BEZSENNE ŚRODY: „Widmo nad Innsmouth” H.P. Lovecraft

Bombla_BezsenneWidmoNadInnsmouth

 

„Ale czyż halucynacja nie może się zdarzyć pod wpływem hipnotycznego czaru, jaki rzuca to stare, widmowe miasto? Miejsca takie mają dziwne właściwości, a spuścizna obłąkańczej legendy może działać na wyobraźnię nie tylko jednego człowieka, zwłaszcza pośród wymarłych, cuchnących ulic, zbutwiałych dachów i kruszących się wieżyc. Czyż nie jest to możliwe, że źródło obecnego, a tak zaraźliwego szaleństwa czai się w głębiach tego widma, jakie roztacza się nad Innsmouth?”

Kiedy rozmyślam i piszę o H.P. Lovecraft’cie, czy jego twórczości to od razu narzucają mi się określenia „kultowe”, „jedyne w swoim rodzaju”, czy „na wskroś nowoczesne”. Nie umiem się nie zachwycać, bo jego proza, jak i sama postać autora, są tak fascynujące, tak wciągające, że nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać Was do czytania i poznawania opowieści Samotnika z Providence. Oczywiście, w moim bezdennym zachwycie nie pozostaję osamotniona, bo sam Stephen King traktował mitologię Cthulhu i cały wyimaginowany świat wykreowany przez Lovecrafta jako kamień milowy literatury grozy. Jest coś takiego w tej twórczości, że gdy raz zostanie się wciągniętym w jego majaki i senne widziadła, nie potrafi się po prostu o nich zapomnieć. W jakiś zaraźliwy sposób przejmujemy sposób spojrzenia bohaterów i otwiera się przed nami koszmarny, potworny, niewysłowiony  obraz kosmosu.

To co fundamentalnie obce, niewysłowione, Inne i stosunek do tego zarówno samego Lovecrafta, jak i jego bohaterów jawi się jako najbardziej współczesne właśnie. Samotność postaci, ich marionetkowość, ich odrębność wtłoczona w miejsca, z których nie ma wyjścia wydaje się jak najbardziej uniwersalna.  Z niektórych miejsc nie ma ucieczki, a konfrontacja z rzeczywistością staje się nieunikniona. I dlatego właśnie wybrałam dzisiaj jedno z najlepszych i moich najulubieńszych opowiadań grozy, jakie kiedykolwiek napisano, a dodatkowo opowieść niezwykle mi bliską, bo nadmorską, jeden z „Wielkich Tekstów” Samotnika z Providence, jak nazwał je Michel Houellebecq, czyli „Widmo nad Innsmouth” („The Shadow Over Innsmouth”).

Stary port Innsmouth w stanie Massachusetts to miejsce, które od lat nie schodzi ludziom z ust. Mieszkańcy okolic Arkham zawsze szeptem przekazują sobie plotki o tym legendarnym, oddzielonym od reszty świata pasem mokradeł i bagien miasteczku. Jeśli zapytać kogokolwiek, to nikt do końca nie jest pewny, czemu odczuwa taką niechęć do mieszkańców Innsmouth. Coś jest z nimi na pewno nie tak. Mają dziwne, jakby zdegenerowane twarze, niezbyt ludzkie, pokryte chropowatą skórą. Ich miasto jest praktycznie wyludnione i nikt nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się tam lata wcześniej. Podobno dawno temu niejaki Obed Marsh sprowadził na pobliską Diabelską Rafę coś albo kogoś, kto przejął władzę nad Innsmouth. Coś, co wymusiło na mieszkańcach nową wiarę i nienawiść do zewnętrznego świata. A razem z tym, do portu przybyło niespotykane bogactwo, złoto-niezłoto i tony ryb przy każdym połowie. Jakaś tajemnica drąży to miejsce. Coś tam siedzi i żeruje, wyczekując lepszych czasów. Co? Tego dowie się przypadkowy podróżnik, ktoś, kto zmuszony będzie spędzić w Innsmouth najpotworniejszą noc swojego życia.

H.P. Lovecraft był mistrzem obrazowania obcości i inności. W swoich opowiadaniach ukazywał bohaterów, którzy zagubieni w labiryntach ulic doznają niezwykłych wizji, przeżywają największe koszmary i wpadają w otchłań szaleństwa. Intryguje mnie od zawsze w tych historiach swoiste odwrócenie ról. Miejsca, które opisuje są dziwne i tajemnicze z założenia. To one i ich mieszkańcy nie pasują do reszty rzeczywistości. Jednak, gdy tylko pojawi się w nich ktoś nowy, to on z miejsca staje się wyrzutkiem, a wszyscy wokół niego zdają się być wrogami. Śledzą go oczy, niby zabite deskami okna wpatrują się w każdy jego ruch, narastające poczucie klaustrofobii na pustej przestrzeni doprowadza na skraj rozpaczy. Dokładnie tak jest w Innsmouth. Chore miejsce rani zdrowy rozsądek i każe zapomnieć o normalności. Każdy kto odwiedza to miasto jest prawdziwym Innym. Dziwolągiem wśród potworów, anonimowym gościem, który już nigdy nie powróci z ciemności obłędu.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

*Tekst opowiadania „The Shadow Over Innsmouth” w wersji oryginalnej, zupełnie za darmo znajdziecie do poczytania TUTAJ.

**O Lovecrafcie już pisałam (a jakże :D), więc kto jest zaintrygowany, zainteresowany i chce więcej może zajrzeć do tekstów o „Zewie Cthulhu”, czy „Koszmarze w Dunwich”, a także na tekst o doskonałym zbiorze esejów i listów „Koszmary i fantazje”. 🙂

***A na dokładkę screenshot zrobiony z jednej z najstraszniejszych gier, w jakie dane było mi grać, czyli: „Call of Cthulhu: Dark Corners of The Earh” – bardzo polecam 😀

Innsmouth

Podsumowanie miesiąca – CZERWIEC 2014

Bombla_PodsumowanieCZERWIEC

I nadszedł koniec czerwca i czas kolejnych podsumowań czytelniczych! Ale ten miesiąc przefrunął, nie zauważyłam kiedy. Tak jakoś chyba jest z tym „środkiem” roku, że mija w oka mgnieniu. Czerwiec był mocno zapracowany, zaczytany i także urodzinowy, bo postarzałam się znowu 😉 Na pocieszenie, bo starość to podobno nie radość, dostałam takie cudeńka, że nic tylko się chwalić. Ale chwalenie się będzie później, najpierw podsumowanie.

W czerwcu opublikowałam 10 tekstów, w tym 4 BEZSENNE ŚRODY, które wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród Was i mam nadzieję, że nadal tak będzie, bo szykuję Wam moc porządnej grozy na kolejne tygodnie. Dodatkowo nadeszło lato, a wraz z nową porą roku pojawił się tekst A Buk na to, jak na lato, gdzie znajdziecie propozycje wakacyjnych lektur i kilka zapowiedzi sezonu.

