BEZSENNE ŚRODY: „Indianka” Bram Stoker

Bombla_BezsenneIndianka

 

„But the central object in the whole of this chamber of horrors was the engine known as the Iron Virgin, which stood near the centre of the room.”

Uwielbiam wpadać na tropy doskonałych opowieści.  Zajrzeć, podejrzeć, przeczytać gdzieś, gdzie często zaglądam i odkryć coś wspaniałego. Tym bardziej, gdy taka odkryta opowieść okazuje się być zupełnie przypadkowo polecana przez uwielbianego pisarza (ach, ten Stephen King!) i uznana za idealny przykład literatury grozy. Taka historia zyskuje jeszcze istotniejszy wydźwięk, gdy okazuje się być opowieścią o zemście, z morałem, z przesłaniem, który zostawia po sobie godziny wypełnione nie tylko bezsennością i strachem, ale przede wszystkim rozmyślaniem nad kondycją człowieka i jak to bywa w takich przypadkach, nad odwieczną walką dobra ze złem. Gdy zaczęłam lekturę wspaniałego zbioru opowiadań Brama Stokera zatytułowanego „Gość Draculi” (ang. „Dracula’s Guest”) nie spodziewałam się, że trafię na tak przejmujące opowiadanie jakim jest „Indianka” („The Squaw”). Opowiadanie dające do myślenia, niby wcale niestraszne (przynajmniej nie w ten typowy gotycki sposób), ale o wiele mroczniejsze i potworniejsze, gdy tylko się nad nim głębiej zastanowić.

Podczas podróży poślubnej, do pewnej młodej pary objeżdżającej europejskie krainy, przyłącza się niejaki Elias P. Hutcheson, by ożywić lekko znudzone już sobą towarzystwo. W Norymberdze we trójkę postanawiają zwiedzić zabytkowy zamek, w którym na największą uwagę zasługuje idealnie zachowana Sala Tortur, wraz z całym arsenałem przyrządów do zadawania bólu, w tym Żelazną Dziewicą jako główną turystyczną atrakcją. Jeszcze przed zamkiem stają na murach, by podziwiać sielankowe okolice, a ich uwagę przykuwa mały kotek podskakując wesoło wokół wylegującej się na słońcu matki. Zupełnie przypadkiem Elias, by popisać się przed nowymi znajomymi i przykuć uwagę zwierząt, zrzuca kamień, który niefortunnie spada na głowę kotka i zabija go na miejscu. Zrozpaczona kocica rusza tropem bohaterów, by wymierzyć karę i zemścić się na ludzkim mordercy. A ten, Amerykanin o wesołym i pewnym siebie usposobieniu, wydaje się być jedynie dobrodusznym turystą, jednak im więcej opowiada anegdot z własnego życia (w tym wspomnienia z wojny i spotkania z Apaczami), tym bardziej ujawnia się jego druga, skrywana natura.

Kto jak kto, ale Bram Stoker wie dokładnie jak budować napięcie. W „Indiance” tworzy bardzo nastrojowe sceny – maluje sielankowe krajobrazy, by w chwilę później przełamać je nagłą potwornością śmierci, a zaraz potem zamknąć opowieść w surowych i zimnych wnętrzach średniowiecznego zamczyska. Dawkuje emocje, rozprasza uczucia – od radości, żartu, uśmiechu do przerażenia, krzyków i omdleń. Jest tu dokładnie wszystko co tworzy perfekcyjne opowiadanie grozy. Jest powód, jest przyczyna i są konsekwencje. Stoker udowadnia, że nic nie ginie w naturze ot tak, przypadkowo, a z całą pewnością nic nie umiera na marne. Coś zawsze zostaje – szyderczy uśmiech, klątwa, skaza, które grożą powrotem, gdy nadchodzi czas prawdziwej zemsty. „Indianka” poraża realnością kary. Podkreśla to miejsce, podkreśla powrót do przeszłości, a przede wszystkim podkreśla narzędzie, które wciąż potrafi wymierzyć sprawiedliwość.

Dziś nie zmrużę oka, bo słyszę głuchy dźwięk uderzających kamieni i jęk rozpaczy tuż po.

O.

*Za polecenie „Indianki” i całego wspaniałego tomu „Gość Draculi” dziękuję Tommyknockerowi z Samotni.

**Kto zaintrygowany i zainteresowany lekturą, to znajdzie cały tom opowiadań Brama Stokera „Dracula’s Guest”, w oryginale, całkowicie za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ, a samą „Indiankę”, również w oryginale TUTAJ.

„Dotyk” Alexi Zentner

Bombla_Dotyk

 

„Mówił nam o qallupilluit i Amaguqu, wilczym bogu-przecherze, o wilkołakach i krwiopijczych adlet, o wszystkich potworach i wiedźmach z lasów. Mówił nam też o innych rodzajach magii, na które natknął się przy wycince: jak trociny, którym wyrosły skrzydła, wleciały drwalom za koszule niby komary; jak jakieś drzewo podniosło się i uciekło od ostrych zębów piły. Mówił nam o tym, jak rozszczepili jakiś pień, a w środku znaleźli królestwo wróżek, o tym, jak ściął cały las jednym machnięciem topora i jak znalazł rodzinę drzew, splecionych ze sobą i pnących się ku niebu miłosnym warkoczem.”

Istnieją takie miejsca na ziemi, do których nigdy nie dotrze cywilizacja. Istnieją takie miejsca na ziemi, które bez względu na mijający czas wciąż pozostaną niezmienione, naznaczone pradawną tajemnicą. Miejsca, które kryją w sobie sekret, starszy niż ludzie, starszy niż wszystko to, co znamy dzisiaj. Miejsca, które nawet jeśli dotrze do nich człowiek, powstanie tam wioska, czy miasteczko, okolą słupy telegraficzne, czy przetną drogi, nieistotne, a tak ludzkie „ulepszenia”, to pozostaną sobą na zawsze zjednoczone z tym co naturalne i pierwotne. W takich miejscach każdego dnia powracają do życia legendy. Mityczne stworzenia wciąż można spotkać wśród pni prastarych drzew, pośród skał, w nurcie bystrych strumieni… Terenami rządzi inne prawo niż to wykreowane sztucznie przez człowieka – prawo natury. Siły przyrody, wciąż niezbadane i bezlitosne kierują przeznaczeniem tych, którzy wejdą w ciemną głuszę.

Takie właśnie miejsce, ukryte głęboko w kanadyjskiej puszczy opisuje w swojej debiutanckiej powieści zatytułowanej „Dotyk” („Touch”) Alexi Zentner. Wykorzystując inuickie legendy, tradycyjne opowieści indiańskich plemion północy i baśniowe elementy stworzył osaczoną lodem, zakorzenioną silnie w realizmie magicznym historię o rodzinnej klątwie, wielkiej miłości i koszmarnej tajemnicy z przeszłości, która naznacza kolejne pokolenia. A wszystko to w niewielkiej osadzie zwanej Sawgamet (od przepływającej w okolicach rzeki), powstałej w czasach kanadyjskiej gorączki złota, gdy dziewicze, wciąż niezbadane połacie lasów skrywały w swoich zakątkach nie tylko wartościowe drewno, ale także kosztowny kruszec, drogocenne źródło bogactwa, które zdobyć chciał każdy na północnej części kontynentu. I tak powstaje Sawgamet – dzięki wytrwałości jednego człowieka, który w poszukiwaniu szczęścia trafia na w leśne ostępy, przemierza niepoznane szlaki i zupełnie przypadkiem odkrywa miejsce, które ściągnie kolejnych spragnionych poszukiwaczy złota.

Tym człowiekiem był Jeannot. To miejscowa legenda, dziadek Stephena – narratora „Dotyku”– który poprzez snucie opowieści, odradzające się wspomnienia z młodości i odkrywane rodzinne sekrety, powraca na nowo do domu, do umierającej matki, a przede wszystkim do Sawgamet, które od lat przyzywało go niedopowiedzianym przeznaczeniem. Stephen wraca do czasów swojego dzieciństwa, pierwszych lat u boku żyjącego jeszcze ojca i siostry, gdy rodzina była w komplecie, a życie wydawało się spokojnie płynąć, wytyczone jedynie mijającymi porami roku. Jednak wypadek na lodzie zmienił wszystko, rozbił szczęście i odwrócił bieg wydarzeń. A może jedynie złowieszcze duchy pokierowały życiem chłopaka zgodnie z ich własnym planem? Stephen pływa w czasie, powraca do historii rodziny, wraca do czasów swojego dziadka i do pewnej mitycznej zimy. Tamte wydarzenia sprowadziły na założycielski ród klątwę, której nawet długotrwała pokuta nie potrafiła zatrzeć.

