„Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun

Bombla_DzieckoPiasku

 

„Czy to przygoda, czy życiowa próba? Rzekłbym, jedno i drugie. Niech ci, którzy chcą wyruszyć ze mną, podniosą prawą dłoń i przysięgną mi wierność. Reszta może odejść ku innym opowieściom, do innych bajarzy. (…) Potrzebuję was. Biorę was na wspólników mojego zamysłu. Kładę was sobie na plecy i niosę na pokład statku. Każda przerwa w podróży będzie przeznaczona na milczenie i namysł. Nie będzie żadnych modlitw, tylko silna wiara.”

Opowieść towarzyszy ludziom od zarania dziejów, praktycznie od zawsze. Tradycja snucia historii jest jednocześnie tak uniwersalna, tak ponadczasowa, że dotyczy wszystkich kultur, tych najstarszych i najmłodszych, ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Opowieści tworzą wszyscy. Jest w tym coś niezmiernie pięknego, że pomimo różnic, niesnasek i konfliktów to właśnie dzięki dobrze opowiedzianej historii wszystko może zmienić się na lepsze. Poprzez słowa można wykreować nowe światy, stworzyć nierealne fabuły i fantastyczne scenariusze, można wskrzesić życie lub przekształcić swoje własne zupełnie od nowa. Stać się na chwilę kimś zupełnie innym, kimś nowym, lepszym bądź gorszym w zależności od własnego widzimisię. Tym, kim zawsze pragnęliśmy się stać. Opowieść to nasze sacrum i profanum. Może łamać tabu, może być odpowiedzią na miłość, na strach, na nienawiść, na ból, czy rozpacz. Poprzez język można odrodzić się i zaistnieć od zera, tak, że nikt nigdy nie dowie się prawdy. Chociaż prawda w opowieściach zawsze jest względna. Zawsze jest czyjaś. Dlatego nic nie może tam być pewne. Trzeba spróbować, zanurzyć się w słowa i odkryć prawdę samemu.

O magii opowiadania, niezwykłej mocy słów i tradycji snucia przypowieści opowiada marokański pisarz Tahar Ben Jelloun w swojej niezwykłej powieści z 1985 roku zatytułowanej „Dziecko piasku”. To historia jak żadna inna. Płynna, przelewająca się, przekształcająca się na oczach czytelnika, w uszach słuchaczy niczym piaski otaczającej ją pustyni. Zmienia się z chwili na chwilę, migocze, oślepia i mami, przesypuje słowa i tworzy się wciąż od nowa, jak skomplikowany poemat, jak szept Sheherezady i jej tysiąc jeden arabskich baśni. Tworzy fałszywe tropy, fabularne fatamorgany na horyzoncie, by za chwilę poprowadzić do bezpiecznej oazy i zostawić tam znowu w lodowatą noc zagubionych, niepewnych dalszego ciągu zdarzeń. Słowa są tutaj jak delikatna nić, która łączy kolejne pokolenia, ale też plącze się i zasupłuje, w zależności od krętych zaułków, w które się zapuści, przekazując dalsze losy bohaterów.

Bajarz Si Abdel Malek, snujący swe opowieści wśród słuchaczy marokańskich placów, pragnie podzielić się zdradzoną mu lata wcześniej tajemnicą. To wielki sekret czyjegoś życia. Życia pełnego wstydu, zagubienia i poszukiwania siebie. Życia w ukryciu i wielkim smutku, gdzie niezrozumienie samego siebie spowodowało izolację od świata zewnętrznego. Słuchacze poznają historię Ahmeda zwanego również Zahrą, który przychodzi na świat w konspiracji i kłamstwie. Otóż chłopiec tak naprawdę rodzi się dziewczynką, ale pogrążony w rozpaczy ojciec, któremu do tej pory rodziły się same córki, postanawia sam zmienić koleje losu i ukryć prawdziwą płeć dziecka. Mały Ahmed ma być chłopcem, bo tak i nic już tego nie zmieni. Ani dojrzewające, szczelnie owijane połami dżalabiji ciało, ani niemutujący głos, ani delikatne rysy twarzy. Postanowienie ojca, który za wszelką cenę chciał mieć syna zostaje w pełni zrealizowane i oto jest – ona w nim, on w niej – jedno ciało, dwie siłą rozszczepione tożsamości. Jest sobą i tą inną. Jest sobą i tym innym. Raz Ahmedem, potem Zahrą i znów Ahmedem. Historia życia to niewypowiedziane prawdy, fałszywe maski, a wszystko to prowadzi jedynie na drogę niezaspokojenia i w końcu w otchłanie szaleństwa.

Ahmed zaczyna poznawać siebie dopiero poprzez spisywanie myśli do tajnego pamiętnika, który po latach ma trafić właśnie w ręce bajarza Si Abdel Maleka. Zahra rodzi się z czasem. Wychodzi prosto ze słów przelewanych na papier, by w końcu powstać i stać się prawdziwym ciałem. Ahmed wyzwala ją poprzez opowieść o własnym życiu. Odnajduje swoją tożsamość na kolejnych kartach i jednocześnie odkrywa swoje prawdziwe „ja” w domowym lustrze. Kobieta rodzi się z mężczyzny, a niemożliwe staje się możliwe. Ahmed przekracza siebie, dokonuje transgresji ciała, przenika w głąb uśpionych instynktów i wydobywa na wierzch swoje piersi, biodra, delikatny, kobiecy głos. Tłumiony krzyk, który kumulował się w nim przez lata przenika przez niego. Ahmed, a tak naprawdę już Zahra czuje, że musi się wypowiadać, musi uwolnić swój głos, by oczyścić się ostatecznie. Jej opowieść to swoiste katharsis. Mężczyzna, którym od zawsze była, znika w strumieniach słów, potokach zdań, przeszywającym krzyku, w którym miesza się strach i rozkosz wyzwolenia.

Przez opowieść Ahmeda i opowieść o Ahmedzie snutą przez Si Abdel Maleka i kolejnych bajarzy, którzy przejmują tę historię i tworzą ją od nowa swoimi słowami, przebija się tragiczna w skutkach historia o utraconej i jedynie po części odzyskanej kobiecości w świecie, który kobiecością gardzi. To jakby świat kobiet widziany oczami kobiety przekształconej w mężczyznę, która naraz czuje do swojego ciała niechęć i naturalną miłość. Trafia do tego co pomiędzy, a co w rzeczywistości muzułmańskiej po prostu nie istnieje. Odrzuca surowe zasady patriarchalnego społeczeństwa, sprzeciwia się boskim prawom, by podjąć się próby walki o prawo do bycia sobą, a którego pozbawiła ją wola ojca tuż po urodzeniu. Ojciec  kreuje Ahmeda w nienawiści do swoich poprzednich córek i pogardzie dla „niemęskiego” domu, jaki przypadł mu w udziale. Wymyśla go i ustnie przekazuje dalej, podaje jak legendę, szeptem, w sekrecie, z ust do ust, jeszcze zanim wymarzony syn pojawia się na świecie. Ahmed jest słowem, bo ze słowa powstaje.

W „Dziecku piasku” słowa bajarza otwierają nowe drzwi, kolejne bramy, za którymi pojawiają się labirynty wąskich uliczek, niosące echo kolejnych wątków, odnóg następnych opowieści snutych przez kolejnych narratorów. Nie można być pewnym, która opowieść jest tą jedyną i prawdziwą. Kto opowiada, a kto słucha. Kto ma władzę na tą historią i gdzie zaczyna się jej źródło. Czy Ahmed/Zahra był jeden? Czy może każdy w tej opowieści odnalazł cząstkę siebie i odtworzył swoje dzieje w losach bohaterów? Jedno jest pewne – to właśnie bajarz prowadzi słuchaczy poprzez opowieść. Jest przewodnikiem w zwodniczych światłach pustyni. Sam dawkuje napięcie, skrada się i znika, by powracać z ciemności i zamykać kolejne opowieści w opowieściach. Jak baśniowa Szeherezada, tak i on przeplata sekretne dzieje, zamyka i otwiera kolejne szkatuły, przepływa między fabułami, zanim ktokolwiek zorientuje się, że to już zupełnie inna historia, zupełnie inna epoka, inny świat. I inna opowieść.

O.

*Za tę magiczną historię dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

BEZSENNE ŚRODY: „Udręka małych dzieci” Stephen King

Bombla_Bezsenne_UdrękaMałychDzieci

 

„Panna Sidley spoglądała chwilę za nimi ze zmarszczonym czołem, myśląc, że w jej czasach dzieci były jednak inne. Nie to, że były uprzejmiejsze – bo na to dzieci nigdy nie mają czasu – czy też że okazywały dorosłym więcej szacunku; teraz dzieci miały w sobie więcej obłudy. Jak nigdy dawniej w obecności starszych pełne są fałszywych uśmiechów i fałszywego spokoju. Okazują rodzaj milczącej pogardy, która smuci i odbiera odwagę. Zupełnie jakby…
Ukrywają się pod maską? Czy o to właśnie chodzi?”

