekinierów z Europy – Poelziga i jego żonę Nanyę. Statek, który płynie z Baltimore do Lowensport w stanie Maryland, wiezie wyjątkowy ładunek, na który składają się beczki praskiej gliny i inne nietypowe, bliżej niezidentyfikowane przedmioty. Lowensport jest jedną z żydowskich enklaw w nowym świecie, ale to nie tam szukają schronienia Poelzig i jego żona. Co więcej wydaje się, że gdy tylko słyszą o porcie, chcę zawrócić z trasy, albo chociaż przeczekać noc na stałym lądzie, z dala od granic miasta.  Jednak gdy zapada zmrok coś dziwnego dzieje się z podróżującymi i dochodzi do straszliwej tragedii.

W ponad sto lat później znany twórca gier komputerowych – Seth, wraz z dziewczyną imieniem Judy, wprowadzają się do starej siedziby zwanej Lowen House, które miała być ziszczeniem ich marzeń. Stara posiadłość i przynależące do niej tereny rolnicze stają się własnością pary, a wraz z nią tajemne brzemię, które skrywa to miejsce. W niedługi czas po ich przyjeździe, grupa robotników odkrywa zakopany w ziemi, a dokładnie dawnym rzecznym korycie, parowiec, a w nim szkielet trzech osób i nienaruszony ładunek. Znalezisko inicjuje ciąg dziwnych zdarzeń, wznieca poruszenie w miejskiej społeczności i u miejscowego rabina, a także prowokuje do kradzieży dwóch, pozornie z niczym niepowiązanych osiłków. Życie Seth i Judy jest w wielkim niebezpieczeństwie. Z szybkością błyskawicy powracają stare legendy, przypominają się historyczne wydarzenia i tragedie z przeszłości, a na polach otaczających dom, z błękitnych ogni, rodzą się przywołane z piekieł istoty.

Golemopodobne twory stworzone przez Edwarda Lee to owoce starej magii, zapomnianych rytuałów i okultystycznych zaklęć. W fabule pisarz odwraca porządek religijny, nagina go i tworzy własny kabalistyczny odłam żydowskiej wiary, jeszcze bardziej tajemny i oparty na czystej formie zła. Kreatury powstałe z praskiej gliny i ciał ofiar poświęconych ciemnościom niczym nie przypominają tych z historii o kreacji pierwszego człowieka. Słowa, które budzą je do życia to zemsta, mord i zniszczenie. Nie ma w nich nic idealnego. Są zdeformowane i zniekształcone od samego początku swojego istnienia, a że oparte zostały na ludzkich szczątkach, posiadają również instynkty tych, którymi byli dawniej. Trzeba dodać, że te najokrutniejsze instynkty. Brutalność, agresja, popęd seksualny wyolbrzymiony do maksimum – wszystko to chore i zdeformowane, tak jak same golemy w powieści.

Legendy mają to do siebie, że z czasem zostają uproszczone i ujednolicone. Lata ustnych przekazów, różne źródła opowieści, wpływy z zewnątrz sprawiają, że często z prawdziwej historii zostają jedynie strzępki i niedopowiedzenia. Szczegóły zacierają się, a ich wymowa ostatecznie przybiera raczej dydaktyczny ton. Unowocześniona wersja historii praskiego golema przedstawiona w powieści Edwarda Lee ożywia jego mit na nowo. Całość nabiera kolorów i swoistej mięsistości, dzięki której aż chce się powrócić do źródeł golemów i zapoznać się z ich prawdziwym, religijnym znaczeniem. Aż chce się od nowa opowiadać ich historię i dotrzeć do źródeł dawnej magii i starej wiary, która stała się źródłem perfekcyjnej zemsty w „glinianej” istocie.

O.

„Incubi” Edward Lee

Bombla_Incubi copy

O powieściach Edward’a Lee można napisać wiele. Bywają drastyczne. Albo inaczej: są drastyczne. Nie owijajmy w bawełnę. Prawie zawsze pełne przemocy. Przesiąknięte lejącą się strumieniami krwią. Wszechobecnymi walającymi się tu i ówdzie flakami. Upstrzone dosadną cielesnością. Zezwierzęconą seksualnością. Oparte na okrucieństwie i ludzkiej przedmiotowości. Odkrywają mroczną stronę ludzkiej natury jak i jego zwyrodniałej wyobraźni. Poszerzają horyzonty percepcji i psychicznej wytrzymałości czytelnika. Bawią się naszym kosztem i balansują na granicy dobrego smaku.

