„We Were Liars” E. Lockhart

Bombla_WeWereLiars

 

„Welcome to the beautiful Sinclair family. No one is a criminal. No one is an addict. No one is a failure. The Sinclais are athletic, tall and handsome. We are old-money Democrats. Our smiles are wide, our chins square, and our tennis serves aggressive.”

Pamiętacie te czasy, gdy zdawało się, że cały świat leżał u Waszych stóp? Te szalone lata młodości. Kiedy wszystko wydawało się takie piękne. Wszystko wydawało się takie realne. Pewne i na wyciągnięcie ręki. Wakacje trwały miesiącami, a życie było dopiero przed nami. Dorosłość zawieszona w czasie. Jeszcze niedostępna. Taka odległa. Życie bez planów na przyszłość. Bez konkretnych celów. Dziesiątki marzeń i wiara, że pewnego dnia chociaż część z nich będzie mogła się spełnić. Życie bez zobowiązań, u boku rodziny, odliczanie dni do początku lata. Upalne miesiące… To wtedy traciło się poczucie czasu. Znikało na całe dnie, szukając przygód. Pierwsze miłostki, skradzione pocałunki, wino dzielone na kilka osób, gdzieś w ukryciu. Plaża, kwiaty we włosach, piasek między palcami. Świetna zabawa. Doskonałe, tak ulotne chwile, do których powrót wydaje się prawie już nierealny. Magiczny jakiś. Dni wycięte z kalendarza, jak z zupełniej innej rzeczywistości. Z cudzego życia. Co było prawdą? Co było snem? Co stało się największym koszmarem?

Historię pewnego lata, które zmieniło życie jej bohaterów na zawsze, opowiada doskonała, pełna tajemnic, sekretów i twistów powieść E. Lockhart „We Were Liars”. To opowieść o upadku raju, gdy zrywane są maski, a prawda wychodzi na jaw. Opowieść o dojrzewaniu, pierwszej miłości i wyborach, które niekoniecznie muszą przynosić dobre zakończenie. O uzdrawiającej mocy wspomnień, które nawet jeśli niezwykle bolesne, przynoszą ukojenie. O samotności. O przyjaźni. Ale przede wszystkim o rodzinie. Rodzinie niezwykłej, niezbyt normalnej. O chorych relacjach zbudowanych na fałszywych pobudkach. To opowieść brutalna. I gorzka. Zapach rozgrzanego piasku, słonej wody i wodorostów zbyt szybko przekształca się tutaj w smród rozkładu i spalenizny. Niemniej warto wsiąść na prywatną łódź. Warto przemierzyć ocean i wraz z bohaterami powieści odwiedzić Beechwood Island, na której wszystko się zaczęło.

Poznajcie rodzinę Sinclair. Jak mówią już pierwsze zdania z książki, nikt w tej rodzinie nie jest przestępcą, nikt nie jest narkomanem i nikt z nich nie jest porażką. Na sam początek dostajemy trzy kłamstwa, bo to właśnie o Kłamczuchach jest opowieść. Ale z zewnątrz Sinclairowie są właśnie tacy – bez skazy, perfekcyjni, po prostu piękni. Nawet ich nazwisko jest niezwykle znaczące, bo dosłownie tłumaczyć jest można jako „pozbawieni grzechów”. Każdy chciałby nimi być. Nie wierzycie? Rodzina Sinclair jest niezwykle bogata. Mają najpiękniejsze domy, kończą najlepsze szkoły, a wakacyjne miesiące spędzają na swoje prywatnej wyspie, która staje się niemym świadkiem wszystkich wydarzeń. Historię opowiada Cadence Sinclair, osiemnastoletnia dziewczyna z wielką traumą. Całe jej życie było spełnionym snem, aż do pewnego lata, po piętnastych urodzinach, gdy wszystko się zmieniło i obróciło w koszmar. Nie pamięta tamtych wydarzeń. Nie potrafi powiedzieć, co przeżyła i dlaczego jej cała rodzina trzyma przeszłość przed nią w tajemnicy. Cady, jak sama o sobie mówi, coś straciła, zapadła się w sobie. Przytrafił jej się wypadek, jakaś potworna trauma, ale wspomnienia spowija mgła, która ściąga ją w dół i tłamsi migrenami. Tego lata członkowie rodziny pozwalają jej wrócić na wyspę. Spróbować zacząć wszystko od nowa, a być może dojść do prawdy i rozwikłać zagadkę samej siebie i tego, co przytrafiło się jej w tamte spowite niepamięcią wakacje.

Lockhart wybrała pewną grę z czytelnikiem. Wprowadziła narratorkę, której nie można ufać. I to nie tylko dlatego, że Cady sama sobie nie ufa, a karty, które po kolei odkrywa są wielkim zaskoczeniem także dla niej samej. Przede wszystkim dlatego, że rodzina Sinclair, i w tym także Cadence, są urodzonymi kłamcami. Nie są to kłamstwa wyrachowane. Nie są to kłamstwa wypowiadane z premedytacją, by kogoś skrzywdzić. To kłamstwa, które tworzą wokół nich ochronny płaszcz, bo prawda wydaje się im być potworniejsza od zwyczajnych iluzji. A tych iluzji stworzyli już mnóstwo. Wakacyjna wyspa zamieniła się w zaczarowaną krainę, gdzie nic nie jest do końca szczere, gdzie wydarzenia bywają złudne, a słowa mają podwójne, czy nawet potrójne znaczenie. Fabuła zbudowana jest na niespójnej pamięci Cady, a ta natomiast oparta jest na trójce jej najbliższych przyjaciół – Johnnym, Mirren i Gattcie. Johnny i Mirren to dwójka jej kuzynów, a Gat to syn przyjaciela rodziny. Razem spędzają każde lato, razem szaleją na Beechwood Island i razem zapracowali sobie wspólnie na ksywkę Liars, czyli Kłamczuchy. I tak przezywa ich cała rodzina. Rodzina, która sama ma wiele do ukrycia, a jej codzienne relacje zależą od wzajemnie opowiadanych sobie kłamstw i półprawd.

To właśnie na relacjach pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny a Cadence budowany jest główny wątek. Cady musi od nowa odtworzyć samą siebie, odbudować zaginione wydarzenia, żeby odzyskać równowagę, dojrzeć i móc wreszcie pójść naprzód ze swoim życiem. Jednak przede wszystkim, służy to prawdziwemu oderwaniu się od Sinclairów. Ich idealne życie, wyuczone zachowanie, powtarzane w nieskończoność formułki, za którymi kryje się jedynie pustka, maskują śmierć, rozwody, wypadki – wszystkie mniejsze i większe tragedie, z którymi mierzą się wszystkie rodziny na świecie, a które w przypadku Sinclairów wydają się być na tyle wstydliwe, że konieczne do ukrycia. Odzyskanie własnej tożsamości poprzez odzyskanie pamięci nie będzie łatwe w takim otoczeniu. Cadence jest pilnowana, karmiona półsłówkami, otaczana szczelną opieką w taki sposób, że wyspa w końcu wydaje się być pięknym więzieniem, ale tylko więzieniem, gdzie zatrzymał się czas i gdzie utknęła sama dziewczyna. Odurzona tabletkami, zamroczona gigantycznymi bólami głowy, przemierza szlaki, odbudowuje relacje z kuzynami, przenika rodzinne sekrety, by w końcu, w kulminacyjnym momencie, odzyskać siebie.

Powieści E. Lockhart nie można się oprzeć. „We Were Liars” napisana jest w taki sposób, że dosłownie nie można się oderwać. Co więcej, na okrągło zmuszeni jesteśmy chociaż na chwilę spoglądać na wszystko z dystansu, żeby nie wpaść do tej czarodziejskiej krainy, którą odrysowuje przed nami Cadence. Tylko w ten sposób czytelnik może sam odgadnąć już wcześniej, co tak naprawdę się wydarzyło i dopingować dziewczynę w dotarciu do celu. Fabularne zawijasy, ślepe uliczki, mgliste przesmyki – z początku nic nie jest pewne, a jednak brniemy dalej, by rozwiązać zagadkę wydarzeń sprzed lat. Wraz z bohaterką przebijamy się przez wypracowaną perfekcyjną fasadę rodziny Sinclairów i przenikamy do jej wnętrza, by przekonać się, że nie wszystko złoto co się świeci, a niektóre tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne – nieważne jak mroczne, jak bardzo bolesne. Bo tylko to pozwoli pogodzić się traumą i zamknąć na zawsze drzwi do przeszłości.

O.

„Święta Noc” Tahar Ben Jelloun

Bombla_ŚwiętaNoc

 

„Najważniejsze, by dwadzieścia lat życia na niby przestało mi ciążyć, bym przestała spoglądać w wstecz i mogła dać kopniaka całej hordzie wspomnień, które mnie goniły, prześcigając się w tym, co głęboko skrywane, nieznośne i uwłaczające. Wiedziałam, że jeszcze przez jakiś czas będę musiała się zmagać z tymi zwojami zasupłanych lin. By się ich pozbyć, musiałam być nieobecna, wyjść, nim zapukają do drzwi mojego snu.”