Świat dorosłych to kraina wiecznych problemów. Pewności i niepewności zarazem. Obaw i masy zagadek codzienności do rozwiązania. By połapać się we wszystkim i nie oszaleć dorośli mają swoje stałe, niezmienne prawa, których trzymają się za wszelką cenę. Z dziećmi natomiast sprawa nie jest już tak oczywista. Nic nie jest do końca pewne, nawet jeśli dorosłym wydawać by się mogło, że całkowicie zapanowali nad światem otaczających ich maluchów. A to nie jest prawda. Bo nad wyobraźnią zapanować nie można. Nie może ograniczyć dziecięcych pomysłów, chwilowych idei, które przelatują z prędkością światła przez ich małe główki i nigdy nie wiadomo, co się w związku z nimi wykluje.

Dziecięcy świat ma jeszcze w sobie coś ze starej magii. Tej, która sprawia, że w krzaki pod domem zamieniają się w dżunglę, kryjówka pod stołem w jaskinię piratów, a stary fotel w okręt wojenny dumnie przecinający falę. Magii, która zamienia motyle we wróżki, psy w dzielne wierzchowce, a kamizelkę dziadka w najlepszą zbroję przeciw smokom. Niestety to ta sama magia, która budzi do życia potwory w szafach, demony z cieni i kreatury pożerające dzieci, w swojej tajnej siedzibie pod łóżkiem. Tajemnica. Świat zamknięty szczelnie przed wzrokiem niemal wszystkich dorosłych, do którego już nigdy nie uzyskają dostępu. Czasami jednak zdarza się, że ta magia, szczególnie jej mroczniejsza, okrutniejsza część, przedostaje się i powraca do umysłów co wrażliwszych dorosłych, a ci nie mogąc pogodzić się z jej istnieniem popadają w szaleństwo. Jak na przykład panna Sidley z opowiadania Stephena Kinga „Udręka małych dzieci” (org. „Suffer The Little Children”).

Panna Sidley od lat sprawuje zawód nauczycielki. To jej misja. Jej powołanie. Lata doświadczenia wyrobiły u niej doskonały instynkt. Ma nosa do wychowania kolejnych pokoleń okolicznych dzieciaków. Jest postrachem szkoły pomimo swojej wątłej, delikatnej postury i zapadającego zdrowia. Panna Sidley jest przekonana o swoich metodach nauczania i wie, że doskonale umie zapanować nad każdą grupą uczniów. Ale pewnego dnia przytrafia jej się coś dziwnego. Obserwując klasę, kątem oka dostrzega makabryczną przemianę na twarzy jednego z chłopców. Ułamek sekundy. Coś dziwnego i nienaturalnego wychynęło z jego twarzy i łypnęło fałszywie na pannę Sidley. Od tego dnia nauczycielka zaczyna obserwować, z dnia na dzień robi się bardziej czujna, jej zmysły wyostrzają się i popada w obsesję. Podsycają ją podobne, nawracające epizody. Coś dzieje się z dziećmi w jej szkole. Coś złego, czego nie potrafi zrozumieć.

Jak zwykle Stephen King trafił w sedno, tym razem pokazując, że świat dzieci również może mieć swoje sekrety, ciemne tajemnice, których dorośli nie będę już w stanie pojąć, bo zapomnieli jak to jest być dzieckiem. Powrót do przeszłości nie jest w żadnym wypadku możliwy, a drobne różnice między kolejnymi pokoleniami z upływem czasu zamieniają się w gigantyczną przepaść i nie ma jak ich nadrobić. Niezrozumienie pokoleń w „Udręce małych dzieci” wyolbrzymione jest aż do absurdu. Chociaż może wcale nie jest to historia o tych różnicach? Może to właśnie jest opowieść o tym, co potrafi zamieszkać nawet w małym, pozornie niewinnym dziecku i ni stąd, ni zowąd wypełznąć na światło dzienne, gdy najmniej się tego ktokolwiek z dorosłych mógłby spodziewać? Może lepiej mieć się na baczności i nie zwracać uwagi na te przebłyski obrzydliwe, bo nigdy nie wiadomo, jak to się może dla nas skończyć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo osacza mnie złowrogi chichot.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Marzenia i Koszmary” (org.”Nightmares and Dreamscapes”) i można je przeczytać w oryginale  TUTAJ.

„Jądro ciemności” Joseph Conrad

Bombla_JądroCiemności

 

“But his soul was mad. Being alone in the wilderness, it had looked within itself and, by heavens I tell you, it had gone mad.”

Wyobraźcie sobie najmroczniejsze miejsce z możliwych. Czarniejsze od najgłębszej czerni. Niby puste, a jednocześnie wypełnione niejako tą pustką. Gęste od kotłujących się w nim uczuć i doznań. Miejsce, przez które swobodnie przelatują najokrutniejsze myśli, przechodzą najbardziej zwyrodniałe idee, przepływają najgorsze wspomnienia i kiełkują najobrzydliwsze pomysły. Kryjówka smutku, nienawiści, czasami rozpaczy, ale częściej zła. Zła rodzącego złowieszczą przemoc. Miejsce w miarę szczelnie odizolowane powłoką wyuczonej bądź wrodzonej moralności, wpojonych zasad, których nie wolno łamać, zakazów i granic, o których przekroczeniu można jedynie pomarzyć. Ale po cichu, w środku, najlepiej w samotności. Nigdy na głos, nigdy wtedy, gdy wiadomo, że ktoś może usłyszeć, żeby za żadne skarby świata nie wydać przerażającej prawdy. Prawdy o naturze człowieka i o tym, co czai się w środku każdego z nas, w najgłębszym jądrze ciemności.

O tej mrocznej stronie każdego człowieka, która w odpowiednich warunkach uwolnić może najgorsze ludzkie instynkty opowiada „Jądro ciemności” Josepha Conrada z 1899 roku. Ta historia nie powstałaby wcale, gdyby nie doświadczenia samego autora, który opisał je, by móc poradzić sobie z traumą, jaką przeżył po wyprawie do belgijskiego Konga. Wyprawa parowcem po kongijskim szlaku kości słoniowej była marzeniem Conrada od lat młodzieńczych. Z pewnością nie spodziewał się napotkać w dżungli horrorów i nieskończonego okrucieństwa, jakich dopuszczali się biali kolonizatorzy względem ludności tubylczej. Rządy króla Leopolda II nad dorzeczem doliny Konga uznawane są przez historyków za jedne z najbardziej drastycznych – gwałty, okaleczanie, oszpecanie, handel niewolnikami, krwawe masowe egzekucje, wyzysk – to tylko nieliczne zbrodnie jakich dopuścili się ludzie pod jego przywództwem, za jego pełnym przyzwoleniem. Dla kolonistów liczył się jedynie zysk. I nic ponadto. A wynik ich pragnień zdobycia władzy ostatecznej i opanowania tego regionu to ponad piętnaście milionów ofiar. Ludobójstwo na masową skalę, którego skutki odczuwane są tam do dziś.

I to właśnie zobaczył na własne oczy Joseph Conrad. Cierpienie i okrucieństwo, o którym nawet niełatwo było napisać. Bo jak usprawiedliwić taki terror? Jak w pełni ogarnąć imperialistyczną myśl, którą kierowali się koloniści, gdy wszelkie namacalne dowody  ukazują jej całkowity absurd? Najlepiej przenikając do samego sedna zła. Pogrążając się w czeluści okrucieństwa, by dotknąć pierwotny zamysł. W taką podróż wybiera się właśnie zupełnie nieświadomy niczego Marlow, który przybywa do Konga, by objąć dowodzenie nad małym parowcem, który ma popłynąć w górę rzeki wraz z zapasem kości słoniowej. Ale już po jego przybyciu do kolonii, w wiosce okazuje się, że jego parowiec zatonął, a on na naprawę ma czekać kilka miesięcy. I siedzi. I czeka. Dostrzega chory świat, w którym zakłamane „królestwo” białego człowieka przejęło władzę nad tubylczymi plemionami. Niewolnicza praca, tortury i głód to chleb codzienny mieszkańców. A wokół nich rozpasani koloniści, którzy bredzą w upale i doszukują się wyrafinowania tam, gdzie z pewnością go nie widać. Przynajmniej w oczach osoby o zdrowych zmysłach.