Ta mityczna zima zamieniła okolice Sawgamet w krainę lodu na kilka długich miesięcy. Złapała osadę w szpony jeszcze późną jesienią i nie wypuszczała aż do lipca, gdy strumieniami przypinającymi nowe rzeki spływała w głąb puszczy. Tamtej zimy miasteczko nawiedziły mary z indiańskich legend z Wendigo na czele, niosąc ze sobą samotność i obłęd. Gdy znowu wyjrzało światło, a mieszkańcy wykopali się spod śniegu, wielu już nigdy nie było takimi jak przedtem. Część zginęła przywalona nieskończonymi masami śniegu, część zamarzła jeszcze przy pierwszych zawiejach, inni odeszli, a jeszcze inni stracili cały swój dobytek i zmuszeni byli zacząć wszystko od nowa. Ale lód zapamiętał ich przewiny na zawsze. Odszedł i wkrótce powrócił w pełnej sile, jak każdego roku po lecie, by zebrać żniwo i kolejne ofiary, które należały się prastarym drzewom i istotom, które tam żyły. Gdy Stephen wspomina tamte czasy, granica między tym co prawdziwe, a co magiczne i nierealne zamazuje się. Znika w wirujących płatach śniegu, w lodowych skorupach i człekokształtnych zaspach. Coś szepcze, coś woła, coś śpiewa w głuszy. Mgła, zawierucha, migoczące płatki mamią wzrok, kuszą jak ogniki na bagnach i wciągają w śmiertelny uścisk wiecznego mrozu.

Leśne kanadyjskie ostępy wykreowane przez Alexi Zentnera w „Dotyku” zdają się przyciągać nadprzyrodzone. Każde drzewo zyskuje tutaj dwa znaczenia – to zupełnie realne, życiodajne, w którym stanowi źródło ciepła, światła i utrzymania dla mieszkańców Sawgamet pracujących w tartaku, jak również to drugie, magiczne, gdzie drzewa kryją w sobie uśpione dusze, które tylko czekają na przebudzenie i na zemstę za wszystkie krzywdy, te prawdziwe i urojone, jakie przyniósł za sobą Jeannot i kroczący za nim ludzie. Drzewa potrafią wywołać iluzje, zwierzęta mamią złotem i kuszą na ukrytych szlakach, a woda wciąga w odmęty i zamyka pod napierającym lodem. Nagle człowiek przestaje być bezpieczny. Niby otacza się pozornym schronieniem, sprowadza chroniące go boskie prawa, buduje bezpieczną przystań… Ale to wszystko w mgnieniu oka może zamienić się w proch z jednym zimowym podmuchem. Czasami wydaje się, że Sawgamet istnieje wyłącznie dzięki kaprysom leśnych duchów, które bawią się jego mieszkańcami, uginają ich przeznaczenie według swojego widzimisię, śmiejąc się z prób ucieczki przed nieubłaganym losem.

„Dotyk” to piękna, melancholijna opowieść o zawieszonym w czasie miejscu, gdzie legendy, mity i baśnie mieszają się z codziennością. Gdzie inuickie czarownice stąpają ramię w ramię z Bogiem i nic nie jest takie, jak mogłoby się wydawać. Miejsce, gdzie śmierć wcale nie musi oznaczać ostatecznego zniknięcia, a zmarłych można wciąż spotkać spacerujących pośród drzew. To historia o rodzinie, o miłości i pożegnaniu. O utracie i braku, które mogą  jednak wypełnić pustkę. O świecie, który już nie ma prawa istnieć, a jednak wciąż istnieje nieodnaleziony. O tęsknocie za prostszym życiem, według pierwotnych, zapomnianych już zasad. Opowieść hipnotyzująca, magiczna, taka, w której chce się zatracić, zejść z utartej ścieżki i pójść tropem złotego karibu. Za którą pragnie się podążyć niczym za głosem z głębin i zanurzyć w niej na zawsze.

O.

* Za tę niezwykłą powieść pragnę podziękować panu Michałowi Alenowiczowi z wydawnictwa Wiatr Od Morza.

„Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg

Bombla_Candy

 

„Sugar, ah honey honey
You are my candy girl
And you’ve got me wanting you
Honey, ah sugar sugar
You are my candy girl
And you’ve got me wanting you…”

Sugar, Sugar The Archies

Przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych często określany jest w historii mianem „złotej ery”. Po latach kryzysów gospodarczo-wojennych nagle nadszedł okres niesamowitego rozwoju, ekonomicznej ekspansji i czas narodzin społeczeństwa konsumpcyjnego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z dnia na dzień pojawiła się wizja życia idealnego – doskonałych rodzin, perfekcyjnych żon i uroczych dzieci. Wszystko różowe, pastelowe i na tip-top, w identycznych, bliźniaczych domkach. Pozorne i niezwykle powierzchowne. Nikogo nie powinno więc dziwić, że właśnie na takim sprzyjającym buntom i pragnieniu zrzucenia okowów gruncie „perfekcyjnej” codzienności, w USA pod koniec lat pięćdziesiątych zaczęło wyrastać zjawisko, zwiastując koniec kłamliwej, zamkniętej na inność epoki i rozpoczynając wyzwolony czas w sztuce i literaturze.

Mowa tu o tzw. kontrkulturze, czyli szeregu przemian artystycznych wyzwalających twórców ze szponów fałszywej moralności, zwracającej się ku wolności słowa i działań w ogóle. Ruszyły formacje bitnikowskie, a później hippisowskie i w końcu punkowe – alternatywne, bezprecedensowe, subkulturowe, tworzące przeciw utartym schematom, przeciw temu co oklepane i sztuczne. Nigdy bym jednak nie pomyślała, że to właśnie w tym okresie historii literatury i tym konkretnym środowisku powinnam była szukać kontynuacji myśli oświeceniowej rozsadzającej utarte schematy – parodii, pastiszu i satyry, przebranej w fatałaszki powiastki filozoficznej, ale à rebours.

Nie zdawałam sobie sprawy aż do chwili, gdy na mojej literackiej, czytelniczej drodze pojawiła się ona – niezwykła, zabawna, uroczo perwersyjna „Candy” autorstwa Terry’ego Southerna i Masona Hoffenberga. Powieść zakazana, bo erotyczna i awanturnicza. Powieść szokująca, bo obnażająca dopiero co raczkujące środowiska kontrkulturowe i związane z nimi przemiany obyczajowe. Powieść buntownicza, bo wykreowana przeciw seksizmowi i konformizmowi kulturowo-społecznemu. Prześmiewcza jak wolterowski „Kandyd” (Candy nawet brzmi jak Kandyd, ale twórcy przez lata uciekali od tego porównania), a jednocześnie lekka i frywolna jak sadyczna „Nouvelle Justine”. Filozofię przejęła erotyka, bo to właśnie w seksie i w innych czynnościach cielesnej miłości tytułowa Candy odnajdzie filozoficzne objawienie.

Candy Christian to dziewczyna „cud, miód, malina” – przesłodka jak cukiereczek (nie przez przypadek jej imię oznacza właśnie „cukierek” albo „słodycze”), urocza i niezwykle pociągająca. Natura co prawda poskąpiła jej rozumu, ale w zamian obdarowała idealnym, kuszącym i nad wyraz kobiecym ciałem, któremu oprzeć się nie mogą mężczyźni wirujący wokół młodziutkiej dziewczyny. A na dokładkę jest taka naiwna i ma „takie dobre serce”! Widać, że jej matka (wielka nieobecna tej opowieści) nie miała szansy nauczyć Candy szacunku do samej siebie i swojego ciała. Dorastająca dziewczyna nie potrafi powiedzieć „nie” (przynajmniej nie dość głośno ani dość wyraźnie), za to z udawaną rezygnacją  oddaje się każdemu mężczyźnie, który ją o to poprosi, powtarzając w kółko „biedaczek”, albo „on tak mnie potrzebuje” itp. Nie pomaga jej wcale rozwiązłość obyczajów panująca w jej otoczeniu, której doskonałym przykładem są m.in. libertyńsko nastawiona do życia ciotka, napaleni koledzy ze studiów, czy seksualnie zagubiony profesor literatury. Nie wspominając wcale pozostałych bohaterów farsy, których przewijają się przez karty opowieści.