Dawno, dawno temu, gdzieś w czasie spoza czasu, w marokańskim miasteczku wśród piasków pustyni, pewien mężczyzna zapragnął mieć syna. Nie było to pragnienie na wyrost – los poskąpił temu bogobojnemu człowiekowi męskiego potomka, obdarzając go w zamian siedmioma córkami, odbierając nadzieję przy każdych kolejnych narodzinach. Zawiedziony, pełen zwątpienia i poczucia narastającego nieszczęścia, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Obmyślił plan i złożył samemu sobie obietnicę, że kolejne dziecko będzie wymarzonym synem, cokolwiek się nie wydarzy. Wyczekiwana chwila porodu nadeszła, a dziewczynka, która pojawiła się na świecie, tuż po narodzinach stała się chłopcem. Zrodzona z marzeń, zrodzona z ojcowskich słów. Ahmed ukrywający pod ubrankami Zahrę. Ale przecież my już poznaliśmy tę historię. Szeptał ją pustynny wiatr, przekazywał z ust do ust bajarzy, kontynuowali ją słuchacze i czytelnicy. Zahra zyskała wiele głosów, wiele twarzy, ale dopiero teraz w świętą noc, dostała możliwość, by snuć własną opowieść. Przekazać prawdę i oczyścić duszę z odwiecznej tęsknoty.

„Święta Noc” Tahara Ben Jellouna podejmuje opowieść o Ahmedzie, który na powrót stał się Zahrą, bezpośrednio po zakończeniu historii zapoczątkowanej w „Dziecku piasku”. Tym razem jednak, autor odrzucił  konwencję polifonicznej baśni i oddał głos samej Zahrze, która wyszła z ukrycia i postanowiła przemówić po raz pierwszy, po latach milczenia. Gdzieś po drodze jej historia utraciła swoją mityczność, uniwersalność, którą próbowali zapożyczać poprzedni bajarze i wreszcie stała się jej własną opowieścią. Dziwną, miejscami przerażającą, ale należącą tylko do niej. Piaski pustyni o magicznych właściwościach zastąpiły ciasne ulice miasta. Czasami tak ciasne, że aż ciężko się przez nie przecisnąć. Zaułki, gdzie czuć na sobie nieprzychylny wzrok, gdzieś z wysoka, wyrażający ostateczne sądy. Zagubione place, na których starowinki szepczą swoje zaklęcia i klątwy. Duszne łaźnie, w których wraz z parą unoszą się niespokojne uczucia, tchnienia miłości. Zamiast wspaniałej oczekiwanej wolności, jakaś klaustrofobia przestrzeni. Przed Zahrą i jej słuchaczami daleka droga , by u kresu wspomnień ujrzeć nadzieję.

Prawdziwa historia Zahry zaczyna się w tytułową Świętą Noc – dwudziesty siódmy dzień ramadanu. W tę noc umiera jej ojciec i to w tę noc, zgodnie z wierzeniami, ważą się losy wszelkich istot całego świata. Układa się ostateczne przeznaczenie. I to właśnie tej nocy Zahra uzyskuje pozorną wolność. Pozorną, gdyż z Ahmeda, który jako mężczyzna mógł być każdym, przekształciła się ostatecznie w kobietę, z góry ograniczonym zestawem praw. W chwilę później, pozbawiona bezpiecznej otoczki własnej męskości, zostaje porwana przez tajemniczego jeźdźca, by wkrótce samotnie musieć przemierzać pustynny szlak i trafić do miasta, w którym rozegra się pojedynek o jej przeznaczenie. To tam pozna czym jest poświęcenie, oddanie i miłość. Wykorzeniona na własne życzenie, Zahra będzie musiała poddać się własnej słabości, wkroczyć do krainy cienia i ludzkich namiętności, które do tej pory stanowiły dla niej zagadkę.  Jej prawdziwa opowieść od czasu do czasu przeplatać będzie się z wizjami martwych opuszczonych krain, surrealistycznymi wizjami pełnych sennych widziadeł, majaków i marzeń. Jak rozbita baśń, w mrocznych, ciemnych kolorach, gdzie realne miesza się z tym co wyobrażone, gdzieś na skraju istnienia i to właśnie wyobrażona wizja daje bohaterce ukojenie.

Odzyskany głos Zahry to niezwykle subtelna, niemalże dziewczęca w wydźwięku spowiedź. Próba odtworzenia straconych dni poprzez pieczołowite snucie kolejnych wątków i dodawanie do nich kolejnych, odzyskanych poprzez opowieści dni. Zahra odrzuca kłamstwa i pozory. Zamyka za sobą rozdział Ahmeda, który tak naprawdę od zawsze należał do jej ojca. To zapowiedź buntu przeciw patriarchalnej strukturze społeczeństwa, przeciw nielogicznym prawom wbrew naturze, a przede wszystkim przeciw uciskowi kobiet. Z początku ten odzyskany głos Zahry jest cichy, niemal szepczący, tak jak stłumiona jest jej kobiecość i skrywany w piersiach krzyk. Życie w terrorze i upodleniu sprawia, że to, co przynależne jej płci jawi się jej jako potworne i nienaturalne. Jej zadaniem jest uciec przed strachem, otworzyć serce i z niespotykaną w tej kulturze szczerością, jak Szeherezada, której kobiecość również była wciąż zagrożona, kontynuować swoją opowieść. Brnąć naprzód, przeciw światu, ale naprzeciw życiu.

„Święta Noc” to relacja z przemilczanych wspomnień. Zahra musi mówić, musi wypowiadać się, by słowami stworzyć siebie od nowa, zbudować utraconą tożsamość, tak jak kiedyś, zupełnie na początku, stworzył ją jej ojciec. Słowo samo w sobie staje się obsesją – daje jej zarówno szczęście, jak i strąca w przepaść. Niemniej, kobieta wciąż mówi. Nawet gdy jest tłamszona, torturowana, wykorzystywana. Opowieść także i tutaj jest swoistym katharsis dla bohaterki, ale oczyszcza ją z samej siebie, z dawnego ja i jego wspomnień, by wreszcie odzyskać cielesną i psychiczną pełnię. By Zahra ostatecznie stała się Zahrą.

O ile „Dziecko piasku” puszczało wodze fantazji, tworzyło zwiewne fatamorgany i majaczyło na granicy snu i jawy, to „Święta Noc” zakorzeniła się w smutnej codzienności muzułmańskiej kobiety, która próbuje wyrwać się z narzuconych zasad i na nowo poznać siebie poprzez zmysły.  Słowa nie dają tylko komfortu. Nie przynoszą jedynie wyczekiwanej ulgi. To gorzka spowiedź, która zrywa w końcu wszystkie maski. Niszczy ostatecznie niedopowiedzenia.  Wyciąga na światło dzienne wspomnienia rodem z koszmarów, pełne bólu i niewyobrażalnego cierpienia. Przed śmiercią wszystko staje się jasne. Wszystko staje się namacalne. I prawdziwe. Jak okaleczone ciało i dusza, którą uwalniają słowa.

O.

**Za tę wyjątkową książkę dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

BEZSENNE ŚRODY: „The Glamour of the Snow” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneGlamourOfTheSnow

 

„A delicious happiness was in his blood. Over the edge of the hills across the valley rose the moon. He saw her silver sheet the world of snow. Snow covered all. It smothered sound and distance. It smothered houses, streets, and human beings. It smothered–life.”

Człowiek od zawsze próbuje ujarzmić Naturę. Poskromić zwierzęce instynkty, nadać wszystkiemu sens i rozłożyć na czynniki pierwsze. Podzielić, podbić i stanąć na szczycie zwycięskiego stosu z ciał pokonanych. Ach, jak doskonale byłoby przeczesać wszystkie głębiny, przelecieć kosmos wzdłuż i wszerz, ukształtować drzewa pod nasze widzimisię, ujarzmić całą faunę i florę. Sklasyfikować wszystko po kolei, sfotografować i poukładać w ładne równe kolumny w niekończących się tabelkach lub bliźniaczo podobnych do siebie rzędach folderów i segregatorów. Nie byłoby żadnych pytań. Nie byłoby dociekań. Nie byłoby wyobraźni. Nie byłoby baśni. Nie byłoby wierzeń. Opowieści robotów, mechanicznie dążących do samozagłady.

Na szczęście ta smutna wizja jeszcze nam nie grozi. Bo Natura wciąż ma kilka asów w rękawie. Potrafi nas mamić i bawić się naszą naiwną wiarą w nieskończone możliwości. Jednym tchnieniem potrafi przywrócić pierwotny porządek rzeczy. Pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce. O takiej wszechwładnej mocy płynącej z majestatycznych gór, okrytych zimowymi połaciami śniegu opowiada Algernon Blackwood w pięknym, mroźnym opowiadaniu „The Glamour of The Snow”, tak na przekór słońcu i na przekór wakacyjnej porze.

