„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña

Bombla_WszystkoSięSpieprzyło

 

„To znak czasów. Ferment. Brak zdecydowania. Czekanie Na Coś, Co Musi Się Wydarzyć.”

Koniec lat pięćdziesiątych XX wieku zarówno w Stanach Zjednoczonych, Europie, jak i na całym świecie był okresem rodzących się społecznych buntów, upadku ostatnich kolonii i wykrzykiwanych haseł wolnościowo-niepodległościowych. W powietrzu czuć już było nadchodzące zmiany kolejnego dziesięciolecia. Z pozornego spokoju i jako takiej stabilizacji, która zrodziła się wraz z zakończeniem II Wojny Światowej, poprzez narastający konflikt zimnej wojny między USA i Rosją, aż do upadku reżimu na Kubie, wyrosło pokolenie, które przestało się godzić na ustalone odgórnie zasady. Przestało przyjmować powtarzane tępo regułki, które nijak miały się do rzeczywistości. Dostrzegło morze niesprawiedliwości, prześladowań i dyskryminacji skrywanych pod płaszczykiem sztucznie skrojonej doskonałości. Perfekcyjne, bliźniaczo podobne do siebie rodziny przestały już wystarczać. Wartości, które od lat zionęły jedynie pustką wymagały wypełnienia na miarę nowej epoki. Nowe pokolenie zapragnęło czynów i lepszego świata. Przez środowiska robotnicze, inteligenckie i studenckie zaczęła przetaczać się fala pragnień, podjudzana wiarą w swoje nieskończone możliwości. Na uniwersytetach wrzało – pikiety, strajki i zamieszki stały się studencką codziennością, bo przecież ktoś musiał działać. Nawet jeśli jedynie na pokaz.

Na jeden z takich amerykańskich uniwersytetów w okresie przełomu, powraca z dzikich ostępów szalony i doskonały w swoim szaleństwie bohater kultowej już powieści Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (org. „Been Down So Long It Looks Like Up to Me”), jedyny w swoim rodzaju, nietuzinkowy Gnossos Pappadopoulis. Lekko rzuca się dzisiaj przymiotnikiem „kultowy”, gdy większość popkulturowych tworów przenika do rzeczywistości i tylko na chwilę porywa serca młodych, by zaraz powrócić w niebyt. Jednak w stosunku do powieści Fariñy określenie kultowy pasuje jak ulał, a książka wybija się na kontrkulturowym tle. Krótkie życie samego autora obrosło niejako w legendy o nim samym, a jedyna w dorobku książka nawiązuje idealnie do jego życia i środowiska, w którym ostatecznie kształtował swoje poglądy. Szwagier Boba Dylana, przyjaciel Thomasa Pynchona, mąż siostry Joan Baez – Fariña był bardem, wyrastającym z tłumu muzykiem i jeszcze bardziej obiecującym pisarzem. Zginął tragicznie i może dlatego dziesiątki opowieści stworzyły z niego po części postać, jaką był jego fikcyjny Pappadopoulis.

Król Meksyku, Pogromca Wilka, Cień i Drakula – jedyny prawdziwie Wolny, szalony Grek. Gargantua i Pantagruel w jednej osobie. Pożerający i pochłaniający. Ten, który zaćmiewa wszystko i wszystkich swoim powrotem na jedną z prestiżowych amerykańskich uczelni, by wzniecić iskry i rozpalić ogniska zasiedziałych studentów. Z założenia wykorzeniony, bo nie przynależy nigdzie. Bez rodziny, bez wspomnień. On po prostu jest i żyje. Legendarny. Krążą o nim plotki, niesamowite opowieści, naznaczone obłędem. Ktoś mówi, że zginął na szlakach północy, ktoś inny, że dołączył do meksykańskiego kartelu narkotykowego. Z wyglądu i z zachowania zdaje się być pierwotny, dziki i nieokrzesany na otaczającym go uniwersyteckim tle. Jak rozszalały jaskiniowiec przybywa, by obżerać się, opijać i pieprzyć, co wpadnie mu w ręce. Podlega popędom, jest męski, jakiś taki zwierzęcy. Patrzy, obserwuje, a czytelnik razem z nim widzi to wszystko jak przez szkło powiększające. Z perspektywy, jak na haju, gdzie przed oczami kotłują się mieniące obrazy. Jawi się jako zdeprawowany, bo jest szczery aż do bólu, aż do przesady. A jednak zdaje się jak najbardziej prawdziwy.

Paps, jak nazywają go przyjaciele, okazuje się wciąż poszukiwać własnej duszy. A szuka jej dosłownie wszędzie. Dzięki temu udaje mu się wyciągać ze społecznych trzewi absurdy codzienności. Groteskę wykreowanego sztucznie życia uniwersyteckiego kampusu, na którym nikt do końca nie jest pewny o co tak naprawdę chodzi. Rodzi się jakaś pseudo-seksualna rewolucja, jakaś taka pseudo-walka o prawa kobiet, która donikąd nie prowadzi. Przewijają się nazwy, imiona kwiatów, ptaków i dziewcząt, idee równości i braterstwa, jak to w każdej rewolucji. Ma być feminizm, a wychodzi bokami szowinizm. Ma być bunt, a pozostaje jedynie idea. Chłopaki w obcisłych golfach i modnych fryzurach chcą burzyć konserwatywny porządek, ale za pieniądze rodziców.  Tak radykalnie. Tak rewolucyjnie. Dzieciaki, zblazowane, szukające akceptacji wydają się bawić w dorosłych, ustanawiając nowe prawa wszechświata, wciągając halucynogeny i inne psychodeliki, byle zapomnieć, że za chwilę moment, gdy opuszczą mury prestiżowej uczelni, zajmą miejsca w korporacjach swoich ojców. Dziewczyny bez staników, które w weekendy i święta układają włosy, zakrywają piersi i pędzą do mamuś i tatusiów udawać świętoszki. To taki bunt, ale w karbach tradycji. Zdystansowany wobec problemów reszty świata. Rodząca się rewolucja na Kubie kusi, ale lepiej trzymać się od niej z dala, bo pięknymi słowami nie cofnie się kuli karabinów.

I w tym wszystkim siedzi Gnossos, który swoją wolność i prawdziwość musi schować do kieszeni i podróżować samotnie. Jak jakiś mityczny Odyseusz po przejściach. Ktoś, kto widział już wiele i raczej nie chce widzieć więcej. Szuka siebie, szuka Jedynej, Absolutnej miłości i jest uroczo naiwny w tych poszukiwaniach. W samotności, gdy umysł ma jako tako trzeźwy, rozmyśla o samobójstwie, szepcze w ciemnościach pieśni do Tanatosa. Tęskni za szczerymi uczuciami i za rodziną. Jest anarchistą wobec systemu nieistotnych wartości, o które chcą walczyć studenci uniwersytetu. On jako jedyny wie, że nie każdą walkę można wygrać transparentami i okrzykami. Jest bojownikiem, ale melancholijnym, pragnącym tego co osiągalne i konkretne, a czego nikt nagle nie potrafi docenić. W powieści Fariñy dużo jest śmiechu, sporo absurdów i wypaczeń, ale spomiędzy narkotycznych wizji, incydentów obżarstwa i seksualnych zabaw wyziera smutek. Potok niespełnionych marzeń i straconych złudzeń. Oczekiwań, których nie da się osiągnąć w takiej rzeczywistości.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richarda Fariñy to hymn pochwalny na cześć wolności. Tej prawdziwej, jedynej Wolności przez wielkie „W”, do której od samego początku dążył Paps, a która umykała mu i oddalała się w oczach po powrocie do cywilizacji. On szukał Prawdy, a odnalazł fałsz zakamuflowany pod maskami nic nieznaczących haseł, ślepo powtarzanych frazesów, z których ziała jedynie pustka. Bunt Papsa to bunt przeciw życiu, przeciw światu, który jedynie udaje, że jest czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Przeciw światu obłudy, w którym bunt staje się częścią chwilowej mody i kończy się tam, gdzie nie spełniają oczekiwania zbuntowanych. Tymczasem sprawiedliwość, równość, braterstwo oraz wszelkie prawa, o które walczą wciąż pozostają jedynie fikcją i przejdą na kolejne pokolenia, które podążą tym samym co ich poprzednicy tropem, by ostatecznie również nie zmienić zbyt wiele. Każda rewolucja pożre w końcu własne dzieci i ich wyolbrzymione idee. I wychodzi na to, że w tym „najwspanialszych kraju na świecie”, miejscu nieograniczonych możliwości, gdzie wolność jest najistotniejszą wartością, tylko jeden człowiek był naprawdę wolny. Wizjoner. Buntownik z wyboru. Poszukiwacz Prawdy. Gnossos Pappadopoulis.

