„Życie miłosne” Zeruya Shalev

Bombla_ZycieMiłosne

Od czasu do czasu każdego z nas dopada egzystencjalny dół. Mniejszy albo większy kryzys związany z naszym dotychczasowym życiem i kierunkiem w jakim wszystko wokół nas zmierza. Podobno takich kryzysów człowiek może przeżyć dość sporo, w różnych odstępach czasu. Z kryzysem możemy zmierzyć się w okresie dojrzewania, gdy z naiwnego dziecka przekształcamy się w pogrążonego w zadumie nad samym sobą nastolatka. W kilka lat później mamy szansę pogrążyć się w dole dwudziestopięciolatka, który podobno związany jest z zakończeniem studiów i beztroskiego czasu nauki. Po latach przychodzi czas na kryzys wieku średniego, chyba najpopularniejszego i najczęściej wykorzystanego w tekstach literatury i filmach. I kryzys emerytalny, po sześćdziesiątce, który jest jednoznaczny z  kryzysem świadomości zakończenia pewnego etapu życia. Zauważyliście pewnie, że sprytnie pominęłam jeden z istotniejszych egzystencjalnych dołów, jaki dopada zarówno mężczyzn, jak i kobiety, a który związany jest z przekroczeniem magicznej bariery trzydziestego roku życia.

Z tym właśnie kryzysem zmaga się bohaterka powieści Zeruyi Shalev zatytułowanej „Życie miłosne”. To pierwsza powieść rozpoczynająca psychologiczną trylogię, na którą składają się jeszcze „Mąż i żona” i kończąca cykl „Po rozstaniu”. Autorka stworzyła historię wyjątkową, ponadczasową, która dotyka najboleśniejszych momentów kobiecego życia. Pomimo, iż „Życie miłosne” rozgrywa się w Jerozolimie, to tak naprawdę mogłoby rozgrywać się w każdym zakątku na świecie, a jej uniwersalny wydźwięk pozwala wpasować się w gusta różnych kobiet, na każdym życiowym etapie. Shalev obrazuje kobiety w przełomowych momentach, gdy coś się zmienia, jakieś nieuchwytne siły wpływają na bohaterki i zmuszają je do zagłębiania się w swoje wnętrze, by pokonać ten trudny etap oparty na kryzysie pragnień i możliwości, a także straconych złudzeniach.

Bohaterką „Życia miłosnego” jest Ja’ra Korman. Ma około trzydzieści lat, stopień naukowy na uniwersytecie i kochającego męża, który stara się robić dla niej wszystko. Jej dotychczasowymi celami było zdobycie pełnego etatu na uczelni, budowanie krok po kroku naukowej kariery i urodzenie co najmniej jednego dziecka, gdy tylko przyjdzie odpowiedni czas, a wszystko będzie szło zgodnie z planem. Od zawsze wiedziała czego chce, była pewna podejmowanych kroków i szczęśliwa w swoim małym światku. Ta wykreowana przez nią rzeczywistość ginie w gruzach w chwili, gdy zupełnie przypadkowo poznaje Ariego Ewana – przyjaciela jej rodziców z czasów młodości, który po latach spędzonych we Francji powraca do Jerozolimy. I w tej chwili okazuje się, że nic nie było wcale takie idealne i perfekcyjne, jak wydawało się Ja’rze, wręcz przeciwnie, od dłuższego czasu jej doskonałe wyobrażenie o swoim życiu trzymało się jedynie na powielanych chwilach codziennej rutyny. I niczym więcej.

Jej małżeństwo z uroczym i miłym Jonim straciło kolory dawno temu,  a z czasem Ja’ra nie pamięta już nawet co było w nim takiego, że tak szybko i bezmyślnie się pobrali.  Wydaje się, że zapomniała co to miłość, lub, co bardziej przerażające, wcale nie kochała swojego męża. Jej dotychczasowa egzystencja okazuje się smutną iluzją tworzoną na potrzeby zachowania pozorów. Tak naprawdę pogrążona jest w zupełnej stagnacji. Jej życie stoi w miejscu, podobnie jak jej naukowa kariera. Nie może iść ani do przodu, ani do tyłu, bo uwikłana jej w honorowe umowy, których powinna dotrzymać, by nie wyjść na niedojrzałą. Problem w tym, że Ja’ra jest niedojrzała, a co za tym idzie zupełnie niezdecydowana. Już jakiś czas wcześniej straciła cel i czuje się zagubiona. Boi się prawdziwie zaangażować, bo to wiązałoby się bezpośrednio z podejmowaniem odpowiedzialności. A na to bohaterka Shalev nie jest gotowa.

Wszystko to uświadamia sobie, gdy na jej drodze staje Arie. To sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna, znudzony i zblazowany. Próbuje sam przed sobą i otaczającymi go kobietami udawać samca alfa, pełnego siły i władzy. Nie przez przypadek jego imię tłumaczone z hebrajskiego oznacza lwa – władcę zwierząt. On pragnie panować i dopuszczać do siebie kolejne, coraz młodsze kobiety, by dołączyły do jego trofeów, uzbieranych podczas wielu lat usilnych polowań. Odgrywa rolę starego libertyna, mistrza seksualnych igraszek, a jednocześnie apatycznego, znudzonego „tym wszystkim” specjalistę od miłości. Pod tą maską kryje się jednak człowiek zniszczony, zmęczony sam sobą i pogrążony w strachu przed nieuchronnością śmierci. Naiwna Ja’ra jest kolejnym z serii jego podbojów, tylko jeszcze bardziej zagubiona, bo faktycznie poszukująca miłości.

Ich romans to seria burzliwych, toksycznych spotkań, w których każde z nich próbuje odmalować w tym drugim ziszczenie swoich pragnień. Nie chcą wcale poznać prawdy o sobie, ale jedynie w nieskończoność odbijać swoje wizje w oczach drugiego partnera. Ja’ra widzi w Arim kogoś na kształt perfekcyjnej męskiej figury, zupełne przeciwieństwo swojego ojca, którym skrycie pogardza, chociaż bardzo kocha. Na kochanka nakierowuje wszystkie nieziszczone marzenia i szuka odpowiedzi. A tam spotyka tylko ciszę, bo Ariemu nie zależy na związku. Nie zależy na nieogarniętej młodej kobiecie, która nie potrafi zdecydować się nawet na kupno sukienki. Chce wyłącznie nią manipulować, dla własnych zachcianek i wyuzdanych potrzeb. Każdy kolejny krok tych obojga to desperacka próba naprawienia życia i zawrócenia go na właściwy tor, pomimo iż zdają sobie sprawę, że nie tędy droga.

Im dalej zagłębiamy się w „Życie miłosne” i im lepiej poznajemy motywacje działań Ja’ry, tym bardziej może ona wywołać frustrację i sprzeciw. Kierowana strachem przed dojrzałością, przed dorosłością i podjęciem, w końcu, odpowiedzialności za swoje życie, staje się kimś kogo wyjątkowo łatwo znielubić, tym bardziej, jeśli nie potrafimy się z nią i jej problemami utożsamić. Ja’ra zdaje się być na granicy pewnego upadku, pogrążenia się w wewnętrznej ciemności bez szansy na  odrodzenie. Dryfuje i wciąż szuka siebie, zgłębia swoje wnętrze i igra z losem, by nareszcie dowiedzieć się i odkryć czego chce. Ale te odkrycia nie są wcale pozytywne. Niosą za sobą nieodwracalne wybory, te natomiast równie nieodwracalne skutki i pozostawiają za sobą kilka ofiar. A ona idzie dalej. Przynajmniej stara się, nie do końca wiedząc co się z nią stanie i ani ona, ani my nie możemy być pewni co przyniesie jej nowy dzień. I ta niewiedza jest najbardziej pesymistycznym przesłaniem tej powieści.

O.