W środku zimowego sezonu narciarskiego, w alpejskim miasteczku pełnym turystów, wolne chwile w jednym z hoteli spędza Hibbert – pisarz, marzyciel, samotnik, który swój czas dzieli pomiędzy zapiskami, podziwianiem górskich widoków i korzystaniem z miejscowych rozrywek. Hibbert ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich innych ludzi wokół, a przynajmniej tak jemu samemu się wydaje – łączy go głęboka więź z Naturą, bezkresną siłą, przed którą nie można uciec. Pewnej nocy Hibbert znudzony tańcami, odczuwa olbrzymią potrzebę pojeżdżenia na łyżwach. Wkrótce do przepełnionego dziecięcą radością mężczyzny dołącza na tafli tajemnicza dziewczyna o lodowatych dłoniach i nieuchwytnym spojrzeniu, która szepce mu obietnice, nęci i mami, kreśląc wspólnie figury na lodzie. Zafascynowany Hibbert próbuje dowiedzieć się kim jest, skąd przybywa, gdzie mieszka, ale zanim cokolwiek mogłoby się wyjaśnić, dziewczyna znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Na nic zdają się poszukiwania. Na nic rozpytywanie i rozglądanie się wśród hotelowych gości. Ale już niebawem dziewczyna znów pojawi się wieczorną porą i Hibbert wyruszy za nią w ciemną, śnieżną noc, by przekonać się jaką tajemnicę skrywa nieznajoma.

Nie przypadkiem Natura zarówno u mnie w tekście, jak i w samym opowiadaniu Blackwooda pisana jest z wielkiej litery. Ma wzbudzić respekt. Przerażenie. Dać do zrozumienia czytelnikowi, że tutaj nie będzie żartów. Natura to bezwzględna siła, której mocy nigdy nie będzie można okiełznać. Ba, zrozumieć nawet w pełni. Wysoko w górach, gdy zawodzą zmysły, a wokół leży jedynie śnieg, który szaleńczo wiruje wokół odbierając czujność, Natura ma swoje królestwo i w pełni może ukazać moc jaką operuje. To dzicz i niebezpieczeństwo w najczystszej postaci, które otępiają i strącają człowieka w otchłań szaleństwa. Algernon Blackwood w „The Glamour of The Snow” odtworzył niejako baśniową Królową Śniegu, która kusi zdradzieckimi uśmiechami, by w końcu porwać i odebrać wszystkie siły. Hibbert jak dawniej u Andersena chłopczyk Kaj, zostaje wciągnięty w lodowy żywioł, ubezwłasnowolniony przez wspomnienie, przez obietnicę szczęścia. Jest w tej opowieści ostrzeżenie. Jest coś, co przypomina nam, że przysłowiowe „szkiełko i oko” nie uratują nas, gdy przyjdzie stawić czoła bezwzględnym siłom Natury.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo lodowe palce zaciskają się na mojej dłoni.

O.

*Kto poszukuje zimy w środku lata lub tak jak ja tęskni już za lodowym podmuchem, bądź zauroczony pragnie zanurzyć się w śnieżną otchłań, ten odnajdzie „The Glamour of The Snow” w pełnej, oryginalnej wersji TUTAJ.

**Opowiadanie znalezione i polecone przez niezastąpioną Martę z LolantaCzyta – dziękuje Kochana :*

„Seed” Ania Ahlborn

Bombla_Seed

 

„He knew, firsthand, that the devil was real; he’d seen it with his own two eyes. But he’d never seen God. He’d never felt God. He’d never been helped by God. For all he knew, wickedness was strong enough to exist in a world without good.”

Istnieje takie prostoduszne powiedzenie, że podobno „dzieci nigdy nie kłamią”.  Zawsze mówią prawdę, bo nie są zdolne do oszukiwania z rozmysłem. Z natury są naiwne i bezbronne. Biedne i podatne na negatywne wpływy z zewnątrz, na ponury świat dorosłych, który odbiera im tą założoną z góry niewinność, krzywdząc je tym samym bezpowrotnie. Chciałoby się wierzyć, że tak jest naprawdę, chociaż zdrowy rozsądek i własne wspomnienia negują takie poczciwe myślenie o dziecku. Jednak powiedzmy, idąc tym tokiem myślenia, że jeśli dziecko kłamie, jeśli z premedytacją krzywdzi i cieszy je cierpienie innych, to w takim razie jest z takim dzieckiem coś mocno nie tak. Jakaś dewiacja. Jakaś perwersja. Odchylenie od normy. Dzieje się z nim coś zdecydowanie niedobrego, czemu należy zaradzić od razu, z miejsca, nie ignorując zmian i szybko znajdując rozwiązanie problemu. A co jeśli problem nie jest wcale taki oczywisty? Jeśli wynika z uwarunkowań genetycznych? Jakiejś skazy, rodzinnego piętna, klątwy, która przechodzi z pokolenia na pokolenie?

O terrorze i przekształceniu się dziecka w potwora opowiada Ania Ahlborn w powieści zatytułowanej „Seed”. Jest coś przerażającego w dziecku, które z dnia na dzień staje się kimś innym. Kimś, kogo jego najbliżsi już nie potrafią rozpoznać. Ból, cierpienie, bezdenny strach rodzi  się tak nagle, że rodziny rozpadają się w oka mgnieniu, nie potrafiąc zrozumieć co się dzieje. Wypierają prawdę, nie mogąc pogodzić się ze smutną rzeczywistością. Czasami taka zmiana przychodzi z czasem, czai się w dziecku i wraz z nim rośnie, by w końcu wyjrzeć na światło dzienne. A czasami przydarza się coś tak silnie wpływającego na umysł dziecka, że przekształcenie zachodzi od razu, a organizm potrzebuje zaledwie chwili, by się przystosować. Takim wydarzeniem może być na przykład wypadek. W środku nocy. W sercu bagiennej Luizjany, gdzie ciemność jest ciemniejsza niż gdziekolwiek indziej, a wody w bayou bulgoczą cicho.

Rodzina Winterów, powraca do domu po uroczym urodzinowym dniu najmłodszej córeczki. Zapadła noc. Oprócz Jacka, który prowadzi bezpiecznie samochód przez mroczne ścieżki wzdłuż bagien, wszystkie trzy kobiety jego życia – żona Aimee, córka Abby i najmłodsza Charlie – smacznie śpią wokół niego. Nagle na drogę wybiega coś, nie-zwierzę, ale też nie-człowiek, co spogląda prosto w oczy Jacka i znika w ciemnościach. Niestety pojawienie się tego czegoś na drodze wymusza w kierowcy automatyczny obrót kierownicy i samochód koziołkuje wzdłuż drogi. Krzyk, płacz, histeria, ale nikomu nic się nie stało. Przynajmniej tak się wszystkim wydaje, bo Charlie również widziała oczy na drodze. I pustkę, którą w sobie kryły. Od tego dnia życie Winterów zamienia się w koszmar. Coś zaczyna się dziać z dziewczynką, a jej zachowanie niebezpiecznie zaczyna przypominać Jackowi jego własne wspomnienia z dzieciństwa, gdy jeszcze mieszkając w Georgii z rodzicami, odnalazł dziwne cmentarzysko wśród drzew, a pewnego dnia poczuł na sobie wzrok tego co czaiło się wśród nagrobków. Teraz to jego najukochańsze dziecko dotyka to, czego on nie potrafił pokonać w przeszłości.

Ania Ahlborn stworzyła opowieść, którą można odbierać na dwa różne sposoby i każdy z nich będzie w pełni uzasadniony.  Z jednej strony, „Seed” można wziąć całkiem dosłownie – dziewczynka została opętana przez demona, tak jak kiedyś opętany został jej ojciec i prawdopodobnie ta makabryczna kronika opętań ciągnie się wstecz, wzdłuż całego drzewa genealogicznego jego rodziny. Z drugiej zaś strony, cień, który krąży nad rodziną Jacka nie ma wcale zbyt wiele wspólnego z nadprzyrodzonym, ale jest po prostu uwarunkowaniem genetycznym, chorobą, która atakuje nagle, poprzedzona traumatycznym wydarzeniem. Losy bohaterów zarysowane są na tyle subtelnie, wszelkie wzmianki i wskazówki są tak dwuznaczne, że właściwie to od czytelnika zależy, którą wersję wydarzeń wybierze. Luizjana jawi się jako kraina, gdzie to co nierealne, nie z tego świata, przenika do rzeczywistości, a zjawiska paranormalne są codziennością jej mieszkańców. Znaleźć można tu voodoo, dziwne pogańskie wierzenia ludzi z bagien, a nad wszystkim czuwa jeden Bóg chrześcijan, którzy krzyżem i modlitwami co niedzielę próbują uchronić się od złego, mając nadzieję, że diabeł nie wyjdzie z otaczających ich drzew.