Podczas pobytu nad rzeką zaczyna wzrastać fascynacja Marlowa pewnym człowiekiem, o którym w dorzeczu krążą jedynie legendy, a który znany jest ze swojej „wielkości” i splendoru myśli. Idealiście i wielkim humaniście, który za schronienie obrał sobie samo serce dżungli i tam rządzi twardą ręką, przejmując kolejne punkty handlu kością słoniową. Nikt do końca nie jest pewny kim tak naprawdę jest, gdyż po przybyciu do Konga Kurtz, tak brzmi jego nazwisko, postanowił stworzyć siebie od nowa. Zyskał kolejną szansę wybicia się ponad innych, dominując nad słabszymi od siebie. Dla jednych to geniusz, dla innych potwór w ludzkiej skórze. Wkrótce Marlow sam przekona się ile prawdy jest w krążących opowieściach i plotkach, a przede wszystkim pozna człowieka, który w środku dzikiej dżungli porzucił wszelkie hamulce, zburzył każdą z możliwych granic, odrzucił moralność i kierując się swoją własną, wynaturzoną filozofią, wykreował miejsce kumulujące wszystko to, co w ludzkiej naturze najgorsze. Teraz leży tam, dotknięty widmem nadchodzącej śmierci, otoczony murem z uciętych głów i dłoni, pielęgnowany przez kobiety z plemion. Szalony wizjoner, który przekroczył siebie, zanurzył się we własnej duszy, a to co tam ujrzał zmieniło go na zawsze.

W mrocznym, mglistym gąszczu afrykańskiej dżungli, tak gęstym, że prawie nie dociera doń światło, zrodził się zamysł, błysnęła iskierka, która wykreowała to, co my naznaczeni już traumą drugiej wojny światowej nazywamy totalitaryzmem. Na odległej stacji, jeden biały człowiek postanowił, że stanie się bogiem, władcą wszechświata, którego prawem jest dawać i odbierać, zabijać i udzielać łaski, karać i samodzielnie stanowić jedyne prawdziwe prawo. Kontrola ponad wszystkim – na rzece, w dżungli, na sąsiednich stacjach – tylko jeden człowiek i jego ambicja. Głodzeni ludzie, polowania, krwawe tłumienie buntów. Przed czujnym okiem Kurtza nie ukryje się nic. Posiada monopol na wszystko i na wszystkich. Swoją ideologię masowego ludobójstwa tubylczej ludności Konga ubiera w piękne słowa, filozoficzne frazesy, z których wylewa się jad, zło w najczystszej postaci. Niemniej, w oczach swoich pobratymców, okolicznych kolonistów, przyjaciół i rodziny, którą zostawił w kraju, Kurtz jawi się jako postać co najmniej magiczna. Czarodziej słów, który hipnotyzuje genialną myślą. A w jej cieniu czai się jedynie strach i śmierć.

„Jądro ciemności” Jospeha Conrada to niezwykła podróż do owładniętej gorączką kości słoniowej doliny Konga, pogrążonej w wiecznej ciemności krainie, gdzie potwór w ludzkiej skórze obrał sobie swoją siedzibę. Z jednej strony to literacki dowód na absurd imperializmu europejskiego i pragnienia dominacji nad „dziką, pierwotną” Afryką, która była zupełnie niezrozumiała dla białych kolonistów. Obnaża hipokryzję, ukazuje rzeczywiste fakty i możliwe wydarzenia tamtej epoki. Z drugiej strony, to historia o narodzinach wielkiego zła. O kolebce potwornej myśli, która z bezdennego mroku wyziera na cienistą dżunglę i tam zbiera swój plon. My, naznaczeni już tragediami XX wieku wiemy, co taka jedna myśl potrafi zrobić. Wiemy już, co wychodzi z mroków duszy człowieka, gdy nikt nie ma nad nim kontroli i w samotności pogrąża się szaleństwie. I nie pozostaje nam nic innego jak spojrzeć znowu w przeszłość i wyszeptać w grozie… horror! horror!

O.

*A kto chciałby poznać szalonego wizjonera Kurtza i dzieło Conrada to znajdzie je zupełnie legalnie, po polsku na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña

Bombla_WszystkoSięSpieprzyło

 

„To znak czasów. Ferment. Brak zdecydowania. Czekanie Na Coś, Co Musi Się Wydarzyć.”

Koniec lat pięćdziesiątych XX wieku zarówno w Stanach Zjednoczonych, Europie, jak i na całym świecie był okresem rodzących się społecznych buntów, upadku ostatnich kolonii i wykrzykiwanych haseł wolnościowo-niepodległościowych. W powietrzu czuć już było nadchodzące zmiany kolejnego dziesięciolecia. Z pozornego spokoju i jako takiej stabilizacji, która zrodziła się wraz z zakończeniem II Wojny Światowej, poprzez narastający konflikt zimnej wojny między USA i Rosją, aż do upadku reżimu na Kubie, wyrosło pokolenie, które przestało się godzić na ustalone odgórnie zasady. Przestało przyjmować powtarzane tępo regułki, które nijak miały się do rzeczywistości. Dostrzegło morze niesprawiedliwości, prześladowań i dyskryminacji skrywanych pod płaszczykiem sztucznie skrojonej doskonałości. Perfekcyjne, bliźniaczo podobne do siebie rodziny przestały już wystarczać. Wartości, które od lat zionęły jedynie pustką wymagały wypełnienia na miarę nowej epoki. Nowe pokolenie zapragnęło czynów i lepszego świata. Przez środowiska robotnicze, inteligenckie i studenckie zaczęła przetaczać się fala pragnień, podjudzana wiarą w swoje nieskończone możliwości. Na uniwersytetach wrzało – pikiety, strajki i zamieszki stały się studencką codziennością, bo przecież ktoś musiał działać. Nawet jeśli jedynie na pokaz.

Na jeden z takich amerykańskich uniwersytetów w okresie przełomu, powraca z dzikich ostępów szalony i doskonały w swoim szaleństwie bohater kultowej już powieści Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (org. „Been Down So Long It Looks Like Up to Me”), jedyny w swoim rodzaju, nietuzinkowy Gnossos Pappadopoulis. Lekko rzuca się dzisiaj przymiotnikiem „kultowy”, gdy większość popkulturowych tworów przenika do rzeczywistości i tylko na chwilę porywa serca młodych, by zaraz powrócić w niebyt. Jednak w stosunku do powieści Fariñy określenie kultowy pasuje jak ulał, a książka wybija się na kontrkulturowym tle. Krótkie życie samego autora obrosło niejako w legendy o nim samym, a jedyna w dorobku książka nawiązuje idealnie do jego życia i środowiska, w którym ostatecznie kształtował swoje poglądy. Szwagier Boba Dylana, przyjaciel Thomasa Pynchona, mąż siostry Joan Baez – Fariña był bardem, wyrastającym z tłumu muzykiem i jeszcze bardziej obiecującym pisarzem. Zginął tragicznie i może dlatego dziesiątki opowieści stworzyły z niego po części postać, jaką był jego fikcyjny Pappadopoulis.

Król Meksyku, Pogromca Wilka, Cień i Drakula – jedyny prawdziwie Wolny, szalony Grek. Gargantua i Pantagruel w jednej osobie. Pożerający i pochłaniający. Ten, który zaćmiewa wszystko i wszystkich swoim powrotem na jedną z prestiżowych amerykańskich uczelni, by wzniecić iskry i rozpalić ogniska zasiedziałych studentów. Z założenia wykorzeniony, bo nie przynależy nigdzie. Bez rodziny, bez wspomnień. On po prostu jest i żyje. Legendarny. Krążą o nim plotki, niesamowite opowieści, naznaczone obłędem. Ktoś mówi, że zginął na szlakach północy, ktoś inny, że dołączył do meksykańskiego kartelu narkotykowego. Z wyglądu i z zachowania zdaje się być pierwotny, dziki i nieokrzesany na otaczającym go uniwersyteckim tle. Jak rozszalały jaskiniowiec przybywa, by obżerać się, opijać i pieprzyć, co wpadnie mu w ręce. Podlega popędom, jest męski, jakiś taki zwierzęcy. Patrzy, obserwuje, a czytelnik razem z nim widzi to wszystko jak przez szkło powiększające. Z perspektywy, jak na haju, gdzie przed oczami kotłują się mieniące obrazy. Jawi się jako zdeprawowany, bo jest szczery aż do bólu, aż do przesady. A jednak zdaje się jak najbardziej prawdziwy.

Paps, jak nazywają go przyjaciele, okazuje się wciąż poszukiwać własnej duszy. A szuka jej dosłownie wszędzie. Dzięki temu udaje mu się wyciągać ze społecznych trzewi absurdy codzienności. Groteskę wykreowanego sztucznie życia uniwersyteckiego kampusu, na którym nikt do końca nie jest pewny o co tak naprawdę chodzi. Rodzi się jakaś pseudo-seksualna rewolucja, jakaś taka pseudo-walka o prawa kobiet, która donikąd nie prowadzi. Przewijają się nazwy, imiona kwiatów, ptaków i dziewcząt, idee równości i braterstwa, jak to w każdej rewolucji. Ma być feminizm, a wychodzi bokami szowinizm. Ma być bunt, a pozostaje jedynie idea. Chłopaki w obcisłych golfach i modnych fryzurach chcą burzyć konserwatywny porządek, ale za pieniądze rodziców.  Tak radykalnie. Tak rewolucyjnie. Dzieciaki, zblazowane, szukające akceptacji wydają się bawić w dorosłych, ustanawiając nowe prawa wszechświata, wciągając halucynogeny i inne psychodeliki, byle zapomnieć, że za chwilę moment, gdy opuszczą mury prestiżowej uczelni, zajmą miejsca w korporacjach swoich ojców. Dziewczyny bez staników, które w weekendy i święta układają włosy, zakrywają piersi i pędzą do mamuś i tatusiów udawać świętoszki. To taki bunt, ale w karbach tradycji. Zdystansowany wobec problemów reszty świata. Rodząca się rewolucja na Kubie kusi, ale lepiej trzymać się od niej z dala, bo pięknymi słowami nie cofnie się kuli karabinów.