Jak to było z czytaniem? Tym razem już Was nie zaskoczę i nie wzburzę, bo powróciłam do mojej klasycznej średniej, czyli 8 przeczytanych buków i dziewiątego nadgryzionego w mijającym miesiącu. A to oznacza, że na zachodzie bez zmian, chociaż bardziej nad morzem 😉 Trzy z poniższych książek były w oryginale, czyli po angielsku, a reszta po polsku, co jest odchyleniem od normy, ale nieprzypadkowym, więc nie bójcie żaby. Niestety żadnego audiobooka, bo wciąż czytamy i nie możemy skończyć „Sycamore Row” Johna Grishama, która jest prześwietna, ale wymaga skupienia, na które obecnie nie możemy sobie z moim G. pozwolić.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Moja Walka: Księga 1″ Karl Ove Knausgård – ewenement literacki na skalę światową; do poczytania TUTAJ.
  • „Pan Mercedes” Stephen King („Mr. Mercedes”) – Mistrz Horroru odchodzi od horroru i przechodzi do mainstreamu kryminału ze średnim skutkiem; do poczytania TUTAJ.
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – przezabawna i przeurocza erotyzująca satyra w stylu oświeceniowych mistrzów; do poczytania TUTAJ.
  • „In The Tall Grass” Stephen King & Joe Hill – ojciec i syn dają czadu w klasycznie strasznym stylu, czyli o  takiego Kinga mi właśnie chodzi; do poczytania TUTAJ.
  • „Dotyk” Alexi Zentner („Touch”) – przejmująca i magiczna powieść rodem z kanadyjskiej głuszy; do poczytania TUTAJ.
  • „Gość Draculi” Bram Stoker („Dracula’s Guest”) – klasyka opowieści grozy, z której jeszcze nieraz skorzystam; „Indianka” do poczytania TUTAJ.
  • „Echa pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna, nastrojowa powieść z tajemnicą w tle; niebawem na Wielkim Buku!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes („I Am Pilgrim”) – pędzący na złamanie karku szpiegowski thriller, od którego nie można się oderwać; niebawem na Wielkim Buku!
  • „S.” J.J. Abrams – wspaniałe, nadgryzione literackie cudo i hołd złożony tradycyjnej, papierowej książce; niebawem na Wielkim Buku!

Pod względem zdobycznym czerwiec był niezwykle godny 😀 Jak się jest molem książkowym i obchodzi się akurat urodziny, a cała rodzina kibicuje w bukowych poczynaniach, to jest radość i mnóstwo wyjątkowych pyszności. A do tego wszystkiego przybyli rodzice i przywieźli mi jeszcze kilka przydomowych tytułów i imieninową niespodziankę (która wyprzedza imieniny o niecałe 2 tygodnie), które planuję przeczytać w najbliższych miesiącach. Takie oto bukowe cudowności dostałam i zdobyłam w czerwcu:

ZESTAW 1 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (2)

  • „Kamieniarz” Camilla Läckberg – to moja kioskowa zdobycz 🙂 Czytałam „Księżniczkę z lodu”, podobała mi się, a że to trzecia powieść z kolei, to pomyślałam „czemu nie?”.
  • „Les adieux à la reine” (dosł. „Pożegnanie Królowej”) Chantal Thomas – cudny prezent urodzinowy od rodziców; nagradzana powieść o Marii Antoninie, czyli moja ukochana epoka Oświecenia <3
  • „Un air de liberté” (dosł. „Powiew wolności”) Chantal Thomas – kolejny cudny prezent urodzinowy od rodziców; Oświecenie raz jeszcze, tym razem o tej krótkiej, uroczej dekadzie, tuż przed Francuską Rewolucją, gdy kwitł libertynizm, a z nim wolność myśli i obyczajów.
  • „Echa Pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna powieść o sekretach pewnej muzy, idealna na lato. Niebawem na Buku!
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – urocza satyra do zrecenzowania od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – kultowa powieść kontrkultury, również od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Ostatnie rozdanie” Wiesław Myśliwski – wspaniały prezent urodzinowy od mojej ziomeldy Goshi :*

ZESTAW 2 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (1)

  • „Londyn NW” Zadie Smith („NW”) – piękny prezent imieninowy od rodziców w postaci świeżutko wydanej w Polsce Zadie. Uwielbiam.
  • „Uczciwa oszustka” Tove Jansson – czyli maminy prezent na Dzień Matki zaczyna rodzinną wędrówkę 🙂
  • „Sońka” Ignacy Karpowicz – rodzinna nowość do zachwycania się.
  • „The Human Stain” Philip Roth („Ludzka Skaza”) – przywieziona, bo koniecznie chcę się nią z Wami podzielić. Wspaniała lektura, re-reading w moim przypadku obowiązkowy!
  • „Miłośnik Wulkanów” Susan Sontag („The Volcano Lover”) – antykwaryczna zdobycz świąteczna dla Mamy, a teraz przeczytana przywędrowała do mnie 😀
  • „S.” J.J. Abrams & Doug Dorst – już się chwaliłam i zapowiadałam to papierowe CUDO – prezent od mojego G. Niebawem na Buku!

Nie obyło się również od zakupienia ebooków, bo jak King i jeszcze Joe Hill to tylko w oryginale 😀 Urodzinowy „Mr. Mercedes” od mojego G. i „In The Tall Grass” na dokładkę.

EbookiCzerwiec2014

Tak się składa, że czerwiec to sezon urodzinowo-imieninowy w mojej rodzinie, a że po kimś odziedziczyłam pasję czytania, więc sama również odwdzięczam się książkami na prezent. Na Dzień Ojca, kochanemu Tacie zakupiłam obiecany trzeci tom trylogii [geim] Andersa de la Motte pt. [bubble], a mojej zbuntowanej Mamie na imieniny wywiad z Susan Sontag „Myśl to forma odczuwania”. Była wielka radość, a to dla mnie najważniejsze 😀

Czerwiec2014

I w tym miesiącu to już wszystko. Lista buków do „obowiązkowego przeczytania” znowu pofrunęła w przestworza. Nie wiem. Naprawdę. Ale co tam – tylko się cieszyć, że tyle prześwietnych książek wychodzi i jeszcze tyle przede mną. No i trzeba czytać.

Bo warto czytać.

A jak tam u Was Moi Drodzy w mijającym miesiącu? Było bukowo? 😀

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Zagłada Domu Usherów” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneZagladaDomuUsherów

 

„(…)A wędrowcy dziś w dolinie
Przez dwa okna krwią płonące
Widzą kształty rozdźwięczone
Fantastycznie kołujące —
I, jak rzeki wir szalonej,
Rój zgrzytliwych płynie ech —
Poprzez wrota — wykrzywiony
Bez uśmiechu w wieczny śmiech.”

przeł. Bolesław Leśmian

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z literaturą grozy. To wcale nie było tak, że do horrorów jakoś mnie specjalnie ciągnęło. Chociaż z jednej strony uwielbiałam się bać, oglądać w odcinkach „Are You Afraid of The Dark?”, czy pokątnie natrafiać na „Opowieści z krypty”, to jednak strach, który towarzyszył mi przez kolejne dni, a czasami przeciągał się do tygodni, mutował i rozrastał się w mojej wyobraźni do makabrycznych rozmiarów, dość zręcznie sprawiał, że odechciewało mi się sięgania po więcej. Ale na jednej z półek w rodzinnej biblioteczce, które podziwiałam od maleńkości, zawsze stała niby niepozorna, lecz przy bliskim spotkaniu niebywale potworna książka, z ryciną czaszki na okładce. A na niej kuszący, niebieski napis, bo książka kusiła mnie bardzo, bardzo swoją minimalistyczną aurą tajemniczości – Edgar Allan Poe „Opowieści Niesamowite”.

I tak jakoś się stało, że pewnego dnia sięgnęłam po tę książkę i poprosiłam Tatę o pomoc w wybraniu opowieści. Jednej. A Tata, okiem człowieka obeznanego z literaturą amerykańską i literaturą w ogóle, zaproponował „Zagładę Domu Usherów” (ang. „The Fall of The House of Usher”). Czytałam z bijącym sercem. Z rosnącym przerażeniem w oczach. To było to na co czekałam całe życie. Historia śmiertelna. Historia tajemnicza. Złowieszcza. A przy okazji jedna z najlepszych opowieści grozy, jaka kiedykolwiek powstała.