„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman

Bombla_Ocean

 

„Bardzo dokładnie pamiętam swoje dzieciństwo… Wiedziałem wówczas straszne rzeczy. Ale wiedziałem też, że nie mogę pozwolić, by dorośli zorientowali się, że wiem. To by ich przeraziło.”

Maurice Sendak

Albert Einstein zapytany kiedyś, w jaki sposób wychować inteligentne dziecko, ponoć odpowiedział: Jeśli chcesz mieć inteligentne dziecko, to czytaj mu baśnie. Jeśli chcesz mieć jeszcze mądrzejsze dziecko, to czytaj mu więcej baśni. Przepis niezwykle prosty, bo w końcu baśnie zawierają w sobie odpowiedzi na większość najważniejszych pytań. Oddziałują na wyobraźnię – pozwalając swoim odbiorcom na zgłębienie najistotniejszych kwestii egzystencji człowieka – każda zupełnie indywidualnie, na swój własny sposób. Od najwcześniejszych lat pomagają zrozumieć otaczający świat i rządzące nim prawa. A te nie zawsze bywają sprawiedliwe czy dobre. Zło czai się ukryte w ciemnościach ludzkiej natury i potrafi zaatakować znienacka, wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Dobrze napisana baśń pozwala je zdemaskować i nauczyć się, jak sobie radzić nawet w najgorszych sytuacjach.

Taką wyjątkową, baśniową opowieść przedstawia nam Neil Gaiman w swojej najnowszej powieści dla dorosłych, zatytułowanej „Ocean na końcu drogi”. Wspomnienia z dzieciństwa bywają różne. Każdy ma swoje, osobiste, subiektywne, schowane głęboko w pamięci. Łączy je to, że nie wszystkich z nich możemy być do końca pewni. Niektóre zacierają się same i powracają pod wpływem impulsu. Inne natomiast bywają wyparte i często zastąpione nowymi, mniej bolesnymi, które ukrywają przed nami to, co wydarzyło się naprawdę. W takim wypadku może się zdarzyć, że już nigdy nie dowiemy się, co było rzeczywiste, a co jedynie zmyślone. Dla naszego dobra i lepszego samopoczucia.

Ukryte wspomnienia trudnych dziecięcych lat próbuje odzyskać bohater „Oceanu na końcu drogi”. Przy okazji rodzinnego spotkania, jako mężczyzna w średnim wieku, odwiedza stare kąty i ulicę, na której dawniej stał jego dom.  Przypadkiem, niczym wiedziony na niewidzialnej linie, trafia na farmę Hemstocków. Zdaje sobie sprawę, że dawno temu był w tym dziwnym domu, zamieszkałym przez trzy wyjątkowe kobiety. Teraz przebywa tam tylko jedna staruszka, i to właśnie ona zaprowadza go nad staw – magiczne miejsce, które mieszkająca tam Lettie Hemstock ochrzciła mianem „ocean”, a który wznieca w nim na nowo wspomnienia ukryte w zakamarkach świadomości. Bohaterowi przypomina się jego dawne życie, odkrywa dawno zapomniane chwile i budzi uśpione traumy z dzieciństwa, by wreszcie doznać tak potrzebnego oczyszczenia.

Opowieść rozpoczyna się czterdzieści lat wcześniej, prawdziwym dziecięcym dramatem – nikt nie przychodzi na siódme urodziny głównego bohatera. Po tym wydarzeniu małe i większe katastrofy zaczynają się mnożyć i narastać. Ginie jego ukochany kotek, a jeden z lokatorów wynajmujący pokój u jego rodziców pewnej nocy wykrada samochód i popełnia w nim samobójstwo. Ten właśnie czyn zbudził z głębokiego snu pradawną siłę. Pierwotne zło uśpione gdzieś za „oceanem”, na granicach światów, które przedostaje się do rzeczywistości, wykorzystuje ludzi i obezwładnia ich. Mami, okłamuje, składa obietnice bez pokrycia, ale dorośli nie są w stanie poznać, z kim tak naprawdę mają do czynienia i poddają się mu bez przeszkód. Świat bohatera staje na głowie i coraz bardziej odrealnia się, przypominając chory koszmar. Okazuje się, że dorośli często nie potrafią sami sobie radzić ze swoimi słabościami i nie są wcale tak silni, jak mogłoby się wydawać. Pomocy może szukać jedynie wśród trzech mieszkanek farmy Hemstocków. Każda z nich jest wyjątkowa, każda nietypowa i posiadająca inne umiejętności. Trochę nie z tego świata. Razem stawiają czoła zagrożeniu, by przywrócić harmonię i spokój w okolicy, a także naprawić wyrządzone szkody.

Tyle tylko, że pewnych rzeczy nie da się tak prosto naprawić. Nie da się odwidzieć tego, co raz się zobaczyło, ani od-doznać tego, co raz się już przeżyło. Każdy moment odcisnął piętno na umyśle głównego bohatera, a po latach koszmary powracają do niego falami, gdy wpatruje się w toń „oceanu”. Wracają smutki, nieszczęścia i złe myśli. Wspomnienia rozpadającego się domu i związku jego rodziców, którzy wszelkimi sposobami próbowali naprawiać finansową ruinę. Powraca także poczucie zdrady i odrzucenia, spotęgowane chwilami domowej przemocy. W jakimś momencie można odnieść wrażenie, że obserwujemy świat dorosłych oczami dziecka, i jest to świat, na który nie ma ono żadnego konkretnego wpływu. Co więcej, jest to świat nie do końca zrozumiały, dlatego bohater przekłada magię nad rzeczywistość, co jest sposobem na radzenie sobie z narastającymi problemami. W tej rzeczywistości farma Hemstocków i jego mieszkanki to dobre wróżki, które potrafią naprawić każdą najmniejszą krzywdę i odwrócić bieg losu.

Neilowi Gaimanowi po raz kolejny udało się opowiedzieć piękną, współczesną baśń i stworzyć magiczny świat ukryty wewnątrz tego zwykłego, przesiąkniętego normalnością i codziennością. Bohater „Oceanu na końcu drogi” umiejętnie odnajduje się w obu tych rzeczywistościach, obie są dla niego równie istotne i równoznaczne. Zło i dobro, ciemność i światło, świat cudów i świat dorosłych – każde z nich istnieje na równych prawach, każde ma zasady, których trzeba się trzymać i które należy szanować. Nad „oceanem” Lettie Hemstock bohater przeżywa od nowa najgorsze i najlepsze momenty swojego dzieciństwa. Przeżywa swoiste katharsis, po raz kolejny uwalnia się od cierpienia i potwornych myśli. A razem z nim my, czytelnicy tej niewiarygodnej, doskonale opowiedzianej historii, która nie pozwala o sobie zapomnieć i która, jak każda baśń, zostanie z nami na zawsze.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 9 listopada, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Golem” Edward Lee

Bombla_GolemLee

Lubię poznawać i zgłębiać stare podania, baśnie i legendy. Co więcej, uwielbiam czytać nowe, unowocześnione wersje, jak również wariacje na ich temat w książkach, których autorzy inspirują się folklorem różnych kultur. Najbardziej intryguje mnie baśniowość i magia tych historii. Opowieści, które kształtują umysły tysięcy ludzi, w różnych zakątkach świata, a jednak odnoszących się przede wszystkim do tego co istnieje poza rzeczywistością, poza tym co zwyczajne i normalne. Tego co nawiązuje do świata tajemnic i ukrytych symboli. Baśnie, legendy i podania zawierają w sobie wszystkie najważniejsze kulturowe wskazówki, wszelkie lęki i radości danych społeczności, których członkowie przekazują je kolejnym pokoleniom, tworząc jedyne w sobie, zaklęte w słowa kulturowe dziedzictwo. 