Dawniej na straży cnoty Candy i moralnego porządku stał jej ukochany ojciec, ale ze względu na cały ciąg niefortunnych zdarzeń, do których należała między innymi przygoda niefrasobliwej córki z rodzinnym ogrodnikiem, ojciec wylądował w szpitalu, ni to w śpiączce, ni w stanie lobotomii. No i właśnie. Ojciec Candy. Figura wyjątkowa i bardzo dwuznaczna w tym całym równaniu. Bo to niejako wokół niego cała opowieść o przygodach, a raczej seksualnych perypetiach Candy, kręci się, by w końcu zatoczyć koło i w dramatycznym, a jednocześnie niezwykle zabawnym finale powrócić do niego. W całym stosunku córki do ojca jest sporo niedopowiedzeń. Sporo ukrytych znaczeń i psychoanalitycznych odniesień. Jakaś parodia jungowsko-freudowskiego kompleksu Elektry z elementami nieśmiertelnych „Zbrodni miłości” Sade’a. Nie wspominając już nawet o bracie bliźniaku ojca Candy, który (o zgrozo!) również nie może oprzeć się pięknej bratanicy. Taka ciemna strona mocy, zwyrodniała strona jej ukochanego ojca, która wbrew samemu sobie pragnie posiąść własną córkę.

Kiedy „Candy” została po raz pierwszy opublikowana w 1958 roku w Paryżu w oficynie Olympia Press, to niczym wydana trzy lata wcześniej na łamach tego samego wydawnictwa legendarna „Lolita” Nabokova, narobiła dużo szumu i wzburzyła czytelnikami. Niby zabawna, erotyczna powiastka, a rozpoczęła „coś” na masową skalę. Wyśmiała i wbiła szpilę tak w konserwatywne, jak i w buntownicze środowiska. Terry Southern i Mason Hoffenberg nie oszczędzili nikogo. Przygody „wrażliwej humanistki”, jak sami określili ją autorzy, wyszydziły i zdarły fałszywe maski z całych grup społeczno-kulturowych m.in. wschodnich proroków niosących wyzwolenie pseudo-buddyjskimi praktykami, mistyków, zakładających pierwsze komuny i seksualnie zwyrodniałe sekty, lekarzy, intelektualistów i uczonych w ogóle, wyzwolonych do cna kobiet i wiecznie napalonych mężczyzn. A to tylko początek długiej listy wyszydzonych portretów.

„Candy” uznana została także za jedną z „25 najseksowniejszych powieści wszechczasów” według Playboya. Może się z tym po części sprzeczać, bo przecież powieść Southerna i Hoffenberga to tak naprawdę powiastka, cięta satyra i parodia pornograficznej historyjki, ale jednocześnie nie można jej odebrać silnie zaakcentowanego, przepełnionego erotyką sznytu. Wiedząc, że Southern współpracował i współtworzył dekadę później taki film jak kultowa „Barbarella”, to „Candy” aż jarzy się jako wstęp do tego miejscami rozpustnego, a jednak uroczego  obrazu i nie sposób nie myśleć o niej właśnie w takich kategoriach. Jej historia bawi, cieszy i stanowi doskonałą, lekką rozrywkę, niemniej składa się przede wszystkim z przejaskrawionych, seksualnych scenek, aż kipiących wyzwoloną cielesnością.

Gdyby Markiz de Sade i Wolter mieli szansę kiedykolwiek spotkać się, podyskutować i stworzyć wspólne dzieło literackie, to śmiem twierdzić, że powstałoby coś właśnie na wzór „Candy”. Libertyński Sade zawarłby w niej swoją naiwną Justynę wymieszaną z jej wyuzdaną siostrą Juliettą, a Wolter wykreowałby świat wypełniony po brzegi perypetiami, tak podobnymi do tych stworzonych przez duet amerykańskich twórców. Wcale bym się nie zdziwiła. Ale w zamian powstała właśnie „Candy”.  Lektura z pewnością nie dla wszystkich, ale dla tych, którzy potrafią przymknąć oczy i śmiać się, czerpiąc radość z nieskrępowanej, pseudo-moralizatorskiej powiastki, która po latach uznana została za jeden z czołowych, bo założycielskich tekstów kontrkultury.

O.

*Za przeuroczą „Candy” dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

BEZSENNE ŚRODY: „In The Tall Grass” Stephen King & Joe Hill

Bombla_BezsenneInTheTallGrass

 

„A girl once hid in tall grass,
And ambushed any boy who walked past.
As lions eat gazelles,
so many men fell,
and each tasted better than the last.”

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. I lubi się to bardzo. Tym intensywniej, gdy to, co się już ma odpowiada idealnie na wszystkie oczekiwania i czytelnicze potrzeby. Kiedy okazuje się, że jest dokładnie tym, czego poszukiwało się w innych dziełach tego konkretnego autora. I znowu mowa nie o kim innym, ale o Stephenie Kingu. Tym razem jednak w duecie, bo z własnym synem, twórcą klasycznych horrorów, czyli Joe Hillem. Jeśli jest doskonalszy tandem pisarski, to ja go jeszcze nie odnalazłam, a tym bardziej w tym określonym gatunku, jakim jest groza. King i Hill straszą tak, jak tylko oni potrafią. Knują i spiskują przeciw czytelnikowi, by znowu wciągnąć go w szpony przerażenia i nie wypuszczać, nie zbaczając na rozpaczliwe szamotanie się i pokrzykiwanie. I po raz kolejny kreują traumę, z której trudno będzie się otrząsnąć. Horror, o którym ciężko będzie zapomnieć za każdym razem, gdy przejeżdżać będę obok łanów zieleniejących traw, czy zbóż. Aż by się chciało więcej, dłużej, ale powiem Wam, że „In The Tall Grass” (pol. „W wysokiej trawie”), nowela sprzed ponad roku, robi niezwykłe i wystarczające wrażenie. 

Becky i Cal, kochające się rodzeństwo, wybiera się w podróż do San Diego. Tam, ciężarna Becky ma odczekać pozostałe miesiące do porodu i zdecydować o dalszym losie dziecka. Przejeżdżając przez zielone połacie stanu Kansas, gdzieś na wiejskim pustkowiu, słyszą krzyk prosto z traw. Dziecięcy głos woła o pomoc, a zaraz potem dołącza do niego drugi, kobiecy, który prosi ich, by zawrócili, nie reagowali i zapomnieli o całej sprawie. Ale Cal i Becky ignorują ostrzeżenie. Zatrzymują samochód na parkingu pobliskiego kościoła pod nietypowym wezwaniem Czarnego Kamienia Odkupiciela i wchodzą w trawę. Nienaturalną trawę wyjątkowych rozmiarów, w której już po chwili gubią się wzajemnie, tracą poczucie kierunku i odległości. Wołające glosy nie ustają. Co więcej, dołączają do nich inne, mroczniejsze, bardziej przebiegłe. A czas mija. Becky czuje się coraz gorzej. Nie ma wody. Słońce praży, a łany szumią i niosą głosy. I ktoś zmierza w jej stronę.

Kto tak jak ja boi się kukurydzy, tego połacie zielonej szumiącej trawy również do siebie nie przekonają w prawdziwym życiu. Nieważne kto by z tej trawy krzyczał. Nieważne kto by wołał o pomoc. Nieistotne co by wyłaniało się na horyzoncie – nie, ja nie wchodzę. Zamykam oczy, zasłaniam uszy i udaję, że nic się nie wydarzyło. Kolejny raz Joe Hill i Stephen King udowodnili, że nie wszystko jest zawsze tak idylliczne, piękne i kolorowe, jak może się wydawać z zewnątrz. Pokazali, że ludzie gotowi są zignorować wszelkie, nawet te najbardziej rzucające się w oczy ostrzeżenia, jeśli sytuacja i otoczenie doskonale kamuflują prawdziwe niebezpieczeństwo. I że czasami dobre serce, chęć niesienia pomocy, te zwykłe ludzkie odruchy mogą mieć tragiczne w skutkach konsekwencje i być wyłącznie częścią bardziej wyrafinowanego przeznaczenia.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w nozdrzach wciąż czuję duszący zapach traw.

O.

*Tę krótką nowelę polecam wszystkim miłośnikom klasycznych opowieści grozy, typowego kingowskiego stylu podrasowanego nowoczesnym horrorem Joe Hilla. To za takimi historiami tęskniłam. Takich opowieści wyczekiwałam. „In The Tall Grass” stała się moim ulubionym literackim tworem Stephena Kinga od czasu zbioru „Czarna Bezgwiezdna Noc”.

„Mr. Mercedes” Stephen King

Bombla_MrMercedes

 

„Everybody likes the ice cream man.”