O.

*Za tą wyjątkową powieść dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

BEZSENNE ŚRODY: „Summer People” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneSummerPeople

 

„Well, he said again. Never been summer people before, at the lake after Labor Day.”

O tym, że „Piekło to drugi człowiek” pisałam już przy okazji opartej na faktach „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. I tak naprawdę powinnam się powtórzyć, bo to jakże genialne stwierdzenie Jean-Paul Sartre’a pozostaje wciąż aktualne nie tylko jeśli chodzi o rzeczywistość i życie samo w sobie, ale także niezmiennie odnosi się do kolejnych dzieł literatury światowej. Człowiek człowiekowi wilkiem. Człowiek to horror drugiego człowieka. Wiedziała o tym także amerykańska pisarka Shirley Jackson, która z wiekiem pogrążała się w postępującej agorafobii, a swoje lęki i frustracje związane z przebywaniem wśród ludźmi przelewała na papier, tworząc coraz to bardziej przerażające wizje osaczonych bohaterów  – pamiętacie „The Lottery”?  Jednak strach przed innymi, przed obcością, przed niebezpieczeństwami, jaki czają się w drugim człowieku zawarła także między innymi w jednym ze swoich najdoskonalszych opowiadań grozy zatytułowanym „Summer People” (dosł. „Letnicy”). Nie jest to typowa groza, bo po raz kolejny sielankowość otoczenia stwarza pozory bezpieczeństwa. To groza narastająca, nieunikniona, czołgająca się w stronę popadających w obłęd bohaterów.

Gdzieś na północnej amerykańskiej wsi, w rejonie Nowej Anglii, państwo Allisonowie posiadają swój letni domek. To dla nich bardzo wyjątkowe miejsce, za którym tęsknią zawsze, gdy mają powrócić na resztę roku do pędzącego szalonym życiem dużego miasta i codziennych obowiązków szarej rzeczywistości. Na wieś przyjeżdżają co roku już na początku lata, by spędzić letnie miesiące i wyjechać przy pierwszych chłodach, tuż przed Świętem Pracy. Ale tego roku pani Allison wpada na pomysł, by zostać dłużej. Nie są już młodzi, dobiegają sześćdziesiątki, nic ich nie goni i tak naprawdę nie czują potrzeby tak szybkiego powrotu. Malownicza wieś w pełni babiego lata i własny, przytulny domek kuszą, by zostać miesiąc dłużej. I zostają. Pomimo zawoalowanych ostrzeżeń miejscowych, którzy co krok powtarzają, że przecież „Nikt z letników nie zostaje dłużej jak do Święta Pracy”, bądź tych bardziej dosłownych, typu „Sądziłam, że wyjedziecie wcześniej”, itp. Allisonowie nie widzą jednak w tym żadnego problemu (czują się już prawie jak miejscowi) i nie rozumieją, że oni po prostu MUSZĄ wyjechać. Wkrótce jednak przekonają się na własnej skórze, że urocza wieś, tak przyjacielska dla turystów latem, po sezonie może stać się okrutną pułapką, z której nie będzie ucieczki.

Poczucie zagrożenia rodzi się tutaj ze zdania na zdanie, po kawałku, po trochu. Najgorsze jest to, że to czytelnik jako pierwszy zauważa, że w tym natrętnym przekonywaniu do wyjazdu jest coś bardzo nie tak, jak powinno być. Chciałoby się krzyknąć do pani Allison: „Wyjeżdżajcie!”, ale ona nie słucha, bo tak jej się dobrze żyje na wsi. Przecież co roku tu przyjeżdża, przecież ma tutaj tylu „przyjaciół” wśród miejscowych, że sama prawie czuje się jak miejscowa i traktuje nowoprzybyłych z politowaniem. Nie zauważa, że ani ona, ani jej mąż nigdy nie będą „stąd”. Obcość wpisana jest w ich przyjezdność. Są jedynie letnikami, tak jak każdy inny i nic tego nie zmieni. A letnicy przecież, w zgodzie z niepisaną umową, z niepisaną tradycją, wyjeżdżają przed Świętem Pracy, bez względu na pogodę, czy wolny czas. Przeraża ponownie ta wizja małych miasteczek, mieścinek i wsi, w których przybysz z zewnątrz to ofiara z założenia. Te nieszczere uśmiechy, te fałszywe transakcje, ta wymuszona pomoc… Letnia enklawa, która z ostatnimi promieniami słońca zamienia się piekło okrucieństwa.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

* „Summer People” to kolejna z opowieści na jeden chaps, idealna do śniadania, zakąski, w przerwie w pracy lub w letni wieczór 🙂 Do poczytania bezpośrednio w sieci znajdziecie TUTAJ.

„S.” J.J. Abrams & Doug Dorst

Bombla_S

 

„A person is no more and no less than THE STORY of his passions and deeds.”

Coriolis V.M. Straka

Dzisiaj będzie inaczej. I nie tylko dlatego, że bardziej wizualnie, bardziej zdjęciowo, ale dlatego, że bardziej osobiście. O wiele bardziej emocjonalnie i ekscytująco. Bo  jak się tu nie ekscytować niezdrowo, kiedy natrafi się na tak wspaniałego Dużego Buka, że jedynie milimetrów brakuje mu do prawdziwej wielkości? No właśnie. Tak więc nie ma się co dziwić mojemu dzisiejszemu rozstrojowi i chwilowemu odejściu od bardziej formalnego stylu pisania, którym operuję na co dzień. Nie martwcie się, to tylko tak dzisiaj, przy poniedziałku, po bogatych w emocje dwóch tygodniach, jakie spędziłam na intensywnej lekturze.

Ale od początku. Istnieją książki, które tak po prostu się czyta, podczytuje, od czasu do czasu, chrupie jak przekąskę. Nie wnoszą specjalnie zbyt wiele do literackiego świata, ale stanowią doskonały przerywnik w lekturach bardziej wymagających, a lekkością i minimalną kalorycznością tylko urozmaicają jadłospis. Istnieją również książki, które intrygują, wciągają i zmuszają czytelnika do porządnej refleksji, zostając z nami na dłużej, a przynajmniej na jakiś czas. I w końcu, istnieją książki takie, które powalają na kolana, zwalają z nóg i podcinają ścięgna emocjonalne, stając się z miejsca jednymi z najlepszych z najlepszych, jakie było dane nam poznać. Sami przyznacie, że nie za wiele jest takich buków na świecie, chociaż zdarzając się od czasu do czasu i wtedy nasz świat nawet na chwilę staje na głowie, a myśli wirują i jak w kalejdoskopie tworzą coraz to nowsze i bardziej skomplikowane układy. Coś takiego przytrafiło się właśnie mi za sprawą niezwykłej opowieści, której nawet forma wyznacza niesamowitość.