Na bagnistych, spowitych wieczną mgłą, niemal wymarłych terenach, w smugach podziemnych oparów stoi Dom Usherów. To bardzo stary dom, tak jak starożytnym wydaje się być sam ród, który go zamieszkuje. Z rodziny zostało już tylko dwoje, para bliźniąt, Roderyk i Madeline Usher. Dawniej urocza, niezwykle muzykalna para, dzisiaj popadające w niepokojące niedomaganie i stopniową utratę zmysłów widma tych, którymi byli dawniej. Do ich zamku, w odpowiedzi na błagania Roderyka, przybywa jego przyjaciel z czasów młodości. W osłupieniu obserwuje zmiany, jakie zaszły w rodzeństwie, trwoży go postępujący obłęd Roderyka, który tylko pogłębia się, zmieniając w narastające nerwowe podniecenie po śmierci Madeline. Brat wraz z wieloletnim przyjacielem złożyli jej zwłoki w kryptach głęboko pod zamkiem, wyczekując prawdziwego pogrzebu. A stan Roderyka pogarsza się z każdym dniem. Coś się dzieje. Coś się zbliża. Pewnej burzliwej nocy, w wielkiej wichurze, wśród snujących się mgieł, Dom Usherów odkryje swe mroczne tajemnice.

Nie znam żadnego innego twórcy opowieści tego gatunku, który w tak mrożący krew w żyłach sposób potrafi budować atmosferę narastającej grozy. Bardzo wielu próbowało naśladować Edgara Allana Poe, inni (jak Lovecraft, Chambers, czy King) stali się porównywalnymi mistrzami siania terroru, ale trzeba przyznać, że styl amerykańskiego pisarza wciąż jest wyjątkowy. Poetycko-gotycki, bardzo mroczny, taki od którego bije chłodem zamkowych lochów. Wszystko wydaje się być namacalne, każdy opis tak plastyczny, że z łatwością można wyobrazić sobie wnętrza, każdą zdjętą śmiertelnym przerażeniem twarz. Strach bohaterów jest na tyle przejmujący, że aż zaraźliwy. Wyczekujemy nocnych gości, stłumionych krzyków rozpaczy, gdzieś z podziemi. Każda strona, która przybliża ich do obłędu, nas też po trochu zabiera w otchłanie majaków i paranoicznych wyobrażeń. Tak jak Dom Usherów po kawałku zabierał swoich mieszkańców, tak i zabierze część z Was, a z pewnością na zawsze zostawi po sobie ślad i wryje się w Wasze spragnione potworności dusze.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo nie potrafię przestać rozmyślać o czarnej topieli spowitej mgłą, w miejscu gdzie dawniej stał Dom Usherów.

O.

*„Zagładę Domu Usherów” znajdziecie po polsku do czytania, słuchania i ściągnięcia na czytniki, zupełnie za darmo na stronie Wolnych Lektur TUTAJ lub w wersji oryginalnej, po angielsku, również całkiem za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ. 🙂

„Moja Walka: Księga Pierwsza” Karl Ove Knausgård

Bombla_MojaWalka

 

„Bo człowiek jest jedynie formą wśród innych form, w których wyraża się świat, nie tylko żywych, lecz również martwych, zapisanych na piasku, kamieniu, wodzie.”

U niektórych wszystko zaczyna się posmakowaniem ciastka. Spójrzmy chociażby u takiego Prousta. W jego mitycznym dziele „W poszukiwaniu straconego czasu”, zwykła magdalenka, tak niepozorny, doskonale francuski wypiek, wywołał falę wspomnień. A ta porwała bohatera, wypluwając z otchłani pamięci dopiero hen, po siedmiu tomach. Jak królicza nora Alicji z Krainy Czarów, tu magdalenka zabiera nas w podróż, ale do przeszłości. W podróż nostalgiczną, poetycką, miejscami eteryczną, jak firanka na wietrze, czy suknia w tańcu. Fru, fru, kwitnące dziewczęta, kobiece wdzięki – samo życie. Jednak u innych bywa, że wspomnienia tworzą się nie z życia, czy pięknych ulotnych chwil, ale ze śmierci. Nieubłaganej, cielesnej, spęczniałej zastaną krwią. Śmierci surowej, twardej, której daleko do smaku rozpływającej się w ustach słodkości, a bliżej raczej do wyrzuconej na brzeg, gnijącej ryby. 

Taką oczyszczoną z delikatnych uczuć, wypraną ługiem wizję przeszłości rysuje Karl Ove Knausgård w pierwszym tomie swojego skandynawskiego giganta zatytułowanego „Moja Walka”. I podobnie jak u wspomnianego wyżej Marcela Prousta i tutaj także mamy do czynienia z dziełem autobiograficznym, chociaż po części opartym na faktach. Ale, prawdę powiedziawszy przyrównywanie Karla Ove Knausgårda do francuskiego pisarza wydaje mi się być na wyrost. No chyba, że przyjmiemy, że „Moja Walka” (której oryginalny tytuł aż nazbyt kontrowersyjnie nawołuje do hitlerowskiego „Mein Kampf”) to czas odnaleziony we wspomnieniach życia pisarza przełomu XX i XXI wieku i sam fakt tychże wspomnień wystarczy na zaszufladkowanie w proustowskiej kategorii. Można gdybać, zastanawiać się, ale jedno jest pewne – „Moja Walka” zrobiła gigantyczne wrażenie na krytykach i w środowiskach literackich. Nie pozostałam obojętna. Wciąga tak, że trudno ją odłożyć, chociaż boli miejscami jej czytanie. I przeraża. A niby nic się takiego wcale nie dzieje.

Chociaż napisanie, że nic takiego się nie dzieje, gdy idzie przecież o wspomnienia z cudzego życia, wydaje się jednak małostkowe. Bo żeby docenić w pełni dzieło Knausgårda (a przynajmniej jego pierwszy tom), trzeba wejść głębiej, by w ciemnościach ujrzeć istotę rzeczy. W tych czeluściach znajdziemy zarytą w piasku kotwicę, na której osadzona jest cała opowieść. Oś i impuls historii. Jasny, bardzo wyraźny punkt w życiu bohatera – śmierć ojca. To nagłe wydarzenie. Jedno z tych, o których nie rozmyśla się raczej na co dzień, chociaż wiadomo, że przecież kiedyś nadejdzie. Bo śmierć jest nieunikniona.

 „Dla serca życie jest proste: serce bije, dopóki może. Potem się zatrzymuje.”

Nie potrzeba nic więcej. I od tego zaczyna się opowieść Karla Ove, narratora i głównego bohatera „Mojej Walki”, który szykując się na powrót do domu i na pogrzeb ojca, zaczyna pływać w czasie, rozpamiętując swoje nie do końca udane życie. A przynajmniej nie takie życie, jakiego oczekiwał. Jest w nim, chociaż jej prawie nie ma, wiecznie nieobecna matka, która zawsze późno wracała z pracy, a jednak zawsze starała się okazać swoim dzieciom jak najwięcej miłości. To jego symbol ciepła i prawdziwego domu, który bez niej, czyli prawie zawsze, stawał się lodowatym miejscem nieokreślonego terroru wszechwładnego ojca. Figura ojca z tych najwcześniejszych lat kojarzy się z ciemnym olbrzymem, który nie tyle znęca się fizycznie, ale bardziej psychicznie na synach, nie pozwalając im dosłownie na nic, co nie byłoby po jego myśli. I tak mija im rodzinna „sielanka” w dramatycznej ciszy przy stole (bo wstanie i nakrzyczy), pokątnych szeptach (bo domyśli się wszystkiego), wymyślnych kryjówkach (bo będzie się wypytywał). Rodzi się patologiczna relacja, w której normalny kontakt jest po prostu problemem. Naturalny w domu Karla Ove jest tylko strach.