Edward Lee, który od zawsze zaskakuje mnie ujęciem tematu, wykorzystał jedną z najważniejszych legend żydowskich i jej własną interpretację umieścił w powieści zatytułowanej „Golem”. O golemach z pewnością słyszeliście, nawet przypadkiem, tym bardziej jeśli jesteście fanami fantasy, bo tam golemy i golemopodobne twory już wiele lat temu zadomowiły się na dobre. Ale prawdziwa historia golema wyłania się z czeluści żydowskiej duchowości i najgłębiej skrywanych tajemnic o religijnych korzeniach. Z początku legenda ta była jedynie ciekawostką, ale z czasem nabrała głębokiego znaczenia, gdy obrosła w mity i nowe konotacje. Stała się także ostrzeżeniem przed niewłaściwym wykorzystaniem wiedzy i tajemnic wiary, które obrócić mogą się z łatwością przeciw temu, kto narusza ich podstawowe zasady.

Wykorzystana przez Edwarda Lee legenda praskiego golema to jedna z najbardziej znanych na świecie opowieści pochodzących z naszej części Europy. Pod koniec XVI wieku, w Pradze za rządów cesarza Rudolfa II nasiliły się ataki na żydowską społeczność, którą posądzano o okultyzm i bezbożne praktyki. Rabin Jehuda Loew ben Becalel, zwany również Maharalem, by obronić siebie i innych przed prześladowcami, za pomocą kabalistycznego zaklęcia powołał do życia potężną istotę ulepioną z gliny. Uformowane, olbrzymie ciało ożywił za pomocą tajemnych rytuałów i modłów, a na końcu, by dopełnić dzieła, wypisał na czole (lub na pergaminie włożonym w usta) magiczne słowo, które tchnęło życie w glinianą istotę. Zadaniem golema była obrona praskich Żydów, ale pewnego dnia coś się zmieniło i golem w szale zaatakował rabina i ludzi, których z założenia miał bronić. Podobno szczątki tej istoty wciąż leżą na strychu synagogi Staronowej w Pradze. Przytoczona opowieść jest najstarszą i najpopularniejszą, jednak historii o golemach było o wiele więcej na naszych terenach, gdy mit został wtłoczony do przypowieści ludowych.

Historia „Golema” Edwarda Lee rozpoczyna się w 1880 roku, gdy na parowcu płynącym przez amerykańskie rzeki, poznajemy uciekinierów z Europy – Poelziga i jego żonę Nanyę. Statek, który płynie z Baltimore do Lowensport w stanie Maryland, wiezie wyjątkowy ładunek, na który składają się beczki praskiej gliny i inne nietypowe, bliżej niezidentyfikowane przedmioty. Lowensport jest jedną z żydowskich enklaw w nowym świecie, ale to nie tam szukają schronienia Poelzig i jego żona. Co więcej wydaje się, że gdy tylko słyszą o porcie, chcę zawrócić z trasy, albo chociaż przeczekać noc na stałym lądzie, z dala od granic miasta.  Jednak gdy zapada zmrok coś dziwnego dzieje się z podróżującymi i dochodzi do straszliwej tragedii.

W ponad sto lat później znany twórca gier komputerowych – Seth, wraz z dziewczyną imieniem Judy, wprowadzają się do starej siedziby zwanej Lowen House, które miała być ziszczeniem ich marzeń. Stara posiadłość i przynależące do niej tereny rolnicze stają się własnością pary, a wraz z nią tajemne brzemię, które skrywa to miejsce. W niedługi czas po ich przyjeździe, grupa robotników odkrywa zakopany w ziemi, a dokładnie dawnym rzecznym korycie, parowiec, a w nim szkielet trzech osób i nienaruszony ładunek. Znalezisko inicjuje ciąg dziwnych zdarzeń, wznieca poruszenie w miejskiej społeczności i u miejscowego rabina, a także prowokuje do kradzieży dwóch, pozornie z niczym niepowiązanych osiłków. Życie Seth i Judy jest w wielkim niebezpieczeństwie. Z szybkością błyskawicy powracają stare legendy, przypominają się historyczne wydarzenia i tragedie z przeszłości, a na polach otaczających dom, z błękitnych ogni, rodzą się przywołane z piekieł istoty.

Golemopodobne twory stworzone przez Edwarda Lee to owoce starej magii, zapomnianych rytuałów i okultystycznych zaklęć. W fabule pisarz odwraca porządek religijny, nagina go i tworzy własny kabalistyczny odłam żydowskiej wiary, jeszcze bardziej tajemny i oparty na czystej formie zła. Kreatury powstałe z praskiej gliny i ciał ofiar poświęconych ciemnościom niczym nie przypominają tych z historii o kreacji pierwszego człowieka. Słowa, które budzą je do życia to zemsta, mord i zniszczenie. Nie ma w nich nic idealnego. Są zdeformowane i zniekształcone od samego początku swojego istnienia, a że oparte zostały na ludzkich szczątkach, posiadają również instynkty tych, którymi byli dawniej. Trzeba dodać, że te najokrutniejsze instynkty. Brutalność, agresja, popęd seksualny wyolbrzymiony do maksimum – wszystko to chore i zdeformowane, tak jak same golemy w powieści.

Legendy mają to do siebie, że z czasem zostają uproszczone i ujednolicone. Lata ustnych przekazów, różne źródła opowieści, wpływy z zewnątrz sprawiają, że często z prawdziwej historii zostają jedynie strzępki i niedopowiedzenia. Szczegóły zacierają się, a ich wymowa ostatecznie przybiera raczej dydaktyczny ton. Unowocześniona wersja historii praskiego golema przedstawiona w powieści Edwarda Lee ożywia jego mit na nowo. Całość nabiera kolorów i swoistej mięsistości, dzięki której aż chce się powrócić do źródeł golemów i zapoznać się z ich prawdziwym, religijnym znaczeniem. Aż chce się od nowa opowiadać ich historię i dotrzeć do źródeł dawnej magii i starej wiary, która stała się źródłem perfekcyjnej zemsty w „glinianej” istocie.

O.

„Piekielne wody” David L. Robbins

Bombla_PiekielneWody

Zatoka Adeńska zwana Rogiem Afryki. Raczej mało znane i uczęszczane miejsce na mapie. Niewspominane w wycieczkowych prospektach i zapomniane przez turystyczne biura. Wąskie przejście pomiędzy dwoma kontynentami, które dzieli Jemen od wybrzeży Afryki. Jednocześnie jeden z podstawowych szlaków wodnych dla karawan tankowców, frachtowców i statków transportowych przewożących towary z jednego końca świata na drugi. Najszybsze połączenie pomiędzy Bliskim a Dalekim Wschodem. Kanał, którym przepływają setki statków dziennie. Miejsce, w którym wciąż można napotkać prawdziwych korsarzy – piratów z Somalii. W XXI wieku, świecie, w którym słowo „pirat” kojarzy nam się przede wszystkim z gorącymi wodami Karaibów i zabawnym akcentem Disneyowskiego tworu, jakim jest Jack Sparrow, piraci wcale nie pozostają historycznym reliktem przeszłości. Przeciwnie – mają się całkiem dobrze i wciąż sieją terror na międzynarodowych wodach. Zmieniły się realia, zmieniły środki transportu, ale cel i motywacje często pozostają te same, uniwersalne w swojej prostocie.

„Piekielne wody” autorstwa Davida L. Robbinsa to historia wyciągnięta prostu z życia, pierwszych stron gazet i internetowych nagłówków. Jedna z setek, jakie obserwowaliśmy w ostatnich latach w tym przesiąkniętym przemocą rejonie świata. Grupa somalijskich piratów porywa wielki, samotnie płynący frachtowiec Valnea. Trzeba podkreślić „samotnie płynący”, gdyż obecnie większość statków, które na swoim pokładzie przewożą cenne ładunki, wynajmuje ochronę w postaci wojskowych statków, które płyną wraz z nimi aż do docelowego portu. Nie Valnea. Z zewnątrz frachtowiec wydaje się być całkowicie pusty. I faktycznie pozbawiony jest wszelkich kontenerów i nie przewozi konkretnego towaru, ale jednocześnie nie jest w stanie rozwinąć bezpiecznej prędkości, dzięki której uniknęłaby abordażu. Statek pozostawiony samemu sobie aż prosi się o rabunek. Na jego załogę składają się rosyjscy i filipińscy marynarze pod dowództwem rosyjskiego kapitana Anatolija Drozdowa. Dodatkowym, pozornym zabezpieczeniem jest grupa bałkańskich najemników, którzy mają za zadanie strzec przesyłki ukrytej na samym dnie ładowni. Ładunku, o którym nic nie wiadomo, a który jest elementem tajnej operacji łączącej rządy największych mocarstw świata.