SS

„S.”. S jak Sekret. S jak odwieczna tajemnica. S jak klucz do istnienia. W geniusz J.J. Abramsa nigdy nie wątpiłam, no może tylko przez moment przy jakimś serialu, by w chwilę później się zreflektować i przyjąć go za pewnik. Ten amerykański reżyser, producent, scenarzysta i tylko on sam wie kto jeszcze, tworzy projekty, których dopracowanie, przenikliwość i rozbudowanie zaskakują mnie od zawsze. Chociaż bywa również, że z części swoich pomysłów musiał rezygnować, ze względu na ich zbyt duże, hm, skomplikowanie. Ale nie w przypadku „S.”. W końcu Abrams, we współpracy z pisarzem Dougiem Dorstem, znaleźli sposób, by stworzyć dzieło doskonałe w przekazie i treści, bez konieczności wycinania, przerabiania i dopasowywania do wymogów popularnej widowni. Bo książka przecież już sama z siebie, jako przekaźnik historii jest wyjątkowa i bardziej elitarna. Czytelnicy godzą się ze wszystkim, co wymaga wysiłku intelektualnego. Podejmują rzucone im wyzwanie i przede wszystkim czytają, po prostu. W „S.” mógł zawrzeć wszystko to, co nie do końca sprawdziłoby się w kinie. Zamknąć opowieść idealną, rozbudowaną, wielowątkową z odpowiednim ładunkiem filozoficznym.

FOT1

Przede wszystkim, a może po pierwsze, „S.” to książka w książce. Czytelnik do ręki dostaje zapieczętowaną okrytą czarną okładką z wytłoczoną wielką literą „S” książkę, która znajduje się wewnątrz. To „Ship of Theseus” (dosł. Statek Tezeusza) autorstwa fikcyjnego, tajemniczego pisarza o nazwisku/pseudonimie V.M. Straka. O jego życiu wiadomo niewiele. Tylko skrawki, oderwane elementy, które nie do końca układają się w całość, a które bardzo powoli zaczną tworzyć pełny życiorys dopiero podczas lektury powieści, zapisków na marginesach i wszystkich dodatków dołączonych do samej książki.

FOT2

Po drugie „S.” to potrójna opowieść. Może to brzmieć skomplikowanie, ale ogarnięcie tej historii, jeśli poświęci się temu trochę czasu, odsłania perfekcyjną mozaikę zależności, tworzącą idealną całość. To historia bohatera „Ship of Theseus”, którego dzieje to wielka podróż w poszukiwaniu swojej tożsamości, którą stracił, a której nie potrafi odnaleźć. Jego historia niejako łączy się z życiem tajemniczego pisarza, jakim był V.M. Straka i tajną organizacją zwaną właśnie „S.”. A na końcu poznajemy ukrytą na marginesach książki współczesną historię rodzącej się miłości i wzajemnej fascynacji pomiędzy  Jen i Erickiem – dwojgiem studentów, zaintrygowanych twórczością V.M. Straki, którzy wikłają się w zagadkę jego życia, rozszyfrowując ją za pomocą samej powieści.

FOT3

Kluczem do zrozumienia tej książki i tym samym pełnego jej wchłonięcia jest już tytuł, czyli „Ship of Theseus”. Nie jest to w żadnym wypadku tytuł przypadkowy. Statek Tezeusza, znany także pod nazwą paradoksu statku Tezeusza to filozoficzny problem, który stawia pytanie o tożsamość danego obiektu. Wszystko zaczęło się od mitologicznego statku, sztandarowej jednostki greckiej, która po każdej potyczce była odbudowywana, rozbudowywana i ulepszana, a jej załoga wymieniana i uzupełniania. W związku z tym Plutarch zadał pytanie, czy to jest wciąż ten sam statek, co na początku, czy już zupełnie inny? W kategoriach życia i filozoficznych odniesień pytanie brzmi – czy człowiek może dowolnie zmienić swoją tożsamość, czy jego przeszłość już na zawsze wpisana jest w jego byt i tym samym to ona kształtuje go ciągle od nowa? Czy można stać się kimś innym? Zupełnie nowym? Wybrać samemu kim chcemy być?

„It is entirely possible, S. realizes, and in fact seems quite likely, that not one plank or hatch or cleat or peg or bolt or nail or orpe remains from the night he was first taken aboard. And yet: this is the ship.”

 W odniesieniu do „S.” i „Ship of Theseus” chodzi o głównego bohatera powieści V.M. Straki, który pewnego dnia budzi się nie pamiętając kim jest, jak ma na imię i jak znalazł się w tym konkretnym miejscu i czasie. Wkrótce zostaje uprowadzony na dziwny statek, którego załoga nie ma imion, nie ma kapitana i nie podlega żadnym konkretnym rozkazom. Porozumiewają się za pomocą specyficznych gwizdów, bo każdy z nich ma… zaszyte czarną nicią usta. Na statku czas płynie zupełnie inaczej niż na lądzie. A sam statek za każdym razem wygląda trochę inaczej, załoga zmienia się i wymienia, a nasz bohater powoli odkrywa tajemnice jednostki i cel, do którego zmierza. W międzyczasie dane jest mu, krok po kroku, odkrywać swoją przeszłość i konspirację, w którą został uwikłany przed laty, a która dotyczy sekretnej organizacji „S.”. Kim był? Kim jest? Czego lub kogo szukał? Kogo kochał? Czego pragnie?

„More than anything, he wants to see something familiar, something that connects him, however tenuously, to the world he must have known before he lost his memory, his identity, himself.”

Paradoks statku Tezeusza dotyka także Jen i Ericka, którzy odkrywając przed sobą nawzajem kolejne prawdy o sobie, czy dzieląc się sekretami, z czasem zauważają, że nie są już tymi samymi ludźmi, jakimi byli na początku, kiedy się poznali. Zmieniły się ich priorytety, pasje, plany na przyszłość. Kolejne karty ukazują codzienne dramaty, zmagania się z życiem, które układa się zupełnie inaczej, niż myśleli, że się ułoży. Odkrywają, że nie inaczej było z samym autorem „Ship of Theseus”, który dawno dawno temu postanowił stać się kimś zupełnie innym, zmienić się i porzucić dotychczasowe życie.

FOT4

I nic więcej nie mogę już Wam zdradzić, moi Drodzy. „S.” to powieść absolutnie wyjątkowa. Czytelnik do ręki dostaje wszystkie elementy potrzebne do rozwikłania zagadki. Każda kolejna strona książki przybliża do sekretów i wciąga w czyjś ukryty świat, który z założenia nie miał być nigdy odnaleziony. „S.” stworzona jest w taki sposób, byśmy mieli poczucie, że książka, która trafia do naszych rąk to właśnie ten jedyny egzemplarz, należący do Ericka i Jen, którzy razem, wspólnie wkroczyli w rzeczywistość Straki i którzy poświęcili się jej bez reszty. Czytelnik jest detektywem, tropicielem, kroczącym śladami zapomnianych opowieści, zaginionych tożsamości, istnień, którzy trwały jedynie poprzez język, pisanie, a które próbując wyłamać się od tradycji, tworzyły nowe układy i pełnie.

„S.” niesie za sobą niesamowite doświadczenie czytelnicze. Wielowymiarowe, wielopoziomowe, przenikające do naszego świata, tym samym bardzo meta. To zagadka sama w sobie, która łączy różne formy wypowiedzi, opowieść nie tylko poprzez książkę jako obiekt, ale jako zbiór ludzkich doświadczeń. „S.” J.J. Abramsa i Douga Dorsta jest po prostu piękna. To jednocześnie jest książka i tak bardzo o wiele więcej niż tylko książka, jeśli wiecie co mam na myśli. To hołd złożony słowu pisanemu. Poza czasem, poza epoką, poza tradycją. Pozostawia po sobie mnóstwo pytań, które warto zadać, zanim będzie za późno.

O.

 

„Sycamore Row” John Grisham

Bombla_SycamoreRow

 

„Everything is about race in Mississippi, Jake. Don’t ever forget that.”