Całe założenie tej historii wychodzi jednak z jednego podstawowego pytania: „Czy Bój istnieje?” Bóg w tym pytaniu oznacza spersonifikowane dobro, siłę, która swoją mocą potrafi zniszczyć wszelką niegodziwość. Bóg nie przynależy tu do konkretnej religii, czy wierzeń – chodzi o symbol, o podstawę istnienia. Bohaterowie „Seed” zostają skonfrontowani ze złem w czystej postaci, które, na przekór ich logice, wyłania się z tego co najczystsze i pełne radości – z sześcioletniej dziewczynki. To jest jak koszmarna iluzja, jakaś sztuczka dla kochających rodziców, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziecko może przekształcić się w sadystę, a nawet w mordercę jeśli zechce. Bo przyznanie się do tej przemiany automatycznie neguje istnienia ostatecznego dobra. Łatwiej jest poszukiwać nadprzyrodzonego, tajemniczej choroby, czy miejscowej traumy. O wiele łatwiej przyjąć założenie, że to chwilowa zmiana i zwykła tabletka, czy szczery uśmiech mogą ją odwrócić. Wypierają psychiczną chorobę, której objawem jest bezkresne okrucieństwo. „Demon” dręczący Charlie jest tym samym „demonem”, który dręczy Jacka. W ich oczach przybiera konkretny kształt i ma konkretny głos. Ojciec i córka są opętani, a przez to ciężko chorzy i nikt nie jest w stanie im pomóc, dopóki oni sami nie zaczną nazywać rzeczy po imieniu.

„Seed” czyta się z zapartym tchem, przy ostro rozjarzonych światłach, tak, by żaden niespokojny, drgający cień nie pojawił się w żadnym kącie. Przemiana Charlie działa na wyobraźnię, włącza czerwone światełko, gdzieś w zakamarkach umysłu. Zmusza do zastanowienia się nad kwestią zła – czy jest wrodzone, czy może nabyte? Tak samo nad kwestią dobra, bo jeśli nie ma konkretnych dowodów, to czy można być dobra pewnym? Ania Ahlborn, której „The Bird Eater” równie przekonująco przeraża realnością wydarzeń, potrafi w jedynie sobie znany sposób wykreować grozę z pozornie niegroźnych sytuacji. Wtłoczyć diabła tam, gdzie wydawałoby się, że nie powinien wcale się pojawić. A po lekturze pozostaje uczucie, że trzeba od czasu zerknąć przez ramię, czy coś nie czai się wśród gałęzi, nie przebiega za drzewami, nie wyczekuje, by dorwać nas w swoje szpony i wciągnąć do królestwa ciemności.

O.

„Londyn NW” Zadie Smith

Bombla_LondynNW

 

„Jest pewien związek między nudą i pragnieniem chaosu. Pomimo tylu różnych masek i póz może nigdy nie przestała chcieć właśnie tego – chaosu.”

Każde większe miasto ma swoje lepsze i gorsze dzielnice. Każde miasto ma swoje blokowiska. Osiedla z wielkiej płyty. Specyficzne enklawy, które reprezentują sobą pełny przekrój miejskich cech. Betonowe krainy, pełne sekretnych miejsc, tajemniczych przejść, kryjówek i niebezpiecznych zaułków, w które lepiej nigdy nie zabłądzić. To takie zamknięte światy, w których odnajdują się tylko ci, którzy do nich przynależą. Ci, którzy tam się wychowywali i spędzili lata wchłaniając ich specyficzną atmosferę. Dzielnice, od których nigdy tak naprawdę nie można się w pełni wyzwolić. Ich charakter przenika do krwiobiegu mieszkańców – slang, kultura, zasady, których należy się trzymać. W takie blokowiska nie zapędzasz się bez potrzeby. Nie kręcisz się i nie rozglądasz. I nie oceniasz nigdy, bo z perspektywy każda opinia wydawać się może raczej niepochlebna. Przestępczość, wzmożona działalność gangów, brak perspektyw… Na pierwszy rzut oka tylko, bo tam gdzie tysiące ludzi żyje razem z dnia na dzień, tam tyle samo miesza się pragnień i marzeń, gdy zgasną światła i nadejdzie noc.

Słodko-gorzki obraz rodowitych mieszkańców jednej z londyńskich dzielnic i ich potrzebę wyzwolenia się z trybów codzienności pokazuje Zadie Smith w swojej najnowszej powieści „Londyn NW”. Londyn NW, czyli North-West London, północno-zachodnia część Londynu – dzielnica blokowisk, w tym fikcyjnego Caldwell, w którym wychowali się bohaterowie snutej przez Smith opowieści. Część miasta wraz z jego tętniącym pulsem, tożsamościowo-rasowym tyglem, w którym kotłują się dziesiątki różnych narodowości świata, podszyta klasyczną brytyjskością, tworzy niezwykłe tło dla opisywanego życia, dramatów i wyborów, jakich zmuszeni są podejmować mieszkający tam ludzie. Jak dawniej u Dickensa, tak dzisiaj u Zadie Smith, miasto i jego konkretny, niemalże autonomiczny kawałek, wraz z typowymi dla siebie problemami, staje się nie tylko tłem dla krzyżujących się ze sobą losów bohaterów powieści, ale czynną częścią miejscowej tożsamości.

Opowieść otwiera Leah Hanwell – rudowłosa młoda kobieta, w której płynie irlandzko-brytyjska krew. Ma trzydzieści pięć lat, wraz ze swoim mężem Michelem, pół-Algierczykiem, pół-Gwadelupczykiem, zajmuje jedno z mieszkań kompleksu NW i jest jedyną białą kobietą w miejscowej fundacji dobroczynnej. Jej życie, po latach szaleństw młodości, eksperymentach seksualno-narkotykowo-politycznych, sunie już spokojnym torem. Zarówno jej mąż, jak i matka wraz z okolicznymi znajomymi wyczekują od Leah, by wkrótce zaszła w ciążę i tym samym tradycyjnie spełniła swoją powinność jako żony i kobiety w ogóle, a także, by mogła już pójść naprzód i swoją pozycją matki dopełnić przeznaczenia. Tylko że Leah wcale matką zostać nie chce. Udając, że „stara” się o dziecko, w sekrecie przed Michelem i wszystkimi wokół, łyka tabletki antykoncepcyjne, a gdy przypadkiem zachodzi w ciążę – po cichu dokonuje aborcji. Trzeci raz w życiu.

Po przeciwnej stronie stoi jej przyjaciółka, dawniej Keisha, dzisiaj Natalie Blake – poważana prawniczka, której udało się „wyrwać” z Caldwell, polepszyć swoją pozycję społeczną i niejako uciec od piętna jakie pozostawia po sobie dzieciństwo spędzone w Londyn NW. Natalie ma super-przystojnego męża z bardzo bogatej rodziny, dwoje uroczych dzieci i własny dom, o którym Leah z Michelem mogą tylko pomarzyć. Natalie nigdy nie miała żadnych poważnych problemów, nie wyróżniała się niczym i po kolei, bezpiecznie, bez wpadki, zaliczyła kolejne poziomy dorosłości. Tak przynajmniej o znienawidzonej przyjaciółce myśli Leah. Bo to jak jest naprawdę dowiadujemy się od samej Keishy/Natalie, o jej wzlotach i upadkach, o życiu w przeświadczeniu o swojej nicości. Natalie walczy ze swoją tożsamością, zmienia się i kamufluje w zależności od tego „jak wiatr zawieje”. Nie potrafi być sobą, bo woli być kimś zupełnie innym, a tak naprawdę nigdy nie próbowała siebie odnaleźć. Do czasu.

Historie Leah i Natalie łączy pozornie wcale niepowiązana historia Felixa Coopera, którego poznajemy dopiero w ostatnim dniu jego życia, a tak naprawdę jedynie kilka godzin przed tragiczną śmiercią. Wiedząc już, że to jego ostatnie chwile (informacja o jego śmierci pojawia się jeszcze zanim poznajemy bohatera) mamy wgląd w intymny świat, który łączy przeszłość i teraźniejszość. Towarzyszymy mu tuż po przebudzeniu, w mieszkaniu ukochanej, podczas wizyty u ojca-narkomana, gdzie wspomina dzieciństwo i młodość, czy w ostatnich momentach w mieszkaniu byłej kochanki, którą żegna, by zacząć nowe, lepsze i odpowiedzialne życie u boku obecnej dziewczyny. To, co go spotyka jest jak najbardziej codzienne, wpisane w otoczenie, w jakim przyszło Felixowi przebywać. To smutne przeznaczenie jest ciemną stroną miasta, mrocznym oddechem ulic, gdzie dobry odruch często bywa opacznie zrozumiany, a gdzie ludzie nieprzyzwyczajeni do uczciwości biorą każdy jej objaw za gest złej woli.