Na Valneę, której tajemnice wydają się być w pełni strzeżone i bezpieczne, napada Yusuf Raage, jeden z najpotężniejszych piratów tego regionu. Na jego koncie jest kilkanaście podobnych napadów, które przyniosły jemu, jego klanowi i sponsorom (piraci somalijscy są często sponsorowani przez przedsiębiorców z Bliskiego Wschodu) miliony dolarów. Pirat nie jest sam. Towarzyszy mu ponad dwudziestu najlepszych członków jego klanu, wyselekcjonowanych z kilkudziesięciu ochotników, którzy odpowiedzieli na jego zawołanie. Są w pełni lojalni. Ich przywódca ma nieskalaną reputację zdobywcy i wiedzą, że pomimo niebezpieczeństwa opłaca się zaryzykować dla pewnego zysku. Jednak ten atak i porwanie frachtowca mają dla Yusufa specjalne znaczenie. Nie może się wycofać. Nie może odmówić. Stawia wszystko na jedną kartę i poświęca siebie i innych, by ta wyprawa się powiodła. A stawka jest bardzo wysoka i tylko on zdaje sobie sprawę z tego, co nastąpi, gdy misja skończy się fiaskiem.

Na ratunek porwanej Valnei wysłany zostaje stacjonujący w bazie Dżibuti oddział amerykańskich żołnierzy, specjalnej jednostki ratowniczej Sił Powietrznych USA – Guardian Angels. To wyjątkowi żołnierze o wyjątkowych umiejętnościach. Tajne zadanie, jakie przypada im w udziale, nie jest typowe dla ich codziennej działalności. Zostają wybrani ze względu na lokację i umiejętność reagowania w kryzysowych sytuacjach. Wyłącznie ich dowódca, wybrany do prowadzenia misji, wie, jak priorytetowe jest wyzwolenie statku z rąk somalijskich piratów. Rozkaz, który pada z ust samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zakłada złamanie podstawowych zasad, jakimi kieruje się formacja. A czas ucieka. Mają tylko godzinę, zanim frachtowiec zostanie zatopiony, pochłaniając nie tylko swój cenny ładunek, ale życie załogi, piratów i samych żołnierzy, którzy znajdą się na jego pokładzie.

„Piekielne wody” to idealna powieść dla wszystkich miłośników porządnie napisanej i dopracowanej literatury sensacyjnej, w duchu Toma Clancy’ego. Niezwykła dbałość o szczegóły, wyraziści bohaterowie, realistyczne oddanie zagrożenia i konfliktów osaczających płynącą po niebezpiecznych wodach Valneę to nie jedyne pozytywne aspekty tej historii. Warto wspomnieć także o doskonale oddanych realiach życia jednostki Guardian Angels, czy samych somalijskich piratów i ich rodzin. Równie pozytywnie zaskakuje polskie tłumaczenie autorstwa Grzegorza Grątkowskiego – świetnie przełożone teksty, dialogi, a ponadto militarne skróty i wyrażenia techniczne użyte przez Robbinsa w tekście oprócz dokładnego tłumaczenia mają własny, oryginalny skrót i definicję podaną w nawiasach, przypisach i słowniczku na końcu książki.

Trzeba przyznać, że w pełnym zrozumieniu „Piekielnych wód” pomoże orientacja nie tylko geograficzna, ale przede wszystkim ta we współczesnej historii. Przyda się także chociaż minimalna znajomość podstawowych zagadnień dotyczących konfliktów zbrojnych i politycznych, toczących się w ostatnich latach na świecie, a szczególnie w rejonie Rogu Afryki. Resztę dokładnie wytłumaczy i opowie już sam David L. Robbins. Wystarczy jedynie sięgnąć po książkę i pogrążyć się w sensacyjnej, niezwykle aktualnej historii porwanego frachtowca i opowieści o wytrwałości ludzi, którzy przychodzą mu na ratunek, nie wahając się poświęcić tego, co dla człowieka najcenniejsze.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 28 października, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Wampir” John William Polidori

Bombla_Wampir

Pamiętny wieczór 1816 roku, gdy w Villi Diodati nad Jeziorem Genewskim spotkało się kilkoro niezwykle zdolnych przyjaciół, przeszedł do historii literatury, jako jeden z najbardziej płodnych w wyjątkowe i nowatorskie pomysły fabularne. Przyniósł on nie tylko kultowego „Frankensteina” autorstwa Mary Shelley, ale także zamysł utworu równie niesamowitego, który lata później zainspirował Brama Stokera do napisania „Draculi”. Dzieła może nie tak przełomowego, jednak niebywale intrygującego, którego autor zaczerpnął wampiryczne idee nie od byle kogo, bo od jednego z najznamienitszych poetów wszech czasów, jakim był lord George Byron. Mowa o „Wampirze” Johna Williama Polidori, który towarzyszył  swojemu znamienitego przyjacielowi w podróży do Szwajcarii i tamtej mrocznej nocy podjął literackie wyzwanie rzucone wszystkim zgromadzonym w willi. 

Wokół powstania „Wampira” krążą różne plotki i niedomówienia. Według zapisków Mary Shelley, podczas pobytu nad Jeziorem Genewskim, Polidori napisał krótką nowelę o „damie z trupią czaszką zamiast głowy”, jednak opowieść ta zaginęła, a dziwny motyw nie pojawił się nigdy więcej w jego twórczości. Jednak tamtego wieczora faktycznie powstała króciutka etiuda, literacka miniatura pióra lorda Byrona zatytułowana „Pogrzeb”. Tą historią zainspirował się Polidori, wykorzystał główny wątek i opublikował w trzy lata później, w 1819 roku, swoją pełną wersję zatytułowaną „The Vampyre. A Tale”, która z nieznanych powodów została opublikowana właśnie pod nazwiskiem Byrona. Skutki dziwnej pomyłki odczuwali obaj przez lata, bo do wielu nie mogło dotrzeć, że to nie genialny poeta jest autorem tej historii. Dzisiaj wiemy już, że tekst z pewnością powstał z ręki Polidoriego i pomimo otaczających go kontrowersji jedno jest pewne – Polidoriemu udało się wprowadzić postać wampira i towarzyszący tej postaci mit do literatury romantycznej, w której, od tamtego momentu, zadomowił się na dobre.

Opowieść „Wampir” rozpoczyna się pewnej srogiej zimy, podczas londyńskiego karnawału i gorącego sezonu balowego, gdy na salonach pojawia się nietypowy dżentelmen – lord Ruthven. Osobliwy, przystojny, o surowym, martwym spojrzeniu potrafił zgasić wszelką, bezmyślną radość, a także uwieść wszystkie otaczające go kobiety i panny. Swoją zimną, nieokiełznaną osobowością zafascynował znudzone, arystokratyczne towarzystwo, które zapraszało go do swojego grona przy każdej możliwej okazji. Najbardziej interesował on kobiety (i wzajemnie), które otaczały go wianuszkiem i uwielbiały patrzeć na jego pełne pogardy, wybledzone oblicze. Brylował od niechcenia, ot tak, bo potrafił. Wiedział, jak i do kogo się odzywać, by wzniecić uwielbienie, a jednocześnie wzbudzał szacunek, a nawet miejscami strach.