I w tym wszystkim siedzi Gnossos, który swoją wolność i prawdziwość musi schować do kieszeni i podróżować samotnie. Jak jakiś mityczny Odyseusz po przejściach. Ktoś, kto widział już wiele i raczej nie chce widzieć więcej. Szuka siebie, szuka Jedynej, Absolutnej miłości i jest uroczo naiwny w tych poszukiwaniach. W samotności, gdy umysł ma jako tako trzeźwy, rozmyśla o samobójstwie, szepcze w ciemnościach pieśni do Tanatosa. Tęskni za szczerymi uczuciami i za rodziną. Jest anarchistą wobec systemu nieistotnych wartości, o które chcą walczyć studenci uniwersytetu. On jako jedyny wie, że nie każdą walkę można wygrać transparentami i okrzykami. Jest bojownikiem, ale melancholijnym, pragnącym tego co osiągalne i konkretne, a czego nikt nagle nie potrafi docenić. W powieści Fariñy dużo jest śmiechu, sporo absurdów i wypaczeń, ale spomiędzy narkotycznych wizji, incydentów obżarstwa i seksualnych zabaw wyziera smutek. Potok niespełnionych marzeń i straconych złudzeń. Oczekiwań, których nie da się osiągnąć w takiej rzeczywistości.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richarda Fariñy to hymn pochwalny na cześć wolności. Tej prawdziwej, jedynej Wolności przez wielkie „W”, do której od samego początku dążył Paps, a która umykała mu i oddalała się w oczach po powrocie do cywilizacji. On szukał Prawdy, a odnalazł fałsz zakamuflowany pod maskami nic nieznaczących haseł, ślepo powtarzanych frazesów, z których ziała jedynie pustka. Bunt Papsa to bunt przeciw życiu, przeciw światu, który jedynie udaje, że jest czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Przeciw światu obłudy, w którym bunt staje się częścią chwilowej mody i kończy się tam, gdzie nie spełniają oczekiwania zbuntowanych. Tymczasem sprawiedliwość, równość, braterstwo oraz wszelkie prawa, o które walczą wciąż pozostają jedynie fikcją i przejdą na kolejne pokolenia, które podążą tym samym co ich poprzednicy tropem, by ostatecznie również nie zmienić zbyt wiele. Każda rewolucja pożre w końcu własne dzieci i ich wyolbrzymione idee. I wychodzi na to, że w tym „najwspanialszych kraju na świecie”, miejscu nieograniczonych możliwości, gdzie wolność jest najistotniejszą wartością, tylko jeden człowiek był naprawdę wolny. Wizjoner. Buntownik z wyboru. Poszukiwacz Prawdy. Gnossos Pappadopoulis.

O.

*Za tą wyjątkową powieść dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

BEZSENNE ŚRODY: „Summer People” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneSummerPeople

 

„Well, he said again. Never been summer people before, at the lake after Labor Day.”

O tym, że „Piekło to drugi człowiek” pisałam już przy okazji opartej na faktach „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. I tak naprawdę powinnam się powtórzyć, bo to jakże genialne stwierdzenie Jean-Paul Sartre’a pozostaje wciąż aktualne nie tylko jeśli chodzi o rzeczywistość i życie samo w sobie, ale także niezmiennie odnosi się do kolejnych dzieł literatury światowej. Człowiek człowiekowi wilkiem. Człowiek to horror drugiego człowieka. Wiedziała o tym także amerykańska pisarka Shirley Jackson, która z wiekiem pogrążała się w postępującej agorafobii, a swoje lęki i frustracje związane z przebywaniem wśród ludźmi przelewała na papier, tworząc coraz to bardziej przerażające wizje osaczonych bohaterów  – pamiętacie „The Lottery”?  Jednak strach przed innymi, przed obcością, przed niebezpieczeństwami, jaki czają się w drugim człowieku zawarła także między innymi w jednym ze swoich najdoskonalszych opowiadań grozy zatytułowanym „Summer People” (dosł. „Letnicy”). Nie jest to typowa groza, bo po raz kolejny sielankowość otoczenia stwarza pozory bezpieczeństwa. To groza narastająca, nieunikniona, czołgająca się w stronę popadających w obłęd bohaterów.

Gdzieś na północnej amerykańskiej wsi, w rejonie Nowej Anglii, państwo Allisonowie posiadają swój letni domek. To dla nich bardzo wyjątkowe miejsce, za którym tęsknią zawsze, gdy mają powrócić na resztę roku do pędzącego szalonym życiem dużego miasta i codziennych obowiązków szarej rzeczywistości. Na wieś przyjeżdżają co roku już na początku lata, by spędzić letnie miesiące i wyjechać przy pierwszych chłodach, tuż przed Świętem Pracy. Ale tego roku pani Allison wpada na pomysł, by zostać dłużej. Nie są już młodzi, dobiegają sześćdziesiątki, nic ich nie goni i tak naprawdę nie czują potrzeby tak szybkiego powrotu. Malownicza wieś w pełni babiego lata i własny, przytulny domek kuszą, by zostać miesiąc dłużej. I zostają. Pomimo zawoalowanych ostrzeżeń miejscowych, którzy co krok powtarzają, że przecież „Nikt z letników nie zostaje dłużej jak do Święta Pracy”, bądź tych bardziej dosłownych, typu „Sądziłam, że wyjedziecie wcześniej”, itp. Allisonowie nie widzą jednak w tym żadnego problemu (czują się już prawie jak miejscowi) i nie rozumieją, że oni po prostu MUSZĄ wyjechać. Wkrótce jednak przekonają się na własnej skórze, że urocza wieś, tak przyjacielska dla turystów latem, po sezonie może stać się okrutną pułapką, z której nie będzie ucieczki.

Poczucie zagrożenia rodzi się tutaj ze zdania na zdanie, po kawałku, po trochu. Najgorsze jest to, że to czytelnik jako pierwszy zauważa, że w tym natrętnym przekonywaniu do wyjazdu jest coś bardzo nie tak, jak powinno być. Chciałoby się krzyknąć do pani Allison: „Wyjeżdżajcie!”, ale ona nie słucha, bo tak jej się dobrze żyje na wsi. Przecież co roku tu przyjeżdża, przecież ma tutaj tylu „przyjaciół” wśród miejscowych, że sama prawie czuje się jak miejscowa i traktuje nowoprzybyłych z politowaniem. Nie zauważa, że ani ona, ani jej mąż nigdy nie będą „stąd”. Obcość wpisana jest w ich przyjezdność. Są jedynie letnikami, tak jak każdy inny i nic tego nie zmieni. A letnicy przecież, w zgodzie z niepisaną umową, z niepisaną tradycją, wyjeżdżają przed Świętem Pracy, bez względu na pogodę, czy wolny czas. Przeraża ponownie ta wizja małych miasteczek, mieścinek i wsi, w których przybysz z zewnątrz to ofiara z założenia. Te nieszczere uśmiechy, te fałszywe transakcje, ta wymuszona pomoc… Letnia enklawa, która z ostatnimi promieniami słońca zamienia się piekło okrucieństwa.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

* „Summer People” to kolejna z opowieści na jeden chaps, idealna do śniadania, zakąski, w przerwie w pracy lub w letni wieczór 🙂 Do poczytania bezpośrednio w sieci znajdziecie TUTAJ.

„S.” J.J. Abrams & Doug Dorst

Bombla_S

 

„A person is no more and no less than THE STORY of his passions and deeds.”

Coriolis V.M. Straka

Dzisiaj będzie inaczej. I nie tylko dlatego, że bardziej wizualnie, bardziej zdjęciowo, ale dlatego, że bardziej osobiście. O wiele bardziej emocjonalnie i ekscytująco. Bo  jak się tu nie ekscytować niezdrowo, kiedy natrafi się na tak wspaniałego Dużego Buka, że jedynie milimetrów brakuje mu do prawdziwej wielkości? No właśnie. Tak więc nie ma się co dziwić mojemu dzisiejszemu rozstrojowi i chwilowemu odejściu od bardziej formalnego stylu pisania, którym operuję na co dzień. Nie martwcie się, to tylko tak dzisiaj, przy poniedziałku, po bogatych w emocje dwóch tygodniach, jakie spędziłam na intensywnej lekturze.