Z pewnością wielu z Was dokładnie wie, jak to jest wyczekiwać kolejnej książki swojego ulubionego autora. To uczucie wiecznej niepewności – co to będzie? Zachwyt, a może porażka? Czy spodoba się, tak jak poprzednia? Czy kontynuacja pobije pierwszą książkę z serii? Pytań mnóstwo tak jak autorów i samych książek. Na szczęście istnieją pisarze niezwykle płodni artystycznie. Wydają książki raz, a nawet dwa razy w roku, do tego są aktywni medialnie, więc czas oczekiwania skraca się do minimum, nie mówiąc o znajomości treści i przedpremierowych zapowiedziach. Mam to szczęście, że do takich autorów należy jeden z moich najulubieńszych, czyli nie kto inny, a Stephen King. Sami już pewnie zauważyliście, że mam do Mistrza wielki sentyment. Każda jego kolejna opowieść to dla mnie nie lada wydarzenie, pomimo że od kilku lat Król Horroru wcale już horroru nie tworzy. W zamian czytelnicy dostają powieści bardziej obyczajowe, zakorzenione w rzeczywistości, dotykające problemów i zjawisk społecznych, tylko czasami z wątkiem paranormalnym.

Najnowsza powieść Stephena Kinga, czyli wydany na początku miesiąca „Mr. Mercedes” (pol. „Pan Mercedes”) należy właśnie do takich obyczajowych historii. Tym razem jednak pisarz postanowił zabawić się konwencją i wziąć na warsztat gatunek, w którym nigdy wcześniej nie tworzył, czyli powieść detektywistyczną. Tym samym „Mr. Mercedes” staje się debiutem Kinga w kryminale i jednocześnie, już po kilku stronach udowadnia, że Mistrz Horroru także i tutaj czuje się jak ryba w wodzie. Co więcej, od razu można zauważyć, że podchodzi do nowego gatunku po swojemu, wykraczając poza określone ramy, przenikając do naszej rzeczywistości i w jedynie sobie znany sposób łącząc prawdę z fikcją,  a także problemy rzeczywiste z wyimaginowanym światem bohaterów. „Mr. Mercedes” pod przykrywką zwykłego, a nawet można powiedzieć sztampowego kryminału, ukrywa historię silnie zakorzenioną w konkretnym czasie i miejscu. Opowieść na wskroś amerykańską, obnażającą problemy i kryzysy społeczno-gospodarcze początku drugiego dziesięciolecia XXI wieku.

No ale dlaczego od razu sztampowego? Dlaczego schematycznego? A bo widzicie, w tej historii King zrezygnował zupełnie z wszelkiego nowatorstwa. W pełni wykorzystując cały swój zasób umiejętności pisarskich, ogromną wiedzą popkulturową, codzienną i literacką, stworzył fabułę modelową dla wybranego gatunku, czyli klasyczną powieść o „policjantach i złodziejach”. Zaczyna się zupełnie po kingowsku, z dreszczem emocji i oczekiwaniem na zbrodnię. Grupa bezrobotnych stoi w kolejce do rozpoczynających się wkrótce targów pracy. Jest noc, zapewnionych miejsc ma być około tysiąca, wszyscy koczują i czekają na poranne otwarcie. Czuć desperację, czuć ostatnie szanse na godne życie tych ludzi, których kryzys i pogarszająca się sytuacja na rynku pozbawiły zatrudnienia. I nagle, nad ranem, w tę grupę,  w tym młodą kobietę z niemowlęciem na rękach, wjeżdża rozpędzony mercedes miażdżąc na krwawą masę osiem osób i raniąc kolejne piętnaście. Sprawca ucieka, a z braku dowodów śledztwo wkrótce zostaje zawieszone.

Ale my wiemy kto dokonał tej masakry – Brady Hartfield, psychopata modelowy, którego ogólny opis zostaje nam przedstawiony już na samym początku powieści i udowadnia, że Brady na co dzień jest tak bardzo zwyczajny, że aż straszny w tej zwyczajności. Ale to tylko pozory, bo w środku jest przegniły do szpiku kości, na co złożyła się cała seria niefortunnych zdarzeń z jego życia. Do wyboru do koloru – rozbita rodzina, śmierć jednego z rodziców, trudne dzieciństwo, przemoc seksualna, alkoholizm, wypadek, a wreszcie najważniejsze, czyli wychowanie przez nadopiekuńczą matkę, które wywarło decydujący wpływ na dojrzewający umysł i ukształtowało Brady’ego na człowieka jakim jest dzisiaj. Samotny, szalony, pełen nienawiści wobec wszystkich.

Brady’ego będzie starał się zdemaskować Bill Hodges, były policjant, detektyw, obecnie na emeryturze. Człowiek samotny, po rozwodzie, po przejściach, który miewa więcej gorszych niż lepszych dni. Masakra dokonana przez mordercę z mercedesa to jedna z jego niedokończonych spraw, o której sumienie nie pozwala mu zapomnieć. Hodges siedzi całymi dniami przed telewizorem, oglądając programy typu Jerry Springer Show, Survivor itp., głaszcząc leżącą na stoliku broń i rozmyślając o przyszłości. List od Brady’ego, który rozpoczyna jego prywatne śledztwo, wyciąga go z marazmu i pozwala na nowo powrócić do życia, w tym do miłości i do śmierci.

„Mr. Mercedes” udało mi się w pełni docenić dopiero na drugi dzień po zakończonej lekturze, gdy rozmyślając o tej historii zrozumiałam dlaczego King zdecydował się opowiedzieć ją wykorzystując utarty schemat tak przy konstrukcji fabuły, jak i samych bohaterów. Zdawał sobie sprawę, że w gatunku brylowało już tysiące innych pisarzy przed nim. Trudno byłoby dogonić w doskonałości kreacji postaci morderców Buffalo Billa z „Milczenia Owiec”, Patricka Batemana z „American Psycho”, czy Normana Batesa z „Psychozy” i jeszcze wielu innych. Niełatwo byłoby stworzyć taką ilość twistów w historii, zawijasów i tajemnic, by każdy czytelnik zakończył tę powieść usatysfakcjonowany. W zamian natomiast, Stephen King postanowił opowiedzieć nam o tym, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych tu i teraz, w tym konkretnym momencie historii i przemian, jakie obserwować można w ostatnich latach. Jak zwykle, udało mu się to po mistrzowsku.

I tak „Mr. Mercedes” nie opowiada jedynie o podstarzałym policjancie na tropie psychopatycznego mężczyzny z trudnego domu, ale o tym wszystkim co dzieje się wokół nich. Czytelnik niby śledzi fabułę, a tak naprawdę dostaje pełny przekrój polityczno-ekonomiczny i społeczny Stanów Zjednoczonych. Obserwujemy narastający strach w każdym kolejnym bohaterze. To nie tylko strach przed kolejnym terrorystycznym atakiem przypominającym ten z 11 września, który na zawsze naznaczył świat zachodu i udowodnił, że nigdzie nie można już czuć się bezpiecznym, ale także strach przed drugim człowiekiem. Nagły wzrost świadomości, że nawet „szary, zwyczajny i taki sympatyczny” sąsiad może być seryjnym mordercą, gwałcicielem, złodziejem itp. To także strach przed jutrem, przyszłością bez stabilizacji, życiem bez pewnej pracy, bez możliwości odbicia się od dna. Kryzys gospodarczy i utrata setek tysięcy miejsc pracy. Eskalacja przemocy, gdy skończył się dialog, a zaczęła era czynów. Bunt społeczeństwa, które ma dość siedzenia z założonymi rękami. To wszystko tworzy tło dla powieści Kinga, a tak naprawdę co chwilę wychodzi na pierwszy plan i przejmuje opowieść.

Dla jednych „Mr. Mercedes” będzie objawieniem gatunku. Dla innych kolejnym z wielu podobnych sobie kryminałów. Dla mnie najnowsza powieść Kinga to następna w jego dorobku historia z pogranicza, która nie tylko angażuje uważnego czytelnika w śledzenie losów bohaterów, ale zmusza do myślenia, angażując jego zmysł obserwacji i weryfikując wiedzę o świecie. Ubrana w konkretny kontekst kulturowo-obyczajowy zyskuje nowe znaczenie. Lepsze i ciekawsze moim zdaniem. I niezwykle porażające w swojej prawdziwości.

Intrygująca przejażdżka. Inna. A ja? Czekam wciąż. I może nadchodzący w listopadzie „Revival” poruszy mnie znowu tak, jak dawniej „Misery”, „To”, czy „Cmętarz Zwieżąt”.