I strach buduje od postaw człowieka na jakiego wyrasta bohater „Mojej Walki”, a także jest siłą, która napędza wszystkie jego życiowe decyzje. Z samotnego dziecka wyrasta równie samotny młody mężczyzna. Jego marzenia i pragnienia nic nie znaczą. Buntuje się, ale sam już nie wie przeciw czemu konkretnie. Niby nie chce być taki sam jak wszyscy wokół, a jednocześnie boi się inności. Wykluczenia. Dość wcześnie odkrywa alkohol, który daje mu pozory panowania nad sobą i sytuacją. Nastoletni Karl Ove osiąga dzięki niemu tak bardzo potrzebny mu dystans i zyskuje cechy kameleona, który dopasowuje się do rówieśników za wszelką cenę. Zawsze niepewny dojrzewa w przeświadczeniu swojej słabości. Zakochuje się, ale nigdy nie jest przekonany co do swoich uczuć. Angażuje w rodzinę, jednak ta rodzina zamiast być jego ostoją, staje się przysłowiową kulą u nogi. Z jednej strony chce być z kimś, ale gdy tylko może kradnie chwile samotności i odsuwa się w cień.  Karl Ove z „Mojej Walki” to smutna postać. Niespełniona i zagubiona. Stąd rodzi się jego fascynacja śmiercią i potrzeba stawienia czoła nieuniknionemu.

Śmierć otwiera i śmierć zamyka pierwszy tom „Mojej Walki”. Śmierć jest głównym impulsem, który napędza opowieść Karla Ove. Dzięki niej może na nowo skonfrontować się ze swoimi lękami, wyciągnąć skrywane frustracje i stawić im czoła, zanim faktycznie będzie za późno na zmiany. Śmierć bliskiej osoby, tutaj nienawidzonego ojca, a jednak na przekór samemu sobie kochanego taty (w historii wyraźnie zaznacza się to wyróżnienie), nabiera wymiaru symbolicznego. Wraz z nim rozwiać ma się nieprzyjemna wizja przeszłości, która, gdy spojrzeć na nią z dystansu, wcale nie jawi się jako okrutna ostateczność. Do tego dochodzi tajemnica samej śmierci ojca. Rodzinne niedopowiedzenia. Spotkania z dawno niewidzianymi członkami rodziny. Próba nawiązania naderwanych więzów i odbudowania tego, co leży już w gruzach. Na wierzch wypływają ciche, domowe dramaty. Małe sekrety i niechciane fakty. Samo życie. I nic więcej, a tak wiele.

Karl Ove Knausgård nie jest Marcelem Proustem, a Marcel Proust, analogicznie, nigdy nie był Karlem Ove Knausgårdem. Warto o tym pamiętać, sięgając po „Moją Walkę”. Nie poniosą Was w trakcie lektury monumentalne frazy, ciągnące się przez dwie strony tekstu. Nie znajdziecie tu poetyckich odniesień, meandrujących wśród rozbudowanej, opasłej prozy. Nie poczujecie się niczym w trakcie długiej, popołudniowej sjesty w ogrodzie, tuż przed uroczym podwieczorkiem. Jednak, to co faktycznie odnajdziecie w powieści norweskiego pisarza to trzymającą w napięciu wyczekiwania powieść, o której długo jeszcze nie będziecie potrafili zapomnieć. Proste, przejmujące zdania, których celem jest opowiedzieć, nie oczarować, zdać relację i wyspowiadać się, zanim wszystko ulegnie zapomnieniu lub zatrze się poprzez śmierć. Będziecie świadkiem prawdziwej walki Karla Ove o swoją tożsamość, o wyzwolenie ze szponów strachu i w końcu pożegnania z pewnym etapem życia, który wreszcie dotarł do kresu. Czy oznacza to, że po śmierci ojca odzyskał siebie? Czy w ogóle dowiedział się kim jest naprawdę? I czy ta wiedza pozwoli mu naprawić swoją codzienność? Drugi tom „Mojej Walki” nadejdzie już wkrótce i powiem Wam, że warto. Skandynawski czas odnaleziony.

O.

A Buk na to jak na lato 2014

Bombla_LATO2014
 

„Strawberries cherries and an angel’s kiss in spring
My summer wine is really made from all these things…”

Summer Wine

Lato, lato, nadeszło ze słonkiem i z przytupem, jak zwykle, jak co roku. No a jak lato, to sezon urlopowo-grillowo-wypoczynkowy. Pachnie wakacjami nawet tym, co wakacji za bardzo nie mają lub nie planują ich wcale. Ale pachnie. Tutaj nad północnym morzem czuć intensywnie solą, piaskiem i olejkiem do opalania. Smażoną rybą też 🙂 W górach pewnie lasami, nasłonecznionymi kamieniami i oscypkiem. Wszelkie tajemnicze, egzotyczne i typowo urlopowe miejsca czekają na turystów, upalne i rozgrzane do czerwoności. Szykują się podróż i wielka przygoda. Klasyczny początek sezonu.

No właśnie, a jak sezon i wypoczynek to najlepiej taki z bukiem w rękach 😀 Wypełniony błogim czytaniem bez końca, obżeraniem się historiami. A że lato, to można sobie spokojnie pofolgować. Nie tylko lektury lekkie, witaminizowane, zielono-ogórkowe, ale też takie totalnie gofrowe, truskawkowe, lepkie jak wata cukrowa, wyłącznie dla przyjemności.

I tak, w tym roku specjalnie dla Was, na nadchodzące letnie miesiące wybrałam 10 doskonałych, klimatycznych lektur, które idealnie sprawdzą się w chwilach relaksu i ogólnie pojętego wypoczynku.

Smacznego!

JurassicPark1. „Jurassic Park” Michael Crichton

Tajemnicza, niedostępna, mglista wyspa Isla Nublar niedaleko wybrzeży Kostaryki. Kryje sekret, o którym już niebawem usłyszeć ma cały świat. Pewien wizjoner, perfekcyjny w swoim szaleństwie, chce stworzyć tam park rozrywki, jedyny w swoim rodzaju – Park Jurajski. Dinozaury ożywają, geny mutują, a sytuacja komplikuje. Wspaniały, najlepszy Crichton z możliwych. Przygoda i thriller w jednym, z nauką w tle. I teorią chaosu. Klasyka gatunku. A na deser kultowy film w reżyserii Spielberga.  Do poczytania TUTAJ.

WyspaSkarbów2. „Wyspa Skarbów” Robert Louis Stevenson („Treasure Island”)

Absolutna piracka klasyka powieści przygodowej. Zaginiony, ukryty daleko skarb. Sekret pewnej legendarnej wyspy. Gadające papugi, Long John Silver, Kapitan Flint i mityczna Hispaniola. Statki, zakazane porty, ocean i wielka przygoda! Jo ho ho! I butelka rumu! Wkrótce na Buku!

 

LetniaPrzeprawa3. „Letnia Przeprawa” Truman Capote („Summer Crossing”)

Kiedy nastoletnia, szaleńczo zakochana dziewczyna z bogatej rodziny po raz pierwszy ma spędzić samotne lato w mieści, można się tylko domyślać konsekwencji. Bo Grady kocha, wbrew swojej rodzinie, wbrew układom i swojej pozycji społecznej. I gotowa jest poświęcić wszystko, by ziścić nierealne marzenie o perfekcyjnej miłości. A to wszystko w rozgrzanym do białości Nowym Jorku, który zaraża swoich mieszkańców niekontrolowanym szaleństwem. Do poczytania TUTAJ.

FrogMusic4. „Frog Music” Emma Donoghue

Klimatyczny, oparty o prawdziwe wydarzenia historyczne kryminał, z burleską w tle. San Fransisco drugiej połowy XIX wieku. Upalne lato, gdy wszystko może się wydarzyć, a na ulicach szaleje przemoc, zbrodnia i epidemia ospy. Blanche, znana w środowisku prostytutka i tancerka, wdaje się w znajomość z niejaką Jenny Bonnet, która wkrótce ginie, podstępnie zamordowana. Zaczyna się pościg, akcja pędzi w opętanym tempie, a Blanche poświęca wszystko, by rozwiązać zagadkę zbrodni. Opowieść doskonała na skwierczące upalne wieczory.

