Site icon Wielki Buk

„Ludzka przystań” John Ajvide Lindqvist

Bombla_LudzkaPrzystań

 

Tradycja! Tradycja! Z ojca na syna, z matki na córkę. Tradycja! Tradycja! Z pokolenia na pokolenie, od zarania dziejów, by utrzymać ustalony porządek. Tradycja! Tradycja! Wierzenia, obyczaje, poglądy – wszelkie treści kultury. Społeczne normy, zachowanie, czy sposoby myślenia – to wszystko i jeszcze więcej przenika do światopoglądu, zostaje przemycone więzami krwi. Nieświadome naśladownictwo, powielanie wzorców, którymi karmieni byliśmy od dawien dawna. Dzięki tradycji przeszłość łączy się z teraźniejszością. To nasze korzenie, wyznacznik naszego miejsca na kulturowej mapie świata. Tradycja może być wyłącznie rodzinna. Takie wewnętrzne przenikanie osobistych treści. Jednak tradycja lubi być zbiorowa, odnosić się do społeczności, do tych mniejszych i większych, chociaż łatwiej jej wtłoczyć się w niewielką zbiorowość. Na przykład w wioskę. Na przykład w wyspę. Odizolowane miejsce na ziemi.

„Domarö nie jest dużą wyspą. Wszystko, co tu się wydarzyło, jest nadal żywe i ma wpływ na czasy współczesne. Miejsca i rzeczy mają swoje znaczenie, o którym łatwo się nie zapomina. Nie uciekniemy od tego.

Patrząc z perspektywy czasu, nasza opowieść jest jedynie drobnym zdarzeniem. Właściwie zmieściłaby się w pudelku zapałek.”

O tradycji z dziada pradziada, której bez szemrania poddają się kolejne pokolenia, opowiada niezwykła powieść grozy autorstwa Johna Ajvide Lindqvista zatytułowana „Ludzka przystań”. Fikcyjna wysepka Domarö, gdzieś w szwedzkim archipelagu na Morzu Bałtyckim. Polodowcowy odprysk skalny, który wyłonił się z fal tysiące lat temu i pozostawił po sobie surową przestrzeń, rzeźbioną przez silne prądy, lodowate podmuchy wiatru, orkany hulające na każdym z jej brzegów. Jednak i tam znaleźli się tacy, którzy postanowili się osiedlić, przywłaszczyć sobie kawałek tej zimnej skały, oswoić ją po trochu i nadać jej nazwę. Ludzie zimnego morza. Rybacy  z wyboru, którzy od początku kierowali się zasadą, że morze karmi, morze odbiera, morze daje, morze zabiera. Morze ma siłę, by odebrać życie w oka mgnieniu, ale ono również to życie daje, więc trzeba być mu posłusznym. Bo tego żywiołu nie da się okiełznać.

W pewien zimowy, słoneczny poranek, Anders, Cecylia i mała Maja wybierają się na wycieczkę. W planach jest przejazd po zamarzniętej zatoce na nartach, aż do latarni morskiej niedaleko ich wyspy. Maja z radości pędzi naprzód, krzyczy, pogania. We trójkę ta mała rodzinka śmieje się, fotografuje i cieszy ze spędzanych razem chwil na roziskrzonym lodzie. Jednak gdy kończą zwiedzać latarnię, piękny sen znika i rozpoczyna się koszmar. Maja znika. Popędziła przodem po schodach i… rozpłynęła się w powietrzu, nie zostawiając śladów. Pomimo poszukiwań dziewczynki nie udaje się odnaleźć. Życie Andersa lgnie w gruzach. Rozpada się jego małżeństwo. On popada w alkoholizm. I kiedy już nie wie, jak sobie poradzić z życiem, postanawia wrócić na wyspę. Do dawnego domu, do rodziny i dawnych znajomych. Ale na Domarö zaczyna dziać się coś dziwnego. Morze zmienia się, przekształca, a wyspa już wkrótce przestaje być bezpiecznym miejscem.