O.

„Troje” Sarah Lotz

Bombla_Troje

 

And I heard, as it were, the noise of thunder:
One of the four beasts saying: „Come and see.” And I saw.
And behold, a white horse.

(…)Hear the trumpets, hear the pipers.
One hundred million angels singin’.
Multitudes are marching to the big kettle drum.
Voices callin’, voices cryin’.
Some are born an’ some are dyin’.
It’s Alpha’s and Omega’s Kingdom come.

(…) And I heard a voice in the midst of the four beasts,
And I looked and behold: a pale horse.
And his name, that sat on him, was Death.
And Hell followed with him.

„The Man Comes Around” Johnny Cash

Teorie o końcu świata, wymarciu życia i rozpadzie cywilizacji fascynują od początków ludzkości. Wydawać by się mogło, że każda epoka, każda poszczególna era, tak kilka tysięcy lat temu, jak i dzisiaj, miała swoich proroków apokalipsy zwiastujących koniec dziejów. Różnica jest jednak znacząca, bo przecież millenia temu nie było mediów, nie było Internetu, a wieści, plotki i wiadomości przenosiły się w o tyle mniejszym tempie, że ostatecznie nie wzbudzały ogólnoświatowej paniki, czy w ogóle większego zainteresowania. Każdy wierzył w swoją własną, odrębną wersję, ograniczoną do danej społeczności. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z popularyzacją druku i rozpowszechnieniem jednej z najbardziej wpływowych książek na świecie, czyli Biblii, której Księga Objawienia Św. Jana wznieciła masową wyobraźnię, a znaczenie tego proroczego tekstu możemy obserwować nawet dzisiaj, w XXI wieku. Szalone interpretacje, nadinterpretacje odłamów poszczególnych kościołów, sekt i ugrupowań religijnych prześcigają się w wywoływaniu chaosu na masową skalę, w różnych odstępach czasowych i udowadniają tym samym, że prawie nic nie zmieniło się w mentalności współczesnego człowieka.

A gdyby proroctwa Apokalipsy okazały się prawdziwe? Gdyby wszystkie „znaki na niebie i ziemi” zwiastowały koniec dziejów i nadejście Sądu Ostatecznego? Gdyby wydarzyło się coś, co zapowiada przybycie czterech jeźdźców, co więcej, gdyby zaistniała możliwość, że oni naprawdę zeszli na ziemię i właśnie już teraz zbierają swoje żniwo? O zbiorowej panice, religijnych obsesjach i medialnych rozgrywkach tuż po katastrofie opowiada niezwykła powieść Sary Lotz zatytułowana „Troje”. To książka w książce. Opowieść w opowieści, a w zasadzie reportaż w powieści. Oczywiście reportaż jak najbardziej fikcyjny, ale taki, w który w jakiś mroczny sposób czytelnik jest w stanie uwierzyć. Bo pisarce, czyli Sarze Lotz, która stworzyła autorkę swojego reportażu, czyli Elspeth Martins, udało się w tych często owładniętych zbiorową paranoją czasach przedstawić historię jak najbardziej prawdopodobną. I przez to właśnie przerażającą i porażającą wyobraźnię. Czy jest tu kontrowersja? Z pewnością. Czy wywołuje dreszcze? Oj, zdecydowanie. O „Trojgu” trudno zapomnieć, bo doskonale odpowiada na pytanie „dokąd zmierzamy?”, w epoce wielkich przedsięwzięć, religijnych wojen i niewypowiedzianych konspiracji, które każdy chce zdemaskować.

A wszystko zaczyna się w pewien czwartek, nazwany Czarnym Czwartkiem, gdy w różnych miejscach na ziemi, w minimalnych odstępach czasu, mają miejsca cztery katastrofy samolotowe. Makabryczności wydarzeniu dodaje fakt, że wypadki przeżyły cztery osoby – troje dzieci i jedna kobieta, która wkrótce umiera, gdy na miejsce przybywają już ekipy ratunkowe. No właśnie – troje dzieci. Chłopiec z Japonii, chłopiec ze Stanów i dziewczynka z Wielkiej Brytanii. Przypadek? Cud? Szczęśliwe zrządzenie losu? Giną setki osób, ale oczy całego świata zwracają się właśnie ku tej niezwykłej trójce, która wkrótce staje się symbolem, a nawet fenomenem na globalną skalę. Powstają coraz bardziej nieprawdopodobne teorie – nieśmiertelne ufo, ataki terrorystyczne, polityczne konspiracje i wreszcie, najważniejsza wizja, która z czasem zyskuje największe poparcie, czyli rychłe nadejście Sądu Ostatecznego i tym samym koniec cywilizacji. Wszystkie wiadomości z tego przejściowego, ale jakże intensywnego w zmiany okresu, zebrała bohaterka powieści Lotz i to dzięki niej my czytelnicy mamy szansę je poznać.

Szalona teoria czterech jeźdźców zostaje wyniesiona przez skrajne ugrupowania religijne z jednym z kaznodziei Ruchu Dni Ostatnich na czele, by poprzez płomienne kazania, propagandę i obłąkane transmisje przekazywać coraz to nowe teorie udowadniające, że trójka ocalałych to wcielenia Wojny, Zarazy i Głodu, które wkrótce rozprzestrzenią się na całą kulę ziemską, przejmą dowodzenie (tak metaforycznie, jak i dosłownie), by sprowadzić ostatniego, niewidzialnego jeźdźca (którym miał być podobno chłopiec, który niby przeżył katastrofę czwartego samolotu w Afryce), czyli Śmierć. Co jest prawdą? Kim i czym jest Troje? Czy to zwyczajne dzieciaki, które faktycznie „cudem” ocalały, czy może ich życie niesie za sobą jakąś głębszą tajemnicę? Czy świat faktycznie stoi u progu zagłady i powinien szykować się na koniec dziejów? Najbardziej intrygujące jest to, że odpowiedzi na te pytania, a przynajmniej ich większą część, autorka daje nam już w pierwszym, promującym „Troje” rozdziale, zanim opowieść przejmie reportaż Elspeth Martins. Czytelnik ma wgląd w jedną z katastrof Czarnego Czwartku i obserwuje ją z oczu kobiety, której niby udaje się przetrwać sam upadek, ale obrażenia są zbyt wielkie i umiera wkrótce po zderzeniu z ziemią. Niemniej coś się jej wydaje. Coś widzi i o czymś próbuje powiedzieć w swoim przedśmiertnym nagraniu. A reportaż o fenomenie Trojga to już podsumowanie całości. Analiza i synteza najważniejszych faktów, jej prywatnych domysłów, zeznań świadków i innych dowodów zebranych przez bohaterkę, która sama chce dociec się prawdy. Za wszelką cenę.

„Troje” Sary Lotz jednocześnie straszy, zasmuca i zmusza mocno do myślenia. Przedstawia opowieść o świecie już po katastrofie, a tak naprawdę katastrofach, które tylko rozniecają płomień i podburzają sytuację polityczno-społeczną tak intensywnie, że czujemy nieuchronność pewnych zdarzeń. Taki efekt kuli śniegowej, która rozpędza się i zbiera największe absurdy, wyolbrzymiając je, nadmuchując do niebotycznych rozmiarów, aż same staną się prawdami objawionymi. To smutna perspektywa dla ludzkości. Smutna perspektywa dla wiary. Mroczna i niepokojąca.

O.

*Za egzemplarz recenzencki „Trojga” ślicznie dziękuję wydawnictwu Akurat.

 

BEZSENNE ŚRODY: „Szara Dama” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneSzaraDama

 

„Tyle wydarzeń od tego czasu przeszło, iż nie umiem sobie obecnie zdać sprawy, czy go kochałam. Był ogromnie we mnie zakochany i niekiedy przerażał mnie wybuchami swojej miłości. Wszyscy przy tym byli zachwyceni jego uprzejmością, jego rzadkimi zaletami i uważali mnie za najszczęśliwszą z dziewcząt.”