WyspaDoctoraMoreau5. „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells („The Island of Doctor Moreau”)

W wyspiarskich klimatach raz jeszcze. Tym razem mrocznie, brutalnie i bardzo wizjonersko. Gdy Edward Pendrick po katastrofie okrętu cudem ocalały trafia na osamotnioną wyspę, nie ma jeszcze pojęcia, że to właśnie tam, a nie na oceanie, będzie musiał stoczyć najtrudniejszą walkę z możliwych. O swoją psychikę, o duszę i resztki człowieczeństwa. Zaskakująca, wciąż bardzo aktualna opowieść Wellsa długo trzyma w swoich szponach i trudno o niej zapomnieć. Wkrótce na Buku!

ThePainter6. „The Painter” Peter Heller

Druga powieść twórcy mojego ukochanego „Gwiazdozbioru psa”, tym razem o zemście, sprawiedliwości i odkrywaniu swojej drugiej, mrocznej strony.  Znowu jest prosto, męsko i poetycko. To proza zakorzeniona głęboko w naturze. Pachnie lasem, palonym drewnem i żywicą,  a czasami poranną rosą, górskimi potokami i czymś ulotnym, dzikim, kryjącym się wśród drzew. Miejscami nostalgicznie, miejscami brutalnie. Po prostu piękna opowieść, o której nie da się zapomnieć. Do poczytania TUTAJ.

Lato7. „Lato” Tove Jansson

I znowu wyspa. Ale tym razem w letnich oparach Finlandii. Podobno jest dziwnie, jest bardzo tajemniczo. Tove Jansson snuje opowieści z pogranicza, kreuje melancholijne, bardzo baśniowe alternatywne światy, w których panują inne zasady niż w prawdziwym życiu. Wkrótce na Buku!

PożegnanieZAfryką8. „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

Książka nietypowa, niezwykle nostalgiczna, pełna wyjątkowych anegdot i wspomnień pisarki z jej okresu pobytu w Afryce. Miejscami zabawna, miejscami porażająco smutna i wzruszająca. Pamiętnik z dalekiej podróży, z miejsca, które niegdyś było domem, a pozostał po nim tylko pył. I nagrobek na okolicznych wzgórzach. Piękna. Wyjątkowa. Tak jak uwielbiana przeze mnie ekranizacja (zupełnie inna od samej książki) z Maryl Streep w roli Baronowej Blixen i Robertem Redfordem w roli Dennisa. Wkrótce na Buku!

Siddhartha9.  „Siddhartha” Herman Hesse

To jedna z tych legendarnych powieści o poszukiwaniu sensu życia i własnej życiowej drogi. Dawno temu w Indiach, Siddhartha, potomek rodu braminów, zniechęcony życiem, w którym nie potrafi się odnaleźć, zostawia wszystko i wyrusza w podróż, by poprzez kontemplację, medytację, poświęcenie i doświadczenie, odnaleźć w końcu samego siebie i swoje miejsce we wszechświecie. Klasyka absolutna. Wkrótce na Buku!

Potomstwo10. Trylogia „Poza Sezonem” Jack Ketchum

„Poza Sezonem”, „Potomstwo” i „Kobieta” – kultowy, splatterpunkowy cykl o kanibalach. Trzy krwawe, pełne flaków, lejącej się posoki i latających członków historie. Każda z nich niesamowicie brutalna i aż nieprzyzwoita w swoim okrucieństwie. Wypełniona przemocą, torturami, barbarzyńskimi bohaterami bez skrupułów. Wszystko to na klifach i w lasach okolic nadmorskiej miejscowości w stanie Maine. Dla wielbicieli gatunku, na początek sezonu i zakończenie. Do poczytania TUTAJ.

A w czym ja planuję się zaczytywać w wakacyjnym sezonie? Jakie teksty Wam zaprezentuję w nadchodzących miesiącach? Jak wiecie, mam bzika na punkcie planowania, więc moja lista jest w zapełniona już od początków czerwca. Z niej, reprezentacyjnie, pięć poniższych pewniaków, które zawitają na Wielkiego Buka już niebawem.

Zestawe5NaLato

Zapowiedzi tego lata (od lewej):

  • „S” J.J. Abrams ­– przegodne, literackie CUDO, wspaniały hołd złożony tradycyjnej, papierowej książce. Sami zobaczycie – będzie z tego wyjątkowy, bo ozdjęciowany tekst 😀
  • „The Vacationers” Emma Straub – rodzinne sekrety w wakacyjnym klimacie – nie mogę sobie odmówić.
  • „We Were Liars” E. Lockhart – głośno o niej i szumnie w literackich środowiskach, więc koniecznie muszę dowiedzieć się co w trawie piszczy.
  • „Seed” Ania Ahlborn – pokochałam „BirdEater”, a że letni horror musi być, to taki, w którym są gorące, wilgotne bagna Luizjany będzie doskonały.
  • „Pielgrzym” Terry Hayes – ach, jak wszyscy zachwalają, jak wykrzykują, że to Bourne, Szakal, Homeland i wszelkie inne polityczno-szpiegowskie cuda, ale lepsze – na dniach zaczynam 😀

A w czym Wy, Moi Drodzy macie zamiar zaczytywać się tego lata? 🙂 Macie już wybrane lektury na nadchodzący nowy sezon? Jakieś nowości? Klasyki? Serie? Dzielcie się letnimi czytadłami i zaczytujcie obsesyjnie!

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Indianka” Bram Stoker

Bombla_BezsenneIndianka

 

„But the central object in the whole of this chamber of horrors was the engine known as the Iron Virgin, which stood near the centre of the room.”

Uwielbiam wpadać na tropy doskonałych opowieści.  Zajrzeć, podejrzeć, przeczytać gdzieś, gdzie często zaglądam i odkryć coś wspaniałego. Tym bardziej, gdy taka odkryta opowieść okazuje się być zupełnie przypadkowo polecana przez uwielbianego pisarza (ach, ten Stephen King!) i uznana za idealny przykład literatury grozy. Taka historia zyskuje jeszcze istotniejszy wydźwięk, gdy okazuje się być opowieścią o zemście, z morałem, z przesłaniem, który zostawia po sobie godziny wypełnione nie tylko bezsennością i strachem, ale przede wszystkim rozmyślaniem nad kondycją człowieka i jak to bywa w takich przypadkach, nad odwieczną walką dobra ze złem. Gdy zaczęłam lekturę wspaniałego zbioru opowiadań Brama Stokera zatytułowanego „Gość Draculi” (ang. „Dracula’s Guest”) nie spodziewałam się, że trafię na tak przejmujące opowiadanie jakim jest „Indianka” („The Squaw”). Opowiadanie dające do myślenia, niby wcale niestraszne (przynajmniej nie w ten typowy gotycki sposób), ale o wiele mroczniejsze i potworniejsze, gdy tylko się nad nim głębiej zastanowić.

Podczas podróży poślubnej, do pewnej młodej pary objeżdżającej europejskie krainy, przyłącza się niejaki Elias P. Hutcheson, by ożywić lekko znudzone już sobą towarzystwo. W Norymberdze we trójkę postanawiają zwiedzić zabytkowy zamek, w którym na największą uwagę zasługuje idealnie zachowana Sala Tortur, wraz z całym arsenałem przyrządów do zadawania bólu, w tym Żelazną Dziewicą jako główną turystyczną atrakcją. Jeszcze przed zamkiem stają na murach, by podziwiać sielankowe okolice, a ich uwagę przykuwa mały kotek podskakując wesoło wokół wylegującej się na słońcu matki. Zupełnie przypadkiem Elias, by popisać się przed nowymi znajomymi i przykuć uwagę zwierząt, zrzuca kamień, który niefortunnie spada na głowę kotka i zabija go na miejscu. Zrozpaczona kocica rusza tropem bohaterów, by wymierzyć karę i zemścić się na ludzkim mordercy. A ten, Amerykanin o wesołym i pewnym siebie usposobieniu, wydaje się być jedynie dobrodusznym turystą, jednak im więcej opowiada anegdot z własnego życia (w tym wspomnienia z wojny i spotkania z Apaczami), tym bardziej ujawnia się jego druga, skrywana natura.