Gdy umiera ktoś bliski, ktoś kochany i szanowany, rzadko kiedy wśród żałobników jako pierwsza pojawia się myśl o jego ostatniej woli, spadku, który pozostawił po sobie członkom rodziny, czy przyjaciołom. Trochę inaczej ma się ta kwestia w przypadku osób zamożnych, takich, których majątek liczony jest co najmniej w setkach tysięcy, bardziej w milionach. Kiedy kwestia spadku to nie tylko smutny obowiązek, ale dreszcz wyczekiwania i wstydliwych (przynajmniej dla poniektórych) emocji. W takich chwilach, po lub jeszcze przed pogrzebem, nagle wychodzi na jaw kogo nieboszczyk kochał najbardziej, kogo lubił i chciał szczodrze nagrodzić, a kogo nie znosił.  Tym ostatnim brak nazwiska w rozporządzeniu przyniesie upokorzenie i najprawdopodobniej wzbudzi cały zestaw negatywnych uczuć. Jednak testamenty ludzi bogatych potrafią także zmieniać życie innych na lepsze. Kto miał dobre serce, był szczodry i potrafił dostrzegać cierpienie bliźnich, ten potrafi zapisać mnóstwo pieniędzy fundacjom charytatywnym i podobnym organizacjom lub oddać wiele na rzecz kogoś, kto tego majątku potrzebował. Niewielu jest takich ludzi, chociaż istnieją, istnieli i sprawili, że ktoś nawet przez moment poczuł się po prostu szczęśliwy.

Opowieść o wielkim spadku i jego niechcianych konsekwencjach snuje John Grisham w jednej ze swoich najnowszych powieści zatytułowanej „Sycamore Row” i zarazem luźnej kontynuacji debiutanckiego „Czasu Zabijania”. Znów wracamy do hrabstwa Ford, fikcyjnego miasteczka Clanton w stanie Mississippi, w którym w trzy lata po legendarnym procesie Carla Lee Hailey w sumie niewiele się zmieniło. Życie toczy się swoim torem, dla jednych lepiej, dla innych trochę gorzej. Jake Brigance, obrońca Carla Lee, który w procesie życia stracił dom, ale liczył chociaż na jako taką sławę, nie zyskał zbyt wiele. Pracuje, trzyma się i rodzinnie wspiera z żoną Carlą, jednak nie jest to właśnie to, czego oczekiwał po wydarzeniach sprzed lat. Miało być tak pięknie, po prostu lepiej, a jest jak jest. Przynajmniej są cali i zdrowi i nawet Ku Klux Klan odpuścił po czasie. I nic by się nie zmieniło, gdyby nie list, który pewnego dnia trafia do rąk Jake’a. To niezwykły list. Skrupulatnie zaplanowany, wysłany na ostatnią chwilę, tuż przed śmiercią – testament wisielca.

Tym wisielcem jest Seth Hubbard. Za życia był on jednym z najbogatszych, o ile nie najbogatszym człowiekiem w hrabstwie. Wielomilionowy majątek zdobył tworząc swoje małe imperium, zupełnie od zera, zaczynając dosłownie z niczym, no może kilkoma akrami ziemi. Dorobił się wielkich pieniędzy, ale niekoniecznie rodzinnego szczęścia. W ostatnich latach mieszkał już zupełnie sam, opuszczony przez trzy poprzednie żony i chciwe dzieci, których nienawidził. Umierał na raka, a opiekowała się nim jego gosposia, czarnoskóra Lettie Lang. Gdy wiedział, że śmierć w męczarniach jest naprawdę blisko, a nie chciał tak umierać zamroczony lekami, spisał po raz kolejny swój testament. Tym razem odręcznie, bez świadków i wysłał go do Jake’a, tak, by dotarł w dwa dni po jego śmierci.

Seth Hubbard powiesił się pewnego ranka na jednym z jaworów rosnących przy tytułowej Sycamore Row (Alei Jaworów). Jego ostatnia wola wstrząsnęła okolicą, bo 90% majątku, bez słowa wyjaśnienia zostawił… Lettie. Pominął całą rodzinę, poza zaginionym od dekad bratem, dokładnie zaznaczając w dokumencie, że nic im się nie należy. Wyśmiał ich chciwość i zaznaczył, by testament odczytać dopiero po wszystkich uroczystościach związanych z pogrzebem, by prawdziwa natura i intencje jego fałszywej rodziny wyszły na jaw. Nie był to jednak jego jedyny testament, więc na swojego pośmiertnego obrońcę wyznaczył właśnie Jake’a Brigance’a. Wkrótce rozpoczyna się kolejny głośny proces, którego główną osią raz jeszcze stają się konflikty rasowe i rodzinne sekrety z przeszłości, o których wszyscy chcieli zapomnieć.

Tym razem Grisham nie skupił się na trudnych moralnych wyborach, ale w zamian poruszył temat ludzkiej pazerności, która potrafi połączyć ludzi bez względu na pozycję społeczną, wiek, płeć, czy rasę. Wielkie pieniądze to zawsze dziesiątki rąk, które koniecznie chcą się do nich dorwać, zagarnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. W kolejce po miliony stają dzieci Hubbarda wraz z  armią prawników, a po drugiej stronie zagubiona Lettie, która w tej opowieści wydaje się być jedyną osobą, której na tych pieniądzach nie zależy i która dostrzega w tym hojnym geście więcej problemów niż przyszłego szczęścia. Ona wie, że stając się najbogatszą kobietą w takim hrabstwie jak Ford, do tego czarnoskórą, może oznaczać falę miejscowej nienawiści do końca życia. Bez względu na jej prawdziwe pobudki, bez względu na intencje darczyńcy. Bo przecież nikt nie wie dlaczego Lettie przypadło w udziale wszystko i dopiero przypadkowe wydarzenia i śledztwo odkryje zupełnie inną stronę całego procesu. I od tego momentu jedynie od ławy przysięgłych będzie zależało, jak zakończy się cała sprawa.

John Grisham nie byłby sobą, gdyby w „Sycamore Row” nie poruszył także odwiecznego konfliktu rasowego amerykańskiego Południa. Znowu mamy poczucie, że w Clanton nic się nie zmieniło i wcale zmienić nie zamierza, a takie sprawy jak Carla Lee, czy Lettie są jedynie kroplą w morzu tysięcy podobnych. Miało być lepiej, a lepiej wcale nie jest. Pomimo, że proces wcale nie toczy się w imieniu czy przeciw Lettie – chodzi tutaj o dowód na prawdziwość i pełnoprawność ostatniego testamentu Hubbarda – na każdym kroku Jake musi przypominać o co tak naprawdę rozgrywa się cała sprawa, nie tylko osobom trzecim, ale nawet prokuratorowi i sędziemu. Tak jakby wszyscy zapomnieli na czyje zlecenie się tam spotykają, bo w zupełnie naturalny sposób wychodzi z tego kolejny proces biali vs. czarni i nie ma od tego odwrotu, jak to w Mississippi.

W porównaniu z „Czasem zabijania”, „Sycamore Row” brakuje tego „czegoś”. Brakuje napięcia i wyczekiwania na rozwiązanie sprawy. Brakuje wątków pobocznych, które dodałyby tej opowieści tak potrzebnej pikanterii. I nie zrozumcie mnie źle – to doskonały thriller sądowniczy, ale… nic poza tym. Rozwiązanie tajemnicy Alei Jaworów nie zaskakuje. Przeraża, ale było łatwe do przewidzenia i kto potrafi wiązać poszczególne wątki nie będzie już wstrzymywał oddechu na zakończenie. Bo to znowu przecież Mississippi. Jeden z najbardziej rasistowskich stanów w USA. Miejsce z przeszłością, tragiczną i wciąż wstydliwą dla wielu Amerykanów, w której zawarły się lata prześladowań, linczów i rasowych potyczek. Zapisała się historia okrutnych wspomnień, o których strach rozmyślać. We krwi mieszkańców płyną uprzedzenia, których pokonanie zajmie jeszcze doświadczenia wielu pokoleń.  I żadne pieniądze tego nie naprawią.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving

Bombla_BezsenneSleepyHollow

 

„Certain it is, the place still continues under the sway of some witching power, that holds a spell over the minds of the good people, causing them to walk in a continual reverie. They are given to all kinds of marvelous beliefs, are subject to trances and visions, and frequently see strange sights, and hear music and voices in the air. The whole neighborhood abounds with local tales, haunted spots, and twilight superstitions…”