Kiedyś, przy okazji, wspominałam Wam już o mojej ukochanej baśni z dzieciństwa, autorstwa niezastąpionych Braci Grimm, czyli o „Jednooczce, Dwuoczce i Trójoczce”, ale pewnie nie zdradziłam Wam jeszcze, że następną w kolejności, przed baśniami Oscara Wilde’a, była potworna, a jakże hipnotyzująca baśń o drapieżnym Sinobrodym, którego niecne tajemnice odkryła przypadkiem jego młodziutka żona. Ile strachu, ile nerwów, ile paznokci zjadłam – mała dziewczynka wpatrzona w ilustrację zakazanej komnaty pełnej krwi i kobiecych trupów… Takie opowieści o sekretach, zamczyskach i okrutnikach kryjących się w ich korytarzach zawsze mnie przyciągały. Płynęła z nich dziwna nauka o mroczności ludzkiej natury, o tym, że nie wszystko (w tym człowiek) jest dokładnie takie, jak się wydaje, a przede wszystkim o tym, że warto zadawać pytania, warto dociekać i nigdy nie milczeć, czy udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Ten mit o mężczyźnie w mroku, swego rodzaju Sinobrodym przewijającym się przez historie powtarzane w mitologiach całego świata, wykorzystała również dziewiętnastowieczna brytyjska pisarka Elizabeth Gaskell w swojej noweli „Szara Dama” („The Grey Woman”). Całość zaczyna się tak, jak każda porządna opowieść grozy tamtych czasów – pamiętnikiem kobiety z portretu, który skrywa jej najskrytszą tajemnicę, a zarazem wyjaśnienie i spowiedź pod koniec życia. Kobieta, która po niefortunnych wydarzeniach była zwana Szarą Damą, opowiada dzieje swojej młodości. Wyszła za mąż za francuskiego, uwielbianego przez wszystkich szlachcica, niejako zmuszona jego natarczywymi zalotami. Zamieszkała w zamku na skałach, daleko od domu, otoczona wrogo nastawioną wobec niej służbą, u boku męża, który zamyka ją tam jak egzotycznego ptaszka w klatce. I zabrania samotnej żonie krążenia po zamku, szczególnie zaglądania do starego skrzydła, gdzie mąż jej ma swoje komnaty. A naiwna dziewczyna zaczyna szukać odpowiedzi. I poznaje ją, ryzykując życie.

„Szara Dama” to klasyczna opowieść, w gotyckim stylu, pełna wewnętrznych ciemności i małżeńskich tajemnic. To historia uśpionego instynktu, dziewczęcego zagubienia w pierwszej miłości, przywdziewania maski, byle odsunąć możliwe reperkusje towarzyskie. Nawet kosztem własnego szczęścia. To historia stara jak świat, o drapieżcy i młodziutkiej ofierze, która nieświadoma (bo z początku świadoma wcale być nie chce) wchodzi w dorosłe życie i od razu poznaje smak smutku i osamotnienia. Elizabeth Gaskell doskonale straszy i zaskakuje rozwiązaniem. Wykorzystuje znany motyw, by mistrzowsko obrócić go i przeniknąć do opowieści w opowieści. Wciąż świeża klasyka gatunku, wielowymiarowa i doskonale przerażająca w odkrywaniu tajemnicy. Aż chce się bać.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo oczami wyobraźni widzę cienie w opuszczonych korytarzach zamczyska.

O.

*Za skuszenie i polecenie „Szarej Damy” pięknie dziękuję Agnieszce z Książkozaura 🙂

**A kto chciałby się skusić na „Szarą Damę” to odnajdzie ją zupełnie za darmo po polsku TUTAJ (klik! klik!) i po angielsku TUTAJ (klik! klik!) 🙂

Podsumowanie miesiąca – MAJ 2014

Bombla_PodsumowanieMAJ2014

Ach, ach podsumowań nadszedł czas 😀 I mogłabym Wam znowu przymarudzić coś w stylu „ile książek, tak mało czasu”, „o matko, jak to szybko zleciało”, czy inne tego typu ekranowe jęki, ale nie! Tym razem Was zaskoczę i nie zamarudzę, bo tegoroczny maj okazał się być miesiącem zachwycającym pod względem bukowych doznań! Miesiącem tak intensywnie książkowym, że jak o tym pomyślę, to sama w zasadzie nie wiem, kiedy i jak udało mi się przeczytać TYLE książek.

Bo moi Drodzy, ogłaszam oficjalnie, że właśnie pobiłam mój życiowy, osobisty rekord: 16 (!!!) przeczytanych książek w miesiącu! Łaaa! Sama jestem pod własnym wrażeniem, bo zazwyczaj trzymam się przecież tak dzielnie tych klasycznych ośmiu i nigdy nie prawie nie przekraczam swojej własnej granicy. A tu taka niespodzianka pozytywna! I niby czasu wcale nie było więcej. Tylko jakiś pęd czytania, mus i przymus przewracania kartek w każdej wolnej sekundzie życia. No jest przegodnie.

Szybkie podsumowanie: 12 opublikowanych tekstów w tym 4 Bezsenne Środy (wszystkie do wyszukania w zakładce Indeks w osobnej kategorii) i Blogowa zabawa: Jaką jestem czytelniczką? (klik! klik!). No i te 16 przeczytanych buków + dwa porządnie nadgryzione. Tym razem 10 książek było w języku polskim, a 6 w angielskim. Jeden audiobook. Trochę szkoda, ale już zabraliśmy się do ponownego słuchania w domu.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Jurassic Park” Michael Crichton – moją dino-miłość już poznaliście TUTAJ.
  • „Gone Girl” Gillian Flynn – doskonały thriller; do poczytania TUTAJ.
  • „Kroniki Portowe” Annie Proulx („The Shipping News”) – w końcu przeczytałam i jest zachwyt; już wkrótce na Buku!
  • „Kuchnia Prababci” Margaret Yardley Potter („At Home on the Range”) – książka kucharska i zarazem opowieść o rodzinie. Znacie moją słabość do książek kucharskich i co prawda nie piszę o nich tekstów, ale polecić muszę. Pyszne przepisy i menu na każdą kieszeń, okraszone przezabawnymi anegdotkami pani Potter. Nietypowa, ale kto gotuje i lubi jeść będzie zachwycony 🙂
  • „The Painter” Peter Heller – wyczekiwana długo i był zachwyt; do poczytania TUTAJ.
  • „Mrok” John Lutz („Darker Than Night”) – bardzo zwykły, zupełnie nieszałowy thriller, którego recenzja będzie niebawem na portalu Gildia.pl
  • „Mind of Winter” Laura Kasischke – łaaa! Jaki szok i zaskoczenie. Pożarta w jeden wieczór. Straszna, smutna, zaskakująca – niebawem na Buku!
  • „Letnia Przeprawa” Truman Capote („Summer Crossing”) – bo to Truman jest; do poczytania TUTAJ.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey („The Wreckage”) – wspaniała powieść o wojnie i miłości; do poczytania TUTAJ.
  • „Frog Music” Emma Donoghue – intrygujący, bardzo kobiecy (choć nie tylko dla kobiet) i nietypowy kryminał, o którym napiszę kilka słów wkrótce;
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin („Little Birds”) – klasyka erotyki; jeszcze nie jestem pewna, czy tekst trafi na Buka.
  • „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells („The Island of Dr. Moreau”) – totalny zachwyt; niebawem na Buku!
  • „Potomstwo” Jack Ketchum („Offspring”) – kanibalistyczna kontynuacja serii „Poza Sezonem” i nie umiem nie lubić; wkrótce na Buku!
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – szał totalny, pożarta za jednym zamachem; do poczytania TUTAJ.
  • „Troje” Sarah Lotz („The Three”) – mroczny, niepokojący, niezwykły thriller – już w PIĄTEK!
  • „Szara Dama” Elizabeth Gaskell („The Grey Woman”) – tajemnicza nowela na następne Bezsenne Środy.
  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – rozpoczęta, nadgryziona.
  • „Sycamore Row” John Grisham – rozpoczęta, nadgryziona.

W zestawieniu znalazła się długo przeze mnie wyczekiwana najnowsza powieść Petera Hellera, autora ukochanego „Gwiazdozbioru Psa„, czyli „The Painter”. Wspaniałe cudo. Warto było czekać i teraz oczywiście chciałabym więcej. Jest coś magicznego w stylu pisania tego autora. Jakaś męska melancholia. Dzikość i przyroda wypływające z kolejnych linijek tekstu. Wspaniała i wzruszająca. Bardzo polecam.