Ale od początku. Istnieją książki, które tak po prostu się czyta, podczytuje, od czasu do czasu, chrupie jak przekąskę. Nie wnoszą specjalnie zbyt wiele do literackiego świata, ale stanowią doskonały przerywnik w lekturach bardziej wymagających, a lekkością i minimalną kalorycznością tylko urozmaicają jadłospis. Istnieją również książki, które intrygują, wciągają i zmuszają czytelnika do porządnej refleksji, zostając z nami na dłużej, a przynajmniej na jakiś czas. I w końcu, istnieją książki takie, które powalają na kolana, zwalają z nóg i podcinają ścięgna emocjonalne, stając się z miejsca jednymi z najlepszych z najlepszych, jakie było dane nam poznać. Sami przyznacie, że nie za wiele jest takich buków na świecie, chociaż zdarzając się od czasu do czasu i wtedy nasz świat nawet na chwilę staje na głowie, a myśli wirują i jak w kalejdoskopie tworzą coraz to nowsze i bardziej skomplikowane układy. Coś takiego przytrafiło się właśnie mi za sprawą niezwykłej opowieści, której nawet forma wyznacza niesamowitość.

SS

„S.”. S jak Sekret. S jak odwieczna tajemnica. S jak klucz do istnienia. W geniusz J.J. Abramsa nigdy nie wątpiłam, no może tylko przez moment przy jakimś serialu, by w chwilę później się zreflektować i przyjąć go za pewnik. Ten amerykański reżyser, producent, scenarzysta i tylko on sam wie kto jeszcze, tworzy projekty, których dopracowanie, przenikliwość i rozbudowanie zaskakują mnie od zawsze. Chociaż bywa również, że z części swoich pomysłów musiał rezygnować, ze względu na ich zbyt duże, hm, skomplikowanie. Ale nie w przypadku „S.”. W końcu Abrams, we współpracy z pisarzem Dougiem Dorstem, znaleźli sposób, by stworzyć dzieło doskonałe w przekazie i treści, bez konieczności wycinania, przerabiania i dopasowywania do wymogów popularnej widowni. Bo książka przecież już sama z siebie, jako przekaźnik historii jest wyjątkowa i bardziej elitarna. Czytelnicy godzą się ze wszystkim, co wymaga wysiłku intelektualnego. Podejmują rzucone im wyzwanie i przede wszystkim czytają, po prostu. W „S.” mógł zawrzeć wszystko to, co nie do końca sprawdziłoby się w kinie. Zamknąć opowieść idealną, rozbudowaną, wielowątkową z odpowiednim ładunkiem filozoficznym.

FOT1

Przede wszystkim, a może po pierwsze, „S.” to książka w książce. Czytelnik do ręki dostaje zapieczętowaną okrytą czarną okładką z wytłoczoną wielką literą „S” książkę, która znajduje się wewnątrz. To „Ship of Theseus” (dosł. Statek Tezeusza) autorstwa fikcyjnego, tajemniczego pisarza o nazwisku/pseudonimie V.M. Straka. O jego życiu wiadomo niewiele. Tylko skrawki, oderwane elementy, które nie do końca układają się w całość, a które bardzo powoli zaczną tworzyć pełny życiorys dopiero podczas lektury powieści, zapisków na marginesach i wszystkich dodatków dołączonych do samej książki.

FOT2

Po drugie „S.” to potrójna opowieść. Może to brzmieć skomplikowanie, ale ogarnięcie tej historii, jeśli poświęci się temu trochę czasu, odsłania perfekcyjną mozaikę zależności, tworzącą idealną całość. To historia bohatera „Ship of Theseus”, którego dzieje to wielka podróż w poszukiwaniu swojej tożsamości, którą stracił, a której nie potrafi odnaleźć. Jego historia niejako łączy się z życiem tajemniczego pisarza, jakim był V.M. Straka i tajną organizacją zwaną właśnie „S.”. A na końcu poznajemy ukrytą na marginesach książki współczesną historię rodzącej się miłości i wzajemnej fascynacji pomiędzy  Jen i Erickiem – dwojgiem studentów, zaintrygowanych twórczością V.M. Straki, którzy wikłają się w zagadkę jego życia, rozszyfrowując ją za pomocą samej powieści.

FOT3

Kluczem do zrozumienia tej książki i tym samym pełnego jej wchłonięcia jest już tytuł, czyli „Ship of Theseus”. Nie jest to w żadnym wypadku tytuł przypadkowy. Statek Tezeusza, znany także pod nazwą paradoksu statku Tezeusza to filozoficzny problem, który stawia pytanie o tożsamość danego obiektu. Wszystko zaczęło się od mitologicznego statku, sztandarowej jednostki greckiej, która po każdej potyczce była odbudowywana, rozbudowywana i ulepszana, a jej załoga wymieniana i uzupełniania. W związku z tym Plutarch zadał pytanie, czy to jest wciąż ten sam statek, co na początku, czy już zupełnie inny? W kategoriach życia i filozoficznych odniesień pytanie brzmi – czy człowiek może dowolnie zmienić swoją tożsamość, czy jego przeszłość już na zawsze wpisana jest w jego byt i tym samym to ona kształtuje go ciągle od nowa? Czy można stać się kimś innym? Zupełnie nowym? Wybrać samemu kim chcemy być?

„It is entirely possible, S. realizes, and in fact seems quite likely, that not one plank or hatch or cleat or peg or bolt or nail or orpe remains from the night he was first taken aboard. And yet: this is the ship.”

 W odniesieniu do „S.” i „Ship of Theseus” chodzi o głównego bohatera powieści V.M. Straki, który pewnego dnia budzi się nie pamiętając kim jest, jak ma na imię i jak znalazł się w tym konkretnym miejscu i czasie. Wkrótce zostaje uprowadzony na dziwny statek, którego załoga nie ma imion, nie ma kapitana i nie podlega żadnym konkretnym rozkazom. Porozumiewają się za pomocą specyficznych gwizdów, bo każdy z nich ma… zaszyte czarną nicią usta. Na statku czas płynie zupełnie inaczej niż na lądzie. A sam statek za każdym razem wygląda trochę inaczej, załoga zmienia się i wymienia, a nasz bohater powoli odkrywa tajemnice jednostki i cel, do którego zmierza. W międzyczasie dane jest mu, krok po kroku, odkrywać swoją przeszłość i konspirację, w którą został uwikłany przed laty, a która dotyczy sekretnej organizacji „S.”. Kim był? Kim jest? Czego lub kogo szukał? Kogo kochał? Czego pragnie?

„More than anything, he wants to see something familiar, something that connects him, however tenuously, to the world he must have known before he lost his memory, his identity, himself.”

Paradoks statku Tezeusza dotyka także Jen i Ericka, którzy odkrywając przed sobą nawzajem kolejne prawdy o sobie, czy dzieląc się sekretami, z czasem zauważają, że nie są już tymi samymi ludźmi, jakimi byli na początku, kiedy się poznali. Zmieniły się ich priorytety, pasje, plany na przyszłość. Kolejne karty ukazują codzienne dramaty, zmagania się z życiem, które układa się zupełnie inaczej, niż myśleli, że się ułoży. Odkrywają, że nie inaczej było z samym autorem „Ship of Theseus”, który dawno dawno temu postanowił stać się kimś zupełnie innym, zmienić się i porzucić dotychczasowe życie.

FOT4

I nic więcej nie mogę już Wam zdradzić, moi Drodzy. „S.” to powieść absolutnie wyjątkowa. Czytelnik do ręki dostaje wszystkie elementy potrzebne do rozwikłania zagadki. Każda kolejna strona książki przybliża do sekretów i wciąga w czyjś ukryty świat, który z założenia nie miał być nigdy odnaleziony. „S.” stworzona jest w taki sposób, byśmy mieli poczucie, że książka, która trafia do naszych rąk to właśnie ten jedyny egzemplarz, należący do Ericka i Jen, którzy razem, wspólnie wkroczyli w rzeczywistość Straki i którzy poświęcili się jej bez reszty. Czytelnik jest detektywem, tropicielem, kroczącym śladami zapomnianych opowieści, zaginionych tożsamości, istnień, którzy trwały jedynie poprzez język, pisanie, a które próbując wyłamać się od tradycji, tworzyły nowe układy i pełnie.

„S.” niesie za sobą niesamowite doświadczenie czytelnicze. Wielowymiarowe, wielopoziomowe, przenikające do naszego świata, tym samym bardzo meta. To zagadka sama w sobie, która łączy różne formy wypowiedzi, opowieść nie tylko poprzez książkę jako obiekt, ale jako zbiór ludzkich doświadczeń. „S.” J.J. Abramsa i Douga Dorsta jest po prostu piękna. To jednocześnie jest książka i tak bardzo o wiele więcej niż tylko książka, jeśli wiecie co mam na myśli. To hołd złożony słowu pisanemu. Poza czasem, poza epoką, poza tradycją. Pozostawia po sobie mnóstwo pytań, które warto zadać, zanim będzie za późno.

O.

 

„Sycamore Row” John Grisham

Bombla_SycamoreRow

 

„Everything is about race in Mississippi, Jake. Don’t ever forget that.”