Wszystko to było jedynie sprytną maską, którą „nosił” na potrzeby przypodobania się w odpowiednim towarzystwie, zastawienia pułapki na swoją ofiarę i strącenie jej w otchłanie potępienia i hańby. Prawda o nikczemności lorda Ruthvena wychodzi podczas jego podróży do Rzymu i Aten, którą zorganizował i wybrał się wraz ze swoim nowym, młodym i niezwykle niewinnym przyjacielem nazwiskiem Aubrey. Ten obserwuje czujnie swojego towarzysza i zauważa, że wszystkie najgorsze plotki i pomówienia okazują się być jak najbardziej prawdziwymi. Postanawia zerwać z Ruthvenem wszelkie kontakty, na co ten przystaje i wydaje się zniknąć na dobre. Ale niebawem lord Ruthven powraca. Znienacka, ponownie wkracza w życie biednego Aubreya i tym razem nie ma zamiaru mu odpuścić. Doskonała, wręcz idylliczna egzystencja młodzieńca zostaje zburzona, a spokój jego i wszystkich bliskich jego sercu –naruszony na zawsze.

Kim jest lord Ruthven? To istota, a raczej anty-człowiek. Mizantrop, który żywi niesmak i urazę do gatunku ludzkiego. Pod pretekstem obrzydzenia do wyuzdania i upadku moralności, sam przyczynia się do zguby wielu kobiet. Bawi się konwencją, żongluje umiejętnościami uwodziciela, łamie serca, a wszystko to wyłącznie dla własnej przyjemności. Jest niebezpieczny, mroczny i nosi w sobie głęboką tajemnicę, więc w tym kontekście jawi się jako doskonale byroniczny. Tylko że nawet ta przyjemność wydaje się być niepełna. Bohater Polidoriego jest rozwiązły do granic możliwości, a jednak zimny i zdystansowany. Czerpie jedynie tymczasowe zadowolenie z oddawania się rozkoszy. On się nie uśmiecha, ale szczerzy w zadowoleniu, jak nasycone zwierzę, by po chwili od nowa pogrążyć się w apatii i powrócić do pierwotnego stanu. Jego rozwiązłe do granic możliwości życie to tylko wymówka dla postępującego znudzenia i niezadowolenia. Tym samym lord Ruthven staje się doskonale sadyczny – suwerennie potworny.

Wampir w utworze Polidoriego to nikt inny jak człowiek integralny w doskonałej postaci. Jedna z pierwszych gotyckich istot, wtłoczonych w nową epokę, w której odnajduje się, a jednocześnie od której odstaje, bo nigdy nie będzie w stanie się w pełni przystosować. Pozostanie na wieczność innym, który żyjąc „teraz” na zawsze uwikłany jest w przeszłość. Ruthven jest wyznacznikiem poprzedniej epoki, natomiast sadyczny libertynizm okazuje się ponadczasowy. Wampir, tak jak człowiek integralny, jest centrum swojej egzystencji, jej jedynym panem i głównym podmiotem, bez Boga, czy wyższego władcy, którego na zawsze odrzuca. Jego głównym celem jest obalanie kolejnych barier i nieskończona transgresja pragnień. Z założenia jest już nadczłowiekiem, bo ogarnięty ostateczną formą egoizmu przekracza wciąż na nowo samego siebie, swoje człowieczeństwo i związaną z nim śmiertelność – odradza się wciąż na nowo.

Podobno postać lorda Ruthvena skrywa w sobie wiele cech samego lorda Byrona, a Polidori wtłoczył te cechy w swojego bohatera na złość przyjacielowi.  Jeśli tak było naprawdę, to Byron będąc pisarzem na wskroś romantycznym, sam przypominał niejako bohatera z poprzedniej epoki. Zalotny, niebezpieczny, uwodzicielski… Łatwiej zobrazować tymi słowami Valmonta z „Niebezpiecznych związków” Laclosa niż ułożonego, grzecznego dziewiętnastowiecznego dżentelmena rodem z powieści Jane Austen. Idąc tym tropem, każdy wampir, czy inny gotycki wymysł, staje się anty-bohaterem codzienności. Kimś, kto obrazuje wszelkie cechy tłumione przez dogmaty nowej, „lepszej” epoki. Kimś kto, będąc zakotwiczonym w przeszłości, czeka, by znowu się odrodzić i tworzyć przyszłość. Czyhając w ciemnościach na nowy, doskonalszy świat.

O.

„Król Olch” Johann Wolfgang Goethe

Bombla_KrólOlch
 

„Król Olch” Johann Wolfgang Goethe

 

Noc padła na las, las w mroku spał,

Ktoś nocą lasem na koniu gnał.

Tętniło echo wśród olch i brzóz,

Gdy ojciec syna do domu wiózł.
 

– Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?

Tam ojcze, on, król olch, daje znak,

Ma płaszcz, koronę i biały tren.

– To mgła, mój synku, albo sen.
 

„Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!

Wesoło będzie płynąć czas.

Przedziwne czary roztoczę w krąg,

Złotolitą chustkę dam ci do rąk”.
 

– Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?

To król mnie wabi, to jego śpiew.

– To wiatr, mój synku, to wiatru głos,

Szeleści olcha i szumi wrzos.

 

„Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,

Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.

Moje córki nucąc pląsają na mchu,

A każda z mych córek piękniejsza od snu”.
 

– Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew

Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?

– O, synku mój, to księżyc tak lśni,

To księżyc tańczy wśród czarnych pni.
 

„Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!

Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!”

– Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,

Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. –
 

Więc ojciec syna w ramionach swych skrył

I konia ostrogą popędził co sił.

Nie wiedział, że syn skonał mu już

W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.

Przekład swobodny Wisławy Szymborskiej

O śmierci pisać nie sposób. Trudno oddać słowami to, co boli nas najbardziej i czego obawiamy się przez całe życie. Niektórzy świadomie, próbując odgonić złe myśli, inni gdzieś głęboko, w odmętach podświadomości, zdają sobie sprawę z ulotności i przemijalności człowieka. To sprawia, że o śmierci jednak chce się mówić. Chce się słuchać i pisać, bo jest zawsze obecna i najbardziej bliska. Jedynie pewna.

W taki dzień jak dzisiaj myśli o śmierci powracają, czy tego chcemy czy nie. Wspominamy, przypominamy sobie tych, którzy odeszli i jeszcze bardziej zdajemy sobie sprawę ze swojej śmiertelności. W takim dzień jak dzisiaj zawsze powraca do mnie „Król Olch” Johanna Wolfganga Goethego – jeden z nielicznych utworów poetyckich, który niesamowicie działa na moją wyobraźnię, wzrusza i uzmysławia, że przed nią nie można uciec.

„Król Olch” ukazuje także to, co często umyka myśli i wyobraźni, a mianowicie, że dla każdego człowieka śmierć ma inne, tajemne oblicze. Przygotowane dla każdego z osobna. Najbardziej indywidualne. Nie do poznania dla innych. Tytułowy Król Olch należy wyłącznie do umierającego chłopca. W tej postaci, obleczony w mglisty, biały płaszcz, kusi go i przywołuje do siebie, raz za razem. To przywoływanie, skryte wśród wiatru i szumu liści jest już ostateczne i nieubłagane. Szaleńczy wyścig ze śmiercią zawsze przegrany. A za jej maską kryje się wyłącznie ciemność.

O.

* Poniżej do obejrzenia coś pięknego – „Król Olch” w oryginale, do muzyki Franza Shuberta, animacja autorstwa Bennego Zelkowicza:

„Gołębiarki” Alice Hoffman

Bombla_Dovekeepers

„Tylko raz w życiu może do pisarza przyjść książka, która jest szczególnym darem. Gołębiarki są dla mnie właśnie taką powieścią. To podarunek od moich prapraprababek, kobiet starożytnego Izraela, które po raz pierwszy przemówiły do mnie, gdy zwiedzałam górską twierdzę Masadę. Przywołując historię ich życia, opowiedziałam również moją historię.” – tymi słowami pisarka Alice Hoffman wprowadza nas w swoją najnowszą powieść, swoje opus magnum i jednocześnie hołd złożony kobietom starożytnego Izraela. Historię niesamowitą, przesyconą kobiecością i magią, w której rzeczywistość łączy się z tym, co wyobrażone i zmyślone. Niełatwo opowiedzieć tragiczne dzieje narodu żydowskiego, tym bardziej, gdy próbuje się zrekonstruować prawdziwe wydarzenia sprzed setek lat, z początku naszej ery. Tej amerykańskiej pisarce zdecydowanie się to udało, zachowując szacunek do przeszłości i idealną równowagę historyczną.