Jednak w odróżnieniu do pisarzy, którzy wyolbrzymiają te cechy i traktują je jako główny punkt zawieszenia dla historii, opowieści Lee zawsze mają drugie dno. Znaczą więcej niż można by się po nich spodziewać. Tylko trzeba się troszkę najpierw napracować. By móc odczytać ich symboliczność faktycznie czytelnik musi być silny psychicznie. Powinien nauczyć się najpierw odfiltrowywać cały ten gore. Zobojętnieć odrobinę. Uodpornić się na okrucieństwo. Na  kipiącą seksualność. Buchającą cielesność. Przyzwyczaić się do ich istnienia. I uznać za kluczowe do zrozumienia tego typu prozy.

W powieściach Lee odnaleźć można również pewien dodatkowy element, który wyróżnia jego historie nadając im odpowiednią głębię jednocześnie zwiększając fabularne napięcie. Najprościej nazwać go składnikiem paranormalnym. Tajemniczym elementem, którego korzeni należy doszukiwać się poza światem zwykłych śmiertelników. Raczej wywodzącym się z ich wierzeń, mitów i legend. Opartym na pradawnych rytuałach i kultach, jeszcze sprzed czasów chrześcijaństwa lub przez chrześcijaństwo  z czasem zaadoptowanych. Kultów, których wyznawcy wyginęli, zniknęli w mrokach historii lub zeszli do podziemi i ukryli czekając na nadejście lepszych czasów.

Nie inaczej jest z jedną z pierwszych i jednocześnie uznaną za jedną z najlepszych powieści w dorobku pisarza, czyli „Incubi” wydaną w 1991 roku. Czym są tytułowi incubi? Według „Malleus Maleficarum” incubus, inaczej zwany również demonem nocy, jest męskim odpowiednikiem seksualnego demona nawiedzającego kobiety we śnie. Przybiera zazwyczaj postać przystojnego mężczyzny o nieodpartej uwodzicielskiej mocy, którego magiczne szeptane zaklęcia zmuszają jego ofiary do uległości. Słowo „incubus” pochodzi od łacińskiego „incubare”, czyli spoczywać na czymś (w tym wypadku na kimś). Te erotyczne demony mają umiejętność przybierania ludzkiej postaci, inkarnacji, czyli wstępowania w ciało wybranego mężczyzny i spółkowania ze swoimi ofiarami, które często kończy się dla nich śmiercią, rzadziej szaleństwem.

To właśnie ich seksualny rytuał stał się filarem powieści. Rytuał skąpany w największej namiętności. Zrodzony z „najczulszej” miłości. Oczywiście miłości takiej, jak mogą rozumieć ją demony. Czyli miłości ukierunkowanej. Uprawianej w konkretnym celu. Całkowicie obrzędowej. Opartej na pradawnym kulcie, tak by przypodobać się istotom potężniejszym i starszym niż sam świat. Kulcie wszechwładnego mężczyzny, doskonałego stworzyciela, pradawnego ojca wszystkich inkubów. By zaspokoić jego nienasycony głód zstępują na ziemię, by owładać umysłami wrażliwych kobiet. Tych najbardziej podatnych na ich odurzający wpływ. Pisarek, malarek, rzeźbiarek… Artystek. Tych, dla których głównym źródłem natchnienia w procesie kreacji jest doświadczenie. Poznanie. Wyzwolenie swoich pragnień, przekroczenie ich, by potem móc oddać tą prawdziwą intensywność doznań w swojej twórczości.

Dla takich kobiet stały mężczyzna, życiowy partner często bywa tylko niepotrzebnym dodatkiem. Komplikującym sprawy. Wchodzącym w drogę ich „dzikim” pragnieniom i potrzebie nowych doznań. Te kobiety potrzebują ciągłej iskry. Ich miłość jest w gruncie rzeczy miłością własną. Nakierowaną na odbiór, nigdy na dawanie. Dzięki nim współczesne inkuby, które zesłał Edward Lee ,mają czym karmić swojego mistrza. Odnajdują źródła największej seksualnej kobiecej energii i kumulują je, oddając silniejszym mocom.