Gdy umiera ktoś bliski, ktoś kochany i szanowany, rzadko kiedy wśród żałobników jako pierwsza pojawia się myśl o jego ostatniej woli, spadku, który pozostawił po sobie członkom rodziny, czy przyjaciołom. Trochę inaczej ma się ta kwestia w przypadku osób zamożnych, takich, których majątek liczony jest co najmniej w setkach tysięcy, bardziej w milionach. Kiedy kwestia spadku to nie tylko smutny obowiązek, ale dreszcz wyczekiwania i wstydliwych (przynajmniej dla poniektórych) emocji. W takich chwilach, po lub jeszcze przed pogrzebem, nagle wychodzi na jaw kogo nieboszczyk kochał najbardziej, kogo lubił i chciał szczodrze nagrodzić, a kogo nie znosił.  Tym ostatnim brak nazwiska w rozporządzeniu przyniesie upokorzenie i najprawdopodobniej wzbudzi cały zestaw negatywnych uczuć. Jednak testamenty ludzi bogatych potrafią także zmieniać życie innych na lepsze. Kto miał dobre serce, był szczodry i potrafił dostrzegać cierpienie bliźnich, ten potrafi zapisać mnóstwo pieniędzy fundacjom charytatywnym i podobnym organizacjom lub oddać wiele na rzecz kogoś, kto tego majątku potrzebował. Niewielu jest takich ludzi, chociaż istnieją, istnieli i sprawili, że ktoś nawet przez moment poczuł się po prostu szczęśliwy.

Opowieść o wielkim spadku i jego niechcianych konsekwencjach snuje John Grisham w jednej ze swoich najnowszych powieści zatytułowanej „Sycamore Row” i zarazem luźnej kontynuacji debiutanckiego „Czasu Zabijania”. Znów wracamy do hrabstwa Ford, fikcyjnego miasteczka Clanton w stanie Mississippi, w którym w trzy lata po legendarnym procesie Carla Lee Hailey w sumie niewiele się zmieniło. Życie toczy się swoim torem, dla jednych lepiej, dla innych trochę gorzej. Jake Brigance, obrońca Carla Lee, który w procesie życia stracił dom, ale liczył chociaż na jako taką sławę, nie zyskał zbyt wiele. Pracuje, trzyma się i rodzinnie wspiera z żoną Carlą, jednak nie jest to właśnie to, czego oczekiwał po wydarzeniach sprzed lat. Miało być tak pięknie, po prostu lepiej, a jest jak jest. Przynajmniej są cali i zdrowi i nawet Ku Klux Klan odpuścił po czasie. I nic by się nie zmieniło, gdyby nie list, który pewnego dnia trafia do rąk Jake’a. To niezwykły list. Skrupulatnie zaplanowany, wysłany na ostatnią chwilę, tuż przed śmiercią – testament wisielca.

Tym wisielcem jest Seth Hubbard. Za życia był on jednym z najbogatszych, o ile nie najbogatszym człowiekiem w hrabstwie. Wielomilionowy majątek zdobył tworząc swoje małe imperium, zupełnie od zera, zaczynając dosłownie z niczym, no może kilkoma akrami ziemi. Dorobił się wielkich pieniędzy, ale niekoniecznie rodzinnego szczęścia. W ostatnich latach mieszkał już zupełnie sam, opuszczony przez trzy poprzednie żony i chciwe dzieci, których nienawidził. Umierał na raka, a opiekowała się nim jego gosposia, czarnoskóra Lettie Lang. Gdy wiedział, że śmierć w męczarniach jest naprawdę blisko, a nie chciał tak umierać zamroczony lekami, spisał po raz kolejny swój testament. Tym razem odręcznie, bez świadków i wysłał go do Jake’a, tak, by dotarł w dwa dni po jego śmierci.

Seth Hubbard powiesił się pewnego ranka na jednym z jaworów rosnących przy tytułowej Sycamore Row (Alei Jaworów). Jego ostatnia wola wstrząsnęła okolicą, bo 90% majątku, bez słowa wyjaśnienia zostawił… Lettie. Pominął całą rodzinę, poza zaginionym od dekad bratem, dokładnie zaznaczając w dokumencie, że nic im się nie należy. Wyśmiał ich chciwość i zaznaczył, by testament odczytać dopiero po wszystkich uroczystościach związanych z pogrzebem, by prawdziwa natura i intencje jego fałszywej rodziny wyszły na jaw. Nie był to jednak jego jedyny testament, więc na swojego pośmiertnego obrońcę wyznaczył właśnie Jake’a Brigance’a. Wkrótce rozpoczyna się kolejny głośny proces, którego główną osią raz jeszcze stają się konflikty rasowe i rodzinne sekrety z przeszłości, o których wszyscy chcieli zapomnieć.

Tym razem Grisham nie skupił się na trudnych moralnych wyborach, ale w zamian poruszył temat ludzkiej pazerności, która potrafi połączyć ludzi bez względu na pozycję społeczną, wiek, płeć, czy rasę. Wielkie pieniądze to zawsze dziesiątki rąk, które koniecznie chcą się do nich dorwać, zagarnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. W kolejce po miliony stają dzieci Hubbarda wraz z  armią prawników, a po drugiej stronie zagubiona Lettie, która w tej opowieści wydaje się być jedyną osobą, której na tych pieniądzach nie zależy i która dostrzega w tym hojnym geście więcej problemów niż przyszłego szczęścia. Ona wie, że stając się najbogatszą kobietą w takim hrabstwie jak Ford, do tego czarnoskórą, może oznaczać falę miejscowej nienawiści do końca życia. Bez względu na jej prawdziwe pobudki, bez względu na intencje darczyńcy. Bo przecież nikt nie wie dlaczego Lettie przypadło w udziale wszystko i dopiero przypadkowe wydarzenia i śledztwo odkryje zupełnie inną stronę całego procesu. I od tego momentu jedynie od ławy przysięgłych będzie zależało, jak zakończy się cała sprawa.

John Grisham nie byłby sobą, gdyby w „Sycamore Row” nie poruszył także odwiecznego konfliktu rasowego amerykańskiego Południa. Znowu mamy poczucie, że w Clanton nic się nie zmieniło i wcale zmienić nie zamierza, a takie sprawy jak Carla Lee, czy Lettie są jedynie kroplą w morzu tysięcy podobnych. Miało być lepiej, a lepiej wcale nie jest. Pomimo, że proces wcale nie toczy się w imieniu czy przeciw Lettie – chodzi tutaj o dowód na prawdziwość i pełnoprawność ostatniego testamentu Hubbarda – na każdym kroku Jake musi przypominać o co tak naprawdę rozgrywa się cała sprawa, nie tylko osobom trzecim, ale nawet prokuratorowi i sędziemu. Tak jakby wszyscy zapomnieli na czyje zlecenie się tam spotykają, bo w zupełnie naturalny sposób wychodzi z tego kolejny proces biali vs. czarni i nie ma od tego odwrotu, jak to w Mississippi.

W porównaniu z „Czasem zabijania”, „Sycamore Row” brakuje tego „czegoś”. Brakuje napięcia i wyczekiwania na rozwiązanie sprawy. Brakuje wątków pobocznych, które dodałyby tej opowieści tak potrzebnej pikanterii. I nie zrozumcie mnie źle – to doskonały thriller sądowniczy, ale… nic poza tym. Rozwiązanie tajemnicy Alei Jaworów nie zaskakuje. Przeraża, ale było łatwe do przewidzenia i kto potrafi wiązać poszczególne wątki nie będzie już wstrzymywał oddechu na zakończenie. Bo to znowu przecież Mississippi. Jeden z najbardziej rasistowskich stanów w USA. Miejsce z przeszłością, tragiczną i wciąż wstydliwą dla wielu Amerykanów, w której zawarły się lata prześladowań, linczów i rasowych potyczek. Zapisała się historia okrutnych wspomnień, o których strach rozmyślać. We krwi mieszkańców płyną uprzedzenia, których pokonanie zajmie jeszcze doświadczenia wielu pokoleń.  I żadne pieniądze tego nie naprawią.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving

Bombla_BezsenneSleepyHollow

 

„Certain it is, the place still continues under the sway of some witching power, that holds a spell over the minds of the good people, causing them to walk in a continual reverie. They are given to all kinds of marvelous beliefs, are subject to trances and visions, and frequently see strange sights, and hear music and voices in the air. The whole neighborhood abounds with local tales, haunted spots, and twilight superstitions…”

Niejednokrotnie już pisałam Wam o miejscach, które mają dusze. O miejscach, które niczym żywe istoty potrafią być dobre lub złe. O miejscach, które na swoją siedzibę wybrało coś nienazwanego, często pierwotnego, z innego wymiaru czy eonów czasu. I powiedzmy sobie szczerze, że takie lokacje lepiej omijać i raczej nie planować w nich dłuższych pobytów, a już na pewno nie planować nocnych eskapad w ich okolice. Istnieją jednak takie miejsca, które przyciągają do siebie swoją legendą. Z opisu i z opowieści jakie o nich krążą wcale nie wydają się być strasznymi. Ale coś w nich jest takiego, że nie można się im oprzeć. To miejsca na wpół magiczne, całkiem naturalnie oddalone od zwykłego, szarego świata, odizolowane w swojej wyjątkowości. Kuszą tajemne moce, a w ich granicach potrafią ożywać baśnie i okoliczne podania. Nawet mieszkańcy dziwią się tym tajemnicom, które skrywają ich ziemie, ale cóż, przyzwyczajają się do nich po prostu. A czasami nawet wykorzystują krążące legendy dla żartów, czy dla zabawy. Takim właśnie uroczym, ukrytym przed światem zakątkiem jest Sleepy Hollow, opisane przez Washingtona Irvinga w opowieści „The Legend of Sleepy Hollow” („Legenda o Sennej Kotlinie”).