Dziwne zjawiska na wyspie, morze, które zamiast przyjacielem staje się wrogiem. Mieszkańcy Domarö jednak przyjmują to wszystko ze stoickim spokojem. Niby pojawia się niepokój, niby zadają pytania, ale tak naprawdę są świadomi, że wszystko co pochodzi od morza ma swoją cenę. Morze i związane z nim rytuały są właśnie ich przekazywaną od pokoleń tradycją. Bo woda wokół wyspy wymaga ofiar, wymaga przebłagiwania, wymusza konkretne zachowania. Ludzie znikają tam od zawsze w konsekwencji pradawnego układu. Kwestia przyzwyczajenia i pogodzenia się z tym co nieuniknione. To jakby podstawa mieszkańców wyspy u Lindqvista. Taka jest Anna-Greta, czy Elof. W ich krwi płynie ten dziwny układ między człowiekiem a żywiołem, co sprawia, że pewne sprawy są dla nich na porządku dziennym.

Pełnoprawnym mieszkańcem Domarö nie są ludzie, którzy wyspę odwiedzają jedynie od czasu do czasu, w sezonie letnim, żeby spędzić kilka ciepłych tygodni. Nie są to przyjezdni, czy odwiedzający wyspę turyści. Nie są to nawet ci, którzy od lat mieszkają tam i znają każdy zakątek. Mieszkańcami Domarö są wyłącznie ci dopuszczeni do tajemnicy. Ci spośród wspólnoty, którzy znają sekret i potrafią trzymać język za zębami. Zimni ludzie, którzy niejako utracili sposób odczuwania oparty o to, co dobre i o to, co złe. Dobro i zło często się dla nich uzupełnia. Jedno nie wyklucza drugiego. Jak to możliwe? Ich światopogląd opiera się na wierze, że jeśli coś jest dobre dla społeczności, to jest dobre z założenia. Nawet jeśli obiektywnie wydaje się być wykrzywione, wypaczone, nieludzkie w jakiś sposób. Tradycja bowiem musi trwać za wszelką cenę. Nie można przerwać łańcucha wydarzeń, nie można zerwać powiązań. Lindqvist nie przez przypadek ukazał olbrzymią kotwicę, która wydaje się być symbolem uwięzienia. Trzymania w ryzach nie tylko ciemności, ale trzymania w ryzach wszystkich członków wspólnoty na wyspie. Od tradycji nie ma ucieczki. Nie można uciec od morza.

U Johna Ajvide Lindqvista legenda bardzo płynnie miesza się z rzeczywistością. Surowy klimat bałtyckiego odludzia, jak najbardziej namacalny, skalisty, ostry – realistyczny, otoczony jest tym co należy już do sfery spoza miejsca i czasu. Morze ma tu właściwości innego wymiaru. Jest prawie-istotą, jest powłoką, jest wszystkim. Przenika wszędzie, w każdy najmniejszy zakamarek, rozgałęzia się. Zatoka w powieści to jedynie maleńki skrawek oceanicznego tytana, którego macki sięgają każdego miejsca na ziemi, a które mogą także sięgnąć po nieświadomego niczego człowieka. Ten „morski potwór” ma moc tworzenia i niszczenia. Jest bogiem, odpowiedzią na modlitwy, wynikiem wielu lat powielanych działań, których nikt nie odważył się podważyć. Z pewnymi siłami lepiej nie polemizować. Nie zadawać zbędnych pytań. Trzeba zacisnąć zęby i działać.

„Ludzka przystań” Johna Ajvide Lindqvista to niesamowita powieść grozy, która straszy na dwóch zupełnie innych poziomach. Z jednej strony, obecny jest tutaj terror z dosłownej morskiej otchłani. Strach przenika powoli, podchodzi do drzwi, puka i ucieka, by w końcu dopaść i nie wypuszczać ze swoich szponów. Z drugiej strony, historia Domarö budzi lęk egzystencjalny. To nieczyste zagranie wobec czytelnika, który sięgając po horror dostaje o tyle więcej i wychodzi z całości lektury oszołomiony, psychicznie przygnieciony ogromem zamysłu autora. Bo w całej tej paranormalnej otoczce niewyjaśnionej dziwności, istnieje bardzo intrygująco zarysowany pierwiastek ludzki –strach, ból, niemoc pogodzenia się ze stratą i zgoda na poświęcenie w imię większego dobra, w imię społeczności, w imię tradycji. Coś się skończyło i coś musi na nowo się rozpocząć. Takie są koleje losu. Tak zawraca czas. Tradycja! Tradycja!

O.

 A kto chciałby wystraszyć się mocniej, brutalniej i bardziej obrazowo, ten znajdzie „Ludzką przystań” w nieco odmiennej wersji na vlogu Wielkiego Buka:

Exit mobile version