Trzy zupełnie różne postacie, każda z nich połączona całą siecią powiązań, która swoje źródło ma w zapomnianych zaułkach NW. Czas niby płynie, a tak naprawdę zatrzymał się lata wcześniej, bo w NW wszystko stoi. Hasło: stagnacja. Stagnacja pragnień. Stagnacja życia. Wszystko to samo. Od zawsze. Kolejne pokolenia kontynuują egzystencję swoich rodziców, przesiadując na ulicach, handlując narkotykami, zapijając się na śmierć i rodząc rzesze takich samych dzieciaków, które nigdy nie wyjdą poza blokowisko. A komu uda się wyrwać, komu uda się jakoś uciec, ten i tak będzie nosił piętno tamtych miejsc, wyryte w duszy, która nie potrafi się oderwać od korzeni. Bez względu na aspiracje Natalie zawsze w sercu będzie Keishą, Leah wyzwoloną awanturnicą, a Felix chłopakiem, do którego raz uśmiechnęło się szczęście. Zagubieni i odnalezieni bądź straceni już bezpowrotnie. Poszukiwacze chaosu, brutalnego oderwania, które wymusi zmianę i popchnie do innych wymiarów, wykreuje inne losy, zapisze osobne dzieje, w których Caldwell będzie tylko przeszłością. Niczym więcej.

„Londyn NW” spod pióra Zadie Smith jest boleśnie realny. Każda kolejna strona to coraz intensywniejsze poczucie zrozumienia dla każdej z tych postaci. Znając ich początek, o wiele łatwiej zrozumieć ich dalsze losy, pomimo, że są niedokończone, zawieszone w przestrzeni. Leah i Natalie przebijają się przez same siebie, by w końcu dokopać się do prawdy i przyznać się do niej otwarcie. Ściągnąć maski – pokazać swoją prawdziwą twarz. Felix również korzysta z tej szansy, ale wtrąca się przeznaczenie. Przebija się tu rozpacz straconych złudzeń, bezcelowych poszukiwań i zagubionych marzeń. Jest w tym prawdziwość, którą trudno ująć w słowa, a którą opowiedzieć można jedynie obrazami, etiudami z czyjegoś życia. I wtedy w opowieści Leah, Keishy, czy Felixa, nawet na krótką chwilę, odnajdziemy siebie.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Book of Blood” Clive Barker

Bombla_BezsenneBookOfBlood
 

„The dead have highways.
They run, unerring lines of ghost-trains, of dream-carriages, across the wasteland behind our lives, bearing endless traffic of departed souls.”

Dzieciaki miewają różne pomysły. Niestety wiele z tych pomysłów z czasem okazuje się być niekoniecznie mądrymi, a nawet bardziej głupawymi, gdy przemyśli się ich konsekwencje. Jednym z takich wybitnych pomysłów młodości, tak w moim przypadku, jak wielu moich koleżanek i kolegów (chociaż przyznam, że to była raczej domena dziewczyn) było wywoływanie duchów. Ach, oglądało się „Szkołę czarownic”, „Czarownice z Eastwick”, trochę wspomnień Scooby Doo i od razu miało się poczucie, że fajnie byłoby na przykład pogadać nocną porą z Jimem Morrisonem. Był nawet taki moment, gdy w rękach trzymałam tablicę Ouija w jakimś sklepiku na Korsyce, ale na szczęście odłożyłam i zreflektowałam się w porę.

Kiedy wracam myślami do tego momentu zdaję sobie sprawę jak niemądre było moje pragnienie kontaktu ze zmarłymi. Jak naiwne i dziecinne. Bo zmarli nie żartują. Nie mają nic do stracenia i być może krążą gdzieś na ścieżkach pomiędzy światami i czekają na kontakt. Na drzwi do poprzedniego życia, gdzie wszystko było lepsze niż na pozaziemskich szlakach, po których przyszło im podróżować obecnie. A co jeśli jeden z ich najczęściej uczęszczanych szlaków przecina konkretne miejsce w naszej rzeczywistości? O tym przekonali się już niejednokrotnie mieszkańcy kamienicy nr 65 w opowiadaniu Clive’a Barkera „The Book Of Blood”.

Kamienica nr 65 z zewnątrz nie wyróżnia się praktycznie niczym. Ot, jeden z kolejnych podobnych, nieciekawych domów w okolicy. Ale nr 65 jest wyjątkowy. To właśnie przez ten dom przechodzi jedna z największych dróg zmarłych, która sprawia, że dom jest po prostu nawiedzony, a każdy kto w nim przebywa dłuższy czas popada w szaleństwo. Nikt nie wie co takiego wydarzyło się w tym domu, ale z pewnością był to jakiś akt niewyobrażalnego okrucieństwa, który pozostawił po sobie rozpacz i złość. Kamienica 65 obrosła w legendy, a jej paranormalne właściwości postanowiła w końcu sprawdzić specjalna ekipa powołana z mocy Uniwersytetu Essex. Już od trzech tygodni prowadzą badania, a ich młody początkujący medium Simon McNeal nawiązuje niesamowite kontakty ze światem zmarłych. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. To, co wydarzy się niebawem już na zawsze naznaczy wszystkich, którzy zdecydowali wejść na ścieżkę zmarłych w kamienicy nr 65.

„The Book of Blood” to opowiadanie inicjujące. Zapowiedź tego, co odnajdziemy w całym tomie i tomach kolejnych. Odpowiedź na potrzebę poznania świata spoza naszej rzeczywistości. Zerknięcie na drugą stronę, tam, gdzie nie ma już życia, a króluje jedynie śmierć. Clive Barker, z którym zapoznałam się przy lekturze „The Thief of Always”, także i tutaj wtłacza to co niewyjaśnione, obce, z innego czasu i przestrzeni, w naszą codzienność i zwykłą, szarą rzeczywistość. Kamienica 65 to niby tylko zwykły budynek. Dom, który miał dla kogoś stać się bezpiecznym schronieniem, a w zamian okazał się najgorszym koszmarem. Swoisty portal do nicości. Odpowiedź na marzenia wszystkich nakręconych poszukiwaczy duchów i kontaktów z zaświatami. Jeśli nie wiecie co wydarzy się po śmierci – przeczytajcie Księgę Krwi i tam znajdziecie odpowiedź. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy wiedza ta  pozwoli Wam spać spokojnie?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się ujrzeć to, czego nie powinnam.

O.

*Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie pełny tekst 🙂

 

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick

Bombla_NiezbędnikObserwatorówGwiazd

 

„Robi to, bo jesteś dobrym człowiekiem. Bo łatwo się z tobą przebywa. Bo jesteś, jaki jesteś. Nie stawiasz ludziom żądań i nigdy nie mówisz nic negatywnego. Przenigdy. Tak wielu ludzi wysysa życie ze wszystkich, którzy ich otaczają, ale nie ty. Dajesz ludziom siłę, tylko będąc sobą.”

Każdy z nas miewa takie dni, gdy wszystko wydaje się być czarne, ciemniejsze niż najbardziej bezgwiezdna noc. Nagle znika wszelkie słońce, jakiekolwiek promienie nadziei. Gasną majowe światła i wracają ciągnące się w nieskończoność marce i listopady. Rozciąga się przed oczami bezdenna otchłań, w którą chciałoby się wskoczyć i odpuścić sobie to wszystko. Zapomnieć. Zniknąć. Zacząć od nowa. A w zamian trwamy. Przedzieramy się przez ten bezkres rozpaczy, szukając choćby przebłysku dobra, mignięcia szczęścia tam, gdzie zupełnie go znaleźć nie sposób. Automatycznie wykonujemy kolejne czynności, znika przyjemność z życia, z pracy, z hobby. Wszystko na jakiś czas staje się mozolnym przbijaniem się przez codzienność. Rutyną, która pozwala zapomnieć o dręczącym nas smutku, problemie, który wydaje się być nie do rozwiązania. Czasami taki stan trwa kilka godzin, czasami dni, a czasami całe lata, pożerając człowieka i nie pozwalając mu uwolnić się z odrętwienia.

Taką monotonną egzystencję żywego automatona prowadzi od lat Finley McManus, bohater poruszającej powieści Matthew Quick’a zatytułowanej „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” (org. „Boy 21”). Gdyby historia ta opowiadała dzieje starszego już człowieka, pogrążonego w cierpieniu, u progu życia, możliwe, że o wiele łatwiej byłoby pogodzić się z jego losem. O wiele prościej można by wziąć oddech, zrozumieć sytuację i odpuścić, by biegła swoim torem. Jednak, gdy mowa o nastoletnim chłopaku, niespełna osiemnastoletnim, który dopiero stoi u progu swojego życia i jeszcze nawet nie zanurzył się w pełni w to, co nazywamy prawdziwą dorosłością, a który już zatracił siebie w wewnętrznej rozpaczy, to nie można tego tak po prostu zostawić samemu sobie. Nie można pozostać obojętnym. Nie sposób odwrócić wzroku i zapomnieć. Warto usiąść i wysłuchać jego przepełnionej smutkiem historii, pełnej niewypowiedzianych emocji, zduszonych i szczelnie ukrytych uczuć, na które nie ma miejsca w okrutnym, bezkompromisowym świecie, w jakim przyszło chłopakowi żyć. Nie będzie to przyjemna opowieść. Nie będzie miała do końca optymistycznego zakończenia. Ale zostawi Was spełnionych. Dokładnie tak, jak każda doskonale napisana historia.