Jeśli chodzi o bukowe majowe zdobycze, to mam Wam do pokazania taki oto piękny ZESTAW (od góry):

ZestawMAJ

  • „Moja Walka: Tom 1” Karl Ove Knausgård – wspaniały prezent od rodziców na Dzień Dziecka. Już zaczęłam się zachwycać i zdecydowanie jest czym.
  • „Małe Ptaszki” Anaïs Nin – klasyka erotyki do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Mrok” John Lutz – bardzo średni thriller do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.
  • „Potomstwo” Jack Ketchum – wspaniała kontynuacja kanibalistycznego cyklu „Poza Sezonem” w prezencie od Anitki z BookReviews – dziękuję Kochana :* Wiesz sama, jak mnie to cieszy 😀
  • „Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz – prześwietna druga część cyklu Parabellum od Remigiusza Mroza z przemiłą dedykacją w środku – ślicznie dziękuję!
  • „Troje” Sarah Lotz – doskonały thriller od wydawnictwa Akurat.
  • „Pobojowisko” Michael Crummey – piękna powieść od wydawnictwa Wiatr od Morza.
  • „Dotyk” Alexi Zentner – magiczna powieść również od wydawnictwa Wiatr od Morza – nie mogę doczekać się czytania!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes – podobno mega, mega; do zrecenzowania dla portalu Gildia.pl.

Z ebookowych nowości dwie prześwietne powieści, w tym jedna szczególnie: „The Painter” Petera Hellera i „Frog Music” Emmy Donoghue:

MajEbooki

Z BLOGOSFERY: poruszyła mnie i wyjątkowo oburzyła sprawa Mishy z bloga Post Meridiem. Wydawnictwo innowacyjne Novae Res zerwało z dziewczyną współpracę za nie tyle negatywną recenzję powieści, ale za skrytykowanie korekty i wykazanie licznych błędów ortograficznych, które nie zostały poprawione. Wydawnictwo zagroziło także sądem – TUTAJ szczegóły sprawy, komentarz prawniczy autorstwa Remigiusza Mroza TUTAJ, blogerski komentarz Anki TUTAJ, a moje zdanie jest takie: NIKT nie ma prawa straszyć sądem i zmuszać blogera do usunięcia negatywnej recenzji, tym bardziej takiej, która podbita jest sensownymi przykładami i nikogo nie obraża. Zgoda na takie zachowanie jest przeciw wolności słowa w sieci i jest niedopuszczalna. Trzeba o tym pisać, trzeba mówić i trzeba komentować, żeby nigdy więcej coś takiego nie miało miejsca.

A Z CODZIENNYCH NEWSÓW: tydzień temu był Dzień Matki i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym naszym dwóm okolicznym Mamom nie sprezentowała z tej okazji wyszukanych specjalnie buków. Oba tytuły są wyjątkowe, bo „Uczciwą oszustkę” poleciła Karolina z bloga tanayahczyta (klik!klik!), a „Smak pestek jabłek” Tommyknocker z Samotni – pięknie Wam dziękuję, bo obie Mamy są zachwycone 😀

DzieńMatki

A co w czerwcu? Ano w czerwcu będą działy się bukowe wspaniałości różnorakie 😀 Już jutro światowa premiera „Mr. Mercedes”, na którą czekam z prawdziwą ciekawością. No bo to Stephen King jest, jego pierwszy detektywistyczny thriller i zaintrygował mnie zwiastun samej książki. Pierwszych stron promocyjnych nie czytałam, żeby zupełnie niespodziankowo do całości podejść. I pewnie niebawem będzie nawet recenzja 🙂

Tak myślę, że również jutro, a na pewno na dniach, przyleci do mnie wyczekiwana paczucha urodzinowa – kiwam się ze szczęścia i aż nie mogę się doczekać!

A 19 czerwca kontynuacja „Wołania kukułki”, czyli „The Silkworm” Roberta Galbraitha a.k.a. J.K. Rowling i sama nie wiem, czy się nakręcać od razu, teraz, już, czy może poczekać trochę, może nawet do polskiej premiery? No nie wiem – zobaczymy, ale pierwsza część przygód Cormorana Strike’a zrobiła na mnie naprawdę pozytywne wrażenie; do poczytania TUTAJ.

Jedno jest pewne: maj był szałowym miesiącem bukowym i aż się prosi, żeby czerwiec był podobny. Trzymacie kciuki i czytajcie dużo.

Bo warto czytać.

O.

P.S. Rozmyślam jeszcze pokątnie o nowym mini-cyklu dla Was, ale to jeszcze w sferze planowania i rozpatrywania jest 😉

„Parabellum: Horyzont Zdarzeń” Remigiusz Mróz

Bombla_Parabellum#2

Kontynuacje doskonałych opowieści mają to do siebie, że w bardzo niewielu przypadkach zdolne są utrzymać poziom oryginału. Często bywa, że tracą spójność, rozjeżdżają się i gdzieś po drodze chaotycznie, jakby na siłę, rozbudowują zagubione wątki i rozpędzają się w kilku różnych kierunkach. Jednak, jak we wszystkim, istnieją wyjątki od reguły. Historie, które nieistotne ilu tomowe, trzymają poziom, w umiejętny sposób wciągają jeszcze głębiej czytelnika w swój świat i jeszcze długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Do takich niezwykle udanych, świetnie skonstruowanych kontynuacji należy z pewnością „Horyzont Zdarzeń”, czyli druga część wojenno-przygodowego cyklu autorstwa Remigiusza Mroza Parabellum (której nazwa pochodzi od parabellum zwanego Lugerem od nazwiska swojego twórcy, czyli klasycznego pistoletu oficerów wojska niemieckiego), której wydarzenia podejmują fabułę w chwili zakończenia pierwszej części, czyli „Prędkości Ucieczki” (klik!klik!).

„Horyzont zdarzeń” to wciąż jest historia miłości, o braterskiej przyjaźni i wojennej przygodzie, a także o nienawiści, która płynie falą przez Europę, nie dając się zatrzymać. Tym razem jednak Remigiusz Mróz postanowił przenieść środek ciężkości z bohaterów i połączyć ich przeżycia z wnikliwym ukazaniem dwóch wrogich obozów, które obsiadły Polskę z każdej strony, rozszarpując i pożerając po kawałku. Maria i Staszek nadal uciekają na zachód, do Francji, tym razem już sami, ścigani przez listy gończe hauptmanna Christiana Leitnera. Leitner natomiast zmaga się ze swoim przeniesieniem do służb SS i przyjazdem do Rawicza szalonego porucznika Johanna Blankenburga. A na wschodnich terenach okupowanych przez Sowietów z oprawcą walczy nieprzerwanie kompania Obelta, czyli Bronek, Chwieduszko i Kiljan, którzy po nieudanej próbie odbicia swojego dowódcy kierują się dalej na wschód. Sam Obelt, teraz już zostawiony samemu sobie, ranny i bezsilny, trafia do niemieckiego obozu jenieckiego dla polskich oficerów. Wszyscy oni mają swoje konkretne, prywatne cele i próbują wszelkimi sposobami osiągnąć je w nowej, niełatwej rzeczywistości. Tym razem jednak każdy z nich musi osobiście zmierzyć się z osaczającym go najeźdźcą.

Remigiusz Mróz idealnie zobrazował różnice między napierającą z zachodu Rzeszą a walącym ze wschodu Związkiem Radzieckim. Obu tyranom przyświeca jeden cel – zniszczyć Polskę, zmiażdżyć i wtłoczyć w to co zostało swoją filozofię nienawiści i zniszczenia. Obu charakteryzuje pierwotne zło płynące z ich obsesyjnych dowódców. Oba narody trawi gorączka zabijania. Jakieś nieokreślone szaleństwo, które trudno normalnemu człowiekowi pojąć nawet po latach. Wśród nazistów jednak to szaleństwo i okrucieństwo zdają się być wpisane w konkretny system. Kierują się określonymi, narzuconymi z góry regułami. Dobrym przykładem jest tutaj Christian Leitner, wyznawca przysłowiowego Ordnungu, gdzie wszystko musi mieć swoją konkretną przyczynę, cel i musi do czegoś prowadzić. Jest zimny i zdystansowany, potrafi trzeźwo określić sytuację, wymijając chorobliwą propagandę Hitlera. Z drugiej strony Johann Blakenburg, ślepo wykonujący rozkazy, niby wydaje się skończonym sadystą, a jednak również jego działania mieszczą się w kodeksie postępowania grup specjalnych niemieckiego wojska.  Działają „czysto”, układnie, według ustalonych regulaminów, nawet jeśli wydaje się, że jest inaczej.

Dopełnieniem obrazu opętanej porządkiem i prawem Rzeszy są miasteczka i wioski niemieckie, jakie mijają w swojej podróży Maria i Staszek. Gdy po ucieczce trafiają do protestanckiej wioski aż wstyd im się pokazywać na ulicy! Wszędzie czysto, pachnąco, klomby kwiatów i ludzie spacerujący za rękę. Jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby za ich granicą nie działy się wszystkie okrucieństwa. Ot, płyną zwyczajne dni. Dzieci marzą o przyłączeniu do Hitlerjugend, organizowane są pochody i pomniejsze uroczystości. Nad wszystkim czuwa uwielbiany Führer i nikt niczym specjalnie nie musi się przejmować. Idylla. Sielanka. Uśmiechnięci ludzie, którzy skorzy są pomóc potrzebującym. O ile nie okażą się oni być Polakami. Albo Żydami.