Męskim „piątym kołem u wozu” jest główny bohater „Incubi” otoczony przez garstkę silnych, artystycznie nienasyconych kobiet. Detektyw Jack Cordesman. Lee sprawił, że to właśnie on został najważniejszą postacią powieści. Straumatyzowany oficer policji, zmagający się ze swoim alkoholizmem zostaje opuszczony przez ukochaną Veronicę. Nie muszę dodawać, że Veronica jest jedną z najbardziej „gorących” malarek nowego pokolenia, której prace zostają uznane za wyjątkowo obiecujące. Zaczyna być również rozchwytywana przez popularne galerie, a jej nazwisko oznacza w branży prestiż. Oczywistym staje się fakt, że nie może poświęcać swojego „wyjątkowego” życia dla jakiegoś detektywa po przejściach. Veronica pragnie miłości. Jednak takiej, w której będzie mogła odbijać się niczym w lustrze. Tym razem skierowanej wyłącznie na jej potrzeby.

I właśnie taką miłość odnajduje. A raczej ona odnajduje ją.  Przyjmuje ona postać ekstremalnie przystojnego cudzoziemca o nieziemskiej sile przyciągania delikatnie usposobionych kobiet o artystycznych zapędach. Dla każdego czytelnika jej pochopne decyzje wydają się być po prostu naiwne, a sama Veronica i jej towarzyszki po prostu głupawe. Osłabione swoimi własnymi oczekiwaniami, które przerosły rzeczywistość, na siłę szukają wrażeń w momencie, gdy są najbardziej narażone na ciosy z zewnątrz. I dlatego wiemy, że Lee wcale nie chodziło o te kobiety, ale właśnie o tego jednego opuszczonego mężczyznę.

Jego siła leżała w doskonałej umiejętności rozwiązywania najtrudniejszych spraw. W idealnej zdolności dedukcji. Niestety sprawa z przeszłości nie daje mu o sobie zapomnieć. Wracają koszmarne wspomnienia. Wyrzuty sumienia. Bez pomocy Jack popada w alkoholizm. A gdy miasto zalewa fala rytualnych zbrodni dokonanych na ładnych artystkach, w opóźnionym tempie łączy kolejne fakty. Razem z nim musimy brnąć przez kolejne tropy. Badać poszlaki. Iść na przód. Wyjazd i w końcu tajemnicze zaginięcie Veroniki i jej przyjaciółki tylko dolewa oliwy do ognia. Śledztwo staje się walką z własnymi słabościami.

Gdyby nie „detektywistyczna” postać Jack’a Cordesman’a nie byłoby w tej historii pewnie nic specjalnie wyjątkowego. Poznawalibyśmy kolejne fakty z perspektywy oprawców i ich ofiar. Topilibyśmy się w kolejnych opisach krwawych rytuałów, nie wyciągając nic dla siebie. Dzięki historii opowiedzianej z punktu widzenia Jack’a zyskujemy nowy punkt zaczepienia. Inną wizję rzeczywistości, której głównym celem nie jest ślepe dążenie za pragnieniami, ale pokonywanie kolejnych osobistych barier.

W historiach Edward’a Lee jego bohaterowie nigdy nie zaznają pełnego odkupienia. Ich zemsty nigdy nie bywają w pełni spełnione. Za obcowanie z mocami nie z tej ziemi zawsze przychodzi odpowiednia cena. Zazwyczaj jest to czyjeś życie. Osoby, która najwięcej dla nich znaczy. Którą kochają lub chcieliby pokochać. Dla której poświęcili się w pierwszej kolejności. I ostatecznie okazuje się, że oni wszyscy robili to tylko dla siebie. Wyłącznie po to, by wyzwolić się spod własnej osobistej klątwy. Pokonać swoje głęboko skrywane lęki, pozbyć się słabości. Wyjść poza siebie i poświęcić się w ofierze. By móc narodzić się na nowo. I zacząć od początku.

O.