Bellmont. Miasto, które wieki temu widziało lepsze czasy, a dzisiaj to dogorywające miejsce, z jednej strony rozrywane na strzępy przez czarne gangi, a z drugiej przez irlandzką mafię. Tak naprawdę nie ma tu lepszych, czy gorszych dzielnic. Jest jak jest. Każda ulica podlega innej części półświatka. Każdy ma jakieś powiązania, a kolejne pokolenia dzieciaków kontynuują tradycję handlu narkotykami, handlu bronią, czy paserstwa i złodziejstwa, w zależności od przynależności do określonej grupy. Bellmont nie jest dla kogoś, kto ma ambicje. Nie jest dla tych, którzy chcą uciec i wyzwolić się z trującego środowiska, które zabija bliskich i niszczy to, co dobre i sprawiedliwe. Miasto wymuszonych praw w panującym bezprawiu. I to właśnie tam dorastać musi Finley, zwany przez wszystkich Białym Królikiem. Czemu? Bo jest jednym z nielicznych białych dzieciaków w szkole, a jego życie w dziwny sposób zaczyna przypominać życie postaci serii powieści Johna Updike’a, zwanego również Królikiem.

Pasją Finleya jest koszykówka. A tak naprawdę to koszykówka jest całym życiem Finleya. Od lat, codziennie i uparcie trenuje, należy do drużyny i na swoim podwórku ćwiczy rzuty i wsady. Monotonnie, każdego dnia, tak by uciszyć tłoczące się w głowie wspomnienia. Dopinguje go zapracowany ojciec i dziadek, okaleczony przed laty człowiek, którego wolę złamało prawo irlandzkiej mafii. Mama chłopaka nie żyje, ale on nie chce o tym mówić. Ani jego ojciec, ani dziadek. Jedyną kobietą w tej smutnej, rozerwanej rodzinie jest Erin – ukochana dziewczyna i przyjaciółka Finleya, która każdego dnia trenuje z nim, wspiera go i pielęgnuje wspólne plany opuszczenia Bellmont dzięki stypendium zawodników koszykówki. Jednak całe ich ustabilizowane życie rozpada się, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń – Russ, który prosi, by nazywać siebie Numerem 21, przybyszem z kosmosu. Trener Finleya prosi go o opiekę nad nowym kolegą i próbę przywrócenia go do rzeczywistości, z której ten uciekł. Dawniej Numer 21 był jednym z najlepiej zapowiadających się zawodników koszykówki młodego pokolenia. Trauma Russa przypomina tę Finleya i obaj chłopcy mają zaprzyjaźnić się, by wspólnymi siłami doprowadzić drużynę do zwycięstwa w rozgrywkach stanowych i tym samym otworzyć sobie drogę do świetlanej przyszłości. Między Białym i Czarnym Królikiem, jak zaczynają nazywać Russa koledzy z drużyny, wywiązuje się niezwykła więź, która być może pozwoli im wyzwolić się z wewnątrz siebie.

Finley i Numer 21 żyją w swoich własnych, bardzo samotnych światach. Każdy z nich przyjął inną maskę, za którą ukrywa uczucia i ogrom cierpienia. Utrata bliskich. Krwawe rozrachunki. Wieczny, niepokonany strach. I milczenie. W Bellmont nie mówi się o mafijnych układach. Nie mówi się o gangsterskich powiązaniach. To naturalny stan rzeczy. Każdy przynależy do swojej grupy i ma się tego trzymać. Przynależność i kontakty przechodzą z pokolenia na pokolenie. Przystosowanie się do zasad to kwestia życia i śmierci. Trzeba trzymać język za zębami. Trzeba robić to, o co poproszą. Przysługa za przysługę. Dorastanie w takim miejscu, gdzie rządzi prawo ulicy to wystarczający dramat. Słowa „lojalność”, „przyjaźń”, czy „miłość”, w dzielnicach zyskują zupełnie nowe znaczenia. Każdy dzień to walka, ale już nie wojna, bo wojny kiedyś się przecież kończą, a walki mogą (i często trwają) w nieskończoność. Nie ma tu miejsca na rozejm. Nie ma miejsca na pokój.

Matthew Quick pokazał w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd” świat, w jakim nikt z nas, czytelników, nie chciałby żyć. Sytuacje, z którymi wolelibyśmy się nigdy nie konfrontować. Wybory, który za nic nie chcielibyśmy podejmować. Jednocześnie, od razu dociera do nas, jak bardzo prawdziwy jest to świat. Jak realistyczne jest Bellmont. Jak bardzo prawdziwa jest sytuacja Finleya, Erin i Russa, a tak naprawdę sytuacja wszystkich bohaterów w powieści. Każdy z nich zostaje postawiony przed swoimi największymi lękami. Odbierane są im marzenia, a plany lgną w gruzach. Jedyne co im zostaje to wartości, których ich środowisko nie uznaje, bądź rozumie opacznie, bo przez lata zyskały tam zdegenerowane znaczenie. Przyjaźń, miłość, rodzina – to jest w życiu naprawdę ważne, gdy świat nagle staje na głowie, a wszystko wydaje się być przeciwko nim. Wspierając i dając sobie nawzajem siłę, pozwalają uwierzyć, że można rozpocząć wszystko od nowa, zamknąć za sobą drzwi przeszłości i odzyskać siebie.

I wtedy, w tej bezkresnej ciemności mogą dostrzec powoli zapalające się delikatne światełka. Ledwo jarzące się, dopiero nabierające mocy. Nie są to jeszcze promienie wschodzącego słońca, bo do świtu daleka droga. Ale dają światło. Wskazują kierunek. Srebrzyste punkty migoczących gwiazd.

O.

Podsumowanie miesiąca: LIPIEC 2014

Bombla_PodsumowanieLIPIEC2014

Minął lipiec. Upalny środek lata, pełen burz, wietnamskich dni (wilgoć wypełnia płuca jak w dżungli)i genialnych książek. Co ciekawe czas mi się jakoś tak rozciągnął w głowie, że zdziwiłam się, jak robiłam podsumowanie – myślałam, że wszystkiego wyszło mniej, a tutaj taka niespodzianka pozytywna. Ale to czasowe zagubienie prawdopodobnie mam przez słońce i nadmierne temperatury, bo nawet teraz, pisząc dla Was ten tekst, siedzę z kubełkiem parującego lodu obok i włączonym wentylatorem. Czekam na jesień, nawet nie wiecie jak bardzo 😀

W lipcu opublikowałam 13 tekstów, w tym 5 Bezsennych Śród (wszystkie teksty z cyklu znajdziecie w zakładce Indeks), a mam już straszne plany na kolejne tygodnie. W tym miesiącu przeczytałam 8 powieści i 3 opowiadania, co oznacza, że tryb czytelniczy jest stały i nad morzem bez zmian 🙂 6 książek było w języku angielskim, jedna po francusku i cztery po polsku. W zestawieniu pojawiły się także (w końcu!) dwa audiobooki. Ogromnie mnie ta różnorodność cieszy i oby tak dalej.

W tym miesiącu przeczytane powieści:

  • „Sycamore Row” John Grisham – kontynuacja „Czasu Zabijania”, czyli powrót do Clanton w Mississippi – do poczytania TUTAJ.
  • „S.” J.J.Abrams & Doug Dorst – EWENEMENT książkowy, nowy DUŻY BUK, prawie WIELKI – do poczytania TUTAJ.
  • „Jądro Ciemności” Joseph Conrad („The Heart of Darkness”) – dżunglowa, wilgotna i malaryczna klasyka, w najlepszym wydaniu – do poczytania TUTAJ.
  • “Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – doskonale zbuntowana powieść z szalonym Papsem – do poczytania TUTAJ.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de Sable”) – jak baśnie Szeherezady, marokański hołd dla tradycji opowieści – do poczytania TUTAJ.
  • “Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson (“Treasure Island”) – jo ho ho i butelka rumu! – do poczytania TUTAJ.
  • “Les adieux à la Reine” Chantal Thomas – ostatnie dni wersalskiego dworu, tuż przed nadciągającą Rewolucją.
  • “Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick (“Boy 21”) – piękna historia o dojrzewaniu i przyjaźni w inności – już w PONIEDZIAŁEK!

