Paul Tremblay już w „Głowie pełnej duchów” pokazał polskiemu czytelnikowi, że groza w jego wydaniu nigdy nie jest tym, czym może się wydawać. Nie inaczej jest w przypadku „Chaty na krańcu świata”, która snuje jeden z największych możliwych koszmarów.
Kilka lat temu napisałam tekst o „Masce Śmierci Szkarłatnej” Edgara Allana Poe. Wtedy wizja epidemii czy pandemii była jedynie wspomnieniem historii, była jedną z fabuł wielu dzieł popkultury. Nie dotyczyła nas, współczesnych. A dzisiaj wszystko się zmieniło, natomiast opowiadanie Poe jest bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej.
To miejsce jest bezwzględne, jest perwersyjne, jest nie do zatrzymania, jak do niego wejdziesz, to już nie ma odwrotu. Zapraszam do „NightWhere”! To kolejna po wspaniałej „Syrenie” i „Drzewie Rodowym” powieść Johna Eversona, która pojawiła się w Polsce.
W Bezsenną Środę jedna z największych zagadek XX wieku, która do dzisiaj działa na wyobraźnię – „Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anny Matwiejewej, która co prawda nie jest powieścią grozy czy horrorem per se, ale powieścią, która dotyczy takiej sprawy, która wielu spędziła sen z powiek i doczekała się wielu horrorowych interpretacji. I straszy, chociaż inaczej niż czytelnik by się tego spodziewał.
Morska toń, morskie otchłanie, oceaniczne niepojąte głębiny. Jak zabija morze? Jak zabija ocean? Twórcy grozy i horrorów niejednokrotnie odpowiedzieli na to pytanie.
Powrót recenzji sprzed lat dzięki polskiemu wydaniu powieści.
Horrorów nie można traktować dosłownie. To znaczy można, ale lepiej nie, żeby nie zwariować (bogata wyobraźnia w tym zapewne nie pomaga). Horrory są po to, by skonfrontować nas, czytelników, ze swoimi najgłębszymi lękami. Próbują przybliżyć nam to, czego się boimy, co wywołuje w nas strach i grozę. Często to, co ukryte jest w naszej podświadomości. Konkretne obrazy stają się alegoriami, metaforami tego, czego sami obawiamy się nazwać. Bo nadanie imienia sprawia, że to „coś” staje się prawdziwe. Prawdziwe to inaczej realne i żywe. Dotykalne. A jeśli dotykalne, to może nas zranić.
Są takie książki, do których bardzo lubię wracać. Historie mniej i bardziej straszne, które zaskoczyły mnie na tyle, że sięgam po nie raz za razem. Po co? Odpowiedź jest prosta. Po dobrą opowieść. Po prostu. Taką książką jest zbiór opowiadań Stephena Kinga „Cztery Pory Roku – mój ulubiony zbiór spod pióra Króla Horroru, który z grozą nie ma za wiele wspólnego, chociaż trochę ma, jak zawsze. Zimową porą Zimowa Opowieść prosto z tego tomu, czyli „Metoda oddychania”.