Kto jak kto, ale Bram Stoker wie dokładnie jak budować napięcie. W „Indiance” tworzy bardzo nastrojowe sceny – maluje sielankowe krajobrazy, by w chwilę później przełamać je nagłą potwornością śmierci, a zaraz potem zamknąć opowieść w surowych i zimnych wnętrzach średniowiecznego zamczyska. Dawkuje emocje, rozprasza uczucia – od radości, żartu, uśmiechu do przerażenia, krzyków i omdleń. Jest tu dokładnie wszystko co tworzy perfekcyjne opowiadanie grozy. Jest powód, jest przyczyna i są konsekwencje. Stoker udowadnia, że nic nie ginie w naturze ot tak, przypadkowo, a z całą pewnością nic nie umiera na marne. Coś zawsze zostaje – szyderczy uśmiech, klątwa, skaza, które grożą powrotem, gdy nadchodzi czas prawdziwej zemsty. „Indianka” poraża realnością kary. Podkreśla to miejsce, podkreśla powrót do przeszłości, a przede wszystkim podkreśla narzędzie, które wciąż potrafi wymierzyć sprawiedliwość.

Dziś nie zmrużę oka, bo słyszę głuchy dźwięk uderzających kamieni i jęk rozpaczy tuż po.

O.

*Za polecenie „Indianki” i całego wspaniałego tomu „Gość Draculi” dziękuję Tommyknockerowi z Samotni.

**Kto zaintrygowany i zainteresowany lekturą, to znajdzie cały tom opowiadań Brama Stokera „Dracula’s Guest”, w oryginale, całkowicie za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ, a samą „Indiankę”, również w oryginale TUTAJ.

„Dotyk” Alexi Zentner

Bombla_Dotyk

 

„Mówił nam o qallupilluit i Amaguqu, wilczym bogu-przecherze, o wilkołakach i krwiopijczych adlet, o wszystkich potworach i wiedźmach z lasów. Mówił nam też o innych rodzajach magii, na które natknął się przy wycince: jak trociny, którym wyrosły skrzydła, wleciały drwalom za koszule niby komary; jak jakieś drzewo podniosło się i uciekło od ostrych zębów piły. Mówił nam o tym, jak rozszczepili jakiś pień, a w środku znaleźli królestwo wróżek, o tym, jak ściął cały las jednym machnięciem topora i jak znalazł rodzinę drzew, splecionych ze sobą i pnących się ku niebu miłosnym warkoczem.”

Istnieją takie miejsca na ziemi, do których nigdy nie dotrze cywilizacja. Istnieją takie miejsca na ziemi, które bez względu na mijający czas wciąż pozostaną niezmienione, naznaczone pradawną tajemnicą. Miejsca, które kryją w sobie sekret, starszy niż ludzie, starszy niż wszystko to, co znamy dzisiaj. Miejsca, które nawet jeśli dotrze do nich człowiek, powstanie tam wioska, czy miasteczko, okolą słupy telegraficzne, czy przetną drogi, nieistotne, a tak ludzkie „ulepszenia”, to pozostaną sobą na zawsze zjednoczone z tym co naturalne i pierwotne. W takich miejscach każdego dnia powracają do życia legendy. Mityczne stworzenia wciąż można spotkać wśród pni prastarych drzew, pośród skał, w nurcie bystrych strumieni… Terenami rządzi inne prawo niż to wykreowane sztucznie przez człowieka – prawo natury. Siły przyrody, wciąż niezbadane i bezlitosne kierują przeznaczeniem tych, którzy wejdą w ciemną głuszę.

Takie właśnie miejsce, ukryte głęboko w kanadyjskiej puszczy opisuje w swojej debiutanckiej powieści zatytułowanej „Dotyk” („Touch”) Alexi Zentner. Wykorzystując inuickie legendy, tradycyjne opowieści indiańskich plemion północy i baśniowe elementy stworzył osaczoną lodem, zakorzenioną silnie w realizmie magicznym historię o rodzinnej klątwie, wielkiej miłości i koszmarnej tajemnicy z przeszłości, która naznacza kolejne pokolenia. A wszystko to w niewielkiej osadzie zwanej Sawgamet (od przepływającej w okolicach rzeki), powstałej w czasach kanadyjskiej gorączki złota, gdy dziewicze, wciąż niezbadane połacie lasów skrywały w swoich zakątkach nie tylko wartościowe drewno, ale także kosztowny kruszec, drogocenne źródło bogactwa, które zdobyć chciał każdy na północnej części kontynentu. I tak powstaje Sawgamet – dzięki wytrwałości jednego człowieka, który w poszukiwaniu szczęścia trafia na w leśne ostępy, przemierza niepoznane szlaki i zupełnie przypadkiem odkrywa miejsce, które ściągnie kolejnych spragnionych poszukiwaczy złota.

Tym człowiekiem był Jeannot. To miejscowa legenda, dziadek Stephena – narratora „Dotyku”– który poprzez snucie opowieści, odradzające się wspomnienia z młodości i odkrywane rodzinne sekrety, powraca na nowo do domu, do umierającej matki, a przede wszystkim do Sawgamet, które od lat przyzywało go niedopowiedzianym przeznaczeniem. Stephen wraca do czasów swojego dzieciństwa, pierwszych lat u boku żyjącego jeszcze ojca i siostry, gdy rodzina była w komplecie, a życie wydawało się spokojnie płynąć, wytyczone jedynie mijającymi porami roku. Jednak wypadek na lodzie zmienił wszystko, rozbił szczęście i odwrócił bieg wydarzeń. A może jedynie złowieszcze duchy pokierowały życiem chłopaka zgodnie z ich własnym planem? Stephen pływa w czasie, powraca do historii rodziny, wraca do czasów swojego dziadka i do pewnej mitycznej zimy. Tamte wydarzenia sprowadziły na założycielski ród klątwę, której nawet długotrwała pokuta nie potrafiła zatrzeć.

Ta mityczna zima zamieniła okolice Sawgamet w krainę lodu na kilka długich miesięcy. Złapała osadę w szpony jeszcze późną jesienią i nie wypuszczała aż do lipca, gdy strumieniami przypinającymi nowe rzeki spływała w głąb puszczy. Tamtej zimy miasteczko nawiedziły mary z indiańskich legend z Wendigo na czele, niosąc ze sobą samotność i obłęd. Gdy znowu wyjrzało światło, a mieszkańcy wykopali się spod śniegu, wielu już nigdy nie było takimi jak przedtem. Część zginęła przywalona nieskończonymi masami śniegu, część zamarzła jeszcze przy pierwszych zawiejach, inni odeszli, a jeszcze inni stracili cały swój dobytek i zmuszeni byli zacząć wszystko od nowa. Ale lód zapamiętał ich przewiny na zawsze. Odszedł i wkrótce powrócił w pełnej sile, jak każdego roku po lecie, by zebrać żniwo i kolejne ofiary, które należały się prastarym drzewom i istotom, które tam żyły. Gdy Stephen wspomina tamte czasy, granica między tym co prawdziwe, a co magiczne i nierealne zamazuje się. Znika w wirujących płatach śniegu, w lodowych skorupach i człekokształtnych zaspach. Coś szepcze, coś woła, coś śpiewa w głuszy. Mgła, zawierucha, migoczące płatki mamią wzrok, kuszą jak ogniki na bagnach i wciągają w śmiertelny uścisk wiecznego mrozu.