Przeczytane opowiadania:

  • “The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving – legenda ożywa w Sennej Kotlinie – do poczytania TUTAJ.
  • „The Summer People” Shirley Jackson – wykluczeni na zawsze – do poczytania TUTAJ.
  • “The Signal-Man” Charles Dickens – przyszłość z wylotu tunelu – do poczytania TUTAJ.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, to w tym miesiącu pojawił się nowy Duży Buk w postaci GENIALNEJ powieści w powieści „S.” autorstwa J.J. Abramsa i Douga Dorsta, której towarzyszyła na blogu foto-recenzja pełna moich prywatnych zachwytów. Do poczytania TUTAJ.

SS

Z życiowych newsów okołoblogowych to: zakończyłam współpracę z portalem Gildia.pl, dla którego od ponad roku pisałam recenzje, jak również zakończyłam współpracę z księgarnią internetową Dybook – obie współprace zakończone w przyjaźni i zrozumieniu 🙂

A teraz news dla Was. Otóż na fanpage’u bloga na Facebooku (Klik! Kilk!) kilka dni temu licznik osób obserwujących wskazał 400! Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radość i zachwyt. Ale żeby to nie było tak, że tylko ja się zachwycam, to dzisiaj wieczorem ogłaszam konkurs. Do zdobycia będzie CUDOWNA powieść Matthew Quick’a  „NIEZBĘDNIK OBSERWATORÓW GWIAZD” (o której na Buku już w poniedziałek!). A już teraz, tutaj wrzucam Wam zadanie do wykonania – a nuż ktoś z Was będzie chciał wziąć udział 😀 Pamiętajcie tylko, że to konkurs facebookowy i wszelkie odpowiedzi wrzucać proszę w komentarze pod info na fanpage’u.

Konkurs01

A teraz czas na bukowe zdobycze! Same piękności do pochwalenia się 🙂

ZESTAW (od góry):

ZESTAWLipiec2014

  • „Kamieniarz” Camilla Lackberg – tym razem tom drugi, bo ta kioskowa edycja była w dwóch częściach.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de sable”) – niezwykła powieść od wydawnictwa Karakter; do poczytania TUTAJ.
  • „Święta noc” Tahar Ben Jelloun („La nuit sacrée”) – kontynuacja „Dziecka piasku” od wydawnictwa Karakter; już wkrótce na Wielkim Buku!
  • „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick („Boy21”) – tak naprawdę w wersji podwójnej, bo jak zakupiłam, to w tym samym czasie Anita z Book Reviews (dziękuję Kochana!) wysłała już do mnie paczkę z niespodzianką, a tą niespodzianką był właśnie „Niezbędnik…” <3 Tak więc oto jeden egzemplarz będzie do wygrania dla Was 😀
  • „Poradnik pozytywnego myślenia” Matthew Quick („Silver Linings Playbook”) – film był uroczy i jestem ogromnie ciekawa powieści. Wkrótce na Buku!
  • „Kolor jej serca” Barbara Mutch („The Housemaid’s Daughter”) – niespodzianka od Małgosi z Books on my Mind, która zapowiada się cudownie; już wkrótce!
  • „Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova („The Swan Thieves”) – cudna zdobycz z wyprzedaży blogowej u Sylwii z Magicznego Świata Książki, na której można wciąż polować TUTAJ; Kostovej czytałam „Historyka”, pamiętam zachwyt, więc jestem bardzo ciekawa tej powieści; wkrótce na Buku!

W lipcu pojawiło się na moim czytniku sporo ebooków, wiele darmowych lub po dzikiej przecenie, dzięki poleceniu mi przez Martę z LolantaCzyta (dziękuję Kochana!) strony BookBub – Klik! Klik!

ZESTAW (od lewej):

EbookiLIPIEC

  • „Seed” Ania Ahlborn – horror na bagnach Luizjany? Nie mogę się już doczekać 😀
  • „Itsy Bitsy Spider” Willow Rose – rodzinne tajemnice w domu na wyspie to coś na co musiałam się skusić.
  • „Still Life With Murder” P.B. Ryan – zagadka morderstwa w Bostonie końca XIX wieku.
  • „Paradise Lost” John Milton – wspaniała klasyka i wstęp do „Demonologa” Andrew Pypera, na którego zapoluję pewnie jakoś za miesiąc.
  • „Thores Cross: A Yorkshire Ghost Story” Karen Perkins – polowanie na czarownice i inne nawiedzenia, a ja takim tytułom nie odpuszczam.
  • „Regulation 19” P.T. Hylton – sekrety pewnego miasteczka. I to już wystarczy.
  • „The Key to Everything” Alex M. Kimmell – tajemna księga i historia strachu.

I jeszcze wczoraj wieczorem takie dwie cudności na kindlowej promocji nabyłam!

EbookiLIPIEC201402

  • “Wywiad z Wampirem” Anne Rice “Interview with the Vampire” – bo w końcu trzeba poznać ten kultowy cykl.
  • “Wayward Pines: Pines” Blake Crouch – skorzystałam, bo taka promocja i nie mogłam się powstrzymać 😀

Jak sami widzicie całe mnóstwo cudownych książek. Niestety prace nad moją sekretną maszyną do przedłużania doby zostały brutalnie przerwane, gdy grzejące słońce stopiło istotne części składowe. Muszę przeanalizować od nowa plany konstrukcji i przemyśleć wszystko od początku. Jest to dość niefortunna informacja, ale jak wiecie, gdy tylko pojawi się prototyp – dam Wam znać 😀

A w sierpniu wyczekują już na mnie całe bukowe tłumy, między innymi „Londyn NW” Zadie Smith, opowiadania Ernesta Hemingwaya, „Wiele demonów” Jerzego Pilcha i wiele, wiele innych 😀 Czyli godne buki do czytania.

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Signal-Man” Charles Dickens

Bombla_BezsenneTHESIGNALMAN

 

„Halloa! Below there!”

Gdy rozmyślam o miejscach, które uznać można by z założenia za nawiedzone, z tendencją do zjawisk paranormalnych, to w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy lokacje oczywiste, odizolowane i opuszczone, gdzie ludzie pojawiają się raczej rzadko, albo w bardzo określonym celu lub całkiem przypadkiem, jak cmentarze, ruiny, stare zamczyska, piwnice, opuszczone groty, czy leśne uroczyska. Rzadziej już wpadają w myśli miejsca użyteczności publicznej, gdzie ludzi zawsze jest pełno, a przynajmniej całkiem sporo przewija się ich dziennie i przemierza ścieżki wzdłuż i wszerz, na przykład szpitalne korytarze, lotniskowe poczekalnie, czy perony stacji kolejowych. Za to zupełnie już w takich chwilach nie myślę o miejscach zdawałoby się całkiem zwyczajnych, nietypowych niby, ale jednak normalnych, istniejących po prostu i całkiem neutralnych, czyli torach lub zwyczajnych tunelach przejazdowych, tuż przy chatce dróżnika. A właśnie w takim miejscu pojawia się zjawa w opowiadaniu tytana dziewiętnastowiecznej angielskiej prozy, czyli Charlesa Dickensa, zatytułowanego „The Signal-Man”.

Pewnego mglistego, zimnego dnia narrator opowieści zachodzi podczas spaceru w okolice domku dróżnika, tuż przy wjeździe do pobliskiego tunelu. Zaintrygowany stojącym u dołu nasypu mężczyzną, schodzi i zagaja rozmowę. Dróżnik jednak wydaje się być co najmniej nerwowy, zerka co chwilę w stronę tunelu i palącej się tam lampki. W jego oczach maluje się przerażenie, uciekają mu słowa i myśli, a sam narrator wzmaga w nim poczucie niepewności. Jednak ten nie daje za wygraną i niejako wymusza na dróżniku wyznanie. Umawia się z nim na kolejny wieczór, by nocną porą wysłuchać opowieści o dziwnej zjawie, która podobno pojawia się u ziejącego wylotu tunelu i ostrzega przed mającym się wydarzyć wypadkiem na tej konkretnej kolejowej trasie. Jak dotąd jej „przepowiednie” sprawdzały się co do joty, a w ostatnich dniach duch pojawia się już każdego dnia i macha, usiłując przekazać coś ważnego, dając sygnał na torach. Już wkrótce okaże się przed czym próbował ostrzec biednego dróżnika.

Charles Dickens, w jedynie sobie znany sposób, perfekcyjnie buduje napięcie i tworzy niezapomnianą atmosferę wokół miejsca wydarzeń. Podobnie jak narrator, mamy wrażenie, że zostaliśmy dopuszczeni do wielkiej tajemnicy, jakiegoś niezrozumiałego sekretu, który skrywa tunel i nasyp, a który nie wszyscy są w stanie pojąć zmysłami. Z jednej strony czujemy się zdjęci bezbrzeżnym strachem, a z drugiej – chcemy zobaczyć zarys postaci i poznać zagrożenie. Czuć w tej opowieści Dickensa i ducha jego epoki, której towarzyszyła fascynacja wszystkimi zjawiskami paranormalnymi. Sam autor należał do legendarnego już Klubu Duchów, który istnieje nawet do dziś, a którego członkowie zajmowali się śledzeniem zjaw, przypadków nawiedzeń i niewyjaśnionych obecności. Te niezwykłe fascynacje dostrzec można właśnie w narratorze „The Signal-Man”, który brnie naprzód i zadaje kolejne pytanie, próbując przeniknąć sekret. Jednak czasami to, co niezrozumiałe powinno raczej pozostać w sferze niewypowiedzianego. Lepiej pogodzić się z faktami, zanim zabłyśnie czerwona lampka i już będzie za późno.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę go jak stoi i macha do mnie u wylotu tunelu.