„Gołębiarki” to powieść szczególna, bo jej główne i zarazem najważniejsze zakończenie znane jest wszystkim, a przynajmniej tym, którzy orientują się w starożytnej historii. Twierdza Masada, zwana również fortecą króla Heroda, była jedną z ostatnich fortyfikacji, które miesiącami stawiały opór Rzymianom. Uznawana za niezdobytą, stanowiła łakomy kąsek dla cesarstwa rzymskiego i istotny punkt militarny dla ostatnich buntujących się mieszkańców państwa żydowskiego. Górska twierdza była dosłownie samowystarczalna. Posiadała zbiorniki na wodę i wielkie silosy na zapasy żywności, a wokół, na stromych zboczach, rozciągały się pola uprawne, gaje i sady. Wewnątrz wyposażona była we wszystko, co potrzebne, by pędzić spokojne, pewne życie w górach, bez strachu przed najeźdźcą. Podczas wojny żydowskiej w 66 roku, twierdzę zajęli zeloci (tajne ugrupowanie religijno-polityczne), a sama Masada stała się ostatnią oazą i schronieniem dla ciemiężonych obywateli. Jej obrona, pod dowództwem Eleazara ben Jaira skończyła się w dramatyczny sposób – zbiorowym samobójstwem ponad dziewięciuset pozostałych przy życiu mieszkańców, zarówno mężczyzn, kobiet, jak i dzieci.

W powieści Alice Hoffman poznajemy ostatnie miesiące twierdzy z perspektywy czterech bohaterek. Każda z nich snuje swoją opowieść, raz po raz nawracając do swojej przeszłości i wspominając dawno utracone życie. Pierwsza, o imieniu Jael, to smutna, młoda dziewczyna, córka skrytobójcy, która całe życie zmaga się z wyrzutami sumienia. Upadek Jerozolimy zmusza ją i jej ojca do opuszczenia domu, by szukać schronienia gdzieś na pustyni. Jedyną bliską jej osobą był brat, który wraz z innymi zelotami opuścił miasto i ruszył przeciw rzymskim legionom. Drugą kobietą jest Riwka, żona piekarza z małej wioski, której towarzyszą dwaj wnukowie i jej zięć – brutalny i nieposkromiony wojownik o zdesperowanym spojrzeniu. Jej opowieść to historia wielkiej straty, cierpienia i poświęcenia w imię miłości. Kolejne dwie narratorki to matka i córka. Szira – czarownica z Moabu, od zawsze na wygnaniu i Aziza, dziewczyna-wojownik, która od lat zmaga się z własną tożsamością.

Losy tych czterech kobiet splatają się, gdy zostają przydzielone do pracy w gołębniku twierdzy. Od tej chwili zaczynają dzielić się wszystkimi swoimi tajemnicami, dramatami i namiętnościami. Sekrety jednej stają się sekretami ich wszystkich i razem próbują radzić sobie ze swoimi problemami. W wieżach gołębnika tworzą mały, prywatny świat, oparty na swoistej magii i zapomnianych rytuałach. Gołębiarki łączą ze sobą religijne, żydowskie obrzędy z mistycznymi rytuałami mitologii staro-żydowskiej, babilońskiej i egipskiej. Magia staje się elementem ich codzienności, tak samo jak silna wiara w jedynego Boga. Nie wykluczają się, ale wręcz odwrotnie, doskonale uzupełniają. To, co ciemne, krwawe i bardzo kobiece łączy się z tym, co jasne, widzialne i uznawane za męskie. Szira, która znana jest jako znachorka i zaklinaczka, wprowadza swoje towarzyszki w świat, który jest jedynym, do którego mogą się odnieść w momentach zwątpienia i największej potrzeby. Wszystkie wspierają się, uczą i razem walczą, gdy trzeba stawić opór nieprzyjaciołom, nawet tym niewidzialnym.

Powieść Alice Hoffman jest na wskroś kobieca. Magia, która otacza bohaterki „Gołębiarek”, to magia codziennych rytuałów. Odnosi się do cielesności, kobiecych pragnień i potrzeb. Jest obecna się przy narodzinach, leczeniu, rzucaniu klątw, uprawianiu miłości, czy rytuałach pośmiertnych. Potrafi ratować życie i chronić ukochane istoty. Potrafi także zabijać, gdy przychodzi taka potrzeba. Jael, Riwka, Szira i Aziza są mądre, silne i nieugięte. Mężnie stawiają czoła kolejnym, coraz cięższym obowiązkom i nie ustępują odwagą swoim obrońcom. Natomiast mężczyźni Masady, z ben Jairem na czele, to światli wojownicy w służbie Boga. Silni, nieugięci mściciele, którzy są w stanie poświęcić wszystko, by uchronić swoich najbliższych. Są brutalni, nieposkromieni i zdystansowani wobec „podziemnego” świata otaczających ich kobiet. Kobieca magia chroni ich i pochłania, ale nie są jej oni do końca świadomi. Wolą nie naruszać tego tajemnego, mistycznego świata. Bohaterki i ich mężczyźni spotykają się gdzieś na granicy, dzieląc ze sobą smutną codzienność, ale także wielką miłość. Groźba zagłady naznacza każdy ich dzień i nie pozwala zapomnieć o śmierci, która nadejdzie prędzej czy później.

Alice Hoffman, w „Gołębiarkach”, udało się bardzo dokładnie odwzorować codzienne życie i zmagania mieszkańców Masady. Każdy rozdział to perfekcyjnie skonstruowana i wiarygodna opowieść o życiu jednej z kobiet, która przeplata się z historycznymi wydarzeniami. W piękny i wyjątkowy sposób autorka połączyła elementy mistyczne i baśniowe z faktami i dopowiedzeniami kronikarskimi. Podobnie, jeśli chodzi o subtelne kobiece elementy, które przedstawione zostały na tle brutalności i drastyczności tamtych czasów. Dzięki temu, świat Gołębiarek jawi się jako autentyczny i jak najbardziej wiarygodny, a ostatnie chwile legendarnej twierdzy niemal namacalne dla czytelnika.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 24 października, a którą można przeczytać takżeTUTAJ.

„NOS4A2” Joe Hill

Bombla_NOS4A2
 

„Everyone lives in two worlds, right? There’s the physical world… but there’s also our private inner worlds, the world of our thoughts. A world made of ideas instead of stuff. It’s just as real as our world, but it’s inside. It’s an inscape.”

„An inscape, a world of thought. In a world made of thought – in an inscape – every idea is a fact. Emotions are as real as gravity.”

„NOS4A2” Joe Hill

Lubię pozytywne zaskoczenia. Takie małe niespodzianki, które pojawiają się ni stąd ni zowąd i od razu budzą zachwyt swoją niesamowitością. Na taką, bukową niespodziankę, natrafiłam całkiem niedawno, zupełnie przypadkiem. Do tej książki przyciągnął mnie tytuł. Nietuzinkowy, a jednak niezwykle znajomy. Zlepek liter i cyfr, układający się w wyraz, który, biorąc pod uwagę mroczne fascynacje, przyciąga mnie jak magnez. W ten sposób, po raz pierwszy, kierowana ciekawością, sięgnęłam po powieść napisaną przez jednego z synów Stephena Kinga, licząc na dobrą zabawę i intrygujące ujęcie tematu. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy okazało się, że książka ta jest wspaniałym horrorem, napisanym  przyjaznym, skądinąd znanym z zakamarków pamięci językiem, a sama opowieść rzuciła mnie na kolana. Dlaczego? Naszło mnie uczucie, że cofnęłam się w czasie i czytam jedną z pierwszych, klasycznych opowieści grozy samego Stephena Kinga, a Mistrz jest w lepszej formie pisarskiej niż kiedykolwiek.