A jednak mieszkańcy wschodniej granicy leżącej w gruzach Polski gotowi są spakować manatki i uciec prosto w ramiona nazistów byle dalej od najeźdźcy ze wschodu. Radzieccy żołnierze okazują się być jak dzikie bestie spuszczone z łańcucha. Nikt nad nimi nie panuje. Nikt nimi nie dowodzi. Są uosobieniem wojennego chaosu, największego koszmaru, jaki może spotkać mieszkańców okupowanych ziem. Brudni, śmierdzący nie kierują się żadnym kodeksem. Nie mają regulaminu. Za bestialskie zbrodnie nie odpowiadają przed kimkolwiek. Ich celem jest jedynie siać grozę i zniszczenie. Wpadają do domów jak sfora psów, zawsze w pace, gwałcą kobiety na śmierć, zabijają dzieci, znęcają się nad starcami, by na koniec wszystko za sobą spalić, wrzucić do rowu i odejść zanosząc się pijackim śmiechem. Są zupełnie nieprzewidywalni. Opętani wolnością i bezkarnością.

W „Horyzoncie Zdarzeń” to chłopaki kompanii Obelta muszą zmierzyć się z tak potwornym wrogiem. Są świadkami niewyobrażalnych okrucieństw i nic nie mogą zrobić. Osobą, która może niejako dobrze zobrazować przykład radzieckiego żołnierza jest niejaki Wiektor Iwanowicz Sidorenko, na którego trafia kompania. Człowieka, który będąc w grupie innych mu podobnych, zupełnie na ślepo podążał za współbraćmi. Na instynkt. Nie myślał. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami. Po prostu działał. Dopiero gdy zyskał czas, by dojrzeć zniszczenie, postanawia pomóc. I nawet  okazuje się nie być taki zły, chociaż szaleństwo płynie mu we krwi razem z galonami wódki.

Jak zdążyliście już pewnie zauważyć „Horyzont Zdarzeń”, podobnie jak „Prędkość ucieczki”, pędzi naprzód, wciąga w fabularne szaleństwo i aż z trudem można się od niego oderwać. A zupełnie przy okazji Remigiusz Mróz daje nam całkiem porządną lekcję historii, jej wybranych elementów, przeżywanych i widzianych oczami zwykłych ludzi: żołnierzy, ruchu oporu, czy mieszkańców okupowanych terenów. Ich sytuacja zmienia się co chwilę, przekształca jak w kalejdoskopie. Wojna nie pozwala o sobie zapomnieć, nie daje oddechu ani na moment. Nikt nie jest bezpieczny. Nie istnieją idealne kryjówki. Zagrożenie czyha dosłownie z każdej strony. Druga część cyklu Parabellum trzyma mocno poziom, w narracji, trybie opowieści nie zmienia się nic – doskonała wojenna historia z wątkiem przygodowym trwa, tak jak wciąż próbują wytrwać i odnaleźć się w nowej rzeczywistości jej bohaterowie. Maria, Staszek, kompania Obelta, Holzer i nawet Leitner – oni wszyscy jeszcze bardziej ludzcy, jeszcze bliżsi i tak samo znajomi, jak poprzednio. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejny tom, bo finał „Horyzontu Zdarzeń”, moi Drodzy, wbija w fotel i zmusza do zagryzania paznokci z nerwów. Oby wkrótce!

O.

*Za książkę wraz z przemiłą dedykacją dziękuję pięknie autorowi Remigiuszowi Mrozowi 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Wierzby” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneWierzby

 

„When common objects in this way become charged with the suggestion of horror, they stimulate the imagination far more than things of unusual appearance; and these bushes, crowding huddled about us, assumed for me in the darkness a bizarre grotesquerie of appearance that lent to them somehow the aspect of purposeful and living creatures. Their very ordinariness, I felt, masked what was malignant and hostile to us. The forces of the region drew nearer with the coming of night. They were focusing upon our island, and more particularly upon ourselves. For thus, somehow, in the terms of the imagination, did my really indescribable sensations in this extraordinary place present themselves.”

Tak to już bywa, że jak się raz wpadnie w sidła horroru, to jakoś tak trudno się z nich wywlec o własnych siłach. Jeden autor prowadzi do drugiego, a kolejne opowieści kierują nas do innych. Tak właśnie było z twórczością Algernona Blackwooda, na którego w moich bukowych podróżach natrafiłam zupełnie przypadkiem, nie przez kogo innego jak przez H.P. Lovecrafta i pobocznie przez Stephena Kinga. No bo jeśli Samotnik z Providence pisze w swoich tekstach, że opowiadanie „Wierzby” jest najlepszą opowieścią grozy jaka kiedykolwiek powstała, a Mistrz Horroru odwołuje się do „Wendigo” tego właśnie brytyjskiego pisarza, to nie pozostaje mi nic innego jak rzucić się i czytać. I zachłysnąć się totalnie, bo twórczość Algernona Blackwooda to perełka weird fiction. Zostawia po sobie czystą, nieskalaną grozę i dziesiątki pytań bez odpowiedzi. 

Na pięknych i modrych wodach Dunaju, dwóch przyjaciół zorganizowało sobie spływ kajakami. Nie mogli wybrać piękniejszej pory roku. Nie mogli wymarzyć piękniejszej lokacji. Okolica jest dosłownie idylliczna – przyroda w najczystszej postaci. Brzegi rzeki wydają się być nietknięte stopą człowieka, liście zdają się błyskać i tańczyć na wietrze, słońce przyświeca, a nurt rzeki lekko niesie dwóch podróżników. Tylko dlaczego w odwiedzanych po drodze wioskach mieszkańcy proszą ich, by nie płynęli w dół rzeki? Czemu wykonują znak krzyża na samo wspomnienie o wysepkach na rzece? Dlaczego wierzby nad wodą zdają się złowieszczo dotykać ich ramion? Coś dziwnego ogarnia przyjaciół, mąci ich spokój i mami wyobraźnię. Woda okazuje się pozornie bezpieczna, jej bystre nurty potrafią spędzać kajak na kamienne mielizny. Słońce oślepia zamiast ogrzewać. Drzewa nie szumią już, ale huczą złowrogo. A pewnego dnia, na powierzchni pędzącej wody przyjaciele dostrzegają dziwny kształt, przypominający ciało topielca. Rozmyślają nad powrotem do cywilizacji. Przerwaniem podróży. Ale zanim zdążą cokolwiek zrobić, jakkolwiek zareagować, okaże się, że na zawrócenie z obranego szlaku już od dawna było za późno.

Nie przez przypadek „Wierzby” zyskały w gatunku miano opowieści kultowej. Sennie i zjawiskowo wprowadzają nas w świat odizolowanej, nietkniętej przyrody, gdzie nic nie jest już przychylne człowiekowi. To prawdziwa naturalna dzicz, która zdaje się uważnie śledzić kroki tych, co odważą się w nią wstąpić, nastawiać pułapki, by w końcu nie wypuścić ze swoich szponów. A z pewnością nie o zdrowych zmysłach. Dziewicze połacie lasów znad Dunaju hipnotyzują i wciągają. Wydają się być jednocześnie piękne, jak i nieskończenie przerażające. W opowieści Blackwooda nabierają niemal mistycznego charakteru. Jego Wierzby reprezentują niepokonaną moc natury i są wszystkim tym, czym człowiek nigdy nie będzie. Są tym, czego ludzkość nigdy nie pojmie i nie zdobędzie. Ich szept, ich ruchy, niezwykły kamuflaż – one kreują zupełnie nową rzeczywistość, tworzą zupełnie nowe warunki.  Nad modrymi wodami Dunaju już niczego nie można być pewnym.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo gałęzie za oknem szepczą złowrogo, tańcząc na wietrze.

O.

*Opowiadanie „Wierzby” (org. „The Willows”) całkiem za darmo, po angielsku, znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik! klik!), podobnie jak inne jego opowieści – bardzo warto znać 😀

**A kto jeszcze się nie przekonał, a jest zaintrygowany może poczytać o prześwietnym opowiadaniu „Wendigo”, o którym pisałam w zeszłym roku TUTAJ (klik! klik!).