Niejednokrotnie już pisałam Wam o miejscach, które mają dusze. O miejscach, które niczym żywe istoty potrafią być dobre lub złe. O miejscach, które na swoją siedzibę wybrało coś nienazwanego, często pierwotnego, z innego wymiaru czy eonów czasu. I powiedzmy sobie szczerze, że takie lokacje lepiej omijać i raczej nie planować w nich dłuższych pobytów, a już na pewno nie planować nocnych eskapad w ich okolice. Istnieją jednak takie miejsca, które przyciągają do siebie swoją legendą. Z opisu i z opowieści jakie o nich krążą wcale nie wydają się być strasznymi. Ale coś w nich jest takiego, że nie można się im oprzeć. To miejsca na wpół magiczne, całkiem naturalnie oddalone od zwykłego, szarego świata, odizolowane w swojej wyjątkowości. Kuszą tajemne moce, a w ich granicach potrafią ożywać baśnie i okoliczne podania. Nawet mieszkańcy dziwią się tym tajemnicom, które skrywają ich ziemie, ale cóż, przyzwyczajają się do nich po prostu. A czasami nawet wykorzystują krążące legendy dla żartów, czy dla zabawy. Takim właśnie uroczym, ukrytym przed światem zakątkiem jest Sleepy Hollow, opisane przez Washingtona Irvinga w opowieści „The Legend of Sleepy Hollow” („Legenda o Sennej Kotlinie”).

Sleepy Hollow, czyli Senna Kotlina, ukryta jest przed wzrokiem podróżnych pośród zieleniejących wzgórz, pędzących wartko strumyków i przeróżnych zakątków, gdzie różne intrygujące rzeczy potrafią się wydarzyć. Wśród jej sympatycznych, niezwykle spokojnych, a czasami wręcz zaczarowanych (chociaż nikt nie wie, jaki czar rzuciło na nich to miejsce) mieszkańców od pokoleń krąży pewna legenda. Nie jest to jedyna taka opowieść, oj nie, ale akurat ta jest wyjątkowa, bo podobno prawdziwa. Legenda o Jeźdźcu Bez Głowy, który spowity w czerń na swoim mrocznym rumaku przemierza okolice w poszukiwaniu swojej utraconej głowy. W tą i w inne nadprzyrodzone historie z humorem opowiadane przy kominkach Sleepy Hollow, nie wierzy miejscowy nauczyciel Ichabod Crane, który całkiem niedawno przybył do miasteczka i wciąż nie potrafi się nadziwić przesądom w jakie wierzą miejscowi. Ale wiara młodzieńca już wkrótce zostanie wystawiona na próbę i przydarzy się coś, co na zawsze już zmieni jego dzieje.

„The Legend of Sleepy Hollow” to jedna z najbardziej klasycznych opowieści grozy, chociaż groza w niej nie jest aż tak wyeksponowana. Chodzi bardziej o tajemnicę, o zagadkę i budowanie poczucia dziwności w czytelniku. Senna Kotlina to uroczysko samo w sobie. Dziwne wypadki to codzienność. A jednak jest tam coś, od czego nie można się oderwać. Ma potencjał doskonałego miejsca do zamieszkania – piękna okolica, niezwykła przyroda, bogata, urodzajna gleba wokół, która daje poczucie spełnienia. Zadowolenia. Spokoju. Stamtąd nie chce się wcale wyjeżdżać, bo kiedy już raz pozna się jego sekrety, to po co zdradzać je reszcie świata? No chyba, że macie wybór. Chyba że akurat stoicie na rozstajach i podziwiacie widoki, a tabliczka z tą zaklętą nazwą dziwnie kusi i przyciąga wzrok. Strudzony podróżnik zastanawia się i patrzy. Ale tylko jako ostrzeżenie napiszę Wam, że może jednak lepiej nie skręcać w stronę Sennej Kotliny, gdy zapada zmierzch i słychać już tętent kopyt pośród mgieł.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo wiem, że czarny jeździec już pędzi we mgle.

O.

*Kto zaintrygowany i wciągnięty znajdzie Jeźdźca Bez Głowy i „Legendę o Sennej Kotlinie” w oryginale, całkiem za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Echa pamięci” Katherine Webb

Bombla_EchaPamięci

Edie Sedgewick, Camille Claudel, Misia Godebska, Marie-Therese Walter, Victorine Meurent i wiele, wiele innych. Co łączy te wymienione jednym tchem kobiety? Każda z nich, na jakimś etapie swojego życia, a czasami nawet przez całe lata, była muzą. Muzą znanego malarza, artysty. Czasami jednego, przez dłuższy okres czasu, a niekiedy wielu naraz, inspirując kolejnych wielkich swojej epoki. Niektóre z nich łączyły z malarzami płomienne romanse, krótkie związki, ulotne chwile i miłostki. Inne stawały się kobietami ich życia, bez których wena nie przychodziła już nigdy. Utrwalone na płótnach, na zdjęciach i papierze, stawały się ikonami w swoim środowisku. Ich twarze, jeśli nawet imiona nieznane, rozpoznawalne stawały się już z daleka, a ich historie inspirowały kolejne pokolenia. Często jednak życie muzy nie było usłane różami. Występowały jako „ta druga”, zastępstwo dla żony lub innej stałej kochanki. Bywały potrzebne tylko w danym okresie czasu. Rzadko którakolwiek zostawała na dłużej. Każda z nich jednak fascynująca, przyciągająca spojrzenia, tragiczna w swojej ulotności.

O muzie wielkiego artysty, skrzywdzonej i niewinnej w swojej naiwności, opowiada w niezwykłej powieści zatytułowanej „Echa pamięci” („A Half Forgotten Song”) Katherine Webb – autorka debiutanckiej, bestsellerowej powieści „Dziedzictwo”, która uznana została za „najlepszą powieść lata” w 2010 roku. I nie inaczej może zdarzyć się z jej najnowszą, wydaną w Polsce książką, bowiem „Echa pamięci” dosłownie przenoszą na angielskie klify, do nadmorskiej miejscowości Blacknowle, gdzie dolatuje świeży zapach bryzy, wilgotnych skał i wodorostów, a czytelnik towarzyszyć będzie bohaterom w podróży w przeszłość. Jest tu magia dawnych lat, ukryte wspomnienia, które czekają tylko, by ktoś je odnalazł, żeby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przywołać je na nowo. A że jest to wspomnienie rozgrzanych wakacyjnych miesięcy, lat trzydziestych XX wieku, to zdaje się być kolejną doskonałą książką na rozpoczynające się powoli lato.

Życie Zacha Gilchrista powoli rozpada się. Rozwód, wyjazd ukochanej córeczki za ocean i chyląca się ku upadkowi jego galeria sztuki. Tak jak nie idzie Zachowi interes, tak również rozmywa się jego pasja do sztuki. Miał pisać biografię jednego z okolicznych malarzy, Charlesa Aubreya, który spędzał nad morzem letnie miesiące, tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej, a którego twórczość wciąż nosi znamiona nieodgadnionej tajemnicy. Jednak stracił motywację i chęć do działania. Tkwi w martwym punkcie, zawieszony między swoimi pragnieniami a finansowymi zobowiązaniami. Gdy ni stąd ni zowąd na rynku sztuki pojawiają się nowe, nieznane jeszcze dotąd szkice Aubreya, Zach pakuje walizki i podąża za tropem do Blacknowle. Tam, zupełnie przypadkiem poznaje Mitzy Hatcher, zdziwaczałą kobietę u kresu życia, która wbrew jakimkolwiek znanym faktom twierdzi, że była kochanką Charlesa Aubreya, jego jedyną miłością i największą muzą. Wraz z Zachem czytelnik zostaje wciągnięty w wir sekretnych namiętności młodziutkiej dziewczyny, która latem 1937 roku bez pamięci zakochała się w malarzu, a z czasem jej dziewczęca miłość zamieniła się w chorobliwą obsesję i doprowadziła do tragedii.