Sleepy Hollow, czyli Senna Kotlina, ukryta jest przed wzrokiem podróżnych pośród zieleniejących wzgórz, pędzących wartko strumyków i przeróżnych zakątków, gdzie różne intrygujące rzeczy potrafią się wydarzyć. Wśród jej sympatycznych, niezwykle spokojnych, a czasami wręcz zaczarowanych (chociaż nikt nie wie, jaki czar rzuciło na nich to miejsce) mieszkańców od pokoleń krąży pewna legenda. Nie jest to jedyna taka opowieść, oj nie, ale akurat ta jest wyjątkowa, bo podobno prawdziwa. Legenda o Jeźdźcu Bez Głowy, który spowity w czerń na swoim mrocznym rumaku przemierza okolice w poszukiwaniu swojej utraconej głowy. W tą i w inne nadprzyrodzone historie z humorem opowiadane przy kominkach Sleepy Hollow, nie wierzy miejscowy nauczyciel Ichabod Crane, który całkiem niedawno przybył do miasteczka i wciąż nie potrafi się nadziwić przesądom w jakie wierzą miejscowi. Ale wiara młodzieńca już wkrótce zostanie wystawiona na próbę i przydarzy się coś, co na zawsze już zmieni jego dzieje.

„The Legend of Sleepy Hollow” to jedna z najbardziej klasycznych opowieści grozy, chociaż groza w niej nie jest aż tak wyeksponowana. Chodzi bardziej o tajemnicę, o zagadkę i budowanie poczucia dziwności w czytelniku. Senna Kotlina to uroczysko samo w sobie. Dziwne wypadki to codzienność. A jednak jest tam coś, od czego nie można się oderwać. Ma potencjał doskonałego miejsca do zamieszkania – piękna okolica, niezwykła przyroda, bogata, urodzajna gleba wokół, która daje poczucie spełnienia. Zadowolenia. Spokoju. Stamtąd nie chce się wcale wyjeżdżać, bo kiedy już raz pozna się jego sekrety, to po co zdradzać je reszcie świata? No chyba, że macie wybór. Chyba że akurat stoicie na rozstajach i podziwiacie widoki, a tabliczka z tą zaklętą nazwą dziwnie kusi i przyciąga wzrok. Strudzony podróżnik zastanawia się i patrzy. Ale tylko jako ostrzeżenie napiszę Wam, że może jednak lepiej nie skręcać w stronę Sennej Kotliny, gdy zapada zmierzch i słychać już tętent kopyt pośród mgieł.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo wiem, że czarny jeździec już pędzi we mgle.

O.

*Kto zaintrygowany i wciągnięty znajdzie Jeźdźca Bez Głowy i „Legendę o Sennej Kotlinie” w oryginale, całkiem za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Echa pamięci” Katherine Webb

Bombla_EchaPamięci

Edie Sedgewick, Camille Claudel, Misia Godebska, Marie-Therese Walter, Victorine Meurent i wiele, wiele innych. Co łączy te wymienione jednym tchem kobiety? Każda z nich, na jakimś etapie swojego życia, a czasami nawet przez całe lata, była muzą. Muzą znanego malarza, artysty. Czasami jednego, przez dłuższy okres czasu, a niekiedy wielu naraz, inspirując kolejnych wielkich swojej epoki. Niektóre z nich łączyły z malarzami płomienne romanse, krótkie związki, ulotne chwile i miłostki. Inne stawały się kobietami ich życia, bez których wena nie przychodziła już nigdy. Utrwalone na płótnach, na zdjęciach i papierze, stawały się ikonami w swoim środowisku. Ich twarze, jeśli nawet imiona nieznane, rozpoznawalne stawały się już z daleka, a ich historie inspirowały kolejne pokolenia. Często jednak życie muzy nie było usłane różami. Występowały jako „ta druga”, zastępstwo dla żony lub innej stałej kochanki. Bywały potrzebne tylko w danym okresie czasu. Rzadko którakolwiek zostawała na dłużej. Każda z nich jednak fascynująca, przyciągająca spojrzenia, tragiczna w swojej ulotności.

O muzie wielkiego artysty, skrzywdzonej i niewinnej w swojej naiwności, opowiada w niezwykłej powieści zatytułowanej „Echa pamięci” („A Half Forgotten Song”) Katherine Webb – autorka debiutanckiej, bestsellerowej powieści „Dziedzictwo”, która uznana została za „najlepszą powieść lata” w 2010 roku. I nie inaczej może zdarzyć się z jej najnowszą, wydaną w Polsce książką, bowiem „Echa pamięci” dosłownie przenoszą na angielskie klify, do nadmorskiej miejscowości Blacknowle, gdzie dolatuje świeży zapach bryzy, wilgotnych skał i wodorostów, a czytelnik towarzyszyć będzie bohaterom w podróży w przeszłość. Jest tu magia dawnych lat, ukryte wspomnienia, które czekają tylko, by ktoś je odnalazł, żeby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przywołać je na nowo. A że jest to wspomnienie rozgrzanych wakacyjnych miesięcy, lat trzydziestych XX wieku, to zdaje się być kolejną doskonałą książką na rozpoczynające się powoli lato.

Życie Zacha Gilchrista powoli rozpada się. Rozwód, wyjazd ukochanej córeczki za ocean i chyląca się ku upadkowi jego galeria sztuki. Tak jak nie idzie Zachowi interes, tak również rozmywa się jego pasja do sztuki. Miał pisać biografię jednego z okolicznych malarzy, Charlesa Aubreya, który spędzał nad morzem letnie miesiące, tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej, a którego twórczość wciąż nosi znamiona nieodgadnionej tajemnicy. Jednak stracił motywację i chęć do działania. Tkwi w martwym punkcie, zawieszony między swoimi pragnieniami a finansowymi zobowiązaniami. Gdy ni stąd ni zowąd na rynku sztuki pojawiają się nowe, nieznane jeszcze dotąd szkice Aubreya, Zach pakuje walizki i podąża za tropem do Blacknowle. Tam, zupełnie przypadkiem poznaje Mitzy Hatcher, zdziwaczałą kobietę u kresu życia, która wbrew jakimkolwiek znanym faktom twierdzi, że była kochanką Charlesa Aubreya, jego jedyną miłością i największą muzą. Wraz z Zachem czytelnik zostaje wciągnięty w wir sekretnych namiętności młodziutkiej dziewczyny, która latem 1937 roku bez pamięci zakochała się w malarzu, a z czasem jej dziewczęca miłość zamieniła się w chorobliwą obsesję i doprowadziła do tragedii.

Katherine Webb bardzo umiejętnie szafuje tajemnicą. Opowieść, którą snuje Mitzy, a która całkiem realnie wpływa na teraźniejszość Zacha i innych postaci wokół niego, przepełniona jest sekretami, niedopowiedzeniami, które sam musi odkryć. Mitzy w tym względzie nie do końca można ufać. Ukrywa fakty za chorobliwymi uczuciami, które z roku na rok przybierały na sile, a na starość jakby zamknęły ją w bańce własnej wyobraźni. Niektóre wyparła dla własnego dobra, a inne ze wstydu i zagubienia. Tylko niektórzy mieszkańcy Blacknowle domyślają się prawdy, jednak żaden z nich nie ma w pełni pojęcia, co wydarzyło się w tamtych latach, gdy do wsi przyjeżdżał Charles Aubrey ze swoją rodziną. Co stało się z jego córkami? Co z piękną Marokanką, która zawsze towarzyszyła mu w podróży? I przede wszystkim kim była i co takiego zrobiła Mitzy Hatcher, że od ponad siedemdziesięciu lat nie opuszcza swojego domku na klifach?

Jedno jest pewne, o czym przekonuje się rychło Zach słuchając opowieści Mitzy – niełatwo było być muzą wielkiego, podziwianego artysty. Niełatwo było przeżywać rozkosze płynące jedynie z jego spojrzenia, czujnej uwagi poświęconej dziewczynie, która zaznała w życiu jedynie samotności i upokorzeń. Niełatwo było być wykorzystywaną jako żywy model przez całe lato, by w chwilę później zostać porzuconą na resztę roku. Z pewnością nie wtedy, gdy artysta był jej pierwszą i jedyną miłością. Jedynym mężczyzną, który kiedykolwiek łaskawie spojrzał na dojrzewającą młodą kobietę, który stanowił namiastkę nieznanego ojca, ten pierwiastek męski, którego tak bardzo brakowało Mitzy przez całe życie, a którego nigdy nie miała poznać. Taka muza, zdradzona i opuszczona w swoich oczach, może zrobić coś nieodwracalnego. Może zrujnować sielankowy świat artysty i jego rodziny. Bo ona przecież nie ma nic do stracenia.