Leśne kanadyjskie ostępy wykreowane przez Alexi Zentnera w „Dotyku” zdają się przyciągać nadprzyrodzone. Każde drzewo zyskuje tutaj dwa znaczenia – to zupełnie realne, życiodajne, w którym stanowi źródło ciepła, światła i utrzymania dla mieszkańców Sawgamet pracujących w tartaku, jak również to drugie, magiczne, gdzie drzewa kryją w sobie uśpione dusze, które tylko czekają na przebudzenie i na zemstę za wszystkie krzywdy, te prawdziwe i urojone, jakie przyniósł za sobą Jeannot i kroczący za nim ludzie. Drzewa potrafią wywołać iluzje, zwierzęta mamią złotem i kuszą na ukrytych szlakach, a woda wciąga w odmęty i zamyka pod napierającym lodem. Nagle człowiek przestaje być bezpieczny. Niby otacza się pozornym schronieniem, sprowadza chroniące go boskie prawa, buduje bezpieczną przystań… Ale to wszystko w mgnieniu oka może zamienić się w proch z jednym zimowym podmuchem. Czasami wydaje się, że Sawgamet istnieje wyłącznie dzięki kaprysom leśnych duchów, które bawią się jego mieszkańcami, uginają ich przeznaczenie według swojego widzimisię, śmiejąc się z prób ucieczki przed nieubłaganym losem.

„Dotyk” to piękna, melancholijna opowieść o zawieszonym w czasie miejscu, gdzie legendy, mity i baśnie mieszają się z codziennością. Gdzie inuickie czarownice stąpają ramię w ramię z Bogiem i nic nie jest takie, jak mogłoby się wydawać. Miejsce, gdzie śmierć wcale nie musi oznaczać ostatecznego zniknięcia, a zmarłych można wciąż spotkać spacerujących pośród drzew. To historia o rodzinie, o miłości i pożegnaniu. O utracie i braku, które mogą  jednak wypełnić pustkę. O świecie, który już nie ma prawa istnieć, a jednak wciąż istnieje nieodnaleziony. O tęsknocie za prostszym życiem, według pierwotnych, zapomnianych już zasad. Opowieść hipnotyzująca, magiczna, taka, w której chce się zatracić, zejść z utartej ścieżki i pójść tropem złotego karibu. Za którą pragnie się podążyć niczym za głosem z głębin i zanurzyć w niej na zawsze.

O.

* Za tę niezwykłą powieść pragnę podziękować panu Michałowi Alenowiczowi z wydawnictwa Wiatr Od Morza.

„Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg

Bombla_Candy

 

„Sugar, ah honey honey
You are my candy girl
And you’ve got me wanting you
Honey, ah sugar sugar
You are my candy girl
And you’ve got me wanting you…”

Sugar, Sugar The Archies

Przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych często określany jest w historii mianem „złotej ery”. Po latach kryzysów gospodarczo-wojennych nagle nadszedł okres niesamowitego rozwoju, ekonomicznej ekspansji i czas narodzin społeczeństwa konsumpcyjnego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z dnia na dzień pojawiła się wizja życia idealnego – doskonałych rodzin, perfekcyjnych żon i uroczych dzieci. Wszystko różowe, pastelowe i na tip-top, w identycznych, bliźniaczych domkach. Pozorne i niezwykle powierzchowne. Nikogo nie powinno więc dziwić, że właśnie na takim sprzyjającym buntom i pragnieniu zrzucenia okowów gruncie „perfekcyjnej” codzienności, w USA pod koniec lat pięćdziesiątych zaczęło wyrastać zjawisko, zwiastując koniec kłamliwej, zamkniętej na inność epoki i rozpoczynając wyzwolony czas w sztuce i literaturze.

Mowa tu o tzw. kontrkulturze, czyli szeregu przemian artystycznych wyzwalających twórców ze szponów fałszywej moralności, zwracającej się ku wolności słowa i działań w ogóle. Ruszyły formacje bitnikowskie, a później hippisowskie i w końcu punkowe – alternatywne, bezprecedensowe, subkulturowe, tworzące przeciw utartym schematom, przeciw temu co oklepane i sztuczne. Nigdy bym jednak nie pomyślała, że to właśnie w tym okresie historii literatury i tym konkretnym środowisku powinnam była szukać kontynuacji myśli oświeceniowej rozsadzającej utarte schematy – parodii, pastiszu i satyry, przebranej w fatałaszki powiastki filozoficznej, ale à rebours.

Nie zdawałam sobie sprawy aż do chwili, gdy na mojej literackiej, czytelniczej drodze pojawiła się ona – niezwykła, zabawna, uroczo perwersyjna „Candy” autorstwa Terry’ego Southerna i Masona Hoffenberga. Powieść zakazana, bo erotyczna i awanturnicza. Powieść szokująca, bo obnażająca dopiero co raczkujące środowiska kontrkulturowe i związane z nimi przemiany obyczajowe. Powieść buntownicza, bo wykreowana przeciw seksizmowi i konformizmowi kulturowo-społecznemu. Prześmiewcza jak wolterowski „Kandyd” (Candy nawet brzmi jak Kandyd, ale twórcy przez lata uciekali od tego porównania), a jednocześnie lekka i frywolna jak sadyczna „Nouvelle Justine”. Filozofię przejęła erotyka, bo to właśnie w seksie i w innych czynnościach cielesnej miłości tytułowa Candy odnajdzie filozoficzne objawienie.

Candy Christian to dziewczyna „cud, miód, malina” – przesłodka jak cukiereczek (nie przez przypadek jej imię oznacza właśnie „cukierek” albo „słodycze”), urocza i niezwykle pociągająca. Natura co prawda poskąpiła jej rozumu, ale w zamian obdarowała idealnym, kuszącym i nad wyraz kobiecym ciałem, któremu oprzeć się nie mogą mężczyźni wirujący wokół młodziutkiej dziewczyny. A na dokładkę jest taka naiwna i ma „takie dobre serce”! Widać, że jej matka (wielka nieobecna tej opowieści) nie miała szansy nauczyć Candy szacunku do samej siebie i swojego ciała. Dorastająca dziewczyna nie potrafi powiedzieć „nie” (przynajmniej nie dość głośno ani dość wyraźnie), za to z udawaną rezygnacją  oddaje się każdemu mężczyźnie, który ją o to poprosi, powtarzając w kółko „biedaczek”, albo „on tak mnie potrzebuje” itp. Nie pomaga jej wcale rozwiązłość obyczajów panująca w jej otoczeniu, której doskonałym przykładem są m.in. libertyńsko nastawiona do życia ciotka, napaleni koledzy ze studiów, czy seksualnie zagubiony profesor literatury. Nie wspominając wcale pozostałych bohaterów farsy, których przewijają się przez karty opowieści.

Dawniej na straży cnoty Candy i moralnego porządku stał jej ukochany ojciec, ale ze względu na cały ciąg niefortunnych zdarzeń, do których należała między innymi przygoda niefrasobliwej córki z rodzinnym ogrodnikiem, ojciec wylądował w szpitalu, ni to w śpiączce, ni w stanie lobotomii. No i właśnie. Ojciec Candy. Figura wyjątkowa i bardzo dwuznaczna w tym całym równaniu. Bo to niejako wokół niego cała opowieść o przygodach, a raczej seksualnych perypetiach Candy, kręci się, by w końcu zatoczyć koło i w dramatycznym, a jednocześnie niezwykle zabawnym finale powrócić do niego. W całym stosunku córki do ojca jest sporo niedopowiedzeń. Sporo ukrytych znaczeń i psychoanalitycznych odniesień. Jakaś parodia jungowsko-freudowskiego kompleksu Elektry z elementami nieśmiertelnych „Zbrodni miłości” Sade’a. Nie wspominając już nawet o bracie bliźniaku ojca Candy, który (o zgrozo!) również nie może oprzeć się pięknej bratanicy. Taka ciemna strona mocy, zwyrodniała strona jej ukochanego ojca, która wbrew samemu sobie pragnie posiąść własną córkę.