O.

*Opowiadanie „The Signal-Man” znajdziecie w tomie „Three Ghost Stories” dostępnym całkiem za darmo i legalnie, w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson

Bombla_WyspaSkarbów

 

„Jeśli w te wszystkie morskie opowieści,
gdzie chłód, tropiki, przygody i szkwały,
krwawi korsarze i ukryte skarby,
błędny kurs, statek i wyspa się mieści,

jeśli w tę starą bajkę, co do słowa
według zwyczajów dawnych powtórzoną,
dzisiejsza trzeźwa i rozważna młodzież
wsłucha się, jak ja niegdyś, zachwycona

— To niech tak będzie, i dajcie się porwać!”

Piraci na dobre już zadomowili się w popkulturze dziesięciolecia temu, ale dopiero od momentu, gdy nieobliczalny kapitan Sparrow w osobie Johnny’ego Deppa wszedł na pokład Czarnej Perły i zaczął przemierzać karaibskie morza, powrócili na dobre i przejęli wszelkie multimedialne fronty. Pirackie opowieści fascynują brawurą, zarażają awanturniczym duchem i swoistą magią wiecznego życia na morzu. Ożywają z legend Davy Jones, Kapitan Kidd, Blackbeard, Francis Drake, szalony Charles Vane, czy Calico Jack i jego ukochana Anne Bonny, jedna z dwóch znanych korsarek rejonu New Providence. Oni wszyscy i wielu innych, bo pirackie opowieści wpisane są w te o zdobywaniu nieodkrytych, dzikich lądów, odkrywaniu kolejnych pustych miejsc na mapie. Drewniane nogi, bandany, gadające papugi, czy skoczne małpki. I pomyśleć, że to wszystko obróciłoby się w proch zapomnienia, gdyby nie jedna powieść, która zmieniła wszystko.

„Wyspa Skarbów” (org. „Treasure Island”) Roberta Luisa Stevensona z 1881 roku to taki absolutny klasyk, od którego zaczęło się całe pirackie szaleństwo wśród dzieci i młodzieży. Powieść pojawiała się cyklicznie, w odcinkach, w czasopiśmie „Young Folks” i szybko podbiła serca młodych czytelników na całym świecie. Pisarz wybrał co najlepsze kąski z pirackich legend, które od lat krążyły po skolonizowanych ziemiach i międzynarodowych wodach, podkoloryzował postacie, dodał to i owo od siebie, a przede wszystkim – głównym bohaterem powieści zrobił młodego chłopaka, tak typowego dla tamtych czasów, który przeżywa przygodę swojego życia i wyrywa się z okowów zwykłej, szarej codzienności na lądzie. Na naszych oczach ziszcza się sen o tajemniczych skarbach ukrytych na skalistych wyspach w kształcie czaszki. O morskich bitwach, z których tylko najbrutalniejsi uchodzą z życiem. Potyczkach, pojedynkach, pijackich rozróbach w sekretnych przystaniach gorących mórz. W uszach rozbrzmiewają pokładowe pieśni, w powietrzu czuć zapach prochu i galonów rumu.

Świat Jima Hawkinsa staje na głowie, gdy do nadmorskiej gospody, prowadzonej przez ojca chłopaka i jego matkę, wprowadza się stary, zdziczały kapitan, który za swój jedyny bagaż ma wielką, drewnianą skrzynię. Płaci Hawkinsom z góry, złotymi monetami, a jedyne czego żąda to spokój, rum i dochowanie tajemnicy. Kapitan pije często, pije dużo, a gdy ukochany rum krąży w jego żyłach pogrąża się w opowieściach i wspomnieniach morskich przygód. Po okolicach krążą plotki, ktoś coś szepce i przypomina sobie korsarskie historie sprzed lat. Kapitana Flinta i jego zaginiony skarb, sekretną mapę na wyspę, gdzie podobno ukryte są tony złota. Jego kamratów – Billy Bonesa, Długiego Johna Silvera, czy Bena Gunna, którzy pływali z kapitanem Flintem i doprowadzili do rozpadu załogi. A teraz to właśnie Billy Bones ukrywa się w gospodzie i wkrótce na jego trop wpadną ci, którzy od lat go poszukują. Dla Jima będzie to początek wielkiej zmiany i wielkiej przygody.

Gdyby spojrzeć na „Wyspę Skarbów” jedynie z perspektywy czasu, to mogłaby wpaść współczesnym czytelnikom do głowy myśl „Ale co w tym takiego nowatorskiego?”. Otóż, w zasadzie to wszystko w powieści Stevensona jest nowatorskie i spokojnie można napisać, że także kultowe. Dla przykładu, weźmy chociażby sam tradycyjny wizerunek zwykłego pirata, czyli bandana, rozchełstana koszula, wysokie skórzane buty, nóż za pasem i szrama na policzku – w powieści to jeden z wielu, na przykład Izrael Hands.  Tak, ten wizerunek to właśnie wizja Stevensona. Albo postać korsarskiego kapitana, czyli drewniana noga, przepastny kapelusz, brudny płaszcz do kolan, papuga na ramieniu – wypisz, wymaluj Długi John Silver. Albo skały na kształt czaszki, czarna flaga Jolly Roger, czy piracki wyrok śmierci zwany „czarną plamą” – to również Robert Luis Stevenson wprowadził na stałe do kultury popularnej. W opowieści wykorzystał prawdziwe postacie, nazwiska i wydarzenia, dopasował do fabuły tak, by czytelnik sam mógł odszyfrować kolejne wskazówki. Tym samym jego „Wyspa Skarbów” faktycznie kryje w sobie ukryty „skarb” pod postacią skrzętnie pochowanych rzeczywistych faktów, które tylko czekają na odnalezienie.

To, co uderza w powieści Stevensona to nacisk na przeszłość. Fabuła „Wyspy Skarbów” to mniej więcej wiek XVIII, czyli dawne dzieje dla pisarza i jego czytelników. Czuć w tej historii tęsknotę za brawurą, za przygodą, która już pod koniec dziewiętnastego stulecia była praktycznie nie do zrealizowania. Mapa świata nie kryła już przed sobą żadnych tajemnic, jedynie z małymi wyjątkami. Odległe krainy zostały zdobyte, przywództwo na poszczególnych lądach określone i wywalczone. Wody przypisane terytoriom, ludy podbite, a buntownicy wybici, wypędzeni lub osadzeni w więzieniu. O piratach ciepłych karaibskich wód nikt już dawno nie słyszał. Majestatyczne galeony poszły pod siekiery lub pod wodę – zaczęła się epoka stali, pary i postępu nie do zatrzymania. W powieści wybija się spomiędzy rozdziałów chęć ucieczki, powrotu do przeszłości, która nie jawi się już jako okrutne dzieje, czy koszmary o najeźdźcach z morza, ale kusząca myśl o intrygujących awanturnikach, żyjących na przekór prawu, na przekór wciąż jeszcze raczkującemu systemowi. Nawet jeśli podróż na wyspę Flinta to ostatnia taka podróż w ich życiu, a Hispaniola – ostatni statek z czarną banderą.

„Wyspa Skarbów” Stevensona to niezwykła literacka przygoda w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wciąga jak wodne wiry, głęboko w fabularne szaleństwo. Odkrywanie tajemnic Flinta i jego kryjówki, rejs Hispaniolą, perypetie wśród piratów  – wszystko to śledzimy z zapartym tchem, przeżywamy i ekscytujemy się jak dzieciaki ponad sto lat temu. To opowieść doskonała i uniwersalna, bez dwóch zdań. Schemat idealnej awanturniczej powieści na kolejne pokolenia twórców literatury młodzieżowej. A na dodatek czuć w niej te pochowane skrzętnie kawałki prawdy, strzępki morskich opowieści z czasów złotej ery piratów. Aż by się chciało rzucić wszystko, zaciągnąć się na taki zdziczały statek z legendarną załogą, zapomnieć o troskach dnia codziennego i płynąć, hen, aż po horyzont. Złowrogi szum fal, bryza we włosach, skrzek papugi na ramieniu. W głowie marzenie o wielkich skarbach, w dłoniach ster, a z pokładu słychać donośny śpiew: Jo ho ho i butelka rumu!

O.

* Kto czuje się skuszony i ma ochotę przeżyć doskonałą przygodę na morzu to pełną, polską wersję „Wyspy skarbów” odnajdzie na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.