„NOS4A2” (czyt. Nosferatu), bo tak brzmi oryginalny tytuł powieści, to trzecia po „Heart Shaped Box” i „Horns” powieść Joe Hilla, najstarszego syna w rodzinie Kingów. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa stylu, inspiracji, a nawet nawiązań do znanych i uwielbianych książek ojca. Wykreowane przez nich światy łączą się, uzupełniając nawzajem i tworząc jedno spójne uniwersum grozy. Całość ma jednak unikatowy wydźwięk i doskonale skomponowaną fabułę, a Joe Hill już teraz kontynuuje pisarską legendę kingowego klanu.

Historia „NOS4A2” rozpoczyna się w 2008 roku, gdy na specjalnym oddziale szpitala przeznaczonego dla skazańców w stanie śpiączki, nagle, na krótką chwilę, wybudza się niejaki Charles Manx – sławny porywacz i morderca dzieci, który lata wcześniej skazany został za swoje bestialskie zbrodnie. Wybudzenie Manxa trwa jedynie sekundy, w trakcie których udaje mu się przerazić pielęgniarkę, przywołując imię jej synka i zapraszając go w podróż do krainy zwanej Christmasland. Po tych słowach Manx wraca do poprzedniego stanu, by nigdy więcej się nie obudzić.

Po tym wydarzeniu, fabuła cofa się w czasie do roku 1986. Poznajemy naszą główną bohaterkę – Vic McQueen. Vic wydaje się być normalną dziewczynką, ze zwykłej, małomiasteczkowej rodziny z problemami, gdzie rodzice wciąż kłócą się, próbując wiązać koniec z końcem, by ostatecznie stwierdzić, że w tym układzie nikt nie jest szczęśliwy. Dziewczyna, by uniknąć domowych potyczek, często ucieka i na swoim ukochanym rowerze przemierza leśne okolice. Pewnego razu, całkiem przypadkiem natrafia po raz pierwszy na Shorter Way Bridge (dosł. Most na skróty), zbudowany nad rwącą rzeką. Gdy mama Vic gubi wartościową bransoletkę, to ten most, co dziwne, w kilka sekund, doprowadza ją do miejsca, w którym zapodziała się poszukiwana zguba. Vic jest zdziwiona, ale przyjmuje wydarzenie ze zrozumieniem i wraca do domu.  Opowiadając rodzicom swoją przygodę, dowiaduje się, że Shorter Way Bridge od lat już nie istnieje. Zawalił się, zostawiając po sobie pustą przepaść, a miejsce, w którym była bransoletka znajduje się ponad czterdzieści kilometrów od domu i Vic w żaden sposób nie mogła samodzielnie pokonać tej odległości w takim tempie. Dziewczynka uświadamia sobie swoje wyjątkowe znalezisko i nową umiejętność, a kolejne, podobne wydarzenia zachowuje już dla siebie.

Podczas jednego z wypadów, mając kilkanaście lat, Vic wchodzi w drogę Charlesowi Manxowi. Natrafia na jego leśną kryjówkę, dziwne miejsce, w którym przez cały rok wiszą świąteczne ozdoby, a bożonarodzeniowa muzyka rozbrzmiewa pośród drzew. W przydomowym garażu znajduje samochód Manxa, perfekcyjnie zachowany Rolls-Royce Wraith (czyli Widmo), z charakterystyczną rejestracją NOS4A2. A na tylnim siedzeniu małego chłopca, a raczej to, co z chłopca zostało. Vic ledwo uchodzi z życiem, ale spotkanie mordercy na zawsze odbija na niej swoje piętno. Mijają lata, dorasta i coraz rzadziej korzysta ze skrótu, tym bardziej, że takie wycieczki zaczynają ją coraz więcej kosztować. Każdy przejazd przez nieistniejący-istniejący most odbiera cząstkę jej samej, doprowadzając do psychicznych i fizycznych zaburzeń. Jako dorosła już kobieta, Victoria przypomina ludzki wrak, niepewny siebie i tego co ją otacza. Gdy powoli zaczyna naprawiać swoje zmarnowane życie, po raz kolejny napotyka Manxa.

Powyższy skrót jest zaledwie zarysem do wstępu całej fabuły, a potrzebny był, by pokrótce wprowadzić Was w niezwykłą teorię światów wyobrażonych w wersji Joe Hilla. Zarówno Vic, jak i Charlie Manx mają wyjątkowy dar. Siłą własnych myśli potrafią przenieść się w świat wyobrażeń i idei, który istnieje na równi ze światem rzeczywistym. Dla Vic, elementem tego świata jest Shorter Way Bridge, który zarazem stanowi część jej własnego umysłu, i który istnieje wyłącznie dzięki niej, ale nie tylko dla niej. Natomiast świat wyobrażony Manxa to cała, wielka kraina – najwyższy poziom świata idei. To perfekcyjnie zbudowane miejsce, rodem z koszmaru i najskrytszych marzeń, w pełni odpowiadające na potrzeby gospodarza, zwane przez niego Christmastland (Kraina Świąt Bożego Narodzenia). Jest mieszanką wesołego miasteczka i lunaparku, w którym zawsze i na zawsze jest Boże Narodzenie. Każdy kolejny dzień jest taki sam, a mija w chorobliwym podnieceniu i oczekiwaniu na prezenty. W tej krainie rządzą ukochane przez niego dzieci, na zawsze niewinne, pozbawione wszelkich niepotrzebnych uczuć.

Takie światy wewnętrzne, czysto teoretycznie, wykreować może każdy, kto ma bogatą wyobraźnię. Co więcej, każdy z nas taki wewnętrzny świat już ma. Istnieje on na równi z naszym, a odpowiada dokładnie na wszystkie bodźce z zewnątrz i to od nich jest zależny. Świat Charlesa Manxa jest mistrzostwem kompozycji. Odgrodzony od rzeczywistości, mieści w sobie wszystko to, czego najbardziej jest brak jego gospodarzowi. I czego było mu brak dawniej. Co łączy Vic i mordercę-widmo to pewne przykre doświadczenia, które pewnego dnia wyzwoliły w nich umiejętność przywoływania mentalnych kreacji na własne życzenie. Most i Christmasland pojawiają się wtedy, gdy akurat są potrzebne. Taka umiejętność ma oczywiście swoją cenę, bo nawet w wyobraźni nic nie jest za darmo.

„NOS4A2” to powieść niezwykła. Z jednej strony jest tutaj w miarę nieskomplikowany, główny wątek fabularny, który idzie prostym, jednolitym torem. Z drugiej strony, to opowieść, której bohaterowie istnieją w równoległych krainach idei, a te komplikują wszystko i nie pozwalają czytelnikowi oderwać się od opowiadanej historii. Każdy z nich przeraża, bo będąc częścią poszczególnych osób, jest także czymś poza nimi. Jakimś osobnym bytem, który żyje na własnych zasadach i kieruje się wytyczonymi regułami. A te reguły nie są znane nawet ich kreatorom. I to chyba w tym wszystkim jest najpotworniejsze i najbardziej przerażające. Może oprócz chorych wytworów Christmaslandu. I mknącego drogą NOS4A2, za którym w nieskończoność niosą się nuty „It’s beginning to look a lot like Christmas”.

O.

* Na nagłówku wykorzystałam fragment oryginalnej okładki „NOS4A2”, który znajdziecie TUTAJ.

„Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde” Robert Louis Stevenson

Bombla_Jekyll&Hyde

Temat i problematyka rozdwojenia jaźni fascynuje zarówno w medycynie, jak i w kulturze od zawsze. To zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, zwane także zespołem osobowości mnogiej kryje w sobie jakąś niezrozumiałą do końca tajemnicę. Niezwykle rzadkie, a zarazem równie niezwykle ciekawe pod względem naukowym, do dnia dzisiejszego pozostaje niepoznane i jest trudne do zdiagnozowania. Rozdwojenie jaźni zachęca do spekulacji. Do rozmyślań. Pobudza wyobraźnię. Nie można go do końca pojąć, bo w jaki sposób zrozumieć  jedno ciało, zawierające w sobie co najmniej dwa umysły? Dwie zupełnie różne osoby skazane na siebie na zawsze? Osoby, które zazwyczaj są całkowicie od siebie różne, inne pod każdym względem, a co więcej, często nie mają o sobie nawzajem pojęcia? Ludzki dramat i prawdziwa tragedia. A jednak, ta wyjątkowa przypadłość wciąż wzbudza skrajne emocje, a bywa, że czasami inspiruje i prowokuje do rozmyślań o dwoistości natury człowieka.

Wydana w 1886 roku nowela autorstwa Roberta Louisa Stevensona, zatytułowana „Doktor Jekyll i pan Hyde” (tytuł oryginalny „Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde”), z miejsca podbiła serca angielskich czytelników, stając się autentycznym bestsellerem swoich czasów. Ta mroczna, doskonale skonstruowana opowieść to historia doktora Henry’ego Jekylla, który po serii nieludzkich eksperymentów wyzwolił w sobie swoją drugą osobowość – Edwarda Hyde’a. W niedługim czasie ten poważany i szanowany w gronie kolegów i specjalistów po fachu człowiek, zamienił się w cierpiącego męki potwora, rządnego krwi swojej i swojego nosiciela. Transformacja, która z początku była w pełni kontrolowana przez tajemniczą substancję odizolowaną od pełnego alchemicznych ekstraktów eliksiru, wymknęła się spod kontroli wraz w rosnącym wpływem Hyde’a na Jekylla. Ingerencja zła okazała się być zbyt potężna i nawet człowiek tak silnej woli i dobrego serca jak Jekyll nie zdołał się jej oprzeć. Cała historia opowiedziana została przez prawnika doktora – Gabriela Johna Uttersona, który wspomina ten dziwny przypadek w swojej karierze i jednocześnie, poprzez snucie opowieści, od nowa przeżywa tragiczne dzieje przyjaciela.

O ile postać Henry’ego Jekylla można nazwać typową, a nawet miejscami nudną, to Edward Hyde stanowi jego całkowite zaprzeczenie. Kryje się w mroku. Jego sprzymierzeńcem są cienie, noc i mgła, płynąca ulicami Londynu. Hyde swoją osobą ingeruje we wszystkie zmysły. Jego powłóczyste kroki odbijają się echem w ciemnościach, od wilgotnych ścian kamienic. Wieje od niego chłodem, trudnym do opisania. Jego twarz, postura i zachowanie w niezrozumiały sposób odpychają. Po kolei czytamy o tym, że jest w jego wyglądzie coś innego. Coś co wymusza przeświadczenie, że jest zdeformowany, chociaż nikt nie potrafi podać istoty tej deformacji. Ma przenikliwy wzrok, który mrozi krew w żyłach i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niby potrafi znikać w mroku, a jednocześnie zwraca na siebie uwagę krępą posturą, niedopasowanym ubraniem, czy grymasem twarzy.

Hyde symbolizuje zdezintegrowane ego. Jest odszczepieńcem zbierającym w sobie wszelkie negatywne cechy osobowości. Jest złem w czystej, fizycznej postaci. Do tego, złem w pełni świadomym swojej wyjątkowości, jednak nieświadomym zła, które wyrządza. Co więcej, kieruje nim ciekawość i potrzeba eksperymentowania. Jego ofiary, które zabija w chwilowym impulsie, dobijane są przez niego z pieczołowitością osoby, która wie, jak wywołać ból i cierpienie jak najmniejszym wysiłkiem ze swojej strony. Z młodzieńczym entuzjazmem. Trochę jak dziecko, które dopiero uczy się swoich nowych umiejętności. Kieruje nim wolna wola, a przebijający się z jego wnętrza Jekyll obserwuje swój własny upadek z przerażeniem i fascynacją. Bo w tej złej części jego samego jest coś, od czego nie można się oderwać. Ciekawość świata i brak wyrzutów sumienia, na które nie może pozwolić sobie człowiek w pełni świadomy i  opanowany. Kryje się w nim coś dzikiego na co nie może pozwolić sobie człowiek cywilizowany.

Epoka wiktoriańska w Anglii  to czas, w którym królowały na salonach nienaganne, opanowane do perfekcji maniery, konwenanse i typowa dla tego okresu historycznego sztywność zarówno obyczajowa, jak i społeczna. To właśnie ta epoka zrodziła stereotyp angielskiego dżentelmena i idealnej damy, skrywających swoje prawdziwe uczucia za maską wyuczonych gestów i formułek. Wszystko to w duchu sztucznych reguł i tłumienia samych siebie, byle nie naruszyć sztywnych zasad narzuconych z góry i , tym samym, swojej reputacji. To również okres postępu cywilizacji, technologii i kolonialnego imperium, czyli triumfu zachodniej kultury nad dzikimi plemionami pierwotnie zamieszkującymi opanowane tereny. Odkrywanie nowych kawałków, niedotkniętych przez cywilizację lądów, zafascynowało ospałe i pogrążone w miejskiej depresji społeczeństwo. Coraz więcej osób, z różnych kręgów społecznych, postanowiło wyrwać się z okowów Zachodu i na własnej skórze wypróbować, a raczej powrócić do prostszego życia, bez sztuczności i masek. Z różnym skutkiem.

Edward Hyde jest właśnie taką jednostką wyzwoloną. To druga osobowość Jekylla, z której, jak wierzył, nikomu nigdy nie będzie musiał się tłumaczyć, bo na co dzień przybiera formę miłego, sympatycznego doktora. Człowieka edukowanego, światłego, który nijak ma się do zdeprawowanej, ciemnej strony swojego ego. Wierzył, że istnieje magiczny środek, który pozwoli zrównoważyć dobro i zło. Jakieś wewnętrzne kajdany, który pozwolą mu trzymać w ryzach twór swoich pierwotnych instynktów. Te instynkty są dokładnie takie, jak wypaczone i sztuczne były nowe „naturalne” instynkty wyzwolonych Brytyjczyków. Nie miały się nijak do tego co prawdziwie, dzikie i pierwotne, bo nie miały odniesienia w zachodniej kulturze. Tłumione przez lata, przybrały formę ujarzmionego zła, wszystkiego tego, czego wstydzili się i czego bali się ówcześni mieszkańcy wiktoriańskiej Anglii. Niepohamowany popęd seksualny, brutalność wobec kobiet i dzieci, niekontrolowana przemoc i ślepy pęd za zdobyczami cywilizacji, bez względu na konsekwencje.

Minęło ponad sto dwadzieścia lat, a nowela Stevensona nie straciła na aktualności. Wciąż pozostaje krytyką i komentarzem do epoki wiktoriańskiej i jej sztuczności, narzuconej przez panującą wówczas królową. Ale jest również jak najbardziej współczesną krytyką tego, co tłumione na siłę, ukrywane za maską, co gnije wewnątrz człowieka i wyzwala się w najmniej oczekiwanym momencie. Cierpienia, poczucia krzywdy, przemocy, rosnącej frustracji. Negatywnych uczuć, które nie mają ujścia, ale kumulują się, mutują i deformują, wyzwalając dawno uśpione instynkty, które mogą zniszczyć człowieka od środka. Zaburzyć psychiczną równowagę. Zmusić go do czegoś, czego będzie żałował, a czego nie będzie umiał kontrolować.  Do czegoś co wyzwoli jego ciemną stronę, jego Edwarda Hyde’a, przed którym nie będzie ucieczki.

O.