„Echa pamięci” czyta się z zapartym tchem i potrzeba nie lada wysiłku, by wyzwolić się z zaklęcia, jakie na czytelnika rzuca swoją opowieścią Katherine Webb. Autorka stworzyła po prostu piękną, przejmującą historię, która być może, chociaż po części, mogła przydarzyć się komuś, kiedyś, dawno temu. Opowieść o dojrzewaniu, samotności i odrzuceniu, gdy smutek jest tak wielki, rana tak głęboka, że tylko ostateczne środki mogą uratować przed upadkiem w otchłań. Opowieść o dziewczynie, która zobaczyła swoje odbicie w oczach mężczyzny i nie potrafiła zrozumieć, że była jedynie chwilową fascynacją, przejściowym obiektem natchnienia i twórczej weny. Historię o echach wspomnień, które powracają zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, a od których ucieczką jest tylko śmierć.

O.

*Recenzja dla portalu Gildia.pl.

„Pielgrzym” Terry Hayes

Bombla_Pielgrzym

 

„Rozważałem kwestię niespełnionych marzeń, na przykład o spotkaniu zwykłej, atrakcyjnej kobiety w Nowym Jorku – tej, której numeru miałem nigdy nie poznać. Myślałem też o czwartym lipca i dniach spędzonych na plaży, a także o wszystkim, co tak łatwo utracić w ogniu. Ale przede wszystkim o tym, że tajny świat nigdy nie zostawia człowieka w spokoju, zawsze czai się gdzieś w ciemności, gotów znowu zgromadzić swoje dzieci.”

Tajne organizacje, służby specjalne, sekretne oddziały, o których wiedzą jedynie wybrane osoby na całym świecie, najczęściej z prezydentem Stanów Zjednoczonych na czele. Misje, których cel pozostaje na zawsze poufny, znany nielicznym, a przede wszystkim tym, którzy wykonują rozkazy. Światowe zakulisowe dramaty, o których nie może wiedzieć nikt przypadkowy. Sekretne życie służb to temat, który fascynuje widzów i czytelników od zawsze. Lubimy mieć poczucie, że przenikamy do zakazanej części rzeczywistości, niby fikcyjnej, a jednak z odniesieniem w prawdziwym życiu; że uchylamy rąbka największych tajemnic, podglądamy i podsłuchujemy to, co Sid Hudgens, bohater L.A. Confidential, nazwałby „Off the record, on the QT, and very hush-hush”.

A jeśli sekrety i służby, to najlepiej wyszkoleni tajni agenci, żywe legendy, nieprzejednani, twardzi, tacy, którzy potrafią podjąć każdą, nawet najtrudniejszą decyzję, wpływając na losy ludzkości i czasami poświęcając samych siebie. Wśród nich najznamienitsi, bohaterowie tak literaccy, jak filmowi, między innymi Simon Templar kryptonim Święty, Jason Bourne kryptonim Delta One, James Bond kryptonim 007 i od niedawna… Scott Murdoch kryptonim Pielgrzym – bohater debiutanckiej powieści Terry’ego Hayesa „Pielgrzym” (ang. „I am Pilgrim”). Człowiek o wielu twarzach, różnych tożsamościach, nieuchwytny i niezastąpiony, gdy na szali ważą się losy świata.

Terry Hayes z „Pielgrzymem” trafił w dziesiątkę. Stworzył powieść i perfekcyjnego bohatera, którego dosłownie można bez przeróbek przenieść z kart książki na kinowy ekran. I chyba nie mogło być inaczej, skoro Hayes jest wybitnym scenarzystą, twórcą między innymi kultowych już drugiej i trzeciej części Mad Maxa. A to zobowiązuje. I w ten sposób czytelnicy na całym świecie zyskali kolejnego niezwykłego bohatera, którego warto podziwiać, którego zasługi warto poznać, a działania śledzić z zapartym tchem. Zwroty akcji, twisty i zakręty fabularne napędzają opowieść. Wartka i doskonale poprowadzona historia pędzi w szaleńczym tempie, ciągnąc nas za sobą i nie pozwalając się oderwać. A bohater? Cóż, Pielgrzym to ktoś, kogo pragnęłoby się spotkać, porozmawiać i na własne oczy przekonać się, kim jest człowiek, który zupełnie samotnie powstrzymał jeden z najokrutniejszych i najbardziej przemyślnych ataków terrorystycznych w historii.

A jak to wszystko się zaczęło? Morderstwem w podrzędnym nowojorskim hotelu. Ale nie było to zwyczajne morderstwo, do którego z łatwością można by dopasować podejrzanych. Co to, to nie. Zwłoki młodej kobiety znaleziono w wannie pełnej chemikaliów, które doszczętnie wyżarły twarz i skórę na palcach ofiary. Pozbawiły ją znaków szczególnych i jakiejkolwiek możliwości identyfikacji. Na dokładkę, morderca wyrwał jej wszystkie zęby, a każdy, nawet najmniejszy ślad w hotelowym pokoju zatarł silnym środkiem do dezynfekcji. I tylko jeden człowiek obecny na miejscu zbrodni domyśla się, że mordercą była kobieta. Na domiar złego kobieta, która w dokonaniu tego perfekcyjnego zabójstwa posłużyła się książką na temat technik śledczych, w dodatku jego autorstwa. Tą osobą, która wie i przeczuwa ciąg niezliczonych połączeń jest Scott Murdoch.

Scott Murdoch. Występujący także jako: Peter Campbell, Jude Garrett, Brodie Wilson i pod dziesiątkami innych nazwisk, fałszywych tożsamości stworzonych na potrzeby tajnych akcji. Ukrywający się dawniej pod kryptonimem Jeźdźca Niebieskiej, byłego dowódcy tajnego wydziału wewnętrznego amerykańskiego wywiadu. Obecnie, w wieku trzydziestu pięciu lat, będąc na emeryturze pomaga przyjacielowi Benowi Bradleyowi z nowojorskiej policji rozwikłać zagadkę morderstwa. To właśnie on wprowadza czytelnika w historię swojego życia i opowiada dzieje ostatniej tożsamości, jaką musiał przyjąć, czyli Pielgrzyma. Z zapyziałego pokoju hotelowego płynnie przechodzi na ścieżkę wielkiego spisku, mającego na celu zniszczenie Stanów Zjednoczonych i zdestabilizowanie całego świata Zachodu. Z tej ścieżki nie będzie już ucieczki. Prowadzi w ciemności. W mrok religijnego fanatyzmu, w wojnę, którą zapoczątkował upadek dwóch wież i w końcu do człowieka zwanego Saracenem, który prowadzi własny dżihad i nie cofnie się przed niczym, byle tylko dokonać zemsty.

Czytelnik poznaje dzieje Pielgrzyma z perspektywy czasu, gdy ten cofa się do przeszłości i od nowa rozrysowuje wydarzenia z tamtego okresu. Jest metodyczny, niezwykle szczegółowy, nie pomija żadnych faktów, nie ukrywa nic, czego później i tak by nie wyjaśnił. Powieść skonstruowana jest w taki sposób, by czytelnik już od pierwszych stron miał wrażenie, że wnika w umysł głównego bohatera. To sprawia, że kibicuje mu na każdym kroku. Razem z nim ponownie przeżywa chwile zwątpienia, rozpaczy i niepojętego strachu. Bo Pielgrzym jest niepokonany, a jednocześnie niezwykle ludzki w swoich reakcjach. Wzdryga się na myśl o torturach. Nie waha się zabić, jednak pamięta każdego, kto zginął z jego ręki. Bywa zmęczony. Bywa zniechęcony. I jednocześnie potrafi panować nad sobą w taki sposób, że od razu widać jego kunszt i profesjonalizm. I przestaje być istotnym, że Scott Murdoch nawet do końca nie jest Scottem Murdochem. Nie przeszkadza tajemnica jego pierwszej, tej prawdziwej tożsamości. Czytelnik wybacza mu to milczenie, bo wie, jak wiele kosztowało go zdobycie pełnej anonimowości.

Terry Hayes chyba napisał thriller doskonały. „Pielgrzym” broni się z każdej strony i nie można mu niczego zarzucić. Zawiera w sobie nie tylko znamiona bestselleru, kolejnego Bourne’a, Szakala czy Brodiego, ale staje się doskonałą opowieścią samą w sobie. Nie trzeba jej porównywać. Nie trzeba odbijać od innych historii z gatunku. Pielgrzym jest i będzie nawet, jeśli nigdy oficjalnie nie istniał.

O.

*Tekst napisany dla portalu Gildia.pl.