Katherine Webb bardzo umiejętnie szafuje tajemnicą. Opowieść, którą snuje Mitzy, a która całkiem realnie wpływa na teraźniejszość Zacha i innych postaci wokół niego, przepełniona jest sekretami, niedopowiedzeniami, które sam musi odkryć. Mitzy w tym względzie nie do końca można ufać. Ukrywa fakty za chorobliwymi uczuciami, które z roku na rok przybierały na sile, a na starość jakby zamknęły ją w bańce własnej wyobraźni. Niektóre wyparła dla własnego dobra, a inne ze wstydu i zagubienia. Tylko niektórzy mieszkańcy Blacknowle domyślają się prawdy, jednak żaden z nich nie ma w pełni pojęcia, co wydarzyło się w tamtych latach, gdy do wsi przyjeżdżał Charles Aubrey ze swoją rodziną. Co stało się z jego córkami? Co z piękną Marokanką, która zawsze towarzyszyła mu w podróży? I przede wszystkim kim była i co takiego zrobiła Mitzy Hatcher, że od ponad siedemdziesięciu lat nie opuszcza swojego domku na klifach?

Jedno jest pewne, o czym przekonuje się rychło Zach słuchając opowieści Mitzy – niełatwo było być muzą wielkiego, podziwianego artysty. Niełatwo było przeżywać rozkosze płynące jedynie z jego spojrzenia, czujnej uwagi poświęconej dziewczynie, która zaznała w życiu jedynie samotności i upokorzeń. Niełatwo było być wykorzystywaną jako żywy model przez całe lato, by w chwilę później zostać porzuconą na resztę roku. Z pewnością nie wtedy, gdy artysta był jej pierwszą i jedyną miłością. Jedynym mężczyzną, który kiedykolwiek łaskawie spojrzał na dojrzewającą młodą kobietę, który stanowił namiastkę nieznanego ojca, ten pierwiastek męski, którego tak bardzo brakowało Mitzy przez całe życie, a którego nigdy nie miała poznać. Taka muza, zdradzona i opuszczona w swoich oczach, może zrobić coś nieodwracalnego. Może zrujnować sielankowy świat artysty i jego rodziny. Bo ona przecież nie ma nic do stracenia.

„Echa pamięci” czyta się z zapartym tchem i potrzeba nie lada wysiłku, by wyzwolić się z zaklęcia, jakie na czytelnika rzuca swoją opowieścią Katherine Webb. Autorka stworzyła po prostu piękną, przejmującą historię, która być może, chociaż po części, mogła przydarzyć się komuś, kiedyś, dawno temu. Opowieść o dojrzewaniu, samotności i odrzuceniu, gdy smutek jest tak wielki, rana tak głęboka, że tylko ostateczne środki mogą uratować przed upadkiem w otchłań. Opowieść o dziewczynie, która zobaczyła swoje odbicie w oczach mężczyzny i nie potrafiła zrozumieć, że była jedynie chwilową fascynacją, przejściowym obiektem natchnienia i twórczej weny. Historię o echach wspomnień, które powracają zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, a od których ucieczką jest tylko śmierć.

O.

*Recenzja dla portalu Gildia.pl.

„Pielgrzym” Terry Hayes

Bombla_Pielgrzym

 

„Rozważałem kwestię niespełnionych marzeń, na przykład o spotkaniu zwykłej, atrakcyjnej kobiety w Nowym Jorku – tej, której numeru miałem nigdy nie poznać. Myślałem też o czwartym lipca i dniach spędzonych na plaży, a także o wszystkim, co tak łatwo utracić w ogniu. Ale przede wszystkim o tym, że tajny świat nigdy nie zostawia człowieka w spokoju, zawsze czai się gdzieś w ciemności, gotów znowu zgromadzić swoje dzieci.”

Tajne organizacje, służby specjalne, sekretne oddziały, o których wiedzą jedynie wybrane osoby na całym świecie, najczęściej z prezydentem Stanów Zjednoczonych na czele. Misje, których cel pozostaje na zawsze poufny, znany nielicznym, a przede wszystkim tym, którzy wykonują rozkazy. Światowe zakulisowe dramaty, o których nie może wiedzieć nikt przypadkowy. Sekretne życie służb to temat, który fascynuje widzów i czytelników od zawsze. Lubimy mieć poczucie, że przenikamy do zakazanej części rzeczywistości, niby fikcyjnej, a jednak z odniesieniem w prawdziwym życiu; że uchylamy rąbka największych tajemnic, podglądamy i podsłuchujemy to, co Sid Hudgens, bohater L.A. Confidential, nazwałby „Off the record, on the QT, and very hush-hush”.

A jeśli sekrety i służby, to najlepiej wyszkoleni tajni agenci, żywe legendy, nieprzejednani, twardzi, tacy, którzy potrafią podjąć każdą, nawet najtrudniejszą decyzję, wpływając na losy ludzkości i czasami poświęcając samych siebie. Wśród nich najznamienitsi, bohaterowie tak literaccy, jak filmowi, między innymi Simon Templar kryptonim Święty, Jason Bourne kryptonim Delta One, James Bond kryptonim 007 i od niedawna… Scott Murdoch kryptonim Pielgrzym – bohater debiutanckiej powieści Terry’ego Hayesa „Pielgrzym” (ang. „I am Pilgrim”). Człowiek o wielu twarzach, różnych tożsamościach, nieuchwytny i niezastąpiony, gdy na szali ważą się losy świata.

Terry Hayes z „Pielgrzymem” trafił w dziesiątkę. Stworzył powieść i perfekcyjnego bohatera, którego dosłownie można bez przeróbek przenieść z kart książki na kinowy ekran. I chyba nie mogło być inaczej, skoro Hayes jest wybitnym scenarzystą, twórcą między innymi kultowych już drugiej i trzeciej części Mad Maxa. A to zobowiązuje. I w ten sposób czytelnicy na całym świecie zyskali kolejnego niezwykłego bohatera, którego warto podziwiać, którego zasługi warto poznać, a działania śledzić z zapartym tchem. Zwroty akcji, twisty i zakręty fabularne napędzają opowieść. Wartka i doskonale poprowadzona historia pędzi w szaleńczym tempie, ciągnąc nas za sobą i nie pozwalając się oderwać. A bohater? Cóż, Pielgrzym to ktoś, kogo pragnęłoby się spotkać, porozmawiać i na własne oczy przekonać się, kim jest człowiek, który zupełnie samotnie powstrzymał jeden z najokrutniejszych i najbardziej przemyślnych ataków terrorystycznych w historii.

A jak to wszystko się zaczęło? Morderstwem w podrzędnym nowojorskim hotelu. Ale nie było to zwyczajne morderstwo, do którego z łatwością można by dopasować podejrzanych. Co to, to nie. Zwłoki młodej kobiety znaleziono w wannie pełnej chemikaliów, które doszczętnie wyżarły twarz i skórę na palcach ofiary. Pozbawiły ją znaków szczególnych i jakiejkolwiek możliwości identyfikacji. Na dokładkę, morderca wyrwał jej wszystkie zęby, a każdy, nawet najmniejszy ślad w hotelowym pokoju zatarł silnym środkiem do dezynfekcji. I tylko jeden człowiek obecny na miejscu zbrodni domyśla się, że mordercą była kobieta. Na domiar złego kobieta, która w dokonaniu tego perfekcyjnego zabójstwa posłużyła się książką na temat technik śledczych, w dodatku jego autorstwa. Tą osobą, która wie i przeczuwa ciąg niezliczonych połączeń jest Scott Murdoch.