Kiedy „Candy” została po raz pierwszy opublikowana w 1958 roku w Paryżu w oficynie Olympia Press, to niczym wydana trzy lata wcześniej na łamach tego samego wydawnictwa legendarna „Lolita” Nabokova, narobiła dużo szumu i wzburzyła czytelnikami. Niby zabawna, erotyczna powiastka, a rozpoczęła „coś” na masową skalę. Wyśmiała i wbiła szpilę tak w konserwatywne, jak i w buntownicze środowiska. Terry Southern i Mason Hoffenberg nie oszczędzili nikogo. Przygody „wrażliwej humanistki”, jak sami określili ją autorzy, wyszydziły i zdarły fałszywe maski z całych grup społeczno-kulturowych m.in. wschodnich proroków niosących wyzwolenie pseudo-buddyjskimi praktykami, mistyków, zakładających pierwsze komuny i seksualnie zwyrodniałe sekty, lekarzy, intelektualistów i uczonych w ogóle, wyzwolonych do cna kobiet i wiecznie napalonych mężczyzn. A to tylko początek długiej listy wyszydzonych portretów.

„Candy” uznana została także za jedną z „25 najseksowniejszych powieści wszechczasów” według Playboya. Może się z tym po części sprzeczać, bo przecież powieść Southerna i Hoffenberga to tak naprawdę powiastka, cięta satyra i parodia pornograficznej historyjki, ale jednocześnie nie można jej odebrać silnie zaakcentowanego, przepełnionego erotyką sznytu. Wiedząc, że Southern współpracował i współtworzył dekadę później taki film jak kultowa „Barbarella”, to „Candy” aż jarzy się jako wstęp do tego miejscami rozpustnego, a jednak uroczego  obrazu i nie sposób nie myśleć o niej właśnie w takich kategoriach. Jej historia bawi, cieszy i stanowi doskonałą, lekką rozrywkę, niemniej składa się przede wszystkim z przejaskrawionych, seksualnych scenek, aż kipiących wyzwoloną cielesnością.

Gdyby Markiz de Sade i Wolter mieli szansę kiedykolwiek spotkać się, podyskutować i stworzyć wspólne dzieło literackie, to śmiem twierdzić, że powstałoby coś właśnie na wzór „Candy”. Libertyński Sade zawarłby w niej swoją naiwną Justynę wymieszaną z jej wyuzdaną siostrą Juliettą, a Wolter wykreowałby świat wypełniony po brzegi perypetiami, tak podobnymi do tych stworzonych przez duet amerykańskich twórców. Wcale bym się nie zdziwiła. Ale w zamian powstała właśnie „Candy”.  Lektura z pewnością nie dla wszystkich, ale dla tych, którzy potrafią przymknąć oczy i śmiać się, czerpiąc radość z nieskrępowanej, pseudo-moralizatorskiej powiastki, która po latach uznana została za jeden z czołowych, bo założycielskich tekstów kontrkultury.

O.

*Za przeuroczą „Candy” dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

BEZSENNE ŚRODY: „In The Tall Grass” Stephen King & Joe Hill

Bombla_BezsenneInTheTallGrass

 

„A girl once hid in tall grass,
And ambushed any boy who walked past.
As lions eat gazelles,
so many men fell,
and each tasted better than the last.”

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. I lubi się to bardzo. Tym intensywniej, gdy to, co się już ma odpowiada idealnie na wszystkie oczekiwania i czytelnicze potrzeby. Kiedy okazuje się, że jest dokładnie tym, czego poszukiwało się w innych dziełach tego konkretnego autora. I znowu mowa nie o kim innym, ale o Stephenie Kingu. Tym razem jednak w duecie, bo z własnym synem, twórcą klasycznych horrorów, czyli Joe Hillem. Jeśli jest doskonalszy tandem pisarski, to ja go jeszcze nie odnalazłam, a tym bardziej w tym określonym gatunku, jakim jest groza. King i Hill straszą tak, jak tylko oni potrafią. Knują i spiskują przeciw czytelnikowi, by znowu wciągnąć go w szpony przerażenia i nie wypuszczać, nie zbaczając na rozpaczliwe szamotanie się i pokrzykiwanie. I po raz kolejny kreują traumę, z której trudno będzie się otrząsnąć. Horror, o którym ciężko będzie zapomnieć za każdym razem, gdy przejeżdżać będę obok łanów zieleniejących traw, czy zbóż. Aż by się chciało więcej, dłużej, ale powiem Wam, że „In The Tall Grass” (pol. „W wysokiej trawie”), nowela sprzed ponad roku, robi niezwykłe i wystarczające wrażenie. 

Becky i Cal, kochające się rodzeństwo, wybiera się w podróż do San Diego. Tam, ciężarna Becky ma odczekać pozostałe miesiące do porodu i zdecydować o dalszym losie dziecka. Przejeżdżając przez zielone połacie stanu Kansas, gdzieś na wiejskim pustkowiu, słyszą krzyk prosto z traw. Dziecięcy głos woła o pomoc, a zaraz potem dołącza do niego drugi, kobiecy, który prosi ich, by zawrócili, nie reagowali i zapomnieli o całej sprawie. Ale Cal i Becky ignorują ostrzeżenie. Zatrzymują samochód na parkingu pobliskiego kościoła pod nietypowym wezwaniem Czarnego Kamienia Odkupiciela i wchodzą w trawę. Nienaturalną trawę wyjątkowych rozmiarów, w której już po chwili gubią się wzajemnie, tracą poczucie kierunku i odległości. Wołające glosy nie ustają. Co więcej, dołączają do nich inne, mroczniejsze, bardziej przebiegłe. A czas mija. Becky czuje się coraz gorzej. Nie ma wody. Słońce praży, a łany szumią i niosą głosy. I ktoś zmierza w jej stronę.

Kto tak jak ja boi się kukurydzy, tego połacie zielonej szumiącej trawy również do siebie nie przekonają w prawdziwym życiu. Nieważne kto by z tej trawy krzyczał. Nieważne kto by wołał o pomoc. Nieistotne co by wyłaniało się na horyzoncie – nie, ja nie wchodzę. Zamykam oczy, zasłaniam uszy i udaję, że nic się nie wydarzyło. Kolejny raz Joe Hill i Stephen King udowodnili, że nie wszystko jest zawsze tak idylliczne, piękne i kolorowe, jak może się wydawać z zewnątrz. Pokazali, że ludzie gotowi są zignorować wszelkie, nawet te najbardziej rzucające się w oczy ostrzeżenia, jeśli sytuacja i otoczenie doskonale kamuflują prawdziwe niebezpieczeństwo. I że czasami dobre serce, chęć niesienia pomocy, te zwykłe ludzkie odruchy mogą mieć tragiczne w skutkach konsekwencje i być wyłącznie częścią bardziej wyrafinowanego przeznaczenia.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w nozdrzach wciąż czuję duszący zapach traw.

O.

*Tę krótką nowelę polecam wszystkim miłośnikom klasycznych opowieści grozy, typowego kingowskiego stylu podrasowanego nowoczesnym horrorem Joe Hilla. To za takimi historiami tęskniłam. Takich opowieści wyczekiwałam. „In The Tall Grass” stała się moim ulubionym literackim tworem Stephena Kinga od czasu zbioru „Czarna Bezgwiezdna Noc”.