Scott Murdoch. Występujący także jako: Peter Campbell, Jude Garrett, Brodie Wilson i pod dziesiątkami innych nazwisk, fałszywych tożsamości stworzonych na potrzeby tajnych akcji. Ukrywający się dawniej pod kryptonimem Jeźdźca Niebieskiej, byłego dowódcy tajnego wydziału wewnętrznego amerykańskiego wywiadu. Obecnie, w wieku trzydziestu pięciu lat, będąc na emeryturze pomaga przyjacielowi Benowi Bradleyowi z nowojorskiej policji rozwikłać zagadkę morderstwa. To właśnie on wprowadza czytelnika w historię swojego życia i opowiada dzieje ostatniej tożsamości, jaką musiał przyjąć, czyli Pielgrzyma. Z zapyziałego pokoju hotelowego płynnie przechodzi na ścieżkę wielkiego spisku, mającego na celu zniszczenie Stanów Zjednoczonych i zdestabilizowanie całego świata Zachodu. Z tej ścieżki nie będzie już ucieczki. Prowadzi w ciemności. W mrok religijnego fanatyzmu, w wojnę, którą zapoczątkował upadek dwóch wież i w końcu do człowieka zwanego Saracenem, który prowadzi własny dżihad i nie cofnie się przed niczym, byle tylko dokonać zemsty.

Czytelnik poznaje dzieje Pielgrzyma z perspektywy czasu, gdy ten cofa się do przeszłości i od nowa rozrysowuje wydarzenia z tamtego okresu. Jest metodyczny, niezwykle szczegółowy, nie pomija żadnych faktów, nie ukrywa nic, czego później i tak by nie wyjaśnił. Powieść skonstruowana jest w taki sposób, by czytelnik już od pierwszych stron miał wrażenie, że wnika w umysł głównego bohatera. To sprawia, że kibicuje mu na każdym kroku. Razem z nim ponownie przeżywa chwile zwątpienia, rozpaczy i niepojętego strachu. Bo Pielgrzym jest niepokonany, a jednocześnie niezwykle ludzki w swoich reakcjach. Wzdryga się na myśl o torturach. Nie waha się zabić, jednak pamięta każdego, kto zginął z jego ręki. Bywa zmęczony. Bywa zniechęcony. I jednocześnie potrafi panować nad sobą w taki sposób, że od razu widać jego kunszt i profesjonalizm. I przestaje być istotnym, że Scott Murdoch nawet do końca nie jest Scottem Murdochem. Nie przeszkadza tajemnica jego pierwszej, tej prawdziwej tożsamości. Czytelnik wybacza mu to milczenie, bo wie, jak wiele kosztowało go zdobycie pełnej anonimowości.

Terry Hayes chyba napisał thriller doskonały. „Pielgrzym” broni się z każdej strony i nie można mu niczego zarzucić. Zawiera w sobie nie tylko znamiona bestselleru, kolejnego Bourne’a, Szakala czy Brodiego, ale staje się doskonałą opowieścią samą w sobie. Nie trzeba jej porównywać. Nie trzeba odbijać od innych historii z gatunku. Pielgrzym jest i będzie nawet, jeśli nigdy oficjalnie nie istniał.

O.

*Tekst napisany dla portalu Gildia.pl.

BEZSENNE ŚRODY: „Widmo nad Innsmouth” H.P. Lovecraft

Bombla_BezsenneWidmoNadInnsmouth

 

„Ale czyż halucynacja nie może się zdarzyć pod wpływem hipnotycznego czaru, jaki rzuca to stare, widmowe miasto? Miejsca takie mają dziwne właściwości, a spuścizna obłąkańczej legendy może działać na wyobraźnię nie tylko jednego człowieka, zwłaszcza pośród wymarłych, cuchnących ulic, zbutwiałych dachów i kruszących się wieżyc. Czyż nie jest to możliwe, że źródło obecnego, a tak zaraźliwego szaleństwa czai się w głębiach tego widma, jakie roztacza się nad Innsmouth?”

Kiedy rozmyślam i piszę o H.P. Lovecraft’cie, czy jego twórczości to od razu narzucają mi się określenia „kultowe”, „jedyne w swoim rodzaju”, czy „na wskroś nowoczesne”. Nie umiem się nie zachwycać, bo jego proza, jak i sama postać autora, są tak fascynujące, tak wciągające, że nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać Was do czytania i poznawania opowieści Samotnika z Providence. Oczywiście, w moim bezdennym zachwycie nie pozostaję osamotniona, bo sam Stephen King traktował mitologię Cthulhu i cały wyimaginowany świat wykreowany przez Lovecrafta jako kamień milowy literatury grozy. Jest coś takiego w tej twórczości, że gdy raz zostanie się wciągniętym w jego majaki i senne widziadła, nie potrafi się po prostu o nich zapomnieć. W jakiś zaraźliwy sposób przejmujemy sposób spojrzenia bohaterów i otwiera się przed nami koszmarny, potworny, niewysłowiony  obraz kosmosu.

To co fundamentalnie obce, niewysłowione, Inne i stosunek do tego zarówno samego Lovecrafta, jak i jego bohaterów jawi się jako najbardziej współczesne właśnie. Samotność postaci, ich marionetkowość, ich odrębność wtłoczona w miejsca, z których nie ma wyjścia wydaje się jak najbardziej uniwersalna.  Z niektórych miejsc nie ma ucieczki, a konfrontacja z rzeczywistością staje się nieunikniona. I dlatego właśnie wybrałam dzisiaj jedno z najlepszych i moich najulubieńszych opowiadań grozy, jakie kiedykolwiek napisano, a dodatkowo opowieść niezwykle mi bliską, bo nadmorską, jeden z „Wielkich Tekstów” Samotnika z Providence, jak nazwał je Michel Houellebecq, czyli „Widmo nad Innsmouth” („The Shadow Over Innsmouth”).

Stary port Innsmouth w stanie Massachusetts to miejsce, które od lat nie schodzi ludziom z ust. Mieszkańcy okolic Arkham zawsze szeptem przekazują sobie plotki o tym legendarnym, oddzielonym od reszty świata pasem mokradeł i bagien miasteczku. Jeśli zapytać kogokolwiek, to nikt do końca nie jest pewny, czemu odczuwa taką niechęć do mieszkańców Innsmouth. Coś jest z nimi na pewno nie tak. Mają dziwne, jakby zdegenerowane twarze, niezbyt ludzkie, pokryte chropowatą skórą. Ich miasto jest praktycznie wyludnione i nikt nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się tam lata wcześniej. Podobno dawno temu niejaki Obed Marsh sprowadził na pobliską Diabelską Rafę coś albo kogoś, kto przejął władzę nad Innsmouth. Coś, co wymusiło na mieszkańcach nową wiarę i nienawiść do zewnętrznego świata. A razem z tym, do portu przybyło niespotykane bogactwo, złoto-niezłoto i tony ryb przy każdym połowie. Jakaś tajemnica drąży to miejsce. Coś tam siedzi i żeruje, wyczekując lepszych czasów. Co? Tego dowie się przypadkowy podróżnik, ktoś, kto zmuszony będzie spędzić w Innsmouth najpotworniejszą noc swojego życia.

H.P. Lovecraft był mistrzem obrazowania obcości i inności. W swoich opowiadaniach ukazywał bohaterów, którzy zagubieni w labiryntach ulic doznają niezwykłych wizji, przeżywają największe koszmary i wpadają w otchłań szaleństwa. Intryguje mnie od zawsze w tych historiach swoiste odwrócenie ról. Miejsca, które opisuje są dziwne i tajemnicze z założenia. To one i ich mieszkańcy nie pasują do reszty rzeczywistości. Jednak, gdy tylko pojawi się w nich ktoś nowy, to on z miejsca staje się wyrzutkiem, a wszyscy wokół niego zdają się być wrogami. Śledzą go oczy, niby zabite deskami okna wpatrują się w każdy jego ruch, narastające poczucie klaustrofobii na pustej przestrzeni doprowadza na skraj rozpaczy. Dokładnie tak jest w Innsmouth. Chore miejsce rani zdrowy rozsądek i każe zapomnieć o normalności. Każdy kto odwiedza to miasto jest prawdziwym Innym. Dziwolągiem wśród potworów, anonimowym gościem, który już nigdy nie powróci z ciemności obłędu.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

*Tekst opowiadania „The Shadow Over Innsmouth” w wersji oryginalnej, zupełnie za darmo znajdziecie do poczytania TUTAJ.

**O Lovecrafcie już pisałam (a jakże :D), więc kto jest zaintrygowany, zainteresowany i chce więcej może zajrzeć do tekstów o „Zewie Cthulhu”, czy „Koszmarze w Dunwich”, a także na tekst o doskonałym zbiorze esejów i listów „Koszmary i fantazje”. 🙂

***A na dokładkę screenshot zrobiony z jednej z najstraszniejszych gier, w jakie dane było mi grać, czyli: „Call of Cthulhu: Dark Corners of The Earh” – bardzo polecam 😀

Innsmouth

Podsumowanie miesiąca – CZERWIEC 2014

Bombla_PodsumowanieCZERWIEC

I nadszedł koniec czerwca i czas kolejnych podsumowań czytelniczych! Ale ten miesiąc przefrunął, nie zauważyłam kiedy. Tak jakoś chyba jest z tym „środkiem” roku, że mija w oka mgnieniu. Czerwiec był mocno zapracowany, zaczytany i także urodzinowy, bo postarzałam się znowu 😉 Na pocieszenie, bo starość to podobno nie radość, dostałam takie cudeńka, że nic tylko się chwalić. Ale chwalenie się będzie później, najpierw podsumowanie.

W czerwcu opublikowałam 10 tekstów, w tym 4 BEZSENNE ŚRODY, które wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród Was i mam nadzieję, że nadal tak będzie, bo szykuję Wam moc porządnej grozy na kolejne tygodnie. Dodatkowo nadeszło lato, a wraz z nową porą roku pojawił się tekst A Buk na to, jak na lato, gdzie znajdziecie propozycje wakacyjnych lektur i kilka zapowiedzi sezonu.

Jak to było z czytaniem? Tym razem już Was nie zaskoczę i nie wzburzę, bo powróciłam do mojej klasycznej średniej, czyli 8 przeczytanych buków i dziewiątego nadgryzionego w mijającym miesiącu. A to oznacza, że na zachodzie bez zmian, chociaż bardziej nad morzem 😉 Trzy z poniższych książek były w oryginale, czyli po angielsku, a reszta po polsku, co jest odchyleniem od normy, ale nieprzypadkowym, więc nie bójcie żaby. Niestety żadnego audiobooka, bo wciąż czytamy i nie możemy skończyć „Sycamore Row” Johna Grishama, która jest prześwietna, ale wymaga skupienia, na które obecnie nie możemy sobie z moim G. pozwolić.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Moja Walka: Księga 1″ Karl Ove Knausgård – ewenement literacki na skalę światową; do poczytania TUTAJ.
  • „Pan Mercedes” Stephen King („Mr. Mercedes”) – Mistrz Horroru odchodzi od horroru i przechodzi do mainstreamu kryminału ze średnim skutkiem; do poczytania TUTAJ.
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – przezabawna i przeurocza erotyzująca satyra w stylu oświeceniowych mistrzów; do poczytania TUTAJ.
  • „In The Tall Grass” Stephen King & Joe Hill – ojciec i syn dają czadu w klasycznie strasznym stylu, czyli o  takiego Kinga mi właśnie chodzi; do poczytania TUTAJ.
  • „Dotyk” Alexi Zentner („Touch”) – przejmująca i magiczna powieść rodem z kanadyjskiej głuszy; do poczytania TUTAJ.
  • „Gość Draculi” Bram Stoker („Dracula’s Guest”) – klasyka opowieści grozy, z której jeszcze nieraz skorzystam; „Indianka” do poczytania TUTAJ.
  • „Echa pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna, nastrojowa powieść z tajemnicą w tle; niebawem na Wielkim Buku!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes („I Am Pilgrim”) – pędzący na złamanie karku szpiegowski thriller, od którego nie można się oderwać; niebawem na Wielkim Buku!
  • „S.” J.J. Abrams – wspaniałe, nadgryzione literackie cudo i hołd złożony tradycyjnej, papierowej książce; niebawem na Wielkim Buku!

Pod względem zdobycznym czerwiec był niezwykle godny 😀 Jak się jest molem książkowym i obchodzi się akurat urodziny, a cała rodzina kibicuje w bukowych poczynaniach, to jest radość i mnóstwo wyjątkowych pyszności. A do tego wszystkiego przybyli rodzice i przywieźli mi jeszcze kilka przydomowych tytułów i imieninową niespodziankę (która wyprzedza imieniny o niecałe 2 tygodnie), które planuję przeczytać w najbliższych miesiącach. Takie oto bukowe cudowności dostałam i zdobyłam w czerwcu:

ZESTAW 1 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (2)

  • „Kamieniarz” Camilla Läckberg – to moja kioskowa zdobycz 🙂 Czytałam „Księżniczkę z lodu”, podobała mi się, a że to trzecia powieść z kolei, to pomyślałam „czemu nie?”.
  • „Les adieux à la reine” (dosł. „Pożegnanie Królowej”) Chantal Thomas – cudny prezent urodzinowy od rodziców; nagradzana powieść o Marii Antoninie, czyli moja ukochana epoka Oświecenia <3
  • „Un air de liberté” (dosł. „Powiew wolności”) Chantal Thomas – kolejny cudny prezent urodzinowy od rodziców; Oświecenie raz jeszcze, tym razem o tej krótkiej, uroczej dekadzie, tuż przed Francuską Rewolucją, gdy kwitł libertynizm, a z nim wolność myśli i obyczajów.
  • „Echa Pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna powieść o sekretach pewnej muzy, idealna na lato. Niebawem na Buku!
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – urocza satyra do zrecenzowania od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – kultowa powieść kontrkultury, również od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Ostatnie rozdanie” Wiesław Myśliwski – wspaniały prezent urodzinowy od mojej ziomeldy Goshi :*

ZESTAW 2 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (1)

  • „Londyn NW” Zadie Smith („NW”) – piękny prezent imieninowy od rodziców w postaci świeżutko wydanej w Polsce Zadie. Uwielbiam.
  • „Uczciwa oszustka” Tove Jansson – czyli maminy prezent na Dzień Matki zaczyna rodzinną wędrówkę 🙂
  • „Sońka” Ignacy Karpowicz – rodzinna nowość do zachwycania się.
  • „The Human Stain” Philip Roth („Ludzka Skaza”) – przywieziona, bo koniecznie chcę się nią z Wami podzielić. Wspaniała lektura, re-reading w moim przypadku obowiązkowy!
  • „Miłośnik Wulkanów” Susan Sontag („The Volcano Lover”) – antykwaryczna zdobycz świąteczna dla Mamy, a teraz przeczytana przywędrowała do mnie 😀
  • „S.” J.J. Abrams & Doug Dorst – już się chwaliłam i zapowiadałam to papierowe CUDO – prezent od mojego G. Niebawem na Buku!

Nie obyło się również od zakupienia ebooków, bo jak King i jeszcze Joe Hill to tylko w oryginale 😀 Urodzinowy „Mr. Mercedes” od mojego G. i „In The Tall Grass” na dokładkę.

EbookiCzerwiec2014

Tak się składa, że czerwiec to sezon urodzinowo-imieninowy w mojej rodzinie, a że po kimś odziedziczyłam pasję czytania, więc sama również odwdzięczam się książkami na prezent. Na Dzień Ojca, kochanemu Tacie zakupiłam obiecany trzeci tom trylogii [geim] Andersa de la Motte pt. [bubble], a mojej zbuntowanej Mamie na imieniny wywiad z Susan Sontag „Myśl to forma odczuwania”. Była wielka radość, a to dla mnie najważniejsze 😀

Czerwiec2014

I w tym miesiącu to już wszystko. Lista buków do „obowiązkowego przeczytania” znowu pofrunęła w przestworza. Nie wiem. Naprawdę. Ale co tam – tylko się cieszyć, że tyle prześwietnych książek wychodzi i jeszcze tyle przede mną. No i trzeba czytać.

Bo warto czytać.

A jak tam u Was Moi Drodzy w mijającym miesiącu? Było bukowo? 😀

O.